- Opowiadanie: Puszczyk - Demiurgowie

Demiurgowie

Jako debiutant upraszam o wyrozumiałość, tym bardziej, że podjąłem próbę wyprowadzenia konkursowej „bestii” poza znane jej i przyjazne dlań środowisko fantasy w fale oceanu szeroko rozumianej fantastyki.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Demiurgowie

Gigantyczny cień na moment przesłonił poranne słońce. Trwało to znacznie krócej niż błyskawica na niebie. Tylko nieliczni dostrzegli naszą – moją obecność w atmosferze. Szczęśliwcy, którzy w porę skierowali wzrok we właściwe miejsce jeszcze przez sekundy postrzegali nas – mnie subtelną wrażliwością swych dusz.

– Mama! Smok!

– Nie gadaj głupot, dziecko – zdenerwowana kobieta ofuknęła swą pociechę. – Smoków nie ma!

Każde z nich powiedziało prawdę! Każde z nich miało rację. Tak, ten chłopiec zobaczył smoka! Jest również rzeczą oczywistą, że smoków nie ma! Jesteśmy – jestem tylko my – ja. Jeden, jedyny smok i nikt nie wie, co stanie się z nami – mną, jeśli kiedykolwiek ktokolwiek wpadnie na ten sam pomysł. Jeśli komukolwiek wystarczy odwagi by powtórzyć nasz – mój eksperyment.

Mamy – mam bezgraniczną pewność, że nic takiego nie zdarzy się prędko, nawet wedle naszej – mojej miary czasu.

Wiemy – wiem, że w jednym Wszechświecie może być tylko jeden prawdziwy smok!

 

Środek drugiego tygodnia października. Dzień ten był słoneczny i od rana niemal upalny. Rozpieszczająca swą łagodnością aura wygnała mnie z murów Alma Mater. Identycznie potraktowała trzech najbliższych kolegów.

Od początku edukacji na wydziale filozofii grzęźliśmy w szaleństwo. Trochę temu sprzyjał łagodny tok studiów, lecz główną winę ponosiła nieokiełznana natura zapewne przejęta w spadku po przodkach. Ona, przed dwoma laty kazała nam zrobić coś, co odcisnęło swe piętno na wspomnianym okresie.

Zajęliśmy wolną ławkę wypełniając ją szczelnie. Z daleka sprawialiśmy wrażenie klonów. Każdy ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i wyraźnie nieułomny. Czy przy naszych rozmiarach standardowy mebel parkowy mógł być nazbyt obszernym?

– Chłopaki! – Jacuś zajęty wertowaniem netu przerwał milczenie. – Mam info o kolejnej ofierze. Znalezione zwłoki pozbawiono niektórych narządów wewnętrznych!

Uraczywszy nas newsem podsunął tablet siedzącemu najbliżej Markowi. Ten rzucił okiem na wyświetlacz. Machnął lekceważąco ręką.

– Zastanów się, co mnie to… – zrezygnował z wypowiedzenia ostatnich słów, inteligencji słuchaczy pozostawiając dokończenie urwanej myśli.

– Chyba nie sądzisz, że ktoś zechciałby któregoś z nas…

Również zamilkłem w pół zdania. Powód był inny. Napaść na kogoś o takiej posturze uznałem za absurd. Wszak prezentujących się cherlawiej było mnóstwo.

– Właśnie – Jacek zdawał się bezwiednie udzielać odpowiedzi na urwane w połowie moje pytanie. – Wyglądając zdecydowanie lepiej niż przeciętny człowiek stanowimy łakomy kąsek. Ci pozyskiwacze organów nas także potrafiliby przerobić na surowce transplantacyjne.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że słowa Jacka i ów news będą mnie dręczyć. Odbijać się uporczywie echem w umyśle przez wiele kolejnych dni. Transformować się w tym czasie, aż wydadzą owoce.

 

Objuczony tobołami późnym popołudniem dotarłem do przydzielonego pokoju. Na wszelki wypadek przed wejściem sprawdziłem jego numer. Zgadzał się. Zapukałem.

– Proszę.

Nacisnąłem klamkę. Drzwi posłusznie uchyliły się. Przy niedużym stole siedział mój, od dzisiaj współlokator. Podszedłem.

– Cześć. Zbyszek – przedstawiłem się wyciągając rękę.

– Cześć – odpowiedział równie oszczędnie. – Marek.

Po wymianie uścisku dłoni odwróciłem się i położyłem bagaże.

– Nareszcie – dobiegło mnie.

– Co nareszcie?

– Zdecydowałeś się porzucić rolę tragarza. Mogłeś to zrobić już przy drzwiach – całkiem słusznie zauważył nadając swemu głosowi ironiczny ton. – Jeśli tak lubisz dźwigać ciężary, mogę zatroszczyć się o zajęcie dla ciebie.

– Super – postarałem się o zbliżone brzmienie mojego. – Przestrzeń pomiędzy mymi garbami jest już wolna. Wielbłąd z utęsknieniem oczekuje juków. Do której karawany mnie dołączysz?

– Na razie żadnej – odpalił bez namysłu. – O tak pożyteczne zwierzęta należy dbać, więc teraz rozpakuj się i odpocznij, ale od jutra nie licz na taryfę ulgową.

– Okay – rzuciłem sięgając po większą torbę. – Bądź wola twoja.

Szarpnąłem oporny zamek. Teraz złośliwie otworzył się na całą swą długość umożliwiając spontaniczne opuszczenie pojemnika transportowanym w nim rzeczom. Opanowałem ogarniającą mnie złość i pochylony zacząłem układać je kolejno na tapczan.

– Oj, wasza rozrzutność…

Powiedziawszy to mój współlokator wstał i zaczął pomagać przy zbieraniu licznych drobiazgów, które bezczelnie rozpierzchły się po całej podłodze. W pewnej chwili cichutko gwizdnął wyrażając tym zaskoczenie. Przeniosłem wzrok na niego. W ręku trzymał wydruki. Treść pierwszej strony była widoczna przez folię koszulki.

– Początki Orfizmu – przeczytał na głos. – Ciebie też to rajcuje?

– Jak to: „też”? – Zaskoczony przerwałem zajęcie.

– Starożytny kult Zagreusa – Dionizosa to moja pasja. Zwłaszcza okres, kiedy ta religia za sprawą Epimenidesa trafiła do Aten.

Tak rozpoczęty dialog zakończył się aż po północy. W jego połowie, późnym wieczorem zjawiło się dwóch naszych sąsiadów – Jacek i Adam. Dowiedziałem się, że również przejawiali fascynację Orfizmem.

– Skoro to jest nam tak bliskie – zaproponowałem pod koniec tej rozmowy. – Zawiążmy Bractwo Dwukrotnie Narodzonego. Może zainteresowanych znajdzie się więcej. W oparciu o te starożytne dogmaty możemy stworzyć coś na kształt creda bractwa.

– Zawsze można spróbować – zauważył Adaś.

– Za – odezwał się Jacek. – Tylko nie w formie odkurzonego wyznania. Jestem wrogiem epigonów.

– Również nie przepadam za naśladownictwem – zgodziłem się z nim. – Myślałem o stworzeniu nurtu filozoficznego będącego aliażem starożytnych wyznań, głównie Orfizmu ze współczesną ezoteryką.

– Skróćmy nazwę – wtrącił Marek. – Bractwo Neoorfików. Ta zawiera wszystko.

Powiodłem wzrokiem po twarzach pozostałej dwójki. Miny wyrażały akceptację. Pierwszy akt kreacji był za nami. W ciągu paru dni sprecyzowaliśmy fundamenty własnej ścieżki w filozofii. Postanowiliśmy zaprezentować ją szerszemu gronu. Po wydrukowaniu krótkich ulotek o bractwie, umieściliśmy je we wszystkich powszechnie dostępnych miejscach uczelni.

 

Z ociąganiem opuszczaliśmy ławkę. Niechętnie przyspieszaliśmy kroku. Wyganiał nas kaprys aury. Do południa niezwykle przyjemna, teraz zdecydowała się pokazać pazurki. Niebo zasnuły ciemne chmury, temperatura spadała w oczach. Nadciągał deszcz. Z parku wyszliśmy nim pierwsze krople dotknęły ziemi. Początek, bo początek, ale zawsze października.

Za nami zostały ciepłe i przytulne trzewia autobusu. Biegliśmy do akademika. Po drodze przeskakiwaliśmy rosnące kałuże. Nareszcie, pomyślałem z ulgą kiedy przekroczyliśmy wrota budynku.

– Panowie – zacząłem równo z początkiem wspinaczki po schodach. – Mam wrażenie, że czas na coś równie spektakularnego jak ten pomysł, któremu jak by nie patrzeć zawdzięczamy światowy rozgłos.

– W porzo – odkrzyknął wyprzedzający nas Adaś. – U was, czy u nas?

– U nas – zdecydowałem. – Za dziesięć minut!

Aż do drzwi pokoi nasi współlokatorzy zachowali powściągliwe milczenie. Wszyscy byliśmy wychłodzeni i przemoknięci, a przez to bardziej skorzy do akceptacji rzucanych propozycji. Umysły całej czwórki absorbowało jedno tylko pragnienie – wskoczyć w suche ciuchy. Jak najszybciej!

Gorąca kawa poprawiła nastroje. Nim upłynął kwadrans raczyliśmy się nią w komplecie, patrząc wzajem po sobie z wyraźnym wyczekiwaniem. Nikt nie kwapił się do podjęcia tematu. Po paru minutach ciszy trzy pary oczu spoczęły na mnie, pomysłodawcy.

– Tulpa! – Rzuciłem odruchowo.

Nie wiem skąd przyszło mi to do głowy, ale stało się. Uważnie spoglądałem na kolegów. Reakcje były zróżnicowane. Adam nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu. Jackowi zaokrągliły się oczy.

– Musisz straszyć? – W głosie Marka brzmiały delikatnie zaznaczone wyrzuty.

– O co chodzi? – Najwyraźniej tego dnia Jacek nie był w pełni sił umysłowych, lub po prostu zapomniał. – O czym wy mówicie?

– O tulpie – odezwał się Adaś niedowierzająco patrząc na pytającego.

– Tezeten? – Jacenty nadal miał ośli wzrok.

– To sztuczna, żywa istota – przypomniałem. – Coś jak golem z legend żydowskich. Jest sługą swego stwórcy.

– Tulpa, to wprawdzie tylko dzieło umysłu, ale występuje pod postacią materialną, tak jak golem. Nadto zachowuje całkowite, posunięte do służalczości posłuszeństwo wobec swego stwórcy – zauważył Marek.

– Oczywiście – potwierdził Adaś. – Przecież od stanu tworzącego go człowieka zależy jego istnienie.

– Nie tylko – włączyłem się. – Od woli także. Ponoć zdarzały się przypadki, kiedy adept nie dość biegły w sztuce stawał się ofiarą swego dzieła.

– Ale my nie będziemy zajmować się tulpą? – Z wyczuwalnym lękiem w głosie zwrócił się do mnie Jacek.

– Nie – uspokoiłem kolegę. – To już było. Żeby zabłysnąć trzeba zrobić coś oryginalnego. Coś, czego nie zrobił nikt dotąd.

– To dobrze – wyraźnie się odprężył.

Gdyby wiedział o ile drastyczniejsze zajęcie lęgło się właśnie w sferze mych planów, nie odczułby obecnie widocznej ulgi. Niemniej zdradzenie pomysłu, który od paru godzin kiełkował mi w głowie byłoby przedwczesne. Wpierw należało urobić tę trójkę. Przygotować ich do najmakabryczniejszych działań w dotychczasowym życiu.

– Co w takim razie możemy zrobić, żeby znów zdobyć rozgłos?

Pytanie zadał mój współlokator. Jego słowa pozostały bez jakiejkolwiek reakcji. Nasza czwórka obdarzała się wzajem spojrzeniami bezradności. Czułem, że muszę coś powiedzieć, w końcu zainicjowałem spotkanie.

– W przejętych przez nas dogmatach – zacząłem. – Jest mówiący, że ciało stanowi dla duszy więzienie. Zatem ujmując krótko, opuszczenie go to akt wyzwolenia, prawda?

Słuchacze potwierdzili ruchami głów. Jednak miny ich zdradzały, że zadomowili się w swych celach i nie pragnęli przesadnie szybkiego uwolnienia z okowów doczesności.

– Proponujesz zbiorowe samobójstwo? – Marek patrzył na mnie z uwagą. – W sumie może być ono widowiskowe – kontynuował sarkastycznym tonem. – Zależnie od wykonania, ale do wolności nie doprowadzi – zauważył. – Zaowocuje przejściem w kolejną powłokę.

– Oczywiście – potwierdziłem jego ostatnie słowa. – Nie o tym myślałem – jak dotąd mówiłem szczerą prawdę. – Ale o czymś, co wpłynie na czas i miejsce inkarnacji – od tego miejsca zaczynałem się z nią rozmijać. – Chyba się zgodzicie, że kontynuacja pokuty byłaby znośniejszą gdyby przebywać w wybranym towarzystwie, a nie przypadkowym, prawda? Do tego trzeba by kontrolować kolejne wcielenia…

Wzrok całej trójki sugerował powątpiewanie w obecność mojej piątej klepki.

– …na przykład – kontynuowałem, starając się przybliżyć do tego, o czym naprawdę myślałem. – Gdyby po śmierci ciał przetrzymywać dusze tych, chcących ponownie ze sobą współegzystować i uwolnić je wszystkie równocześnie, to jednoczesna inkarnacja byłaby prawdopodobniejszą. Zgadza się? – W tych słowach przysunąłem się nieco do mego planu, lecz odległość nadal pozostawała znaczną.

– Pewnie tak – zaczął Adam. – A wiesz jak to zrobić?

– Ja tylko rzuciłem propozycję. Jeśli was zainteresowała, realizację musimy wymyśleć wspólnie. Spróbujmy też – dodałem po chwili wahania. – Jako alternatywę rozważyć możliwość umieszczenia kilku dusz w jakimś jednym superciele – znów skręciłem w stronę idei lęgnącej się w mym umyśle.

– Ten, który nazwałeś alternatywnym – oceniał Marek. – Wydaje mi się lepszy. Eliminuje konieczność dodatkowego przetrzymywania dusz.

Dopiąłem swego. Twarze współobecnych znamionowały teraz wysiłek umysłowy w miejsce dotychczasowego powątpiewania w moje zdrowie psychiczne. Wiedziałem, że nasz kwartet nie opracuje sposobu realizacji takiego pomysłu, o ile był w ogóle wykonalny. Od czego jednak byli pozostali członkowie bractwa. Ci, maluczcy przy nas, też mogli okazać się użyteczni. Użyteczni dla naszych zamysłów.

 

Snuliśmy się korytarzem. Mijaliśmy drzwi sal ćwiczeniowych. Wodziliśmy spojrzeniami po koleżankach i kolegach oczekujących rozpoczęcia zajęć.

– Czy naprawdę dołujecie się z tego powodu? – Marek popatrzył na nas z udawanym zdziwieniem.

– Nie wiem jak ty – ostrożnie zaczął Adam. – Ale ja jestem daleki od euforii. Jak by nie patrzeć trzy miesiące minęły, a my nie pozyskaliśmy ani jednej osoby.

– Może treść ulotek okazała się zbyt trudną do zrozumienia – podobnie nieśmiało Jacenty doszukiwał się przyczyn takiego stanu rzeczy. – Choć równie dobrze możemy też założyć, że nikt nie przejawia zainteresowania w tym kierunku.

– Stawiałbym raczej na to drugie – odezwałem się. – Gdybyśmy zaoferowali beczkę piwa na każde spotkanie, wszyscy by koczowali pod naszym akademikiem. – Z filozofią jest jak z modą. Tam też nikt nie sięgnie nawet po najlepszy ciuch, jeśli nie pokaże się w nim wpierw ktoś znany. A taki to zrobi dopiero za stosowną gratyfikację.

– Czterech, a dobrych – zauważył Marek. – Znaczy więcej niż cały tłum ćwoków!

– Może by tak stronę w Internecie… – głośno zastanawiał się Adaś. – Znam nieźle angielski – kontynuował. – Byłaby dwujęzyczna…

– Jutro same wykłady – przypomniałem. – Więc można olać… cały dzień przeznaczymy na jej projektowanie, OK?

Nikt się nie odezwał. Kierując się historycznymi słowami Sieversa uznałem, że w kwestii propozycji właśnie uzyskaliśmy consensus.

 

Przeglądaliśmy spis członków bractwa. W sumie nikt nie wiedział kogo mamy szukać. Jedynym przewodnikiem – konsultantem stała się książka „Życie po śmierci” zawierająca raczej mizerne wskazówki. Informacjom zawartym w Internecie nie mogliśmy zawierzać. Steki bredni piętrzące się w choćby Wikipedii odstraszały skutecznie.

– Może specjalistów od precyzyjnego ważenia – wyraził pogląd mój współlokator.

– I precyzyjnego uśmiercania – dorzuciłem.

Wywołało to spór pomiędzy naszymi sąsiadami. Jacek stawiał na chemików, podczas gdy Adaś upierał się przy fizykach. Nasze wtrącenie w polemikę przeważyło szalę na korzyść tych ostatnich.

Ponownie przegrzebaliśmy listę. Spisałem potencjalnie użytecznych. Nie było wielu.

– Mamy trzech – zwróciłem uwagę na rzecz oczywistą. – Potrzebujemy jednego. Jednego a dobrego.

– I pewnie ty wiesz jak go wyszukać – zakpił ze mnie Marek.

– Nie – mówiąc to ułożyłem na stole cztery karteczki. – Wiem tyle samo, co każdy z nas. Tu – wskazałem fiszki – są wynotowani. Teraz losujemy kto z kim ma rozmawiać.

– Ich jest trzech – zauważył Adam. – Więc skąd cztery kartki?

– Jedna jest pusta – wyjaśniłem. – Ten, kto ją wyciągnie będzie zobowiązany ocenić relacje całej trójki.

Ręce wyciągnęły się w stronę blatu. Wziąłem ostatnią. Była czysta.

– Spróbujcie załatwić to w ciągu dwóch najbliższych dni – poprosiłem.

– Jasne – Jacek mówił bez entuzjazmu. – Im szybciej, tym lepiej.

Twarze dwóch pozostałych „szczęśliwców” były równie ponure. Nic dziwnego, noc zapowiadała się im pracowicie. Żeby mieć przynajmniej cień orientacji o co pytać, musieli dogłębnie przestudiować lekturę.

 

Bezwiednie rozpętaliśmy tornado o globalnym zasięgu. Gdy osiągnęło rozmiary burzy cieszyliśmy się jak dzieci. Podsycaliśmy jeszcze siłę żywiołu, który i bez naszej pomocy wciąż przybierał na sile. Nawet nie spostrzegliśmy, kiedy trąba porwała również nas. Pierwszy jej powiew nastąpił kilkanaście dni po zamieszczeniu wspólnego dzieła w sieci. Jednakże wtedy byliśmy jak ten ślepy i głuchy.

– Świat jest pełen idiotów!

Tak skomentował Marek pierwsze sygnały o całkowicie odmiennym niż zamierzony przez autorów rozkwicie naszej myśli. Jak dotąd miał on miejsce wyłącznie po drugiej stronie Atlantyku.

– Zastanawiam się, czy na tym można jakoś skorzystać… – przerwałem dalszą werbalizację myśli, gdy zdałem sobie sprawę, że wyszło to całkiem bezwiednie. Zupełnie jakby coś przejęło w tym momencie kontrolę nade mną.

– Jak? – Temat podjął zawsze praktyczny Adaś.

– Nie wiem… jeszcze – odpowiedziałem. – Myślę, że nad tym warto by było zastanowić się wspólnie.

– W takim razie – poparcia udzielił Jacek. – Spróbujmy ustalić, co ewentualnie jest do zyskania.

– Co spróbować? – Ponownie włączył się Marek. – Postawić świątynię Zagreusa – ciągnął kpiącym głosem. – I raz w tygodniu zbierać datki na tacę? Chłopaki, oprzytomnijcie!

Na tym zakończyliśmy rozmowę prowadzoną po przejrzeniu pierwszej obcojęzycznej poczty, która dotarła na konto e-mail wciąż jeszcze raczkującej witryny. List wysłał jakiś gość z Ameryki. W ojczystym nikt do nas nie pisał.

 

Początek listopada obfitował w ulewne deszcze. Nie były one w stanie odstraszyć nas od podjęcia kroków przygotowawczych. Leciwy Passat wiózł całą piątkę – dołączył do nas Krzysiek, student wydziału fizyki. Marek, właściciel auta lawirował pomiędzy pokrywającymi drogę gruntową kałużami, których głębokości nikt nie chciał poznać. Byliśmy już w mojej ocenie około stu kilometrów od Warszawy. Właśnie osiągnęliśmy kolejną wioskę.

– Jesteś pewien? – Zagadnął Krzysztofa Jacek.

– Czego?

– Że ta jest całkowicie opuszczona.

– Nie. To za każdym razem musimy sprawdzać – wyjaśnił. – Pewien jestem tylko tego, że całkiem pokaźna ilość takich osad pozostaje niezamieszkana.

Westchnąłem ciężko słysząc tę wymianę zdań. Znowu czekało nas łażenie po błocku od chałupy do chałupy w nadziei, że z żadnej z nich nikt już nie korzysta.

– Następstwo konformizmu – ciągnął Krzysiek, zapewne mylnie interpretując przyczynę dźwięku, który wyrwał się z moich ust. – Młodzi uciekli do wygodniejszych warunków egzystencji, a starzy mieszkańcy wymarli, bądź właśnie kończą wymierać.

Półtorej godziny później wiedzieliśmy, że to właśnie jest tym, czego od paru tygodni szukaliśmy. Nieco więcej czasu zeszło nam na wyborze najlepiej zachowanego lokalu, mimo iż liczba chałupek nie była wielką.

– Jak nazywa się ta miejscowość? – Ciekawością wykazał się Jacek, kiedy już wracaliśmy do samochodu.

– Wygwizdów Centralny – warknął rozzłoszczony Marek. – Co ciebie to… – przerwał gwałtownie.

Naszych uszu dobiegło głośniejsze od dotychczasowych cmoknięcie błota towarzyszące wykonywanym krokom.

– A żebyś ty… – nim mlaśnięcie ucichło udzielający odpowiedzi pochylił się i zaczął szarpać buta, który opuścił jego stopę pozostając w brei. – Błotnisko Wielkie – wściekłość w jego głosie towarzyszyła propozycji kolejnej nazwy.

 

Drugi akt rozpoczął się niewinnie. Pierwsza sesja zimowa stanowiła już historię. Pchnięte do przodu egzaminy poprawiły samopoczucie, choć liczba członków Bractwa Neoorfików pozostawała najstabilniejszą stałą wszechświata. Uparcie redagowany jednostronicowy minibiuletyn co tydzień trafiał na tablice ogłoszeń domów studenckich. Dopieszczaliśmy też stronę internetową.

– Patrzcie!

Poderwaliśmy się. Adaś przeglądał naszą witrynę, która dopiero od kilkunastu dni funkcjonowała poprawnie. Stanęliśmy za nim koncentrując uwagę na ekranie. List, jak wszystkie dotąd był po angielsku, a tym względnie przyzwoicie władał tylko Adam. Nie czekając na potencjalne pytania zaczął tłumaczyć.

– On pisze: To wspaniały, wspaniała, e… idea życia, e… duchowego, e… – wystękiwał nasz kolega. – To jest, e… prawdziwa odnowa ludzkiego, e… sensu życia. My możemy, e… poprowadzić wasz kościół w Stanach Zjednoczonych, jeśli nas, e… upoważnicie do tego… e, e…

– No, co tam jeszcze napisał?!

– Czekaj, nie wiem jak to przetłumaczyć… dajcie słownik.

Żądana książka natychmiast pojawiła się obok lapka. Adaś wertował ją w pośpiechu. Po wynotowaniu kilku wyrazów przeniósł wzrok na ekran. Teraz poszło mu zdecydowanie płynniej:

– Jeżeli, występuje potrzeba przybycia na miejsce w celu uzyskania stosownych święceń, lub, mm, odbycia wymaganych rytuałów konsekrujących, podajcie proszę dogodny dla was termin.

W pierwszej chwili zaniemówiliśmy wszyscy. Wpierw niepewnie popatrzyliśmy po sobie, a zaraz potem wybuchnęliśmy śmiechem.

– Jesteś pewien, że dobrze to przetłumaczyłeś? – Jacek patrzył na Adama wzrokiem, w którym zawarł cały bezmiar wątpliwości, co do umiejętności lingwistycznych kolegi.

Podczas wysiłków Adasia niezmiennie spoglądałem na tekst. Moja mierna angielszczyzna pozwalała na przypuszczenie, że translacja była wysoce prawdopodobną.

– On sobie robi z nas jaja – ośmieliłem się wyrazić własną opinię na temat autora korespondencji, pozostając wciąż z oczami wlepionymi w list.

– Ja robię z was jaja? – W głosie Adama czaiło się oburzenie.

– Nie ciebie miałem na myśli – wyjaśniłem. – Mówiłem o tym Amerykaninie.

– To jakiś nawiedzony – stwierdził Adaś. – W dodatku nawiedzony do kwadratu. Olać go!

– Kolejny cymbał – Jacek poparł Adama. – Który nie odróżnia bractwa od religii!

– Niekoniecznie… – zacząłem.

Oczy całej trójki spoczęły na mnie. Mimo presji spojrzeń milczałem. Nie chciałem podrywać autorytetu naszego poligloty. Zaraz po skonstruowaniu witryny samodzielnie przetłumaczyłem na polski jej anglojęzyczną wersję. Zajęło mi to znacznie więcej czasu niż Adamowi translacja w przeciwną stronę. W mojej ocenie jego dzieło nie musiało do końca oddawać sens tej w ojczystym.

– To może mu wyjaśnić, że to nieporozumienie i… – sugerował Adam, który zapewne zorientował się, co chciałem powiedzieć

– Wiesz, co? Odpisz mu – wszedł w pół zdania największy w naszym gronie zgrywus, czyli Marek. – Że arcykapłanem Zagreusa zostaje się po ofiarowaniu pięćdziesięcioletniej, lub starszej blond dziewicy i spożyciu jej serca.

Adasiowi zaświeciły się oczy. Zadowolony z pomysłu zaczął klepać w klawiaturę.

– Stój! Nie – wtrąciłem się. – Potraktujmy go poważnie. Wymyślmy coś normalniejszego i zobaczmy, co z tego wyniknie.

Wyjątkowo złośliwe uśmiechy wykwitły na naszych twarzach. Wówczas żaden z nas nie miał pojęcia jak niebezpieczne siły rozbudzamy.

Po kwadransie odpowiedź powędrowała na konto zainteresowanego.

 

– Zbyszek, tu jest o wiele więcej, niż potrafiliście wyczytać – zaangażowanie Krzysztofa przerosło moje oczekiwania. – Przeanalizowałem całość – kontynuował wręczając mi „Życie po śmierci”. – Ten tytuł stanowi – mówił o oddawanej książkę. – Coś na kształt przewodnika. Sygnalizuje drogę, jaką moim zdaniem powinniśmy wypróbować.

– Tak, ciut przystępniej, technokrato – gestem zaprosiłem go, by usiadł. – Przybliż to ignorantowi.

– Chciałeś znaleźć sposób umieszczenia więcej niż jednej duszy w jednym, hm, opakowaniu, czyli powłoce cielesnej.

Potwierdziłem. To była oficjalna wersja pomysłu zrodzonego miesiąc wcześniej. Stała się jedyną przyczyną zwiększenia naszego grona o obecnego rozmówcę.

– To, co wedle tych kryteriów nazywamy duszą jest materialne – wypowiadając te słowa spoglądał na mnie z tryumfem w oczach. – Taki wniosek nasuwa się z opisów.

Trzaśnięcie drzwi oznajmiło powrót Marka. Obaj odruchowo obróciliśmy głowy w kierunku przybyłego.

– Dobrze, że jesteś – odezwałem się pośpiesznie. – Mógłbyś zawołać chłopaków?

Z wyraźną niechęcią zniknął na korytarzu. Mogłem wprawdzie zrobić to ja, ale akurat on znajdował się przy samych drzwiach, ponadto nie chciałem uronić choćby słowa z tego, co do przekazania miał nasz gość.

– Mów – przynagliłem Krzyśka.

– Za chwilę – usłyszałem. – Poczekajmy aż przyjdą, nie mam ochoty powtarzać.

Jęk zawodu rozległ się w moim wnętrzu. Musiałem uzbroić się w cierpliwość. Rozmiar godziny miało dla mnie tych parę minut niezbędnych by zebrać się w komplecie.

– I co z tego? – Jacek po wysłuchaniu tych rewelacji podobnie jak i pozostali nie pojmował, co potencjalna substancjonalność duszy mogła nam dać.

– To – rozwijał myśl Krzysztof. – Że strukturami materialnymi możemy względnie swobodnie operować.

Cztery pary baranich oczu jednoznacznie sygnalizowały stopień pojmowania jego słów. Z wyrazu naszych twarzy zorientował się, że przecenił walory umysłowe twórców bractwa. Ciche westchnienie poprzedziło etap tłumaczenia łopatologicznego:

– Słuchajcie. Eteryczność tej substancji sugeruje podobieństwo do gazów, wynikające z rozproszenia tworzących ją molekuł. W moim odczuciu możemy podjąć próbę zjonizowania, którą należałoby zrealizować w chwili opuszczania ciała. Ta konieczność natychmiastowej transformacji w czwarty stan wynika z niesamowitej zdolności przenikania przez wszystkie znane bariery.

Jeśli szło o mnie, mógłby mówić po chińsku. Miny pozostałych słuchaczy sugerowały z grubsza ten sam stopień zrozumienia. Chyba z godzinę trwał wykład o plazmie i stosowaniu pola magnetycznego do jej ogniskowania umożliwiającego manipulowanie nią i przechowywanie. Może nie wszystko pojęliśmy zgodnie z intencjami fizyka, ale już wiedzieliśmy o co jemu chodziło.

– Twierdzisz – zaczął Jacek. – Że taką duszę, hm, zjonizowaną można uwięzić w polu magnetycznym…

– Tak przypuszczam – skorygował. – Znajduje to potwierdzenie w elektrofotografii, no przynajmniej pewnych jej wytłumaczeniach.

Rozgorzała żywa dyskusja, którą śledziłem z uwagą. Podczas jej przebiegu ani razu nie padło najistotniejsze w mym odczuciu pytanie. Gdy częstość wymiany zdań wyraźnie zmalała zdecydowałem je wypowiedzieć:

– Krzysiek, potrafiłbyś to zrealizować praktycznie?

Wszystkie oczy spoczęły na fizyku. Ów milczał zastanawiając się nad odpowiedzią.

– To złożony problem – zaczął po namyśle. – Lokalizacja naszego miejsca eksperymentów, z wiadomych przyczyn na uboczu jest równoznaczna z niedostępnością sieci elektrycznej…

– A postawienie jakiejś niedużej, własnej siłowni wiatrowej, lub wodnej – przerwałem mu zniecierpliwiony. – Mogłoby przecież…

– Odpada – zrewanżował mi się tym samym. – To byłoby również eksperymentowaniem, które wymaga czasu i całkiem sporych pieniędzy.

– Ile alternatorów – nie dawałem za wygraną. – Mógłby napędzić silnik samochodowy?

– Dwa lata temu mój ojciec kupił agregat prądotwórczy – z nieoczekiwaną pomocą przyszedł Marek. – W ogóle go nie używa.

– Jakiej mocy? – Wyglądający na już zmęczonego Krzysztof ożywił się.

– Nie pamiętam, ale sporej. Pewnie z dziesięć kilowatów.

– Mój też ma taki – wtrącił Jacek. – Trzyma go w garażu i marudzi, że ten złom zagraca pomieszczenie. Ledwie ze dwa razy z niego korzystał.

– Czy to znaczy – Adaś wybiegał w przyszłość. – Że dzięki temu moglibyśmy dusze przechowywać w jakichś pojemnikach? Zwyczajnie, jak konserwowe ogórki, na półkach?

– Magazyn dusz – podchwycił Marek. – To właśnie byłoby coś, czego nikt jeszcze dotąd nie zrobił – mówiąc to spojrzał na mnie. – Gdyby nam to wyszło, byłoby bardziej szokującym od stworzenia nowej religii. Ostatecznie na przestrzeni znanej historii powstało wiele wyznań, ale przechowalnia dusz żadna!

Przytaknąłem, choć nie o to mi chodziło. Mierzyłem dalej i wyżej, lecz tego nie mogłem ujawnić.

– Widzę w tym interes – rzekł Adaś. – Wyobraźcie sobie, że ktoś obawia się czyjegoś ponownego wcielenia. Nie chciałby pojawić się w kolejnym życiu równocześnie z kimś, powód nieważny. Ile by zapłacił za przetrzymywanie duszy takiego kogoś przez czas kilku pokoleń?

Pięć par oczu rozjaśniło się natychmiast. Żaden krok praktyczny w tym kierunku jeszcze nie został uczyniony, a my już postrzegaliśmy się władcami dusz!

– No, koledzy – w dłoni Marka znalazła się półtoralitrowa butelka „Dębowej”. – Sam pomysł wart jest oblania.

Na jednej się nie skończyło. Przebudzeniu towarzyszył silny ból głowy. Dotyczyło to nas wszystkich. Niezbyt dobry początek dnia, pomyślałem. Jakie to szczęście, że dziś sobota.

 

Moda! Na jej fali kult Zagreusa bardzo dynamicznie rozwinął się za oceanem. Po kilku miesiącach dotarł do Europy, którą w Ameryce uważano za jego kolebkę. Nastąpił reeksport wyznania. Cieszyć się popularnością na starym kontynencie zaczęło ono dopiero po tym jak zyskało liczną rzeszę wiernych w Stanach Zjednoczonych. Wszystko obce lepsze od naszego, jakże to częste podejście.

Obecnie w chętnych przebieraliśmy jak w ulęgałkach. Wybieraliśmy jedynie tych, którzy przejawiali coś więcej niż tylko zwykłe zainteresowanie nowością. Bezlitośnie odrzucaliśmy wszystkich, którym zależało wyłącznie na tym, by stać się trendy. Przez to kult stał się elitarny.

– Cześć proroku! – Przechodząc obok mnie Magda popatrzyła jakoś tak dziwnie, że nie wiedziałem do jakiej kategorii powinienem zakwalifikować to pozdrowienie.

– Cześć – rzuciłem niedbale w odpowiedzi, rezygnując z analizy aktualnego nastawienia dziewczyny do mojej osoby.

– Zbyszek – doleciało mnie niespodziewanie, kiedy już się minęliśmy. – Zaczekaj!

Wykonałem zwrot. Staliśmy twarzą w twarz. Była jedyną studentką na roku dorównującą mi wzrostem.

– Słucham cię – przez mgnienie oka zastanawiałem się czy na tych dwóch słowach poprzestać. – Skarbie – zdecydowałem o dorzuceniu jeszcze tego jednego wyrazu z niemal niezauważalnym opóźnieniem.

– Powiedz mi – spoglądała wprost, wwiercając się swym jak zawsze czarującym spojrzeniem w moje oczy. – Co wy właściwie tam robicie podczas spotkań? Odprawiacie jakieś „czarne msze”?

Z miejsca załapałem, że przedmiotem jej zainteresowania stał się przeciętnych rozmiarów pokoik w akademiku wydzielony po licznych prośbach kierowanych do dziekana. Władze uczelni uległy dopiero presji pewnego tworu występującego pod nazwą „Międzynarodowa Kongregacja Zagreusa”.

– Są sytuacje i miejsca, których żadne słowa nie potrafią w pełni opisać – udzieliłem jej enigmatycznej odpowiedzi w nadziei na przywabienie tam tej było nie było świetnej laski, dotąd permanentnie mnie ignorującej. – Przyjmij zaproszenie na najbliższe spotkanie.

– Kiedy? – Może mi się zdawało, ale odniosłem wrażenie, że w głosie Magdy pojawiły się nutki zaciekawienia.

– W najbliższy wtorek, o osiemnastej – wyrzuciłem z siebie jednym tchem. – Mam rozumieć, że będziesz? – Całą siłą woli starałem się pozbawić to pytanie śladów nadziei, która mimo wysiłków podbarwiła przynajmniej ostatnie ze słów.

– Będę – chóry anielskie emanowały z tej odpowiedzi.

– Zatem do wtorku – odpowiedziałem siląc się na maksimum obojętności w głosie.

Chwała ci Zagreusie, pomyślałem. Po raz pierwszy podziękowałem bóstwu. Wprawdzie uczyniłem to żartem, ale potwór ów w tym właśnie momencie odgryzł pierwszy kęs mojego jestestwa. Dobiegał wówczas końca trzeci semestr i wielkimi krokami zbliżała się sesja zimowa.

 

Poznałem całkiem pokaźną liczbę sprzętów, o jakich dotąd nie miałem pojęcia. Dopiero po trzech dniach doświadczeń bezbłędnie potrafiłem przypisywać im właściwe nazwy. Do eksperymentów wystarczającym i to z naddatkiem okazał się jeden agregat.

Niestety wykonany przez Krzyśka generator van de Graaffa nie radził sobie z jonizacją badanych obiektów. Dopiero wprowadzenie w roli sprzętu pomocniczego lampy UV dało oczekiwane efekty. Ten pierwszy sukces okupiony został życiem kilkunastu chomików.

– Przydałaby się nam hodowla zwierzątek laboratoryjnych – stwierdził Adaś. – Pani w sklepie zoologicznym coraz podejrzliwiej patrzy na mnie.

W pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na jego słowa. Zaprzątał mnie udany w końcu transfer mikroskopijnej masy z komory, w której zwierzątka były uśmiercane do sąsiadującej z nią. Obie zostały połączone ze sobą systemem szklanych rurek, na których Krzysztof ponawijał jakieś cewki. Niemniej uszu mych dobiegł głos Jacka:

– Od jutra zastąpię ciebie przy nabywaniu chomików – słowa te naturalnie skierował do Adama.

– Nie – wtrąciłem się wracając umysłem do otaczających mnie realiów. – Rezultaty są zadowalające dla tej skali. Czy obiekt większy – patrzyłem na naszego fizyka. – Da się w taki sam sposób uwięzić?

– Nie wiem – Krzysiek wzruszył ramionami. – Tego obliczyć się nie da. Może proporcje wagowe przeniosą się wprost na, na przykład zapotrzebowanie energetyczne. Być może będą to jakieś ich potęgi – stwierdził. – Nie mogę też wykluczyć, że w zupełności wystarczy ta sama moc.

– Czyli – zauważyłem. – Żeby to sprawdzić należy powtórzyć całą procedurę z większym zwierzęciem.

Potwierdził skinieniem głowy.

– Mam pomysł na duże zwierzę – wtrącił się dowcipny jak zawsze Marek. – Tej nocy ukradniemy z ZOO słonia.

Krzysztof nie zdążył poznać naszych charakterów. Był z nami zbyt krótko. Nie mając pojęcia o upodobaniach Marka do kpin wypowiadanych ze śmiertelną powagą spoglądał na niego przerażonym wzrokiem.

– Wystarczy królik – zdecydowałem. – Ale więcej niż jeden. One też są do nabycia w sklepach zoologicznych.

– Ja tam się już nie pokażę – usiłował protestować Adaś.

– Przecież obiecałem – przypomniał mu Jacek. – Ja to załatwię. Kupię od razu z pięć.

– Panowie – wtrącił się niespodziewanie Krzyś. – Jeszcze jedna sprawa. Tu jest pioruńsko zimno. Na razie, jeśli nie zwróciliście na to uwagi, pracują dwie farelki. Ale zbliża się grudzień i jak zaczną się mrozy, to całą moc jednego agregatu trzeba będzie przeznaczyć na ogrzewanie. Nie można by tego przełożyć na cieplejszą porę roku?

– Nie sądzę – Marek jak zawsze mówił wolno i zdecydowanie. – Zarówno okoliczne pola jak i zabudowania mają jakichś właścicieli, spadkobierców ostatnich tutejszych mieszkańców. Obecna aura minimalizuje prawdopodobieństwo ich inspekcji, ale niewątpliwie podczas bardziej sprzyjającej pogody zaglądają tu co jakiś czas. Mam dziwne wrażenie, że nie byliby zadowoleni z obecności aktualnych sublokatorów, a tym bardziej tego, co tu robimy.

Ruszyłem w kąt niedużej izby mieszczącej tymczasowe laboratorium. Otworzyłem drzwiczki pieca kaflowego. Palenisko wyglądało na w pełni gotowe do użycia. Uznałem, że jeśli drożną pozostawała instalacja kominowa, można było skorzystać z systemu ogrzewania przewidzianego przez budowniczych. Pozostali zrozumieli tę sugestię.

– Dobra – skomentował moje zachowanie Adaś. – Skąd opał?

– Trzeba rozejrzeć się po zabudowaniach. Poszukamy go i siekier. Jakieś pewnie zostały. Jeśli nie znajdziemy pozostawionych resztek dawnych zapasów użyjemy drewna z pobliskiej stodoły.

Dwie godziny później obok pieca leżała spora pryzma węgla. Drugą, większą mieliśmy do dyspozycji w sieni. Tam też ułożyliśmy porąbane deski z płotu. Do tego doszedł pojemnik zawierający ponad pół litra benzyny, która miała ułatwiać rozpałkę. Krzysiek z entuzjazmem zainaugurował lokalny „sezon grzewczy”.

– Od razu lepiej – stwierdził po pół godzinie. – Możemy już nie bać się zimy.

– Wątpię – odezwałem się. – Czy tego opału wystarczy na długo.

– Zawsze możemy wcielić w życie twoją niedawną sugestię porąbania stodoły – zauważył Marek. – Ewentualnie spróbować krótkotrwałego podniesienia temperatury otoczenia przez spalenie jej w całości.

Tym razem Krzysztof wyczuł Marka. Nawet pierwszy się roześmiał. Nie podjąłem tematu. Żeglowałem po bezkresach oceanu marzeń. Układałem w myślach przyszłość. Tę, już nieodległą.

Zapadający zmierzch niebawem wygonił nas do Warszawy.

 

W najśmielszych wyobrażeniach nie mogliśmy przewidzieć, że nim upłynie rok ilość zafascynowanych głoszonymi przez nas poglądami będzie liczona w tysiące. Równie niewiarygodnym było powstanie religii opartej na naszej filozofii. Zostaliśmy okrzyknięci najwyższymi kapłanami Zagreusa.

Opór stawiany temu, powstałemu wbrew intencjom dziełu dobiegł końca. Byliśmy jak rodzice, których dziecko ewoluuje w potwora, a oni nie potrafią się go wyrzec. Bezradnie obserwowaliśmy tę metamorfozę podświadomie czując, że znaleźliśmy się w królestwie czegoś, co może pożreć swych twórców. Używaliśmy miana bractwo, lecz Zagreus i dla nas stawał się bóstwem.

Twór powołany do życia wykluł się, rozwinął i zaczął nas pochłaniać. Wsiąkaliśmy weń coraz szybciej. Bezwiednie. Jedynie coraz rzadziej pojawiające się kąśliwe w swej treści uwagi Marka pozwalały nam sporadycznie przywracać dystans. Wkrótce okazało się, iż była to jedynie pozorna trzeźwość umysłu naszego kolegi wynikająca z jego charakteru. On również ulegał monstrum. Niebawem też podporządkował się jemu całkowicie.

Nie tylko on…

Do końca nie zdałem sobie sprawy, że ów kult, to jedynie etap przejściowy. Droga do czegoś, w czego stronę z własnej woli nie uczyniłbym nawet kroku.

 

Prace prowadzone na większych rozmiarami nowych obiektach doświadczalnych trwały dwie doby pochłaniając kolejne istnienia.

„Przyjeżdżajcie natychmiast” – taki SMS około południa przyszedł na moją komórkę.

Bezzwłocznie zadzwoniłem do nadawcy. W głosie Krzysztofa dominowały nutki histerii. Niczego nie chciał wyjaśniać przez telefon. Kategorycznie też odmówił pobytu tam do wieczora, kiedy zgodnie z umową mieliśmy po niego przybyć. Poinformowałem o tym pozostałą trójkę. Nim minął kwadrans byliśmy w drodze.

Fizyk oczekiwał nas na zewnątrz chaty. Mimo, iż czas, który upłynął od wysłania wiadomości poważnie przekraczał godzinę Krzysiek jeszcze nie doszedł do siebie.

– To mnie napadło! Eksplodowało! – Zaczął tłumaczyć chaotycznie, natychmiast jak tylko wysiedliśmy.

– Co? – Byłem żywo zainteresowany przyczyną lęku.

– Nie wiem!

Weszliśmy do budynku. Wszyscy. Krzysztof zamykał pochód. Sprawiał wrażenie, jakby chował się za nami. Wkroczyłem pierwszy. Naszym oczom rzucił się od razu widok poziomej, bezładnej plątaniny drutów rozciągniętej przez całą długość stołu laboratoryjnego.

– Co to jest? – Odwróciłem się do Krzyśka, podczas gdy pozostała trójka podeszła do tego kłębowiska i z uwagą badała wzrokiem nieznaną nam konstrukcję.

– To były – silnie zaakcentował drugi wyraz. – Uzwojenia przyspieszające – wyjaśnił.

– Aa – wyraziłem w ten sposób mój stopień zrozumienia usłyszanych słów.

– Ponieważ mieliśmy te substancje… dusze – poprawił się z wyraźną niechęcią. – Razem umieszczać w jednym pojemniku, musiałem je wpierw jakoś scalić. One po jonizacji miały takiego samego znaku ładunki, zatem by się odpychały – tłumaczył. – Więc postanowiłem je przyspieszyć i zderzyć ze sobą w nadziei na zespolenie… – zwiesił głos, po czym umilkł.

– I? – Zachęciłem do kontynuacji.

Oczekując dalszego ciągu patrzyłem na niego z niejakim zdumieniem, gdyż nieświadomie wytyczył drogę do mego nadal skrywanego pomysłu połączenia w jednolitą całość wielu dusz. Syntezy nadistoty, która zachowałaby posłuszeństwo wobec mnie, swego stwórcy.

– Tu – drżącą ręką wskazał stojący na zaimprowizowanym stoliczku laptop. – Wszystko jest na dysku. Nagrałem. I… dobrze zrobiłem, bo jakbym tylko opowiedział… Na pewno nie uwierzylibyście.

Zgromadziliśmy się przy wskazanym sprzęcie. Krzysztof włączył odtwarzacz. Na ekranie pojawił się obraz. Widzieliśmy jak nasz kolega wstrzykuje zwierzątkom środki nasenne, układa je pod kloszami i taruje wagi, na których spoczywały. Równoczesny błysk wyładowań uśmiercających króliki poprzedzony był uruchomieniem zestawu do jonizacji i jakiejś lampy, jak później się okazało dalekiego nadfioletu. W jej czarnym świetle uwidoczniła się blaskiem fluoryzacji dotąd ledwo dostrzegalna szklana rura. Oba jej końce wyginały się łagodnymi łukami pionowo w dół i biegły do kloszy. W kilku miejscach znajdowały się uzwojenia mające formować i przemieszczać każdy obiekt obdarzony ładunkiem elektrycznym, który by się znalazł w świetle szklanego przewodu. Zrobiłem krok do przodu. Zatrzymałem odczyt pliku.

– Co to za dodatkowy sprzęt? – Wskazałem widoczny na filmie zestaw, jak dotąd tu nieobecny. – To chyba lampa – zbliżyłem palec do ekranu – pewnie podobnie jak i te przy kloszach daje ultrafiolet, a reszta?

Krzysztof odwrócił się. Pomieszczenie nie było przesadnie wielkie, więc w trzech długich krokach znalazł się przy blacie stołu eksperymentalnego. Schylił się i wyjął spod niego wspomniany w pytaniu przedmiot. Wręczył mi go.

– To promiennik widma C – usłyszałem. – Daje UV około stu nanometrów. Nawet przy swej niezbyt dużej mocy jest niezwykle niebezpieczny dla ludzi, ale razem z tym drugim pozwala uwidocznić duszę w stanie zjonizowanym.

– A to „drugie” – powtórzyłem użyte określenie. – Czym jest?

– To przestrajany generator częstotliwości radiowych, dużej mocy. Wczoraj, podczas doświadczeń z duszą pierwszego obiektu przetrzymywałem ją ponad godzinę poddając różnym zabiegom. Zauważyłem, że przybrała widoczną postać, kiedy na pojemnik z nią nakleiłem drut podłączony do wyjścia generatora i równocześnie oświetlałem tym promiennikiem. Najsilniej emanowała błękitnawą poświatę przy około dwustu kilohercach.

– I nie powiedziałeś – stwierdziłem z wyrzutem.

– Nie wiedziałem czy efekt będzie powtarzalny. Bałem się posądzenia o halucynacje. Dzisiaj to co innego. Zdecydowałem się na rejestrację wideo, dzięki temu mam dowód.

Po tym wyjaśnieniu Krzyś uruchomił dalsze odtwarzanie. Oglądaliśmy w milczeniu. Dwa eterycznie wyglądające wrzeciona ze sferycznymi wybrzuszeniami w centrum wydzielające nikły, błekitnawy blask równocześnie pojawiły się u obu końców rury. Gwałtownie przyspieszyły. Zderzyły się, a przynajmniej zetknęły. Nagle ekran pociemniał całkowicie. Równie szybko rozbłysł. Z miejsca kontaktu obydwu dusz coś mrocznego rozprzestrzeniło się na całą długość szklanego pojemnika. Z uzwojeń strzeliły iskry. Czarna kulka powstała w rejonie kontaktu poświat błyskawicznie rozrosła się do rozmiarów piłki plażowej. To, co następnie zarejestrowała kamera było trudne do opisania. Bliżej niesprecyzowanych kształtów kosmaty, na wpół materialny twór jak gdyby wessał w siebie rurę wyrywając przy tym zwoje z cewek, plącząc tworzący je drut. Sięgnął twarzy zamarłego w bezruchu Krzysztofa. Bluznął jakimś jakby ogniem we wszystkich kierunkach. Parokrotnie odbił się od ścian pozostawiając na nich fosforyzujące ślady. Następnie to coś zwiększyło objętość wypełniając szczelnie całe pomieszczenie. Sekundę później zmalało do rozmiaru piłeczki pingpongowej. Kolejnych kilkanaście sekund oglądaliśmy nieustanne zmiany form i barw, aż wreszcie świetlista igła przeniknęła sufit opuszczając chatę. Nasz kolega wciąż widoczny na ekranie przypominał posąg. Tkwił sparaliżowany tym widowiskiem przez minutę, po której zobaczyliśmy go pośpiesznie znikającego sprzed obiektywu kamery.

– Cholera…

– O kur…

– O rzesz ty…

Nie wiem komu przypisać autorstwo powyższych, z trudem wyksztuszonych werbalizacji najwyższego zdumienia. W każdym bądź razie ja zachowałem ciszę, za to na plecach czułem kropelki zimnego potu.

– To tyle – odezwał się bohater filmu. – Natychmiast wybiegłem stąd. Przez półtorej godziny oczekiwania na was wypaliłem całą paczkę papierosów. Żałujcie – dodał moment później. – Że nie nagrałem towarzyszących temu fenomenów akustycznych.

– Jednym słowem miałeś widowisko światło i dźwięk – zauważył Marek. – Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo wystraszyłeś się tego fascynującego spektaklu – dodał z sarkazmem w głosie.

Wszyscy obdarzyliśmy naszego etatowego kpiarza spojrzeniami wyrzutu. Tym razem przesadził. W milczeniu opuściliśmy chatę. Chwilowo dalszy nasz pobyt tutaj mijał się z celem.

Do rana studiowałem raport z przebiegu eksperymentu sporządzony naprędce przez Krzysztofa. Szczególnie uderzyły mnie dwa punkty. Jeden z nich mówił, że pobór mocy w przypadku obydwu różnych od siebie organizmów pozostał na tym samym poziomie. Drugi dotyczył warunków przyspieszania wyekstrahowanych z ciał dusz. Wiedziałem już jak zrealizować mój pomysł. Beztrosko i niefrasobliwie rozbudzona magia Dwukrotnie Narodzonego działała na nas wszystkich z przemożną siłą. Dokładnie tydzień później to się zdarzyło. Rozpoczęliśmy nocą. Z piątego na szóstego grudnia.

 

Z zabawy wyrwał mnie dźwięk przypominający łopot żagla. Dobiegł z góry. Zmusił do uniesienia głowy. Niebo było czyste, bezchmurne. Na nim tylko słońce. Odetchnąłem z ulgą łowiąc jedynie szmerek liści drzewa, pod którym przebywałem. Złudzenie, pomyślałem. Wtedy świsnęło przecinane powietrze. Zaraz po tym ziemia jęknęła za moimi plecami. Coś bardzo ciężkiego musiało tam spaść. Nie miałem odwagi spojrzeć za siebie. Bałem się nawet drgnąć. Wierzyłem, że pozostając w bezruchu mogę ujść wzroku tego czegoś. Gorąco! Odniosłem wrażenie, że oszalałe słońce skupiło swoje promienie na moich plecach. Ale jak to zrobiło, skoro widziałem je przed sobą?

Wziąłem głęboki wdech. Lewą dłoń oparłem o chropowatą korę dębu. Był on dla mnie, sześciolatka, ogromny. Za jego pniem mogło schować się co najmniej trzech takich jak ja. Ostrożnie i powoli przesuwałem lewą stopę w jego stronę. Może to coś nie zauważy tych przygotowań do ucieczki?

Wykonałem gwałtowny obrót zmieniający moje położenie. Prawe ramię schowało się za dębem. Zamarłem. Patrzyliśmy sobie w oczy. Tylko chwilę. Jak błyskawice strzeliły w moją stronę dwie łapy. Szpony przebiły koszulę.

Aa – wrzasnąłem. – Aa – darłem się przerażony.

Potwór trząsł mną coraz silniej. Jego oczy zdawały się paraliżować moje myśli. Był tylko strach. Strach niewyobrażalnych rozmiarów. Mogłem tylko krzyczeć.

– Zbyś! – Czy on wymówił moje imię?

Umilkłem w bezbrzeżnym zdziwieniu.

– Zbysiu! – Otworzyłem oczy. – Zbudź się, synku.

– Mama? – Nagła zmiana obrazu przede mną dała natychmiastową ulgę.

– Co ci się śniło, dziecko?

Powiodłem wzrokiem po pokoju. Mama siedziała na skraju mego łóżka. Tata stał w drzwiach. Dochodziłem do siebie.

– Smok! – Wyrzuciłem histerycznie jeden tylko wyraz łapiąc w pośpiechu powietrze.

– Już dobrze – usłyszałem głos ojca.

Podszedł bliżej patrząc z wyrzutem na matkę.

– Tyle razy prosiłem ciebie – odezwał się do niej. – Żebyś mu przed snem nie pozwalała oglądać tych drastycznych bajek.

Obraz smoka był przy mnie kilka miesięcy. Jego umysł całe życie.

 

Nasza piątka wprost ociekała potem, gdy już wszystkich dwudziestu pięciu najgorliwszych członków Bractwa Dwukrotnie Narodzonego Zagreusa – Dionizosa przetransportowaliśmy do zaanektowanej chałupki. Kosztowało to nas mnóstwo wysiłku – woziliśmy ich pogrążonych w głębokim śnie.

– Wznieśmy ten toast – ciągnąłem cztery godziny wcześniej. – Jako ofiarę najmilszą drugiej postaci Zagreusa występującego pod imieniem Dionizos.

Czterech założycieli i ich najbliższy obecny wspólnik podniosło wielkie, napełnione winem kielichy. W pozostałych był tenże sam napój wzbogacony farmaceutykami. Na rezultaty długo nie czekaliśmy. Kto by uwierzył, że niespełna dwa miesiące temu Jacuś zainspirował mnie do tego pokazując artykuł o pozyskiwaczach organów. Pomyślałem wówczas, skoro oni biorą narządy do przeszczepów, my weźmiemy dusze współwyznawców. Dopingował mnie w tym czczony przez nas Zagreus. Jeśli on dwukrotnie przyszedł na świat, to jego wyznawcy powinni pójść w ślady bóstwa, lecz postać drugonarodzeniowa winna doskonałością swą daleko przenosić tę minioną.

– Jeszcze trochę w lewo – głos Adama wyrwał mnie z zadumy. – O, w porządku – ocenił, gdy głowa kolejnego stowarzyszonego znalazła się dokładnie pod wylotem szklanego, odwróconego lejka.

– To już dwudziesty trzeci – poinformował Krzysiek nalepiając mu na czoło elektrody podłączone do baterii kondensatorów. – Zespół „kondziołków” naładowany – uśmiechnął się mówiąc to. – Napięcie trzydzieści pięć kilowoltów, zgromadzona energia pozwoli na przepływ osiemnastu kiloamperów w czasie dwóch sekund.

Popatrzyłem na niego pytającym wzrokiem.

– To znaczy – wyjaśnił. – Że zgromadzona energia wynosi ponad jeden i jedną czwartą gigadżula.

– Rozumiem tyle samo, co poprzednio – poinformowałem fizyka.

– Sumaryczna pojemność zespołu przekracza trochę dwa farady.

– Dla mnie to i tak czarna magia – odrzekłem. – Liczę, że wiesz co robisz i wszystkie dwadzieścia pięć duszyczek na naszych oczach scali się w jedną całość dając początek nowemu istnieniu.

Podczas tej wymiany zdań Marek z Jackiem wtaszczyli dwudziestego czwartego delikwenta, toteż Adaś i ja udaliśmy się po ostatniego.

Był już biały dzień, kiedy zaszumiał silnik napędzający van de Graaffa. Założyliśmy okulary ochronne tuż przed włączeniem promiennika. Klekot stycznika włączającego śmiertelne napięcie zbiegł się z hukiem towarzyszącym zbiorowej egzekucji. Zanim dotarł do nas swąd palonych ciał dwadzieścia pięć błękitnawych wrzecion wystrzeliło ku sobie.

Dom zatrząsł się. Zniknęła podłoga. Deski tworzące ją stanęły na sztorc. Ta, na której zatrzymałem wzrok przypominała gigantycznych rozmiarów kieł. Owładnęło mną dzikie przerażenie. Coś jak pierwotny wzorzec wszystkich lęków świata. Zapragnąłem powrotu w bezpieczną oazę dzieciństwa. Wtedy moje myśli bezwiednie przywołały tę bajkę o smoku. Odniosłem wrażenie, że znalazłem się w jego paszczy. Dokładnie tak wtedy pomyślałem.

Bestia zmaterializowała się. Byliśmy w jej paszczy. Sufit – podniebienie opadał coraz niżej. Zdążyłem jeszcze usłyszeć mlaśnięcie przeżuwającego nas potwora. Ostatnie wrażenie wzrokowe stanowił wielki, przeszywający mnie ząb. Wychodził z mego brzucha. Wrzask przerażonych kolegów powoli cichł gdzieś w oddali.

Zlałem się w jedno z miażdżącym mnie monstrum. Byłem przez niego pożerany i jednocześnie jego współtworzyłem. Nigdy dotąd nie sądziłem, że taki koszmar jest możliwy. Kiedy ochłonąłem z przerażenia wyczułem obecność wszystkich. Całej trzydziestki. Miałem świadomość, że oto narodziliśmy się powtórnie.

To była prawdziwa ewolucja! Nie wiem, kim w jej przebiegu się stałem… Kim staliśmy się, czy jak to określić. Na to nie istnieją słowa dostępne w żadnym ze znanych ludziom języków. Byłem teraz Bogiem i jednocześnie jego jedynym wyznawcą… Może abstrakcyjne dla gatunku Homo określenie „zbiorowa, niezniszczalna świadomość” w jakimś niewielkim stopniu pozwoliłoby przybliżyć tego dziwoląga, który posiadł wszystkie cechy demona Laplace’a. Jeszcze nie zdołaliśmy – zdołałem oswoić się z nową tożsamością, a już wiedzieliśmy – wiedziałem, że Ziemia, jako taka przestała być naszą – moją matką. Nie było na niej miejsca dla nas – mnie. Ciasna i wątła planetka oferowała go zbyt mało…

Wy, którzy tworzycie prawdziwe potoki nic nieznaczących słów może nazwalibyście to przestrzenią, ale nie o taką, jaką jest wam ona znana nam – mnie chodziło. Trzy tylko jej wymiary to koszmarna ciasnota! Wysiłkiem jednego multiistnienia, trwającym krócej niż błysk flesza utrwaliłem naszą – moją postać fizyczną i bez żalu zostawiliśmy – zostawiłem samo sobie żółte, karłowate słońce. Jakże mizernym wydało się nam – mnie w porównaniu z naszą – moją potęgą. Mocą smoka.

Koniec

Komentarze

Dosyć symboliczny ten Twój smok. Ale ciekawy, bo nietuzinkowy.

Wszystkie cechy demona Laplace’a? Hmmm.

Warsztatowo całkiem nieźle – sporadycznie zgubione przecinki, jeden ortograf. Odnoszę nieodparte wrażenie, że w tytule jest literówka. Poza tym spodobał mi się Twój styl – oszczędny, lekko ironiczny.

Babska logika rządzi!

Źle zapisujesz dialogi, na różne ciekawe sposoby. Poniżej jeden z powtarzających się przykładów:

– W przejętych przez nas dogmatach – zacząłem. – Jest mówiący, że ciało stanowi dla duszy więzienie. Zatem ujmując krótko, opuszczenie go to akt wyzwolenia, prawda?

Po co ta kropka po zacząłem? Przecież zdania nie skończyłeś.

Bohaterowie są nie do rozróżnienia, brakuje im cech, które nadawałyby każdemu z nich tożsamość. To znaczy – piszesz, że Marek (zdaje się) jest dowcipny, ale gdybyś tego nie napisał, to bym się nie zorientowała. 

Pomysł jest całkiem interesujący, jednak wydaje mi się, że tekst zyskałby na skróceniu o połowę.

 

Na pewno jest potencjał, a skoro to Twój pierwszy tekst, to następne mogą być tylko lepsze. :)

Pozdrawiam.

Bardzo dobry tekst!

Interesująca wizja. Trochę zaskoczyło mnie, że tak bez oporów, bez żadnych wątpliwości zdecydowali się poświęcić grupę wyznawców dla tego “projektu”.

 

Przeczytałem z przyjemnością.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

– O rzesz ty…

Ożeż

 

W skrócie: pomysł dobry, język poprawny, ale “sztywny”, postaci papierowe, nie ma emocji – trochę przegadane. A szkoda.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka