- Opowiadanie: Xardas1118 - Nigdy nie wiesz, co cię spotka...

Nigdy nie wiesz, co cię spotka...

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Nigdy nie wiesz, co cię spotka...

Nigdy nie wiesz, co cię spotka…

 

Dzień 1

 

Wszedłem do karczmy, gdzieś w nieznanej krainie. Zmęczony drogą i głodny zapytałem o łózko i jedzenie. Po chwili rozejrzałem się i ujrzałem, że wszystkie miejsca są puste, nie ma żywej duszy. Zasiadłdem więc przy pierwszym lepszym stole i zawołałem:

-Karczmarzu! Dostanę ja co do picia?

Po chwili odpowiada zza lady, w międzyczasie wycierając ścierą kufel po piwie.

-Chwila, chwila jegomościu, aby ten kubek wypucuje.

-Ależ mi się pić chce! -Powiedziałem zniecierpliwiony, patrząc na oberżystę.

-Już, już. -Po tych słowach sięga na półkę po dzban z wodą, drewniany kubek. Przynosi picie po czym mówi:

-Oto woda, zaraz przyniosę kiełbasę i chleb. -Odchodzi w stronę magazynu.

Na sam widok wody wielce się ucieszyłem, w końcu nie piłem nic od dłuższego czasu. Byłem zajęty drogą. Nie wspominając już o jedzeniu. Ostatni raz jadłem kilka dni temu, a wędrówka była wyczerpująca. W okamgnieniu opróżniłem kubek i niczym głodne zwierzę czekałem na karczmarza, z nadzieją, iż w końcu zjem coś porządnego. Po chwili w końcu zjawia się wyczekiwany knajpiarz, lecz zamiast niego interesowało mnie bardziej to co przyniósł.

-Proszę bardzo. -Kładzie przed tobą na stole drewniany talerz– Mam nadzieję, że to wystarczy.

-Oczywiście, oczywiście. -Odpowiedziałem śpiesznie nie marnując czasu na niepotrzebne rozmowy i zacząłem jeść.

 

Około pół godziny później.

 

Talerz pusty, karczma pusta, za to w żołądku w końcu coś jest. Siedziałem sam przy stole. Głucha cisza i świeczka na stole przyprawiały mnie o uczucie niepokoju. Czułem  jakby zaraz ktoś miał wejść do gospody. Po paru chwilach… drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się wysoka, umięśniona postać z mieczem za pasem i okryta płaszczem. Nieznajomy powiedział do mnie, uznając mnie za gospodarza:

-Mogę się tu zatrzymać na noc, zjeść? Oczywiście zapłacę za wszystko.

 Lekko zdziwiony patrzyłem na niego. Przez chwilę milczeliśmy oboje. Panowała dziwna atmosfera. W końcu postanowiłem wyksztusić coś z siebie.

-Witaj panie… -Wyraźnie dałem do zrozumienia, że czekam, aby nieznajomy  wyjawił swe imię.

-Jam jest Hamvar z Karhvan, być może słyszałeś o tym mieście i o tym co dzieje się w tamtych stronach.

-Ekhm.. No niezupełnie… -Odpowiedziałem lekko zmieszany. Przybysz wyczuł, iż nie miałem pojęcia o czym mówi, kontynuował więc.

-Masz prawo żyć w niewiedzy na ten temat, albowiem dalekie to strony. Pozwól jeno abym zdjął odzienie, wtedy do stołu wraz z tobą zasiądę.

Hamvar zdjął mokry i brudny płaszcz. Wtedy ukazała się moim oczom jego piękna kolczuga z materiałową płachtą, na której widoczny był herb– dwa skrzyżowane miecze, a w tle wielka czarna bestia z ogonem. Podszedł do twego stołu i powiedział:

-Można się dosiąść?

-Ależ oczywiście. -Odparłem dalej będąc pod wrażeniem jego pancerza.

-Chcesz więc czegoś więcej dowiedzieć się o sytuacji w Karhvan? -Powiedział głosem spokojnym i cichym.

-A czego do picia czy do jedzenia nie chcesz? Głodnyś jak mniemam. Długo wędrujesz? -Odpowiedziałem trochę odbiegając od tematu, lecz na te słowa przybysz ucieszył się wielce.

-Dziękuję żeś wspomniał, jam już zapomniał o takich potrzebach. Ostatnią przerwę miałem trzy dni temu, nie za bardzo mam czas. Mogę wiec o cokolwiek do przegryzienia prosić?

-Jest jeden mały problem, a mianowicie, ja także jestem przybyszem. Karczmarz wyszedł gdzieś jakiś czas temu, niech no go zawołam.

-Oczywiście.

Wstałem od stołu, zrobiłem kilka kroków w stronę lady i zawołałem:

-Dobry człowieku! Gdzie jesteś?

Po chwili usłyszałem kroki za drzwiami do magazynu. Oberżysta wychodzi i pyta:

-Cóż się stało?

-Ten oto człowiek. -Wskazałem na Hamvara– Przybył z daleka i pytał czy coś do jedzenia dostać może.

-Yhm… Nie sądzę, aby to stanowiło jakikolwiek problem. Dajcie chwilę, zaraz coś przyniosę.

.Karczmarz wolnym krokiem odszedł do magazynu. Widać było jego zmęczenie. Było około 23 w nocy. Po chwili milczenia zwróciłem się do osoby siedzącej naprzeciwko mnie.

-Tak sobie myślę… Chwilę temu mówiłeś, iż możesz mi opowiedzieć coś na temat twojego rodzinnego miasta, zaciekawiło mnie to. Możesz mi więc opowiedzieć cos na ten temat?

– Oczywiście, a co chcesz wiedzieć?

-Najbardziej zaciekawił mnie herb na twej zbroi. Co oznacza?

-Ah, więc zauważyłeś? Trudno nie zauważyć, prawda? Odpowiem ci na twe pytanie. Otóż, Karhvan jest znane z znakomitych wojowników, którzy stamtąd pochodzą. W całym regionie mówi się o czynach rycerzy takich jak Trahvar Potężny, Eljezovr Długoręki czy Frathgar Łysy. Pierwszy z nich zasłynął walkę z wouhgtami– dwumetrowymi, humanoidalnymi, czarnymi stworami. Legendy mówią, że miażdżył ich głowy ręką! Wyobraź sobie… Stoi przed tobą o głowę wyższe monstrum, a ty własnymi rękoma urywasz mu łeb! -Mówił szybko, wiec po chwili zabrakło mu tchu. Wziął więc głęboki oddech i kontynuował– Kolejny z nich, czyli Eljezovr, polował na ogromne białe niedźwiedzie. To kolejne zagrożenie, które było blisko nas i gdyby nie ten wielki człowiek, nie wiem jak wyglądałaby współczesność. Pewnego dnia po prostu wyruszył ze swym oddziałem w góry. Nie wracali przez pół roku, wszyscy myśleli, że nie żyją, straciliśmy nadzieję. Wyobraź sobie jak zareagowaliśmy, gdy powrócili. Mieli z sobą ogromne białe głowy i skóry tych kreatur. Ostatni z nich był moim wujem. Niestety zginął dwa lata temu, w walce ze… smokiem. -Nagle urwał wypowiedź.

-Czy ja dobrze słyszałem? -Zapytałem ogromnie zdziwiony i zaszokowany tym, co usłyszałem.

-Niestety tak… W tych rejonach nie widuje się tych bestii, jednak w Krajach Północnych zdarzają się pojedyncze okazy. Jest to jednak rzadkość. Ostatnio smoka nasze ziemie widziały około pięćset lat temu, pięćset lat temu! Wyobraź sobie, że smok, piętnaście lat wstecz, pierwszy raz od takiego czasu pojawił się na tych ziemiach. Palił wioski, miasta, a tysiące ludzi ginęło w jego ogniu. Pozostały tylko dopalające się zgliszcza. Z jednego z największych miast-Argedy– pozostały tylko kamienne mury, całe spłonęło. Król Varek załamał się tym. Miał tam wielu krewnych, stamtąd pochodził. Postanowił zemścić się na smoku. Wysłał więc trzy lata temu w tym celu mego wuja– najznamienitszego wojownika tamtego czasu w całym państwie…

Wypowiedz Hamvara zostaje przerwana przez hałas zamykanych drzwi. To karczmarz przyniósł posiłek na drewnianym talerzu. Wyszeptał „smacznego” i odszedł, prawdopodobnie spać. Po chwili twój rozmówca skosztował przyniesionego mu przed momentem udźca i kontynuował.

-Wyruszyli pewnego śnieżnego dnia. Mieli długą drogę do pokonania. Smok miał swe legowisko w górach, w ogromnej jaskini, z której nikt żywy nie wrócił. Samego smoka nazywali Felkor– czyli „jak śnieg”.  Ludzie mówią, że ma ogromne, czerwone jak krew jego ofiar oczy i trzy rzędy ostrych jak miecze zębów.  Jego ciało pokrywają białe niczym śnieg łuski. Wielkie łapy z ogromnymi szponami rozrywały ludzi na strzępy.  Nawet najgrubsze pancerze nie mogły uchronić posiadacza przed śmiercią.  Takim oto sposobem wszyscy, którzy wyruszyli z mym wujem zginęli, prawie wszyscy. Jedynym ocalałym był człowiekiem imieniem Bovo. Jak najszybciej uciekł z tamtego miejsca w kierunku najbliższego miasta– Fornham. Tam opowiedział wszystkim co zaszło, a wieść szybko trafiła do króla Vareka. Kiedy się o tym dowiedziałem wpadłem w szał. Dalej jestem wściekły, lecz dominuje we mnie poczucie pustki i żalu. Tęsknię za wujem, był mi jak ojciec.  …Tak poza tym, wychowywał mnie. Moi rodzice zginęli, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Smok odebrał mi ich i wuja, czyli wszystko co miałem, wszystkie osoby, które kochałem, które się mną opiekowały– zostałem sam. Od tamtego czasu jedyną rzeczą której pragnę jest zemsta. -Po chwili milczenia– .. Sam nie wiem po ci to mówię, nie wiem co we mnie wstąpiło, przepraszam.

-Nie rozumiem za co przepraszasz. Każdy miał w swoim życiu lepsze i gorsze chwile, ale to nikogo z nas nie czyni gorszym. Wręcz przeciwnie. Powinniśmy z każdej sytuacji wyciągać wnioski i być na przyszłość przygotowanym. Współczuję ci, bardzo ci współczuję.

-Dziękuję nieznajomy.

-To nie problem.

-…Wuj nauczył mnie wielu rzeczy. Dzięki niemu potrafię sobie poradzić. Nie raz zabierał mnie ze sobą na wyprawy i uczył wojennego rzemiosła. Pokazał mi jak używać miecza, kuszy, jak jeździć konno. Zawdzięczam mu praktycznie wszystko, to kim jestem dziś.

 

 

Przez chwilę nikt z nas się nie odzywał. Siedzieliśmy i patrzyliśmy się w stół. Po chwili postanowiłem odpowiedzieć:

-Widzę więc, że miałeś wspaniałego wuja. Podjął się ogromnego wyzwania, nie każdy zdecydowałby się na coś takiego. W końcu sam , kompletnie sam cię wychował. Chciałbym takiego mieć. Niestety nie znałem swojej rodziny. Wojna zabrała mi ich gdy byłem niemowlęciem. Do pewnego momentu zajmował się mną jeden z przyjaciół mego ojca, lecz umarł ze starości, a wtedy pozostałem sam…

-Mamy wiec z sobą wiele wspólnego. Wybacz, lecz nie poznałem dotąd twego imienia. Wyjawisz mi je?

-Nazywam się..

W tym właśnie momencie drzwi karczmy otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł strażnik miejski , było widać po nim, że był przestraszony. Krzyczał:

-Ludzie! Ludzie! Uciekać kto może! Uciekać!

Podbiegłem do niego, łapiesz mocno za ramiona i pytasz:

-Człowieku, co się stało?!

-Jak to co?! SMOK!

W tym momencie zamarłem. Patrzyłem na żołnierza i nic nie mówiłem. Po chwili odwróciłem się do Hamvara, który właśnie stał przy stole zaniepokojony całą sytuacją. Puściłem strażnika, podszedłem do nowopoznanego i powiedziałem:

-Co teraz?

-Jak to co? Chwytaj za miecz jeśli go masz i ruszamy. Jeśli go nie masz, dam ci jeden. Przy sobie zawsze noszę dwa.

-Ale.. ale…

-Nie ma czasu na „ale”. Musimy ruszać!

-Gdzie?

-Jak najdalej!

-Czyli?

-Do mojego kraju, do Myrios!

Nie zastanawiając się przytaknąłem głową i wybiegłem z karczmy. Przed wyjściem jednak rzuciłem kilka monet karczmarzowi i życzyłem mu szczęścia. Razem ze strażnikiem i Hamvarem i wybiegliśmy na zewnątrz. Pokazał nam on drogę do najbliższej bramy. Tam się też kierowaliśmy. Kilka metrów od wyjścia z karczmy minęlismy się z grupką mieszczan.

-Dokąd idziecie dobrzy ludzie? -Zapytałem ich spokojnie.

-Jak to gdzie? Uciekamy stąd! Czyś ty w ogóle widział smoka? Lata nad miastem i pali wszystko na co się natknie. Z naszej kamienicy zostały tylko fundamenty. Budynki zniszczył ogonem, zabił wielu ludzi, tylko nieliczni zdołali uciec… -Po chwili milczenia…

-Człowieku uciekaj stąd! Ty i twój przyjaciel… Uciekajcie! To miasto to już przeszłość!

Bez słowa odbiegliśmy w stronę bramy. Na szczęście nie napotkaliśmy żadnych przeciwności po drodze. Wsiedliśmy na konie uwiązane nieopodal bramy i ruszyliśmy w stronę lasu.

 

Około kwadrans póżniej.

 

Zatrzymaliśmy się przy ogromnym dębie stojącym przy gościńcu. Skierowałem wzrok na stojące w płomieniach miasto. Nawet z daleka widoczny był ogrom zniszczeń dokonanych przez tę okropną gadzinę. Kłęby dymu unosiły się nad miastem. Nagle Hamvar rzekł do mnie:

-Przyjacielu, nie wiem co się stało. Nie rozumiem tego kompletnie. Jedno jest pewne, to TEN SAM smok, który zabił mego wuja i grasuje w Myrios od piętnastu lat.

Nie mam pojęcia skąd się tu wziął!

-Uwierz mi, że jestem zaskoczony tak samo jak ty, a może nawet bardziej. Pierwszy raz widzę coś tak wielkiego i potężnego. To fascynujące! Z drugiej jednak strony, nigdy nie widziałem, aby jakiś stwór siał takie zniszczenie!

-Nie mamy zbytnio czasu do stracenia, każda sekunda się liczy…

W tym samym momencie z kłębu dymu wyleciał ogromny, biały smok. Leciał w waszą stronę, zawrócił jednak i odleciał. Po chwili Hamvar kontynuował:

-Mam propozycję, a mianowicie– czy chciałbyś przyłączyć się do mnie? Tylko pytam, nie wiem jaki masz cel, ale zauważyłem, żeś porządny człowiek. Decyzja zależy oczywiście od Ciebie.

Przez chwilę nie wiedziałem co odpowiedzieć. W końcu znałem tego rycerza dopiero od niecałej godziny. Jakimś jednak sposobem wzbudził on moje zaufanie. Odpowiedziałem:

-Myślę, że mógłbym… Co jednak będzie dalej? Co zamierzasz?

-Do mojej ojczyzny mamy trochę drogi, ale to żaden problem. Powiem szczerze, ze wędrowałem właśnie po to, aby znaleźć godnego zaufania towarzysza. Uważam, że jesteś nim ty. Kiedy będziemy już na miejscu powiemy królowi o całym zajściu. Naszym problemem było to, iż nie mogliśmy go wytropić od dłuższego czasu. Musimy wykorzystać tę „wspaniałą” sytuację i uśmiercić gada.

-Jak dokładnie chcesz go zabić?

-Nie wiem. Podobno żadna normalna broń nie przebije jego łusek. To będzie cholernie trudne zadanie, lecz jestem pewny, że podołamy!

W tym momencie ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy dopóki nie nastała całkowita ciemność, w nocy niebezpiecznie jechać.

 

Około godziny później.

 

Kiedy nastał zmrok postanowiliśmy zatrzymać się w lesie. Rozpaliliśmy małe ognisko. Zasiedliśmy obok niego i zaczęła się rozmowa.

-Jak dostaniemy się do My.. Myrios? –Zapytałem niepewny.

-Wystarczy kierować się na północ. Mam tylko nadzieję, że po drodze nie spotkamy żadnych przeciwności. Mam tu na myśli na przykład bandytów, których ostatnimi czasami jest coraz więcej. Skąd oni się biorą? Nieważne… -Lekko zdenerwowany.– Przeczekamy do świtu i ruszamy. Mam przeczucie, iż przez najbliższy czas, właśnie TO państwo będzie przez smoka gnębione. Wróci zapewne do nas, ale nie od razu. Musimy jak najszybciej pomówić z Varekiem. -Spojrzał za siebie, wydawało mu się, że coś usłyszał– Wydawało mi się… -Sam do siebie– Dobry plan i po smoku, najpierw trzeba go tylko wymyślić.

-Zgadzam się z tobą. Wcześniej najmowałem się raz, czy dwa jako najemnik, umiem więc walczyć. Według mnie, lepiej byłoby gdybyśmy szli nieustannie, bez względu na porę dnia. Tym bardziej, iż siedząc tu nie mamy przewagi nad tymi, którym zachciałoby się nas zaatakować.

Powiedziałem zmieszany, rozglądając się we wszystkie strony. Po chwili usłyszałem dźwięki dobiegające z krzaków za mną. Usłyszał je również Hamvar. Oboje odwróciliśmy głowy, a po chwili wstaliśmy. Powiedział do mnie:

-Słyszałeś?

-Tak, a ty?

-Pewnie. 

-I co robimy?

-Cholera… Jeszcze nie wiemy co to, ale tak dla bezpieczeństwa… -Wyjął miecz z swej zdobionej pochwy i zrobił kilka kroków w stronę krzaków.

-Dobra, czekaj na mnie, mój miecz jest przy koniu.

Koń stał dwa metry od ogniska, po drugiej jego stronie. Podszedłem do niego spokojnie i cicho. Wyciagnąłem miecz z pochwy przypiętej do boku konia i podszedłem do Hamvara.

-Sprawdźmy co się tam ukrywa. –Szepcze.

-Ty przodem.

-Nie ma problemu.

Mój towarzysz zrobił jeszcze kilka kroków w stronę krzaków, gdy w jego stronę wybiegł z nich zając.

-No to powojowali my… -Mówisz śmiejąc się.

-Tego to się nie spodziewałem.

-Ja również, bałem się, że tam jakie potwory czy inne paskudztwa.

-Bądź czujny, coś słyszę.

-To pewnie kolejny za..-Hamvar przerwał mi.

-Ciii… Za końmi.

Obydwoje podeszliśmy do koni trzymając miecze ostrzami do przodu. Kiedy bylismy już obok nich wyskoczyły na was dwaj włóczędzy, z krzykiem:

-Aaaa!

Jeden wpadł wprost na mnie. Trzymał w ręku drewniany tasak. Nie zauważył jednak mego miecza i wleciał na niego. Stałem i patrzyłem w oczy osoby, która stała przede mną z wbitym w brzuch mieczem, patrzyłem i po chwili plunąłem mu w twarz.

-Śmieć!

Kopnięciem odepchnąłem go do tyłu i wyjąłem miecz z jego tułowia. Ten leżał na ziemi cały w krwi, mamrocząc coś pod nosem w nieznanym języku.

-Hamvarze, uważaj!

Przed momentem jeszcze, mój przyjaciel przyglądał się całemu zajściu. Ostrzegłem go w porę. Odwrócił wzrok i miecz w stronę nadciągającego bandyty. Ten odskoczył w bok i próbował wyprowadzić cios z góry. Hamvar sparował go, mocnym uderzeniem od boku wytrącił mu broń z ręki, a następnie mocnym cięciem rozciął mu szyję. Krew trysnęła w jego twarz, a przeciwnik padł na ziemię, dławiąc się własną krwią. Rycerz dobił go.

-Nie spodziewałem się tego. -Mówisz wycierając miecz szmatką.

-Ja.. też…

-Coś nie tak?

-Nieważne… Pomówimy później.

 

Dzięsięć godzin później.

 

Dzień 2

 

Po przebudzeniu od razu zgasiliśmy ognisko, zasypaliśmy je piaskiem, wzięliśmy wszystko co potrzebne i wyruszyliśmy na północ. Podczas jazdy zaczęła się rozmowa.

-Jak się trzymasz? -Zapytałem swego towarzysza.

-Jakoś… Nie jest najlepiej, ale może być.

-Co cię tak ruszyło wczoraj? Widziałem, że coś z tobą było nie tak.

-Wiesz… To nie była pierwsza osoba, którą zabiłem. Zabiłem wielu, wielu wojowników, bandytów i innych. Spojrzałem jednak na jego twarz i ujrzałem…

-Co ujrzałeś?

-Wydawało mi się jakby ten człowiek płakał, po prostu płakał. Po tym jak go zabiłem i widziałem jak dławi się swoja krwią, zrobiło mi się go żal. Po raz pierwszy, po raz pierwszy mam wyrzuty sumienia, że kogoś zabiłem.

-To chyba dobrze, jeszcze jesteś człowiekiem.

-Chyba dobrze.

Rozmowa się urwała. Przez następną godzinę jechaliśmy bez słowa.

Godzinę później.

Przybyliśmy do Fortu Gevender. Ogromne, grube mury sprawiały wrażenie, że to bezpieczne miejsce, chociaż wiedziałem, że nawet to nie uchroni nikogo przed smokiem. W forcie tym trwały ciągłe przygotowania, wojownicy dzień i noc trenowali. Z początku myśleliśmy, że są już powiadomieni o smoku, myliliśmy się. Powoli wjechaliśmy do zamku, a w bramie powitał nas jeden ze strażników.

-Witajcie wędrowcy! Czegoż szukacie w tym odosobnionym miejscu?

-Jedziemy w stronę państwa zwanego Myrios, szukamy miejsca w którym możemy uzupełnić zapasy. –Odpowiedział Hamvar.

-To żeście trochę źle trafili, z zapasami u nas ciężko. Wszystko jest spowodowane brakiem wczorajszej dostawy z miasta Yevek (Tam skąd przybiliśmy). Macie może jakieś wieści związane z tą miejscowością?

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy. Mój druh smętnym wzrokiem patrzył na strażnika, a ten po chwili chyba zrozumiał o co chodziło. Po chwili powiedział:

-A więc… Yevek już nie ma?

-Niestety. Całe miasto spłonęło, nieliczni ocaleli. Niczego więcej nie wiemy.

-Dobrze więc, chodźcie.

Strażnik zaprowadził nas do jednej z sal, w której żołnierze spożywają posiłki. Przyniósł nam talerz z odrobiną mięsa i zasiadł z nami przy stole.

-Wybaczcie, niczego więcej dać wam nie mogę, po prostu nie mam.

-Rozumiem, to żaden problem. Liczy się to, że okazałeś się życzliwy wobec nas.

-Dziękuję. W tych czasach musimy sobie pomagać, wiadomo, nie zawsze da radę. Chodzi o to, by robić to na miarę swoich możliwości.

-Święta racja.

Przez kolejne 20 minut Hamvar rozmawiał z wojskowym. Ja natomiast siedziałem przypatrując się ścianie i wcale ich nie słuchałem.

Pół godziny później.

Stałem wraz z Hamvarem i życzliwym strażnikiem w bramie. Żegnaliśmy się.

-Powodzenia wam życzę. Obyście bezpiecznie dotarli do celu.

-Dzięki ci dobry człowieku. Niech bogowie Ci to wynagrodzą!

Dalej się nie odzywałem. Machałem tylko do strażnika ręką. Odjechaliśmy nadal kierując się na północ. Po kilku godzinach zatrzymaliśmy się w mieście Jelen. Była noc. Po rozmowie z karczmarzem, zatrzymaliśmy się u niego w gospodzie. W nocy zbudziły mnie straszliwe krzyki.

-Ratunku! Pomocy! Ludzie… Ratunku!

Zerwałem się z łóżka, wziąłem tylko miecz, zbiegłem po schodach na dół i wyszedłem na zewnątrz. Moim oczom ukazało się dwoje „ludzi”. Jeden leżał na ziemi i krzyczał, a drugi jakby go okradał, miał bowiem ręce przy jego brzuchu. Zrobiłem jeszcze kilka kroków w ich stronę i zapytałem:

-Co tu się dzieje?!

 

Wtedy to coś klęczące przy człowieku odwróciło paszczę w moją stronę. Ujrzałem wielką czarną gębę, ogromne czerwone oczy i srebrne zęby. Był to wought. Czym prędzej podbiegłem do niego i próbowałem zadać cios z góry. Ten jednak odskoczył na metr w bok. Rzucił się na mnie i przewalił na ziemię. Kilka razy uderzyłem go pięścią w gębę, jednak to nic nie dało. Jednym mocnym cięciem swych pazurów zranił mi klatkę piersiową. Wtedy to uderzyłem go jeszcze raz, zleciał ze mnie. Kopnąłem go swym żelaznym butem w paszczę, a on padł jak nieprzytomny na glebę. Sięgnąłem szybko po swój miecz, który został mi wytrącony i leżał kilka metrów dalej. Chwyciłem go na czas, Kiedy miałem go już w dłoni, skierowałem ostrze w stronę potwora. Ten rzucił się na mnie i nadział na miecz. Konając próbował jeszcze dosięgnąć mnie pazurami. Wtedy kopnąłem jego ciało, bowiem dalej leżałem na ziemi, a jego ciało uniemożliwiało mi powstanie. Dopiero po kilku chwilach przybiegł Hamvar.

-Co się tutaj stało?! Co to za człowiek na ziemi? Co to za stwór?! -Mówił mój towarzysz rozglądając się wokół. Można było poznać po nim, iż był zarówno zdziwiony jak i zdenerwowany.

-Ja.. nie wiem… Nawet nie wiem co przed momentem zabiłem. PO prostu obudziły mnie krzyki, zszedłem tu i ujrzałem to…

-Ciekawe… -Podszedł do zakrwawionego stwora, przypatrywał się mu po czym rzekł:

To wought. Dawno ich nie widziałem. Mój wuja mawiał, że tam gdzie zjawiają się one, jest źle.

-Źle? W jakim sensie źle?

-Otóż… -Przerwał na chwilę i spojrzał na martwego człowieka leżącego kilka kroków dalej– Jest pewne prawdopodobieństwo, że to miasto będzie kolejnym celem ataku smoka.

-Czyli tak jakby… zwiad?

-Cos w tym stylu.

-To co robimy?

-Musimy je zabić…

-Zabić? Sami? Oszalałeś?

Powiedziałem niepewnym głosem. Widziałem jak w ten czas Hamvar chodził w kółko i patrzył w ziemię

-Damy radę. Nie mamy czasu. Ruszajmy.

-Ale jak?? Tak z marszu?

-Nie wyspałeś się?

-Ja.. Ja… Oczywiście, że się wyspałem! Ubiorę się aby i możemy iść!

-To rozumiem! Ja także założę coś na siebie.

Pobiegłem do swej izby po spodnie i tunikę. Szybko się przebrałem i zbiegłem na podwórze przed karczmą.

-Jestem!

-Ja również. Gotów?

-Gotów.

-To ruszajmy.

-Wpierw udamy się na rynek. Jest dwudziesta druga, więc na pewno ktoś jeszcze się tam pałęta.

Przytaknąłem ruchem głowy.

-Chodźmy.

Jak najszybciej biegliśmy w stronę targowiska. Po drodze natknęliśmy się na jednego potwora. Zastaliśmy go, gdy ten klęczał przy swej ofierze i je. Hamvar mocnym uderzeniem odciął mu łeb i biegliśmy dalej. Byliśmy na miejscu.

-To tu. Tak mi się przynajmniej wydaje. Chwytaj za miecz i bądź ostrożny.

Hamvar mówił cicho, miał bowiem przeczucia, że coś czai się w okolicy. Rozdzieliliśmy się. Poszedłem w stronę straganu z żywnością, a mój druh w kierunku stoiska kowala. Kiedy uważnie jeździłem wzrokiem po wszystkim, co mnie otaczało zauważyłem coś ruszającego się za jakimś wozem. Postanowiłem podjeść bliżej. Miałem miecz w gotowości.

-Ej! Jest tam kto? –Szepnąłem.

-…tam ktoś jest?

-Tak, tak.

-Człowieku… podjedź no, podejdź. Pomóż.

Zrobiłem kilka kroków i byłem jesteś za wozem. To co tam ujrzałem było okropne. Człowiek, który mnie wołał, leżał bez obu nóg i z wydłubanymi oczyma. Cały był we krwi, co chwilę kwiczał z bólu.

-Na bogów! Człowieku, co się tutaj wydarzyło?!

-Czarni Zabójcy…

-Co?

-Te ogromne stwory rozszarpujące ludzi na strzępy. Wszyscy w domu mówili mi, abym został, ale ja głupi! Oczywiście zgrywałem mądrzejszego i wyszedłem. Oto co mnie spotkało, oto konsekwencje! -Mówił przez łzy.

-Ale jak? Po prostu tu przeszedłeś i tyle? Jak cię złapał?

-Dla tych potężnych istot to nie problem. Szedłem spokojnie w stronę domu przyjaciela aż tu nagle widzę przed sobą tę bestię! Próbowałem uciekać, ale po chwili dogonił mnie i… To co widzisz.

-Daj mi moment.

Odszedłem w stronę, w którą udał się Hamvar, aby powiadomić go o całej sytuacji. Jednak na swej drodze spotkałem woughta. Wyszedł nagle, niespodziewanie. Miałem miecz w pogotowiu, ale to zbyt potężna kreatura. Próbowałem odciąć mu jedna z łap, jednak ten odskoczył w tył i uciekł. Biegłem  za nim. Po paru przebiegniętych metrach zauważyłem jego ciało na ziemi, a przy nim swego towarzysza.

-Wszystko w porządku? -Zapytał mnie trzymając miecz w prawej ręce, jakby dalej oczekiwał na jakieś zagrożenie

-U mnie tak, ale widziałem człowieka.

-Co z nim?

-Nie miał nóg i oczu, prawdopodobnie uczynił mu to stwór którego przed momentem uśmierciłeś.

-Musimy iść dalej… to dopiero jeden.

Na targu nie znaleźliśmy już żadnego z tych potworów. Człowiek którego znalazłem został przeniesiony do medyków, lecz nie pomogło mu to, odniósł zbyt duże rany.

 

Dwie godziny później.

 

Dzień 3

 

Kilka minut po północy. Przyszliśmy z powrotem na rynek. Rozglądałem się w poszukiwania czegoś podejrzanego. Tym razem trzymałem się z Hamvarem. W jednej z uliczek spotkaliśmy dwa stwory. Jednemu z nich odciął głowę twój przyjaciel, drugiego przebiłem na wylot mieczem i odciąłem rękę. Dwa mniej. Kolejne były obok świątyni, jednemu wbiłem miecz w głowę, drugi został przecięty na pół. Ostatnie z kreatur kryły się w magazynie. Zastaliśmy tam też kilka ciał. Były rozszarpane, pozbawione kończyn. Jeden z woughtów w magazynie był ich lokalnym dowódcą. Hamvar cisnął w niego włócznią przebijając mu tułów na wylot. Drugi miał bliskie spotkanie z mym mieczem. Udane łowy, po których spacerowaliśmy jeszcze jakiś czas po pustych ulicach tego mrocznego miasta.

 

Około pięciu godzin później.

 

 Siedzieliśmy w pustej karczmie popijając piwo z drewnianych kubków. Po chwili zacząłem rozmowę.

-Dobrze nam poszło, nie sądzisz?

-Robota wykonana wyśmienicie. Pozwoliłem sobie wczoraj porozmawiać z włodarzem miasta, obiecał nam nagrodę. Dziś mamy się po nią zgłosić.

-To świetnie! –Widać było błysk w mych oczach.

-Racja, że świetnie. Następnym miastem które odwiedzimy będzie Farlung. Potem już tylko Mestris, Pagahad i jesteśmy w Myrios.

-Podoba mi się to wszystko… To trochę nietypowe, znamy się od trzech dni a wspólnie wyczyniamy takie niezwykłe rzeczy.

-Być może takie było nasze przeznaczenie– spotkać się i wspólnymi siłami przeciwdziałać złu.

-Wiem tyle, że ludzie nic o swej przyszłości nie wiedzą.

Obaj wybuchliśmy śmiechem.. Naszą konwersację przerwał trzask drzwi. Ktoś wszedł do tawerny.

-Witajcie dobrzy panowie! Witaj Jovanie! Jak tam interes? Jak widzę dobrze ci się wiedzie. -Mówi wyraźnie pod wpływem alkoholu.

-Witaj Hirnonie! Jest tak jak widać…

Karczmarz i jego przyjaciel rozmawiali lecz nie słuchałem ich. Moją uwagę zwróciła postać siedząca po drugiej stronie sali. Zauważyłem ją dopiero po dłuższym czasie, to właśnie było dziwne. Przypatrywałem się jej, a gdy zauważyłem, że to zauważyła, szybko odwróciła wzrok na moment. Kiedy znów go tam skierowałem, postaci nie było. Szybko wybiegłem z karczmy na ulicę i rozejrzałem się dookoła. Zniknęła. Wróciłem do Hamvara i powiedziałem mu o wszystkim.

-Nie uwierzysz w to co zaraz usłyszysz… W tym pomieszczeniu, po drugiej stronie siedziała postać ubrana na czarno. Dziwne jest to, że wcześniej jej nie widziałem. Przyglądałem się jej, a ona po chwili zniknęła. -Mówiłem z oczyma jak wariat.. Mój druh aż się wystraszył.

-To… dziwne…

-…i to bardzo.

-Musimy to zbadać.

-To my się w jakieś ogony bawimy?

-Można tak powiedzieć. –Powiedział śmiejąc się.– Z czasem również się śmiałem. Postanowiliśmy wyjść. Kierowaliśmy się w stronę kaplicy, a po drodze naszą uwagę przykuło wyryte na ścianie jednego z domów zdanie– „Ort gi hav verten tsyge” czyli „Ty również będziesz martwy”. Czym prędzej pobiegliśmy do kapłana po radę.

-Kapłanie Ivanisie! -Wręcz wykrzyczał Hamvar.

-Tak moje dzieci?

-Wiedzieliśmy coś bardzo niepokojącego na ścianie jednego z domów. Napis brzmiał– „Ty również będziesz martwy”.

Ivanis aż zaniemówił. Stał bez słowa, raz prawie upadł jednak zdążyłem mu pomóc. Widać było, że wiadomość ta wstrząsnęła nim.

-Spotkajmy się tutaj o zmroku. Teraz ja… ja… ja muszę iść. Ghrogvar z wami!

Po tych słowach śpiesznie odszedł w stronę biblioteki. Ja wraz z Hamvarem udaliśmy się do karczmy i resztę dnia spędziliśmy na piciu piwa, bijatykach w oberży i zabawianiu się z panienkami. Całkowicie zapomnieliśmy o odebraniu nagrody. Gdy nastał już zmrok udaliśmy się do świątyni. Najpierw zapukałem, nikt jednak nie otwierał. Postanowiłem otworzyć drzwi.

-Jest tu kto? -Powiedziałem półgłosem… nikt nie odpowiadział.

-Pusto… Wejdźmy i sami poszukajmy kapłana. -Odpowiada Hamvar. Widać po nim lekkie zmieszanie.

-Idź do biblioteki druhu, ja sprawdzę salę modłów.

Zrobiłem kilka kroków w kierunku miejsca składania ofiar i próśb do bogów. Uchyliłem ogromne drzwi, a to co po chwili ujrzałem odebrało mi mowę. Na środku pomieszczenia, na kamiennej podłodze leżała głowa kapłana. Jego kończyny porozrzucane były po sali. Wszędzie było mnóstwo krwi i wnętrzności. Kompletnie nie wiedząc co się stało pobiegłem po swego towarzysza, lecz gdy się odwróciłem ten już stał w progu.

-Co.. co tutaj na bogów zaszło?! -Krzyknął Hamvar.

-Wszedłem i ujrzałem… to.

-To… to… obrzydliwe! Kto mógł to zrobić?!

Po chwili zauważyłem wyryty na podłodze napis– „Czasami śmierć jest jedynym wyjściem”.

Skojarzyłem fakty. Charakter pisma był identyczny jak na tamtym budynku.

-Hamvarze… spójrz. To identyczne pismo jak tamte, które ujrzeliśmy wtedy na ulicy.

-Masz rację.

-Rozejrzyjmy się tu, może najdziemy coś jeszcze.

-Jasne.

Kiedy przechadzałem się dookoła ołtarza ofiarnego zauważyłem kawałek czarnego materiału. Kapłani nie nosili czarnych szat, lecz brązowe. Wróciłem do druha i pokazujesz mu zdobycz.

-Patrz, czarny materiał, jakby z płaszcza. Wydaje się być tu od niedawna.

Ten przyglądał się memu znalezisku.

-Faktycznie…

Po chwili dało się usłyszeć kroki. Odwróciłem się w stronę drzwi i zauważyłem czarną uciekającą postać. Zacząłem ją gonić i krzyczałem w biegu:

-Tam! Ucieka!

Wybiegłem ze świątyni i widziałem, że zmierza do dzielnicy biedniejszych, nadal go goniłem. Hamvar biegł tuż za mną. Kiedy on sądził, że nas zgubił, wszedł przez okno do jakiejś piwnicy. Podążaliśmy za nim. Przed samym wejściem zatrzymał ,moe mój przyjaciel i powiedział:

-Uważaj na siebie, nie chcę stracić kolejnego przyjaciela!

-Przysięgam nie umrzeć!

-Trzymam cię za słowo!

Uchyliliśmy okno, aby dostrzec cokolwiek w piwnicy. Nie było jednak widać absolutnie niczego. Postanowiliśmy tam wejść.

-Tylko ostrożnie. –Szepnął Hamvar.

-Jasne, jasne.

Kiedy wskoczyliśmy już do środka, ujrzeliśmy długi korytarz. Było totalnie ciemno, widzieliśmy tylko niektóre rzeczy przy samym oknie, reszta zostawała niewidoczna. Przez chwilę obserwowaliśmy korytarz, a gdy zauważyliśmy, że nikt tamtędy nie chodzi, poszliśmy go sprawdzić.

-Miej oczy szeroko otwarte Hamvarze.

-Oczywista sprawa…

-Jak myślisz… co tu się w ogóle dzieje?

-Zielonego pojęcia nie mam. Cała ta sytuacja jest co najmniej chora. Najpierw ta czarna postać, o której wspominałeś w karczmie, później te napisy wyryte na ścianach, martwy kapłan to był już szczyt wszystkiego! To co się dzieje, jest chore, musimy jak najszybciej dowiedzieć się, co u licha jest grane.

Przeszliśmy przez korytarz bez problemu. Były przed nami dwie drogi, jedna w prawo, druga w lewo. Postanowiliśmy iść w prawo. Po chwili dostrzegłem, iż jest coraz ciemniej, a zza ścian słychać ciche jęki. Pobyt tam przyprawiał mnie o dreszcze. Kiedy dotarliśmy do końca tej drogi, ukazało się nam pomieszczenie pełne ciał leżących na ziemi, obciętych głów i mrowia krwi wszędzie, dosłownie wszędzie. Hamvar podszedł do jednego z ciał.

-Zabity dzisiaj w nocy… być może to miejsce ma coś wspólnego z woughtami. -Rozejrzał się– Spójrz ile krwi, tu musiała wydarzyć się rzeź. Ile ciał… ile śmierci. Gdy na to patrzę, zastanawiam się– czemu to służy? Czemu służy bezmyślne zabijanie?!

-A może to złoczyńcy?

-Nie pomyślałeś, że złoczyńcy nie byliby trzymani gdzieś w tajemnicy? To jest okropnie podejrzane!

-No masz trochę racji… -Niechętnie przyznałem.

-Ano mam…

Naszą rozmowę nagle przerwał krzyk… jakby zza ściany. Wyszliśmy 

z pomieszczenia pełnego krwi i kierowaliśmy się w drugą stronę korytarza. Po drodze widzieliśmy pełno kości na podłodze, a także ślady krwi. Niektóre świeże, niektóre sprzed kilku dni.. Stada szczurów przebiegały nam pod nogami, a zapach zgnilizny zwalał z nóg. Po chwili dotarliśmy do końca korytarza. Było tam kolejne pomieszczenie, tylko większe, były tam także drzwi. po prawej i lewej stronie#

-Chodźmy do tych po prawej… -Powiedziałem cicho.

-Jak chcesz przyjacielu, ale radzę uważać. Nawet nie wiemy co się tu dzieje.

-No to dowiedzmy się. Jak to mówią… ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

-To nie tyle ciekawość, co powinność. Sytuacja zmusiła nas do takich a nie innych rzeczy.

-Zauważyłeś? Znamy się od jakichś trzech dni, a spotkało nas już tak wiele… wszystko dzieje się tak szybko.

-Życie to nie bajka… Na każdym kroku czają się niebezpieczeństwa. Jest różnie, czasem przez pół życia jest spokój, a dopiero później zaczyna się pod górkę. Niektórzy z kolei od samego początku muszą na każdym kroku stawiać czoła przeciwnościom. My niestety mamy tylko częściowy wpływ na to co nas spotka. Tak naprawdę nigdy nie wiesz co czai się za rogiem… Skończmy  jednak te pogaduszki. Robota czeka.

Podeszliśmy do drzwi po prawej stronie. Były one bardzo wysokie, krata była na samej górze. Hamvar postanowił podsadzić mnie, abym zobaczył co dzieje się za nimi.

-I jak? Widzisz coś?

-Czekaj… czekaj… Widzę. Widzę paru mężczyzn… Nie, to kobiety… A jednak mężczyźni.

-Jak wyglądają?

-Mają czarne, lub granatowe płaszcze… Wybacz, nie widzę zbyt dobrze. Jest ich.. całkiem sporo.

-Dobra, wystarczy. Złaź.

Zszedłem z jego pleców.

-Uff… a już myślałem, że spadnę. Nie jest łatwo cokolwiek dostrzec kiedy ty mną tak kołyszesz.

-Wybacz, nie chciałem. –Powiedział Hamva śmiejąc się.

-Ha, ha, ha… naprawdę śmieszne. Dobra, do roboty. Jaki mamy plan?

-No właśnie nie mamy planu. To jest problem.

-Psiakrew!

-Tylko nie bluźnij.

-Wybacz.

-No ja tak jakby mam plan, wymyślony przed sekundą.

-No to śmiało!

-To tak… Wejdziemy, zabijemy, rozejrzymy się i nie ma nas. Co ty na to?

Przez chwilę patrzyłem zdenerwowany na towarzysza. Jego żarty nie były adekwatne do sytuacji.

-To nie jest śmieszne, musimy jakoś to załatwić.

-Nie ma innej opcji niż atak frontalny. Chyba że jakąś widzisz?

Rozejrzałem się po pokoju. Nie było tam niczego ciekawego oprócz kilku czaszek i kamyczków.

-Niestety.

-To idziemy!

Hamvar już chciał otworzyć drzwi jednak mu przerwałem.

-Nie… poczekaj. Musimy ustalić co i jak.

-Idziemy!

Po chwili i tak wyjął miecz, otworzył drzwi na oścież i wszedł do owego pomieszczenia,

-Kim wy do cholery jesteście?! -Krzyknął.

Ludzie w czarnych szatach do tego momentu stali i rozmawiali. Gdy Hamvar otworzył z hukiem drzwi odwrócili się w naszą stronę i patrzyli się dziwnie.

-Jak się tutaj dostaliście?!

-Zadałem pytanie pierwszy!

Gdy mój druh rozmawiał z jednym z tych osób, ja trzymałem mu miecz przy gardle. Ten osobnik wyglądał na kogoś w stylu wodza. Miał najbardziej ozdobioną szatę, tonę biżuterii i złoty scyzoryk za pasem.

-Dobrze więc, odpowiem. Ja jestem Urn’Gurhak, a oto moi bracia… Eth’Fethen, Gor’Davar, Veg’Solvin i Fen’Genar. Jakich informacji jeszcze potrzebujesz?

Hamvar spojrzał na Ghurhaka z przerażeniem. Słowa człowieka w czarnej szacie w jakiś dziwny, nie do wytłumaczenia sposób wprawiły go w zakłopotanie. Ja cały czas trzymałem miecz gdzie trzymałem, tak na wszelki wypadek.

-Powiedz mi coś więcej. Chcę wiedzieć wszystko! Co to za ciała? Co to za miejsce?

-Naprawdę nie wiem, co to interesuje ludzi waszego pokroju, lecz zaspokoję waszą ciekawość. Byłem przekonany, że ludzie maja inne zainteresowania niż szperanie po piwnicach, myliłem się najwyraźniej. To miejsce to „Ggalake thorvt”, czyli miejsce składania ofiar. Ci ludzie musieli zginąć by „Głodny” był zadowolony.

Celowo nas zagadywał. Podczas gdy go uważnie słuchaliśmy, Gor’Davar prześliznął się na nasze tyły zaopatrzony w gruby drewniany kij.

 

-Co? „Głodny”? Co to u licha jest? -Zarówno Hamvar jak i ja, byliśmy całkowicie zdezorientowani i zmieszani.

-To nasz pan. My wykonujemy tylko jego dzieło.

-Musimy was niestety zabić.

-Niestety? Niestety to nie nasz czas!

W tym samym momencie Davar uderzył mnie mocno w potylicę. Padłem nieprzytomny na ziemię. Gdy Hamvar się obrócił, także został uderzony. Zostaliśmy przeniesieni przez tych ludzi w nieznane nam miejsce. Była to całkiem duża sala

-Przykujcie ich do ściany, oni już nigdzie nie pójdą. Za dwie godziny zostaną złożeni w ofierze. Miałem widzenie, ci oto ludzie zabili prawie wszystkie nasze woughty, a Pan zapewne jest zły. Musimy go przebłagać!

-Tak jest mistrzu. –Odpowiedzieli chórem.

Dotychczas trzymali nas na rękach, jednak po słowach Gurhaka zaczęli przykuwać nas do ściany. Zakuci w kajdany leżeliśmy przy ścianie.  Łańcuch miał jakieś dwa metry. Na innych ścianach także zakuci byli ludzie, tak samo nieprzytomni jak my.

 

Godzinę później

 

 

-Hej! Ty!

Powoli otworzyłem oczy. Powieki wydawały mi się ciężkie jak nigdy dotąd.

-Tak właśnie ty! –Mówił człowiek z naprzeciwka.

-Co.. co się stało?

-Chyba was złapali. To niedobrze. Dwa dni temu też złapali takich dwóch, później przynieśli tylko kości.

-Ale… psiakrew! Jak to się stało ?! Hamvar! Hamvar!

Myrczyk z wielkim trudem otworzył oczy, podniósł ociężałą głowę, a następnie spojrzał na mnie.

-Co… co ja tu robię? Cop my tu robimy?!

-Złapali nas. A za moment złożą nas w ofierze dla swego boga.

Cieszysz się? –Ironicznie.

-O w mordę! Poważna sprawa. Hej ty! -Zwrócił się do człowieka, który był naprzeciw– Masz może co do picia?

-Masz na myśli alkohol?

Przytaknął ruchem głowy.

-Czego ty się spodziewałeś? Tak, tak… Biorą cię do niewoli, a tam co?– alkohol! Większego idiotyzmu nie widziałem.

-Haha… Tak się składa, że ja widziałem. Pewnego razu, pewien człowiek potknął się o własną nogę, wpadł na stoisko kowala na rynku i przebił sobie głowę mieczem. -Parsknął śmiechem– To jest dopiero idiotyzm…

-…albo pech.

-No albo pech.

Rozmowę przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Do pomieszczenia weszło dwoje ludzi w kapturach na głowach. Podeszli do człowieka z którym dotychczas prowadziliśmy rozmowę, odkuli go, założyli worek na głowę i wyprowadzili.

-Bądźcie przeklęci! Zdychajcie! Cholernicy! Zbrodniarze! … -Głos nagle umilkł.

-O cholera… zabili go. -Po chwili wyszeptał Hamvar.

-Pokój jego duszy.

-Nas spotka taki sam los jeśli niczego nie zrobimy.

-Masz jakiś pomysł?

-Jeszcze nie… ale… Widzisz tamten kamień? Wyleciał z ściany, gdy trzasnęli drzwiami.

-Widzę, dostatecznie duży. Do czego chcesz go użyć?

-Łańcuchy nie są specjalnie mocne, tak przynajmniej wyglądają na pierwszy rzut oka.

-Możemy spróbować. -Podszedłem w stronę kamienia. Na nasze szczęście leżał niedaleko, na lewo od nas.

-Dobra.. mam go.

-To bierzemy się do roboty.

Wziąłem kamień w ręce i zacząłem uderzać o łańcuch. To mozolna praca, wymagała czasu.

 

Około czterdziestu minut później.

 

 Udało się nam skruszyć łańcuchy i znaleźć prowizoryczną broń. Miałem kamień, a Hamvar urwany łańcuch.

-Teraz tak… zaczekamy na nich. Jednego bierzesz ty, drugiego ja. Wystarczy że uderzysz go w łeb. Powinni mieć coś przy sobie, coś co nam pomoże.

-Cii! Słyszę ich!

Drzwi powoli otwierają się. Wychodzą z nich trzej mężczyźni.

-Teraz!

Zgodnie z planem uderzyłem jednego z nich w głowę. Był trupem na miejscu. Drugi został uduszony łańcuchem. Jest jeszcze trzeci

-Sprytni jesteście, to muszę przyznać.

-Sprytniejsi niż wam się wydawało.

-Wiecie, że i tak zginiecie? Nasz Pan niedługo przybędzie do tego miasta i pozostanie po nim tylko pył!

-Pył? –Zapytałem zdziwiony

-Felkor– nasz pan! Nie słyszeliście o nim? Pali każde miasto które mu wybierzemy. Tym razem wypadło na Farlung. Przykro nam… -W tym samym momencie Hamvar rzucił się na niego. Leżeli razem na ziemi.

-Ty suk…,

-Hamvarze, daj sobie spokój. Zabijmy go i chodźmy dalej.

-I tak… nie uda wam się… nas powstrzymać! -Ledwo mówił, miał ściśniętą klatkę piersiową.

-A co zamierzacie?

-Tej nocy… Felkor zostanie przyzwany…Zawiadomimy go podczas rytuału…, że WŁAŚNIE to miasto ma zostać …zniszczone!

W tym momencie Hamvar nie wytrzymał. Wziął kamień który leżał na ziemi, właśnie ten którym przed chwilą kogoś uśmierciłem, i cisnął w głowę wyznawcy Felkora.

-To jacyś pieprzeni sekciarze! Wynośmy się stąd..

-Musimy zatrzymać całą tę ceremonię. –Wtrąciłem.

-To lecimy!

Ściągnęliśmy szaty sekciarzy, a następnie sami je założyliście. Mieli przy sobie noże, a bronią nie się nie gardzi. Czym prędzej wybiegliśmy z celi.

-Gdzie teraz? -Zapytał Hamvar.

-Tam!

-Czyli?

-Po prostu chodź za mną. –Odpowiedziałem pewnie.

Biegliśmy korytarzem w nieznanym kierunku. Los chciał, że właśnie to była droga ucieczki. Mijając kilka pustych pomieszczeń i korytarzy wybiegliśmy na ulicę. Jest noc.

-Co będzie najlepszym miejscem na taki rytuał druhu?

-Nie mam pomysłów Hamvarze. Biegnijmy do ratusza! Tak, to wydaje mi się dobrym pomysłem.

-To ruszajmy!

Już na miejscu, przed ratuszem.

-Widzisz ich?

-Ta, stoją na dachu.

Byliśmy schowani za ściana budynku. Wyglądaliśmy tylko co chwilę, by wypatrzeć cel.

-Ciekawe co kombinują… Jak zamierzają go przywołać?

-Naprawdę nie wiem, ale musimy ich powstrzymać. Wyobrażasz sobie kolejne spalone miasto? Ja nie! Kolejne tysiące martwych ludzi, osieroconych dzieci! Tak nie może być!

-Psiakrew! Masz racje, możesz na mnie liczyć. Wątpię, że wyjdziemy cali, ale podejmuje się zadania. -Powiedziałem pewny siebie, stojąc na równych nogach.

-To rozumiem…

Przytaknąłem głową.

-Teraz wystarczy tylko jakość ich zajść.

Zauważyłem kilka skrzyń obok całkiem niskiego budynku.

-Widzisz tamte skrzynie?

-Jasne. Co z nimi nie tak?

-Właśnie wszystko z nimi dobrze, nawet zbyt.

-Co masz na myśli?

-Patrz, możemy wejść po nich na dach, później skoczyć na kolejny, aż dostaniemy się na dach ratusza. Mamy mało czasu, a wątpię abyś miał lepszy plan.

-Raz się żyję.

-O to mi właśnie chodziło.

Razem zaczęliśmy się śmiać.

-To idziemy!

Szybko wdrapaliśmy się na beczki, a z nich na dach budynku. Nie był on wysoki, więc nie stanowiło to problemu. Kolejne dachy, także nie były wyzwaniem. Byliśmy już po drugiej stronie dwuspadzistego dachu ratusza.

-To tak… Jest ich dwóch, nic prostszego…

 

Dzień 4

 

-… Ty zadźgasz tego ich mistrza, ja zajmę się tym drugim.

-Jeśli o mnie chodzi, to nie ma problemu.

-To świetnie, chodźmy.

Wychyliliśmy się nad czubkiem dachu, widzielismy, jak mistrz sekty unosi ręce w górę i nawołuje. Jego pomocnik najwidoczniej jest bardzo skupiony. Postanowiliśmy uderzyć.

-Powodzenia Hamvarze. –Szepnąłem mu do ucha..

-Powodzenia… Ej… nawet nie wiem jak masz na imię…

-Jestem…

 W tym właśnie momencie Gurhak odwrócił się i nas zauważył.

-Fen’Genarze, zabij ich! Ja muszę dokończyć rytuał.

-Tak mistrzu.

Wokół mistrza zaczęły krążyć fioletowe światła, a w całek okolicy zaczął wiać wiatr. Fioletowe promienie zaczęły przebijać ścianę chmur na niebie. Księżyc stał się czerwony. Słychać było wycie wilków z oddali, krzyki stworów i świst wiatru. Genar podchodził w naszą stronę, nagle jego dłonie stanęły w niebieskim ogniu, którym cisnął w Hamvara. Ten spadł z dachu i wpadł na wóz.

-Hamvar! .. Ty gnido! -Patrzyłem z wściekłością na maga przed sobą– Nie dość, że przerwałeś mi, gdy się przedstawiałem, to do tego zrobiłeś krzywdę mojemu przyjacielowi. Zginiesz!

.Zanim czarodziejowi udało się cisnąć czarem ponownie, rzuciłem go nożem w szyję. Martwy sturlał się z dachu. Gurhak tego nie zauważył.

-Teraz kolej na ciebie śmieciu! -Powiedziałem cicho sam do siebie.

Zaszedłem go od tyłu, wyjąłem drugi nóż, by wbić go w jego szyję. Po chwili zauważyłem, że wiatr się wzmagał, a z fioletowego światła formował się kształt, jakby smoka. To właśnie miał być Felkor. Kiedy jego ciało już prawie całkowicie się uformowało, użyłem noża.

-Ty psie! –Mówił dławiąc się krwią.– Zniszczyłeś nasze plany! To my mieliśmy wygrać!

-Ten kto miał wygrać, wygrał. Zdychaj!

Wyjąłem ostrze i wbiłem je ponownie.

-ZDYCHAJ!

Wyjąłem nóż z jego szyi i popchnąłem jego ciało, by spadło z dachu. Splunąłem na ziemię.

-Tak to się robi… Cholera.. gdzie Hamvar?

Poszedłem na drugą stronę dachu, skoczyłem w siano które znajdowało się pod nim i ujrzałem leżącego na drewnianym wozie Hamvara.

-Żyjesz? Żyjesz?!

Po chwili.

-Ahkm… -Kaszlnął– … Żyję.. tak przynajmniej mi się wydaje.

Uśmiech od razu pojawił się na mojej twarzy.

-Przyjacielu, udało nam się. UDAŁO!

-To wspaniała robota. Pomściliśmy mego wuja, uratowaliśmy tysiące ludzi, jestem z nas dumny.

-Cztery dni temu nikt by się tego nie spodziewał.

-Nie, a właśnie nasza historia pokazuje, że nigdy nie wiesz w którym momencie swego życia spotkasz osobą, z którą przeżyjesz największe przygody życia. Przeżyłem całe moje dotychczasowe życie i nie wydarzyło się nic tak spektakularnego jak to. Te cztery dni, były pełne wrażeń i były najlepszymi dniami w moim życiu. Cieszę się, że cię poznałem…

 

…Na tym kończy się ta historia. Może smutna, może nie taka jaką byście chcieli. Ja tylko opisałem w czym brałem udział, to co sam widziałem, to czego dokonałem. Poznałem wówczas co to znaczy przyjaźń i jakim jest ona skarbem. Przekonałem się, że nigdy nie wiemy co czeka nas na kolejnej kartce książki zwanej naszym życiem. To ja… A może jednak nie… Moje imię nie jest ważne. Ważne jest to, co przeżyłem i doświadczyłem. Nasze dalsze losy były równie ciekawe, może kiedyś wam o nich opowiem.Żyjcie tymi słowami: „Evg var, geh gi ir hvent ebsa qenef”– żyj tak, abyś nie musiał niczego żałować…

 

 #Nieczytelny podpis#

 

 

Koniec

Komentarze

Mam kilka pytań – jeszcze przed przeczytaniem. Dlaczego pogrubiona czcionka? Po co #?

Rzuciła mi się w oczy dziwna narracja, do której nie pasuje ostatni akapit.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Do “#” przyzwyczaiłem się, gdy grałem w gry RP(Role play), w taki właśnie sposób opisywało się działania postaci, sytuację itp. Z tym pogrubieniem faktycznie, nie jest potrzebne. Ostatni akapit poprawiony, racją było, że “#” tam nie pasowało. Dziękuję. :)

Wykasuj te # – wszystkie. To nie gra, tu nie ma miejsca na takie znaczki. Jeśli chodzi o narrację, to miałam na myśli, że piszesz wchodzisz, widzisz, odpychasz, wyjmujesz itd. A w ostatnim akapicie masz normalną narrację pierwszoosobową w czasie przeszłym. Jeśli ten, do kogo się zwracasz, albo o kim mówisz (nie wiem jak to określić) wchodzisz to ten opowiadający bohater, to zmień całą narrację na taką, jaką masz w ostatnim akapicie – wszedlem. jeśli to ktoś inny, to trzeba to przerobić na zwykłą narrację trzecioosobową np. wszedł. Albo jakąkolwiek strawniejszą narrację.

Do północy została jeszcze chwila i przynajmniej tyle możesz jeszcze poprawić.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Poprawione. :)

Hmmm. Bohaterowie nie robią nic innego, tylko zabijają wszystko, co się rusza i rozmawiają. W dodatku bardzo sztuczny ten dialog. Co gorsza, nie mówią nic ciekawego.

Dlaczego czas ciągle przeskakuje między teraźniejszym i przeszłym?

Rozwaliła mnie “23 w nocy” w tekście w stylu klasycznego fantasy.

Po co do ucieczki bohaterowi potrzebny był miecz?

Nad warsztatem musisz jeszcze sporo pracować: interpunkcja kuleje – pierwsze potknięcie już w tytule, powtórzenia, myślniki od reszty tekstu oddzielamy spacjami, błędy w zapisie dialogów, liczby na ogół piszemy słownie, nie wszystkie # usunąłeś…

Babska logika rządzi!

Widząc błąd interpunkcyjny już w samym tytule mniej więcej wiedziałem, czego mogę się spodziewać po tym opowiadaniu. Nie pomyliłem się. 

W dużym skrócie – lada w karczmie, drewniane dialogi i zdania momentami tak niefortunne, że czasem mimowolnie śmieszą. Widać nadmiar RPG i niedobór książek. Ale to nic. Nie jest to coś, czemu zwykła praktyka nie mogła by zaradzić.

Tekst jest najeżony błędami, dialogi brzmią sztucznie, Autor miesza czasy często i gęsto, o interpunkcji lepiej nie wspominać, występują błędy logiczne. 

Drogi Autorze, czeka Cię sporo pracy, jeśli chcesz pisać tak, by dało się to czytać bez wywracania oczami. Ten portal może Ci pomóc w tworzeniu, a następnie szlifowaniu pisarskiego warsztatu.  

Sorry, taki mamy klimat.

Dziękuję za konstruktywną krytykę. W tych sprawach jestem totalnym nowicjuszem.

“Na sam widok wody wielce się ucieszyłem, w końcu nie piłem nic od dłuższego czasu. Byłem zajęty drogą.“ – To ciekawe, że wędrowiec był tak zajęty wędrowaniem, że nic po drodze nie pił ; )

 

Dialogi zapisujesz nieprawidłowo. Zdarzają się literówki. Stylizacja, niestety, jest nad wyraz nieudana. Wcześniej już wspomniano, że dialogi są sztywne i nienaturalne.

 

“Chwilę temu mówiłeś, iż możesz mi opowiedzieć coś na temat twojego rodzinnego miasta, zaciekawiło mnie to. Możesz mi więc opowiedzieć cos na ten temat?“ – brzydkie powtórzenie.

 

“Po chwili twój rozmówca skosztował“ – twój?

 

Rozumiem, że nasz główny bohater nie miał żadnego celu w życiu, skoro tak ochoczo, tak jak stał, ruszył wraz z nowo poznanym gościem “do jego rodzinnego kraju”?

 

Minęli się z grupką mieszczan czyli oni szli w jedną, a mieszkanie w drugą stronę?

 

Gdzie była ta karczma umieszczona, że aby uciec z miasta trzeba było przejść przez bramę, ale za to bohaterowie, jak już z karczmy wyszli, nie widzieli żadnych oznak katastrofy, samego smoka, pożarów czy dymów? Rozumiem, że mamy miasto, potem dużo-dużo niczego, dopiero za niczym karczmę, a jeszcze kawałek za karczmą mury miejskie i bramę?

 

A, nie, z daleka widzieli zniszczenia, tylko z bliska nie…

 

“Leciał w waszą stronę“ – naszą?

 

Cóż za dogodna okoliczność, że ten sam smok, który zabił rodzinę bohatera, pojawia się akurat tu i teraz, tak daleko od jego rodzinnego miasta…

 

“Kiedy będziemy już na miejscu powiemy królowi o całym zajściu. Naszym problemem było to, iż nie mogliśmy go wytropić od dłuższego czasu.“ – Wytropić króla czy zajścia? Bo o smoku mowy tu nie ma.

 

“Trzymał w ręku drewniany tasak.“ – co to jest drewniany tasak?

 

“-Nie spodziewałem się tego. -Mówisz wycierając miecz szmatką.“ – Mówię? Zaiste te wstawki do-czytelnicze pachną RPG-ami…

 

“Godzinę później.“; “Następnego dnia” itp. – pisanie takich rzeczy nie wypada naturalnie w tekście tego rodzaju.

 

“-To żeście trochę źle trafili, z zapasami u nas ciężko. Wszystko jest spowodowane brakiem wczorajszej dostawy z miasta Yevek (Tam skąd przybiliśmy).“ – Co to za zabieg, by w kwestię bohatera drugoplanowego wciskać w nawiasie uwagę narratora? Poza tym raczej “przybyliśmy” niż “przybiliśmy”. Spotkałeś się kiedyś z czymś takim w jakiejś książce?

 

“Przez kolejne 20 minut“ – dwadzieścia minut. Liczby tego typu zapisujemy słownie. W końcu aspirujemy do miana literatów, więc używamy liter ; )

 

“Człowiek, który mnie wołał, leżał bez obu nóg i z wydłubanymi oczyma.“ – Człowiek, któremu uwalono obie nogi, wykrwawia się błyskawicznie, więc raczej nie miałby czasu na opowiadanie, co mu się przydarzyło.

 

“Obaj wybuchliśmy śmiechem..“ – podwójna spacja. Poza tym: wybuchnęliśmy, a nie wybuchliśmy.

 

“Ej… nawet nie wiem jak masz na imię…“ – Miło, że zainteresował się już czwartego dnia, mimo że przyjacielem swego towarzysza nazywał wcześniej ; )

 

Finkla ma rację, bohaterowie głównie chodzą i zabijają. Całość przypomina kolejne questy w kampanii jakiejś gry. Miejscami nie wiem czy zamierzony humor dodatkowo psuje efekt (”… nie dość, że przerwałeś mi przedstawianie się, to jeszcze dziabnąłeś mojego przyjaciela…”). Całość ma mimowolne walory rozrywkowe, ale jako opowiadanie nie sprawdza się za dobrze. Etap pierwszy – warsztat i sposób prowadzenia fabuły. Etap drugi – pomysł, który nie będzie jak wycięty z gry.

 

Dobrze, że próbujesz pisać, ale długa jeszcze droga przed Tobą. Dużo czytaj, pisz dalej i nie zniechęcaj się.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Heh, bohater szedł przez kilka dni bez jedzenia – i nadal szedł? Jeśli był człowiekiem, to powinien być na skraju wyczerpania… Poczytaj o odwodnieniu i gwałtownym wygłodzeniu, co się dzieje, jak człowiek się zachowuje…

 

Typografia: w dialogach lub stawiając półpauzy, po półpauzie/myślniku stawiaj spację. Notorycznie tego nie robisz i moje oczy krwawią.

 

W karczmach, zdaje się, magazynów nie było. Raczej spiżarki, piwniczki, składziki… Co więcej, woda była bardziej niebezpieczna od piwa, a piwo – to nie było takie piwo, jak znamy dziś. Primo, woda była często zanieczyszczona i pełna syfu, od którego największego wojownika zdradzał jego plebejski żołądek. Secundo, w procesie fermentacji i przygotowania piwa, większość tego syfu była likwidowana, ale piwo wychodziło słabe, dość mętne, raczej taki napój orzeźwiający (dlatego mogli go tłoczyć np. garncami – oczywiście, sikać chciało się tak samo jak dziś, objętość i nerki tak już mają). Rób research przed pisaniem.

 “23 w nocy” sugeruje bardzo ubogi język – wszak to ciemna noc, krótko przed godziną duchów, niewiele przed północą… Jeżeli stylizujesz tekst w opowiadaniu, pilnuj takich detali. Poza tym: liczebniki słownie! Co przejdzie niezauważone na sesji, nie sprawdza się w tekście beletrystycznym – tu muszą grać szczegóły, język musi być żywy. No i jak u człowieka pod kolczugą i płaszczę protagonista mógł zaobserwować, że jest umięśniony? Rentegen w oczach czy co? A to tylko absurdy z pierwszych akapitów…

 

Jeżeli korzystasz z ilustracji, do których nie masz praw autorskich i/lub majątkowych, minimum przyzwoitości nakazuje podać źródło i autora! (choćby jako podpis lub pod tekstem).

 

Fabuła polegająca na zabijaniu jest nudna. Jak chcę coś pozabijać, dzwonię do kolegów i robimy uberprzech…ny team w AD&D, który radośnie, z użyciem wielu puszek piwa, popierdziela sobie przez przygodę. Czasem ktoś zginie, czasem kogoś zaciuka, ot, priroda. Pisanie beletrystyki to trochę inna para kaloszy. Skoro zaczynasz z pisaniem, a widać jak na dłoni, że chętka przyszła ci chyba po mistrzowaniu, pamiętaj, że:

– opowiadanie to nie sesja; wywal wszelkie zbędne opisy postaci, pozbądź się tej maniery jak najszybciej! Wiem, bo sam cierpiałem ;-)

– pilnuj logiki drobnych rzeczy – rozwalają ci tekst (jak to widzenie umięśnienia pod kolczugą… Ech. Kiedyś kolega, idąc zgięty wpół niskim kanałem, chciał wyjąć dwuręczny miecz z pochwy… :-D ); na takie nielogiczności najlepsza jest druga para oczu;

– opanuj typografię, interpunkcję; popracuj nad żywymi dialogami – postaci powinny zainteresować czytelnika;

– opracuj bohatera, z którym czytelnik idzie przez tekst, możliwie szybko zaprezentuj problem, z jaki będzie się zmagać, a potem skup się na fabule, w której rzeczony problem jest rozwiązywany.

– zajrzyj koniecznie w poniższe miejsca:

 

Bardzo zacny poradnik dla początkujących Autorów (Selene)

Zapis dialogów w wersji mini (by Nazgul)

Wykład prof. Zaimka nt. precyzjonizmów narratorskich (na wesoło, od Bravincjusza)

 

a kiedy będziesz gotowy z poprawionym tekstem, poproś o czytanie jeszcze kogoś lub zorganizuj sobie tzw. betę (jes jes jes, autolans, teraz ja): Betuj bliźniego swego jak siebie samego 

 

i dopiero publikuj.

 

I przede wszystkim, bardzo dużo czytaj, dobrych książek oraz pisz. Nie ćwicząc – nie poprawisz nic.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Napisałem coś pierwszy raz. Wiem, że chcecie nauczyć.. ale.. no sam nie wiem. :(

Uważasz, że komentarze: “Wow, stary, zarąbisty tekst!” byłyby bardziej pożyteczne? ;-)

Babska logika rządzi!

Xardas1118 – napisałeś coś pierwszy raz – i świetnie! To dobry krok!

 

Zrobiłeś to źle, bo mało kto jest tak genialny, żeby za pierwszym razem było dobrze. Masz na łeb wiadro zimnej wody plus parę drogowskazów no i… Albo jesteś na tyle duży, żeby to konstruktywnie przetrawić, albo możesz zabrać swoje klocki i pójść tam, gdzie wprawdzie niczego się nie nauczysz, ale za to ktoś zawsze cię pogłaszcze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

@Finkla– Nie! Skądże! Napisałem tylko o … Nieważne. Ja się cieszę z krytyki, bo ona zawsze pozwala doskonalić się w danej rzeczy!

@PsychoFish.. Racja

Nowa Fantastyka