- Opowiadanie: Toddziak - Sprawa honoru

Sprawa honoru

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Sprawa honoru

Droga do stolicy królestwa Erry nie należała o tej porze roku do łatwych. Nie z winy gościńca, który pomimo przedwiosennych roztopów i niedawnych obfitych opadów śniegu z deszczem trzymał się całkiem dobrze. Chodziło raczej o otaczający go krajobraz. Sir Maverick mijał rozpadające się wioski, zabiedzonych wieśniaków i kamieniste pola uprawne, które nawet w lepszych czasach nie rodziły wielu plonów. Wszechobecne ubóstwo nie było jedynym nieszczęściem trapiącym tę krainę. Gdzie nie spojrzeć, łąki wypalone do gołej ziemi, leśne pogorzeliska, z których sterczały postrzępione kikuty drzew, rozszarpane na strzępy sztuki bydła gnijące w rowach. Rycerz bardzo dobrze wiedział, co to oznacza.

Im bliżej Reeny, tym mniejsze ślady zniszczeń i lżejsze brzemię niedoli mieszkańców, choć i te szczęśliwsze tereny nie były wolne od niepokojów. Niedaleko rogatek miejskich postawiono długą szubienicę, na której kilkunastu wisielców bujało się na wietrze ku przestrodze. Sądząc po ich ubraniach, byli to albo zbuntowani chłopi, albo pomniejsi mieszczanie winni zdenerwowania króla. Sir Maverick mógł się założyć, że pod rządami Evera Trzeciego – przez arystokrację nazywanego szeptem Nieroztropnym, a przez prosty lud o wiele mniej cenzuralnie – rebelie zdarzały się bardzo często.

Rycerz nie musiał przedstawiać się strażnikowi przy głównej bramie, ani wyjawiać celu swojej wizyty. Jego napierśnik oraz okrągła tarcza na plecach, oba z wymalowanym symbolem skrzydlatego owada, były wystarczającą wskazówką i zarazem środkiem odstraszającym do zadawania zbyt wielu pytań. Sir Maverick spiął konia i wjechał do stolicy bez żadnych problemów. Słyszał jak mieszkańcy szeptali pomiędzy sobą gorączkowo z przestrachem pomieszanym z szacunkiem.

– Ćma! Ćma!

Wszyscy znali Ćmy, przynajmniej ze słyszenia. Słynni zabójcy smoków oraz innych magicznych potworów nie osiadali na długo wśród cywilizacji, gdyż wzywano ich tylko do zadań wielkiej wagi. Podobno lgnęli do złej magii jak ćmy do ognia. Jednak z lepszym rezultatem niż ich latająca imienniczka.

Pomimo gwaru, jaki panował w mieście z powodu dnia targowego, rycerz szybko dotarł do bram zamku królewskiego. Ledwie przekroczył zwodzony most i wjechał na dziedziniec, a już usłużny służący niemal wyrywał mu z ręki lejce. Sir Maverick posłał mu chmurne spojrzenie, skutecznie gasząc nadmierny entuzjazm młodzieńca.

– Uważaj na tego konia, chłopcze. Jest wart więcej niż mógłbyś się dorobić przez całe życie, a jego rodowód jest lepszy niż połowy waszych szlachciców – rzekł rycerz chrapliwie, gdy zszedł wreszcie ze swojego wierzchowca. Chłopak, kłaniając się wpół i przepraszając gorliwie, odprowadził konia do stajni. Sir Maverick spoglądał jeszcze za nimi przez chwilę, po czym zwrócił uwagę na starszego wiekiem służącego stojącego u szczytu schodów, który wyraźnie taksował go wzrokiem.

Rycerz pozwolił sobie na kpiący półuśmieszek. Doskonale mógł sobie wyobrazić, co też sługa miał właśnie przed oczami – potężnego wojownika wzrostu ponad sześciu stóp odzianego w lekką, lecz piekielnie wytrzymałą zbroję. Pasujący do niej hełm został przy siodle, jako że Maverick nie lubił go nosić poza walką, kiedy nie musiał, więc jego krótkie blond włosy oraz bystre niebieskie oczy były doskonale widoczne, zwłaszcza w kontraście z opaloną skórą. Podobnie jak siateczka bladych blizn pokrywająca całą jego twarz, szpecąc ją bezpowrotnie. Najgorzej prezentowała się sinoczerwona, gruba pręga obumarłej tkanki ciągnąca się od prawego kącika ust aż do ucha, rozlewając się niemal na cały policzek. Pamiątka ze spotkania z plującym jadem biesem. Rycerz jednak nosił te szramy z dumą. Może i nie wyszedł z pojedynku bez szwanku, ale maszkara nie uszła z życiem.

Służący wreszcie zorientował się, iż przybysz jest świadom tych oględzin, więc zamaskował pomieszanie dworskim ukłonem.

– Witamy w Reenie, sir. Tuszę, iż podróż nie była zbyt uciążliwa. Jeśli pragniesz się odświeżyć przed audiencją, sir, każę służącej przygotować kąpiel. Pokój już czeka.

Sir Maverick machnął ręką na ten cały ceremoniał.

– Kąpiel poczeka. Prowadź mnie do króla.

– Jak sobie życzysz, sir – odparł, kłaniając się ponownie. Nie testując już dłużej cierpliwości rycerza, poprowadził go przez dębowe wrota do wnętrza zamku. Sir Maverick nie był tutaj nigdy wcześniej, więc z ciekawością przyglądał się wiszących na ścianach licznym łowieckim trofeom oraz arrasom przedstawiających głównie sceny z polowań. Król, albo któryś z jego przodków, musiał być zapalonym myśliwym. Oprócz tego wzrok przyciągały złote ornamenty w postaci listków czy małych kiczowatych rzeźb rozrzuconych gdzie popadnie bez większego ładu i składu. Miały podkreślać bogactwo, a nie dobry smak. Chude lata rzadko docierały na dwory możnych.

Gdy podeszli do drzwi prowadzących do sali audiencyjnej, dwóch strażników otworzyło je przed nimi bez słowa. Lokaj wraz z rycerzem wkroczyli do środka. Podobnie, jak reszta zamku, pomieszczenie nie zrobiło na Sir Mavericku żadnego wrażenia. Co z tego, że było ogromne, skoro przestrzeń została stłumiona ostentacyjną zamożnością? Czerwony miękki dywan gryzł się z wielobarwnymi mozaikami z kamieni szlachetnych na podłodze, a złoconym herbom szlacheckim zawieszonych pomiędzy oknami brakowało kunsztu i piękna.

Monarcha miłościwie panujący nie wyróżniał się na tym tle pozytywnie. Ever Trzeci był wątłym mężczyzną w średnim wieku o ospowatej twarzy. Choć wiele osób podobnej postury nadrabiało fizyczne braki inteligencją, to jednak w wyblakłych oczach władcy siedzącego niedbale na tronie nie czaiło się nic więcej niż chytrość drobnego kupca.

– Wasza Wysokość, oto Sir Maverick, Ćma, którą wezwałeś, panie – zaanonsował służący, kłaniając się uprzejmie, w czym był niedoścignionym mistrzem.

Przybysz nie podążył jednak w jego ślady. Sir Maverick stał prosto, patrząc przed siebie obojętnie i bez śladu lęku. Nie ugiął nawet karku. Królowi nie było to w smak.

– Nie pokłonisz się lepszemu od siebie? – zapytał, unosząc brwi. W jego głosie czaiła się mało subtelna groźba.

– Ćmy nie kłaniają się ludziom, królu – odparł rycerz spokojnie, walcząc z uśmiechem, który aż cisnął mu się na usta. – Jeśli jednak pragniesz dowieść, że jesteś ode mnie lepszy, chętnie przyjmuję twoje wyzwanie. Miecze czy topory?

Na sali zapadła cisza jak makiem zasiał. Sługa zbladł niby świeżo wyprane prześcieradło, a strażnicy po obu stronach monarchy wstrzymali oddech. Król jednak, który najwidoczniej miał więcej rozumu, niż rycerz założył, roześmiał się gromko, rozładowując napięcie.

– Brawo, doskonale! Widzę, że pogłoski i legendy nie oddają nawet w połowie niezłomnego charakteru Ciem. Mam tylko nadzieję, sir, że władasz mieczem równie dobrze, co językiem. – Gdy rycerz nie raczył odpowiedzieć, kontynuował pozornie niezrażony, przechodząc do rzeczy. – Zapewne domyśliłeś się już dlaczego zwróciliśmy się do was o pomoc?

– Owszem.

– Tak… Niestety, nie da się ukryć, że nasz kraj pustoszy smok. Ta ognista gadzina zapuszcza się coraz śmielej w głąb królestwa i boję się, że niedługo wkroczy do stolicy. A wtedy biada nam wszystkim. Wielu dzielnych wojowników poległo w walce z bestią. Czy jesteś w stanie uwolnić nas od tego problemu i zgładzić smoka?

Sir Maverick skinął głową. O mały włos nie przewrócił oczami, co byłoby bardzo nieprofesjonalne.

– Nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie potrafił. Kiedy zaczęły się ataki?

Król zamyślił się.

– Ponad tydzień temu. Jakieś dziesięć dni. Tak przynajmniej donieśli mi gońcy.

Rycerz ponownie skinął głową, przyjmując to do wiadomości. Zgadzało się to z obserwacjami, jakie poczynił w drodze tutaj.

– Moja zapłata to cztery worki złota. Nie podlega negocjacji.

Jak zawsze, gdy wspominał o cenie, twarz jego rozmówcy zachmurzyła się. Wiedział jednak, że król nie odmówi. Nigdy nie odmawiali. Nie wzywało się Ciem, gdy sytuacja nie była rozpaczliwa. Spokojnie mogły kosić za swe usługi jak za zboże. Zwłaszcza tych, którzy specjalnie nie zbiednieją.

– Zgoda. – Westchnął Ever. – Cztery worki. Niech będzie. Zabij smoka i wróć do zamku z jego głową, a będą tutaj na ciebie czekać. 

– Słowo króla?

– Słowo króla. I niech mój ród wygaśnie, jeśli kłamię – wyrecytował zwyczajową formułkę.

Sir Maverick uśmiechnął się z zadowoleniem. Najważniejsze kwestie zostały już załatwione, pozostała tylko jedna.

– Gdzie jest leże tego smoka?

– Na górze Alawaar na północy. Wyślę z tobą pięciu moich doborowych wojów, aby wskazywali ci drogę i wspierali w walce. 

– Pracuję sam – odparł od razu Sir Maverick, tracąc humor.

– Pozwól więc, żeby służyli ci chociaż jako przewodnicy, kompani i pomoc przy transporcie głowy smoka. Na pewno będziesz wyczerpany po pojedynku.

Rycerz pomyślał nad tym chwilę i w końcu się zgodził. Posiadanie straży przybocznej miało swoje zalety, o ile zachowało się należytą ostrożność.

– Wyruszamy o świcie – zarządził, a skoro wszystko zostało ustalone, nadszedł czas na przyjemniejsze rzeczy. – Chętnie skorzystam teraz z tej obiecanej kąpieli.  

 

* * *

 

Sir Maverick spał tej nocy jak kamień, więc rano czuł się rześko, nawet mimo wczesnej pory. Wojowie, pięciu chłopów na schwał, ziewali za to raz po raz i przecierali oczy. Widocznie nie zaznali wiele odpoczynku. Najemnik domyślał się nawet czemu. Obowiązki dziewek służebnych na zamku nie ograniczały się tylko do preparowania kąpieli. Gdy Maverick, wciąż w ubraniu, choć już bez zbroi, wszedł do łazienki, dziewczyna czekała posłusznie z dzbanem wina w dłoniach, oferując rycerzowi pomoc w rozebraniu się i umyciu pleców. A także w każdej innej sprawie, jakiej tylko szanownemu gościowi by się marzyło. Sir Maverick obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Służąca nie miała więcej niż czternaście lat, a chociaż uśmiechała się zalotnie, widział w jej oczach błysk przerażenia. Podziękował jej kurtuazyjnie i odesłał do domu, życząc dobrej nocy. Przynajmniej się wyspał.

– Naprzód! – zarządził, zmuszając konia do galopu. Reszta kompanii ruszyła za nim niemrawo. Wojowie byli jednak na tyle zdyscyplinowani, że mimo wszystko robili swoje. Sir Maverick nie musiał ich przywoływać do porządku.

Pierwszy raz stanęli na popas dopiero wiele godzin później, by dać odpocząć koniom i trochę się posilić. Wojownicy praktycznie nie rozmawiali z sir Maverickiem, nie licząc prostych wskazówek co do dalszej drogi. Rycerzowi to nie przeszkadzało. Nawykł do milczenia. Gwardia króla Evera w swoim gronie pozwalała sobie jednak na więcej. Trzymając się nieco na uboczu od herszta wyprawy, śmiali się i żartowali, zajadając porcje przygotowane na drogę. Sir Maverick wyczuwał pomiędzy nimi pewną nerwowość, co w sumie nie powinno dziwić, jako że wyprawiali się na smoka. Czuł w kościach, że zadanie się skomplikuje. Na wszelki wypadek rycerz zachowywał czujność, ufając swojej intuicji.

Utrzymywali dobre tempo i przed nocą znaleźli się tuż przy granicy Zielonej Kniei. Choć nazwa nie odznaczała się polotem, poniekąd usprawiedliwiała ją obecność wielu drzew iglastych, które nigdy nie traciły koloru. Przemierzanie jej po ciemku stanowiło bardzo zły, a wręcz samobójczy pomysł, dlatego też zdecydowali się rozbić obóz i przenocować. Z lasu dochodziły różne odgłosy, niektóre niewinne jak pohukiwanie sowy, inne bardziej złowieszcze i trudne do zidentyfikowania. Smoka, tego głównego zagrożenia, nie było ani widu, ani słychu. Pewnie grasował na bardziej ludnych terenach.

O świcie obozowisko zostało zwinięte i bez dalszej zwłoki kompania wyruszyła w drogę. Drzewa liściaste oraz większość krzewów wciąż pozostawała naga, co sprzyjało jeździe konnej. Wiadomo, poruszali się wolno, jako że należało zważać na wystające korzenie drzew, lecz i tak był to zdecydowanie bardziej efektywny sposób podróży niż pieszo. Zwłaszcza, że za lasem czekały na nich jeszcze równiny do pokonania.

Dzięki swojej różnorodnej florze, Zielona Knieja zachwycała bogactwem aromatów. W powietrzu dało się głównie wyczuć świeży zapach jodłowych igieł. Sir Maverick wdychał go z lubością.

Kierunek wiatru zmienił się, przynosząc ze sobą inną woń. Rycerz stanął w miejscu, zmuszając resztę do tego samego.

– Co jest? – spytał jeden z wojów.

– Nie czujecie?

Konni, jak na komendę, zaczęli węszyć niby stado psów. W końcu popatrzyli po sobie i wzruszyli ramionami.

– Krew. Wyczuwam krew – odparł rycerz z przekonaniem i zawrócił konia w kierunku, skąd dochodził metaliczny zapach. Musiał to sprawdzić.

Sir Maverick słyszał za sobą buntownicze mamrotanie, że to na pewno tylko martwy dzik lub sarna, które rozszarpały wilki. Rycerz nie odpowiedział, wiedząc swoje. Jedno zwierzę aż tak nie cuchnęłoby krwią. 

Kilka kolejnych minut brnęli w głąb lasu, zbaczając z obranej trasy. Sir Maverick trzymał na wszelki wypadek dłoń blisko rękojeści miecza. Im woń stawała się ostrzejsza, tym miał gorsze przeczucia. Nawet sceptyczni dotąd wojowie zaczęli zdradzać oznaki niepokoju. Zsiedli wszyscy z koni, przywiązali je do drzew i kontynuowali zwiad na nogach. Okoliczne ptactwo umilkło, ustępując pola chaotycznemu koncertowi zadowolonych much, coraz głośniejszym z każdym kolejnym przebytym krokiem. Wkrótce pojęli dlaczego owady odnalazły tutaj swój raj.

Na niewielkiej polance niemal w całości zasłoniętej baldachimem gałęzi rozegrała się prawdziwa hekatomba. Wszędzie leżały ciała zabitych: głównie mężczyzn w zbrojach z emblematami króla Evera, lecz było wśród nich także kilka kobiet wyglądających na wieśniaczki. Ogółem jakieś piętnaście osób zostało niemal rozerwanych na strzępy. Zwłoki znaczyły niezliczone nacięcia, zostawione jakby szablą, ale na tyle głębokie, by przeciąć i zbroję, i kości pod nią. Niektóre ofiary próbowały ratować się ucieczką, sądząc po obecności ciał dalej między drzewami, ale nie dało to nic.

Sir Maverick i wojowie wkroczyli ostrożnie na polanę. Ćma pochyliła się nad jednym z martwych żołnierzy i zbadała dokładniej jego ciało. Cokolwiek się tutaj wydarzyło, musiało mieć miejsce nie dalej niż dobę temu.

Po dokonaniu pobieżnej obdukcji, sir Maverick wstał i rozejrzał się dookoła, by lepiej zrozumieć sytuację. Dookoła rozrzucone były strzępki namiotów. Musiało się tu znajdować niewielkie obozowisko, nad którym pieczę sprawowali żołnierze. Na środku stał połamany wóz z przytwierdzoną do niego na stałe pustą, żelazną klatką, zdolną bez problemu pomieścić dorosłego mężczyznę słusznego wzrostu i słusznej tuszy. Pręty zostały jednak wypchnięte ze środka na zewnątrz, tworząc wielką dziurę. Tajemnica zabójstw wydawała się rozwiązana. Mieszkaniec klatki wyrwał się na wolność i dokonał rzezi. Kwestia, co takiego się w niej znajdowało i dokąd poszło, pozostawała otwarta.

– Sprawdźcie, czy ktoś przeżył. Ale bądźcie ostrożni i nie odchodźcie zbyt daleko – rozkazał Sir Maverick. Dał swoim ludziom dobry przykład, wyciągając miecz. – A jeśli znajdziecie jakieś tropy albo cokolwiek podejrzanego, natychmiast dajcie mi znać.

Wojowie posłuchali od razu. Sir Maverick zamyślił się, podziwiając w milczeniu klatkę, którą coś rozsadziło od środka z przerażającą siłą. W pewnym momencie uchwycił kątem oka jakiś ruch. Jeden ze strzępków namiotu narzucony niedbale na koło od wozu drgnął. Rycerz miał już to zrzucić na karb wiatru, gdy drgnięcie się powtórzyło, teraz już wyraźnie. Przeszedł powoli w tamtą stronę, trzymając miecz w pogotowiu. Nie mogło być mowy o pomyłce czy sztuczce płatanej przez zmysły. Tam coś było. Sir Maverick dał wojom znak gestem dłoni, by przygotowali się na najgorsze.

Zdecydowanym gestem sięgnął po płachtę i zerwał ją, odrzucając na bok, jednocześnie zasłaniając się mieczem. Oczekiwany atak jednak nie nastąpił.

Pod płachtą kuliło się przerażone dziecko w brudnej, pokrwawionej sukience, która była na nie za duża. Dziewczynka, jak zauważył sir Maverick, przyjrzawszy się bliżej, wyglądała na cztery-pięć lat, nie więcej. Jej długie rudawe włosy były pozlepiane krwią, a łzy wyżłobiły dwie czyste ścieżki na zabrudzonej buzi. Otwierała oczy szeroko z przerażeniem. Sprawiała wrażenie, że zobaczyła coś okropnego, co niemal odebrało jej zmysły. Patrząc na jej otoczenie, nie było to zbytnio zaskakujące.

Sir Maverick schował miecz, nie chcąc straszyć dziewczynki jeszcze bardziej, po czym uklęknął przed nią na jedno kolano, zrównując się z nią.

– Nie jesteś ranna? – zapytał z troską. – Jak masz na imię?

Dziecko nie odpowiedziało. Chyba wcale nie rozumiało, co rycerz do niego mówił.

Sir Maverick postanowił zostawić dziewczynkę na chwilę w spokoju. Wstał i kazał jednemu z wojów przynieść coś do jedzenia i picia. Gdy ten poleciał wypełnić polecenie, rycerz zwrócił się do pozostałych:

– Czy ktoś przeżył?

Zgodnie pokręcili głowami. Na pytanie o jakieś ślady, które mogłyby rzucić nieco światła na tę całą sytuację, również odpowiedzieli przecząco.

– Większość zabitych to żołnierze króla Evera. Co robili tutaj, w środku lasu? Co złapali?

Na te pytania wojowie nie mieli odpowiedzi. Sir Maverick uwierzył w ich ignorancję. Nie wyglądali na mistrzów aktorskiego fachu, by kłamać równie przekonująco.

Po chwili woj wrócił z wodą i jadłem. Sir Maverick odebrał je od niego i ponownie uklęknął przy dziewczynce.

– Proszę, to dla ciebie – powiedział łagodnie, wyciągając w jej stronę posiłek. Dziecko nie wahało się długo. Napełnienie żołądka wzięło górę nad nieufnością. Niemal wyrwała mu z rąk bukłak oraz zawinięte w twardą bułkę suszone mięso. Mała jadła łapczywie, prawie nie przeżuwając kęsów przed połknięciem.

Przez chwilę wszyscy po prostu obserwowali ją w milczeniu. Wreszcie jeden z wojów zadał pytanie, które męczyło ich wszystkich.

– Co z nią zrobimy?

Decyzja należała do sir Mavericka, o czym wiedział. Trzymał los tej dziewczynki w swoich rękach. Przemyślał to, analizując na chłodno całą sytuację, i przemówił:

– Zabierzemy ją ze sobą. Mamy swoje zadanie i ono jest priorytetem. Wyprawa na smoka z kilkoma zbrojnymi jest mimo wszystko bezpieczniejsza niż samotne przebywanie w lesie.

Nikt nie protestował. Rycerz pochylił się nad dziewczynką, która skończyła już jeść, i wyciągnął do niej dłoń. Dziecko skuliło się, drżąc ze strachu jak liść na wietrze. 

– Chodź ze mną. Będziesz bezpieczna – powiedział, dodając uśmiech do słów. Czekał cierpliwie. Wreszcie dziewczynka chwyciła niepewnie jego palec wskazujący i stanęła obok niego. Rycerz skinął jej lekko głową w podzięce za zaufanie, po czym zwrócił się do rycerzy. – Ruszamy.

Powrócili do swoich koni. Sir Maverick posadził brudne dziecko przed sobą, przytrzymując je jedną ręką, by nie spadło. Kompania powróciła na szlak. Choć rycerz prowadził, koncentrował się bardziej na dziewczynce przed sobą, niż na drodze. Wpatrywał się intensywnie w jej plecy okryte tylko cuchnącą, zgrzebną sukienką. Im dłużej patrzył, tym więcej zaczynał rozumieć.

Jak masz na imię? – zapytał. Słowa te dla wojów musiały brzmieć jak syczący charkot, lecz dziewczynka drgnęła i obejrzała się przez ramię z zaskoczeniem, ale też z radością wypisaną na twarzy.

Anua. Mówisz moim językiem?

Oczywiście. Jestem bardzo dobrze wyedukowany, jak zresztą wszystkie Ćmy – przyznał z uśmiechem, lecz zaraz skierował rozmowę na inne tory. – Co robiłaś tam w lesie?

Nie wiem. Nie pamiętam dużo. Bawiłam się na polu, a potem zrobiło się ciemno. Gdy znów otworzyłam oczy byłam już tam, w lesie.

Sir Maverick spodziewał się podobnej odpowiedzi. Jeśli miał jednak nadzieję na dłuższą pogawędkę, czekało go rozczarowanie. Dziecko, krańcowo wyczerpane wszystkim, co przeszło, zasnęło. Rycerz dał jej odpocząć.

Przez kilka kolejnych godzin jechali poprzez las, nie niepokojeni przez dziką zwierzynę, ani innych, groźniejszych jego mieszkańców. Wojowie jednak wciąż mieli się na baczności, pomni tego, co spotkało żołnierzy na polanie.

– Niedługo się ściemni – oświadczył sir Maverick, patrząc w niebo, które migotało pomiędzy koronami drzew. – Rozbijcie tu obóz. Słyszycie ten szum? Niedaleko musi być rzeka albo strumień. Pójdę napełnić bukłaki i wykąpię to dziecko. Nie chcę, aby nam przeszkadzano, dotarło?

Choć żaden z wojów się nie odezwał, Sir Maverick dostrzegł ich uśmieszki. Nie przejął się tym. Niech sobie myślą, co im się żywnie podoba. Obudził delikatnie dziewczynkę i poinformował ją, gdzie i po co pójdą. Zgodziła się. Zszedł z konia, postawił ją na ziemi, a potem zebrał bukłaki. Większość nie była jeszcze całkiem opróżniona, ale tylko głupiec nie uzupełniłby zapasów, gdy nadarzała się okazja.

Rzeka okazała się być niecałe pięć minut drogi od obozu, choć dostanie się do niej wymagało przedzierania się przez różne chaszcze, które niemal zupełnie zasłaniały widok. Sir Maverickowi było to na rękę. Oszacował, że mieli jeszcze jakieś dwadzieścia minut, nim zapadnie zmrok. Choć ciemność nie stanowiła przeszkody nie do pokonania – każda Ćma znała przynajmniej kilka podstawowych zaklęć do radzenia sobie z takimi sytuacjami – magia pozostawała ostatecznością.

Ściągnij sukienkę i wykąp się. Upiorę ci ją, przynajmniej trochę – nakazał.

Dziecko, mimo młodego wieku i związanej z nim niewinności, nie miało wcale ochoty rozbierać się przy obcym mężczyźnie. Sir Maverick jak najbardziej to rozumiał. Matka właściwie przyuczyła córkę. – Dobrze. Wykąpmy się więc razem. Nie bój się. Nic ci nie zrobię.

Sir Maverick zaczął powoli zdejmować z siebie zbroję. Rozwiązanie wszystkich rzemieni i odpięcie klamer trwało dobrą chwilę. Rycerz odetchnął z ulgą, gdy został w samych spodniach i koszuli. Ich krój był prosty i nie grzeszyły może czystością, ale na pewno były wygodne. Na tym Sir Maverick jednak nie poprzestał. Zzuł z siebie całe ubranie, łącznie z bielizną i bandażami wokół klatki piersiowej.

Anua wciągnęła głośno powietrze.

Jesteś kobietą?

Tak. Wszystkie Ćmy są kobietami, choć niewielu o tym wie. Łatwiej jednak załatwiać interesy jako mężczyzna. Mniej użerania się z dupkami – stwierdziła cynicznie, lecz natychmiast się zreflektowała. – Nie powinnam chyba używać przy tobie takich słów. Przepraszam. Cóż, ciężko u mnie z manierami. Mam na imię Manwe. Możesz mi jednak mówić Sir Maverick, jeśli wolisz. Wszystko mi jedno. A teraz chodź do wody. Porządne mycie wyjdzie ci na dobre.

Dziewczynka zdecydowanie chętniej zrzuciła sukienkę. Też kryła pod nią mały sekret. Z jej łopatek sterczały dwa malutkie wyrostki, bardziej zalążki prawdziwych skrzydeł niż coś, na czym mogłaby latać. Z jej kości ogonowej wyrastał natomiast cieniutki, czerwonawy ogonek, długości może pięciu centymetrów. Manwe nic na to nie powiedziała. Co najwyżej uśmiechnęła się lekko, widząc, że jej podejrzenia się potwierdziły. Wzięła dziewczynkę za rękę i poprowadziła ją do wody. Rzeka była dość płytka i wąska, tak więc bez obaw stanęły pośrodku, gdzie nurt sięgał Anui do pasa. Woda niestety miała niewiele stopni, toteż Manwe umyła się szybko i z równą werwą pomogła obmyć się dziewczynce, usuwając z jej włosów i skóry brud wraz z zakrzepłą krwią. Gdy ablucje dobiegły końca, Sir Maverick ponownie wdział swoje ubranie i zbroję, po czym napełnił bukłaki. Dziewczynka stała obok naga, ale zimno nie wydawało się jej dokuczać, co też nie było niespodzianką. Rycerz uśmiechnął się do niej i zgodnie z obietnicą zabrał się za pranie jej sukienki. Samą wodą bez mydlin nie miał szansy wiele zdziałać, ale przynajmniej mógł spróbować.

Dlaczego jesteś rycerzem, Manwe? – zapytała dziewczynka, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą, bujając się lekko.

Sir Maverick wzruszył ramionami. Historia jego życia nie była specjalnie poruszająca.

Jedna z Ciem-wojowników przejeżdżała przez moją wioskę. Jestem córką kowala. Już jako podlotek byłam silna jak wół, wprawiona we władaniu mieczem, a przy tym niespecjalnie urodziwa, co dla nas jest zaletą. Dostrzegła we mnie potencjał i zabrała ze sobą. Trening był ciężki i trwał wiele lat, ale nigdy nie żałowałam, że z nią poszłam.

Też będę mogła zostać rycerzem?

Sir Maverick roześmiał się szczerze.

Kto wie, kto wie? Dziwniejsze rzeczy się już zdarzały. Ale póki co, wkładaj tę sukienkę. Czas coś zjeść.

Gdy rycerz wrócił do lasu, niosąc dziewczynkę na rękach wraz z bukłakami, wojowie zdążyli już rozłożyć obóz, tak jak im przykazał. Paliło się nawet niewielkie ognisko. Sir Maverick posadził przy nim dziewczynkę i sam chętnie usadowił się obok, pragnąc się nieco rozgrzać. Zignorował wulgarne zaczepki kompanów, którzy sami chętnie „wykąpaliby” młódkę. Bez słowa podzielił się z Anuą prowiantem, a gdy przyszła noc, pilnował, by spała bezpiecznie obok niego. Odpoczynek na szczęście minął bez incydentów i rano mogli znów kontynuować wyprawę.

Dwa dni później znaleźli się w pobliżu góry Alawaar. Od czasu do czasu słyszeli ryki smoka w oddali, lecz udało im się przemknąć niezauważenie. Sir Maverick musiał uciszać Anuę, prosząc ją o spokój i obiecując, że wszystko się niedługo skończy.

Przeczekali noc u podnóża góry, po drugiej stronie niż wejście do smoczej jaskini, skryci w zagajniku pośród drzew. Czekali w całkowitej ciemności, nie chcąc zdradzić swojej pozycji. Nad ranem jaszczur powrócił wreszcie do swojej jamy, aby odpocząć po nocnych łowach, co Sir Maverick powitał z ulgą. Cieszył się, że tutejszy smok nie różnił się pod względem obyczajów od swoich ziomków z innych krain.

– Idę – oświadczył rycerz, sprawdzając stan miecza i zbroi, bardziej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. – Gdy będzie po wszystkim, dam wam znać. Sygnały świetlne, wiecie, jak to działa. Pomożecie mi znieść ze szczytu głowę bestii. Z zabójstwem poradzę sobie sam. No, prawie sam. – Sir Maverick wziął dziewczynkę na ręce.

– Po co ci ona? – zapytał jeden z wojów, marszcząc brwi.

– Przyda mi się przynęta. Chyba, że masz ochotę ją zastąpić…?

Nikt się już nie odezwał. Rycerz przyjął to z zadowoleniem i zaczął wspinać na górę. Zbocze nie było specjalnie strome, ale i tak wspinaczka zajęła Sir Maverickowi prawie trzy godziny. Nie zatrzymał się jednak, aby złapać oddech i zregenerować siły. Postawił Anuę na ziemi i przeszedł kilka kroków w kierunku smoczej jamy, zatrzymując się jakieś dziesięć metrów od wejścia.

Wzywam cię, dziecię pradawnej Tiamat! Nie szukam waśni. Chcę tylko zwrócić ci to, co zostało ci odebrane podstępem! – zawołał głośno, a jego głos poniósł się echem.

W jaskini panowała cisza. Sir Maverick już chciał powtórzyć swoje wezwanie, tym razem podchodząc jeszcze bliżej, gdy wreszcie upiorny dźwięk, jakby ktoś przesuwał skórzany worek pełen mięsa po kamieniach, dobiegł z wnętrza jaskini. Towarzyszył mu gniewny syk oraz głuche dudnienie cielska i łap manewrujących po ciasnych korytarzach.

Kto śmie? Kto śmie? Zniszczę! Zniszczę!

Z jaskini wychylił się przerażający pysk smoka. Cały pokryty łuską w kolorze zakrzepłej krwi, z przerażającymi zębami ociekającymi oleistą śliną i z żółtymi ślepiami rozszerzonymi nienawiścią. A jednak oczy te przybrały wyjątkowo ludzki wyraz zaskoczenia i ulgi, gdy spoczęły na dziewczynce.

Smok zaczął się zmieniać. Jego forma kurczyła się i wykrzywiała, pulsując mdłym światłem. Sir Maverick odwrócił wzrok, gdyż ludzki umysł i ograniczone zmysły nie mogły sobie poradzić z takim widokiem. Gdy rycerz ponownie uniósł wzrok, miał przed sobą niemal dwumetrową kobietę o rudych włosach i złotych oczach. Z jej pleców wyrastały potężne skrzydła i długi ogon. Jej skóra, którą porastała delikatna łuska, miała czerwonawy odcień. Mimo wzbudzającego strach wyglądu, wcale nie wydawała się przerażająca, gdy ze śmiechem pochyliła się, rozkładając ręce, by pochwycił w ramiona biegnącą w jej kierunku dziewczynkę.

Anua

Mama!

Rycerz dał im chwilę dla siebie. Uśmiechał się z zadowoleniem, widząc zjednoczoną rodzinę. Smoczyca wyściskała i wycałowała swoje dziecko. W końcu przypomniała sobie o obecności człowieka. Postawiła dziewczynkę na ziemi i kazała jej poczekać w jaskini. Anua pomachała rycerzowi na pożegnanie, po czym pobiegła lekko do domu. Pochłonęła ją znajoma, chłodna ciemność.

Dziękuję, człowieku. Jestem Adeen. Pragnę poznać imię obrońcy mojej córki, sprawiedliwego wśród ludzkiej niegodziwości.

Nazywam się Manwe, choć ludzie mówią na mnie częściej Sir Maverick. Król Ever wezwał mnie, bym rozwiązał jego problemy ze smokiem. Niech cię to jednak nie niepokoi, dziecię Tiamat. Jestem Ćmą. Choć ludzie myślą, że po prostu zabijamy potwory, wcale tak nie jest. Nie jesteśmy zabójcami do wynajęcia, bezmyślnymi siepaczami bez oczu i uszu. My bronimy słabszych i wymierzamy sprawiedliwość. Tutaj, to nie ty zawiniłaś. Z mojej strony nie spotka cię krzywda.

Smoczyca przekrzywiła lekko głowę, analizując te słowa. Wahała się przez chwilę, jakby nie mogąc się zdecydować czy faktycznie powinna uwierzyć rycerzowi. W końcu jednak potaknęła na znak aprobaty i podzięki.

Gdzie znalazłaś Anuę, Manwe? Szukałam jej przez wiele dni wśród wiosek, lecz była skryta przed moimi oczami.

To nie wieśniacy ją zabrali. To był król. Jeśli dobrze rozumiem, dowiedział się jakoś, że smoczęcie bawi się z ludźmi z pobliskiej wioski i nakazał ją porwać. Jego ludzie trzymali Anuę w klatce, w środku lasu. Chyba próbowali zmusić ją do przemiany w pełną formę smoka, mimo że jest na to stanowczo za młoda. Udało im się, przynajmniej na chwilę. Wszyscy zginęli od pazurów. –Informacja o śmierci prześladowców nie uciszyła gniewu smoczycy. Sir Maverick, widząc to, pospieszył się z resztą wyjaśnieniń. – Ever kazał porwać twoje dziecko, by sprowokować cię do działania. Wiedział, że będziesz szukać Anuy wytrwale i bez litości. Dzięki temu mógł sprowadzić Ćmę i pokazać, jakim zagrożeniem jesteś.

Smoczyca zaklęła. Żaden inny język nie nadawał się tak dobrze do wyrażania gróźb, jak język smoków pełen twardych dźwięków przedwiecznej nienawiści.

Od kilku tygodni przychodziło tu mnóstwo wojowników, którzy mnie nękali. To król musiał ich do tego nakłonić. Chciał położyć łapę na moim złocie, a gdy nie udało mu się własnymi siłami, zabrał Anuę i wezwał zabójcę.

Sir Maverick skinął głową. Sam doszedł wcześniej do podobnych wniosków. Miał dużo czasu na myślenie podczas podróży. Zaowocowało to planem.  

Adeen, chciałbym cię o coś prosić.

 

* * *

 

Sir Maverick stanął na krawędzi zbocza. Spojrzał w niebo, ustalając pozycję słońca, po czym spuścił wzrok na las w dole. Choć ich nie widział, był pewien, że czeka tam cierpliwie piątka wojów. Uniósł tarczę nad głowę, którą wypolerował na błysk, i odbił światło słoneczne. Powtarzał tę czynność przez kilka minut, robiąc krótkie pauzy. O ile nagle nie oślepli, wojowie musieli odebrać wiadomość. Teraz pozostawało tylko czekać.

Wdrapanie się na górę zajęło im pół godziny więcej, niż Sir Maverickowi wcześniej. Kiedy wreszcie znaleźli się na szczycie, rycerz podniósł się ciężko z ziemi. Słaniał się na nogach, wyraźnie wyczerpany walką.

– Smok nie żyje? – upewnił się jeden z wojów.

– Nie żyje. Nie było łatwo, ale ubiłem bestię. Najlepiej zadać cios z zaskoczenia, kiedy najmniej się tego spodziewa. Truchło jest w jaskini. Chodźcie, pomożecie mi wynieść głowę, nie mam już siły.

Sir Maverick obrócił się do nich plecami, ruszając przodem. Choć tego nie widział, to mógł założyć się, że wojowie wymienili między sobą spojrzenia. Aż nazbyt dobrze słyszał za to dźwięk pięciu mieczy wyjmowanych z pochew.

W środku jaskini rozbłysła iskra. W tym samym momencie Sir Maverick padł na ziemię i przeturlał się na bok, kryjąc się za głazem przy wejściu do jamy.

Fala smoczego ognia pochłonęła zaskoczonych wojów. Ich krzyki nie trwały długo, stłumione przez zabójczy żar. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stali wojownicy, teraz zostało niewiele więcej niż popiół i jakieś żałosne resztki stopionego metalu.

Sir Maverick dziarsko podniósł się na nogi, ocierając twarz. Spocił się od tego żaru.

Z jaskini wymaszerowała smoczyca, teraz już w swojej humanoidalnej formie, podziwiając z satysfakcją efekt działania swoich płuc. 

 – Tak, jak przewidziałaś, Manwe. Ci tchórze czekali aż mnie zabijesz, by potem zgładzić ciebie, gdy będziesz osłabiona walką. Później na pewno zabraliby złoto i zawieźli do chciwego króla. Cały czas o to im chodziło. Ever pozbyłby się mnie, nie musiał płacić tobie, a jeszcze dostałby więcej złota, niż kiedykolwiek widział na oczy. Nie ma już honoru wśród mężczyzn.

Sir Maverick, Manwe, przytaknęła smoczycy. 

Świata nie naprawimy. Ale nie jesteśmy bezsilne.  

 

* * *

 

Sir Maverick ruszył w podróż powrotną do Reeny. Jadąc samemu, mógł narzucić szybsze tempo i błyskawicznie powrócił do stolicy. Również tym razem nie musiał się przedstawiać – strażnicy przepuszczali go bez żadnych ceregieli. Dojechał tak aż na dziedziniec zamku, gdzie znów przywitał go znajomy służący. Był w wyraźnym szoku, że Ćma powróciła bez głowy smoka i bez obstawy. No i że w ogóle powróciła.

Sir Maverick nie tracił na niego czasu. Zażądał natychmiastowej audiencji z królem i ta została mu niezwłocznie udzielona.

– Sir Maverick! Jakie wieści przynosisz? – zapytał Ever Trzeci, gdy rycerz stanął dumnie przed tronem. Monarcha pocił się pod koroną i płaszczem z gronostajów, wijąc się nerwowo jak piskorz.

– Przynoszę dobre i złe wieści, królu. Niestety twoich dzielnych wojów spotkała śmierć w smoczych płomieniach, gdyż zlekceważyli honor wojowników. Nie cierpieli jednak, więc jest to jakieś pocieszenie. – Zawiesił na chwilę głos, by dać słuchaczom czas na domyślenie się przebiegu wydarzeń. – Z dobrych wieści za to, jestem rad donieść, że udało mi się odprowadzić zagubione smoczęcie do matki. Smoczyca nie będzie już więcej nawiedzać i niszczyć twoich włości, o ile nikt znów jej nie zagrozi.  

Król aż pochylił się do przodu, zaciskając ręce na podłokietnikach. Żyła na jego czole pulsowała gniewnie, grożąc wybuchem. Choć był wstrząśnięty odkryciami rycerza, przede wszystkim odczuwał teraz złość.

– Czyli smok żyje?

– Tak. Wprawdzie obiecałem, że pozbawię go życia, ale nie było to konieczne. Efekt jest taki sam: wyeliminowałem zagrożenie. Należą mi się te cztery worki złota w ramach zapłaty.

Ever spojrzał na Ćmę z mieszaniną nienawiści i pogardy.

– Nie dostaniesz nawet złamanego grosza! Wynoś się! Straż!

– Na twoim miejscu, nie robiłbym tego – odparł spokojnie Sir Maverick. Spokój ten był na tyle niepokojący, że król uniósł dłoń, powstrzymując strażników przez dobyciem broni.

– A to dlaczego? Nie boję się ciebie, ani tych twoich bezużytecznych Ciem.

– Twój wybór. Ale to nie mnie powinieneś się bać. Jeśli nie wyjdę stąd za piętnaście minut z czterema workami złota, smok, który krąży teraz nad twoim pałacem, wypali go do gołej ziemi.

W sali zapadła pełna niedowierzania cisza. Król myślał przez chwilę, jakby oceniając prawdziwość tej buńczucznej groźby. W końcu przywołał młodego służącego i szepnął mu coś na ucho. Paź natychmiast wybiegł na zewnątrz tak szybko, że prawie zgubił swoją czapkę z piórem. Powrócił po niecałych trzydziestu sekundach, blady jak ściana. Kiwnął tylko głową w kierunku władcy, zbyt przerażony, by wydobyć z siebie głos. 

Król zapadł się na tronie, jakby uszło z niego powietrze. Widać było po jego minie, że się poddał. Zawołał donośnie, by służący natychmiast przynieśli cztery worki złota, ale to migiem.

– Dobra decyzja, królu – stwierdził Sir Maverick. Nie chełpił się sukcesem, choć był wyraźnie zadowolony z obrotu sytuacji. – Wierzę, że to tylko początek twoich dobrych rządów. Bo wiedz, że smok będzie czuwał. Jeśli znów coś stanie się smoczęciu, twój pałac zamieni się w popiół. Jeśli znów będą go dręczyć wojownicy, twój pałac zamieni się w popiół. Jeśli wieśniacy zaczną skarżyć się na okrutne podatki lub niesprawiedliwość, twój pałac zamieni się w popiół. Smok obiecał bowiem znów być przyjacielem ludu i naprawić szkody, które wyrządził w swoim bólu, gdy szukał dziecka. 

Nie pozostało już nic więcej do dodania. Gdy przyniesiono zapłatę, Sir Maverick bez wysiłku podniósł cztery worki złota, zarzucił je sobie na ramię i wymaszerował z sali. Na dziedzińcu przytroczył nagrodę do siodła i ruszył niespiesznie w drogę. Zadarł głowę do góry. Uśmiechnął się.

Oglądał się przez ramię co jakiś czas, wciąż widząc sylwetkę wielkiego smoka latającego wysoko nad zamkiem, poza zasięgiem strzał i katapult. Uznali wcześniej, że Adeen przypilnuje stolicy przez jakiś czas, na wypadek gdyby król wpadł na jakiś głupi pomysł, na przykład wysłania żołnierzy w pogoń za Ćmą. Smok opuścił swój posterunek dopiero kilka godzin później. Nim wrócił na swą górę, zboczył trochę z trasy, aby przelecieć nad gościńcem, którym poruszał się rycerz.

 Słysząc szum skrzydeł, Manwe uniosła głowę. Na grzbiecie ogromnego smoka siedziała niewielka sylwetka roześmianej dziewczynki. Dziecko pomachało jej energicznie.

Papa, Manwe! Odwiedź nas jeszcze kiedyś!

Na pewno, Anuo! A za parę lat porozmawiamy o tym szkoleniu.

Smok prychnął z rozbawieniem i odleciał w kierunku Alawaaru. Manwe również powoli zmierzała w stronę domu, ciesząc się, że tym razem nie musiała splamić miecza krwią, by pomóc tym, którzy byli w potrzebie. Nigdy nie przelewać krwi niewinnych. To sprawa honoru.

Koniec

Komentarze

Świetne opowiadanie.Bardzo ciekawe nazwy,świetne pomysły.Super fabuła i doskonały motyw.Po prostu opowiadanie 10/10 <3 

Nie pozwolę aby Republika, która przetrwała tysiąc lat, rozpadła się na dwoje.

do zadań wielkiego kalibru.

kaliber w średniowieczu (bo to takie klimaty w opowiadaniu) to jakoś nie bardzo

u szczytu schodów prowadzących, który

Dokąd te schody prowadziły? 

wzrostu prawie metr dziewięćdziesiąt 

miara metryczna też do średniowiecza nie pasuje

okutego w lekką, lecz piekielnie wytrzymałą zbroję.

okuty oznacza obity metalem (metalowe elementy są do czegoś przybite) – więc raczej nie mógł być okuty w zbroję

Ponadto – rycerze nie podróżowali w zbrojach, to nie było ich codzienne odzienie – zbroje zakładali tylko do walki

Miecze czy rapiery?

Rycerze w zbrojach nie używali rapierów – te pojawiły się znacznie później

eklektycznej florze

???

 

To tylko przykłady usterek, które w tekście zdarzają się częściej. 

Co do pomysłu i fabuły – nie najgorsze, ale też nie powalają. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję za przeczytanie i opinie! Poprawiłam wyżej wymienione błędy, mam nadzieję, że teraz będzie się czytało lepiej.

Niby zwyczajne fantasy, ale pojawiają się interesujące twisty. Bardzo bajkowa opowieść. Sympatyczna.

Jeśli chodzi o usterki, znalazłam tylko quasi-powtórzenia.

Babska logika rządzi!

Ledwie przekroczył zwodzony most i wjechał na dziedziniec, a już usłużny służący niemal wyrywał mu z ręki lejce. Lejce służą do powożenia, jeździec trzyma wodze.

Świat jest taki quasi-średniowieczny, a w opowiadaniu występuje sporo brzmiących bardzo współcześnie słów, np.: nieprofesjonalne, negocjacje, transport, efektywny, analizując, priorytety.

Wątpię, żeby kompani Mavericka publicznie rzucali seksualne aluzje w stosunku do czteroletniej dziewczynki – takie rzeczy raczej nigdy nie były mile widziane.

Sir Maverick, wystawiając na śmierć rycerzy króla, których jedyną winą było słuchanie rozkazów władcy, wydał mi się okrutny i bezduszny. Jakoś niestety nie wzbudził mojej sympatii.

 

Ale czytało się dość przyjemnie.

Jest kilka udanych patentów. Może niezbyt oryginalnych, ale wpływających na przyjemność z lektury. Ot, choćby Ćmy. Trochę jak… wiedźmini ;)

 

Sama historia jednak nie porywa. Bohater(ka) też mało przekonująca. To co zrobiła może i było sprawiedliwe, ale co z wizerunkiem organizacji? Kto po czymś takim zatrudni kolejną ćmę? 

 

Tekst średni. Do przeczytania, choć bez przebłysków.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ćmy jak wiedźmini, dziewczatko i mamusia, niedobry zły, podróż, w której główna bohater odkrywa prawdę o niegodziwości – Lisica i “Sezon Burz”? Prawie ksero, w dodatku okraszone chyba całkiem serioznym, kobiecoszowinistycznoświń… pardonsik, wojującofeministycznym akcentem.

Ech.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka