- Opowiadanie: Bologis - Łatwa robota

Łatwa robota

Mój warsztat, z tego co mówią koledzy z Loży, leży. Kiedyś pisałem inaczej, to próbka tego co tworzyłem jakiś czas temu. Nie jest to wybitne dzieło ale myślę, że(kiedy nie zważa się na wspomniany warsztat) może się podobać. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Łatwa robota

Szedł jak zwykle na piechotę, nie lubił koni ani wszelkiej maści powozów czy wozów. Miał na sobie czarny płaszcz z kapturem przysłaniającym mu całą twarz. Na plecach miał swój ulubiony miecz a u pasa, sztylet. Podróżował do tego samego miejsca co zwykle o tej porze miesiąca; do zajazdu na obrzeżach Welaton – stolicy Sewgardu. Była tam wcale dobra karczma, w której zwykł bywać i gdzie wiele osób go znało. Nie mógł cierpieć na brak roboty w tym miejscu.

Wędrował wschodnim traktem z dala od wiosek i domów. Z daleka widać było mury wielkiego miasta Welaton, wzdłuż którego płynęła wartko rzeka Leisa. Las na zachodzie wyglądał złowrogo, a na horyzoncie zachodziło słońce.

Zbliżał się już do karczmy „ Pod Rozwydrzonym Bachorem” i w duchu cieszył się z tego faktu.

Zajazd był ogrodzony ostrokołem wysokim na osiem łokci. Wewnątrz znajdowały się cztery domy i karczma, oraz kowal. Miejsce nie miało dobrej sławy, głównie ze względu na typów, którzy się tam kręcili.

Strażnik na platformie zauważył przybysza i zawołał.

– Hej! Ktoś ty? Zdejmuj kaptur przybłędo!

Podróżnik zdjął kaptur. Był łysy, mimo iż starość jeszcze go nie dogoniła, miał twarz naznaczoną bliznami i zarost.

– Mówże kimże jesteś!- krzyknął strażnik.

– Tylko przechodziłem. Napić się przyszedłem i odpocząć.

– Aha, dobrze – powiedział nie spuszczając z mężczyzny oczu – Ty Kopajnoga! – zwrócił się do siedzącego pod bramą chłopaka. – Otwórz no bramę! – krzyknął.

Bezzębny chłopak o imieniu Kopajnoga otworzył niezdarnie bramę i szybko oddalił się od przybysza. Ten nie zwracając na to większej uwagi wszedł na obszar zajazdu.  Spojrzał na tablicę ogłoszeń i zauważywszy ciekawe zlecenie zerwał je i wszedł do środka.

Siedział w najbardziej oddalonym stoliku. Czytał. Po przeczytaniu podszedł do karczmarza, bez słowa położył ogłoszenie na blacie.

– Karczmarzu, gdzie znajdę zleceniodawcę? – zapytał bez wyjaśnienia.

– Ciszej Petrrie– syknął w odpowiedzi karczmarz. Spojrzał na kartkę –  Siedzi tam przy pierwszym stoliku od okna.

– Kto to?

– Leon Kedrik, wdowiec.

Jean skinął lekko głową, położył kilka fedrików w zamian za piwo oraz informacje i odszedł. Dosiadł się do Leona i pokazał mu ogłoszenie, po czym przeczytał po cichu lecz na tyle głośno żeby zleceniodawca mógł usłyszeć.

– Jest napisane „ Pewien człowiek poszukuje wprawionego w boju i fachu, łowcy nagród, płaci od ręki okrągłym tysiącem fedrików.” Prawda co napisane?

– Tak. Widzę, że sam Jean Petrrie zaszczycił mnie obecnością. – odpowiedział krótko, acz przygnębiająco Leon.

– Na kogo to zlecenie?

– Na Alberta Vanhelsh, strażnika przy bramie do Welaton.

– Zabić?

– Nie.

Petrrie spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Chodzi o to, że ma go pan zastraszyć Petrrie. Zlać go i kazać mu uregulować zaległe płatności.

– Nie jestem komornikiem Kedrik.

– Ale jesteś łowcą nagród, a za tę robotę jest wyznaczona nagroda – mówiąc to Leon popukał palcem o stół.

– Aha – Petrrie zastanawiał się chwilę – więc powiem krótko: tysiąc to za mało.

Kedrik spojrzał na niego z wyrzutem.

– Jak to za mało? Okrągły tysiąc, z pewnej ręki.

– Ale to atak na służbę miejską, za takie coś kaucja kosztuje około tysiąca pięciuset fedrików a do lochu idzie się w najlepszym wypadku na pięć lat.

– Mogę zaoferować jedynie tysiąc czterysta fedrików, więcej nie mam.

– Za mało, nie będę narażał się za tak małą kwotę. Co najmniej tysiąc osiemset.

– Nie mam tyle.

Łowca nagród wstał i nachylił się do Leona.

– Nie sądzę aby ktoś inny zrobił to za mniejszą kwotę niż ja panu proponuje panie Kedrik. Bywajcie w zdrowiu proszę pana  – powiedział szeptem.

– Czekaj! – krzyknął Leon. – Mogę zamiast brakujących pieniędzy zaoferować jeszcze konia. Zdrowego – dodał ciszej.

Petrrie zastanawiał się przez krótką chwilę. Nie uśmiechało mu się zbytnio brać konia, na którym i tak nie będzie jeździł.

– Niech będzie. – Usiadł.

– Kiedy możesz zacząć?

– Choćby zaraz.

– Mam nadzieję, że nie oczekujesz zapłaty z góry?

– Skądże znowu. Macie mnie za szubrawca panie Kedrik?

– Skądże.

– A więc żegnam i do zobaczenia, jutro w tym miejscu. – Jean wyszedł. 

Stał z daleka od bramy do miasta ale wszystko widział. Strażnik siedział na krześle opierając się o miecz. Most zwodzony był opuszczony. Mężczyzna miał na sobie zbroję. „ Osłona pod pachami i w okolicach szyi jest dosyć słaba. Domyślam się też, że mistrzem miecza  nie jest.” Pomyślał Petrrie. Ruszył w stronę bramy. Miecz ukrył pod płaszczem, nie myślał z niego korzystać ale kto wie jaki obrót przybiorą sprawy, naciągnął kaptur. Doszedł do strażnika, ten momentalnie wstał wyciągając ku niemu miecz.

– Ktoś ty i czego chcesz? – zapytał. 

– Cóż, coś mi się obiło o uszy, że nie płacisz zaległych kwot – mówił Jean – a ja jako dobry człowiek muszę dla pewnego pana sprawdzić, jakie nasz poczciwy strażnik miał problemy, że nie zapłacił należnej kwoty.

– Nie drwij łotrze! – strażnik starał się aby zabrzmiało to groźnie ale głos mu się załamał.

– Więc możemy załatwić to na dwa sposoby – zignorował go Petrrie  – ja odejdę a ty spokojnie zapłacisz i nigdy więcej mnie nie zobaczysz albo… albo teraz dam ci powody abyś szybko zapłacił i kto wie czy w przyszłości się jeszcze nie zobaczymy. Wybór należy do ciebie.

– Chyba nie myślisz, że się ciebie boję?! Szkolono mnie do walki z takimi jak ty…

– Daj spokój Vanhelsh, dobrze wiem, że nikt cię nie szkolił. Nie jesteś rycerzem ani żołnierzem tylko tępym strażnikiem.

– Ty chłystku! Odpowiesz za to przed sądem! Walcz łotrze! – i mówiąc to rzucił się w stronę Jeana z mieczem. Tak jak szczeniak rzuca się na ciebie z obnażonymi zębami ale ty dobrze wiesz, że nie da rady nic ci zrobić. Tak mniej więcej czuł się teraz Petrrie.

Zrobił szybki unik w bok gdy strażnik machnął mieczem i uderzył go kolanem w udo. Ten zwił się pod naporem bólu i szybko oddalił, kulejąc, od przeciwnika. Gdy po sekundzie doszedł do siebie, postanowił zaatakować z boku ale łowca był szybszy. Zrobił przewrót do tyłu i skoczył w stronę napastnika. Albert, poczciwy znany przez wszystkich strażnik w mgnieniu oka leżał już na ziemi ze śladem uderzenia na policzku. Szybko doszedł do siebie i wstał rozmasowując miejsce bólu. Złapał miecz oburącz i ponowił atak. Tym razem miecz świsnął łowcy, po efektownym uchyleniu się, nad głową, a potem koło ucha. Jean był już znużony tą zabawą i postanowił wreszcie wykonać zadanie. Gdy Vanhelsh zaatakował mieczem ponownie, Petrrie złapał jego obie ręce pod pachę i wykorzystując jego zdziwienie rąbnął go głową prosto w twarz. Strażnik z bólu upuścił miecz. Wykorzystując to łowca wykręcił mu ręce. Coś gruchnęło. Strażnik leżał na ziemi z obiema rękoma połamanymi i skowyczał.

Jean nachylił się nad strażnikiem i powiedział:

– Pan Kedrik czeka na uregulowanie spłat.

Łowca odszedł.

Czekał na Leona w karczmie „ Pod Rozwydrzonym Bachorem” i patrzał przez okno. Ktoś szybko poruszał się na koniu. Jeździec zsiadł ze zwierzęcia. Do karczmy wszedł w płaszczu Leon Kedrik. Usiadł przy stole i położył dużych rozmiarów sakiewkę na stole przed łowcą.

– Tysiąc czterysta fedrików i koń. Tak jak się umawialiśmy.

– Dobrze. – Jean wziął sakiewkę i zważył ją w ręce. Schował. Wstał i podał rękę Leonowi. – Interesy z panem to czysta przyjemność panie Kedrik.

Okrył się płaszczem i wyszedł z karczmy.

Złapał konia za uzdę i ruszył w stronę bramy. Myślał nad tym co zrobi strażnik, ale po chwili przestał się tym interesować, miał bowiem inne rzeczy na głowie. Musiał sprzedać konia.

Wychodząc z zajazdu postanowił sprzedać konia w Welaton, głównie ze względu na to, że inną alternatywą było Tortrim leżące kilkaset mil od tego miejsca, albo wędrowni kupcy ale oni to sami zdziercy.

Nie poszedł do głównej bramy z dwóch powodów. Po pierwsze, niedawno zlał tam strażnika, po drugie, bez odpowiednich papierów nie wpuszczą go z koniem do miasta. Wybrał ukrytą drogę pod murami. Droga znajdowała się w jaskini, w której podobno straszyło, ale Jean wiedział, że to miejscowe bajki.

Zbliżał się już do celu kiedy nagle zatrzymał go pewien człowiek. Miał na sobie zbroję a u pasa nosił miecz. Niewątpliwie był wojownikiem.

– Jean Petrrie? – zapytał szorstko.

– Zależy kto pyta – odpowiedział łowca  – a ty to kto?

– Zależy kto pyta. – odpowiedział ironicznie nieznajomy.

Zapadło krótkie milczenie, które po chwili przerwał Petrrie.

– Tak, ja jestem Jean Petrrie.

– Cóż to nie pana szczęśliwy dzień, panie Petrrie – powiedziawszy to zaczął powoli zbliżać rękę do miecza.

– A czemużby nie? – zapytał Jean starając się aby nieznajomy nie zauważył iż spostrzegł wolne ruchy ręki obcego.

– Bowiem ja jestem tu w celach zawodowych a przykro mi pana oznajmić, że wykonujemy ten sam zawód. – teraz już złapał za rękojeść.

– Nie chcesz tego człowieku.

– Oj mylicie się panie Petrrie, chcę i to bardzo. Nagroda za pana to aż tysiąc dwieście sewgardzkich fedrików.

– Jako łowca nagród powinieneś wiedzieć, że taka kwota za kolegę po fachu jest zbyt mała by narażać na nią życie.

– Ja jednak uważam, że to aż nadto. Słyszałem o was panie Petrrie i nie obiło mi się o uszy aby kiedykolwiek walczył pan z równym przeciwnikiem. Najwyżej ze strażnikiem czy chłopem.

– Sprawdź mnie. – po tych słowach Petrrie sięgnął po miecz.

– Momencik. Mój zleceniodawca pragnie byś skonał z jego imieniem w uszach.

– Przedstaw więc swego pana.

– Nazywa się Albert Vanhelsh. A teraz walczmy. – wyciągnął miecz.

Przez ułamek sekundy, żaden się nie poruszył. Wreszcie pierwszy zaatakował najemny zabójca. Wykręcił młynka w powietrzu i rąbnął od góry. Petrrie spokojnie sparował cios i zrobił piruet w tył, wodząc mieczem odwrotnie do rytmu kroków. Następny atak znów był wymierzony w Jeana, tym razem od dołu. Łowca podskoczył i uderzył napastnika w twarz. Spadł na klingę wroga po czym wykopał ją z rąk przeciwnikowi. Podszedł i klęczącego napastnika kopnął z całej siły w bok. Ten zgiął się i zwinięty leżał na ziemi. Petrrie przygwoździł go kolanem i nachylił się.

– Jak cię zwą? – zapytał.

– Edward Sectrem bydlaku. – odpowiedział plując.

Łowca zaczął grzebać mu w kieszeniach i wyjął pieczęć. Taką samą posiadał i on i każdy inny łowca nagród. Były trochę jak nieśmiertelniki ale oprócz imienia było na niej wygrawerowane także imię łowcy, który wyszkolił danego wojownika.

Jean schował ją do kieszeni i odebrał, tak jak mieli w zwyczaju łowcy, także miecz pokonanego wroga. Zostawił go jednak przy życiu.

– Nie zabijesz mnie? – zapytał zdziwiony Edward.

– Nie. Jest nas w tej robocie coraz mniej, a poza tym – odwrócił się do rozmówcy – Jesteśmy kolegami po fachu.

Jean wziął konia za uzdę i odszedł w stronę jaskini.  

Koniec

Komentarze

Szedł jak zwy­kle na pie­cho­tę, nie lubił koni ani wszel­kiej maści po­wo­zów czy wozów. 

Pisząc prozą staraj się unikać takich rymów.

 

Miał na sobie czar­ny płaszcz z kap­tu­rem przy­sła­nia­ją­cym mu całą twarz. Na ple­cach miał swój ulu­bio­ny miecz a u pasa, szty­let. 

“miał” – powtórzenie. Poza tym zrezygnowałbym ze słowa “swój”. Skoro to jego ulubiony miecz, to dziwne, by był czyjś;)

 

 

– Mówże kimże je­steś!- krzyk­nął straż­nik.

Myślniki oddzielamy spacją obustronnie.

 

 

Sie­dział w naj­bar­dziej od­da­lo­nym sto­li­ku. Czy­tał. Po prze­czy­ta­niu pod­szedł do karcz­ma­rza, bez słowa po­ło­żył ogło­sze­nie na bla­cie.

Może lepiej, zamiast – “po przeczytaniu” dać: Gdy skończył podszedł…

 

– Karcz­ma­rzu, gdzie znaj­dę zle­ce­nio­daw­cę? – za­py­tał bez wy­ja­śnie­nia.

Po co ktoś umieszcza ogłoszenie, a nie informuje zainteresowanych, do kogo mają się zgłosić?

 

Szyb­ko do­szedł do sie­bie i wstał roz­ma­so­wu­jąc miej­sce bólu. 

Wyszło trochę zabawnie. Lepiej: bolące miejsce.

 

Zła­pał miecz obu­rącz i po­no­wił atak. Tym razem miecz świ­snął łowcy, po efek­tow­nym uchy­le­niu się, nad głową, a potem koło ucha. 

Powtórzenie: miecz.

 

 

 

Mu­siał sprze­dać konia.

Wy­cho­dząc z za­jaz­du po­sta­no­wił sprze­dać konia w We­la­ton, głów­nie ze wzglę­du na to, że inną al­ter­na­ty­wą było Tor­trim le­żą­ce kil­ka­set mil od tego miej­sca, albo wę­drow­ni kupcy ale oni to sami zdzier­cy.

Powtórzenie. I to bzdurne.

 

Były tro­chę jak nie­śmier­tel­ni­ki ale oprócz imie­nia było na niej wy­gra­we­ro­wa­ne także imię łowcy, który wy­szko­lił da­ne­go wo­jow­ni­ka.

Trochę te nieśmiertelniki mi zgrzytnęły w quasi średniowiecznym świecie.

 

Masz straszny misz-masz w dialogach. Raz piszesz poprawnie, raz nie.

 

Co do fabuły, to historyjka jakich wiele. Pozbawiona niestety polotu. Finał też mnie nie zaskoczył.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

To może wstawisz jakiś aktualny tekst, żeby koledzy z Loży mogli się poczepiać błędów, które robisz teraz?

Siedział w stoliku? Interesujące…

Wołacze, Bologisie, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

A gdzie tu fantastyka?

Babska logika rządzi!

Autorze, czy zapoznałeś się z poradnikiem, do którego link wstawiłem w komentarzu pod pewnym  – usuniętym już niestety – opowiadaniem?

EDIT: Karczma “Pod Rozwydrzonym Bachorem” – yes

Sorry, taki mamy klimat.

Tak zapoznałem się, kilka moich niedopatrzeń, poprzednie opowiadanie usunąłem, bo tylko się nim pogrążałem. Dziękuję jeszcze raz za porady!

 

Szort mało zajmujący.

No cóż, koledzy z ówczesnej Loży, wytknęli to i owo, a po latach to, co zostało wytknięte, nadal straszy, nietknięte. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka