- Opowiadanie: Eltanin - Biegacz

Biegacz

To jest debiut. Mój debiut. I jak każdy inny debiut może się komuś podobać lub nie podobać. Ale raz się żyje, więc nie ma czego żałować... Z góry proszę o szczere i tylko szczere komentarze (jeśli takowe się pojawią).

Serdecznie zapraszam do czytania i życzę miłej lektury!

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Biegacz

Tsuki yuki to 

nosabarikerashi 

toshi no kure 

Że śnieg, że księżyc 

daleko mi do świata 

kończy się rok –

 

(poeta Bashō)

 

Rast Orloff przez wszystkich nazywana Tanna nie kochała wielu rzeczy. Właściwie jedyne co kochała to poezje. Szczególnie zaś haiku – krótkie i proste, jak jej życie. Rast miała siedemnaście lat, zniszczoną dolną część kręgosłupa oraz brak prawej nogi – od kolana w dół. I może posiadanie braku czegoś nie brzmi najpiękniej, ale tak właśnie czuła się owa ludzka istotka, która najwyraźniej nie przypadła do gustu wybrednej Nemezis. Jedyne, według niej, co tak naprawdę posiadała to rzadko używana proteza prawej nogi, okno własnego pokoju i wielkie, patrzące codziennie na nią swymi czarnymi jak smoła oczami nic. Tylko zaledwie te trzy rzeczy potrafiły utrzymać ją przy życiu przez ostanie dziesięć lat, albo raczej tylko te trzy rzeczy istniały dla niej przez ostatnie dziesięć lat.

Rast mając siedem lat miała wypadek, wpadła pod auto, przeżyła. Jednak jak powszechnie wiadomo na tym świecie nie ma nic za darmo. Za wszystko trzeba płacić. Rast także zapłaciła. Od tamtego dnia nie może przejść więcej niż około 15 metrów (a to tylko w specjalnym gorsecie), potem czekają ją już bóle głowy, kręgosłupa, utrata przytomności, władzy w nogach i bardzo prawdopodobna śmierć. Po kilkunastu metrach upada, a wstać może już tylko przy pomocy ściany, mebla, kuli lub pary rąk innej niż jej własne. O ile jej kręgosłup wytrzyma upadek…

Właśnie dlatego tak bardzo lubiła haiku. Krótkie – jak odległość, którą sama może przejść oraz proste – jak droga którą dąży. Bez zakrętów, przeszkód, wyborów. Prosto do własnego końca…

 

 

Była wtedy zima. Na dworze rzecz jasna było zimno, a przynajmniej tak wskazywał termometr. Jej było ciepło, za ciepło. Leżała w łóżku i patrzyła się pustymi oczami w okno. Padał śnieg, drogę przed domem pokrywał lód. Jak zawsze około godziny 13 biegł nią Biegacz. Dziewczyna nie wiedziała jak ów człowiek miał na imię, ale w duchu nazywała go Biegaczem – w końcu jedyne co widziała, że robi to właśnie bieganie.

Biegacz ubrany był cały na czarno, dobrze widoczny w białą zimę. Czarne buty, czarne spodnie, czarna kurtka z czarnym kapturem zarzuconym na głowę. Ciekawe czy twarz ma też czarną? – nie była rasistką, ale tu gdzie mieszkała rzadko widywało się czarnoskórych…

Droga prowadząca do ich domu (jej i matki) ciągnęła się dalej, aż do kolejnej wsi, cały czas przecinając pola zasiane zbożem, lecz w zimie wszystko to stało się tylko martwą, białą plamą niczego. Z okna nie było widać końca traktu, choć dziewczyna wiedziała, że na pewno istnieje. Jednak, jak zauważyła, Biegacz nie był chyba na tyle spostrzegawczy. Biegł cały czas tym samym tempem, nie przyśpieszał, ani nie zwalniał, dzień w dzień, rok w rok – bardziej monotonnym to się już chyba nie da być… A widziała go tak codziennie, odkąd się tu znalazła – całe 10 lat.

Myślenie o tych i innych sprawach męczyło ją strasznie, ostatnio zauważyła nawet, że życie staje się jej coraz bardziej obojętne, a wizyty nauczycieli, lekarzy, a nawet sąsiadki z domu obok, pani Keczrek, zlewały się w jedno wielkie bagno zmęczonego mózgu kalekiej nastolatki niezdolnej do niczego prócz picia, jedzenia, robienia kupy i sikania… I chociaż rodzic owej nastolatki cały czas troszczył się o nią najlepiej jak tylko mógł, to marnotrawne dziecko wcale nie było mu za to wdzięczne. Jak samo czuło i pozwalało na taki stan rzeczy określało się jako puste. Dosłownie puste, niewypełnione niczym, może jedynie chęcią kolejnej porcji leków przeciwbólowych, bo nie miało ochotę na cierpienie w milczeniu…

Biegacz zniknął za horyzontem, jednak dziewczyna już dawno przestała go widzieć, bowiem sen nie oszczędza nawet kalek. Nawet tych najbardziej pustych, najbardziej zniszczonych przez życie kalek. Nawet ich.

 

***

 

Obudziło ją wołanie matki:

– Obudź się Tanna, kolacja. Przecież musisz coś jeść. – matka wyraźnie martwiła się o córkę, lecz wyraz twarzy chorej nadal pozostawał taki sam.

– Jedz. – proste zdanie pozwoliło zrozumieć o co chodziło starej kobiecie.

Tanna wzięła podaną łyżkę i zaczęła jeść gęstą zupę. Pomidorowa, chyba. Traciła powoli umiejętność rozróżniania poszczególnych smaków dań, a raczej traciła chęć ich rozróżniania.

Matka nadal stała przy córce. Widziała co się dzieje, ale nie miała pojęcia jak pomóc…

– Może chciałabyś abyśmy razem coś porobiły – zaczęła – może pograłybyśmy w coś… Przecież masz wiele gier…

– Nie.– Rast odezwała się swym bardzo szorstkim jak na dziewczynę głosem.

– Na pewno? – matka nie dawała za wygraną.

– Na pewno. – chora podniosła ton głosu, ale nie krzyczała. Jeszcze tego brakowało – narzekającej na brak miłości ze strony córki, matki. W głębi serca może nadal ją kochała, ale jej ostanie zachowanie zaczęło ją denerwować. Przecież nic jej nie jest, oddycha, żyje, po co jej niepotrzebna obecność matki. Lubiła być sama. Tak przynajmniej potrafiła w miarę czysto myśleć… W miarę…

– Dobrze, więc pójdę… Lecz pamiętaj, że zawsze jestem z tobą, a jeżeli będziesz czegoś potrzebowała to wołaj… – oczy matki stały się trochę wilgotne, lecz puste oczy córki najwyraźniej tego nie zauważyły… Starsza kobieta wyszła z pokoju i zamknęła drzwi.

Nareszcie spokój… Nie lubiła odwiedzin, spotkań i rozmów z innymi ludźmi. Przynajmniej od czasu wypadku… W każdy poniedziałek, środę, piątek i sobotę przychodził do niej lekarz specjalista i sprawdzał jaki jest jej stan. Na jej prośbę podczas wykonywania rutynowego badania nic nie mówił – przynajmniej jedna ulga. Oprócz tego przychodzili do niej nauczyciel, w końcu była jesz­cze dzieckiem i jak każde inne dziecko w kraju miała obowiązek szkolny. Nauczyciel przychodził jednak do niej tylko w wtorek i czwartek, na szczęście był małomówny, a testy dawał łatwe, więc nie miała problemu ze „szkołą”.

Jej matka była wdową, ojciec zmarł na atak serca gdy miała dwa lata. I dobrze, myślała. Kolejny kłopot z głowy.

Wzięła do ręki tomik poezji, otworzyła na części poświęconej haiku. Zaczęła czytać.

 

No wa karete

nan zo kuitaki

iori ka na

Pole wymarło

co by do gęby włożyć

patrzy mój szałas

 

(poeta Issa)

 

I znowu zasnęła, tym razem na dłużej…

 

***

 

Wstała o 9. Nadal była zima. Nadal żyła. Nic się nie zmieniło. Na stoliku obok łóżka leżało przygotowane przez matkę śniadanie. Zjadła. Teraz mogła spokojnie pomyśleć i pogapić się w swoje okno i to co było za nim. Znowu spokój…

Punktualnie o 13 znów pojawił się Biegacz. Nie zatrzymując się pobiegł dalej w pole.

Potem obiad. Jako, że był wtorek po obiedzie zjawił się nauczyciel. Nie spędzili razem więcej niż 20 minut i mężczyzna wyszedł. Potem kolacja. I sen.

I następny dzień.

I kolejny.

Kolejny…

…Minął tydzień od dziwnej propozycji matki, ale na szczęście życie wróciło na swoje właściwe, według Rast, tory. Znów tylko ona i jej życie. Zniszczone przez nieuleczalnie uszkodzony kręgosłup, ale życie.

Jednak jak to się w życiu każdego lub prawie każdego zdarza, następuje pewien zwrot. Na drogę życia wskakuje rogaty jeleń i nie pozwala przejechać zdenerwowanym kierowcom pojazdów ludzkich istnień. Jeleń ten zwykle posiadający rozłożyste poroże nie jest jednak chętny do współpracy, innymi słowy pozbycie się go z traktu wymaga często wielkiego wysiłku, kosztującego nie­raz samo życie – pojazd już nigdy nie ruszy.

Dla Rast takim zwrotem okazał się jeden z tych dni, które zaczynają się jak poprzednie, a kończą jak żadne inne z życia danego osobnika. Była zima, sobota, godzina 13. Na dworze padał śnieg i wiał wiatr.

Biegacz nie biegał.

Z początku Rast myślała, że przez tą całą zawieję po prostu musiał wolniej biec, ale w miarę upływu czasu traciła tą pewność. I chociaż nie zależało jej na owym dziwnym człowieku, to czuła się nieswojo oglądając świat za oknem ze swojego łóżka o godzinie trzynastej i nie wysilać się myśleniem o kolorze twarzy Biegacza… Nagle uświadomiła sobie, że może nie jest do końca pusta, tak jak jej się wydawało.

Nie mając nic innego do roboty i będąc prawie „uwięzioną” we własnym łóżku chwyciła za twardą oprawę tomiku. Krótko i prosto – to jej życie, długie i wytrwale kontynuowane przedsięwzięcia nie pasowały do niej. Zwłaszcza bieganie.

Okno umieszczone było dokładnie naprzeciwko jej posłania. Dlatego nawet czytając widziała co mniej więcej dzieje się na dworze, choć przez ostatni miesiąc był to jedynie śnieg. Na ze­wnątrz „dział się” śnieg, nic więcej. Nawet Biegacz przestał biegać – i dobrze, może zrozumiał, że nie tędy droga…

Właśnie kończyła jedno z dzieł starożytnego, japońskiego poety, gdy za oknem pojawił się kolor inny niż biel. Na początku był to jedynie mały punkt, później zrobiła się z niego sporych rozmiarów plama, która wciąż rosła. Tym kolorem była czerwień.

Szkarłatna krew, karmazynowa krew. Rast znała wiele określeń na kolor duszy ciała. Przeżyła wypadek, przeszła wiele operacji. Widziała już chyba każdy odcień tego płynu. Jasna krew tętnicza, ciemna żylna posoka. Jednak w chwili gdy zobaczyła ową innego koloru niż biel plamę stwierdziła, że tak naprawdę nie zna jeszcze prawdziwego oblicza czerwieni. Czerwieni krwi innej niż jej własna.

– Niemożliwe…– po raz pierwszy od dłuższego czasu wypowiedziała słowo, które nie było odpowiedzią na zdanie innego człowieka.

Poprzez śnieżną wichurę za jej oknem szybował smok. Właściwie nie szybował, a ledwo co próbował latać na silnym wietrze. Jaszczurcze ciało pokryte czerwonymi łuskami, potężna para błoniastych skrzydeł i cztery umięśnione kończyny nadawały owemu niezwykłemu zjawisku budzący grozę wygląd.

Rast mimo iż wcześniej nie widziała podobnych stworzeń, była pewna, że to smok. Nawet mózgowe bagna potrafią rozpoznać i nazwać to co widzą, jeżeli zobaczą panów ognia i nieba.

Smok leciał niestabilnie, wręcz przegrywał w walce z potężnymi podmuchami powietrza. Teraz gdy podleciał jeszcze bliżej kaleka dziewczyna mogła zobaczyć go dokładniej. Stwór posiadał potężny łeb, z parą ostrych i długich rogów wyrastających z tyłu czaszki. Szyje miał zgrabną i cienką, a korpus bestii wraz z zakończonym dwoma ostrzami ogonem tworzył silne ciało. Rast pierwszy raz nie zobaczywszy dokładnie kończyn gada nie mogła stwierdzić ich prawdziwego kształtu, ale teraz dostrzegła wcześniej niezauważony szczegół. Tylne odnóża smoka nie pokrywały łuski lecz gruba czerwona skóra, natomiast przednie „obleczone” były w – także czerwonego koloru – pióra. Wszystkie cztery kończyny kończyły się czarnymi pazurami.

Jednak nim Rast zorientowała się, że patrzy na coś co nie miało prawa istnieć nie tylko w jej, ale także w każdym innym świecie, spojrzała w ślepia bestii…

Widziała w swoim krótkim życiu już wiele oczu. Wypełnionych bólem, cierpieniem, życzliwością, a z dawnych lat zapamiętała nawet jedno spojrzenie matki, pełne dobra i miłości.

Jednak oczy, które zobaczyła w tamtej chwili nie były oczami podobnymi do żadnych z tych, które pamiętała. To nie były ludzkie oczy. Ani nawet zwierzęce. To były oczy smoka. Smocze oczy. Puste i pełne jednocześnie. Złote ślepia pradawnej bestii, kryjące w sobie pracowitość mrówki i zabójczy instynkt tygrysa. I chociaż dziewczyna widziała wszystkie te rzeczy ukryte wewnątrz, to jedna z nich była najwyraźniejsza, najbardziej widoczna. Było to zmęczenie. Nie zmęczenie strudzonego po biegu sportowca, nie zmęczenie po ciężkiej papierkowej pracy urzędnika, lecz najprawdziwsze zmęczenie samym życiem. Ten smok był zmęczony samym życiem. I o ile można być zmę­czonym jakąś częścią siebie, to zmęczenie całym swoim życiem jest bardzo rzadko spotykanym zja­wiskiem. Tak rzadkim, że wręcz nieobecnym. Ale nie nieistniejącym…

Wiele ludzi pewnie przestraszyłoby się lub zaczęło co chwila zamykać i otwierać oczy, badając czy to co widzą rzeczywiście jest prawdą. Lecz Rast mimo, iż na początku była trochę zdziwiona, to po paru sekundach po prostu zaczęła obserwować dziwne stworzenie za oknem, a w chwili gdy spojrzała w jego ślepia uwierzyła nawet, że zdolna jest do tego żeby współczuć drugiemu istnieniu. Zaraz jednak odrzuciła ten głupi pomysł. Współczuć!? – ona, doszczętnie zniszczona przez własne życie miała komuś współczuć?! – myśli wirowały jej w mózgowym bagnie….

I wtedy rogaty jeleń wyskoczył na drogę – smok także spojrzał w jej oczy. Znalazł ją. Tę małą, cherlawą duszyczkę przyczajoną za zimnym oknem, która odważył mu się spojrzeć w oczy. Spojrzał i z wielką siłą upadł na zmarzniętą ziemię przed domem Orloffów. Wielkie cielsko nie wytrzymało oporu powietrza i padło na martwy plac przed szarym budynkiem. Padło i nie wstawało. Zawiało śniegiem.

A w głowie pewnej kaleki zrodził się pomysł dotknięcia tego co nie istnieje. Pierwszy raz od bardzo dawna głowa owej kaleki wpadła w ogóle na jakiś pomysł. Uśpione przez lata ludzkie nawyki dały o sobie znać. Ciekawość. Chęć poznania czegoś nowego niż zmieniana co trzy tygodnie pościel… Nowe uczucia Rast płonęły w niej żywym ogniem. Chociaż nie była do końca pewna czy były to tylko uczucia… Jednego za to była.

Musi wstać. Musi tam iść. Musi go dotknąć. Dotknąć i zapomnieć o ostatnich dziesięciu latach. Nagle stwierdziła, że jej ciało samo się porusza. Wstała powoli, wsunęła stopy w cienkie kapcie i zaczęła iść w stronę wyjścia. Zapomniała o swojej chorobie, zapomniała o braku dolnej kończyny. Może wpadłam w jakiś trans, hipnozę… – myśli jej mózgowego bagna jednak nadal były wyraźne – a teraz idę na pewną śmierć… Śmierć. Koniec tego wszystkiego. Nie pragnęła go, ale i nie odrzucała z nadmiernym strachem.

Uśmiechnęła się. I uroniła łzę, jedną.

Wychodząc na dwór poczuła zimno. Nie ubrała nic na siebie, więc mróz próbował objąć ją swymi ramionami. Upadła. Smok już nie leżał, stał i próbował ponownie wzlecieć. Odwrócił łeb w jej stronę. Spojrzał na kalekę. Zmęczenie… Ból… Zmęczenie… Strach? Rozłożył skrzydła i odleciał.

Kaleka nie wstała. Leżała i myślała. A mróz powoli zjadał jej ciało. Matka wróci za dwie godziny. Z pewnością umrze do tego czasu. Rast poszła spać, myśląc o tym czy wszystkie smoki są czerwone.

 

***

 

Obudziła się w szpitalu. Znowu.

– Boże, Tanna! Ty żyjesz?! Dziecko drogie, otwórz oczy! Powiedz coś. Tanna!

Matka nigdy nie lubiła szpitali. Rast otworzyła oczy i popatrzyła się na rodzica pustymi oczami. Kobieta chyba płakała, z jej oczu wpływały krople przeźroczystego płynu. Łzy?

– Żyję – cicho odpowiedziała Rast, akurat w chwili gdy zdenerwowany lekarz odgrodził matce do niej dostęp.

Taa… Żyję…

– Otrzymaliśmy już wyniki testów… – młody mężczyzna w białym kitlu zaczął niepewnie – Niestety jest chyba gorzej niż z początku zakładaliśmy… Jednak aby podać państwu końcowy werdykt w sprawie muszę przeprowadzić jeszcze jedno badanie… Pozwoli, pani ?

Rast stwierdziła, że pytanie musiało być skierowane do niej, ponieważ człowiek patrzył właśnie w jej stronę, dlatego niechętnie skinęła głową. Lekarz ściągnął z jej lewej nogi kołdrę, którą była okryta – prawej praktycznie nie miała. W ręku trzymał jakieś młotko-podobne urządzenie, którym najwyraźniej zamierzała zrobić coś wychudzonej, dolnej kończynie dziewczyny. Wedle wcze­śniejszych domysłów Rast, mężczyzna stukną ją w nogę dziwnym urządzeniem.

– Boli? – spytał

– Nic nie czuję – cierpko odpowiedziała Rast

Stuknął mocniej.

– Teraz, czujesz coś?

– Nie – krótka odpowiedź ze strony dziewczyny

Lekko uderzył.

– Nie – Rast odpowiedziała bez pytania

Uderzył mocniej, na skórze pojawił się czerwony ślad.

– Teraz? – w głosie lekarza można było usłyszeć nadzieję, że jego pytanie nie pozostanie jednak bez pozytywnej odpowiedzi…

– Tak, teraz coś bardzo lekko poczułam… – Rast zaczynała być tym wszystkim znużona i wyczerpana…

– Teraz proszę, spróbuj zgiąć swoją lewą nogę

Rast spróbowała. Lecz noga nie poruszyła się nawet o centymetr. Dziewczyna zrozumiała, że tu jest chyba coś nie tak, jak powinno być…

Lekarz odwrócił się w stronę matki Rast i powiedział coś jej szeptem. Pani Orloff zbladła i kiwnęła głową. Wtedy lekarz znowu odezwał się do nastolatki:

– Niestety, ale wiadomość jaką muszę ci przekazać nie jest dobra – mężczyzna szybko mrugnął – Nie będziesz już mogła chodzić i poruszać się w jakikolwiek inny sposób. Niestety wada twojego kręgosłupa drastycznie się zwiększyła, dlatego tracisz kontrolę i czucie w dolnych częściach swojego ciała, a jeżeli jeszcze bardziej naruszysz jego konstrukcję może czekać cię nawet całkowity paraliż ciała… Na razie zostaniesz tydzień w szpitalu, przeprowadzimy jeszcze kilka badań i testów… Jednak wszystko wskazuje na to, że będzie tak jak powiedziałem wcześniej… Przykro mi, ale muszę już iść. Przepraszam – Lekarz minął na wpół zemdlałą matkę Rast i wyszedł z poko­ju.

A więc to tak… No cóż będę żyła jak bez nóg i tyle. Rast zbytnio się tym nie przejęła i poszła spać. Matka dziewczyny nie odezwała się ani słowem, jeszcze przez dziesięć minut stała i patrzyła się na córkę, później wyszła śpiesząc się do pracy.

Przed snem Rast przypomniała sobie o krwisto-czerwonym smoku pod jej domem.

 

***

 

Rast wróciła do domu starym fiatem prowadzonym przez matkę chorej. Po przyjeździe do domu kobieta przy pomocy sąsiadki, pani Keczrek wniosła dziewczynę na górę, do jej pokoju na piętrze. I tak życie znów wróciło na swoje właściwe tory, tyle, że teraz Rast nie chodziła do toalety, ale dojeżdżała do niej wózkiem. Matce udało się wymusić na lekarzach pozwolenie na poruszanie się przez Rast wózkiem inwalidzkim, mimo ich przestróg dotyczących jeżdżenia na takim sprzęcie, który może spowodować jeszcze cięższe schorzenia kręgosłupa, a co za tym idzie jeszcze większy niedowład i paraliż ciała chorej. Jednak Rast zbytnio się tymi ostrzeniami nie przejmowała – jej życie i tak już leży w gruzach, niech ginie, niech umiera, niech traci, i tak już nie pozostało jej nic cennego…

O 13 pod jej domem przebiegł Biegacz. Głupiec. Jednak do tego wrócił.

Matka nadal pracowała od rana do nocy. Niech zarabia i płaci, myślała Rast. Może kiedyś zrozumie, że ze mną i tak już koniec.

Nagle przypomniała sobie ślepia smoka koloru krwi, którego zobaczyła kiedyś za oknem tego domu. Były takie zmęczone… Nawet smoki zmądrzały i postanowiły, że będą zmęczone…

 

***

 

Właśnie wracała na wózku z łazienki, gdy za oknem rozległ się skądś znajomy łomot… Dziewczyna podjechała swoim sprzętem do okna. Znowu on.

Była godzina 13. Za oknem nie biegł Biegacz. Za oknem na zmarzniętej ziemi leżał smok. Czerwony smok. Bestia powoli podnosiła się po upadku, na jej ciele oprócz śnieżnych plam można było dostrzec płytkie rany i ranki, z których sączyła się niebieskawa krew.

Rast w pierwszej chwili chciała wyjść stworzeniu naprzeciw, tak jak to zrobiła na początku, lecz przypomniała sobie, że przecież nie ma jak. Teraz poruszała się za pomocą wózka, którym nie mogła zjechać po schodach na parter swojego domu. Pragnienie było silne, lecz Rast zahartowana przez życie potrafiła je powstrzymać bez większego wysiłku – w końcu pokonanie schodów bez nóg będzie o wiele wolniejsze, niż pokonanie ich z lewą nogą i protezą prawej… Smok odleciałby zanim ona pokonała by pierwszy stopień…

Jaszczurczy stwór rozwinął skrzydła. Lewe było chyba lekko uszkodzone, bo gad nie wyprostował go do końca. Wzbił się w powietrze i poleciał w stronę końca drogi widocznej z okna pewnej kalekiej dziewczyny. Po chwili zniknął na horyzontem…

Zniknął… Czasami rzeczy, które widzimy bardzo krótko, są rzeczami, do których przywiązujemy się najbardziej… Nawet jeżeli są to mistyczne stworzenia, które nauka uważa za od dawna martwe lub w ogóle nie istniejące. Nawet jeżeli to wymysły ludzkiego mózgu, halucynacje i przy­widzenia… Ludzie mają to do siebie, że potrafią dążyć do rzeczy nierealnych, tak samo jak do realnych. Mogą latać na skrzydłach ptaków i samolotów jednocześnie.

Rast właśnie uświadomiła sobie, że mimo swojego ogromnego kalectwa nadal jest człowiekiem. Stety lub niestety. Na dobre i złe. Jest człowiekiem.

Przegramoliła się na łóżko. Nie obchodziły ją ostrzeżenia lekarzy i ze swoimi nogami robiła co chciała – w końcu to jej nogi. Ułożywszy się wygodnie wzięła do ręki tomik poezji. Zaczęła czytać…

O godzinie 16 sąsiadka przyniosła jej obiad. Matka pracowała prawie cały czas więc rzadko mogła robić dla niej jedzenie. W końcu za coś musiały się utrzymywać. A przynajmniej starsza z mieszkanek domu… – Rast było wszystko obojętne.

 

***

 

Mijały kolejne dni. Biegacz znów zaczął biegać. Śnieg powoli zaczął się topić. Nadchodziła wiosna. Znowu…

Jednak niektóre rogate jelenie bywają uparte…

W trzeci dzień po ostatnim widzeniu smoka, gad znowu się pojawił. Rast leżała na swoim łóżku czytając wytarmoszony tomik poezji, gdy spostrzegła znajomą czerwoną plamę. Wiedziała już co się wydarzy.

Smok upadł przed jej domem i wstając powoli zaczął się za czymś oglądać, czegoś szukać. Ciekawe czego? – pomyślała Rast. Mnie? – dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem i przyjrzała się stworzeniu.

Rany na ciele bestii jakby pogłębiły się, a krew zaczęła obficiej z nich wypływać… To przez upadek? – Rast wcześniej nie wiedziała, że stać ją na tyle ciekawości.

Smok spojrzał w jej stronę. Teraz stał już na wszystkich łapach i był gotowy do startu. Jego oczy znowu zalały dziewczynę falą zmęczenia… Jeszcze większego niż poprzednio. Patrzyli na siebie około minutę. Kaleka i bestia. Potem stworzenie rozpostarło skrzydła i odleciało.

A Rast patrzyła się jeszcze długo w miejsce, w którym po raz ostatni widziała smoka, po czym wróciła do zajmującej lektury tomiku. Jednak teraz każdy werset haiku nabierał bardziej smutniejszego i zmęczonego znaczenia.

 

Sabishisa ya 

hana no atari no 

asunaro 

Oto samotność

wśród ukwieconych wiśni 

cyprys wyniosły

 

(poeta Bashō)

 

O 16 zjadła obiad przyniesiony przez panią Keczrek, po czym stwierdziła, że obok haiku kocha jeszcze smoki. Chyba…

 

***

 

Czerwonego smoka widziała jeszcze trzy razy. Za każdym kolejnym spotkaniem gad wyglądał coraz gorzej. Jego rany stawały się większe, krew przestała się z nich już sączyć, zamiast tego zaczęła z nich płynąc strumieniami. Smok podnosił się coraz ciężej. Coraz ciężej zrywał się do lotu. Coraz ciężej patrzył się na kaleką dziewczynę swym coraz bardziej zmęczonym wzrokiem.

Ginął w oczach.

Lecz mimo, iż coraz więcej krwi wypływało ze stworzenia w chwili gdy odlatywał cała posoka, która skapała na ziemię znikała bez śladu. A za każdym razem kiedy pojawiał się smok Biegacz nie biegał. Zbieg okoliczności? – myślenie nadal okropnie męczyło Rast.

Jednak dziewczyna cały czas tylko leżała i patrzyła się pustymi oczami w okno. Mimo, iż bardzo polubiła dziwne zjawisko jakim był smok przed jej domem to nie mogła nic zrobić dla umierającej istoty. A może stwór tak naprawdę nie istnieje i to, że teraz porusza się na wózku inwalidzkim, spowodowane jest tylko i wyłącznie jej głupotą. Głupotą? Jak można nie być głupim mając zamiast mózgu mózgowe bagno?

Rast także była już tym wszystkim zmęczona. Wyczekiwaniem na kolejną „wizytę” smoka i patrzeniem się w jego oczy. Może następnym razem nie przyleci i przestaną męczyć mnie te dziwne myśli? Nadzieja matką głupich.

 

***

 

Ostatni raz smoka zobaczyła w piątek o godzinie 13, w pewien wiosenny dzień. Smok mimo leciutkiego wiaterku leciał tak jakby przyszło mu się mierzyć z wiatrem, który szalał przy pierwszym spotkaniu z kaleką dziewczyną. Potwór upadł na błotnistą ziemię przed domem Orloffów z wielkim hukiem, jednak jak Rast zauważyła cokolwiek by gad nie zrobił na miejsce zdarzenia nie przychodził i nie patrzył się nikt prócz niej.

Ciało smoka pokrywały wielkie i głębokie szramy, z których wypływała ta sama co za każdym razem, niebieskawa krew. Bestia nie miała siły już się podnieść. Leżała i nie wstawała. Czyżby miał umrzeć tutaj przed jej domem? – nie będąc pewna czy to co widzi jest halucynacją, czy dzieje się naprawdę Rast przymknęła oczy. Niech się dzieje co chce. Otworzyła oczy.

Smok patrzył na nią. W złotych ślepiach bestii zobaczyła coś co wcześniej nie znalazło się tam ani razu. Zobaczyła chęć poddania się, zaakceptowania własnej przegranej. Lecz jednocześnie było tam jeszcze coś. Prośba. Błaganie.

Monstrum zapłakało.

Ze ślepi poleciały łzy. Dlaczego płaczesz? Dlaczego płaczesz przy mnie? Rast była naprawdę zdziwiona. Mityczny stwór bliski śmierci płakał na zimnie przed jej domem, a ona leżała w cie­plutkim pokoju na wczoraj zmienionej pościeli i zastanawiała się czy to co się właśnie dzieje ma prawo istnieć. Może tak. Może nie.

I wtedy postanowiła zejść na dół i dotknąć coś co być może istnieje.

Schodziła powoli. Spełzała powoli. Nie przydatne do niczego nogi ciągnęły się za nią i przeszkadzały w pokonywaniu kolejnych stopni. Lecz ona nadal schodziła, spełzała powoli, aż w końcu dotarła na parter.

Dopełzała się do drzwi wyjściowych. Z trudem pociągnęła z klamkę i otworzyła.

Smok nadal tam leżał. Bezsilny, wielki ptak nielot. Spojrzał w oczy dziewczyny.

Ra's ath-thu'ban !

Kaleka dziewczyna usłyszała jakiś dźwięk. Głos. Głos, czyj?

Ra's ath-thu'ban !

Ślepia smoka znów były wilgotne, płakał. Rast zrozumiała i odparła.

– Jestem tu. Kim TY jesteś? – zaczęła podpełzać do smoka w błocie wiosennego pola. Nie wiedziała dlaczego, ale wiedziała, że musi go dotknąć. Dotknąć i zapomnieć. I przypomnieć.

Smok przymrużył prawe oko, którym patrzył się na Rast.

Lo’khep…

Dźwięk nie pochodził z zewnątrz. Pochodził z wnętrza.

Smok nagle poruszył się swym zakrwawionym cielskiem. Teraz leżał bokiem do Rast, naprzeciw której była teraz wielka rana na boku stwora.

Ra's ath-thu'ban, sher’liwo!

Patrząc na dziewczynę podsunął jej swój bok i cieknące z niego stróżki krwi.

Sher’liwo!

Rast dotknęła czerwonych łusek potwora swą drżącą ręką. Łuski były zimne i oblepione niebieskawą posoką. Zimne, lecz nie martwe.

Sher’liwo!

Rast skądś rozumiała ten język. Tak jakby był on pierwszym językiem jaki poznała. Językiem początku.

Pij!

Rast zaczęła pić smoczą krew. Gorący płyn wypalał jej gardło i przełyk. A ona piła i umierała razem ze smokiem.

Wtem gad osunął się na bok, ręka kalekiej dziewczyny opadła na błoto. Drżąc potwór uniósł chwiejnie łeb i jeszcze raz spojrzał w oczy Rast.

Shúkra’an…

Łeb smoka i głowa człowieka opadły na wiosenne, błotniste pole na skraju pewnej wsi.

Dziękuje…

 

***

 

Obudziła się w szpitalu. Znowu.

Jej matka drzemała na szpitalnym krześle obok jej szpitalnego łóżka.

Kopnęła lewą nogą w poręcz łóżka.

 

***

 

Był to ostatni dzień, w którym ich sąsiadka, pani Keczrek miała zrobić i przynieść dla Rast obiad. Od drzwi wejściowych rozległo się pukanie. Rast pod truchtała do nich i otworzyła kobiecie…

Kiedy skończyły jeść razem obiad Rast zapytała panią Keczrek:

– Czy widziała pani kiedyś smoka?

– Nie, ale mój młodszy brat podobno widział… Jak miał siedem lat i bawił się gdzieś w tutejszej okolicy. Wrócił zapłakany do domu i mówił coś naszej mamie o wielkim czerwonym smoku, którego spotkał wracając do nas… Ale to były stare i dobrze czasy! I że jeszcze to pamiętam, kto by pomyślał!

Rast jeszcze nigdy wcześniej nie zależało bardziej na tym, aby słyszeć dobrze i wyraźnie słowa czyjejś osoby.

– A co dokładnie o nim mówił?

– No, że chyba był czerwony i miał żółte oczy. I mówił, że był bardzo straszny. Chociaż z tego co jeszcze pamiętam jest jakaś opowieść o smoku w naszej okolicy… Ale to stara opowieść, pamiętam, że polonistka w szkole kazała nam ją czytać i nauczyć się ją opowiadać… Każdemu z naszej klasy dała po okurzonym tomisku, które znalazła na samym dole wielkiej szafy w klasie humanistycznej… Paplała coś wtedy o dziedzictwie kulturowym i pamięci o przodkach… Teraz uwa­żam, że musiała być z niej nieźle świrnięta baba!

– A mogłabyś opowiedzieć mi tą historię? – Rast zainteresowała się słowami kobiety.

– Może… A ciebie co tak dzisiaj wzięło na wypytywanie mnie z faktów, które zdarzyły się w zamierzchłej przeszłości – odpowiedziała z uśmiechem na ustach pani Keczrek

– Nic… Tak jakoś… – to prawda, pierwszy raz od 10 lat była tak rozgadana i chętna do rozmowy. Coś musiało się stać…

Shúkra’an…

Smok. Krew. Błoto. Jednak pamiętała.

– To opowiesz mi tą historię… – kontynuowała rozmowę Rast

– Dobrze, dobrze… Powiem w skrócie: Był sobie smok, napadł, zabijał i zjadał ludzi podróżujących pewnym traktem. Aż któregoś dnia przybył wielki mag, czarodziej, czy Bóg wie kto i przeklął smoka, tak, że do dzisiaj musi codziennie przebywać drogę, którą podążały jego ofiary przed śmiercią. To ta historia w wielkim skrócie. Koniec.

– A ten smok… Czy kiedyś będzie mógł przestać „przebywać tą drogę” ? – zaciekawienie dziewczyny sięgnęło zenitu

– Niby tak… Oko za oko, ząb za ząb, krew za krew… Ten mag czy czarodziej powiedział chyba coś o tym, że będzie mógł przestać, jeżeli ktoś bardziej nieszanujący życia niż on wypije jego krew… Ale nie pamiętam dokładnie… – pani Keczrek spojrzała na zegarek – Ach! Muszę już iść! Pa, Tanna! Może porozmawiamy kiedy indziej… Pa!

– Ale, proszę pani! Pani Keczrek! – ale kobieta już trzasnęła drzwiami domu rodziny Orloffów…

Ktoś bardziej nieszanujący życia niż on… Rast przypomniała sobie ostatnie spojrzenie bestii. Bez bólu. Bez cierpienia. Bez zmęczenia. Tylko wdzięczność i … pożegnanie?

Rast weszła po schodach na górę mieszkania, do swego pokoju. Od przyszłego tygodnia zaczyna naukę w szkole, jak normalny uczeń… Musiała się przygotować, spakować… Ale to potem…

Chwyciła za tomik poezji i otworzyła na jednej ze stron zapisanej haiku. Przeczytała.

 

Shoku no hi o 

shoku ni utsusu ya 

haru no yuu 

Oto zapalam 

świecę płomieniem świecy 

wieczór wiosenny

 

(poeta Buson)

 

Szkoda, że Biegacz już nie biega. Szkoda. Teraz mogłabym spojrzeć mu w twarz. I w oczy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ciekawa koncepcja na opowiadanie, oryginalny pomysł na smoka, takiego chyba jeszcze nie było.

Jeśli chodzi o warsztat – jeden błąd ortograficzny zawzięcie tępiony na portalu, interpunkcja kuleje, sporadycznie literówki, powtórzenia, ale nie jest źle.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie zaczęło się interesująco (pod względem koncepcyjnym, bo warsztat od początku jest średni), w środku dzieje się niewiele, a na końcu akcja przyśpiesza, choć całość nie powala. Podoba mi się klimat, jaki próbujesz wprowadzić w tekście. Nie podoba mi się sposób, w jaki posługujesz się językiem polskim. Przecinki płaczą, gdyż czują się pominięte i zaniedbane, a poza tym robisz drobne błędy, wynikające z braku doświadczenia literackiego (np., posiadanie braku, mając siedem lat miała, itd.)

 

Dobra, widać, że to debiut; sporo powtórzeń, trochę dziwnych zdań, literówek, przecinki w Twoim opowiadaniu to w ogóle kosmos. Te usterki psuły mi lekturę i nie pozwoliły wejść w historię jak należy, a szkoda, bo sama opowieść jest oryginalna, niepokojąca i posiada unikalny klimat. 

Sorry, taki mamy klimat.

Dla tych, którym brakuje przecinków: ,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,, , a tym którzy uważają, że w niektórych miejscach wystąpić one nie powinny, zezwalam na brutalne wyrzucenie z tekstu smiley (oczywiście chodzi o te dziwne twory zwane przecinkami)…

Oczywiście dziękuje za każdy komentarz – przynajmniej wiem co zrobiłam źle… Postaram się popracować nad własnymi błędami i więcej ich nie powtarzać, a jeżeli ktoś jeszcze chce skomentować moją pracę to się nie pogniewam laugh

 

 

Z głupimi nie wygrasz...

Smok mimo leciutkiego wiaterku leciał tak jakby przyszło mu się mierzyć z wiatrem,

Strasznie rozbawiło mnie to powtórzenie ;D

Warsztat średni i ciężko się to czytało, ale następnym razem pewnie będzie lepiej :) Oby.

Pozdrawiam!

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

“Wstała o 9.“ – dość okrutne stwierdzenie w przypadku dziewczyny, która zasadniczo nie mogła wstać…

 

“Nie ubrała nic na siebie“ – “Nie założyła nic na siebie”.

 

“i cieknące z niego stróżki krwi.“ – oto i błąd wspomniany przez Finklę, swoista maskotka portalu ; )

 

“Rast pod truchtała do nich“ – pod truchtała?

 

Warsztat miejscami mocno kuleje (głównie przez dziwne sformułowania), dialogi zapisane są nieprawidłowo. Rozmowa z sąsiadką pod koniec chaotyczna i nienaturalna – dużo lepiej wychodziły Ci opisy. Koncepcja smoka – rzeczywiście ciekawa. Zgadzam się też z tym, że początek tekstu (właśnie ta część opisowa) ma swoisty klimat.

Jak na debiut opowiadanie jest obiecujące – czy raczej Ty jako autorka. Najważniejsze to mieć pomysł i umieć obrać go w odpowiednie słowa. Warsztat, jeżeli będziesz dużo ćwiczyć i czytać, najpewniej z czasem poprawisz. Oby tak było. Powodzenia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

joseheim mogłabyś napisać co dokładnie źle było zapisane było w dialogach ?

Z głupimi nie wygrasz...

– Obudź się Tanna, ko­la­cja. Prze­cież mu­sisz coś jeść. – matka wy­raź­nie mar­twi­ła się o córkę, lecz wyraz twa­rzy cho­rej nadal po­zo­sta­wał taki sam.

– Jedz. – pro­ste zda­nie po­zwo­li­ło zro­zu­mieć o co cho­dzi­ło sta­rej ko­bie­cie.

To pierwszy przykład z brzegu – porównaj z punktem dotyczącym zapisu dialogów w tym poradniku i sama zobaczysz, co masz źle.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dzięki śniąca, teraz rozumiem :)

Z głupimi nie wygrasz...

Eltanino (?),

 

Chyba warto, żebyś zajrzała tutaj:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794 

 

A jeśli zechcesz prosić kogoś o pomoc przed publikacją – tutaj: http://www.fantastyka.pl/loza/17 

 

W sprawie przecinków można prosić jeroha, AdamaKB – o krótkie wyjaśnienie. Albo poszukać w poradni PWN zasad, o tu:

 

http://sjp.pwn.pl/poradnia/lista/interpunkcja;12.html 

 

Tyle o warsztacie, który zepsuł nieco ten tekst.

 

 

Jak dla mnie, ciekawe studium apatii, lub nawet depresji, wywołanej kalectwem. Smok, niby legendarny, niby projekcja – bardzo interesujące przedstawienie gadziny. Niedomknięty wątek Biegacza, zada lub waleta, zależnie jak czytelnik lubi – dla mnie zbyt tajemniczo pociągnięty, nie wiem nawet, czy wiązać go ze smokiem, czy był kolejną wizją lub halucynacją… Tekst oparty na klimacie i przemianie głównej bohaterki.

 

Niepokojące – to dobre słowo jeżeli chodzi o twoje opowiadanie. Szkoda, że poopsute nieco warsztatem, ale nie ma tego złego – teraz wytkną, za miesiąc zastrzelisz czymś lepszym, bo widac, że pomysłów ci nie brakuje. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki PsychoFish :)

Teraz będzie się łatwiej pisać, wiedząc na co zwracać uwagę – już rozumiem o co chodzi w poprawnym i nie poprawnym zapisywaniu dialogów smiley

Z głupimi nie wygrasz...

Nowa Fantastyka