- Opowiadanie: michal3 - Pokuta Barallusa

Pokuta Barallusa

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pokuta Barallusa

Barallus chciał umrzeć. Godzinami wstrzymywał oddech, próbując zakończyć swój nędzny żywot, ale w najlepszym razie tracił przytomność na kilkanaście godzin. Nie budził się przez długi czas, marząc o tym, że nie będzie już więcej leżeć w tej zimnej i wilgotnej celi, pełnej słomy, szczurów i pająków wielkości pięści. Niczego tak nie pragnął jak śmierci.

Uczucie towarzyszące otwieraniu powiek było więcej niż rozczarowujące; przyćmione światło wypełniało zielone tęczówki i przypominało o stworzonym świecie, który go połknął, przeżuł i wypluł. Leżąc na kamiennej pryczy przeklinał swoją głupotę, wspominał bezsensowną krucjatę i płakał na samą myśl o wszystkich, na których sprowadził śmierć.

Cieniutki kocyk ześlizgnął się prosto w miskę z odchodami. Barallus powoli podniósł się, strzelił z kłykci i postawił delikatnie zesztywniałe nogi na zimnej posadzce. Chciał wstać, ale dawno już zapomniał, jak to jest używać mięśni. Czuł ból całego ciała, czekał w bezruchu. Nie minęło kilka sekund jak opadł na ziemię niczym worek kartofli i zasnął.

 

Barallus leżał skąpany w mrocznej ciszy. Raz po raz wodził ręką po chropowatych kamieniach, niczym kochanek dotykający jedwabistego kobiecego ciała. Wspominał czasy, kiedy jego słowo miało jakieś znaczenia, a wola stawała się ciałem.

Ciszę zmąciły czyjeś słowa. Jakby znudzony wszystkim wieśniak rzucił głazem w gładką taflę jeziora.

– Witaj, Barallusie – powiedział męski, głęboki, dosadny głos. – Wstań!

Barallus nigdy w swoim bluźnierczym życiu nie słyszał tak nietypowego głosu, jakby pochodzącego zewsząd. Chociaż czuł się wiotki niczym trzcina na wietrze, to jednak posłusznie wstał, podpierając się lewą ręką o ścianę. Myślał, że natychmiast upadnie, ale coś dodało mu sił. Sen? Wiara w szybką śmierć?

Nadzieja?

– Nie wiesz, kim jestem, ani nawet nie wiesz, gdzie się znajduję, ale póki co, nie jest to istotne – zaczął tajemniczy głos. – Ale wiedz, że będę traktować cię jak przyjaciela.

– Zabij mnie, proszę. – Barallus spuścił wzrok i spojrzał na swe powykrzywiane palce. Cała ta sytuacja przestała go dziwić, w końcu sam był sprawcą rzeczy niezwykłych i nienazwanych. – Zabij…

– Nie, głupcze! Jesteśmy sobie potrzebni! Jestem tutaj, abyś znowu mógł cieszyć się szacunkiem, władzą i mądrością człowieka wielkiego; straciłeś wszystko, lecz odzyskasz po stokroć więcej. Wszystko, co tutaj widzisz odejdzie w niepamięć niczym zły sen, a ja znowu odzyskam poklask i siłę. Pamiętaj, że chociaż podążasz złą drogą, to nie zmienia faktu, iż możesz dotrzeć do celu. A teraz usiądź!

Przyzwyczajony do ciemności Barallus miał pewne wątpliwości, co do pochodzenia głosu. Do celi wpadało trochę światła, może ktoś się ukrył, pomyślał. Tak naprawdę założył jednak inny scenariusz – zaczął wariować.

Zapadł w sen.

 

Barallus maszerował przestronnym korytarzem, na ścianach wisiały przepiękne gobeliny przedstawiające najbardziej znane momenty z historii Śniących: „Ocalenie”, „Nadchodząca Przyszłość” czy „Ostatni Krok”. Korytarz był niesamowicie długi, przy każdych drzwiach stał odświętnie ubrany sługa o łagodnym wyrazie twarzy i jednym płynnym ruchem otwierał wielkie, potężne, mosiężne drzwi. Chciał do nich przemówić, podziękować za fatygę, lecz nie był w stanie wykrztusić ani słowa.

Marsz trwał ponad godzinę. Doszedł do sali z wielkimi oknami, przez które widział tylko dym i ogień. Chaos zapoczątkowany przez niego, heretyka, wroga Śniących. Czuł bijące od podłogi zimno, gdyż szedł boso, a dywanów było jak na lekarstwo. Wszelkie kominki były wygaszone.

– Tutaj znajdziesz skarb, Barallusie – powiedział głos. – Zapamiętaj te miejsce, wyucz się szczegółów, każdego kroku, każdego oddechu.

Obudził się.

– Jesteś kamieniem… – zapytał Barallus, chociaż wytrawny rozmówca usłyszałby stwierdzenie, a nie pytanie.

– Nie słyszałeś nigdy o mnie?

– Vallanghir…

– Jestem kamieniem przyćmiewającym wszystkie inne. Znajdź mnie, a spłynie na ciebie moja łaska.

Barallus uśmiechnął się krzywo po raz pierwszy od piętnastu lat. W myślach rysował mapę zamku, próbując określić, do którego miejsca głos chce go sprowadzić. Czuł się onieśmielony, ale gotów stanąć twarzą w twarz z kamieniem. Wystarczy oszukać przeznaczenie, pomyślał, licząc na to, że w końcu opuści celę. Wystarczyło tylko obmyślić plan…

Barallus długo rozmyślał, przypominał niemy posąg. Chciał sprostać próbie, na jaką został wystawiony, jednak ucieczka z celi mogła być ponad jego siły. Z dnia na dzień przecież nie nabierze koniecznej krzepy, aby pokonać strażników czy przełamać kraty. Jednak czas był jego największym sprzymierzeńcem, spędził tutaj 15 lat, gotów był poświęcić kolejne lata, aby uciec i odzyskać wszystko, co utracił.

Kolejne miesiące mijały na prostych czynnościach. Zaczął wstawać z pryczy, aby znowu przyzwyczaić nogi do wysiłku. Podnosił lekkie kamienie, popychał ściany, kucał, skakał, a nawet stawał na rękach. Wiedział, że musi uważać, gdyż jakiekolwiek złamanie w takich warunkach może zakończyć się śmiercią. Codziennie też prowadził długie rozmowy z kamieniem, aby zrozumieć na czym ma polegać jego rola. Lękał się go, ale zarazem pożądał. W tym nieubłaganie zimnych lochu, gdzie jedynym towarzyszem przez tyle lat była cisza i otaczającego mury, pragnął znowu spojrzeć na zielone drzewa i ukwiecone łąki, jak bardzo naiwnie to nie brzmiało.

– Boisz się… – stwierdził głos. – To dobrze. Tylko głupiec się nie boi. Wiedz, że moja potęga jest wynikiem kilku szczęśliwych splotów okoliczności. Nie dość, że fortecę Mallaya postawiono w uświęconym miejscu, to jeszcze we właściwym czasie. Teraz już czas nic dla mnie nie znaczy, a ja znaczę wszystko dla czasu. Dlatego też wiedziałem, że pewnego dnia się tu zjawisz… I że odniesiesz sukces.

Barralus słysząc takie słowa nabierał nie tylko pewności siebie, ale i przekonania o własnej nieomylności. Kamień nie mówił mu, co ma zrobić, aby się uwolnić, wiedział jednak, że działania jakie podejmie będą skuteczne. Wystarczyło więc być konsekwentnym i oczyścić swe serce z wszelkich złych cech, takich jak niecierpliwość czy pycha.

Spał niewiele, a jak zmrużył już oczy, to śnił zawsze ten sam sen, różniący się kilkoma szczegółami. Ponadto, cały czas czuł na sobie umysł kamienia. Jego niewyobrażaną moc oraz porażającą niemoc wynikającą z faktu nie bycia człowiekiem.

 

Po trzech latach był na tyle silny, aby spróbować wydostać się z zapomnianej przez wszystkich możnych celi. Usiadł na słomie, rozkruszył dwie kromki chleba i czekał. Siedział tak przez 5 dni zanim niewielki czerwony rudzik przecisnął się przez kraty, zleciał delikatnie na dół i zaczął zajadać się okruszkami. Kolejne 5 sekund zajęło mu złapanie ptaka i skręcenie jego małego karku.

– Długo kazałeś mi na to czekać, Barallusie.

Więzień uśmiechnął się.

Kamień wiedział, jaka jest następna część planu.

 

Flavik nie posiadał żadnej mocy, chyba że pierdzenie po placuszkach z boczkiem można nazwać jakąś niezwykłą umiejętnością. Przez ponad 7 lat roznosił jedzenie więźniom, a od półtora roku tylko jednemu – jakiemuś zapyziałemu dziadowi z długą i brudną brodą. Raz po raz słyszał, jak szaleniec mówił coś sam do siebie. Nie było w tym nic niezwykłego, w końcu magia starego elfickiego zamku różnie oddziaływała na ludzi.

Flavik zawsze wstawał pierwszy, gdyż nie lubił alkoholu, więc nie upijał się do nieprzytomności. Pierwsze co robił, to odwiedzał wychodek, a potem kuchnię, gdzie wlewał do niewielkiej miski trochę żarcia dla siebie i więźnia. Schodził na dół, otwierał niewielkie drzwiczki i zostawiał miskę z papką. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zdarzył się dzień, kiedy miska była w dalszym ciągu pełna. Sytuacja się powtarzała, więc piątego dnia Flavik uchylił lekko drzwi, aby sprawdzić co i jak. Więzień leżał w przeciwległym kącie. Nie ruszał się. Strażnik szybko się wycofał, po czym wrócił na górę. Wyraźnie go uczono, co należy w takiej sytuacji zrobić.

 

Hanng Łamacz Karków przekręcił klucz; zamek szczęknął, osiłek otworzył drzwi. W lewej ręce trzymał tlącą się słabym ogniem świeczkę, której znikomy blask rozdzierał martwą ciemność.

Barallus leżał wyciągnięty przy przeciwległej od wejścia ścianie. Nie ruszał się od tygodnia, tak zrelacjonował Flavik. Zgon był więcej niż pewny.

I dobrze, pomyślał Hanng, nie trzeba będzie poprawiać roboty matki natury.

Przymknął za sobą drewniane drzwi, postawił świeczkę na pryczy i spokojnie podszedł do nieruchomego, bezwładnego truchła. Pożółkła twarz Barallusa przypominała papirus, a z oczu zionęła pustka.

Hanng najpierw kopnął więźnia w ramię, a następnie krzyknął mu nad uchem. Heretyk ani drgnął. Osiłek mocno złapał Barallusa za biodra i przerzucił go przez ramię.

Nim przekroczył próg celi poczuł coś dziwnego. Jakby ruch martwego ciała.

Ostatnie co widział to zmierzający w jego kierunku ostry ptasi dziób, który ostatecznie wbił się głęboko w lewe oko. Krew zmieszana z białkiem splamiła szatę Hannga kończąc tym samym jego krótki udział w tej historii.

 

Barallus niepewnie otworzył drzwi, po czym stanął świadomy znaczenia tej chwili.

Niespodziewanie zamek zaczął drżeć niczym przerażona księżniczka; prawie nieodczuwalnie, złowieszczo. Barallus postawił krok naprzód, wszystkie włoski na ciele mu się zjeżyły. Zaczynał się bać, chciał zawrócić, skulić się w ciemnej celi i przeprosić wszechświat za krzywdę, którą wyrządziła jego matka wydając go na świat.

Powoli się poruszył.

Korytarz był szeroki, zmieściłoby się trzech barczystych mężczyzn idących obok siebie. Postawił kolejny krok. Opór zmalał.

Zaczął biec.

Kamień go wzywał.

Wyciągnął rozpaczliwie ręce, jakby ścigało go stado byków. Mętlik w głowie nie ustawał. Zamknął oczy, liczył kroki.

Pierwszy.

Drugi.

Trzeci.

Setny.

Tysięczny.

Stracił rachubę po dwudziestu minutach biegu, nawet nie wiedział, że zamek jest tak wielki. Kiedy pomyślał, że nigdy nie znajdzie miejsca, gdzie znajduje się kamień, walnął nosem w drewniane drzwi.

– Witaj, Barallusie – odezwał się Vallanghir. – Blask wskazał ci drogę. A teraz wejdź, podejdź do mnie.

Więzień pokonał nieskończone tunele, a teraz wchodził odebrać nagrodę. Po przekroczeniu progu z kamienia trysnęła fioletowo-błękitna iskra. Utrzymywała się pod sufitem oświetlając owalne pomieszczenie. Cień Barallusa wskazywał miejsce, w którym przed setkami lat budowniczy umieścił Vallanghira. Uciekinier wypowiedział tylko jedno słowo: „Nareszcie”.

Czarna powłoczka zaczęła otaczać Barallusa, a początkowy zachwyt ustąpił strachowi. Zachwiał się, po czym upadł na podłogę. Nie mógł się ruszyć, nie mógł uciekać. Kamień rozkruszył się na milion kawałków, a ze środka wypełzła bezkształtna masa sunąca niczym dżdżownica. Zmierzała w kierunku otwartych ust Barallusa.

 – Odpokutowałeś za wszystkie grzechy, Barallusie – zaczął Vallanghir. – Czas, aby ktoś inny zrobił użytek z twojego ciała. Ty już nie będziesz go potrzebować. Mam nadzieję, że spodoba ci się bycie kamieniem.

 

Minęło tysiąc lat nim zamek został zburzony, a dusza Barallusa została uwolniona.

Koniec

Komentarze

Muszę zapamiętać, żeby nigdy nie rozmawiać z kamieniami. A z pierścionkami można? My preciousss… ;-)

Opowieść jakoś tak na kolana nie rzuca. Jako epizodzik w czymś większym, owszem. Spodobało mi się zwabienie ptaka do celi.

ponad jego siły. Z dnia na dzień przecież nie przybierze na sile potrzebnej,

Powtórzenie. I ten drugi zwrot jakoś podejrzanie wygląda.

Liczby słownie.

Czasami interpunkcja szwankuje.

Hanng Łamacz Karków przekręcił klucz; zamek szczęknął, po czym otworzył drzwi.

Zamek otworzył? Podmiot Ci podobnie zwiewa również w innych miejscach.

Barallus postawił krok na przód,

A przedtem krok stał na tyle? ;-)

Wydaje mi się, że raczej ojciec go począł, matka wydała. Ale w sumie, nie było mnie przy tym…

Babska logika rządzi!

Masz fragmenty, w których nadużywasz zaimków, zwłaszcza “się”.

 

Ale ogólnie całkiem nieźle napisane.

Co do fabuły, to prawda, że ludzie potrzebują jakiegoś celu, by żyć. Ot, choćby przyznanego od kamienia. Choć bohater raczej nie tego oczekiwał;)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dzięki za komentarze!

Work smart, not hard

Tak jakoś podejrzewałam, że będzie haczyk ;)

Zawsze jest :)

Work smart, not hard

Gadając z kamieniem, trzeba być znacznie twardszym niż rozmówca.

 

– Za­pa­mię­taj te miej­sce… – – Za­pa­mię­taj to miej­sce

 

spę­dził tutaj 15 lat… – …spę­dził tutaj piętnaście lat

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się kilkakrotnie.

 

była cisza i ota­cza­ją­ce­go mury… – Brak spacji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka