- Opowiadanie: alazuzia - Aaszud

Aaszud

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Sethrael

Oceny

Aaszud

Aaszud

 

Rii wkroczył do Aaszud bramą południową. Mniej okazała od wschodniej, nie prezentowała się równie imponująco, jednak i na niej widoczne były dzieła królewskich artystów. Kamienne lwy śledziły swymi nieruchomymi oczami kroki wchodzących. Nieliczni podróżni schylali przesądnie pod nimi głowy, inni przeciwnie – zadzierali je do góry błądząc wzrokiem po wysokich murach otaczających miasto.

Rii nie należał ani do jednych ani do drugich. Bardziej od osławionych murów interesowali go ich mieszkańcy. Gdy przeszedł przez bramę do jego uszu dotarł zgiełk głosów, rżenie koni i stukot wozów na brukowanych ulicach.

Rozmowy toczono, jak zdołał usłyszeć, co najmniej w kilku językach. Otaczający go ludzie przedstawiali kolorową mieszankę narodowości, jaką można było spotkać chyba jedynie przy wejściu do miasta, gdzie trafiali wszyscy wędrujący do niego podróżni.

Było południe, więc słońce z pełną mocą oświetlało niskie niezdobione domy oraz bramę, której długi cień kładł się na zatłoczoną ulicę. Wokół ludzi unosił się rdzawoczerwony kurz. Rii zakrył usta dłonią i głośno zakaszlał. Nie, nie ta część miasta go interesowała.

Nie wiedział jednak którędy ma pójść. Ciasne ulice ciągnęły się od bramy we wszystkich kierunkach. Przyjrzał się wobec tego ludziom idącym każdą z nich i wybrał tę, po której przechadzali się lepiej ubrani kupcy i żołnierze.

Szedł szybko. Już po chwili dotarł do prawdziwego Aaszud. Niskie domy imigrantów ustąpiły miejsca dwupiętrowej miejskiej zabudowie. Brukowana ulica rozszerzyła się, a w otaczającym go tłumie coraz lepiej dało się usłyszeć charakterystyczny wschodni dialekt. Mężczyźni i kobiety byli ubrani w luźne koszule, ich smagła cera odcinała się od jaskrawych kolorów ubrań. Na rogach uliczni sprzedawcy zza kłębów dymu wydobywającego się z przenośnych pieców, niezważający na gorąco, zachęcali do zakupu swoich specjałów.

Ulica, którą szedł Rii, przecinała się z kolejną tworząc coś w rodzaju skrzyżowania przekształconego w plac, pośrodku którego znajdowała się uliczna fontanna. Otaczał ją tłum przechodniów. Większość z nich napełniła darmową wodą dzbany i butle. Jedynie pokryte kurzem dzieci biegające pomiędzy dorosłymi, nie zwracając na nic uwagi, zanurzały usta w kamiennych baliach gasząc spowodowane upałem pragnienie.

Rii wziął w nich przykład, ochlapał twarz wodą i rozejrzał się dookoła. Miał jeszcze dość czasu. Audiencja miała się odbyć dopiero za dwa dni. Był jednak zmęczony, potrzebował mieszkania, a przynajmniej miejsca, gdzie mógłby odpocząć po podróży.

Nie chciał szukać niczego tuż koło bramy, nie interesowali go imigranci, fascynowało samo miasto. Idąc dalej znalazł w końcu niewielki szyld „Pokoje gościnne” wywieszony na kołyszącej się nad ulicą tabliczce. Wybrał najtańszy pokój na samym poddaszu. Panował w nim zaduch, ale okna zamknięto z powodu pyłu. Obok łóżka stała niska skrzynia służąca za stół i miska wypełniona wodą. Pod sufitem, kilka co bardziej pracowitych pająków rozsnuło już swoje sieci. Mieszkanie nie było wygodne, nie miało to jednak większego znaczenia.

Rii zlustrował wnętrze wzrokiem. Podszedł do zamkniętej skrzyni i przejrzał jej zawartość. Nie znalazł w niej jednak nic odpowiedniego. Zdjął wobec tego z łóżka prześcieradło i zmoczył je wodą. Otworzył na oścież okno i w jego miejsce powiesił lekko wyżętą szmatę. Pokój pogrążył się w cieniu lecz nie przedostawał się do niego pył. Rii uśmiechnął się z satysfakcją i, wypiwszy resztę wody, położył się na ziemi.

Zastanawiał się nad powodem swojego przyjazdu. Nie wątpił, że w stolicy znajdują się odpowiedzi na jego pytania. Aaszud znane było ze swoich tajemnic. Pytaniem było jedynie, jak je odzyskać. Do audiencji pozostały mu jeszcze dwa dni, spokojnie mógł je poświęcić na poznanie tego niezwykłego miasta. Zapadał już w sen kiedy przemknęło mu przez myśl pytanie, które nurtowało go już wcześniej. Śniąc zastanawiał się, jaką odpowiedź da mu król, kiedy zapyta go o smoki.

 

***

– Czego chcesz?

Pytanie nie było w żadnym przypadku grzeczne ale Alii nie zależało na uprzejmości. Stojąca przed nią kobieta spojrzała na podłogę a dopiero potem nieśmiało podniosła wzrok i wydukała pytanie. Nie miała powodu się tak zachowywać ale tak jak wiele innych przed nią uznawała Alię za swoją przełożoną. Śmieszne jak bardzo myliła się w tej ocenie jednak Alia nie miała już siły tłumaczyć jej tej istotnej różnicy.

Odetchnęła z ulgą, kiedy kobieta odeszła, nie lubiła tego rodzaju rozmów, a miała jeszcze dużo do zrobienia. Prawdziwa pani tego domu jeszcze się nie zjawiła.

Alia założyła sandały i wyszła z budynku, za jej plecami bogato zdobione, ciężkie wrota zamknęły się cicho, bez jakiegokolwiek szmeru.

Było jeszcze rano, ale skwar na ulicach dawał się już we znaki, nieliczni przechodnie spacerowali wolno szeroką aleją pomiędzy najokazalszymi rezydencjami miasta. Alii nie zależało na spacerze, szła szybkim krokiem, obdarzając mijane postacie bystrym spojrzeniem, jednak żadna z nich nie zwracała na nią najmniejszej uwagi. Było więc tak jak być powinno.

Nie zwalniając, skręciła w mniejszą ulicę, już po chwili znajdowała się w mniej zamożnej dzielnicy. Pewnie odnajdując drogę, skręciła kilkakrotnie aż dotarła na tyły niewielkiego domu ze ścianami pokrytymi białą zaprawą. Odsunęła tkaninę rozwieszoną zamiast drzwi i weszła do środka.

– Miło cię widzieć – uśmiech starca był prawie bezzębny.

Chudą ręką zaprosił Alię do środka. Wnętrze przypominało warsztat. Wszędzie porozkładane były narzędzia, podłogę pokrywał kurz i ścinki drewna. Kobieta dla której Alia pracowała nie weszłaby nawet do takiego miejsca, nie musiała jednak. Od tego była Alia.

– Czy masz to po co przyszłam?

Starszy człowiek podniósł się ze stołka i wyciągnął ze skrzyni niewielkie pudełko. Alia otworzyła je i oceniła zawartość. Miała racje, przychodząc do tego warsztatu, nie sądziła by jakikolwiek nadworny lutnik miał w palcach tak wiele doświadczenia co siedzący przed nią staruszek. Jej pracodawczyni powinna być zadowolona, nie interesowało jej jak Alia zdobędzie instrument, ważne było jedynie jak dobry się potem okaże.

Zapłaciła i wyszła z warsztatu, wiedziała, że musi się spieszyć. Skręciła w boczną uliczkę i zagłębiła się w labirynt ciasnych zaułków. Skróciła tym drogę mimo to nadal szła szybko. Wyprzedzała idących przed nią ludzi, jej kroki brzmiały cicho na krzywym bruku.

Nagle ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się i spojrzała na jednego z mężczyzn, których minęła. Ten złapał ją za nadgarstek i pociągnął w bok. Jego oddech pachniał alkoholem, zaciskał palce na ramieniu Alii, mamrocząc coś niezrozumiałego. Był chyba zbyt pijany żeby zauważyć, kim była.

Nie opierała się, zamiast tego pchnęła go do tyłu. Wolną ręką chwyciła jego nadgarstek i jednym płynnym ruchem wykręciła go. Mężczyzna upadł na ziemię i chwycił się za dłoń. Kilka osób spojrzało na nich, nikt jednak nie powiedział ani słowa. Alia odwróciła się i nie spoglądając za siebie, poszła dalej.

 

***

Gabinet audiencji znajdował się w północnym rogu królewskiego pałacu. Przez otwarte okna nie wpadało słońce, a grube ściany chroniły przed panującym na zewnątrz upałem. Panował lekki półmrok. Cienie padały na niskie podwyższeni i stojący na nim ozdobny fotel. Ten pozostawał pusty.

Rii wprowadzono przez bogato zdobione i ciężkie drzwi, przypominające wrota. Początkowo myślał, że są jedyną drogą prowadzącą do gabinetu, dopiero po chwili dostrzegł drugie mniejsze wejście schowane za oparciem fotela.

Za jego plecami dwójka strażników stanęła po obu stronach drzwi. Towarzyszyli mu od wewnętrznej bramy, milcząc milcząc prowadzili labiryntem korytarzy królewskiego kompleksu.

Nie wiedząc, co zrobić, Rii usiadł na jednym z ustawionych rzędem krzeseł i oparł się o wysokie oparcie. Przez kilka minut czekał w milczeniu. Pogrążony w myślach wodził palcami po gładkim materiale swojej tuniki. Jednobarwna, ciemnofioletowa tkanina nie kosztowała mało, buty które do niej dokupił – jeszcze więcej, mimo to Rii nie żałował wydanych pieniędzy. Już dawno nauczył się jak ważne było wywarcie odpowiedniego wrażenia. Gdy szedł ulicą, nawet mimo cudzoziemskiej cery mógł z łatwością uchodzić za jednego z bogatych kupców lub arystokratę.

Po chwili w mniejszych drzwiach ukazał się kolejny strażnik, a stojący przy drzwiach żołnierze stanęli na baczność. Rii również powstał. Schylił głowę, kiedy król wszedł do pomieszczenia. Słyszał jego kroki, gdy ten wchodził na podest i zasiadał w fotelu. Kiedy podniósł wzrok, jego spojrzenie padło na twarz siedzącego przed nim mężczyzny.

Władca Aaszud miał około 40 lat. Koło oczu rysowały mu się niewielkie zmarszczki, jasnobrązowe oczy patrzyły na Rii spod długich rzęs. Nie można było pomylić go z nikim innym. Smagłą twarz, charakterystyczną dla mieszkańców wschodu pokrywały krzyżujące się linie blizn.

Symetryczne, białe nacięcia ciągnęły się od kącików oczu aż do brody gdzie krzyżowały się i opadały na szyję. W całym kraju, jedynie najwyższy władca miał prawo do tak rozległych blizn. Były symbolem jego władzy. Rii nie mógł oprzeć się fascynacji, wzrokiem podążał po ich jasnych liniach zastanawiając się, jaki artysta podjął się ich stworzenia.

– Czytałem twoje pismo – głos króla przerwał zapadłą ciszę – to ty więc jesteś Rii.

– Owszem wasza wysokość.

– Czy pochodzisz z południa?

– Tak, urodziłem się w mieście po południowej stronie gór.

– Twoja skóra jest zbyt ciemna abyś mógł pochodzić z Aaszud – władca oparł dłonie na podłokietnikach – A więc Rii… bo tak niespotykane imię nosisz, powiedz mi, jaki powód przygnał mieszkańca południa na wschód, aż do samej stolicy?

Pytanie przypominało wyzwanie. W odpowiedzi Rii śmiało spojrzał w oczy króla.

– Czy wasza wysokość wie coś o smokach? – spytał.

Król w odpowiedzi podniósł brwi.

– Zostały wybite kilkadziesiąt lat temu. Ostatni zginął przed ponad trzydziestoma laty. Czemu jednak mnie o to pytasz?

– Ponieważ, złapano go właśnie tutaj w Aaszud – odpowiedział Rii – na południu skąd pochodzę smoki wytrzebiono w ubiegłym stuleciu. Należą już do legend. Jeżeli istnieje jednak miejsce gdzie można się o nich czegoś jeszcze dowiedzieć, jest nim to miasto.

– Dlaczego tak cię interesują?

Rii przygryzł wargi i wzruszył ramionami.

– Nie wiem, może to wina historii, jakich słuchałem o nich w dzieciństwie. Historie o potworach, które potrafiły ukryć swój kształt pod iluzją innego stworzenia mogą przemówić do wyobraźni małego chłopca. W czasie podróży, jakie odbyłem poznałem wiele wersji tych samych opowieści. Chciałem poznać jednak prawdziwe fakty, a nie wyolbrzymione bajki.

– Nie przyszedłeś jednak tutaj, aby opowiadać mi historię swojego życia. Powiedz mi, o co w związku z tym chcesz mnie prosić.

– O dostęp do archiwów państwowych, wasza wysokość.

Na tę odpowiedź król zaśmiał się głośno.

– A więc przychodzisz do mnie z nie byle jaką prośbą. Mogę cię spytać, dlaczego sądzisz, że znajdziesz w nich swoje smoki?

– Ponieważ zawierają akta sprzed ponad stu lat. Muszą być w nich zawarte chociaż wzmianki na ten temat.

– Widzę, że naprawdę w to wierzysz… jesteś w pewnym sensie bardzo zabawny. Nie wiem czy uda ci się czegokolwiek dowiedzieć ale mogę udzielić ci zgody. Musisz mi jednak obiecać, że przedstawisz mi wszystkie wyniki swoich badań.

– Dziękuję wasza wysokość.

– To jednak nie wszystko – władca bacznie spojrzał na Rii – nie mogę dać ci nieograniczonego dostępu do akt. Będziesz miał do dyspozycji jedynie część archiwum pod kontrolą pracującego tam archiwisty. Ufam jednak, że uda ci się znaleźć informacje, których szukasz.

Tymi słowami zakończył audiencję. Rii opuścił gabinet i udał się z powrotem, prowadzony przez strażników. Król nie poświęcił mu dużo czasu, mimo to był zadowolony. Zdobył to, po co przyszedł.

Idąc korytarzem, zauważył stojącą przy drzwiach kobietę. Jej długie włosy opadały błyszczącą kaskadą na plecy. Na ramieniu tuniki błyszczał ozdobnie wyszyty herb. Nawet nie rozpoznając go Rii domyślił się kim była. Gdy podeszła, ukłonił się.

-Dzień dobry, pani – powiedział.

Słyszał dużo o lady Kali. Plotki otaczały jej postać niczym rój pszczół. Nie podlegało jednak dyskusji, że posiadała bardzo wysoką pozycję w mieście. Z tego co usłyszał wywnioskował, że pełniła rolę swego rodzaju pałacowego doradcy. Była ściśle związana z królem.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi na powitanie. Jej twarz również pokrywały blizny, były jednak nieco mniejsze i delikatniejsze niż te które podziwiał u władcy. Żywo zainteresowała się przebiegiem audiencji, zapytała go, czy jest zadowolony z jej rezultatu. Była bardzo miła, Rii odniósł wrażenie, że interesowała ją szczególnie odpowiedź jaką dał mu król. Poprosiła by odprowadził ją do jej gabinetu. Zgodził się z chęcią.

Gdy szli ich kroki niosły się echem po długim korytarzu. Lady Kali miała na sobie luźne spodnie i tunikę, której dekolt odsłaniał przecinające się linie blizn. Rii nie wątpił, że był to celowy zabieg. Człowiek któremu powierzono zadanie ich stworzenia musiał znać się na swojej pracy. Symetryczne linie podkreślały kości policzkowe i oczy. Ich kształt był starannie zaplanowany. Nie przypominały szpecących pozostałości po przypadkowych ranach.

Kobieta zauważyła spojrzenie Rii. Podniosła rękę i przejechała palcem po swojej szyi.

– Czy wiesz, skąd wziął się zwyczaj okaleczania twarzy? – spytała.

– Nie, na południu skąd pochodzą, nigdy go nie kultywowano.

– To pozostałość po bliznach jakimi oznaczano bohaterów wojen. Wierzono że ból jaki im towarzyszy, kształtuje charakter i wolę. Mężczyzna, który je nosił, do końca życia był otaczany czcią i szacunkiem.

– A jednak i kobietom pozwolono dostąpić tego zaszczytu.

Jej śmiech zabrzmiał w korytarzu.

– Owszem, jednak dopiero kilkaset lat temu. Coraz trudniej jednak o prawdziwych acıyoradam1 którzy podjęliby się stworzenia takich znamion. Nie chodzi o bezmyślne cięcie skóry. Stworzenie prawdziwych blizn jest sztuką, którą opanowują jedynie nieliczni.

– Muszą być to naprawdę zaufani ludzie.

– Tak… masz rację.

Dotarli przed drzwi gabinetu. Lady Kali otworzyła je i zaprosiła Rii do środka. Wnętrze było przestronne, jasno oświetlone wpadające przez duże okna słońce. Na uporządkowanym biurku leżał stos papierów. Podłogę tworzyła różnobarwna mozaika.

– Kiedy zamierzasz udać się do archiwum? – spytała.

– Prawdopodobnie dzisiaj, chciałbym jak najszybciej rozpocząć badania – zawiesił głos.

– Archiwa znajdują się w budynku biblioteki, czy wiesz gdzie to jest?

– Miałem zamiar liczyć na własne szczęście i spotkanych przechodniów.

Lady uśmiechnęła się.

– Spodziewałam się tego, Alia może cię zaprowadzić.

Dopiero wtedy Rii dostrzegł drugą kobietę. Stała obok biurka, musiała być w gabinecie zanim weszli. Była młodsza od Lady Kali, mogła mieć ok 20 lat. Ciemne włosy sięgały jej do brody. Miała na sobie szarą tunikę. Dotychczas Rii nie spotkał nikogo, kto nosiłby ubranie w tym kolorze. Ludzie, których spotykał na ulicach, ubierali się kolorowo, niemniej materiał, z którego ją wykonano był bardzo dobrej jakości.

Na lewym ramieniu, czarną nitką wyszyto herb rodu Kali. Twarz kobiety była smagła, wysokie kości policzkowe nadawały jej zdecydowany wyraz. Stała prosto, odruchowo prostowała plecy. Na słowa lady kiwnęła głową i wyszła z pomieszczenia.

– Było mi miło cię poznać – lady wyciągnęła rękę.

– Mnie również – odpowiedział Rii, ściskając ją.

– Mam nadzieję , że i mnie tak jak królowi przedstawisz wyniki swoich badań.

– Oczywiście, pani.

***

Gdy wyszli z pałacu Alia zaprowadziła Rii na główną ulicę Aaszud. Uliczni sprzedawcy wykrzykiwali nazwy swoich towarów. W różnokolorowym tłumie brzmiało kilka języków. Ponad wszystkim unosiły się kłęby pyłu.

Szła dość szybko, Rii dotrzymywał jej kroku, przyglądając się otaczającym go przechodniom. Zaczął już żałować zakupu nowego stroju. Kupcy uznawali go widać za potencjalnego klienta, co chwila zatrzymywali go i zachwalali swoje wyroby. Zmęczony odmawiał coraz bardziej zdecydowanie. Jednocześnie zastanawiał się, dlaczego żaden z nich nie zatrzymywał nigdy Alii.

Mimo, że stała tuż obok, sprzedawcy zdawali się jej nie zauważać. Po pierwszym spojrzeniu zwracali się zawsze do niego, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi.

W końcu skręcili w mniej zatłoczoną ulicę. Alia milczała, od kąt wyszli z pałacu odzywała się jedynie aby wskazać mu drogę. Mimo to ciekawiła go.

– Jak długo pracujesz dla lady Kali? – spytał.

Spojrzała na niego zdziwiona, odpowiedziała, nie zwalniając kroku.

– Od dziewięciu lat.

– Musiałaś zacząć bardzo wcześnie – posłała mu jeszcze bardziej zdziwione spojrzenie – nie masz więcej niż 30 lat.

– Mam 25, nie wiem jednak co w tym dziwnego, przybyłam do niej kiedy miałam 16.

– To mało.

– Nie dla sadiuk2 – widząc jego zdziwienie dodała – nie pochodzisz stąd?

– Owszem.

– Więc nie wiesz kim jestem? – kiedy pokręcił głową westchnęła – jestem sadiuk czyli lojalna.

– Pracujesz dla lady Kali.

– Nie, nie wypłaca mi pieniędzy, nie mam swojej własności. Wszystko co posiadam, należy do niej. Widzę, że nie rozumiesz.

– Nie, dlaczego to robisz?

– Ponieważ tak zdecydowałam. Można sprzedać dużo rzeczy, również własną wolność.

– Nazywa się to niewolnictwem.

– Niewolnik zostaje niewolnikiem wbrew swojej woli. Służy. Czy jest jednak naprawdę lojalny? Sadiuk oznacza człowieka, który zrzekł się części swoich praw. Nie dysponuje pieniędzmi, jest całkowicie zależny od osoby, dla której pracuje.

– Po co zostawać kimś takim?

– Często pozwala to na awans społeczny. Gdybym nie została sadiuk byłabym pewnie teraz żoną jakiegoś kupca. Lady Kali zapewnia mi utrzymanie, w zamian za to spełniam wszystkie jej polecenia. Jestem dyskretna i oddana. Sadiuk – lojalna.

– Na prawdę tego nie żałujesz? – Alia spojrzała na niego i westchnęła.

– Wiedziałam, że nie zrozumiesz. Nie, nie żałuję. Wbrew pozorom mogę naprawdę dużo. Lady Kali mi ufa, wykonuję wszystkie jej polecenia. Umiem sporo. Na tym właśnie polega moja praca, na byciu potrzebną.

Rii nie odpowiedział, po chwili uśmiechnął się i krótko zaśmiał. Kobieta odwróciła się do niego.

– Co cię śmieszy?

– Nic – odpowiedział – Naprawdę, myślałem jedynie o twoim imieniu. Alia. Kobieta wywyższona3.

Wzruszyła ramionami.

– A co z tobą? Rii. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego imienia.

– Nie sądzę, żeby miało jakieś znaczenie. Uważam, że to po prostu zbiór liter, którymi nazwano mnie przy urodzeniu. Nie ma znaczenia.

Obok nich z hałasem przejechał załadowany wóz. Skręcili, po chwili znaleźli się na szerokiej alei. Po obu jej stronach wznosiły się eleganckie wille i okazałe domy. Było na niej o wiele mniej przechodniów, a ci których mijali nie przypominali ulicznych kupców. Elegancko ubrani, obdarzali Rii uważnymi spojrzeniami. Alia nie przykuwała ich uwagi.

– Chcesz się dowiedzieć czegoś o smokach? – spytała nagle po chwili milczenia – słyszałam jak o tym rozmawiałeś.

– Tak, mam dostęp do archiwów państwowych.

– Po co ci to? Wybito je wiele lat temu. Były zbyt niebezpieczne, ludzie potraktowali je jako zagrożenie. Teraz należą już prawie do legend. Za kilkadziesiąt lat możliwe, że całkiem zapomnimy o ich istnieniu. Uznamy za wytwór wyobraźni.

Rii uśmiechnął się i spojrzał na nią.

– Masz rację… masz zupełną rację. Teraz jednak, wciąż pamiętamy. Nie łatwo wymazać z historii tak niezwykłe stworzenia.

– Podobno potrafiły przyjąć kształt dowolnego zwierzęcia – powiedziała Alia w zamyśleniu – przydatna umiejętność.

– Nie uratowała ich jednak przed śmiercią.

– Ludzie potrafią zniszczyć wszystko, jeśli uznają że stanowi dla nich zagrożenie.

– Tu też masz rację…

***

Stosy akt piętrzyły się na sięgających sufitu, wysokich regałach. W powietrzu wirowały drobinki kurzu wznieconego przez nieruszane od lat manuskrypty. Rii położył na biurku stos dokumentów. Był zmęczony, od wielu godzin przeglądał wszystkie znajdujące się w bibliotece akta. Nie znalazł tego, czego szukał. Mimo to nie tracił nadziei. Z westchnieniem usiadł i pogrążył się w lekturze.

Czytał pobieżnie, zmęczonym wzrokiem śledził poszczególne słowa, czasami gubiąc sens przeczytanych chwilą wcześniej zdań. Pod jego palcami papier zaszeleścił cicho. Na niektóre ze starych rękopisów musiał bardzo uważać, pod zwykłym dotykiem były gotowe rozsypać się w pył.

W głębi archiwum zabrzmiały kroki. Przez wysokie okna wpadało światło zachodzącego słońca. Czerwone promienie oświetliły zbliżającą się postać.

– Cały czas tu jesteś?

– Jak widać – odpowiedział Rii.

Ręce najstarszego archiwisty pokrywały plamy wątrobowe, osadzona na wątłej szyi głowa kiwała się w rytm kroków. Doże wodniste oczy, które w wychudłej twarzy sprawiały wrażenie jeszcze większych, wpatrywały się w Rii z zainteresowaniem.

Mężczyzna wrócił do lektury. Archiwista irytował go. Nie chciał wdawać się z nim w rozmowy. Zapadła więc cisza.

– Na pewno nie potrzebujesz pomocy?

– Nie, dziękuję.

– Jesteś pewien? Znam bardzo wiele akt przechowywanych w tym archiwum.

– Poradzę sobie.

Archiwista odwrócił się i odszedł. Rii zaczekał dopóki jego postać nie zniknęła za wysokimi regałami. Z westchnieniem wstał i poszedł w przeciwną stronę. Dookoła niego wzniecony kurz opadał wolno na pożółkłe ze starości dokumenty. Udzielono mu dostępu do części archiwów, w których przechowywano akta z rozpraw cywilnych, publiczne oświadczenia i umowy handlowe. Nie zostały one jednak uporządkowane według treści. Nowsze dokumenty znajdowały się na parterze, starsze akta zajmowały piętro.

Tam też udał się Rii. To czego szukał, musiało pochodzić sprzed co najmniej siedemdziesięciu lat. Idąc pomiędzy regałami w zamyśleniu wodził palcem po drewnianych pułkach. Pozostawiał na nich ciemną linię w miejscach, z których starł kurz. Zastanawiał się, czy mógł cokolwiek przeoczyć.

Nagle zatrzymał się i spojrzał na swoją rękę. Zakurzone palce dotykały ciemnego drewna. Na półce nie było kurzu. Jak gdyby zdejmowano z niej niedawno dokumenty.

Przyklęknął i obejrzał położone na regale akta. Umowy handlowe i spisy własności. Nie interesowało go to. Dlaczego jednak ktoś miałby je czytać?

Wyciągnął pierwszą z brzegu książkę. Delikatnie otworzył i przeleciał wzrokiem pomiędzy stronami. Wyglądała normalnie. Sięgnął po następną. W niej również nic nie znalazł. Obejrzał kolejną. Miał już ją odłożyć, kiedy coś dostrzegł.

Pomiędzy strony był włożony kawałek papieru. Rii wyjął go delikatnie. Kilkukrotnie złożona kartka była pożółkła ze starości.

Wyprostował ją i przeczytał treść. Wciągnął głośno powietrze. Obejrzał się za siebie i odłożył akta na półkę. Dokoła panowała absolutna cisza. Zszedł szybko na dół. Tam jednak zwolnił. Do biurka podszedł spokojnym krokiem. Uporządkował leżące na nim dokumenty. Kartkę położył obok grubej księgi zawierającej spisy ludności.

– Szykujesz się do wyjścia.

Rii odwrócił się i spojrzał na archiwistę. Nie słyszał za plecami jego kroków.

– Tak.

– Znalazłeś to czego szukałeś?

– Niestety chyba nie.

– Szkoda. A to? – mężczyzna wskazał spis i leżącą obok kartkę.

Rii podał księgę archiwiście.

– Przepisywałem dane z poszczególnych lat. Mogą okazać się potrzebne.

– To dobrze – spojrzał na gruby rękopis – pamiętaj, że nie wolno wynosić ci niczego z biblioteki.

– Oczywiście.

Rii schował kartkę do kieszeni i pożegnał archiwistę. Kiedy wychodził z archiwum jego kroki brzmiały cicho pomiędzy zakurzonymi regałami.

 

***

Wrócił do wynajętego pokoju. Za oknami było już ciemno, mimo to miasto cały czas tętniło życiem. Na ulicach zapalano latarnie, cienie mijających je przechodni wydłużały się i padały na ściany budynków. Było nieco chłodniej, ludzie opuszczali nagrzane domy. Cały czas słychać było rozmowy. Sprzedawcy ulicznego jedzenia głośno reklamowali swoje towary. Aaszud nie zamierzało pogrążyć się we śnie.

Rii jednak to nie interesowało. Zamknął drzwi i zapalił lampę. W jej świetle obejrzał jeszcze raz znalezioną kartkę. Była autentyczna. Jak głosiła data, została napisana przed siedemdziesięciu pięciu laty. Musiała być prawdziwa. W reszcie udało mu się znaleźć to, czego szukał. Trzymał w ręku list. Nie wiedział kto, był jego autorem, zamieszczonego na końcu podpisu nie dało się przeczytać.

Droga Almo,

Podróż minęła pomyślnie, jednak obejście południowego pasma gór zajęło nam wiele czasu. Jesteśmy aktualnie w mieście. Cieszę się, ponieważ udało mi się już sprzedać część zabranego towaru. Miałaś racje, nakłaniając mnie do zakupu przypraw, uzyskałem za nie najlepsze ceny. Człowiek, któremu je sprzedałem, powiedział, że chciałby przyjmować ode mnie regularne dostawy. Był gotów zapłacić…

Pismo było czytelne jednak nieeleganckie. Człowiek, który pisał list robił to szybko i energicznie. W kilku akapitach streszczał przebieg dalszych transakcji.

…Zdecydowałem się wracać przez góry. To zdecydowanie szybsza droga. O tej porze szlaki powinny być już bezpieczne. Nie bój się o mnie. Postaram się znaleźć doświadczonego przewodnika…

Poniżej zamieszczony był jeszcze podpis oraz pozdrowienia. Na tym najwyraźniej miał początkowo kończyć się list. Na drugiej stronie była dopisana jednak druga notatka. Musiała być pisana w dużym pośpiechu, pismo było bardzo niestaranne. Ponieważ atrament wyblakł części słów w ogóle nie dało się rozczytać.

martwić się o mnie,… już dawno w domu. Decyzja o … drogi … błędna…. lawina… przypłaciłbym to życiem gdyby nie pomoc… mieszka w górach, pozwolił mi zostać dopóki szlak…. To dziwny człowiek… opowiadał mi… które nie mają kształtu… rodzą się w każdym… przypadki… dziwny człowiek… dowolny kształt… nie posiadają, własnego…. widziałem jak… Muszę wracać…

Na liście nie było śladu laku ani pieczęci. Nigdy nie został wysłany ani nie dotarł do czekającej na niego Almy. Rii nie wiedział, w jaki sposób trafił do archiwum. Jednak razem z innymi dokumentami mógł przeczekać w nim zapomniany kilkadziesiąt lat.

Tak się jednak nie stało. Ktoś niedawno go czytał. Rii dotknął zniszczonego papieru. Atrament, którym napisano list częściowo wyblakł. Mimo to, jedno słowo było doskonale czytelne. Dolny dopisek, napisany o wiele później i przez zupełnie inną osobę – ejderha.4

***

Archiwista szedł wąską ulicą. Zza zardzewiałej bramy spojrzał na niego pobrudzony kilkuletni chłopczyk. Bawił się patykiem zanurzonym w brudnej wodzie kapiącej z potłuczonego dzbanka. Z okna na piętrze słychać było krzyki. Do tej dzielnicy nikt nie zapuszczał się na spokojne spacery. Tylko tutaj jednak archiwista mógł znaleźć człowieka, którego szukał.

Skręcił w boczną uliczkę. Po chwili stał przed zniszczonym budynkiem zamkniętej przędzalni jedwabiu. Jedna z szyb była wybita, a drzwi porysowane. Farba, którą je niegdyś pomalowano, spadała na bruk dużymi płatami.

Utykając, wszedł do środka. Wnętrze pachniało zgnilizną. Podłogę pokrywała warstwa kurzu. Ze ścian odpadało kilka cegieł. Przez drzwi słychać było prowadzoną na zewnątrz kłótnie, po chwili dołączył do niej płacz chłopca.

Z cienia wyłonił się nagle niski mężczyzna. Miał na sobie poplamioną koszulę i luźne spodnie, krzywy nos musiał być kilkakrotnie złamany. Jego małe, rozbiegane oczy obiegły całe pomieszczenie nim zatrzymały się na archiwiście.

-Witaj Karimie.

-O co chodzi?

-O nic wielkiego. O zwykłą… przysługę.

 

***

Kolację uświetnił koncert na surmie5. Ofiarowany instrument zgodnie z oczekiwaniami brzmiał perfekcyjnie. Lady Kala była zadowolona, lubiła robić wrażenie na swoich gościach. Alia wiedziała o tym najlepiej. Siedząc po jej lewej stronie, dyskretnie pilnowała, aby służba przynosiła potrawy w przygotowanej przez nią kolejności. Kieliszki również nie mogły świecić pustkami. Wszystko było dokładnie przygotowane. Alia lubiła dokładność, wymagała jej również od innych.

Wymieniła z siedzącą obok niej kobietą kilka niezobowiązujących uwag. Nie wdawała się jednak w prawdziwą rozmowę. Nie przepadała za uroczystościami.

Wniesiono deser. Ułożone na tacach karmelizowane owoce, baklawy i kostki rachatłukum wyglądały wspaniale. Smakowały oczywiście jeszcze lepiej. Nim Alia wzięła jednak do ust pierwszy kawałek, podeszła do niej jedna ze służących. Cicho poinformowała, że pewien człowiek kazał przekazać jej wiadomość.

Kobieta musiała bać się jej reakcji, ponieważ dodała, że również bardzo mocno nalegał, aby zrobić to bezzwłocznie.

Alia była zaciekawiona. Odesłała kobietę i wstała od stołu. Kilka osób spojrzało na nią, lady Kali nie powiedziała jednak ani słowa. Uznawała, że jeśli sadiuk gdzieś szła – musiała mieć powód.

W kuchni panował rozgardiasz, kucharze wymieniali głośne uwagi, pachniało jedzeniem a z garnków co chwila buchała para. Alia minęła zebranych i sięgnęła po pozostawioną na blacie wiadomość. Wyszła na dwór, dopiero tam zdecydowała się ją obejrzeć. Na kawałku papieru było napisanych jedynie kilka zdań. Wzrokiem przebiegła po nich i przygryzła wargi.

– Ciekawe – powiedziała do siebie.

Z człowiekiem, który pozostawił wiadomość, łączyła ją długa znajomość, dzięki niemu mało rzeczy, które działy się w mieście mogło ujść jej uwagi. Najwidoczniej doszedł do wniosku, że to co chciał jej przekazać mogło ją zainteresować. Nie mylił się.

Westchnęła, wiatr poruszył jej włosami. Co mogła zrobić? Nie wiedziała wielu rzeczy. Co chciał zrobić Salman Sezir? Czy powinna zareagować? W myślach rozważyła wszelkie możliwe ewentualności. Decyzję podjęła prawie od razu.

Wróciła do środka, poszła go gabinetu lady Kali, odnalazła kawałek papieru i pióro. Ostrożnie dobierając słowa, napisała krótka wiadomość. Wróciła do kuchni, wybrała jednego z obsługujących gości służących. Dała mu kartkę i wytłumaczyła, dokąd ma się udać. Gdy wyszedł, wróciła do stołu.

Tak jak powiedziała: mogła dużo. Nie znaczyło to jednak, że musiała cokolwiek zrobić. Nic nie zmuszało jej do wysłania tego ostrzeżenia, nie wiedziała nawet, jakie mogą być jego skutki. Mimo to zdecydowała się to zrobić, była przecież przecież sadiuk.

 

***

Rii usłyszał ciche pukanie kiedy pakował swoje rzeczy. Stukanie powtórzyło się po chwili, tym razem bardziej natarczywie. Otworzył drzwi. Stojący w korytarzu mężczyzna, nie mówiąc nic podał mu zwinięty kawałek papieru, po czym szybko odwrócił się i odszedł.

Rii krzyknął za nim, nie usłyszał jednak odpowiedzi. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, zamknął drzwi i rozwinął świstek. Przeczytał zwięzłą informację. Nie zastanawiał się, od kogo mogła pochodzić, na ozdobnym papierze był wyprasowany herb rodu Kali.

Podziękował w duszy Alii i westchną głęboko. Żałował, że musi opuścić miasto, naprawdę polubił Aaszud. Nie mógł jednak niepotrzebnie tracić czasu. Zapalił świecę i przytknął do płomienia róg kartki. Po chwili na stole pozostała jedynie odrobina popiołu, po zastanowieniu sięgnął również po znaleziony list. Patrzył jak ogień liże pożółkły papier. Gdy skończył, przebrał się w strój, w którym przybył do miasta. Ozdobną tunikę i resztę rzeczy schował do podróżnego worka.

Kiedy strzepnął popiół na podłogę w pokoju nie pozostały żadne ślady jego obecności. Za oknami była już noc. W budynku panowała cisza. Gdy sięgał do klamki, usłyszał na dole dźwięk otwieranych drzwi. Wyszedł na korytarz, na schodach słyszał wolne kroki. Znajdował się na strychu. Nie miał jak wydostać się z budynku.

Kroki zbliżały się. Rii spróbował otworzyć drzwi do drugiego wynajmowanego na piętrze pokoju. Okazały się otwarte. Wszedł do niego i przez pozostawioną szparę obserwował fragment korytarza. Po chwili na schodach ukazała się wysoka postać. Mężczyzna podszedł do drzwi jego pokoju. Rii widział jego zdziwienie, kiedy ten zorientował się, że są otwarte. Kiedy wszedł dalej Rii wyszedł z pokoju i zbiegł po schodach.

Poruszał się cicho, po chwili znalazł się na ulicy. Mimo, że było już późno znajdowało się na niej kilku przechodniów. Nie zaczął biec. Szedł spokojnym, szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Najbliżej miał do bramy południowej. Po kilku dniach orientował się w mieście na tyle dobrze aby bez przeszkód odnaleźć drogę. Mijał charakterystyczne budynki i ulice. Jego kroki stukały na bruku w zapadłej ciszy.

Kiedy jednak zatrzymał się, wcale nie ucichły. Brzmiały niedaleko za nim. Rii poszedł dalej, rozglądał się dopóki nie dotarł do skrzyżowania. Wtedy zaczął biec. Słyszał jak osoba za nim przyspiesza kroku. Skręcił w lewo. Teren jednej z eleganckich willi otaczał niski mur. Przeskoczył nad nim i przykucnął po drugiej stronie. Nasłuchiwał. Tak jak sądził, po chwili usłyszał odgłos szybkich kroków, mijającego go człowieka.

Odczekał parę minut. Panowała jednak absolutna cisza. Szybko przeskoczył ogrodzenie i z powrotem znalazł się na ulicy. Odetchnął głęboko i cofnął się do skrzyżowania. Tam wybrał ulicę odchodzącą w prawo.

Był już niedaleko. Dotarł do dzielnicy zamieszkanej przez imigrantów. Parterowe domy, nie były zdobione. W większości pokryte jedynie zaprawą stały przy ulicy ciemnym szeregiem. W oknach nie paliły się światła.

Przyspieszył, widział już potężną budowlę bramy. Nagle usłyszał za sobą głos.

– Witaj.

Archiwista stał pośrodku ulicy. Rii nie słyszał jego kroków. Twarz Salmana w świetle latarni wydawała się być wręcz wychudzona. Wąskie wargi wykrzywiały się jednak w serdecznym uśmiechu.

– Mówiłem ci, że znam wiele akt – powiedział.

Rii cofnął się i obejrzał przez ramię. Z cienia bramy wyłoniła się wysoka postać. Zaczęła się do nich zbliżać. Salman rozłożył w przepraszającym geście ręce.

– Wybacz, nie miałem innego wyboru. Nie mogę pozwolić ci opuścić miasta.

Za plecami archiwisty zabrzmiały kolejne kroki. Rii oparł się o ścianę budynku. Chmury przysłaniały świecący księżyc. Spojrzał na starego mężczyznę. Nie miał już żadnego wyboru. Przygarbił ramiona i opuścił głowę. Archiwista uśmiechnął się jeszcze szerzej i zrobił ku niemu kilka kroków. Nagle zatrzymał się i otworzył szeroko oczy.

Podróżny płaszcz i torba upadły na bruk. Z cienia wyłonił się dziwaczny kształt. Blada skóra falowała ustępując miejsca ciemnym piórom. Barki wydłużały się, dłonie wyginały w kształt szponów. Głowa zmniejszyła się, miejsce ust zajął zakrzywiony dziób. Jedynie niezmienione oczy wpatrywały się jeszcze w Salmana z wyrazem smutku. Po chwili i one uległy zmianie.

Czarny orzeł zamachał nowymi skrzydłami. Stojący obok mężczyźni odruchowo cofnęli się. Ptak podskoczył i wzbił się w górę. Zatoczył koło ponad dachami domów. Jego kolor zlewał się z tłem nocnego nieba.

Przeleciał ponad bramą i skierował się na południe. Na tle tarczy księżyca, widać było jak unosi się coraz wyżej. Nagle z jego gardła wydobył się krzyk. Przegrał. Ludzie nie chcą zapominać. Dlaczego nie mogli pozwolić mu odejść? Żyć i pozwolić żyć innym? Nie wiedział. Kiedy kolejna chmura zakryła księżyc a światła Aaszud pozostały za nim zrobił wobec tego jedyną rzecz jaką mógł. Rozpłynął się w ciemności.

 

1 Tur. acıyor adam – człowiek który rani

2 Tur. sadiuk – lojalny, wierny.

3 Po Turecku Alia oznacza kobietę wywyższoną, o najwyższej pozycji społecznej.

4 Tur. ejderha – smok.

5 Surma – wschodni instrument muzyczny z grupy instrumentów dętych drewnianych.

Koniec

Komentarze

Stworzyłaś ciekawy świat, podobało mi się użycie tureckich terminów – nie ma to, jak mocny powiew egzotyki w tekście. Wydaje mi się jednak, że lepiej było nie wyjaśniać ich w przypisach, na przykład sadiuka wystarczająco wytłumaczyłaś w naturalny sposób.

Trochę mi zabrakło wyjaśnień, kto, dlaczego, jak na coś wpadł. Ale może tak miało być.

Pod względem warsztatowym – jeszcze trochę pracy przed Tobą jest; interpunkcja kuleje, jakieś powtórzenia, literówki, liczby raczej piszemy słownie, jeden paskudny ortograf, czasami piszesz rozdzielnie coś, czego człowiek nie powinien rozłączać, ale (poza interpunkcją) błędy pojawiają się sporadycznie. Chyba włożyłaś bardzo dużo wysiłku w ten tekst.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz, zależało mi na poznaniu czyjejś opinii :) Postaram się poprawić błędy w pisowni. Co do niedopowiedzeń chciałam żeby część rzeczy pozostała niewyjaśniona. Mam nadzieję, że nie utrudniło to lektury.

Fajny, bardzo fajny świat. Widać, że włożyłaś wysiłek w jego kreację, cieszy mnie, że nie poszłaś na łatwiznę, tylko faktycznie poczytałaś wcześniej o rzeczach, o których zamierzasz pisać. To się chwali.

Od strony technicznej zasadniczo popełniasz te same błędy, co wszyscy niedoświadczeni literaci. Interpunkcja, niefortunnie brzmiące zdania, literówki – to wszystko tu jest, niemniej nie są to przywary niewyleczalne. Ja osobiście liczę, że zostaniesz na portalu trochę dłużej, bo jeśli do każdego tworzonego świata będziesz się tak przykładać, to i styl oraz warsztat się w międzyczasie wyrobią. 

To opowiadanie nie ma raczej szans na zwycięstwo w konkursie, ale za rok, za dwa? Kto wie.

Dobry tekst; mając na uwadze wiek autorki – nawet bardzo dobry. Oczywiście praca nad warsztatem wskazana jak najbardziej, a ta strona może Ci w tym pomóc. 

Niedopowiedzenia nie tylko mi nie przeszkadzały, lecz wręcz się podobały. Umiesz tworzyć niezłe opisy, pomysłów Ci nie brakuje, wykonanie tekstu w miarę staranne i przemyślane. Co to dużo mówić – masz potencjał i byłoby stratą, gdybyś nie próbowała literacko się rozwijać.

Sorry, taki mamy klimat.

I ja powiem, że tekst jest niezły, oraz za Stehraelem powtórzę, że jeżeli rzeczywiście masz lat czternaście – naprawdę dobry.

Jest trochę literówek w tekście, drobnych potknięć językowych, ale generalnie warsztat jest całkiem-całkiem. Opowiadanie ma pewien klimat, nieco intryguje. Świat jest dość oryginalny, nie jest to typowe fantasy i wydaje się, że masz go w głowie więcej niż tu pokazałaś. Tak jakbyś tylko uchyliła rąbka zasłony. Bo sama historia porywająca nie jest, choć przedstawiona w ciekawy sposób, ale sam świat wygląda obiecująco.

Pisz dalej, jak najwięcej, pracuj nad techniczną stroną tekstu i za jakiś czas znowu wrzuć coś tu na stronę.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Półka – za “pułkę” zabijam :-)

Naprawdę, bo “na prawdę” z ust lojalnej co najwyżej nie mógł liczyć. ;-)

Przypisy fe, stosuj tylko, gdy nie ma innej możliwości.

 

Świetny pomysł z sięgnięciem po bliskowschodnią estetykę. To wprawdzie wygląda jak niedokończony fragment lub prolog większej historii, ale pomijając “drobiażdżzek” braku zrozumiałego zakończenia, przyłączę się do pochwał powyżej. Popraw warsztat, pisz krótsze, kompletne formy, jest moc.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka