- Opowiadanie: Monivrian - Droga ku upadkowi w ciemność

Droga ku upadkowi w ciemność

Postanowiłam też wepchnąć tu stare opowiadanie napisane prawie rok temu na pojedynek literacki na forum Mirriel, z którego niedawno odeszłam, bo zmarnowałam tam masę czasu.  Bardzo, bardzo klasyczne fantasy i serdecznie odradzam lektury tym osobom, które mają na coś takiego alergię.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Droga ku upadkowi w ciemność

Ogień powoli przygasał, odsłaniając zgliszcza. Sterta kamieni i tlące się słabym płomieniem drewniane belki były żałosną pozostałością z potężnego miasta Erkanorf. Po niegdyś niezdobytych murach nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Ozdobne wrota wykonane z mithrilu legły żałośnie na ruinie domostw elfów, drowów, krasnoludów, ludzi i morvalatów.

Na polu bitwy wokół ruin zalegały pokrwawione zwłoki. Strzaskane miecze, topory i włócznie bezwładnie walały się po nasiąkniętej krwią błotnistej ziemi. Złamany sztandar ściskany w dłoni martwego drowa ponuro powiewał na wietrze. Na ciemnym, zachmurzonym niebie krążyło stado kraczących złowieszczo kruków. Kilka z nich wylądowało przy zwłokach i zaczęły wydziobywać im oczy, palce u rąk i nóg oraz języki.

Monirsail ostrożnie obeszła pole bitwy, przyglądając się zastygłym w cierpieniu twarzom poległych. Czuła strach przemieszany z gniewem, bezsilnie zacisnęła ręce w pięści. Zniszczenie Erkanorfu i masakra wszystkich mieszkańców mocno nią wstrząsnęły. Mężczyźni i kobiety leżeli obok siebie oblepieni na wpół zaschniętą krwią. Dało się również dostrzec ciała dzieci leżące obok swych matek i ojców. Dziewczyna zatrzymała się nad ciałem około trzyletniego elfiątka, któremu ktoś bestialsko odrąbał ręce i nogi. Rany malca były bardzo rozległe i zdawało się, że torturowano go przed śmiercią. Wzrok Monirsail przykuło ogromne, otwarte rozcięcie na gardle i zrozumiała, że chłopiec umarł bardzo szybko, wykrwawiając się błyskawicznie. Wojowniczce zrobiło się słabo. Choć podczas toczącej się wojny zbyt dobrze zaznajomiła się z nieskrępowanym okrucieństwem i brakiem jakichkolwiek zahamowań moralnych, nadal nie potrafiła zaakceptować krzywdzenia niewinnych. Zwłaszcza dzieci. Do oczu napłynęły jej łzy.

Nawet dzieci nie oszczędzili, stwierdziła z bólem. Co takiego zrobił ten chłopiec, że otrzymał tak okrutną śmierć?

Westchnęła głęboko, ocierając z oczu łzy wierzchem dłoni, i powoli odwróciła się w stronę stojących nieopodal żołnierzy i magów. Elfy, krasnoludy, morvalaci i ludzie patrzyli z przygnębieniem na pobojowisko i ruiny miasta. W oczach wielu z nich dało się dostrzec łzy żalu i nienawiści do sprawców rzezi Erkanorfczyków.

– Spóźniliśmy się – powiedział cicho siwobrody krasnolud odziany w złotą zbroję wzmacnianą mithrilem. – Zawiedliśmy naszych braci.

Monirsail podeszła do generała krasnoludów i położyła mu dłoń na ramieniu, chcąc go pocieszyć. Jej piękna twarz w tym momencie była śmiertelnie poważna.

– Nie czas na rozpacz, Fertarze – powiedziała cicho. Ton głosu wojowniczki na pozór był spokojny, lecz w niebieskich oczach czaił się ból i gniew. – Przysięgam ci, że nie odpuszczę Armii Ciemności i jej władcy Voltignezowi tej zbrodni. Dosięgnie go nasza zemsta, tylko musimy być silni.

– Norliendmorzy i ich poplecznicy. Oby spotkała ich powolna i bolesna śmierć – rzekł z pogardą wysoki morvalat w zwiewnej czarnej koszuli i skórzanych spodniach. Pasemko przystrzyżonych na krótko kruczoczarnych włosów zabarwił na krwisty szkarłat. – Będę ci przypominać o tej przysiędze na każdym kroku, Monirsail…

Dziewczyna skinęła nieznacznie głową. Jej myśli zaprzątały już inne sprawy.

– Gdzie jest arcymag? – spytała cicho. – Pragnę z nim pomówić.

– Jest w obozie za ruinami – odpowiedział morvalat, wzruszając ramionami, jakby ta wiedza była oczywistością. – Mogę cię do niego zaprowadzić, jeśli sobie tego życzysz…

– Zatem dobrze, Deringorze, zaprowadź mnie.

Wojownik skłonił się lekko przed dziewczyną, po czym pierwszy ruszył w stronę widocznych w oddali namiotów. Monirsail udała się za nim, czując ulgę z opuszczenia pola bitwy i ruin Erkanorfu. Teraz pozostało tylko wyprawienie tym nieszczęśnikom godnego pogrzebu. Właściwie tylko tyle mogli dla nich zrobić. Oczywiście, poza zemstą na Legionach Ciemności. Zapewne każdy żołnierz, który miał w Erkanorfie rodzinę, nie myślał o żałobie, lecz o pomście.

Na żałobę przyjdzie czas, gdy siły Voltigneza zostaną starte z powierzchni Norkaterii, pomyślała z ciężkim sercem.

Minęli już pierwsze szaro-czerwone namioty należące do żołnierzy. W obozie panowała ciężka atmosfera. Nieliczni morvalaci, krasnoludy i elfy, którzy pozostali w obozie, snuli się ponuro między pawilonami. Byli przybici świadomością, że nie zdążyli przybyć Erkanorfowi z pomocą na czas. Wojna z Władcą Ciemności Voltignezem trwała już od trzech lat i zdawało się, że upadek zjednoczonego miasta elfów, krasnoludów, ludzi i morvalatów był jedną z największych ran zadaną sprzymierzonym. Monirsail wiedziała, że wielu z nich nie pozbiera się długo po tym, nad wyraz bolesnym, ciosie.

Umiejscowiony w samym centrum obozu purpurowo-złoty namiot, należący do arcymaga, majaczył w oddali. Deringor w milczeniu skierował się tam. Szedł tak szybko, że Monirsail miała problemy z nadążeniem. Kątem oka dostrzegła ponury, smutny wyraz na twarzy morvalata. Kurczowo zaciskał palce na rękojeści miecza, wiszącego u pasa. Wojownik zdawał się bardziej przybity zniszczeniem Erkanorfu niż którykolwiek z pozostałych morvalatów.

Deringor spojrzał przelotnie na Monirsail.

– Gdybyśmy przybyli na czas, zdołalibyśmy ocalić miasto i przepędzić wrogą armię, powodując przy okazji dotkliwe straty – odezwał się. W jego głosie pobrzmiewał ból przemieszany z gniewem. – Zawiodłem jako dowódca.

– Rozmyślanie nad przeszłością nie ma sensu – stwierdziła sucho dziewczyna. – Tylko spotęguje ból i rozpacz. Poza tym i tak niewiele mógłbyś zrobić, zanim zostałbyś przebity mieczem albo włócznią. Przecież nie masz żadnego pancerza, nawet kolczugi z mithrilu.

Twarz morvalata rozjaśnił przyjemny, rozbawiony uśmiech.

– Monirsail, chyba zapomniałaś, że my, morvalaci mamy skórę twardą niczym łuski smoka i byle jaki miecz czy włócznia nie uczyni nam żadnej krzywdy. Nikt z mego ludu nie nosi zbroi, bo uważamy ją za niepraktyczną. Krępują ruchy, a hełmy ograniczają widoczność – wyjaśnił spokojnie. – Jednakże doceniam, że się o mnie martwisz. Kiedy uporamy się z pochówkiem zabitych, będę musiał przekazać do Norgverantu wiadomość o utracie Erkanorfu. Morgtivalda bardzo zmartwi ta wiadomość. Namiestnik Erkanorfu był bliskim przyjacielem mego władcy.

Monirsail opuściła ze smutkiem głowę.

– Każdy miał tam kogoś bliskiego.

Po tych słowach między dziewczyną a morvalatem zapadła długa, krępująca cisza, która towarzyszyła im aż do wejścia do namiotu arcymaga. Deringor odgarnął płachtę, wpuszczając wojowniczkę przodem. Monirsail zatrzymała się w progu i spojrzała jeszcze na morvalata.

– Zaczekam na ciebie tak długo jak to będzie koniecznie – powiedział Deringor. – Mam nadzieję, że Argwerios będzie miał czas, by z tobą mówić.

Monirsail uśmiechnęła się chytrze.

– Nie ma wyboru. Kiedyś ocaliłam arcymagowi życie, więc teraz on musi mnie wysłuchać.

Po tych słowa weszła do środka, zostawiając Deringora samego.

~*~

Wyczerpany półnagi krasnolud zachwiał się, nie mogąc ustać na nogach i z pewnością upadłby, gdyby nie podtrzymali go strażnicy zakuci w czarne zbroje. Całe jego ciało pokrywały liczne długie, krwawiące rany, które pozostawiły po sobie brutalne uderzenia bicza. Brązową, długą brodę wojownika pozlepiała posoka. Twarz wykrzywił grymas ogromnego cierpienia; mocno zacisnął wargi, by nie krzyknąć.

Krasnolud popatrzył błagalnie na stojącą na środku pałacowego dziedzińca mroczną postać. Niski mężczyzna poddańczo skłonił głowę. Nie obchodziło go, że zgromadzeni na dziedzińcu generałowie legionów mroku patrzą na jego upokorzenie.

– Wybacz mi, panie – powiedział cichym, pełnym cierpienia głosem. – Popełniłem błąd. Proszę, lordzie Voltignezie, daj mi jeszcze jedną… ostatnią szansę…

Wysoki, dobrze zbudowany blady mężczyzna w lekkiej, czarnej zbroi popatrzył na umęczonego krasnoluda z wyższością i pogardą. Jego piękną, młodą twarz zdobił przepełniony okrucieństwem uśmiech. Rozpuszczone długie, srebrne włosy opadały mu na ramiona i plecy. Spod kosmyków dało się dostrzec szerokie, lekko spiczaste uszy z dwoma szpikulcami na bokach. Całą postać pana otulała czarna poświata.

Władca Ciemności pokręcił głową, uśmiechając się z politowaniem. Powoli zbliżył się do trzymanego przez strażników jeńca. Zakuci w stal ork i drow brutalnie pchnęli krasnoluda na klęczki, po czym szybko się cofnęli. Voltignez spokojnie zatrzymał się przed klęczącym we własnej krwi więźniem. Szkarłatne oczy zalśniły niebezpiecznie w półmroku.

– Zawiodłeś mnie, generale Morgwriku… – Zimny szept norliendmora wprawił poranione ciało sługi w drżenie. – Otrzymałeś banalne zadanie. Miałeś zdobyć Erkanorf i wziąć do niewoli kilku ważnych generałów elfów, ludzi, krasnoludów i morvalatów, bym mógł z nich wydobyć informacje o słabych punktach fortyfikacji stolic ich państw. Zlekceważyłeś ten drugi rozkaz i pozwoliłeś swej armii wyrżnąć całe miasto. Zdajesz sobie sprawę, jaka kara czeka cię za ten błąd?

Krasnolud odetchnął głęboko i zwilżył językiem opuchnięte wargi. Przez chwilę bał się odezwać. Doskonale wiedział, że zawiódł oczekiwania Voltigneza, ale nadal liczył na to, że okrutny władca norliendmorów okaże mu litość i pozwoli naprawić błąd. Morgwrik odetchnął głęboko i popatrzył na Władcę Ciemności.

– Zdaję sobie sprawę z konsekwencji. Zawiodłem, ale wiedz, że chciałem złapać tych cennych więźniów, jednakże moi żołnierze nie chcieli nawet słyszeć o pozostawieniu kogokolwiek przy życiu. Zbuntowali się i nie mogłem nad nimi zapanować…

– Jesteś słaby… – przerwał mu z pogardą Voltignez. Groźnie zmarszczył brwi, patrząc na sługę z góry spod przymrużonych powiek. – Nie potrafiłeś zapanować nad armią, którą ci powierzyłem… Dowodzi to, że zbyt lekko podjąłem decyzję o uczynieniu ciebie generałem moich legionów ciemności. Głupcze, liczysz na to, że puszczę ci płazem niekompetencję, to gorzko się zawiedziesz. Morgwriku, ja nie wybaczam…

Były krasnoludzki generał Armii Ciemności skulił się pod okrutnymi słowami swego lorda. Kurczowo wbił palce w błotnistej ziemi, drżały mu wargi.

– Panie, błagam, proszę o jeszcze jedną szansę… Przysięgam, że nie popełnię następnych błędów.

Norliendmor zaśmiał się byłemu generałowi w twarz. Jego smukłe palce pochwyciły twarz Morgwrika, przyciągając go bliżej bezlitosnych, szkarłatnych oczu. Krasnolud powoli spuścił wzrok, nie mogąc znieść okrutnego spojrzenia Voltigneza. Trząsł się ze strachu i bólu, jaki sprawiały mu zadane podczas tortur rany. Władca Ciemności uśmiechnął się łagodniej.

– Służyłeś mi bardzo wiernie przez te wszystkie lata, Morgwriku, byłeś dobrym generałem, choć nie najlepszym – powiedział głosem, w którym stal splatała się z jedwabiem. – Jednakże zawiodłeś, a ja nigdy nie daję drugiej szansy!

Z oblicza krasnoluda odpłynął wszelki kolor, wargi zacisnęły się wąską kreskę. Głos utknął mu w gardle. Odetchnął głęboko, wbił spojrzenie w nasiąkniętą krwią ziemię, pokornie przyjmując swój los. Bez żadnej walki, jakby w końcu zrozumiał, że musiał zapłacić krwią za błąd, który miał kosztować Mrocznego Lorda kolejne miesiące walk ze sprzymierzonymi.

Blade wargi Voltigneza wygięły się w okrutnym uśmiechu. Szczęknął wysuwany z pochwy miecz. Czarna klinga lśniła lekko w blasku zachodzącego słońca. Voltignez ściął dawnego generała jednym, szybkim uderzeniem. Odcięta głowa Morgwrika potoczyła się kilka centymetrów dalej. Krępe ciało upadło u stóp norliendmora. Władca Ciemności patrzył na zwłoki bez żadnych emocji. Szkarłatne oczy zalśniły zimnym blaskiem, gdy Voltignez odwrócił się na pięcie. Rozejrzał się po pobladłych twarzach generałów jego mrocznej armii, którzy byli świadkami egzekucji. Tylko jeden mroczny elf i norliendmor patrzyli na swego pana bez strachu, wyłącznie z oddaniem i szacunkiem. Władca Ciemności uśmiechnął się pogardliwie i z politowaniem na widok malującego się na obliczach wojowników strachu. 

– Niech to będzie przestroga dla każdego z was. Nawet nie próbujcie popełnić błędów Morgwrika. Za każdą klęskę będę karał bezlitośnie – powiedział cicho Władca Mroku. – Zapamiętajcie to sobie i postarajcie się mnie nie zawieść. – Po tych słowach zbliżył się do stojącego obok drowa, norliendmora, którego podobnie jak Voltigneza otulała czarna poświata, co było nieodłączną cechą tej okrutnej, starożytnej rasy. – Gratuluję ci, Relionie, od dzisiaj stajesz się najwyższym generałem naszej armii.

Twarz złotowłosego norliendmora rozjaśnił szeroki uśmiech, jakby ta nominacja była spełnieniem wszystkich jego oczekiwań. Klęknął na jedno kolano i służalczo pochylił głowę.

– To jest najwspanialszy zaszczyt, jaki mnie w życiu spotkał, lordzie – rzekł Relion. – Przysięgam, że nie pożałujesz tej decyzji. Nie zawiodę cię. – W jego słowach zabrzmiał fałsz, którego Władca Ciemności nie zauważył albo prostu udawał, że wszystko jest w porządku.

– Na to liczę, Relionie. – W głosie Voltigneza zadźwięczała stal. – Wiesz, co cię czeka, jeżeli zawiedziesz.

– Oczywiście i zrobię wszystko, by cię zadowolić. Nie spodziewałem się tej nominacji, ale poczyniłem kilka przygotowań do następnych naszych kroków w tej wojnie. Wysłałem do Erkanorfu trzech swoich ludzi, by obserwowali teren i donosili nam o wszystkim, co się dzieje w ruinach po ich opuszczeniu przez naszą armię. Podejrzewam, że zjawi się tam oddział sprzymierzonych, by obejrzeć to, co pozostało z ich wspaniałego miasta.

Władca Ciemności uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem

– Jeśli dowiesz się od swoich szpiegów czegokolwiek ważnego, natychmiast przekaż mi wszystko – polecił Voltignez. – Chcę wiedzieć o ruchach sprzymierzonych na terenie ruin Erkanorfu. Możecie odjeść.

Relion w milczeniu skinął głową, przyjmując rozkazy swojego pana, po czym wstał i odszedł. Wkrótce zniknął w tłumie zgromadzonych na dziedzińcu sług ciemności.

~*~

Wnętrze tymczasowej siedziby arcymaga zostało urządzone ze smakiem i z licznymi wygodami, jak na obozowe warunki. Jednak miłe wrażenie psuł, zagracony licznymi księgami zaklęć i starymi woluminami, ogromny stół stojący w dalekim rogu namiotu. Po lewej stronie blatu zasiadał Argwerios pochylony nad jakimś starym, podniszczonym zwojem. Długie, popielate włosy związał w prosty kucyk, by nie przeszkadzały mu w lekturze. Spod kosmyków dało się dostrzec spiczaste zakończenie uszów mężczyzny.

– Arcymagu – odezwała się cicho dziewczyna. – Musimy pomówić. To ważne.

 Czarodziej powoli uniósł głowę znad zwoju. Piękną twarz elfa szpeciła ogromna brunatna blizna sięgająca od prawej strony czoła aż do podbródka. Owe oszpecenie było pamiątką z dnia, w którym zaatakował go drow na usługach mroku, podczas rzucania skomplikowanego, wymagającego długiej koncentracji i wielkiego pokładu mocy, zaklęcia. To właśnie wtedy Monirsail ocaliła Argweriosowi życie. Zginąłby, gdyby w ostatniej chwili nie odciągnęła napastnika, który już unosił nad nim miecz do ostatecznego ciosu. Później okazało się, że ostrze, którym zadano magowi ranę było przeklęte i nawet najsilniejsza magia lecznicza morvalatów nie zdołała usunąć blizny na twarzy elfa wysokiego rodu.

Arcymag wygiął w uśmiechu wargi na widok wojowniczki.

– Witaj, Monirsail – powiedział cicho. – Usiądź. Tak się składa, że również muszę ci powiedzieć coś ważnego. To może mieć wielkie znaczenie dla losów tej wojny.

Wojowniczka początkowo milczała. Kilka kosmyków długich, ciemnobrązowych włosów opadły na jej policzki, drażniąc oczy i nos. Monirsail odgarnęła je za ucho drżącymi od tłumionej wściekłości i rozpaczy, dłońmi. Wspomnienia zgliszczy Erkanorfu i rzezi mieszkańców były jeszcze zbyt świeże w umyśle wojowniczki. Bolesne. Była pewna, że obraz brutalnie zamordowanego elfiego chłopczyka będzie ją prześladować w sennym koszmarach. Niespiesznie podeszła do stołu i usiadła na krześle tuż obok arcymaga.

– Mam nadzieję, że to jest naprawdę ważne. Musimy pochować ofiary legionów ciemności! – Dziewczyna zmierzyła elfa wysokiego rodu twardym, gniewnym spojrzeniem niebieskich oczu. – Dotarliśmy za późno, ale ty się tym nie przejmujesz, magu! Wolisz siedzieć spokojnie w swoim namiocie i studiować jakiś stary zwój. Deringor i inni przywódcy sprzymierzonych wielokrotnie przychodzili do ciebie prosić o jakąkolwiek radę, ale ty odprawiłeś ich bez słowa wyjaśnienia!

– Monirsail, wiem, że masz do mnie żal, ale musisz wiedzieć, że bezczynne rozważania nad przeszłością nic nie zmienią. Erkanorf już straciliśmy, ale wciąż możemy ocalić całą resztę. Odkryłem właśnie starożytny, magiczny artefakt, który może nam pomóc wygrać tę wojnę. … – zaczął powoli Argwerios, lecz lodowate spojrzenie kobiety zamknęło mu usta.

– Erkanorf było ważną twierdzą dla sprzymierzonych, ale pozwoliłeś by została zdobyta. Zwłoki mieszkańców miasta leżą wokół ruin, większość ciał została pocięta na kawałki. Może jakbyś ujrzał pole bitwy, ruszyłoby cię sumienie! Nie potrzebujemy żadnego artefaktu, tylko silnych sprzymierzeńców, którzy mogliby wesprzeć nas swoją siłą i mądrością. Gdybyś udzielił armii niezbędnej pomocy, dotarlibyśmy do miasta na czas, zdołalibyśmy jeszcze kogoś uratować. Może udałoby się również zadać kilka bolesnych strat armii Voltigneza?! – Niemal wykrzyczała mu w twarz to pytanie. Jej głos drżał, załamywał się. Bezsilnie uderzyła w blat stołu tuż obok rozwiniętego zwoju, czując jak pulsujący ból przyjemnie rozlewa się wzdłuż jej ramienia i barku. Zmrużyła oczy, próbując odgonić niechciane łzy.

Między nią a arcymagiem zapadła głucha cisza. Powietrze wewnątrz namiotu zdawało się ciężkie od tłumionej z trudem wściekłości wojowniczki. Argwerios zacisnął wargi w wąską kreskę. Choć bezczelne słowa dziewczyny mocno w niego uderzyły, nie czuł wobec niej żadnego gniewu. Jedynie współczucie. Doskonale wiedział, że widok straszliwego dzieła okrucieństwa legionów ciemności załamałby każdego, nawet najsilniejszego wojownika. Nie winił jej za okazaną chwilę słabości. Położył rękę na dłoni roztrzęsionej kobiety, ściskając ją delikatnie i przyjacielsko. Monirsail odetchnęła głęboko i spojrzała na maga spokojniejszym wzrokiem.

– Rozumiem twój gniew i żal – powiedział łagodnie. – Straciliśmy Erkanorf, ale możemy ocalić całą resztę i przy okazji pomścić zabitych. Niedawno odczytałem stary zwój, który pozostawił po sobie starożytny szczep elfów. Jest tam mowa o starym, potężnym magicznym artefakcie.

– Cóż to za artefakt? – spytała Monirsail bez żadnego przekonania, choć ton jej głosu złagodniał. – I jak to może nam pomóc w zakończeniu wojny?

Argwerios w odpowiedzi przysunął do wojowniczki podniszczony, zżółkły pergamin, który wcześniej czytał. Monirsail spojrzała z niesmakiem na zawiłe, starannie zapisane litery układające się w słowa i zdania w języku elfów. Wyraźna rycina długiego miecza o czarnej klindze, którego rękojeść zdobił ogromny, krwawoczerwony rubin wyraźnie odcinała się od reszty tekstu. Dotknęła delikatnie ryciny uważając, by nie uszkodzić starego manuskryptu i ponownie spojrzała na arcymaga.

– Ten stary potężny artefakt to ten miecz? – spytała z niepewnością w głosie.

– Zgadza się – odparł Argwerios. – Ten artefakt to legendarne Czarne Ostrze Światła i Ciemności. Najpotężniejsza magiczna broń, jaka istnieje w Norkaterii. Mając tę broń z łatwością pokonalibyśmy Voltigneza i jego legiony, jednakże istnieje pewne ryzyko.

Monirsail popatrzyła na elfa wysokiego rodu podejrzliwie. Zmarszczyła brwi.

– Jakie ryzyko?

– Ostrze może nam pomóc, ale gdyby nasz wróg przejął je przed nami, bezpowrotnie stracilibyśmy szansę na zwycięstwo. Zostalibyśmy pogrążeni na zawsze w wiecznych ciemnościach.

Monirsail westchnęła głęboko, wbijając ponownie wzrok w rycinę przedstawiającą Czarne Ostrze Światła i Ciemności. Nie wiedziała, co w tej chwili rzec. Z jednej strony była pod wrażeniem odkrycia arcymaga, lecz z drugiej strony bała się, że ów magiczny miecz mógł bardziej zaszkodzić niż pomóc. Po krótkiej chwili milczenia zapytała:

– Czy powiedziałeś o tym mieczu komuś jeszcze czy zdradziłeś to tylko mnie?

– Wiemy o tym artefakcie tylko ty i ja, Monirsail i lepiej niech tak na razie pozostanie. Wcześniej nie ufałem kompletnie nikomu, lecz, kiedy uratowałaś mi życie, stałaś się jedyną osobą, do której mam zaufanie. Ostrze jest ukryte w opuszczonej cytadeli trzy dni drogi stąd. Chciałbym, żebyś pomogła mi je odszukać.

– Doceniam to, że chcesz mi powierzyć tak ważną misję, arcymagu, ale Deringor jest również godny zaufania. Przydałaby się nam jego pomoc, jeżeli naprawdę chcemy odnaleźć ten miecz.

Argwerios zmrużył oczy w głębokim zastanowieniu. Po chwili odetchnął głęboko i już chciał odpowiedzieć, gdy nagle na zewnątrz rozległy się odgłosy szarpaniny i szczęk spotykających się ze sobą mieczy. Zaniepokojona Monirsail zerwała się z miejsca. Podejrzewała, że ktoś lub coś zaatakowało czekającego na nią morvalata.

– Sprawdzę, co się tam dzieje – zadecydowała. – Deringor ma chyba jakieś kłopoty i powinnam mu pomóc.

Jednakże nim dziewczyna wykonała jakikolwiek krok, wszelkie odgłosy walki ucichły. Do namiotu wkroczył Deringor w towarzystwie młodego pół-drowa, pół-morvalata o popielatych włosach. Brutalnie trzymali przed sobą dwóch więźniów w czarnych szatach. Nie było widać ich twarzy, gdyż naciągnęli na nie kaptury.

– Szpiedzy! – wysyczał z pogardą Deringor i pchnął jeńców na klęczki. – Kręcili się pod namiotem już od półgodziny i podsłuchiwali, o czym rozprawiałaś z arcymagiem, Monirsail.

Argwerios zmarszczył brwi. Wstał z siedziska i podszedł szybkim krokiem do klęczących jeńców. Bez ostrzeżenia złapał wyższego z nich za gardło. Przyciągnął go bliżej do swej twarzy, zmuszając zakapturzonego mężczyznę, by patrzył mu w oczy.

– Co słyszałeś? – zapytał elf złowrogim szeptem. – Mów, a zginiesz lekką śmiercią!

Nieznajomy zaśmiał się magowi prosto w twarz. Kaptur zsunął się z jego głowy, odsłaniając szczupłą hebanową twarz i gęste białe włosy przylegające do policzków. Spod pozlepianych potem kosmyków wystawały spiczaste uszy. Czerwone oczy zalśniły gniewnie. Mroczny elf splunął Argweriosowi w twarz i spróbował wyszarpnąć się ze stalowego uścisku. Arcymag ścisnął jego gardło mocniej. Drow znieruchomiał na chwilę.

– Za późno, potężny arcymagu – powiedział ochryple, wyginając wargi w jadowitym uśmieszku. – Wiadomość o artefakcie z pewnością już jest u naszego pana. Odszuka go przed wami i nareszcie zakończy wojnę. Wasze ukochane miasta zostaną starte w pył!

Po tych słowach drow wyciągnął zza pazuchy fiolkę z jakimś błękitnym płynem. Nim arcymag zdołał zareagować, włożył ją do ust i rozgryzł. Po chwili bezwładnie padł na ziemię, gdy zdumiony Argwerios wypuścił go z ręki.

Monirsailtar spojrzała na ciało z niesmakiem i pokręciła głową. Zacmokała ustami.

– Nic już z tego drowa nie wyciągniemy – powiedziała cicho. – Zażył bardzo silną truciznę. Właściwie już jest po nim. Trzeba wziąć się za przesłuchanie drugiego… – Nagle zesztywniała, wpatrując się na drugiego z jeńców. Momentalnie pobladła i przygryzła dolną wargę. – To nie jest zwyczajny szpieg. To norliendmor!

Zapadła głucha, złowroga cisza.

Twarz Deringora momentalnie poszarzała. Na skórze pojawiły się perliste kropelki potu. Brutalnie zacisnął rękę na ramieniu drugiego z jeńców. Szpieg zesztywniał niczym struna i począł jęczeć z bólu, bezsilnie próbując się oswobodzić. Morvalat uśmiechnął się blado, widząc czarną poświatę otulającą jego postać. Zerwał jej z głowy kaptur szybkim ruchem. Monirsail i Argwerios ujrzeli wykrzywioną w grymasie cierpienia i pogardy, kredowo-białą twarz norliendmora otoczoną pozlepianymi kosmykami krótkich rdzawo-czerwonych włosów. Wbił nienawistne spojrzenie żółtych oczu w dziewczynę.

Monirsail poczuła paraliżujący strach, dojmującą bezsilność i jakąś przedziwną uległość. Coś w umyśle nakazywało jej uklęknąć, poddać się. Kolana ugięły się bez udziału woli i dziewczyna zachwiała się, rozpaczliwie próbując pozostać na równych nogach. W następnej chwili ciało i umysł wypełnił tak straszliwy ból, jakiego jeszcze nigdy nie zaznała. Sztylety wykute z lodu przeszywały każdy milimetr skóry i barier chroniących świadomość wojowniczki. Jej oczy się zwęziły. Usłyszała swój własny przeraźliwy krzyk. Rozdarte od wrzasku gardło raz po raz odzywało się bólem. Zamknęła oczy. W tym momencie rozpaczliwie zapragnęła, by to się skończyło, nawet, jeśli miałoby to oznaczać jej śmierć.

Niespodziewanie usłyszała krzyk norliendmora dochodzący do jej uszu, jakby z odległej dali. Kiedy tylko jego ostatnie echa przebrzmiały, nagle wszystko ustało. Kiedy otworzyła oczy, uświadomiła sobie, że leży na ziemi, a nad nią pochylali się zaniepokojeni Deringor i Argwerios.

– Wszystko w porządku, Monirsail? – spytał morvalat z troską w głosie, dotykając jej czoła, które było mokre od potu. – Jesteś lodowata…

– Nie przejmuj się, Deringorze, chyba jestem cała – wymamrotała słabym głosem. – Co się właściwie stało?

– Zaatakował cię! – Arcymag pogardliwie wskazał brodą na norliendmora leżącego z poderżniętym gardłem u stóp pół-drowa, pół-morvalata. – Ci dranie potrafią zranić samym spojrzeniem i siłą woli. Ten szpieg był bardzo zdesperowany, skoro zdecydował się na ten krok. Wolał umrzeć niż cokolwiek nam powiedzieć. Masz szczęście, dziewczyno, że nie chciał opanować twojego umysłu. Gdyby tak się stało, nie zdołałabyś się obronić. Nawet silni morvalaci mają problem w oparciu się urokowi norliendmorów.

Dziewczyna mimowolnie zadrżała.

– Dobrze, że skończyło się tylko na bólu – wyszeptała drżącym głosem. – Szkoda, że musieliście zabić go z mojego powodu. Niczego się nie dowiem od tych dwóch trupów.

– Oni nie wiedzieli niczego ważnego – powiedział cicho pół-drow, pół-morvalat. Jego głos był tak zimny i bezlitosny, że ciarki przeszły po plecach Monirsail. – Zdążyłem przejrzeć ich umysły. To były płotki i od początku nieprzyjaciel liczył się z ich utratą. Żałuję tylko, że jeden z nich zdołał się nam wymknąć. Pewnie za niedługo zdradzi wszystko Voltignezowi.

– Wiemy tylko, że podsłuchali rozmowę arcymaga i Monirsail na temat jakiegoś starego, magicznego artefaktu, Gvenmarze – rzekł Deringor. Odwrócił się w stronę elfa wysokiego rodu i zmierzył go pełnym żalu spojrzeniem. – Dlaczego ukrywałeś przed nami informację o jego istnieniu, Argweriosie? Nie ufasz nawet władcom sprzymierzonych?

– Nie chciałem ryzykować, by ta informacja znalazła się w nieodpowiednich rękach – wyjaśnił spokojnie arcymag. – Ale jest już za późno. Władca Ciemności wkrótce dowie się o artefakcie, a nam pozostanie już tylko spróbować dotrzeć do Czarnego Ostrza Światła i Ciemności przed nim.

Monirsail ostrożnie podniosła się z ziemi.

– Ja już podjęłam decyzję, Argweriosie. Jestem gotowa ci towarzyszyć do tej starej twierdzy elfów. Możemy wyruszyć, choćby teraz – oznajmiła zdecydowanym tonem.

– Nie pozwolę wam pojechać beze mnie – wtrącił się Deringor z szerokim uśmiechem. – Gvenmar również się przyłączy.

Elf zmarszczył brwi, chwilę patrząc na dziewczynę, morvalata i pół-drowa. Po chwili na jego wargach pojawił się lekki uśmiech.

– Jest nas czworo – powiedział powoli – i tylu wystarczy. Mniejsza grupa łatwiej przemknie się niezauważona. Wyruszymy jutro o świcie, a tymczasem, Deringorze, Gvenmarze, bądźcie tak mili i sprzątnijcie stąd to ścierwo, bo zaraz zacznie śmierdzieć.

~*~

– Panie, jakiś drow chce z tobą koniecznie pomówić. Podaje się za sługę najwyższego generała, Reliona, i przynosi ważne wieści z obozu sprzymierzonych – oznajmił cicho młodziutki elf klęczący na zimnej, kamiennej posadzce przed ogromnym, czarnym tronem.

Władca Ciemności swobodnie dopijał wino ze złoconego pucharu trzymanego w prawej ręce. Oparł się wygodniej na oparciu siedziska, odchylając głowę do tyłu. Blade wargi wygięły się w leciutkim, zamyślonym uśmiechu. Lekko zmarszczył brwi.

– Niech wejdzie, skoro zdecydował się przyjść z wiadomościami przyjść prosto do mnie zamiast do swego przełożonego – polecił.

Elf uderzył pięścią w swój napierśnik w geście hołdu dla Voltigneza, po czym stał i ruszył do wyjścia. Drzwi zamknęły się z cichym z skrzypnięciem za plecami gwardzisty.

W komnacie przez chwilę zapadła cisza przerywana ciężkimi oddechami stojących po obydwóch stronach tronu gwardzistów w czerwonych pancerzach. Pan Ciemności zdawał się ich nie zauważać. Byli tylko milczącymi cieniami, których zadanie ograniczało się do zapewnieniu mu ochrony na wypadek, gdyby ktoś spróbował go zaatakować.

Po chwili wrota sali tronowej ponownie się otworzyły. Do środka wmaszerował lord generał Relion, a zanim wszedł drobny, chudy drow o krótkich, białych włosach. Ich kroki odbijał się głębokim echem w rozległej, mrocznej komnacie. Mroczny elf wydawał się bardziej chłopcem niż mężczyzną, jego delikatne rysy jeszcze nie nabrały twardości. Dzieciak zdawał się przerażony, trząsł się. Władca Ciemności uśmiechnął się pogardliwie.

– Czego się boisz, chłopcze – spytał aksamitnym głosem. – Nie zamierzam ci niczego zrobić. Chcę tylko być przekazał mi ważne informację o następnym ruchu sprzymierzonych.

– Zawiedliśmy, panie – rzekł drżącym głosem drow. – Zostaliśmy odkryci przez generała morvalatów, Deringora i jego kompana brudnego mieszańca. Moi współpracownicy norliendmor i drugi drow zostali wzięci do niewoli przez wroga. Uratowałem się tylko ja, gdyż pół-morvalat i jego kompan z niezrozumiałej przyczyny zawahali się. To tak… jakby chcieli, żebym uciekł…

– Panie, podejrzewam, że ten pół-drow, pół-morvalat i Deringor mogą nam sprzyjać – przerwał słudze Relion. – Powinniśmy to…

– Nie przerywaj mu! – Głos ze stali i jedwabiu zamknął generałowi usta. – Zastanowimy się nad tym później, a teraz chcę wysłuchać dokładnie tego chłopca! – Voltignez po chwili ponownie zwrócił się do mrocznego elfa. – Mów dalej – zachęcił łagodnie.

– Dowiedzieliśmy się za to, że arcymag poszukuje starożytnego artefaktu elfów, który nazywa się Czarny Miecz Światła i Ciemności. Podobno chce się udać do miejsca, gdzie ten miecz jest ukryty tylko z jedną wojowniczką sprzymierzonych. Monirsail… tak miała na imię.

Proste srebrne brwi Władcy Ciemności powoli uniosły się w zdumieniu. Dłoń oparta o podłokietnik tronu zacisnęła się na, ozdabiającej oparcia, wyrzeźbionej głowie orła. Szkarłatne oczy zapłonęły w półmroku dziwnym blaskiem. Voltignez wyglądał na poruszonego i zaintrygowanego. Ujął palcami brodę, zastanawiając się nad czymś głęboko. Z jednej strony odczuwał głęboką radość na wiadomość o magicznym artefakcie, z drugiej strony bał się, że owa broń może zostać użyta przeciwko niemu. Wiedział, że musiał ją przejąć przed sprzymierzonymi. Intrygowała go również od dawna Monirsail, młoda wojowniczka z królestwa ludzi, która wielokrotnie mocno uszczuplała szeregi jego armii podczas bitew. Ocaliła również życie arcymaga, który również bardzo przeszkadzał Władcy Mroku w realizacji planów podbicia Norkaterii. Jednakże dziewczyna bardziej go interesowała. Jej odwaga i uparta wola walki dawała sprzymierzonym nadzieję, a Voltignez pragnął dołożyć wszelkich sił, by ten malutki promyczek zdusić w zarodku.

– Wiele poświęciłeś, by przynieść mi tę informacje, chłopcze, doceniam to – powiedział po chwili milczenia, Władca Ciemności. – Spisałeś się dobrze. Możesz odejść i odpocząć.

Mroczny elf pokłonił się nisko, uśmiechając się z wyraźną ulgą.

– Dziękuję ci, panie.

Skłonił się jeszcze lekko przed Relionem, po czym ruszył do wyjścia, pozostawiając generała samego z Władcą Ciemności. Norliendmor z lekkim uśmiechem podszedł bliżej do Voltigneza.

– Panie, mam wysłać oddział do starej, opuszczonej twierdzy elfów po ten miecz? – zapytał cicho.

– Nie, Relionie, udam się tam osobiście. Chcę żebyś mi towarzyszył.

Generał momentalnie pobladł.

– Ależ, panie, powinniśmy wziąć przynajmniej tych dwóch gwardzistów. Musisz mieć jakąkolwiek ochronę.

Władca Ciemności beztrosko wzruszył ramionami.

– Dobrze, ale będą musieli ruszyć za nami portalem, bo się nie zmieszczą. Poza tym Utrenarg i Morgdheim nie są zwykłymi gwardzistami. To są moi najlepszy wojownicy do zadań specjalnych, a ta misja idealnie się dla nich nadaje.

– Nie zmieszczą? – powtórzył Relion, podejrzliwie marszcząc brwi.

– Chodź ze mną, generale. – Władca Ciemności szybkim ruchem podniósł się z tronu i swobodnie zszedł z podwyższenia. – Zaraz się przekonasz, co miałem przez to na myśli.

Relion bez wahania ruszył za swoim panem. Po kilku minutach wyszli na ogromny, pałacowy taras. Voltignez przyłożył palce do ust i zagwizdał przeciągle. Nie musiał długo czekać na odpowiedź.

Powietrze przeszył głośny, radosny ryk, zza gór wyłoniła się ogromna, skrzydlata sylwetka smoka. Z każdą chwilą zbliżała się do Twierdzy Ciemności. Po chwili gad wylądował miękko na tarasie, składając skrzydła. Smok był wielki, niczym dwie góry i jak noc czarny z niewielką tylko czerwoną plamą łusek na szyi. Voltignez z uśmiechem zbliżył się do potwora i pogładził go po pysku, uzbrojonym w ostre zębiska.

Relion wyglądał na zdumionego widokiem tego wspaniałego stworzenia. W jego oczach błysnęły lekkie ogniki zazdrości. Żałował, że również nie posiadał tak wspaniałego wierzchowca.

– Już rozumiem… – rzekł drżącym głosem norliendmor.

Blade usta wygięły się w lekkim, lekceważącym uśmiechu. Voltignez Szybko wdrapał się na grzbiet smoka, uważając, by nie dotknąć ostrego szpikulca na czubku skrzydeł. Poklepał łuskowatą szyję.

– Na co czekasz, Relionie, wsiadaj. Nie mamy ani chwili do stracenia.

~*~

– To tutaj – powiedział cicho Argwerios wskazując palcem na ogromne, obrośnięte mchem i winoroślą ruiny ogromnej twierdzy. – Tam powinien być ukryty miecz.

Monirsail pociągnęła wierzchowca za cugle i przyjrzała się z uwagą opuszczonej budowli. Budowli? To była bardziej sterta kamieni niż twierdza. Dach był całkowicie zniszczony, a po ziemi walały się wielkie odłamy szarawych skał, które niegdyś użyto do jej budowy. Podziurawione mury pokrywał zielonkawy nalot oraz bujnie rosnąca winorośl. Z całych ruin fortecy emanowała nieprzyjemna, mroczna aura. Monirsail popatrzyła na elfa z wątpliwościami w oczach.

– Wątpię, żebyśmy cokolwiek tutaj znaleźli, arcymagu – wyszeptała twardo wojowniczka. – To są ruiny i prawdopodobnie ktoś już wziął ten miecz.

– Uwierz mi, Monirsail, Czarne Ostrze Światła i Ciemności nadal tu jest – odpowiedział cierpliwie Argwerios. – Chroni go potężna starożytna magia, którą tylko ja mogę zdjąć.

– Naprawdę? – sarkastycznie wtrącił się do rozmowy Deringor, patrząc na elfa z wyższością. – Założę się, że Voltignez również nie miałby większego problemu, że złamaniem czarów ochronnych. W końcu to norliendmor – westchnął z pogardą.

– Nie wywołuj wilka z lasu, Deringor! – upomniała morvalata ostro Monirsail – Nie potrzebna nam konfrontacja z wrogiem, a zwłaszcza w miejscu ukrycia miecza. Obawiam się, że nas zabije byleby sam przejąć broń.

Deringor posłusznie zamilkł, wzruszając obojętnie ramionami. Dziewczyna popatrzyła na kompana z niesmakiem. Wiedziała, że większość morvalatów była nieustraszona, ale nie sądziła, że ten może podchodzić do zagrożenia z takim lekceważeniem.

Kiedyś ta lekkomyślność go zgubi, stwierdziła gorzko.

Tylko Gvenmar jechał spokojnie na swej szarej klaczy. Cały czas milczał i nie brał udziału w jakichkolwiek dysputach między towarzyszami. Najwyraźniej nie interesowały go ich spory i zmartwienia dotyczące przedmiotu wyprawy.

Po jakimś czasie zeskoczyli z wierzchowców i uwiązali je w miejscu, gdzie trawa rosła najbujniej. Zbliżyli się powoli do zniszczonych wrót ruin cytadeli. Nagle na Argweriosa, Monirsail, Deringora i Gvenmara padł mroczny cień. Zerwał się silny wiatr, uderzył silnie w twarze wędrowców, rozwiewając włosy. W powietrzu rozległ się głośny łopot skrzydeł jakiegoś ogromnego zwierzęcia. Monirsail ze strachem zdała sobie sprawę, że to mógł być tylko smok.

Smoki?, przemknęło jej przez głowę i poczuła w sercu zimne ostrze strachu. Przecież, tutaj nie ma żadnego złota, którym mogłyby się zainteresować! No, chyba, że ja o czymś nie wiem!

Wojowniczka z lękiem uniosła głowę, czując przy tym jak łzawią jej oczy od mocnego, mroźnego wiatru. Ujrzała ogromną sylwetkę czarnego smoka, kołującą tuż nad nimi. Na grzbiecie miał dwóch jeźdźców i byli to dwaj norliendmorzy. Monirsail zaklęła szpetnie.

– Do środka! – warknęła. – Szybko! Mamy towarzystwo! Wygląda na to, że i Władca Ciemności tutaj trafił…

Argwerios momentalnie pobladł, na czoło wstąpił zimny pot. Chwycił dziewczynę za ramię i siłą ją pociągnął do środka twierdzy. Za nimi podążyli Deringor i Gvenmar. Kątem oka, Monirsail jeszcze dostrzegła, jak smok powoli ląduje przed ruinami. Był ogromny, niczym dwie góry. Zębiska miał wielkie i ostre, jak dwuręczne miecze. Odwróciła niechętnie wzrok i pozwoliła pociągnąć się arcymagowi w głąb poniszczonych korytarzy cytadeli.

~*~

– To byli oni, Relionie – powiedział Władca Ciemności, uśmiechając się z satysfakcją. – Trafiliśmy dokładnie w tym samym czasie. Wciąż możemy przejąć ostrze i wyeliminować arcymaga.

Generał zsunął się ze smoka, patrząc z uwagą na ruiny, w których przed chwilą zniknęli Argwerios, Monirsail i ich towarzysze. Zmarszczył brwi i zaczął się histerycznie śmiać.

– To jakaś kpina… – rzekł z pogardą. – Nie wierzę, żeby w tym rumowisku ukryto jakikolwiek artefakt o potężnej mocy!

– Jestem pewien, że arcymag nie przyszedł tu ze swoimi towarzyszami na darmo – odpowiedział niezwykle spokojny Władca Ciemności. – To ostrze jest tutaj…

Voltignez lekko zeskoczył z wierzchowca i poklepał go po łuskach na szyi. Smok zmrużył z rokoszy oczy i zamruczał głębokim głosem. Po chwili Pan Mroku odsunął się od smoka. Gad popatrzył łakomym wzrokiem na cztery konie pozostawione przez arcymaga i jego kompanów. Władca Ciemności zauważył to spojrzenie. Uśmiechnął się okrutnie.

– Możesz się posilić, przyjacielu. Oni już nie będą potrzebować koni.

Smok z rykiem podreptał w stronę wierzchowców. Po chwili Voltignez i Relion usłyszeli paniczne rżenie zwierząt oraz głuchy odgłos rozdzierania ciał. Władca Ciemności odwrócił się spokojnie od krwawego widowiska. Na razie nie potrzebował pomocy wierzchowca. Zamierzał go wezwać, kiedy miecz zostanie zdobyty, a arcymag padnie mu do stóp. Norliendmor ruszył pierwszy w stronę zniszczonych wrót cytadeli.  

Relion niechętnie udał się za swym panem. Obnażył sztylet, szykując się do zdradzieckiego ciosu w plecy. Nagle Władca Ciemności zatrzymał się w połowie ruchu. Zdziwiony generał uniósł brwi.

– Czy coś cię zaniepokoiło, panie? – zapytał z udawanym zaniepokojeniem generał. W jego głosie pojawiła się słabo skrywana nutka jadowitości.

Władca Ciemności zaczął się śmiać. zimno i okrutnie.

– Czy coś mnie zaniepokoiło? – powtórzył pytanie nie przerywając okropnego, złowieszczego rechotu. – Ależ nie! Spodziewałem się, że będziesz chciał mnie zdradzić od chwili, kiedy zdecydowałem się uczynić cię najwyższym generałem. Wiedziałem, że ta nominacja to dla ciebie za mało i będziesz chciał sięgnąć po moją pozycję. Nasza rasa jest przewidywalna w tym względzie, że nie zadowala się niczym i zawsze chce coraz więcej i więcej. Przykro mi, Relionie, wygląda na to, że przypieczętowałeś swój los…

Nim do generała dotarło znaczenie tych słów, ktoś z tyłu pochwycił go brutalnie za włosy. Relion jęknął z bólu, gdy odciągnięto mu głowę, odsłaniając gardło. Następnie ukrywający się za jego plecami, napastnik przeciął tętnicę szyjną jednym precyzyjnym cięciem. Z rany trysnął okazały strumień krwi.

Władca Ciemności patrzył na to bez większych emocji, uśmiechając się z zadowoleniem do wysokiego drowa w czerwonym pancerzu gwardzisty. Mroczny elf skłonił głowę z szacunkiem i odrzucił od siebie pogardliwie wykrwawiającego się powoli norliendmora. Po chwili koło Voltigneza zmaterializował się kolejny gwardzista – wysoki morvalat o długi włosach splecionych w warkocz. Pan Ciemności uśmiechnął się zadowolony.

– Spisałeś się doskonale, Morgdheimie – powiedział cicho. – Teraz zajmijmy się arcymagiem i zdobyciem Czarnego Ostrza Światła i Ciemności.

Drow osunął się na jedno kolano i zgiął kark w poddańczym pokłonie. Tylko morvalat stał dumne wyprostowany, patrząc jednakże na swego pana z szacunkiem.

– Co z tą wojowniczką, mym pobratymcem i mieszańcem? – spytał rzeczowo.

– Nie mamy, po co zabijać dziewczyny i Deringora – odpowiedział Władca Ciemności tajemniczym głosem. – Czy ta odpowiedź ci wystarczy, Utrenargu.

– Oczywiście, panie, nie chcę się sprzeciwiać ani rozważać nad sensownością twych planów.

– Dlatego jeszcze żyjesz… Wstawaj Morgdheimie, nie potrzebuję takich hołdów, a zwłaszcza teraz! Ruszajmy i nie traćmy czasu.

Drow pokornie podniósł się ziemi, patrząc na Władcę Ciemności jak skarcone szczenię. Voltignez nie zauważył tego urażonego spojrzenia, był pogrążony w zupełnie innych myślach. Odwrócił się od sług, niespiesznie zbliżając się do cytadeli. Po chwili zniknął w jej wnętrzu.

~*~

Monirsail zmrużyła oczy, przyglądając się popękanym ścianom i niemal zamazanym malowidłom, niegdyś ozdabiających wnętrze starożytnej warowni elfów. Choć popadła w ruinę, dziewczynie wydawało się, że nadal było to majestatyczne miejsce. Wręcz czuła się, jakby hańbiła pamięć mieszkających tu elfów samą swoją obecnością tutaj. Spojrzała na arcymaga, który również zdawał się oczarowany tą starożytną cytadelą. Z każdą chwilą uśmiechał się coraz szerzej, jakby odkrył w murach drzemiącą magię.

– Czarne Ostrze Światła i Ciemności jest coraz bliżej – oznajmił odwracając się na chwilę w stronę Monirsail, Deringora i Gvenmara. Zatrzymał się przy prostych drzwiach, na których płonął niebieskawy znak runiczny. – Wyczuwam je za tymi drzwiami. Są zapieczętowane magią, ale sądzę, że powinienem dać sobie z tym radę.

– Na to liczymy – szepnęła Monirsail. – Jeżeli nie zdołasz złamać czaru chroniącego pomieszczenie, w którym schowano miecz, Deringor ci w tym pomoże. To zresztą potężny morvalat.

Deringor uśmiechnął się wymuszenie.

– Nie musisz mi tak schlebiać, dziewczyno…

Arcymag już ich nie słuchał. Skupił wszystkie myśli na runie na zamkniętych drzwiach i zamknął oczy. Jego dłonie zaczęły wykonywać szereg skomplikowanych ruchów. Wypowiedział kilka słów w języku elfów. Czubki jego palców zalśniły czerwonym światłem od gromadzącej się w nich mocy. Argwerios położył obydwie ręce na runie, która zaczęła stopniowo wygasać. Po chwili niebieskawy znaczek zniknął całkowicie. Zadowolony elf wysokiego rodu, powoli otworzył drzwi. Odwrócił się w stronę Monirsail.

– Idź pierwsza – powiedział cicho. – Chciałbym, żeby ten miecz pozostał w twoich rękach. Jednak bądź ostrożna. Wewnątrz komnaty również mogą się trafić magiczne pułapki i zabezpieczenia przeciwko intruzom.

– W porządku, arcymagu – odparła Monirsail. – Wejdę tam, zabiorę miecz i wyniesiemy się z tego miejsca, zanim zjawi się tu nieprzyjaciel.

Arcymag położył jej dłoń na ramieniu dodając dziewczynie w ten sposób otuchy, gdy powoli przekraczała próg komnaty.

– Wejdę tuż za tobą i postaram się zneutralizować czekające na ciebie sidła.

Wojowniczka skinęła głową. Weszła do niewielkiej niemalże pustej mrocznej komnaty pozbawionej okna. Oświetlały ją tylko trzy pochodnie na ścianach, która zapaliły się natychmiast po otwarciu drzwi. Monirsail rozejrzała się uważnie po pokoiku; jej wzrok zatrzymał się na ogromnej, kamiennej płycie, przypominającej ołtarz. Na jego blacie leżał prosty długi miecz o czarnej klindze, którego rękojeść zdobił ogromny krwawo czerwony rubin. Wargi dziewczyny momentalnie wygięły się w radosnym uśmiechu.

To ten sam miecz, który był naszkicowany w zwoju arcymaga!, stwierdziła w myślach. Czarne Ostrze Światła i Ciemności! Znalazłam je!

Czując ulgę przemieszaną z radością z wykonania misji, podeszła w stronę kamiennego stołu. Nagle zatrzymała się w pół kroku, przypominając sobie, że w komnacie mogły czaić się pułapki. Być może uruchomią się dopiero wtedy, gdy będzie próbowała podnieść Ostrze. Nie miała żadnej pewność, czy zbliżanie się do artefaktu od razu było dobrym pomyłem. Odwróciła głowę w stronę elfa.

– Czy wyczuwasz jakąś inną magię poza tą pochodzącą od miecza?

Arcymag zmrużył oczy, mocno koncentrując moc na komnacie. Po kilku minutach westchnął zmęczony i pokręcił przecząco głową.

– Wygląda na to, że nie ma żadnych pułapek…

Monirsail znalazła się szybko przy kamiennym blacie. Zacisnęła palce na rękojeści Ostrza i podniosła je. Klinga zalśniła czerwonym blaskiem w jej rękach. Dziewczyna przyglądała się broni z mieszaniną radości, siły i poczucia odpowiedzialności za jej ochronę. Szybko podeszła do towarzyszy.

– Udało się nam, Argweriosie, znaleźliśmy artefakt – powiedziała. – Teraz najlepiej będzie wynieść się z tej cytadeli i wrócić do naszych ludzi. Nasz wróg może tutaj trafić w każdej chwili.

Czerwone oczy Gvenmara nagle zabłysły groźnym, niebezpiecznym blaskiem. Dobył miecza i próbował dźgnąć arcymaga w pierś. Elf wysokiego rodu ledwo uniknął ciosu zaskoczony nagłym atakiem ze strony własnego towarzysza. Przed kolejnym zasłonił się magiczną tarczą, po czym posłał w pół-drowa, pół-morvalata silne zaklęcie. Korytarz i komnatę twierdzy wypełnił oślepiający, jasny blask. Do uszu Monirsail dotarło zduszone wycie Gvenmara, które po chwili ucichło jak ucięte mieczem. Wkrótce było po wszystkim.

Dziewczyna ostrożnie uchyliła piekące powieki. Ujrzała w miejscu, w którym wcześniej stał kompan Deringora jedynie kupkę popiołu. Arcymag uśmiercił go na miejscu. Monirsail nie rozumiała, dlaczego pół-morvalat tak nagle ich zdradził.

– On potracił zmysły – powiedział Deringor dziwnie spokojnie, jakby śmierć kompana w ogóle go nie poruszyła. – Podejrzewam, że to sprawka nieprzyjaciela.

– Ja również – odparła Monirsail. – Nie traćmy czasu, zwijajmy się stąd.

Po tych słowach, dziewczyna wyszła pierwsza z komnatki, ściskając mocno w dłoniach zdobyczne ostrze. Skierowała się w stronę wyjścia z twierdzy. Za nią podążyli arcymag i Deringor. Był zimny, milczący, czerwone oczy lśniły silnym, pełnym ukrywanej mocy blaskiem. Monirsail spojrzała na przyjaciela z lekkim zaniepokojeniem. Morvalat był wściekły na wroga, który doprowadził do szaleństwa Gvenmara. Żałowała tylko, że Deringor nie okazywał swych emocji bardziej otwarcie.

Przemierzali bardzo szybko korytarze cytadeli, z którymi wcześnie zdążyli się już dobrze zaznajomić. Nie zaszli jednak nimi zbyt daleko. Niespodziewanie za ich plecami rozległ się okrutny, aksamitny głos:

– Widzę, że wam bardzo spieszno do wyjścia, ale muszę was zmartwić. Daleko nie uciekniecie. Mojemu smokowi bardzo smakowały wasze wierzchowce…

Monirsail i Argwerios odwrócili się gwałtownie. Ujrzeli przed sobą wysokiego, bladolicego norliendmora w czarnej, pełnej zbroi płytowej. Długie srebrzyste włosy opadały mu na piersi. W czerwonych oczach lśniło okrucieństwo i mściwa satysfakcja. Cały czas uśmiechał się szeroko. Monirsail poczuła lodowatą gulę w gardle. Czuć było od tej postaci ogromną złą moc i wiedziała już, kogo mieli przed sobą. Towarzyszyli mu drow i morvalat w jednolitych czerwonych pancerzach. Najpewniej straż przyboczna tego przeklętego norliendmora.

– Voltignez… – wyszeptała drżącym głosem. Ścisnęła mocniej miecz. – A jednak znalazłeś drogę do cytadeli…

Władca Ciemności wzruszył ramionami, jakby stwierdzenie dziewczyny nie zrobiło na niego zbytniego wrażenia. Wydął lekceważąco wargi.

– Uwierz, dziewczyno, to nie było takie trudne – rzekł, przymrużając powieki. – Trafiłem tutaj na tyle wcześnie, że jeszcze mogłem zobaczyć wasze znikające w mroku ruin sylwetki.

Wzrok nieprzyjaciela zatrzymał się na dzierżonym w dłoniach Monirsail miecz. Uśmiechnął się szeroko. Postawił krok w stronę wojowniczki.

– Jakże miło, że przyniosłaś mi Ostrze, Monirsail – powiedział cicho. – Oddaj mi je. Wystarczy, że je położysz na ziemi i popchniesz w moją stronę. Wtedy pozwolę tobie i twoim towarzyszom odejść wolno.

Dziewczyna ścisnęła mocniej miecz w ręku. W tym momencie przypomniała sobie ruiny Erkanorfu i leżące wokół nich zmasakrowane ciała mieszkańców. Pamiętała też liczne bitwy, które zakończyły się totalną rzezią wojsk sprzymierzonych. Kipiąca w jej sercu nienawiść momentalnie wzięła górę nad strachem. Nie zważają na przerażone spojrzenie arcymaga, zbliżyła się do Władcy Ciemności. Przez chwilę wpatrywała się bez żadnego lęku w jego bezlitosne, czerwone oczy.

– Nigdy! – wycedziła przez zęby. – Sam mi go odbierz, zanim przebiję ci nim serce!

Voltignez skinął spokojnie głową. Uśmiechnął się drwiąco, spodziewał się, że Monirsail będzie stawiać opór. Gwardziści dobyli mieczy i stanęli przed wojowniczką zasłaniając Władcę Ciemności własną piersią. Norliendmor parsknął pogardliwie na widok takiego oddania u Morgdheima i Utrenarga.

– Lepiej zajmijcie się arcymagiem niż zasłanianiem mnie przed tą dumną damą! – wyszeptał. – Nie potrzebuję waszej ochrony, poradzę sobie sam!

Gwardziści posłusznie odstąpili. Przeszli obok Monirsail, mierząc ją nienawistnym spojrzeniem. Dziewczyna wbiła w ciało morvalata Czarne Ostrze Światła i Ciemności, chcąc ułatwić towarzyszom rozprawienie się z drugim z gwardzistów nieprzyjaciela. Miecz przebił zbroję i twardą jak smocza łuska skórę morvalata z taką łatwością, jakby był wbijany w cienki kawałek pergaminu. Z ust Utrenarga dobył się wrzask bólu. Wyrwała miecz z ciała wroga, który osunął się bezwładnie na ziemię. Wokół ciała stopniowo urosła kałuża krwi.

Monirsail odwróciła się do arcymaga.

– Argweriosie, teraz! Zabij tego drowa! – krzyknęła dziewczyna. – Potem rozprawimy się z Władcą Ciemności we trójkę!

Nagle Deringor zbliżył się do elfiego maga. Pochwycił go za gardło potężnym chwytem dłoni, brutalnie przypierając do ściany. Argwerios zacharczał, bezowocnie próbując wyrwać się ze stalowego uścisku morvalata. Mężczyzna patrzył na to kompletnie niewzruszony. Obnażył miecz gotowy zabić arcymaga.

Monirsail była w szoku, widząc to. Kompletnie nie rozumiała, co wstąpiło w Deringora. Mając wrażenie, że morvalat nie działa podług własnej woli, z wściekłością obróciła się gwałtownie do Władcy Ciemności. Zaatakowała brutalnie, wkładając w cięcie całą wściekłość i nienawiść, jaką czuła do tej istoty. Voltignez wyraźnie zaskoczony szybkimi ruchami wojowniczki, nie zdołał uchylić się przed ciosem. Na jego piersi pojawiła się długa, krwawiąca obficie pręga. Norliendmor zachwiał się, wpatrując się w ranę ze zdumieniem. Rozbawiony uśmieszek momentalnie zniknął z jego twarzy. Pojawił się zamiast niego gniew przemieszany z nutką szacunku.

– Nie doceniłem cię, Monirsail – powiedział cicho.

Dziewczyna przyłożyła mu magiczny miecz do gardła.

– Zniewoliłeś umysł Deringora! Uwolnij go! 

Władca Ciemności zaśmiał się drwiąco.

– Nie zrobiłem tego, zapewniam cię. Wygląda na to, że twój przyjaciel właśnie wybrał właściwą stronę…

– Kłamca!

Deringor przyłożył ostrze do gardła arcymaga, patrząc chłodno na Monirsail. Uśmiechnął się szeroko, a Argwerios zadygotał ze strachu. Morvalat jednak nie zadał elfowi śmierci, tylko z pogardą rzucił go pod nogi zbliżającego się do nich drowa. Gdy arcymag próbował unieść się na łokciu, Deringor brutalnie kopnął go w brzuch. Siła uderzenia obróciła elfa wysokiego rodu na plecy. Argwerios zakaszlał charkotliwie, nieruchomiejąc na posadzce. Obserwujący tę scenę, Morgdheim uśmiechnął się okrutnie i pozwolił przejść przywódcy morvalatów.

Deringor szedł w stronę Władcy Ciemności. Zatrzymał się na chwilę przy Monirsail. Nim dziewczyna zdołała zareagować, morvalat pochwycił ją za rękę dzierżącą zdobyczne ostrze, brutalnie wykręcając ją do tyłu. Dziewczyna zawyła z bólu. Usłyszała niepokojące chrupnięcie kości nadgarstka. Miecz wysunął się z jej nagle bezwładnych palców i z cichym brzdękiem upadł na posadzkę.

– Co ty wyprawiasz, Deringorze? – spytała słabo. – Przestań…

W odpowiedzi morvalat powalił ją na ziemię u swych stóp, po czym podniósł Czarne Ostrze Światła i Ciemności. Stanął przed Władcą Mroku i skłonił się przed nim z szacunkiem.

– Robię to, co powinno zostać zrobione, Monirsail – powiedział cicho. – Sprzymierzeni nie wygrają tej wojny… Musisz to zrozumieć. Jedyną szansą, żeby przeżyć jest wybranie strony norliendmorów.

– Nie mówisz poważnie, Deringor… – wyszeptała kobieta drżącym głosem. – Czyżbyś stracił nadzieję? Właśnie teraz?

Morvalat nie odpowiedział. Opadł na jedno kolano przed norliendmorem, spuszczając głowę w geście poddaństwa. Wyciągnął w kierunku Władcy Ciemności dłoń dzierżącą artefakt. Skierował rękojeść w jego kierunku, czekając aż norliendmor przyjmie miecz. Monirsail przez chwilę jeszcze wierzyła, że to kiepski żart. Bardzo wiarygodna gra, którą Deringor próbował uśpić czujność wroga. Jednakże szybko porzuciła tę nadzieję, gdy z ust morvalata padły te słowa:

– Voltignezie, Władco Ciemności i norliendmorów, jestem na twoje rozkazy.

Władca Ciemności skinął powoli głową. Przyjął Czarne Ostrze Światła i Ciemności z rąk sługi, uśmiechając się okrutnie. W jego czerwonych oczach był triumf, gdy obracała w dłoni potężny miecz wykuty przez starożytnych elfów.

Monirsail wbiła bezsilnie wzrok w ziemię, powoli docierało do niej, że Deringor naprawdę ich zdradził, choć nigdy, by się tego po nim nie spodziewała. Ta świadomość dogłębnie nią wstrząsnęła. Monirsail poczuła, że cała drży, a do oczu napływają jej łzy. Nie potrafiła się pogodzić ze zdradą morvalata. Przecież, byli przyjaciółmi od dobrych trzech lat. Znali się niemal na wylot.

A więc wychodzi na to, że nigdy nie znałam Deringora tak do końca, stwierdziła gorzko. Być może ma rację, że tak postępuje. Zrozumiał, że wróg jest nie do pokonania, więc się poddał we właściwym czasie… Zapewne to on opanował umysł Gvenmara i zmusił go do ataku na arcymaga.

Okrutny śmiech Władcy Ciemności i zduszony jęk bólu Argweriosa natychmiast wyrwał dziewczynę z gorzkich rozmyślań. Spojrzała kątem oka na drowa, który trzymał arcymaga brutalnie za włosy jedną ręką. Drugą przytknął do jego krtani ostrze długiego, czerwonawego miecza. Patrzył pytająco na swego władcę. Voltignez skinął twierdząco głową, przypieczętował los elfa, któremu Monirsail niegdyś ocaliła życie. Morgdheim poderżnął mu gardło jednym, silnym cięciem. Dziewczyna odwróciła wzrok, gdy mroczny elf brutalnie odepchnął od siebie wykrwawiającego się maga.

– Cieszy mnie twoja decyzja, Deringorze – powiedział cicho Władca Ciemności. – Mam nadzieję, że przysłużysz mi się w przyszłości tak samo dobrze jak w tej chwili.

– Możesz na mnie liczyć, panie – odparł morvalat nawet nie patrząc na klęczącą Monirsail i leżącego w kałuży krwi arcymaga. – Zdradzę ci słabe punkty twierdzy morvalatów, bylebyś uczynił mnie swym namiestnikiem, kiedy rozprawimy się Morgtivaldem.

– Dobrze – powiedział cicho Władca Ciemności.

Monirsail sięgnęła do rękojeści własnego miecza, chcąc podjąć jeszcze jedną, rozpaczliwą próbę walki. Wiedziała jednak, że jej opór nie miał żadnego sensu, ale nie chciała się poddać i błagać wroga o jakąkolwiek litość. Ostrożnie dobyła broni, krzywiąc się z bólu, gdy wykręconą dłoń przeszył ból. Niestety jej ruchy zostały szybko zauważone przez mrocznego elfa, który przed chwilą zamordował arcymaga.  

Drow momentalnie znalazł się przy kobiecie, mierząc ją pełnym pogardy i nienawiści wzrokiem. Monirsail próbowała go zaatakować, lecz ten siłą wyrwał jej miecz z rąk.

– Nie ruszaj się, suko! – Wbił miecz w jej bark i przekręcił miecz w ranie. Następnie kopnął ją w twarz, powalając tak na posadzkę. – Będziesz skomlała u moich stóp i błagała o śmierć jak o łaskę.

Wtedy wtrącił się Deringor:

– Nie… daj jej w miarę szybką śmierć – poprosił błagalnie.

– Przychylam się do tej prośby, Morgdheimie – dodał zimno Władca Ciemności. – Skończ z nią w miarę delikatnie.

Morgdheim skinął głową z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy. Szczerze żałował, że nie mógł pastwić się nad dziewczyną, choć ta zadała ranę jego panu.

Monirsail zakaszlała, czując napływającą do ust żelazistą w smaku krew z rozbitych warg. Nie mogła poruszyć ręką, gdyż ostrze nadal tkwiło w ranie. Każdy, choćby najdelikatniejszy ruchu niósł za sobą falę obezwładniającego cierpienia. Do oczu dziewczyny napłynęły łzy. Morgdheim uniósł drugi miecz nad wojowniczką, by zadać jej dotkliwsze rany. Monirsail nie próbowała się zasłaniać przed ciosem ani też stawiać jakiekolwiek oporu, tylko przymknęła powieki.

Zaakceptowała swój los.  

Cios nie nadszedł ku zdumieniu dziewczyny, a zamiast niego, usłyszała znienacka głos Władcy Ciemności:

– Zatrzymaj się, Morgdheimie! Zmieniłem zdanie. Podnieść ją. Chcę przyjrzeć się dokładniej jej twarzy.

Monirsail jęknęła, gdy dłonie Morgdheima zacisnęły się na jej ramionach i siłą uniosły ją z ziemi. Przeszyty mieczem bark gwałtownie zaprotestował takim bólem, że dziewczynie aż pociemniało w oczach. Z trudem klęczała na zakurzonej kamiennej posadzce, a silny uścisk oprawcy utrzymywał ją w miejscu, nawet nie pozwalając na jakikolwiek ruch. Właściwie wojowniczka szczerze wątpiła, czy zdołałaby utrzymać się na kolanach o własnych siłach.

Voltignez zatrzymał się krok przed dziewczyną, lustrując ją uważnym spojrzeniem. Monirsail spojrzała na norliendmora bez strachu; pogardliwie splunęła mu pod nogi śliną przemieszaną z krwią.

– Zmieniasz zdanie jak zbroję, Władco Ciemności – wyszeptała, uśmiechając się drwiąco, na tyle, ile pozwalały jej rany. – Nie potrafisz się zdecydować, co tak naprawdę chcesz ze mną uczynić. Zabić czy może zmusić do służby i wyrzeczenia się tych, których przysięgałam chronić? To świadczy o twej słabości i miękkim sercu…

– Niezupełnie, moja droga – odpowiedział spokojnie Voltignez, przysuwając Czarne Ostrze Światła i Ciemności do piersi dziewczyny. Widział, jak jej ciało drży pod dotykiem zimnej klingi. Uśmiechnął się lekko. – Być może czeka cię los tysiąckroć gorszy od śmierci?

Spojrzała na niego nierozumiejącym spojrzeniem. Władca Ciemności zaśmiał się makabrycznie, nie spuszczając z dziewczyny wzrok. Powoli cofnął klingę.

– Nie rozumiesz, Monirsail, widzę to w twoich oczach. – Norliendmor uśmiechnął się drapieżnie. – Potrzebuję nowego najwyższego generała. Dwóch już mnie zawiodło, a jeden z nich zdradził mnie i próbował mnie zabić… – Zacisnął wolną dłoń w pięść. – Nie zamierzam popełnić po raz trzeci tego samego błędu. Ty nadajesz się idealnie na to stanowisko…

Monirsail kompletnie nie wiedziała, co powiedzieć. Z jednej strony chciała zaśmiać mu się w twarz, a z drugiej strony te słowa ją mocno zaniepokoiły. Nie wyglądały na luźną propozycję, którą Władca Ciemności chciał ją zachęcić do pójścia w ślady Deringora. To było coś bardziej złowieszczego i przerażającego. Czuła wręcz namacalnie, że za tym wszystkim krył się jakiś makabryczny haczyk.

– To śmieszne – prychnęła pogardliwie dziewczyna. – Naprawdę wierzysz, że się poddam i z uśmiechem na ustach przyjmę to stanowisko? Chyba postradałeś rozum od nadmiaru potęgi i władzy! Wolę umrzeć niż być twoim sługą i walczyć przeciwko sprzymierzonym.

– Daj już spokój, dziewczyno, to nie ma sensu – powiedział cicho Deringor. – Lepiej będzie, jeżeli się poddasz i przyjmiesz proponowane stanowisko. Tak będzie lepiej. Po cóż dokładać sobie jeszcze więcej cierpienia…

W tym momencie Władca Ciemności zaczął się głośno śmiać. Zimno, okrutnie, szaleńczo, z jakimś makabrycznym rozbawieniem, jakby norliendmor spodziewał się takiej odpowiedzi z ust wojowniczki. Deringor wyraźnie pobladł, obserwując dalszy rozwój sytuacji z coraz większym niepokojem. Wyraźnie bał się o dziewczynę.

– Twoje zdanie w tej kwestii już się nie liczy, Monirsail – oświadczył zimno Voltignez. – Będziesz mi służyć nawet, jeśli tego nie chcesz. Już dawno zrozumiałem, że najlepiej służą mi ci, którzy zostali pozbawieni wolnej woli…

Monirsail zadrżała. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z ogromu okrucieństwa gotowanego losu, gotowanego jej przez nieprzyjaciela. Świadomość bezwolnego wykonywania rozkazów Władcy Ciemności i walki przeciwko sprzymierzonym wywoływała w jej sercu obrzydzenie. Poczuła w gardle nieprzyjemną, lodowatą grudkę strachu.

 Dostrzegła nagle, że stojący metr dalej, Deringor zrobił się blady niczym czysta karta papieru. Zacisnął drżące wargi w wąską kreskę. Najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.

– Panie, czy to naprawdę ma jakikolwiek sens? – spytał zimno morvalat. – Przecież, to ja mogę być twoim generałem z własnej woli. Po cóż ci zniewolona marionetka w tej roli?

Władca Ciemności popatrzył na morvalata z niesmakiem. Pokręcił głową.

– Jeszcze się pytasz, głupcze? Jej odwaga już od dawna dawała sprzymierzonym nadzieję na lepsze czasy! Zdepczę ją w zarodku, zniewalając Monirsail i zmuszając, by walczyła przeciwko nim pod moim sztandarem!

Deringor bezsilnie opuścił głowę, mierząc norliendmora pełnym nienawiści wzrokiem. Przez chwilę Monirsail myślała, że zdrajca nareszcie zrozumiał, że uległ wrogowi zbyt lekkomyślnie. Że pomoże jej wybrnąć z tej beznadziejne sytuacji. Lecz morvalat odwrócił się na pięcie.

– Nie chcę tego oglądać, panie – powiedział zimno. – Ta dziewczyna była mi bliska i chcę ją zapamiętać jako wolną osobę. Czy mogę przeczekać to wszystko na zewnątrz?

Voltignez wzruszył ramionami w odpowiedzi.

– Skoro tego chcesz… – powiedział lekceważąco. – Masz moje pozwolenie.

Deringor skinął głową i udał się w swoją stronę. Po chwili zniknął za załomem korytarza.

Kompletnie załamana Monirsail, powoli opuściła głowę. Deringor pozostawił ją własnemu losowi. Czuła się zawiedziona jego postawą. Opuszczona. Mimo ran, spróbowała ponownie wyrwać się z uścisku drowa. Morgdheim zareagował na to natychmiast. Uderzył ją lekko w ranny bark. Z jej warg dobyło się słabe jęknięcie.

– Spokój, suko! – wycedził przez zęby.

Monirsail znieruchomiała, wbijając wzrok w ziemię. Oczekiwała na nieuniknione. Norliendmor ujął ją brutalnie za podbródek. Czerwone oczy lśniły jak latarnie od gromadzącej się w nich mocy. Resztka odwagi wyparowała z dziewczyny. Trzęsła się cała, czując ogarniające jej ciało zimno. Dojmującą bezsilność. Po chwili poczuła, jak do jej umysłu wlewa się lodowata obecność Władcy Ciemności. Dziewczyna skrzywiła się z bólu. Miała wrażenie, że wszechpotężna świadomość nieprzyjaciela była wszędzie, niemal wypychała i miażdżyła jej jestestwo. Szybko zauważyła, że Voltignez był znacznie potężniejszy od tamtego norliendmora, który zaatakował ją we własnej obronie w namiocie arcymaga. Otaczające umysł wojowniczki, bariery szybko poddały się naciskowi Władcy Ciemności. Monirsail czuła jak wróg stopniowo przejmuje nad nią całkowitą kontrolę. Próbowała jeszcze walczyć, lecz było to bezcelowe. Czuła okropny ból, jakby w jej świadomość wbijały się sople lodu. Krzyczała głośno z bólu, żegnając tak swoją wolność.

– Spokojnie, moja wojowniczko – powiedział cicho Władca Ciemności. – Już kończę.

Mówił prawdę. Po chwili wszystko się skończyło. Zwisła bezwładnie w uścisku drowa. Morgdheim, z lodowatym uśmiechem, puścił dziewczynę, pozwalając, by osunęła się bezwładnie na ziemię u jego stóp. Monirsail patrzyła na Voltigneza pustym wzrokiem, pozbawionych blasku błękitnych oczu. Nie było w nich kompletnie niczego. Żadnych uczuć, tylko bezmyślne oddanie wobec Władcy Ciemności. Po chwili dziewczyna przymknęła powieki, mdlejąc.

– Kiedy się obudzi, będzie mi już posłuszna do końca swoich nędzny dni – powiedział cicho norliendmor. Popatrzył z niesmakiem na miecz nadal tkwiący w jej barku. – Opatrz jej tę ranę, Morgdheimie. Chcę, żeby miała jak najszybciej sprawna rękę. Będzie potrzebna, gdy będzie rzucać mi do stóp królestwo ludzi i pozostałe przyczółki sprzymierzonych.

~*~

Deringor ponownie ujrzał Monirsail pod koniec bitwy. Bitwy, która okazała się wielkim triumfem dla Armii Ciemności. Dziewczyna bardzo się zmieniła od ich ostatniego spotkania i śmierci arcymaga. Jej ciało okrywała potężna, czarna zbroja płytowa. W jednej dłoni ściska zakrwawiony miecz, a w drugiej – własnoręcznie odrąbaną głowę króla elfów wysokiego rodu, Mirvara. Gdy morvalat odważył się spojrzeć w jej oczy, natychmiast odwrócił wzrok. Zobaczył tam pustkę, żadnego blasku. Teraz Monirsail zdawała się mu zupełnie zimna. Obca. Jakby nigdy nie znał tej dziewczyny.

Monirsal przeszła obok Deringora obojętnie i zbliżyła się do stojącego w zrujnowanej sali tronowej, Władcy Ciemności. Rzuciła do jego stóp głowę zamordowanego monarchy i uklękła.

– Królestwo elfów jest twoje, lordzie Voltignezie – powiedziała cichym, pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem. – Przyniosłam ci głowę ich poprzedniego króla…

– Spisałaś się dobrze, pani generał. – Władca Ciemności nie krył zadowolenia. – Dzięki tobie wkrótce pozbędziemy się sprzymierzonych raz na zawsze. Dobrze, że powierzyłem ci Czarne Ostrze Światła i Ciemności. Magiczna moc tego artefaktu ułatwia nam zwycięstwo.

Po tych słowach zwrócił się do reszty armii:

– Za chwilę ruszamy do Norgverantu. Nadszedł czas, by władca morvlatów, Morgtivald złożył mi pokłon!

Deringor słuchał tego wszystkiego z kurczowo zaciśniętymi pięściami. Powoli zaczął żałować, że zdradził Argweriosa, że pozwolił na to, by Monirsail stała się bezwolną zabawką w rękach norliendmora. Była mu niegdyś bardzo bliska, przyjaźnili się. Nie powinien jej wtedy zostawiać na łasce wroga. Z drugiej strony wiedział jednak, że gdyby się otwarcie sprzeciwił, skończyłby tak samo jak ona. Teraz potrzebował wolnej woli, by ciągnąć swą grę i udawać wiernego sługę, by następnie zabić tego bezlitosnego tyrana. Deringor zdradził, gdyż wiedział, że nikt nie pokona Voltigneza w uczciwej walce. Ukryty czekał na dzień, żeby wbić mu sztylet w plecy.

Nie martw się, Monirsail. To już niedługo, przemknęło morvalatowi w myślach. Już wkrótce Voltignez zginie z moich rąk, a ty będziesz znów wolna. Przysięgam…

Koniec

Komentarze

Ozdobne wrota wykonane z mithrilu legły żałośnie na ruinie domostw elfów, drowów, krasnoludów, ludzi i morvalatów.

Na polu bitwy wokół ruin zalegały pokrwawione zwłoki.

Powtórzenie. Nie jedyne.

Nie chce mi się wierzyć, że martwy wojownik trzymał sztandar na tyle pionowo, żeby mógł powiewać.

Kurczowo wbił palce w błotnistej ziemi,

Coś tu się posypało.

Dobra, teraz nie mogę czytać dalej, wieczorem dokończę.

 

Edit: No, zgadza się – klasyczne fantasy. Gdybyś tak opisała walkę między ludzkimi armiami, historia niemiłosiernie by mnie znudziła. Magia dodaje odrobiny uroku, ale ciąg brudnych zagrywek i sztampowych rozwiązań pozostaje.

Czy naprawdę trzeba informować czytelnika, jakiego koloru włosy ma każda z postaci?

Nie przekonały mnie motywy przyjaciela bohaterki. Głupio postąpił i tyle.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarz. Przy kolejnych tekstach będę się starała ograniczyć niepotrzebne opisy wyglądu, bo widzę, że tylko zapychają tekst. 

Nowa Fantastyka