- Opowiadanie: Dzikowy - Kanał

Kanał

Opko napisane pod słuchowisko GOREktywu w Klubie Progresja. Tematem przewodnim był “rytuał przejścia. Nagranie żywca pod linkiem.

http://youtu.be/BxeFeyP_VIY

P.S. Zmieniłem gatunek, bo właściwie nie wiem, jaki to gatunek. ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Kanał

Starszy często powtarzał, że jeśli już ktoś dorośnie, to będzie żył przynajmniej do czterdziestki. No, zazwyczaj do tego wieku, bo przecież tu, w Dole, każdy dzień jest walką, nawet jeżeli, jak w moim przypadku, należy się do raczej dobrze ustawionego kolektywu.

Dzień owych szesnastych urodzin, czyli początku dorosłości, jest wielkim wydarzeniem dla każdego. Pan nie dopuszcza do siebie zbyt młodych. Dopiero odpowiednio dojrzały, ukształtowany umysł jest w stanie zaakceptować Jego oblicze, a i to nie każdy – tak przynajmniej powtarzał Starszy.

– On nie jest taki jak ja czy ty. Nie jest człowiekiem. Ba, chyba nawet nie jest materialny. Jest inny niż wszyscy i wszystko, co dotąd widziałeś. Dlatego wcześniej przygotuj się, rozluźnij. Pójdź do odległego kanału, gdzie nie będzie żadnego dźwięku i żadnego światła. Naucz się ciszy i ciemności, bo taki właśnie jest Pan – tłumaczył mi, bo od dwóch tygodni byłem nieswój z podniecenia.

Dzień przejścia nie oznaczał, że będę zwolniony z pracy. W końcu to od znalezionych fantów zależała pozycja naszego kolektywu. Poprosiłem tylko Starszego, żeby pozwolił mi pójść do ślepego, dawno zasypanego kanału niedaleko powierzchni i poszukać czegoś po drodze.

– Pod Tuwima – doprecyzowałem, gdy spytał, o który konkretnie mi chodzi. Zastanawiał się przez chwilę, a ja ze zniecierpliwienia przestępowałem z kolana na kolano.

– Powietrze jest suche, ale uważaj. Tam często dochodzi do zalań.

Skinąłem, szurając potylicą o strop, żeby mnie usłyszał. Zagrożenia w naszej dzielni, a także w dwóch sąsiednich, znałem na wyrywki. Krzyknąłem, żeby nikt za mną nie zatkał przejścia i powoli, badając stopami podłoże, wycofałem się do kolektora, gdzie mogłem się obrócić.

Do wyprawy nie przygotowywałem się jakoś specjalnie. Zabrałem tylko pręt i sondę do badania głębokości uskoków. Kanały były stare. Cembrowiny pękały, w niektórych miejscach tunele zapadały się, nierzadko grzebiąc przebywających tam nurków. Nie ratowaliśmy ich, mimo że szkoda było takiej ilości jedzenia. Ale nakazu Pana nie wolno ignorować bezkarnie, nawet jeżeli jeszcze nie można uczestniczyć w ceremoniach w Południowym Kolektorze.

Droga pod Tuwima była dobrze oznaczona. Wydrapane na powierzchni cegieł lub betonu znaki były wyraźne i głębokie – świeże. Ścieki z pojedynczymi cylinderkami kału płynęły leniwie wąską strużką. Roztrącałem je, starając się wymacać coś przydatnego. Od czasu do czasu pojawiały się przenikające przez strop wątłe wiązki ostrego światła, w którym wirowały drobinki kurzu i pyłu. Omijałem je, zgodnie z przykazaniem Pana, mimo że tunel był tak wąski, że co chwila boleśnie raniłem sobie kręgosłup o zwisające ze stropu wilgotne sople z wapienia i rdzy.

Światło spoza kanałów było abominacją. Wszyscy o tym wiedzieliśmy. Inne niż błękitny płomień metanowych oparów, niż czerwony lub pomarańczowy ogień szmacianej pochodni nasączonej przepalonym olejem. Światło z góry było prawie białe, intensywne. Starszy mówił, że jeśli w nie spojrzeć, przenika przez oko prosto do duszy. Wypala w niej znamię, które Pan rozpozna od razu.

– Nie wolno patrzeć w światło – przypominał. – Nie dlatego, że gniew Pana cię pochłonie, ale przez wzgląd na twoją duszę. To ostatnie, co nam zostało z człowieczeństwa.

Potwierdzałem, że rozumiem.

Ominąłem kolejną nić światła. Coś zaszurało, obsunęła się cegła – normalka. Na szczęście nie było szczurów. W całej dzielni dużych stad nie było od lat. Podobno było tu za mało jedzenia, inaczej niż na przykład przy Placu Powstańców, gdzie kiedyś, przed wojną, był targ warzywny. U nas biegały pojedyncze sztuki, czasem małe gromady. Niekiedy udawało się upolować jakiegoś, ale rzadko – od święta. Święto to była przed wojną taka specjalna okazja, kiedy zbierał się kolektyw lub komórka i wspólnie jedli.

Doszedłem do rozgałęzienia. Po przeciwnej stronie znajdowały się dwie rury o mniejszej średnicy, dlatego konserwowali je młodsi i drobniejsi, jak ja jeszcze kilka lat temu. Z tego, co pamiętałem, dalej nie było już żadnych szerszych fragmentów, dlatego położyłem się na plecach i rozprostowałem nogi, wsadzając po jednej do każdego otworu. Z foliowej torebki wyjąłem nadgryziony kawałek czekolady, którą Starszy dał mi na urodziny, i cebulę. Ostatnio z jedzeniem wcale nie było tak źle, mimo suszy. Czasami zdarzały się okresy takiego głodu, że musieliśmy poświęcić jednego z naszych, zgodnie z nakazem Pana. Najlepiej, choć niebezpiecznie, było po reminiscencjach. Pan powiedział, że deszcze i ulewy od dawna nie istnieją, że Góra jest wyschnięta na popiół, odkąd pojawiło się światło. Woda to była reminiscencja – wspomnienie tamtej wody, podobnie jak czekolada, cebula i gówno. Reminiscencje deszczów przesiewaliśmy kratami i sieciami, trzymanymi z całych sił przez apostołów. Łowiący połów oddawali starszym, a ci rozdzielali go w swoich kolektywach według precyzyjnych zasad ustalonych przez Pana. Miałem nadzieję, że kiedyś też będę apostołem, bo choć to ciężka i niebezpieczna praca, to nikt inny, może poza Starszymi, nie mógł wybierać sobie fantów poza kolejnością.

Po posiłku zmacałem oznaczenia, tak dla pewności, i wszedłem w wąską rurę biegnącą w górę pod niewielkim kątem, do szybu pod Tuwima. Dawno tu nie byłem i zdziwiłem się, jak bardzo urosłem, szczególnie wszerz. Życie na Dole mi służyło.

Tunel wybrałem nieprzypadkowo. To właśnie na jego końcu, w małej jaskini powstałej w miejscu zawaliska, po raz pierwszy odpłynąłem w ciszę i mrok. Po raz pierwszy mogłem całym umysłem skupić się na chłodzie i fakturze betonowego cylindra, na skórze swędzącej od schnącego mułu, na piekących ranach na kolanach i dłoniach. Kontemplowałem burczenie w brzuchu, świszczący oddech, dudniące w uszach bicie serca. Byłem tu sam. Sam ze sobą… A, nie. Był ktoś jeszcze, tylko wtedy bałem się do tego przyznać, dopuścić tę myśl do głosu. Był tu Pan. Obserwował mnie. Nie czułem go, nie słyszałem, a mimo to byłem pewien jego obecności.

Dziś byłem gotów. Odłożyłem torbę, do której schowałem kilka upolowanych po drodze fantów, obok niej pręt i sondę. Klęknąłem na stosie gruzu i piachu, starając się omijać pordzewiałe elementy zbrojenia, i pogrążyłem się w ciszy. Słyszałem, jak zwalniają oddech i tętno, jak narasta mrowienie w łydkach. Nie zauważyłem, kiedy opadła mi żuchwa i zacząłem nabierać powietrze ustami, aż język wysechł i podrażnione chłodem zęby lekko zaćmiły bólem. Znów byłem w tym stanie. Ile czasu, zanim przyjdzie? Czy w ogóle przyjdzie?

***

Wracałem szybko, żeby nie spóźnić się na ceremonię. To by było, co nie? Pan może by wybaczył – nie wiem, bo Starszy nigdy nie mówił o takim przypadku, ale przełożony kolektywu z pewnością nie byłby zadowolony. Był miłym i ciepłym człowiekiem, ale jednocześnie pilnował praw. Egzekwował je od nas i od siebie.

Pod palcami czułem drżenie, czyli dzwonili na zgromadzenie przed wymarszem do Południowego Kolektora. Chwilę później namacałem znak rozgałęzienia na Pustułki i po chwili zastanowienia skręciłem. Ta droga była znacznie krótsza, ale rzadko odwiedzana – tutaj prawie nigdy nie było mokro, za to można było skaleczyć się o kawałek szkła. Rany lubiły się paprać, szczególnie te głębokie, dlatego staraliśmy się unikać ryzykownych szlaków, jeżeli było to możliwe. Teraz nie było. Na szkło też jest sposób, może nie całkiem skuteczny, ale pomaga. Z torby wyjąłem dwie zmiażdżone puszki i palcami chwyciłem ich końce w taki sposób, żeby metal chronił nadgarstki. Starając się pogodzić pośpiech z ostrożnością, raczkowałem szeroką, jak na tę dzielnię, rurą. Beton osypywał się trochę, ale nie było słychać nic, co by zwiastowało zagrożenie. O dziwo, szkła też nie było wiele. Może trzy razy zabrzęczał jakiś odepchnięty kawałek, raz zaszurał pod puszką. Norma. Czemu więc nikt tędy nie chodził? Zupełnie przypadkiem, bo przecież się spieszyłem, znalazłem kawałek jakiegoś warzywa, chyba gotowanego i pokaźną ilość papieru owiniętego wokół gałęzi. Takie fajne fanty!

I w tej chwili zrozumiałem. Hałas się nasilił i zmienił. Teraz to już nie było stukanie pojedynczych kawałków betonu i cegieł, ale odległy szum. Znałem ten dźwięk i z przerażenia wstrzymałem oddech. Reminiscencja i to potężna. Odruchowo krzyknąłem, żeby odblokować tunel za mną i szybko raczkując, wycofałem się w stronę rozwidlenia przy Tuwima. Wiedziałem, że już nie zdążę, dlatego po chwili położyłem się na plecach, zamknąłem oczy i usta, wyciągnąłem ręce nad głowę. Jak mnie porwie, może uda mi się chwycić za krawędź cembrowiny pionowego komina, gdzie będzie trochę powietrza? Chyba nawet w to nie wierzyłem. Leżałem, czując narastający smród, coraz większą wilgoć. Pewnie każdy zna to uczucie, gdy na chwilę zanim uderzy strumień ścieków wydaje się, że pierwsze kropelki osiadają na ciele, chociaż ich nie ma.

Drażniące uczucie narastało. Czoło fali było już kilka metrów ode mnie. Metr, sekunda i…

Nic się nie stało. Reminiscencja rozwiała się chwilę przed nadejściem. Ucichło tak gwałtownie, że przez chwilę obawiałem się, że po prostu umarłem. Dopiero ból, który pojawił się w napiętych mięśniach, przekonał mnie, że chyba jednak żyję. Leżałem, wsłuchując się w łupanie w skroniach, dopóki nie pojawił się kolejny dźwięk. Ten zwiastował zawał. Odruchowo zwinąłem się w kłębek. W ostatnim momencie. Coś ciężkiego uderzyło mnie w biodro, potem w bark, po czym lawina opadła na całe ciało. Wilgotny pył, smak betonu, zapach piachu. Spróbowałem zaczerpnąć powietrza, ale tylko nawdychałem się wody i pyłu. Kaszlnąłem, a obite żebra odpowiedziały bólem i wtedy doszło światło. Przebiło się przez zaciśnięte, osłonięte ramionami powieki, zalało mnie ciepłem, jakiego nigdy nie czułem. Otworzyłem oczy, ale po chwili musiałem znów je zamknąć, bo od podrażnienia białożółtą jasnością popłynęły mi łzy. Nie wiem, ile czasu leżałem. Żyłem mimo reminiscencji i zawału. Czemu Pan tak mnie doświadczał? Czemu w ostatnim dniu przed dorosłością? Pytałem sam siebie w niekontrolowanym potoku myśli. Nie zauważyłem, że patrzę w górę na złotą kulę, na błękitny strop, po którym płynęły strzępy białej mgły. Było mi tak ciepło, tak spokojnie.

Wtedy zobaczyłem postać z ogromnymi czarnymi oczami, opadającym na krawędziach dziobem na czole i z ustami pokrytymi krwią. Włosy spływające na skronie, uszy i policzki były jasne – przepalone przez światło bijące od kuli. To coś mówiło i wyciągało łapę zakończoną długimi pazurami w różnych kolorach. Prawie mnie dosięgało, dlatego zerwałem się na kolana i szybko poraczkowałem w stronę wyjścia z tunelu. Poczułem jeszcze ból, gdy istota przejechała mi pazurami po plecach. Ale o to będę się martwił później. Byłem wykończony i cały obolały. To chyba właśnie przez to dopiero dotarło do mnie, co się wydarzyło. Niech mi Pan wybaczy, niech oczyści moją duszę.

Zdążyłem w ostatniej chwili – przed wejściem do dużej rury pod Twardowskiego zbierali się ludzie. Słyszałem, jak Starszy każe im się ustawiać, jak z pamięci wymienia obecnych.

– Tutaj jestem – odpowiedziałem, gdy usłyszałem po raz chyba ostatni moje dziecięce imię. W trakcie ceremonii otrzymam swoje prawdziwe imię, którym będę posługiwał się do śmierci i którym do raju wezwie mnie Pan.

– Nie guzdraj się. Ustaw się za Karlakiem – polecił, a wezwany, zresztą mój rówieśnik, zaklaskał dwa razy, dając na siebie namiar. Przygotowania trwały jeszcze chwilę, ale w końcu ruszyliśmy. Tym razem droga była łatwa, kanały suche. Czasami było tyle wody, reminiscencje tak potężne, że ceremonie się nie odbywały. Pan zakazywał narażania życia dla obrzędów, dlatego pewnie nic by się nie stało, gdybym się spóźnił. Szliśmy dziarsko, a atmosfera była radosna. Nikt nie mógł zobaczyć, w jakim jestem stanie, a ja bałem się komukolwiek zwierzyć, szczególnie że nie mogłem odciągnąć Starszego na stronę – musiał pilnować czoła pochodu. Szedłem w milczeniu i rozmyślałem, a przed oczami tańczyła mi zielona kula. I ta okropna twarz.

Kolektor Południowy jest największym pomieszczeniem w naszych kanałach. Nigdy nie widziałem czegoś tak ogromnego. Mimo tuzinów pochodni dało się zauważyć tylko kontury ścian. Co chwila słychać było klaśnięcia, gdy ktoś szacował głębokość i wysokość na podstawie echa. Wracało z tak dużym opóźnieniem, że trudno było uwierzyć. Sala musiała być tak ogromna, jak… jak ta błękitna kopuła – pomyślałem z przerażeniem, bo ceremonia miała zacząć się już za moment. Pan spojrzy we mnie i dostrzeże, że spoglądałem w światło, że na mojej duszy jest wypalone znamię. Zadrżałem, aż Starszy spytał, czy wszystko w porządku.

– To nerwy – usprawiedliwiłem się wymijająco.

– Uspokój się. To się nazywa lęk przed otwartą przestrzenią. Przyzwyczaisz się – odpowiedział.

Znałem ceremoniał. Uczyliśmy się go od dawna, ćwiczyliśmy ustawienie. Poza tym nie było tam nic skomplikowanego. Pan pojawi się i wejrzy w Starszych, a potem w nas. Później, gdy już jako zwykli dorośli będziemy uczestniczyć w uroczystościach, będziemy stali dalej, w okręgu na platformach ze stalowych kratownic i drewnianych palet. Ustawiłem się zaraz za Starszym, gdzie czułem się bezpieczniej. Pan zjawił się bez zapowiedzi. Ot, pochodnie przygasły, a ich płomienie skierowały się w jeden punkt krążący między zebranymi. Jakaś plama całkowitej i absolutnej czerni przelatując przed pochodnią, przesłaniała światło, pochłaniała je. Usłyszałem, jak Starszy westchnął, a zaraz potem w mojej głowie odezwał się głos. Namacalna ciemność zbliżyła się do mnie. Ujrzałem twarz. Starą, pomarszczoną, zatroskaną.

– Tadzik – mówił spokojnym głosem z lekką chrypką. – Tak będziesz się nazywał. Spojrzałem w ciebie w tamtym kanale. Widziałem twoje zapasy z demonem światła, twoją walkę z jasną abominacją. Będziesz apostołem – zawyrokował, a ja aż urosłem ze szczęścia.

– A znamię? – spytałem go w myślach.

– A czy światło cię pociąga? Chcesz opuścić Dół, wyjść na powierzchnię i przekonać się, jak tam jest naprawdę? Może tam są jeszcze lepsze fanty?

– To było ciepłe – odpowiedziałem zawstydzony. Faktycznie ciepło bijące od kuli było czymś miłym i przytulnym. Twarz Pana nie zmieniła się, mimo że okazałem zwątpienie.

– Ciepło rozleniwia. Jak się przykryjesz kocem i położysz blisko ognia, łatwiej zasypiasz, prawda? Zimno budzi, zmusza do ruchu. Co by się stało, gdyby wszyscy nurkowie leżeli i spali, zamiast szukać fantów? – spytał retorycznie, bo przecież wszyscy znali odpowiedź. Lenistwo oznaczało głód, a nawet śmierć.

– Czy światło jest złe? – spytałem, ośmielony cierpliwością Pana.

– Nie – odpowiedział i uśmiechnął się. – Zło i dobro są tak nieistotne w naszym świecie. Nie lepiej już używać określeń „pożyteczne” i „szkodliwe”? No, ale skoro musisz wiedzieć, to światło jest dobre. Ale szkodliwe dla mnie i dla mojego ludu. Dla was.

Pan wyszedł z mojej duszy. Stałem skamieniały. Oszczędził mnie mimo znamienia na duszy. Chociaż widziałem światło i błękitny strop. Poznałem Górę i jej demony, a jednak zachowałem czystość. Chwała niech będzie Panu.

***

Pięcioletnie dziecko zagapiło się na przejeżdżającego rowerzystę. Zainteresowały je przede wszystkim kolorowe wstążki przy kierownicy i jaskrawożółty plecak, który młody chłopak miał na plecach. Dziewczynka otworzyła ze zdziwienia usta, a z rąk wypadł jej napoczęty batonik. Zorientowała się dopiero po chwili. Zachciało jej się płakać, ale po chwili zebrała się w sobie i po prostu schyliła się po słodycze.

– Zostaw! – Usłyszała za plecami krzyk matki, która biegła, stawiając drobne kroki. Nie mogła poruszać się szybciej przez wysokie buty na szpilkach, które zupełnie nie pasowały do beżowych szortów, czapki z daszkiem zsuniętej nisko na czoło i przeciwsłonecznych okularów w grubej czarnej oprawie. Nie gryzły się tylko z wypielęgnowanymi paznokciami pomalowanymi na różne kolory. Córka wyprostowała się i przez chwilę patrzyła zdezorientowana to na matkę, to na baton. Po chwili rozpłakała się.

– Nie wolno podnosić jedzenia z ziemi. – Kobieta kucnęła i objęła dziecko. Kopnięciem zepchnęła czekoladkę do kratki ściekowej. – To jest brudne. Tam są zarazki. No chodź, kupię ci lody – zaproponowała. Schowajmy się, bo zaraz będzie burza, a ty boisz się burzy.

Chwyciła dziewczynkę za rękę i poszły w stronę małego budynku, skąpanego w świetle czerwcowego słońca.

Mrągowo-Pisz-Warszawa, listopad 2014 r.

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł na “świat”. 

Na tyle udany i intrygujący, że w tej tutaj zaprezentowanej skromnej formie, sprawia wrażenie zmarnowanego potencjału.

 

Choć lektura i tak sprawiła mi przyjemność. Ale niedosyt jest, oj, jest…

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Oj, nie narzekaj.

– Błarzu, ile minut?

– Do pół godziny.

– To daje do 15k znaków. Sięrobisię.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Chciałbym skrobać opki 15k znaków w pół godziny.

Eh… Życie byłoby piękne;-)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Polajkowałbym, ale chyba nie ma takiej opcji. Strona daje około 5 minut paplania – jak mówili, gdy się uczyłem pisać kazania. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Masz tu jakieś 1,7k wyrazów x 2 = 3,4k/1h

Strzelasz jak z karabinu ;D

Najlepiej pisałoby się wczoraj, a i to tylko dlatego, że jutra może nie być.

Popieram Nazgula! Rzeczywiście, fascynujący świat i otoczka fabularna. Ja dodatkowo daję Ci plusa, bowiem jestem totalnym fanboy’em post-apo xD.

Czytało mi się to łatwo i przyjemnie, bardzo lubię lekkie pióro skontrastowane z jakąś głębszą treścią.

 

No, zazwyczaj do tego wieku, bo przecież tu, w Dole, każdy dzień jest walką, nawet jeżeli, jak w moim przypadku, należy się do raczej dobrze ustawionego kolektywu.

Rzesza przecinków. To zdanie jest poprawne, ale takie kostropate i kanciaste, że… Na pewno dałoby się to jakoś lepiej wyrazić ;). Ale to tam taka drobnostka :).

Hmmm. Nie przemówiło do mnie i nawet nie potrafię określić dlaczego. Może świat zbyt paskudny?

Babska logika rządzi!

Nie wiem czy dobrze zrozumiałam opowiadanie, ale mam wrażenie, że ostatni fragment zasugerował istnienie dwóch światów.

Choć to nie całkiem moje klimaty, przeczytałam nie bez pewnej przyjemności.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka