- Opowiadanie: Zbigniew Martuszewski - Dragoneza 2014 - konkurs na smocze opowiadanie - Sezon na księżniczki

Dragoneza 2014 - konkurs na smocze opowiadanie - Sezon na księżniczki

Opowiadanie na konkurs DRAGONEZA 2014

Mam nadzieję, że was chociaż trochę rozbawi,

Pozdrawiam wszystkich piszących i czytaczy – wasze zdrowie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dragoneza 2014 - konkurs na smocze opowiadanie - Sezon na księżniczki

Sezon na księżniczki

 

Zaczęło się od tego, że Edward dostał potwornego przeziębienia. Teraz? Masakra – to mało powiedziane. To było tak jakby pojawił się nagle na środku jeziora bez łódki z zawiązanymi skrzydłami. To jest jakiś żart – pomyślał. Przez ten katar zamiast porządnego, spopielającego oddechu – po maksymalnym napięciu z paszczy wydobywał się ledwo widoczny dymek z beznadziejnym – khy, khy. W tym stanie największy zezowaty fajtłapa był dla niego śmiertelnym przeciwnikiem. Smoki jeżeli dostają przeziębienia są zupełnie rozwalone. a ich precyzyjny umysł pracuje na zwolnionych obrotach. W związku z tym działają intuicyjnie. A zaczynał się nieszczęsny sezon na księżniczki i spodziewał się wkrótce zakutych w zbroję imbecyli, którym w głowie kiełkowała niegłupia myśl, że właściwie należało tylko pokonać idiotycznego smoka i przez całe życie wylegiwać się wygodnie u boku panny, sponsorowanej przez króla – tatusia, i wniebowziętej z powodu uwolnienia. Taaa… Taka była teoria, ale wkrótce delikwent przekonywali się, że to przekombinował. Z reguły to samemu królowi zależało na tym, aby ktoś ratował jego podupadający bużdżet królestwa i wysyłał jegomościa na krucjatę. Delikwent bardzo szybko orientował się, że coś tu nie halo i nie tego i próbował salwować się ucieczką z takiej krucjaty, ale ups – odwrót odcięto. Tata dbał o własne interesy i każdy z klientów, który wyruszał na taka krucjatę dostawał w prezencie giermka. Brak giermka ze strony tych delikwentów był wielokrotnie dla nich wybawieniem, ponieważ nie każdego z nich było na sensownego sługę – stać, co wynikało ze szczupłej sytuacji finansowej. Na początku chłopaki cieszyli się z takiego obrotu spraw – z reguły potem już mniej. Giermek pilnował, interesów króla i nic nie rozchodziło się po kościach, a odwrotnie. Potencjalnym zwycięzcom zdarzały się wypadki podczas pracy. Koleś ginął pod prysznicem poślizgnąwszy się przypadkowo na skórce od banana lub oczywiście także przypadkowo spadał w przepaść, a jak i to nie pomogło lądował bez spadochronu z murów twierdzy lub spadała na niego kolejna także przypadkowa lawina – trzecia tego dnia.

Nieistotne. To wszystko – nieważne, ważne było to że Edward należał do bractwa Zielonego Demona, które za cel stawiało sobie rozrachunek z tego typu frajerami. Z jakiej przyczyny ułatwiać życie tego typu władcom? Księżniczki porywać? Owszem, żeby nie wyjść z formy, ale nie dla ich wdzięków – bądźmy szczerzy…. Zresztą – każda koniec końców okazywała się przereklamowana a jak zaczynała wchodzić w dialogi, to rzeczywiście jak najszybciej należało umieścić ją w jakimś wysoko osadzonym miejscu. I wieża stawała się idealna. Edzio pomyślał, że taka wieża przydałaby się zapewne niejednemu facetowi, ale to nie jego problem. Rzeczywistym problemem było jak przetrwać tegoroczny sezon na idiotów w blachach, bo wygląda na to, że te paskudne przeziębienie nie miało zamiaru mu odpuścić jeszcze przez kilka najbliższych tygodni. Tak – tygodni, bo to smocza grypa, a nie jakaś zwykła ludzka, czy przereklamowana ptasia. Można oczywiście wystawić jedną z dwóch księżniczek, które miał na podorędziu, ale to kłóciło się z jego pojęciem honoru i z pojęciem honoru jego wuja Izydora, który był prezesem bractwa Zielonego Demona. Zresztą brat ojca miał różne fanaberie, do których należało na przykład mówienie prawdy prosto z mostu, odwaga i wyjątkowa niechęć do obrzydliwych kłamstw, dlatego w rodzinie mówili o nim, że handlowiec z niego byłby żaden. I z powodu tych życiowych drogowskazów nigdy do niczego nie dojdzie i ma przerąbane. W sumie wszystkich zdziwiła wiadomość, że został prezesem Zielonego Demona, ale wmawiali sobie, że przypadki chodzą po smokach. 

Potężny łomot do bram jego zamczyska, przerywany odgłosami zgrzytania,  zawiesił jego niewesołe rozmyślania. To znaczy, że się zaczyna. Rzeczywiście za bramą siedział w siodle na jakiejś szkapinie, gościu na kształt rycerza. Jednak patrząc na jego rynsztunek miało się wrażenie, że albo kupiony z demobilu, albo pożyczony od napotkanych nieboszczyków. Poszczególne części zbroi nie pasowały do siebie, były przerdzewiałe i przy każdym obrocie postaci czyniły dodatkowy efekt dźwiękowy w postaci tęgiego – zgrzyt… Aż ciarki przełaziły po kręgosłupie i uszach.  Blacha tu blacha tam – ale z niego ubaw mam pomyślał Edek i wyjrzał zza umocnień nad bramą.

– Czego?

– Jak to czego? Wyrażaj się smoku parszywy, bo to ostatnie twe słowa przed zejściem do mogiły..

No proszę i poeta. Szkoda, że głowa nie ta.

 – Przybyłem ratować tu biedną księżniczkę, więc salwuj się ucieczką bo…strącę ci doniczkę..

– Dobre, dobre…. Tylko najpierw sobie zbroję naoliw. A poza tym w rodzinie wszyscy zdrowi? Bo wydaje mi się, że waść na umyśle trochę szwankujesz…

Dalszą część wypowiedzi Edka przerwało kilka wydarzeń. Po pierwsze siodło pacjenta zaczęło się niebezpiecznie przechylać w jednym kierunku. Z tego powodu zaczął on zdecydowanie balansować rękami, trzymając w jednym ręku przerdzewiałą tarczę, a w drugim coś na kształt. kopii. Zabieg się nie udał i głośny hałas metalu uderzającego o kamienie zlał się z charakterystycznym, zgrzyt, i urozmaicił okoliczne dźwięki przyrody. Dosadne pierdziut złączyło się z czymś na kształt łolabogabogałola i ożesztyfuck.

– Nic się Panu nie stało? Desperat z Pana..

– O, a, e, y, oooo….. Ocyfiscie se nis…

– No  dobra to na razie. Ogarnij się chłopie i wpadnij następnym razem…

– Ksensnicka jes mofia…. Safaj fo falki…

Popatrzył przez moment na próbującego trzymać pion patałacha, który po wypowiedzianej kwestii runął z powrotem na twarz. Desperat, nie desperat ale jaja ma…– pomyślał, po czym zniknął za murami. Jeszcze kilku takich narwańców i rzeczywiście może mieć kłopoty. Miał kilka niespodzianek w zanadrzu, do których należała na przykład pułapka za bramą i fosa wokół wieży, i w razie godziny W mógł skontaktować się z wujem przez radiostację – dostarczył mu ją niedawno na spotkaniu w zamku Edwarda… Co prawda sprzęt skrzypiał, szumiał – jakby ze sobą rozmawiał, ale czasem – przez zbieg okoliczności łączył z Izydorem. Te wynalazki, kto je zrozumie? A może jednak dać znać wujowi? Przecież mógł liczyć zawsze na jego pomoc. Poza tym wujek, usuwanie kandydatów do zabicia smoka traktował bardzo emocjonalnie i osobiście. Kierowała nim zemsta za śmierć brata, ojca Edka. W tych przypadkach nie odpuszczał. Ale surowy brat ojca zawsze nawijał mu makaron na uszy, że smok musi sobie radzić w każdej sytuacji. Nikt za niego życia nie przeżyje! W życiu! Z tego powodu Edward wzywał Izydora w sytuacjach ostatecznych, a do ostateczności jeszcze było daleko. Ostatecznie można poczekać jak sytuacja się rozwinie pomyślał.

Za bramą zaczynało być ciekawie. Desperat próbował ostatecznie wstać i z powrotem kontynuować zdobywanie ruin zamku zamieszkiwanych przez Edka. Próba się nie udała, ponieważ zaowocowało kolejnym – takawaszajegowmordę. Ale jak na faceta, który zaliczył upadek z konia i prawdopodobnie oprócz zębów stracił coś jeszcze – był uparty. Pragnienie zdobycia sławy, kasy i ręki księżniczki pchało go dalej w kierunku walki ze smokiem na murach jego legowiska. Ruiny zamku stanowiły doskonałą kryjówkę dla smoka i pozwalały mu przygotować serią niespodzianek dla nieproszonych gości. Nawet jeżeli Desperat przypuszczał, co może czekać go za bramą – puszczał to mimo uszu. Jego determinację i odwagę podsycała biała chusta wystająca z okien wieży królującej nad tym rumowiskiem. Drżyj smoku, chwała i gloria zwycięzcom – chciałby wykrzyczeć śmiałek, gdyby nie miał małego kłopotu z artykułowaniem dźwięków, spowodowanych przez znaczne luki pomiędzy uzębieniem. Poza tym usłyszał rżenie obcego konia. Nie ma bata, księżniczka jest jego! Natychmiast wstał i śmiało wyciągnąwszy miecz, skierował go w stronę przyjezdnego i z emfazą, pełną największego wewnętrznego poświęcenia przemówił:

 – Sorry Gresory. Byfem piefsy – so ja bese wafcył o ksensniske.

Na drodze prowadzącej do ruin zamku pojawił się na czarnym, potężnym ogierze, w czarnej zbroi, czarny rycerz. Zbroja była wspaniała, godna najdzielniejszych śmiałków śmiało skaczących w gębę smokowi. Czarny szyszak ozdobiony był czarnymi skrzydłami, a jego przednia część posiadała metalową osłonę dla oczu i twarzy – całość psuły jedynie nałożone jakimś magicznym sposobem, na przyłbicę, bryle. Całości dopełniała zadbana tarcza i kopia trzymana przez rycerza w drugiej dłoni. Przez moment miało się wrażenie, że to jakiś czarny upiór w zbroi zabłądził w te strony – tak błyszczały owe szklane, grube patrzałki. Ukryty za murami ruin Edward przyglądał się zafascynowany zmieniającej się błyskawicznie sytuacji na drodze prowadzącej do jego siedziby. Najbardziej rozbawiły go szkła przymocowane na kasku.  Obserwował nowoprzybyłego kozaka, kiedy tenże przemówił:

– Nie wchodź mi w drogę głupcze. Bo zginiesz jak cię trafię. Smoku – stawaj do walki, bo mam jeszcze kilka umówionych walk w tym tygodniu. Ten temat chcę szybko zamknąć. Jestem profesjonalistą, a w moim fachu czas to pieniądz. Stawaj –  nie będę czekał na ciebie jak jakiś głupek pod bramą. – tu spojrzał szyderczo na ledwo trzymającego się na nogach Desperata – Jak wolisz umrzeć? Wybierasz śmierć łatwą, czy trudną? Smoku! Słyszysz mnie, czy mam ci końcem mojej kopii przypomnieć o moim istnieniu? Halo?! A może tam nikogo nie ma? – co mówiąc podniósł się w siodle.

 – Smof jes u fury a ksensniska jes mofia…. Nie ftafaj pomiesy niof a mnof bo posałujes..

Przez moment Czarny popatrzył na Desperata jak na idiotę, albo dziwny wybryk natury. Następnie zaśmiał się krótko, chrząknąwszy. Ten śmiech przypominał bardziej Edkowi szczekanie lub kasłanie psa, niż dobroduszny rechot rozbawionego osiłka. Nowo przybyły odwrócił się w bok i splunął z pogardą.

– Zejdź mi z drogi fujaro… Naprawdę nie mam czasu na pitu, pitu. Mój grafik na ten tydzień przewiduje jeszcze trzy zamki, a czas to pieniądz. Proszę ostatni raz – zejdź mi z drogi i zobacz jak działają profesjonaliści, może czegoś nauczysz się przy okazji patafianie…

– Ksensniska jes mofia…– twarz Desperata uległa nagłemu zastygnięciu jak kałuża szybkoschnącego betonu. Prawdopodobnie Czarny przesadził z tym patafianem i nie zdając sobie z tego sprawy lub działając z premedytacja sprowokował stojącego mu na drodze do bardziej aktywnych działań. Prawdopodobnie dlatego

– Sam tego chciałeś.

Czarny jeździec szybko spiął konia i rozpędził go w kierunku blokującej mu dostępu do murów postaci. Ale tak samo jak przypadki chodzą po smokach, chodzą tez po koniach. Rumak Czarnego spotkał się z kopytem szkapiny Desperata, która przyczaiła się przy drodze i dotychczas udawała pożywianie się zieleniną z rowu. Atak kopytem tak zaskoczył czarnego rumaka, że wierzgnąwszy tylnymi nogami stanął nagle na przednich, co zaskoczyło Czarnego rycerza powodując jego lot koszący do przodu. Śmiałek wdzięcznie wyrzucony przez swego konia do przodu w pierwszym momencie niemal zawisł nad drogą, aby nabierając nagłego przyspieszenia gruchnąć na piasek po środku szlaku do ruin. Binokle nie wytrzymały napięcia. Oszołomiony pancerny jak przyładował w ziemię tak przez kilka chwil leżał w pozycji horyzontalnej z wystawionym do góry tylną częścią jego zbroi i komicznie zawieszonymi w powietrzy nogami. Trwało to dobre parę minut, co Desperat wykorzystał na podsumowanie:

– Nosif filk rasy filka poniefli i filka.

Czarny zaczął wstawać. Twardy, albo przyzwyczajony – nawet nie jęknął. Choć z okularów został proszek, wyciągnął miecz i przechyliwszy głowę poruszał się w kierunku Desperata nasłuchując. Ten tchnięty nagle pierwszą prawdopodobnie w swojej karierze możliwością zwycięstwa runął do walki. Runął to jest najpierw stoczył walkę z zaciśniętym w pochwie i przerdzewiałym rapierem. Wysunąwszy broń nagle tak się zamachnął, że poleciał razem z nią w kierunku zbliżającego się profesjonalisty. Ten prawdopodobnie na czuja przyjął uderzenie i tak zaczęła się ich walka, przypominająca przyglądającemu się im smokowi Flipa i Flapa, a nie poważny pojedynek. Pomimo tego, że obaj przeciwnicy traktowali się na poważnie, ale jak na poważnie traktować pojedynek chuderlaka w przeżartej rdzą zbroi ze ślepym Pogromcą Smoków?

Nagle zauważył cień na murach, Trzeci gracz stawał do gry –zawsze tam gdzie dwóch się bije, tam trzeci to terrorysta… Lina podłączona do bełtu wystrzelonego z kuszy stanowiła idealną drogę dla trzeciego zawodnika, którego Edward chłodno nazwał Ryzykantem. Wiedział, że część murów z tamtej strony opanował czerwone mrówki. Za chwilę przekonał się o tym Ryzykant, któremu maleńkie owady dawały się we znaki. Srebrna zbroja z białym herbem na piersi,  gdzie na białym tle widniały duże czerwone litery EB – dość szybko zaczęła się salwować ucieczką…. Żelazne rękawice puściły linę i Ryzykant zasłużtł na swój przydomek nadany mu przez Edwarda. Teraz naprawdę zaczyna być zabawnie – powiedział smok do siebie. Popatrzył na dół i dostrzegł ruch dłoni Ryzykanta, która przez moment wznosiła się do góry i nagle opadłą przy akompaniamencie – Zacojatutaj?….

Za bramą nadal było słychać – zgrzyt – wraz z inteligentną wymianą zdań:

– Matoł i partacz..

– Ksensnicka jes mofia…

 – Gdyby nie ta parszywa szkapa już byś gryzł glebę..

– Jaf na rafie fto fona usysła fojefo fofiia….

I znowu – zgrzyt – zamach i podobne inteligentne dywagacje na temat umiejętności rycerskich każdego z nich… Dobra – koniec tych potyczek.

– Ej chłopaki!

 – O smok się odezwał! Zaraz cię nabiję na grot mojej kopii…

– Ksensniska jes mofia…

Smok rozciągnął swe ramiona i zrzucił z murów skórę po bananie  Połykając swój ulubiony owoc patrzył z rozbawieniem na zmagających się ze sobą rycerzy. Co tam grypa! Przy takich amatorach jak Ci na dole i ten patafian z tyłu wszystko było łatwiejsze niż przypuszczał.

– Ooooooo – i plask

– Ksensniska,…. Jes…. Mofia… –  i łubudu.

Widok tych dwu popaprańców tak go rozśmieszył, że nie mógł się powstrzymać. Brzuchem smoczyska wstrząsnęła seria gilgotek i skurczy, które spowodowały nagły i niekontrolowany wybuch smoczego śmiechu> Okazało się, że śmiech to naprawdę zdrowie, bo jak wypalił z paszczy strumieniem białego ognia to rycerze z dołu bardzo szybko poprawili swoje umiejętności poruszania się na terenie objętym zagrożeniem. Obydwa konie wycofały się już wcześniej na z góry upatrzone pozycje i ze stoickim spokojem obserwowały rozwój sytuacji pod bramą.

Obydwaj rycerze podgrzewani strumieniem ognia z tyłu, pojawili się obok koni jak duchy.

– Fsanię jus odefciało mi fię ksensniski..

 – Dobra. Na mnie czekają jeszcze inne zamki….. Ale gdyby nie ty…

– Jafne, jafne….

I oboje zniknęli tak jak się pojawili. A Edward jeszcze długa śmiał się na murach. Ucieszył się bardzo, znalazł antidotum na smoczą grypę. Śmiech. Musiał koniecznie powiadomić o tym wuja Izydora i swoich przyjaciół.

Okazało się, że nie taki diabeł straszny – jak go malują.

 

KONIEC

Zbyszek Martuszewski.

Koniec

Komentarze

Co to są “conoches”? Zgaduję, że chodziło o cojones?

 

I: “Time is many”? – no, to może jeszcze było zamierzone, ale to wyżej chyba nie…

 

Generalnie zamieściłeś nie opowiadanie, tylko albo jego pierwszą część, albo wręcz pierwszy rozdział jakiegoś większego tworu literackiego. Nie sądzę, by to kwalifikowało się do konkursu, bo nie stanowi zamkniętej całości.

W stylu jest dość rozrywkowe, niewymagające ale też humor nie jest zbyt wysokich lotów. Technicznie – jest trochę błędów, literówek, powtórzeń, nieprawidłowości w zapisie dialogów. Prowadzisz opowieść tak trochę “na hurra” i chaotycznie. Mnie dodatkowo lekko drażniły te wstawki typu “ale sorry – life” czy wynalazki typu radiostacja.

Jeśli chcesz pisać rozrywkowe opowiadania, warto się do nich bardziej przyłożyć. Tekst nie musi być bzdurny, żeby był zabawny. A nawet lepiej, żeby nie był.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

W sumie opowiadanie ciutkę zmieniłem po powyższej opiniii, ale i tak szło mi o śmiech…

Zabawna historyjka. Z takimi rycerzami, kto potrzebuje smoka…

Gorzej z wykonaniem: miejscami brakuje przecinków, “pan” w wypowiedziach raczej małą literą, literówki, powtórzenia nie zawsze wyglądają na zamierzone, błędy w zapisie dialogów, urwane zdanie, pod koniec tych niedoróbek jest naprawdę dużo.

Babska logika rządzi!

Tak. Wiem. Padam na twarz i się kajam. Sie fofafię nafefno – jak by powiedział Desperat. Ale jak na 4-do trzech dni zrywu – bo to wyraźnie widać w opowiadaniu – wynik chyba nie najgorszy. Ech  – mieć czas  lub go sobie zorganizować….  W moim fachu trudno.  A końcówkę trza było zmienić, bo się jo­se­he­im lekko załamala, a ja miałem na poprawkę 90 min. – do godziny W. 

A do cytatu:

Zabawna historyjka. Z takimi rycerzami, kto potrzebuje smoka…

proponuję:

https://www.youtube.com/watch?v=8N_tupPBtWQ

koniecznie obejrzeć do końca

bo smoka….  jak mówi ostatnie zdanie z tego linka.

 

Rozumiem, że to rude to rycerz, a te różowe to księżniczki? ;-)

Babska logika rządzi!

Coś jakby w ten deseń….

Co było ble:

  1. Rozpoczynanie zdań małą literą.
  2. Literówki bądź zła odmiana; w niektórych przypadkach trudno zgadnąć.
  3. Interpunkcja.
  4. Powtórzenia.
  5. Dziwaczne sformułowania.
  6. Pleonazmy

Co było cacy:

 

  1. Tekst o trzeciej lawinie
  2. – Ksensniska jes mofia…– twarz Desperata uległa nagłemu zastygnięciu jak kałuża szybkoschnącego betonu.
  3. wyciągnął miecz i przechyliwszy głowę poruszał się w kierunku Desperata nasłuchując. Ten tchnięty nagle pierwszą prawdopodobnie w swojej karierze możliwością zwycięstwa runął do walki. :D:D:D

Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie.

Sorry, taki mamy klimat.

Dzięki za rady. Będę organizował więcej czasu potrzebnego do napisania tekstów bardziej opracowanych pod względem edytorskim i pomysłowym……  

A jeszcze jedno pytanie do Sethraela – O co chodzi z tą betalistą?… Znaczy się pomysł na opowiadanie i samo ono jest w formie beta – obśmiewywane przez innych zalogowanych, którzy mimochodem wskazują  na błędy i wypaczenie historii? Czy każdy ma kogoś z NF przypisanego do swej osoby? Na jakich zasadach to funkcjonuje jeśli można spytać?

 

Zdrawiam. (z kropką he, he)

 

Umieszczasz tekst na betaliście i:

– czekasz, aż ktoś chętny zgłosi się z własnej woli do betowania,

– wysyłasz zaproszenia do konkretnych osób, 

– jest, chyba w Hydeparku, wątek, w którym można nawoływać, by ktoś zainteresował się tekstem.

Treść tekstu umieszczonego na betaliście jest widoczna tylko dla osób, które są zaproszone/same zgłosiły się do betowania i zostały zaakceptowane przez autora, czyli uzyskały status “bety”.

Po opublikowaniu tekstu komentarze betujących pozostają niewidoczne dla reszty czytelników.

A kto jak betuje – to sprawa indywidualna; jedni udzielają ogólnych rad i dzielą się spostrzeżeniami dotyczącymi konkretnych aspektów opowiadania, jeszcze inni starają się wyłapywać wszystkie (o ile starcza czasu, chęci i wiedzy) potknięcia interpunkcyjne, ortograficzne, logiczne, dotyczące kompozycji itp.

Kiedy autor uznaje, że tekst jest gotowy – klika “publikuj” i cały portal cieszy się dopracowanym opowiadaniem.

Albo i nie. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Najbardziej zachęcił mnie do betowania  ostatni równoważnik zdania :)

Mam mieszane uczucia co do tego tekstu. O sprawach technicznych w stylu interpunkcji i dialogów nie będę wspominał, bo już zostało na ten temat powiedziane wystarczająco wiele. 

Generalnie rozumiem ideę tego tekstu, rozumiem, że miało być lekko i zabawnie – i faktycznie opowiadanie bywa zabawne, ma nawet kilka swoich perełek, które przywołują na usta szczery uśmiech. Problem polega na tym, że całość podana jest w trudnej do przełknięcia formie. Opisy są tak porozciągane i miejscami na tyle zagmatwane, że zupełnie przykrywają ukryte pod nimi żarty. No a poza tym trochę przeszkadza mi nagromadzenie anachronizmów.

Dzięki za opinię.  Pewnie tekst zabłysnąłby z innej strony gdybym miał czas na jego szlifowanie przed konkursem. Nie starczyło…  Dlatego ta surówka smakuje, jak smakuje – jednym lepiej, innym gorzej, jeszcze innym w ogóle…  Cóż – na szczęście nie puszczają pawia (mam pochopnie taką nadzieję). I dobrze….

Naprawdę, czytając opinię o tekście, zaczynam nabierać apetytu na następne. Bardziej dopracowane. Jak mniemam – pochopnie :)

Może jeszcze będą ze mnie ludzie? Kto to wie?

 

Zbigniewie, nadmiernie rozciągnąłeś dowcip.

 

Moim zdaniem trzeba było nieco krócej, treściwiej i bardziej podkreślić zdrowotną rolę śmiechu na schorzenia różnorakie. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka