- Opowiadanie: Uszataklata - Lawenda

Lawenda

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Lawenda

Lawenda

Drżyj ludzie słaby w jedwab ozuty

U bram twych stanie zdobion w łańcuchy

Sługi bestii śmiercią strojone

Sztolnie zwolnione, sztolnie zwolnione

Ogniwo stali, stal w ogniu spłonie

Lasy we krwi i we krwi błonie

Truchło na tronie, truchło na tronie

 

Przytłaczającą czeluść mroku przenikały rytmiczne obłoki czerwieni . Wraz z girlandami iskier wskrzeszanymi tarciem potężnych łańcuchów, lizały leniwie heban wilgotnych, bazaltowych kolumn wspierających konstrukcję sztolni. Pośrodku ogromnego wyrobiska, majaczyła plątanina ciał grzęznących w zaległej mieszance plwocin i miału. Potężne stworzenia o połyskujących kobaltową poświatą łuskach, zastygły nad małym obiektem leżącym na końcu jedynego wolnego łańcucha. Długie na łokieć pazury zaczęły powoli i delikatnie muskać coś co okazało się być nagim ciałem młodego mężczyzny. Był martwy i tylko głębokie, rozciągające się na całą długość pleców rany przybierały jeszcze kolor gasnącego życia. Na prawej stopie, która znajdowała się w środku nienaturalnie dużej obręczy przytwierdzonej do łańcucha znajdowała się dawno zabliźniona rana w kształcie trójzęba. Uwagę zwracał również brak środkowego palca u prawej ręki. Zastygłe ciało pokryte było lepką mazią będącą mieszaniną krwi, potu i pyłu unoszącego się nieustannie w kopalniach Kor– Turam.

Metaliczny świst przeszył powietrze.

Wyrwane z letargu stworzenia poruszyły się niespokojnie. Stukot przeskakujących zapadek oderwał uwagę od zapadającego się w grzęzawisku ciała. Gwałtowne naprężenie łańcuchów powaliło pierwsze z nich.

- Ładunek w górę bydlęta! – Młody strażnik wykrzywił z obrzydzeniem twarz widząc szamotaninę i popłoch na wyrobisku.

Stalowe pasy mięśni pulsowały pod skórą stworzeń. Pierwszy krok w przód wyrwał głuchy, płomienny ryk z trzewi największego z nich odsłaniając bielma oczu. Gdyby strażnik spojrzał w oświetlone oczy tego ogromnego smoka to z pewnością ujrzał by… nie, nie chciał patrzeć. Z obrzydzeniem powracał tu każdego dnia.

– Gdybym mógł – pomyślał – z chęcią bym was zaszlachtował. Zdychajcie na zdrowie! Moje i swoje. Zamiast pomoczyć sobie… co innego niż nogi zachciało się dezercji! Pierdolony chorąży dziura w dupie, cztery długie lata…

Nagle, rozległ się gruchot. Na twarzy dozorcy zamarł niemy wrzask.

Potem zaległa cisza.

Jeden z łańcuchów pękł.

***

Pani spogląda, Pana już nie ma

Ciemne chmury i ciężka ziemia

Blada poświata twarz jej spowiła

Ona mówiła, ona mówiła

Jedności zaczyn i dwoje początkiem

Życia i śmierci chaos porządkiem

Ojcem im ucisk znaczony blizną

Pachnie stęchlizną, pachnie stęchlizną

 

 – Tak mój kochany, a teraz idź do naszych nianiek. Tylko się pośpiesz bo uczta zaczyna się po zmroku, a dziś przyjedzie senator Taurus von Hirsch i coś czuję – lady Cellin mocniej ścisnęła udami swoją dłoń – że będzie chciał wspomóc cesarstwo oferując nam kolejny kontrakt handlowy.

– Ale ja nie chce do nich iść. – Reus zrobił oburzoną minę – Wolę dziś pobyć ze służkami kuchennymi.

– Pewnie znów zadajesz się z tą suką Wirianą! Co takiego jest między nogami tej zawszonej dziwki? – Cellin gwałtownie wstała i wymierzyła siarczysty policzek swojemu synowi. Ruch ten zsunął z niej delikatny płaszcz okrywający wciąż ponętne ciało. Była piękną kobietą, której ząb czasu zdawał się delikatnie nadgryzać.

 – Skarbeńku, przepraszam… wiesz doskonale kim jesteś i jakie ciążą na tobie obowiązki. Twój ojciec… – spluń Panie na jego parszywą duszę, pomyślała Cellin – był wielkim władcą, którego przodkowie zabrali do siebie zbyt wcześnie. Obowiązki wobec królestwa stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Teraz to ty musisz dbać o poddanych i twoją biedną matkę, rozumiesz?

Reus stojąc wyraźnie zawstydzony, nieśmiało skinął głową,

– Możesz już iść mój cukiereczku. – Cellin wzięła chłopca w ramiona i delikatnie pociągnęła za ucho. – Tylko pamiętaj by się nie spóźnić.

– Kiedyś zostaniesz wielkim władcą, a ja będę u Twojego boku pilnować by źli ludzie nie ściągnęli cię na złą drogę. Widzę już w tobie mężczyznę godnego panować niepodzielnie, bez tej zgrai błaznów i popleczników czyhających na każde potknięcie – pomyślała Cellin i jej wzrok spadł na delikatny mieszek otaczający nieśmiało członka Reusa – przynajmniej tego nie odziedziczyłeś po tym tłustym niezdarze.

Zachichotała w myślach i kazała służącym przygotować suknię z głębokim wcięciem by jeszcze lepiej uwydatnić kształt jej pełnych piersi oraz napełnić wannę gorącą wodą i olejkami.

– Każdy musi dbać o królestwo, co panie von Hirsch? – uśmiechnęła się do siebie, wkładając płaszcz na swoje nagie ciało – Mam tylko nadzieję, że twoja oferta będzie równie interesująca co moja. Szkoda by znów przodkowie zabrali tak młodego męża i ojca do siebie… na moją małą prośbę.

 

***

 

Godność rynsztoku w rynsztoku gości

Ciało od ciała, znów ciało rości

Znów krew popłynie pod krużgankami

Są dworzankami, są dworzankami

Mrok ich ogarnia i ślepcami czyni

Pani bez głowy, suknia już dymi

Taniec kostuchy nad mogiłami

Tańczyli z nami, tańczyli z nami

 

 

Reus nie wiedział dlaczego matka zabrania mu spotykania się z Wirką (tak ją nazywał gdy byli sami). Od małego bawili się razem. Lubił tą dziewczynę. Zawsze potrafiła go pocieszyć i rozbawić. Nawet wtedy gdy matka zbiła go boleśnie po twarzy gdy był młodszy i jego męskość nie dawała kahali. Jego niańki tłumaczyły mu, że kahali to setki części jego duszy, które potem wypełnią pustkę w ludziach, którzy ich nie mają i stają się mu bezgranicznie wierni. Dlatego silny król musi często oddawać się swoim niańkom, na które jego matka mówi visele. Reus nigdy nie spotkał tych samych nianiek, dlatego tłumaczył to sobie tym, że pewnie wysyłane są po całym królestwie by jego wierni byli rozsiani również daleko od miasta. Był dumny z tego, że mając 13 wiosen, już od roku codziennie jego męskość daje kahali. Matka powtarza, że zanim osiągnie 16 wiosen i stanie bez jej pomocy na czele królestwa będzie miał największą armię wiernych poddanych w tej części świata.

 

Nawet nie zauważył kiedy wszedł do pokoju nianiek.

– Pani Matka każe byście się spieszyły. Nie mogę spóźnić się na ucztę.

Kolejna niespotkana nigdy visela bez słowa zabrała się za swój obowiązek.

Reus zauważył, że od pewnego czasu to co robią niańki jest przyjemne i przestało sprawiać, że czuł się głupio. Dziś jednak położył się na wielkim, obłożonym poduszkami łożu i rozmyślał o Wirce. Zawsze bawiło go fakt, że chodzi w zbyt dużej, skórzanej rękawicy na prawej ręce. Była jedyną dziewczyną, która pracowała u mistrza Towruka z ptakami zwiadowczymi. Lubił wymykać się rano z zamku by pojeździć z nią na polowania. Opowiadała mu wtedy o rodzajach ziół polnych lub zwierzętach, które żyją w norach. Uśmiechnął się w myślach. Wirka pachniała zawsze tak samo, to był zapach kwiatów. A on zawsze zapominał ich nazwę.

 

***

 

Dziecko od piersi matki odjęte

Śmierci jej znakiem  życie poczęte

Krew jej krwi i krew jej przelana

Na chwałę Pana, na chwałę Pana

Demon z człowieka i w człowieka demon

Plugawy sługa plugawym tronom

Ciało zwiędłe na sznurze szpeci

To są jej dzieci, to są jej dzieci

 

 

– Moja Pani, nie ma nic piękniejszego na świecie nad twe wdzięki. – uśmiechnął się Said Alhar całując wysmukłą dłoń.

Był to młody regent księstwa Mahaszaran, pustynnej oazy wyjątkowo obfitującej w szlachetne minerały i rudę.

– Prócz taboru dziwek i świeżutkich dostaw z kopalni Kor – Turam… albo na odwrót, a najlepiej jakby przywieźli te dziwki razem z urobkiem, bo od tutejszych suk już mnie zaczyna boleć kuta…

– Również miło mi Cię widzieć Taurusie – Cellin przerwała rozkoszującemu się kolejnym dzbanem wina lordowi – jak widzę z biegiem lat, przybywa Ci nie tylko tuszy, ale i humoru.

Na sali rozległ się gromki śmiech. Zanim przybyła Lady Cellin i podano do stołu, kilku mniej cierpliwych lordów w tym sam Taurus von Hirsch zdołało ocenić twór pracy tutejszych mistrzów. Po ich twarzach, można było wnioskować, że pod uwagę brano nie tyle jakość trunku, co jego ilość. Wśród wielu zaproszonych gości, w tym specjalnie przybyłego na tą okazję barda Toifla, Cellin interesowała tylko garstka – wspomniany Taurus, nadworny Oświecony Brat, kuzyn zmarłego męża Cellin Olfryd i lord zarządca kopalni Rodian.

– Jednak ma coś więcej prócz tych ślicznych cycuszków – szepnął do Rodiana Taurus, śmiejąc się rubasznie. – Droga lady, przeszywa mnie przykrość z powodu twego męża, wszak gdyby nie ten wielki dramat sama byś wiedziała, iż mężom rośnie z wiekiem nie tylko brzuch i broda.

Olfryd poderwał się z miejsca, lecz Cellin zmroziła go spojrzeniem. Usiadł więc, gniewnie pomrukując do współtowarzyszy.

– Jeśli twa męskość dorównuje twemu brzuchowi , to mój drogi na starość nie laska będzie ci służyła podparciem.

Taurus roześmiał się jeszcze głośniej, nie spuszczając kpiącego wzroku z Olfryda.

– Twój język dorównuje twej urodzie pani… lecz nie czas teraz gimnastykować języki – a przynajmniej poczekajmy do wieczoru w twojej komnacie pomyślał Rodion – Trzeba przedyskutować kwestię kopalni.

– A o czym tu dyskutować – zdziwił się Taurus – Niech te świnie pracują dłużej. W końcu nie po to ma się 15 stóp wysokości by leżeć i patrzeć na gołe dziewki.

– Mamy coraz mniej smoków – odpowiedział cicho Oświecony Brat – nie możemy sobie pozwolić na większą produkcję, bo w przyszłości ludzie zastąpią zwierzęta na wyrobisku.

– Ludzie? Ludzie! – Taurus uderzył kielichem w stół – A to już braciszek zapomniał skąd macie te wasze kreatury?

– Nie… to znaczy…nie, nie zapomniałem – wydusił cicho z siebie Oświecony. – Chodzi o to, że mamy coraz mniej…

– A czcigodnemu prócz włosów ucięli też fujarkę? – ryknął rozbawiony Taurus. – A może ojczulek zapomniał, to ja bardzo chętnie poprowadzę gdzie trzeba… jak się prędko za to weźmiesz to będziecie mieli więcej smoków niż wagonów w tej pierdolonej kopalni.

– Nam… nie-niee… wolno – zająkał się wyraźnie zawstydzony Brat.

– Wystarczy! – krzyknął Rodian. – Znasz doskonale rytuał Tarusie i wiesz dobrze, że jedynie kahali mężczyzn z rodu Tarjan nadaje się do stworzenia Ilfian.

– A, że wielebnemu stryjowi kuśka zwisa jak psu rzep z dupy i nie chce dygnąć, cała robota spada na wielce panującego nam Reusa.

Olfryd chciał rzucić się na Taurusa jednak Rodion był szybszy. Chwycił lorda i odciągnął na bezpieczną odległość

– Spokój! – wrzasnęła Cellin – Wiesz też doskonale jakie są tego konsekwencje i jak ogromne straty przynosi to w ludności.

– Nikt nad zaropiałą kurwą nie zapłacze – uśmiechnął się Taurus – albo kopalnia zwiększy dostawy, albo będziecie mogli wsadzić sobie te smoki tam skąd wyszły… a przynajmniej gdzieś w pobliżu,

– Z łona mat…

– Co tam szepczesz klecho? … Oomp! – Taurus wlał w siebie kolejny kubek wina i głośno zaczkał.

– Smoki… to znaczy Ilfianie wychodzą z łona matek. Przy porodzie gdy wiemy, że to bliźnięta, nosicielce podcina się gardło i upuszcza jak najwięcej krwi. – Oświecony Brat przełknął ślinę i ciągnął dalej – Potem karmi się nią dzieci przez siedem dni, odprawiając rytuał. Gdy ich skóra zaczyna połyskiwać odcina się środkowy palec i wysyła razem z niemowlętami do kopalni, by…

– … by były posłuszne, bo tknąć nie mogą tego, kto posiada część ich samych – dokończył Rodian. – W tym cały problem, wiele dziewcząt nie przeżywa ciąży i umiera bardzo wcześnie…

Kilka miesięcy wcześniej czy później, coż za różnica – pomyślał smutno Oświecony.

– … dlatego brakuje nosicielek, naród też musi się rozwijać. Chłopi nie chcą już posyłać dziewek do pałacu, wierząc, że tam zmieni się ich los na lepsze. – Rodian popatrzył wymownie na Tariusa i ciągnął – zresztą nosicielka to nie jedyny problem, który nie pomaga w wydobyciu.

– Do czego zmierzasz? – burknął Olfryd.

Ilfianie mają… natrętną skłonność do zmiany kształtu w człowieka. Od dawna wypala się im oczy by nie mogli pamiętać innego ciała, jednak ostatnio zdarza się coraz więcej przypadków przeobrażeń. Problem polega na tym, że łańcuchy kute są „na wymiar” bestii i możemy mieć problem z ucieczkami.

– To po cholerę je piętnujecie?

– Olfrydzie, młody Ilfianin ma ogromne, jak by to ująć „predyspozycje medyczne”, Do trzeciego roku życia nie możemy ich naznaczyć, bo i tak nie zostanie żaden ślad.

– Drogi przyjacielu, znaczki, przemiany i inne bajeczki to wasza sprawa. Ja jestem tutaj, by rozmawiać o zamówieniach, których nie jesteście w stanie realizować – Taurus uśmiechnął się zimno do Cellin. – Umawialiśmy się: 100 wagonów mitrilu miesięcznie, a wy nie jesteście w stanie dostarczyć nawet 70.

Cellin zacisnęła pięści. – Pieprzony ladacznik! Wie dobrze, że pieniądze od wschodnich kupców są nam potrzebne, bo tylko mitril jest w stanie utrzymać zadłużone królestwo. Żebyś w końcu dostał wrzodów na tej tłustej dupie.

– Cóż więc proponujesz Taurusie – Cellin słodko uśmiechnęła się w strona lorda, lekko przygryzając wargę.

– Moi mocodawcy, są bardzo dyskretni. Mam propozycję do przekazania… – von Hirsch uśmiechnął się – … do uszu włas…

Salą wstrząsnął wybuch, a z bogato kutych okiennic wyleciały szyby. Odpadający tynk wzbił tumany kurzu.

Kolejny wybuch.

W miejscu, w który przed chwilą siedział Oświecony Brat ziała głęboka na 20 stóp dziura, sięgająca piwniczki. Siła eksplozji wyrzuciła Cellin pod przeciwległą ścianę, poprzez dziurę w poszyciu widziała błyski na niebie przysłaniane przez ogromne cienie. Nagle przez drzwi wleciała zakrwawiona plątanina ciał. – Straż przyboczna – przemknęło przez głowę Cellin.

– Pa..p-pa..ni – toczące przez konwulsję i spazmy ciało, wydało z siebie cichy szept – s.s…m….o…

Nie dokończył, gęsta czerwona maź zalała mu twarz.

Nie musiał.

Zza jego pleców ukazał się Cellin potężny kobaltowy smok.

 

***

Radujcie się bracia, wznieście swe dłonie

Spłonęła samica i młode płonie

Pod gruzem majaczy martwa postura

Ma ślad pazura, ma ślad pazura

Niebo rozświetla promień radości

Oni polegną, ci w zuchwałości

Łańcuch na nodze, a przed łbem krata

Pomścimy brata, pomścimy brata

 

 

Reus ubierał się w pośpiechu, w czym pomagały mu służki.

– Muszę dziś wyglądać majestatycznie, Pani Matka pokłada we mnie nadzieje – mruknął do jednej z dziewek.

Miał zły humor. Nie mógł nigdzie znaleźć Wirki, znikła gdzieś w tamtym tygodniu gdy dał jej skórzany mieszek na srebrnym łańcuszku, który podarował mu Oświecony Brat jak był mały, nakazując jednocześnie by zawsze miał go przy sobie. Wiedział, że jej się spodoba. Wszyscy bogaci kupcy, wojskowi i piastujący urzędy od marszałka po podczaszego nosili takie mieszki. Każdy miał inny wzór. Na jego był wypleciony złoty trójząb. Miesiąc temu zobaczył, że wirka ma bliznę, która jest podobno do trójzęba. Powiedziała, że to od szponów jakiegoś drapieżnego ptaka. To wtedy wpadł na pomysł by jej to podarować. Miał nadzieję, że się ucieszy. Teraz nie był już tego taki pewien. Zaczął się bać, że może odebrała to jako nabijanie się z jej niedoskonałości.

Będąc gotowym powoli zaczął iść do sali balowej. Musiał pokonać jeszcze schody i dwa korytarze by być na miejscu więc nie śpieszył się rozmyślając o swej przyjaciółce.

Będąc w połowie kondygnacji poczuł wstrząs. Nie byłoby w tym nic dziwnego, często zdarzały się tąpnięcia w kopalni, jednak ten był o wiele mocniejszy. Chwycił się poręczy by nie stracić równowagi. Wtedy usłyszał krzyki ludzi. Przyśpieszył kroku by po chwili w pełnym pędzie wybiec z zawirowań schodów wprost do drzwi ceremonialnych sali balowej… a przynajmniej tego co z nich zostało. Przekroczył próg nie potrafiąc zrozumieć co się stało. W miejscu ogromnego klonowego stołu znajdowała się plątanina ludzkich wnętrzności, zmiażdżonych i powbijanych na drzazgi wystające z roztrzaskanych blatów i krzeseł. Krew… pełno krwi. Powietrze było lepkie od jej słodkiej woni. Wtedy też ją zobaczył. Leżała w swej niegdyś srebrzystej sukni wykręcona pod nienaturalnym kątem przy ścianie.

– Ma… maaa… MATKO! – krzyknął i podbiegł do ciała.

Cellin leżała wypatroszona niczym młoda sarna, którą dziś Boffa przygotowywał na uroczystą wieczerzę. Jej wyrwana głowa z fragmentami wystających kości leżała rzucona kilka stóp dalej. Obraz dumnej i potężnej królowej wyparował niczym poranna rosa.

Reus klęcząc przy ciele poczuł, że ktoś za nim stoi. Podniósł się powoli z kolan wciąż trzymając fragment zakrwawionej sukni. Chciał odwrócić głowę gdy jego ciało przeszył ostry, palący ból. Spojrzał w dół i zobaczył okrwawiony sztylet wystający z jego ciała. Zrobiło mu się słabo i nawet nie poczuł kiedy osunął się na kolana.

 

Zimno. Czuł ogarniający go chłód… i zapach.

 

Wydawał mu się znajomy.

 

To był zapach śmierci.

 

Śmierć pachnie lawendą.

 

 

Łza nie pociekła gdy go zabiła

Truchło – brat, siostra – truchła

Wziąć odebrane w srebro obleczone

Porzucił ochronę, porzucił ochronę

Gdzie kropla ostatnia krwi ziemi uraczyła

Tam kwiat na ziemi panna wypatrzyła

Kwiat smoka, smok legenda

To lawenda, to lawenda

 

 „Kroniki Ilfian” – fragmenty

 

 

Koniec

Komentarze

Całkiem niezła opowieść. Mocno ponura i brutalna. Niektóre dialogi, przy pomocy których przybliżono czytelnikowi proceder tworzenia smoków, wypadły trochę sztucznie – ludzie siedzący przy stole nie tłumaczyliby sobie nawzajem rzeczy w ich świecie oczywistych.

Pomysł uczynienia ze smoków niewolników w kopalni – yes

 

Dziękuję za wzięcie udziału w konkursie.

Sorry, taki mamy klimat.

Istotnie, ciekawy, acz paskudny świat, fajne pomysły. Zgodzę się również, że ten dialog brzmi bardzo sztucznie. Ech, tak to jest, jak dorastającym dzieciom nic się nie tłumaczy…

Pod względem językowym – sporo jeszcze pracy przed Tobą: interpunkcja kuleje, czasem piszesz rozdzielnie coś, czego człowiek nie powinien rozłączać, niewłaściwe przypadki, “ta” odmienia się nieco inaczej niż sądzisz, liczby zwykle piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Dziękuje za opinie. Co do dialogów to moim zamysłem było ukształtowanie braciszka jako zastraszonego, zamkniętego (typ przepraszam, że żyję) osobnika, który wciąż nie może przełknąć tego co się wyprawia. Wyszło jak wyszło, zbyt mało czasu na dopracowanie. Próbowałem kierować się w stronę “rozmowy przy piwie co by tu zrobić”, gdzie często powtarza się oczywistości kombinując co i jak. Po odleżeniu twierdze, że mogłem to bardziej doszlifować.

Tekst – choć ciekawy – jest niestety w dużym stopniu nieczytliwy. Jeśli już porywasz się na taki pełen metaforyzacji i poetyzacji styl, musisz mieć interpunkcję w małym palcu. W twoim tekście przecinki postawione są tak losowo, że zaburzają rytm i sens zdań, co sprawia, że przez niektóre konstrukcje trzeba się niemal siłą przedzierać. 

Nie uważam, by wybór takiego stylu był najlepszym pomysłem. Moim zdaniem przekombinowałaś. Styl, który sobie narzuciłaś, zwyczajnie cię przerósł. Proponuję następnym razem pisać prościej, bardziej intuicyjnie. Ćwicz, aż stylistyczne fajerwerki staną się dla ciebie czymś naturalnym, a nie czymś, co trzeba siłą między zdania wciskać.

Przyznam, że pierwsze zdanie jest zatrważające (czeluść mroku, rytmiczne obłoki… co to są rytmiczne obłoki?), a drugie wcale nie lepsze. Epickie opisy i metafory brzmią fajnie, jak się nabierze wprawy w ich układaniu, ale łatwo z nich zboczyć na drogę grafomaństwa.

Generalnie tekst nie jest taki cały – na szczęście – ale język polski jeszcze nie jest Twoim przyjacielem. Niedoskonałości językowe są bardzo widoczne, jednak pamiętać trzeba, że to Twój debiut, a jak na debiut nie jest wcale źle, udało Ci się wykreować pewien klimat. Pomysł masz, tylko że przedstawiony został w sposób dość chaotyczny. Na szczęście praktyka czyni mistrza, więc nie zniechęcaj się; pamiętaj tylko, że w początkowej fazie pisania zawsze warto postawić na prostotę. Żeby uniknąć rytmicznych obłoków i tym podobnych wynalazków.

Co do samej historii – tu widać zaledwie jej zarys, to nie jest pełnoprawne opowiadanie. Przemyśl, co chcesz przekazać, od początku do końca, a potem ostrożnie ubierz to w słowa.

 

Powodzenia.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uch, warsztat nie dorównuje pomysłowi.

Wstawki, nieco pretensjonalne, niby-poetyckie, przecinkologia, liczebniki – słownie, dialogi wręcz deklamacyjne – takie infodumpy możnaby zrzucić w innych miejscach, nie w głównej rozmowie na szczycie…

 

Smoki jako oślepieni niewolnicy w kopalniach, sposób smoków “produkcji” i wykorzystania – świetny koncept.

 

Moim zdaniem warto przepracować pomysł na nieco bardziej rozbudowane i ciekawie napisane opowiadanie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka