- Opowiadanie: Lokhirme - Eleri i Walather

Eleri i Walather

Witam, pierwszy raz piszę opowiadanie na konkurs i mam nadzieję iż spodoba się ono wielu osobom

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Eleri i Walather

Eleri i Walather

 

Jasne słońce oświetlało zielone pola i połacie lasu. Środek lata był upalny i piękny. Mimo wczesnego poranka, rosa już dawno zniknęła z rozpalonych słońcem pól. Góry majaczyły w tle, ich kształty były ledwo widoczne. Koło bujnego lasu stał niewielki dom, przed którym zebrała się rodzina.

– Uważaj na siebie i wróć szybko – powiedziała kobieta tuląc w ramionach dziewczynę o fioletowych włosach i oczach ubraną w lekki granatowy płaszcz z kapturem, skórzane spodnie i luźną koszulę. Dziewczyna uśmiechała się. Na biodrze nosiła półtoraręczny, granatowy miecz. Zza pleców widać było jeszcze jeden sztylet ułożony poziomo. Wysokie buty  ukrywały sztylet. Pierś przecinał pasek od sakwy, która znajdowała się na plecach dziewczyny.

Tuż obok kręciła się ośmioletnia dziewczynka o fioletowych włosach sczesanych w warkocz. Jasnozielona sukienka była już na nią nieco za mała. Koło nich stał nastoletni chłopak o krótkich granatowych, jasnych fiołkowych oczach i ciemnym zaroście. Koszula była na niego nieco za duża, lecz skórzana kamizelka nieco ją ściągała. Spodnie lekko potargane na prawym udzie miały przybrudzone nogawki.

Kobieta o fioletowych włosach, zaczesanych w trzy długie warkocze i o jasnych niebieskich oczach, która miała na sobie długą ciemnozieloną suknię, po chwili wypuściła dziewczynę z ramion.

– Musisz odejść dzisiaj? – spytała.

Oczywiście, że nie chciała.  Mimo iż jej praca zapewniała dużo pieniędzy całej rodzinie, woleli żyć skromnie z dala od miasta. Matka dziewczyny nigdy nie lubiła przepychu. Dziewczyna spojrzała na kobietę ze smutkiem, lecz mimo to próbowała się uśmiechnąć.

– Matko, wiesz, że muszę. To moja praca. Wrócę najpóźniej za trzy tygodnie.

Młodzieniec skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał na dziewczynę ze złością.

– Znowu mam się zająć domem? Nic tylko siedzę tutaj i pomagam matce jak baba. Mogłabyś czasami zostać i pomóc.

Dziewczyna spojrzała na chłopaka z czystą złośliwością.

– Przykro mi Owney, lecz muszę zarabiać, żebyś nie przegrał całego majątku w karty.

Chłopak skrzywił się i zaczął mamrotać coś pod nosem.

Mała dziewczynka patrzyła wielkimi niebieskimi oczami na dziewczynę.

– A przyniesiesz mi prezent?

– Oczywiście siostrzyczko – schyliła się i przytuliła dziewczynkę.

– Obiecujesz?

Dziewczynka naburmuszyła się i wystawiła mały palec. Jej siostra uśmiechnęła się i zahaczyła swój mały palec o paluszek dziewczynki.

– Obiecuję ci Cari.

Pocałowała ją w czoło i wyprostowała się. Matka spojrzała na dziewczynę ze smutnym uśmiechem.

– Dawno nigdzie cię nie wysyłali. Dobrze zrobi ci podróż.

Dziewczyna pokiwała głową i podniosła głowę do góry. Po chwili niebo przeciął ciemny kształt. Ogromny granatowy smok o białych pazurach i rogach wylądował tuż przed całą rodziną. Błona na jego rozłożonych skrzydłach wielkości dwa razy większej niż dach domu, błyszczała niczym nocne niebo pełne gwiazd. Łuski odbijały promienie słońca tworząc tysiące niewielkich granatowych odblasków. Biała i rzadka grzywa ciągnęła się przez całą szyję wzdłuż grzebienia kolców.  Wokół czarnej źrenicy był niewielki okrąg bieli. Jego granatowe oczy ukrywały wielką mądrość. Smok spojrzał na rodzinę dziewczyny. Cari zapiszczała z radości, podbiegła do smoka i złapała się za jego nozdrza.

-Walather!

Smok podniósł delikatnie dziewczynkę nad ziemię, dmuchnął w nią gorącym oddechem, po czym postawił ją z powrotem. Cari zaśmiała się.

-Wróć szybko i pilnuj mojej siostry, dobrze?

Smok zamruczał cicho i mrugnął podwójną powieką. Dziewczyna uśmiechnęła się i podeszła do smoka. Pogłaskała go po łuskach. Walather uklęknął na jedną łapę i pozwolił wejść dziewczynie na swój grzbiet. Matka podeszła do smoka i spojrzała mu w oczy, po czym skierowała wzrok na córkę.

-Eleri.

Dziewczyna spojrzała w oczy matki, która wydawała się nieco zaniepokojona.

-Tym razem uważaj na siebie, proszę.

Eleri pochyliła się w stronę kobiety.

-Nie bój się. Walather zawsze jest przy mnie.

Smok poruszył skrzydłami. Zaczął iść do przodu, a jego chód szybko zmienił się w bieg. Wtedy wyprostował skrzydła i wzniósł się błyskawicznie w powietrze. Eleri poczuła pustkę w żołądku. Walather ryknął głośno. Dziewczyna zaśmiała się radośnie. Dawno nie była w podróży. Teraz czeka ją tydzień lotu z przerwami na noc. Gdy smok wyrównał lot, dziewczyna złapała mocniej worek. Wyczuła twardą teksturę pudełka. Nie wiedziała jak wygląda, gdyż było dokładnie zawinięte w materiał. Duża paczka nie mieściła się na dłoniach. Zastanawiała się, co jest wewnątrz, lecz jej zleceniodawca przestrzegał ją, by nie zaglądała do środka. Goron, główny Jeździec z miasta Lunn, zlecił jej przeniesienie pudełka do stolicy, czyli Roarke. Eleri zastanawiało to, dlaczego Goron nie mógł sam wybrać się w podróż, lecz również zbytnio się tym nie przejmowała. Wiedziała, że zbytnie wtrącanie się do spraw innych jeźdźców nie jest dobre dla nikogo. Eleri zawsze miała jakąś pracę. Jeźdźcy często dawali jej do przekazania różne przesyłki, gdyż jeszcze nigdy nie zawiodła. Wrogowie zawsze próbowali odebrać to, co nie należało do nich, a dziewczyna umiała dobrze się ukrywać przed ich wzrokiem. W końcu Jeźdźcy Ciemności nie byli zbyt przyjaźni ani miłosierni. Jeszcze żaden smok ani jego jeździec nie przeżyli spotkania z nimi. Eleri nie raz już widziała ich z daleka. Widziała trzy ogromne czarne smoki. Każdy miał inny kolor pazurów, tylko po tym je rozróżniła. Jednak dostrzegła też raz zielonego smoka z czarnym jeźdźcem. Łatwo ich rozpoznać. Już z kilku kilometrów czuć ich gniew i nienawiść. Nie wiadomo, czy byli ludźmi, elfami czy duchami. Wiadomo było tylko, że nikt nie chciał się z nimi spotkać. Eleri zawsze ukrywała się wysoko na niebie, lub w chmurach. Teraz mogła lecieć wyłącznie bardzo wysoko w nadziei, że nikt jej nie zauważy. Walather również był bardzo czujny. Obserwował niebo i słuchał uważnie całej okolicy. Lecieli w napięciu przez cały dzień. Pod nimi czasami czmychało stado saren. Raz nawet było widać niewielkie stado dzikich koni. Gdy słońce zabarwiło niebo na pomarańczowy kolor, Eleri wylądowała w gęstym lesie. Walather szybko zniknął między drzewami. Musiał coś jeść, żeby nie tracić sił. Eleri w tym czasie znalazła niewielki strumyk i rozejrzała się uważnie. Dostrzegła parę ryb i pokiwała głową. Wyciągnęła sztylet zza pleców, ucięła średnią gałąź, po czym przywiązała do zaimprowizowanej dzidy sztylet za pomocą długich i mocnych pasków kory. Stanęła nad strumieniem tak by jej cień nie padał na wodę i czekała cierpliwie. Dostrzegła większą rybę. Bardzo powoli i delikatnie podniosła dzidę wyżej, po czym szybko ją opuściła. Wycelowała bezbłędnie i po chwili na sztylecie wił się duży pstrąg. Zabrała go z powrotem do „obozowiska”. Położyła rybę na trawie, odwiązała sztylet od dzidy, odrzuciła patyk i zjadła ją. Smok po chwili wrócił bezgłośnie. Pysk miał pełen krwi i niósł w nim całą tylną nogę jelenia. Rzucił ją Eleri, lecz dziewczyna zignorowała krwiste resztki i zajęła się rybą.

-To bardzo miłe z twojej strony, iż dbasz o mnie, lecz nie będę jadła surowego mięsa, zwłaszcza z twojego pyska.

Smok zmarszczył nos i dmuchnął w nią gorącym powietrzem.

-To może chociaż rozpalisz ogień?

-Nie, nie będę rozpalać ognia. Zdradzilibyśmy swoją pozycję. Goron ostrzegał mnie bym była wyjątkowo ostrożna. Ponoć Jeźdźcy Ciemności zaczęli ostatnio częściej patrolować nasze ziemie. Szkoda, że na wchodzie nie mają takich problemów.

Smok zawarczał cicho.

-Jak tam sobie chcesz, lecz taki dobry kawałek mięsa nie może się zmarnować.

Po chwili wziął nogę i słychać było tylko chrupot kości, które były miażdżone w jego szczęce niczym ziarna grochu w palcach. Eleri to nie przeszkadzało. Już dawno temu przyzwyczaiła się do tego. Smok jest z nią od czterech lat i nie wyobrażała sobie życia bez niego. Już gdy miała piętnaście lat udało jej się obłaskawić Walathera. Zżyła się z nim bardziej nawet niż z matką czy rodzeństwem. Walather stał się jej całym życiem i nigdy by go nie opuściła. Jeszcze rok temu nie mogła porozumiewać się z nim przez umysł. Ich więź z roku na rok stawała się silniejsza. Eleri marzyła, iż pewnego dnia będzie mogła używać magii żywiołów tak jak robił to Goron. Jednak do tego trzeba było być naprawdę mocno związanym ze swoim smokiem. Walather oblizał się, ułożył głowę na skrzyżowanych łapach i spojrzał na dziewczynę, która skończyła jeść rybę i rzuciła jej resztki smokowi, który połknął je w całości. Eleri wstała podeszła do Walathera i usiadła opierając się plecami o niego. Smok podniósł skrzydło i przykrył nim dziewczynę. Po chwili obydwoje zasnęli płytkim i niespokojnym snem. Eleri budziła się parę razy w nocy. Cały czas trzymała blisko siebie pudełko, a jej dłoń zawsze była w pobliżu rękojeści miecza. Walather również lustrował okolicę co jakiś czas, lecz nic nie wskazywało na to, by groziło im jakieś niebezpieczeństwo. Zanim słońce wzeszło nad horyzont Eleri już leciała dalej. Tym razem na niebie znajdowało się parę chmur. Dziewczyna latał między nimi lub wlatywała w nie, byle się ukrywać. Tak upłynął kolejny dzień. Również tego dnia nikt ich nie niepokoił. Wieczorem Eleri znalazła jabłoń i gruszę. Zerwała wiele owoców i najadła się nimi do syta. Walather tym razem nic nie jadł. Był zaniepokojony. Obserwował okolicę bardzo uważnie. Eleri zasnęła, lecz smok czuwał przez całą noc. Rankiem wyruszyli dalej. Do południa wszystko wyglądało tak jak wcześniej. Trakt, wijący się na ziemi niczym żółta rzeka, a obok niego las i pola. Gdzieś na południowym krańcu horyzontu widniały wysokie góry. Jednak tego dnia Eleri zauważyła coś dziwnego. Daleko w dole widać było chmurę gęstego żółtego dymu. Trakt był udeptany, lecz to i tak nie zapobiegało wznoszeniu się gęstych chmur. Wcześniej trakt był zazwyczaj pusty. Jednak teraz widać było duży orszak. Przynajmniej dwudziestu konnych otaczało potężny metalowy wóz. Gdzieś wysoko nad głową Eleri leciał duży czerwony smok. Był on większy od Walathera i leciał bardzo wolno, tak by nie zgubić orszaku. Eleri szybko ich wyprzedziła, lecz obserwowała żołnierzy i smoka przez długi czas. Gdy stali się niewielkim punktem w przestrzeni odwróciła się i skupiła się na drodze przed sobą. Późnym popołudniem Eleri zleciała nieco niżej. Poczuła się swobodniej. Walather był spokojny, a długi lot mocno go męczył. Zniżyli lot dość nisko, lecz nadal byli widoczni z ziemi jako punkt wielkości listka berberysu. Eleri zaczęła rozglądać się za miejscem do lądowania. Wtedy Walather raptownie odwrócił głowę w bok i spojrzał w tył. Wszystkie jego mięśnie spięły się raptownie. Eleri poczuła to i zaniepokoiła się. Walather warknął.

-Coś się zbliża!

Eleri spojrzała również w tył zaniepokojona i zamarła ze strachu. Ogromny czarny smok z czerwonymi pazurami i kolcami, jakby umoczone były we krwi leciał prosto na nich. Był o wiele większy od Walathera. Oczy bestii również przypominały szkarłatną kulę pełną płomieni. Na jej grzbiecie siedziała postać okuta w czarną, metalową i zapewne ciężką zbroję. Naramienniki przypominały teksturą smocze łuski. Jego hełm był pomniejszoną głową smoka. Walather odwrócił się brzuchem w stronę przeciwnika i wystawił łapy do przodu z bojowym rykiem. Czarna bestia rzuciła się na smoka Eleri i próbowała ugryźć go w szyję. Dziewczyna złapała równowagę, wspięła się po grzywie i kolcach na szyję Walathera aż do jego głowy i wyciągnęła miecz. Odpędzała wrogą bestię jak tylko mogła, lecz jej wysiłki nie przyniosły zbyt dużego efektu. Czarny jeździec patrzył ze spokojem na całą scenę i cierpliwie czekał. Był przerażający. Dopiero teraz Eleri poczuła siłę i nienawiść, która biła od czarnej postaci. Smoki zaczęły spadać w dół. Walather przegrywał. Zaryczał głośno i zionął kaskadą ognia prosto w pysk wroga, lecz czarny smok przymknął tylko oczy, pokręcił głową i odpowiedział tym samym. Eleri przytuliła się do grzbietu smoka chroniąc ciało przed płomieniami. I tak czuła ich żar na swojej skórze. Po chwili poczuła silne uderzenie. Smoki zaczęły koziołkować po ziemi. Czarny jeździec zeskoczył z grzbietu swojej bestii zanim ta jeszcze wylądowała. Eleri z kolei spadła na ziemię i przez chwilę nie mogła oddychać. Jednak musiała szybko wstać, gdyż ogon czarnej bestii zaczął uderzać o ziemię tuż obok niej. Eleri odeszła od smoków i spojrzała na czarną postać. Strach na chwilę zamroził jej serce. Jednak gdy spojrzała na Walathera i gdy poczuła jego ból oraz gniew, strach szybko zniknął. Wyciągnęła granatowy miecz, który zadźwięczał czystą i piękną nutą pełną grozy. Czarny jeździec również wyciągnął swój oręż. Miecz był cały czarny i miał ciemnoczerwone odblaski. Eleri popędziła biegiem w stronę wroga. Ten przygotował się na przyjęcie ciosu. Dziewczyna zaatakowała najprostszym cięciem z góry. Wróg szybko zablokował jej cios i odpowiedział na atak. Eleri walczyła z czarnym jeźdźcem na tle zmagających się ze sobą smoków. Wróg był od niej o wiele lepszy. Był szybszy, zwinniejszy i silniejszy. Miał lepszą technikę. Był idealny w walce. Nie popełniał ani jednego błędu. Eleri wiedziała już, że z nim nie wygra. Postać zablokowała jej miecz i uderzyła zakutą w blachę pięścią prosto w brzuch dziewczyny. Eleri skuliła się i prawie upadła na ziemię, lecz nie wypuściła oręża z dłoni. Eleri zacisnęła zęby i szepnęła do siebie.

-Pierwsza zasada walki, nigdy nie puszczaj broni.

Wstała raptownie i zaatakowała ponownie. Postać odskoczyła i uniknęła ciosu w brzuch, po czym zawirowała i rozcięła swoim ostrzem prawe ramię dziewczyny. Eleri krzyknęła i cofnęła się. Dotknęła rany, która znajdowała się pod rozciętym materiałem koszuli. Zacisnęła zęby i przełożyła miecz do drugiej dłoni. Lewą walczyła nieco gorzej, lecz teraz nie mogła się poddać. Stała przez chwilę naprzeciwko wroga i mierzyła się z nim wzrokiem. Wykonała szybki ruch, zmyliła jeźdźca i umknęła w bok tuż za jego plecami. Po chwili ruszyła z powrotem do ataku. Odbiła dwa ciosy wroga, po czym sama uderzyła mieczem w metalową blachę na udzie. Jeździec spojrzał na nią i zaśmiał się drwiąco. Złapał jej lewą dłoń i przyciągnął Elirę blisko siebie. Tym razem uderzył dziewczynę głowicą prosto w głowę. Zaśmiał się znowu, a jego głos odbił się wewnątrz metalowego hełmu zniekształcając go. Elirze cały świat zakręcił się przed oczami. W głowie słyszała tylko ten nienaturalny metaliczny śmiech. Spojrzała na smoki. Walather walczył wytrwale, lecz widać było, że słabnie. Eleri zrobiła parę chwiejnych kroków do tyłu, potknęła się o własne nogi i upadła na ziemię. Walather ryknął głośno i rozpaczliwie. Był to ryk bólu. Eleri zacisnęła zęby, lecz zanim zdążyła się podnieść, jeździec przygniótł jej nadgarstek stopą. Miecz wypadł jej z dłoni. Lewą ręką sięgnęła po sztylet. Postać pochyliła się nad dziewczyną i wbiła ostrze w jej bark. Dziewczyna krzyknęła z bólu, który zalał ją potężna falą. Wtedy Eleri wyciągnęła sztylet i wbiła go z całej siły w szparę w zbroi między przedramieniem i dłonią w lewej ręce. Jeździec krzyknął ludzkim głosem. Spod zbroi wytrysnęła srebrna krew. Eleri zmarszczyła brwi. Jeździec puścił miecz, który tkwił nadal w ciele dziewczyny i odszedł do tyłu ściskając nadgarstek. Eleri złapała za ostrze i próbowała je wyjąć, lecz była za słaba. Czuła okropny, niewysłowiony ból. Każda cząstka jej ciała cierpiała i wiła się z bólu. Wtedy kolejny czarny smok zjawił się na niebie. Dziewczyna była pewna, że to kolejny Jeździec Ciemności, jednakże trzecia już bestia rzuciła się na pomoc Walatherowi. Z kolei jeździec zeskoczył ze smoka i podbiegł do dziewczyny. Eleri czuła się bardzo źle. Nie miała sił by obrócić głowę. Obraz zaczął jej się zamazywać przed oczami. Drugi jeździec również w czarnej zbroi, która różniła się nieco od pancerza Jeźdźca Ciemności zaatakował wroga. Eleri widziała jak zaczęli walczyć. Słyszała jak stal odbijała się od siebie, jak wróg krzyczy ze złości jakieś przekleństwa, lecz zaczęła widzieć czarne plamy, które skakały wokół niej. Próbowała zostać przytomna, lecz było to bardzo trudne. Powieki same jej opadały. Wtedy ogarnęła ją ciemność.

Drugi jeździec walczył zaciekle z wrogiem. Jeździec Ciemności był już ranny, więc ten drugi miał przewagę. Wróg klął i przeklinał jeźdźca.

-Ta skrzynka jest nasza! Wykradliście ją z naszych ziem!

Drugi jeździec uniknął ciosu, odskakując w tył, po czym wykonał młynek i uderzył wroga prosto w bark.

-Zostawcie nas w spokoju!

Wróg krzyknął głośno. Czarny smok wyrwał się dwóm pozostałym i podbiegł do swojego pana. Jeździec Ciemności wyciągnął dłoń przed siebie.

-Dziewczyna nie przeżyje!

Z jego dłoni błysnęła smuga czystej ciemności, która pochłonęła całe światło dookoła. Gdy patrzyło się na nią, nie było widać nic. Była to najczystsza ciemność. Smuga zamieniła się w niewielką kulę. Po chwili jeździec wypuścił ją z dłoni w stronę Eleri. Mężczyzna, który obronił Eleri szybko wystawił swój miecz i czysta ciemność zamiast się odbić, została wchłonięta przez ostrze. Jeździec zmarszczył brwi. Wróg skrzywił się i wsiadł na swojego smoka.

-To jeszcze nie koniec!

Po chwili czarna bestia odleciała. Mężczyzna został sam na ziemi. Jego smok był cały, nic mu się nie stało. Pogłaskał go po łuskach.

-Wszystko w porządku Ruadhagan?

Smok prychnął głośno.

-Tak. Ten smok nazywa się Walather. Jest ranny tylko w ogon i przednią lewą łapę.

Mężczyzna pokiwał głową. Spojrzał na swój miecz. Nie odbijał już promieni słonecznych. Dosłownie pożerał słońce. Nie zamierzał dotykać ostrza. Nie wiadomo co teraz w sobie miało. Może będzie się dało to wyciągnąć. Mężczyzna westchnął ciężko i schował miecz do pochwy. Szybkim krokiem podszedł do dziewczyny. Była nieprzytomna, jednak oddychała. Jego smok zbliżył się nieco. Mężczyzna wyciągnął ostrze z ciała dziewczyny, po czym szybko opatrzył ranę. Miała szczęście. Ostrze ominęło jej serce o włos. Wziął ją na ramiona i odszedł razem ze smokami w las. Granatowy gad szedł tuż koło mężczyzny i patrzył z niepewnością na dziewczynę. Mężczyzna poprawił uchwyt pod jej kolanami.

-Nic jej nie będzie Walather. Jest ranna w ramię i pierś. Nie wiem kiedy się obudzi. Mam nadzieję, że nie wykrwawi się na śmierć.  

Smok był bardzo zmartwiony. Mężczyzna kazał granatowemu smokowi, by się położył, po czym oparł dziewczynę o jego bok. Obejrzał jej ramię, po czym westchnął ciężko.

-Muszę to oczyścić. Nigdy nie wiadomo co te cienie mają na swoich ostrzach. Będziesz musiała nabyć sobie nową koszulę.

Wiedział, że dziewczyna go nie słyszy, lecz chciał się nieco rozluźnić. Był dość zdenerwowany i zestresowany. Wyjął sztylet, odciął rękaw od reszty koszuli i wyjął ze swoich juk, które znajdowały się w sakwach na grzbiecie smoka bukłak wody. Oczyścił ranę, po czym wyjął kawałki zwykłych szmatek i opatrzył ją. Była głęboka i długa, lecz nie naruszyła ścięgien, kości, ani ważniejszych mięśni. Wtedy niepewnie sięgnął do jej gorsetu. Spojrzał na smoka, który warczał na niego.

– Muszę ją opatrzyć. Zwłaszcza tę ranę. Nie moja wina, że jest w takim miejscu…

Smok prychnął, lecz nie spuszczał oczu z dłoni jeźdźca. Mężczyzna ostrożnie rozwiązał gorset i rozpiął koszulę. Ściągnął wcześniejszy opatrunek, obmył ranę i wyciągnął jakieś liście z sakw, po czym włożył je pod świeży bandaż. Po chwili z powrotem zapiął jej koszulę. Mężczyzna zmarszczył brwi. Dopiero teraz zorientował się, że włosy dziewczyny są fioletowe. Kojarzył ją. Już widział nieraz jak przylatywała na swoim niewielkim i zwinnym smoku do jakiegoś dworu czy miasta z ważnymi przesyłkami. Zawsze jej powierzano takie rzeczy. Ponoć potrafiła się świetnie ukrywać. Mężczyzna dostał rozkaz od Gorona, by eskortował dziewczynę w pewnej odległości i musiał przyznać, że czasem prawie ją gubił. Uśmiechnął się pod nosem. Po chwili wyprostował się i rozpalił niewielkie ognisko blisko dziewczyny. Jeźdźcy Ciemności nie będą już próbowali ich atakować. Mężczyzna dał im nauczkę. Nie udało mu się co prawda zranić wroga, lecz i tak zdołał go odpędzić. Jednakże nie umknęła mu srebrna krew cieknąca z lewego nadgarstka wrogiego jeźdźca. Wiedział, że było to dzieło dziewczyny. Jako jedna z niewielu zdołała zranić Cienia. Mężczyzna ułożył się przy ognisku i zapalił fajkę. Rozsiadł się wygodnie przy ognisku. Ruadhagan ułożył się wygodnie obok mężczyzny i wpatrywał się w ogień.

-Czyli miałem rację, Ailean. Tak cenny przedmiot zwraca uwagę i nie zdziwiłem się faktem, iż zaatakował ją Cień

-I tak dobrze sobie radziła. Może Jeździec Ciemności łagodnie ja potraktował. Poczekamy aż się obudzi. Porozmawiam z nią, może jej pomogę.

Ailean spojrzał na Walathera.

-Od ilu lat ta dziewczyna jest z tobą?

Smok spojrzał na mężczyznę, po czym wyciągnął pazur i wyskrobał kilka prostych linii układających się w runy. Ailean przyjrzał się im.

-Cztery lata? Czyli ona ma jakieś dwadzieścia dziewięć lat, tak?

Walather mrugnął podwójną powieką i znowu narysował parę run. Ailean zmarszczył brwi.

-Ma dziewiętnaście? Szybko stała się jeźdźcem.

Smok zmazał runy i napisał nowe. Mężczyzna uśmiechnął się.

-Nazywam się Ailean. Pochodzę z zachodu. Miałem jej pilnować. Dostałem rozkaz od Gorona. Gdyby nie ja, dziewczyna mogłaby być teraz martwa. Odpocznij nieco. Twoje rany muszą się zagoić.

Walather znowu mrugnął powieką, lecz ułożył głowę blisko dziewczyny. Jedną łapą przycisnął ją nieco bardziej do swojego boku. Jej głowa oparła się o jego policzek. Dziewczyna poruszyła się niepewnie, lecz leżała dalej. Ailean przygotował sobie jakiś posiłek i czekał cierpliwie. Co prawda uciekła im połowa dnia, podczas której mogliby dotrzeć dalej, lecz czas ich nie goni. Siedział tak do późnego wieczora. Niebo zostało zasypane gwiazdami, a księżyc jasno oświetlał całą okolicę.

Eleri obudziła się z mocnym bólem głowy. Bark pulsował okropnym bólem. Rozejrzała się. Walather przytulił do niej swój pysk. Dziewczyna uśmiechnęła się i pogłaskała smoka po głowie. Ledwo podniosła dłoń, była tak słaba. Po chwili przypomniała sobie wszystko. Walkę z mrocznym jeźdźcem i inną postać, która ją uratowała. Wzrok wyostrzył się jej szybko. Dostrzegła jakiegoś mężczyznę w częściach czarnej zbroi, siedzącego po drugiej stronie ogniska. Za nim siedział czarny smok, który miał białe oczy nie licząc źrenicy. Jego białe i potężne rogi, pazury i kolce prawie skrzyły się niczym śnieg w blasku słońca. Jego grzywa była bardziej szara niż biała. Mężczyzna patrzył na Eleri z zaciekawieniem i troską. Wydawało się, że jest od dziewczyny wiele starszy. Wyglądał na jakieś trzydzieści parę lat. Eleri poruszyła się niepewnie. Czuła się strasznie słabo, nawet nie miała siły by wykonać jakiś ruch. Mężczyzna szybko wstał i podszedł do niej z bukłakiem wody.

-Masz napij się.

Eleri wyciągnęła dłoń, lecz nie zdołała dosięgnąć do bukłaka i szubko opuściła rękę. Mężczyzna skrzywił się nieco. Złapał dziewczynę za kark, podniósł nieco jej głowę, po czym przyłożył bukłak do jej ust i pochylił go tak by dziewczyna mogła się napić. Eleri z ulgą przełknęła parę łyków. Mężczyzna odsunął bukłak i podał jej twarde wędzone mięso.

-Masz, przeżuj. Musisz coś jeść żeby odzyskać siły. Straciłaś wiele krwi.

Mężczyzna dał jej do ust kawałek mięsa. Eleri próbowała go przeżuć, lecz nawet na to była za słaba. Po chwili dała sobie spokój i przestała  żuć. Mężczyzna westchnął ciężko.

-Nie mam żadnego naczynia by zrobić ci jakąś zupę…

Eleri westchnęła cicho i zamknęła oczy. Mężczyzna odgryzł kawałek mięsa i zaczął go żuć. Spojrzał jeszcze raz na dziewczynę, po czym nachylił się nad nią i podał jej z ust do ust mięso. Eleri była zaskoczona takim gestem, lecz przełknęła mięso. Spojrzała niepewnie na mężczyznę.

-Czemu to robisz?

Mężczyzna przeżuwał kolejną porcję. Spojrzał na dziewczynę i znowu ja nakarmił.

-Dostałem rozkaz od Gorona. Mam zadbać o to byś przeżyła. Nawet nie wiesz jak wartościowy i niebezpieczny przedmiot wieziesz. Jednakże, nie zdradzę ci co to jest. To dla twego bezpieczeństwa.

Eleri przeżuła kolejną porcję. Uświadomiła sobie co robi dla niej obcy. Uratował ją. Była mu bardzo wdzięczna i nie wiedziała za bardzo co powiedzieć.

-Dziękuję ci. Bardzo ci dziękuję za uratowanie mojego życia. Jak ci się odwdzięczę?

Mężczyzna uśmiechnął się.

-Nie musisz mi się odwdzięczać. Wypełniam tylko rozkazy.

Nakarmił ja po raz kolejny. Eleri spojrzała mężczyźnie w oczy.

-Jakie jest twoje imię?

-Ailean. Twoje imię już znam. Walather mi powiedział. Wiem również iż jesteś bardzo młoda jak na jeźdźca.

Eleri uśmiechnęła się słabo.

-Tak. Walather jest straszną gadułą i uwielbia zagadki. Możesz z nim porozmawiać jak chcesz.

Ailean również się uśmiechnął.

-Czemu nie, ale może później.

Smok zamruczał cicho. Ailean patrzył na dziewczynę ze spokojem, lecz również z troską. Eleri skrzywiła się raptownie i nakryła dłonią ranę na piersi.

-To strasznie boli. Myślałam, że już po mnie.

-Napij się jeszcze trochę i odpocznij jeszcze. Jutro z samego rana ruszamy dalej. To cud, że przeżyłaś.

Eleri pokiwała głową, ułożyła się wygodnie na ciepłym boku swojego smoka, po czym zasnęła z powrotem. Ailean odsunął się od niej i również położył się przy swoim gadzie.

-Ruadhagan, pilnuj nas. Jakby coś się działo, budź mnie natychmiast.

Smok mrugnął powieką i oparł głowę na łapach. Ailean patrzył przez jakiś czas na dziewczynę. Po chwili zapadł w sen przypominający bardziej letarg.

Eleri zasnęła na jakiś czas, lecz w nocy budziła się co chwilę. Ból przeszywał ją krótkimi, acz silnymi falami. Poza tym gdy udawało jej się zasnąć, śniła koszmary. Widziała w nich Jeźdźca Ciemności. Za każdym razem czuła okropny strach. Nie wiedziała skąd on się bierze, jednak nie mogła się go pozbyć. Gdy się budziła rany paliły ją przez chwilę, jakby ktoś włożył do nich kawałki żaru. Na szczęście, po chwili palący ból zastępowany był zwykłym cierpieniem. Obudziła się bardzo wcześnie przed świtem i już nie zasnęła. Ailean obudził się tuż po niej.

-Jak się czujesz?

Szybko podszedł do Eliry i sprawdził jej opatrunki. Przesiąkły już krwią. Mężczyzna ściągnął je ostrożnie i opatrzył dziewczynę kolejny raz. Eleri syknęła z bólu.

-W nocy rany mnie parzyły. Jakby palił się w nich ogień.

Ailean pokiwał głową.

-Najwyraźniej trucizna z ostrza została jeszcze w ranie. Już nie mogę jej wymyć. Zapewne została wchłonięta. Miejmy tylko nadzieję, że nie jest zbyt toksyczna. Nikt nie wie co te cienie mają na swoich ostrzach.

Eleri z pomocą mężczyzny wstała. Syknęła cicho. Ailean wziął ja na ręce i zaniósł na swojego smoka.

-Będziesz leciała ze mną. W każdej chwili możesz zasłabnąć i spaść ze swojego smoka. Walather! Leć tuż koło nas i bądź czujny. Cień może wrócić.

Granatowy smok warknął cicho. Ruadhagan rozłożył skrzydła, po czym jednym krótkim ruchem wzniósł się w powietrze pionowo w górę. Walather poleciał tuż za nim. Eleri oparła się o pierś Aileana i obserwowała okolicę. Czarny smok leciał spokojnie przed siebie. Eleri poczuła się o wiele lepiej, gdy tylko znalazła się w powietrzu. Ailean otaczał ją delikatnie ramionami. Asekurował ją, by raptownie nie spadła ze smoka. Popołudniu minęli pod sobą niewielkie miasteczko. Wieczorem znowu rozbili małe obozowisko w lesie nad strumieniem. Zostały im jeszcze dwa, lub trzy dni podróży. Eleri zasnęła bardzo szybko. Ailean siedział jeszcze jakiś czas przy ognisku. Patrzył na granatowego smoka. Po chwili wyprostował się.

-Walather.

Smok spojrzał na niego z lekkim znudzeniem. Ailean uśmiechnął się.

-Masz ochotę na zagadkę?

Walather raptownie się ożywił, mrugnął podwójna powieką i wpatrzył się w mężczyznę. Blask płomieni odbijał się od jego szmaragdowych łusek farbując je na lekko żółtawy kolor. Jego oczy były pełne mądrości. Uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny.

-W marmurowej osłonie, w białej pościeli tonie złota kula w błogim śnie. Drzwi do środka nie znajdziesz, ale łatwo się doń dostaniesz. Co to jest?

Walather mrugnął, po czym wyskrobał na ziemi runy. Ailean uśmiechnął się.

-Tak! To jajko.

Zaśmiał się.

-Dobrze, teraz twoja kolej.

Smok szybko napisał zagadkę na ziemi i czekał cierpliwie. Ailean zmarszczył brwi i powoli odczytał znaki.

-W delikatnej koronie z klejnotami w ogonie, dumny i wspaniały kroczy pełen chwały. Kto to jest? Hm.

Mężczyzna milczał przez chwilę, po czym spojrzał na smoka.

-Paw.

Gad wydał z siebie odgłos krztuszącego się człowieka co musiało być śmiechem i pokiwał głową. Ailean uśmiechnął się.

-Teraz moja kolej. Ciężar mam w brzuchu, drzewa na grzbiecie, gwoździe tkwią w żebrach, ale nóg nie znajdziecie. Kim jestem?

Smok prychnął cicho, mrugnął i napisał odpowiedź. Ailean pokiwał głową.

-Statek, dobrze. Jesteś dobrym przeciwnikiem.

Walather zmazał runy i napisał nowe. Mężczyzna pochylił się nad nimi.

-Król szaty nosił zielone i miał sto dzieci w czapeczkach, jesienią zgubił koronę, aż przyszła zima mateczka i kołdrą dzieci przykryła. A potem wiosna złocista śpiącą rodzinę zbudziła i król znów był cały w listkach. Daj mi chwilę.

Tym razem Ailean musiał przeczytać zagadkę dwa razy. W końcu zmarszczył brwi i spojrzał chytrze na smoka.

-Dąb. Król to dąb, a dzieci to żołędzie.

Smok pokiwał głową i czekał cierpliwie na kolejną zagadkę. Ailean zaśmiał się cicho.

-To będzie dla ciebie trudne. Pierwszą ujrzysz jedynie w zimie, drugą też wiosną i w jesieni, trzecia jesienią dwa razy minie, czwarta znów tylko zimą się mieni, piątej od drugiej nie odróżnimy, szósta na końcu jest wiosny i zimy, a także w środku lata. Cóż nam się z liter splata?

Walather znieruchomiał na chwilę i uciekł wzrokiem w bok. Jego ogon poruszył się parę razy niespokojnie. Napisał coś na ziemi. Ailean uśmiechnął się i powtórzył zagadkę. Po chwili smok zamachał mocniej ogonem, po czym znieruchomiał, wpatrzył się w ognisko i napisał odpowiedź. Ailean spojrzał na niego z podziwem.

-Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by to rozwiązał, lecz ty to zrobiłeś. Tak, to ziemia. Ruadhagan powiedział mi kiedyś o tej zagadce.

Mężczyzna zaśmiał się razem ze smokiem. Eleri przebudziła się, lecz ani smok ani Ailean nie zauważyli tego. Dziewczyna z na wpół przymkniętymi oczami przysłuchiwała się im i uśmiechnęła się delikatnie. Walather napisał kolejną zagadkę. Ailean odczytał ja szybko.

-Co ludziom ponad życie droższe, co dla nich jest od śmierci gorsze, co biedak ma, a bogacz nie dba o to, co u niegodziwca jest cnotą, co utracjusz oszczędza, w co opływa nędzarz, co człek każdego stanu i zawodu w końcu sam niesie ze sobą do grobu?

Jego na początku radosny głos zmienił się w całkiem inny, poważny i smutny. Eleri również zamarła. Znała odpowiedź. Ailean spojrzał na smoka ze smutkiem.

-Nic.

Mężczyzna odwrócił wzrok i oparł się o bok swojego smoka.

-Koniec na dzisiaj Walather. Było bardzo przyjemnie, lecz jutro mamy dzień lotu. Powinnyśmy już odpocząć.

Eleri patrzyła przed siebie. Człowiek nie miał tak naprawdę nic. Życie jest pełne cierpienia i bólu. Rzadko trafiają się w nim chwile radości. Dziewczyna odwróciła głowę i zasnęła znowu. Walather zasmucił się, mrugnął powieką i również zasnął, otaczając Eleri ogonem.

Rankiem ruszyli dalej. Pogoda trochę się popsuła, lecz następnego dnia rozpogodziło się na nowo. Ailean więcej nie grał w zagadki z Walatherem, lecz rozmawiał bardzo często z Elirą. {rzez te dwa dni dowiedział się wielu rzeczy o jej życiu. Gdy dziewczyna otworzyła się nieco, nie można było powstrzymać potoku słów płynących z jej ust. Również podczas rozmowy dziewczyna żywo gestykulowała. Jej ręce pokazywały często coś zanim to powiedziała. Ailean słuchał jej uważnie. Była bardzo młoda i miała wspaniały charakter. Zaczął się zastanawiać nad jednym pomysłem, lecz odsunął go od siebie. Jak na razie miał pomóc dziewczynie dotrzeć do Roarke. Przede wszystkim miał dbać o skrzynkę. Nikt nie mógł jej im zabrać. Drugiego dnia Eleri leciała już na swoim smoku. Po południu zaczęła się ścigać z Aileanem. Wylądowali na polu i na sygnał ruszyli pędem przed siebie. Ruadhagan leciał łeb w łeb z Walatherem. Obydwa smoki dawały z siebie wszystko. Gdzieś w oddali trochę bardziej na prawo widać było wąwóz. Ailean spojrzał na Eleri z uśmiechem i skręcił w jego stronę. Dziewczyna popędziła za mężczyzną. Wąwóz był wąski i pełen przewróconych drzew. Wiele z nich leżało w poprzek szczeliny, przez co smoki musiały mocno manewrować. Walather leciał brzuchem do ściany kanionu, po czym złożył skrzydła i wirując ominął drzewo. Ruadhagan złożył nieco skrzydła i ślizgiem przemknął pod drzewami. Eleri prawie położyła się na grzbiecie swojego smoka. Pęd powietrza rozwiewał jej włosy i prawie wyciskał łzy z oczu. Walather ryknął głośno. Wąwóz raptownie zaczął piąć się w górę. Smok zaczął lecieć pionowo w niebo. Obok czarny gad doganiał Walathera. Wylecieli z wąwozu. Ruadhagan wyprzedził zielonego smoka. Gdy byli dość wysoko Ruadhagan rozłożył skrzydła na największą możliwą szerokość, po czym zawisł w powietrzu. Walather jednak wzleciał wyżej, złożył skrzydła i obrócił się plecami w stronę ziemi. Zawisł dosłownie na sekundę. Eleri rozłożyła ręce i zaśmiała się, po czym złapała się szybko kolca na grzbiecie smoka. Walather zaczął pikować w dół. Ominął Ruadhagana w zawrotnym tempie i leciał dalej. Eleri trzymała się mocno smoka, gdyż wiatr prawie zrzucał ją z jego grzbietu. Ruadhagan również zaczął pikować w dół. Dogonił Walathera. Smoki zaczęły krążyć wokół siebie. Widać było, że przez cały wyścig rywalizowały ze sobą. Ailean również się zaśmiał. Tuż przed lasem wyprostowali lot, sprawiając iż korony drzew ugięły się po naporem huraganu, który wytworzyły skrzydła smoków. Eleri spojrzała na mężczyznę i zaśmiała się. Aielan również zaczął się śmiać. Ten dzień był dla nich wyjątkowo radosny. Wieczorem tego samego dnia Eleri poczuła się o wiele lepiej. Trucizna już się rozeszła, a rana powoli się goiła. Ailean zmienił opatrunki i podał dziewczynie bukłak z wodą. Eleri wzięła go z wdzięcznością. Walather i Ruadhagan siedzieli z dala od siebie. Zachowaniem przypominali nieco dwa obce koty, które muszą siedzieć ze sobą. Oddalili się od siebie jak najdalej i patrzyli gotowi do ataku. Eleri usiadła koło ogniska, oparła się o swoje siodło i rozmawiała z Aileanem. Rozmawiali o niczym i o wszystkim zarazem. W pewnej chwili dziewczyna złapała mocniej przesyłkę i spojrzała w oczy mężczyźnie.

-Co jest w tej szkatułce? Ryzykowałam dla niej życie więc chętnie poznam jej zawartość. To jest jakaś nowa broń? Może potężny magiczny artefakt? Wiesz, co to jest, czy nie?

Ailean spojrzał w ogień.

-Sam nie wiem do końca, co to jest. Jedynie domyślam się, co to może być.

Eleri spojrzała na mężczyznę wyczekująco.

-Więc powiedz mi chociaż to, proszę.

Wzrok Aileana w końcu spotkał oczy dziewczyny.

-Jest to coś co pomoże nam pozbyć się całego zła z tej ziemi, a raczej jest to tylko jeden z dwóch elementów. Ponoć niedługo na dalekiej północy narodzi się ktoś, kto jako jedyny od wielu już lat może opanować wszystkie cztery żywioły. Nie wiadomo jeszcze gdzie on się narodzi. Na północy sytuacja jest dosyć napięta, wszyscy czekają na Niego. W tej skrzyni może się znajdować, albo tak jak mówiłaś, potężną broń lub…nienarodzonego smoka.

Dziewczyna na chwilę zamarła. Spojrzała na pakunek.

-Ale…skąd wiadomo, jeśli oczywiście jest to smok, to że on należy do tej osoby? Przecież nie będzie wiadomo tak naprawdę do kogo on należy.

Ailean pokręci głową.

-Smok wykluje się wtedy gdy urodzi się jego właściciel. Wszystkie ciężarne kobiety na północy są obserwowane od dłuższego czasu. Jeśli któraś urodzi w tym czasie, w którym wykluje się smok, będzie już wiadomo kto jest Władcą Żywiołów. Jednakże chcę zaznaczyć iż są to tylko moje podejrzenia. Możliwe, że skrzynka jest pusta, a dla ciebie jest to test. Może jest to jednak z wielu skrzyń, które mają zmylić Cienie, a prawdziwa i pełna przesyłka jest już dawno na miejscu, lub dopiero skądś wyrusza. A może jest tutaj zwykły dokument. Rozumiesz mnie. Sama możesz się również tylko domyślać.

Ailean położył się na siodle i wyciągnął zza kamizelki fajkę. Często palił wieczorami. Wyjął drzazgę z jakiegoś pudełeczka, podpalił od ogniska i zapalił fajkę. Po chwili z jego ust zaczęły wylatywać niewielkie obłoki, słodko pachnącego dymu. Zapach był ładny i Eleri bardzo go polubiła. Spojrzała jeszcze raz na przesyłkę i zmarszczyła brwi.

-A jeżeli dwie kobiety urodzą w tym samym czasie? Co wtedy?

Mężczyzna zaśmiał się cicho i wyjął fajkę z ust.

-To już będzie problem smoka nie nasz. My mamy jedynie dostarczyć go do Roarke. Tam przejmie ją inny jeździec, Cathal. Dalej nie wiem co ma się dziać z przesyłką i lepiej nie pchajmy się dalej. To może nam tylko zaszkodzić. Im ważniejsze sprawy, tym bardziej wpadasz w centrum uwagi i tym więcej masz problemów.

Eleri pokiwała głową.

-A kim jest Cathal?

Ailean wypuścił kolejny słodki kłęb dymu.

-Jeździec Ognia. Jeden z najsilniejszych. On da sobie radę z Cieniem bez żadnego problemu. Jest naprawdę potężny, lecz młody. Może mieć dwadzieścia parę lat. Według mnie to on powinien być Władcą Żywiołów. Ma odpowiedni charakter, siłę, mądrość…

Dziewczyna spojrzała na mężczyznę z uśmiechem.

-O dziwo zapomniałam się spytać czegoś ciebie. Czy ty panujesz nad jakimś żywiołem?

Ailean spojrzał na Eleri, po czym odwrócił wzrok w ognisko.

-Nie i tak. Zależy jak na to spojrzeć. Otóż nie panuję ani nad wodą, powietrzem, ogniem czy ziemią, lecz zabijam lepiej niż inni jeźdźcy czy ludzie. Mam do tego talent. Nie jesteś jeszcze tak silna i nie obracasz się w towarzystwie potężnych jeźdźców jak ja, więc jeszcze nie rozumiesz tego. W naszym środowisku mówimy na takich jak ja iż opanowali żywioł śmierci. Nie istnieje taki, lecz musieliśmy to jakoś nazwać. Ci, co mają talent do leczenia opanowali żywioł życia. Ostatni rodzaj jeźdźców to Władcy Żywiołów. Mają talent i do zabijania i do leczenia. Do panowania nad ziemią i powietrzem. Mają władze zarówno nad ogniem jak i nad wodą. Każdy ma dar do jakiegoś z tych żywiołów. Jeszcze nie wiesz jaki żywioł przypada tobie, gdyż za krótko jesteś jeźdźcem. Może za parę lat będziesz wiedzieć. Tak jak Cathal. Teraz połóż się. Jest późno. Jutro ruszamy z samego rana.

Eleri miała jeszcze wiele pytań, jednakże rzeczywiście była już zmęczona. Walather mruknął cicho, otoczył dziewczynę ogonem i nakrył ją skrzydłem jakby było ono kocem. Ułożyła się wygodniej, spojrzała na mężczyznę i zamknęła oczy.

-Dobranoc.

Ailean spojrzał na dziewczynę.

-Dobranoc.

Patrzył na nią długo. Nie wiedział dokładnie w jakim celu. Chciał się nią zaopiekować, jak córką. Nigdy nie miał ani żony, ani dzieci. A ta dziewczyna sprawiła, że poczuł coś innego niż zwykle. Puścił kłąb dymu z ust i pokręcił głową. Może jednak nie był to głupi pomysł. Mógłby się nią zaopiekować, nauczyć ją wielu rzeczy. Miała talent do walki i posiadała silne właściwości regeneracyjne. Jej rana już się zasklepiła, a za chwilę nie będzie po niej śladu. Ułożył się wygodniej na siodle, wypalił fajkę i zasnął.

Eleri obudziła się w całkowitych ciemnościach. Rozejrzała się niepewnie. Widziała przed sobą schody. Były bardzo jasne i zrobione z kamienia. Prowadziły wysoko w górę. Eleri zaczęła się po nich wspinać. Wokół słyszała dziwne szepty. Po chwili schody się skończyły. Dziewczyna była zaskoczona, że tak szybko weszła na górę. Wtedy zobaczyła jakąś postać stojącą do niej tyłem. Zaniepokoiła się. Nagle poczuła wiatr, który pojawił się znikąd. Zaczął targać jej włosami i ubraniem. Postać stała dalej niewzruszona. Wiatr zmienił się w huragan. Eleri podeszła do obcego i złapała go za ramię. Okazało się iż był to mężczyzna. Jednakże nie był to nikt obcy. Był to jej ojciec. Odwrócił się do Eleri, która szybko zabrała rękę i zasłoniła usta dłońmi. Wydała z siebie cichy jęk. Jej ojciec miał trupio bladą twarz i podkrążone oczy. Cały był pokryty krwią, która skapywała w ciemną nicość. Nagle twarz mężczyzny poruszyła się nienaturalnie. Najpierw w bok, a później w górę. Eleri dostrzegła, że twarz mężczyzny staje się podobna do oblicza Aileana. Dziewczyna była jeszcze bardziej przerażona. Twarz jeźdźcy znowu się zmieniła na twarz jej ojca. Mężczyzna wyciągnął do niej dłoń. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Wtedy huragan zwalił Eleri z nóg. Dziewczyna straciła równowagę i chcąc nie chcąc, stanęła na krawędzi schodów. Krew zniknęła, lecz jej ojciec został. Patrzył na nią z troską i smutkiem. Eleri nie utrzymała się na krawędzi i spadła ze schodów w czarną przepaść. Zobaczyła jeszcze jak twarz jej ojca zmienia się po raz ostatni w Aileana i tak już pozostaje.

-Eleri! Eleri obudź się!

Dziewczyna otworzyła raptownie oczy, wyciągnęła sztylet zza pleców i cięła nim na ślepo przed sobą. Ailean złapał ją za nadgarstki i unieruchomił.

-Uspokój się! Za chwilę wydziobiesz mi oczy.

Walather również się przebudził i otoczył Eleri i Aileana ogonem. Dziewczyna opanowała oddech i spojrzała mężczyźnie w oczy. Sztylet wypadł jej z ręki. Eleri raptownie wtuliła się w mężczyznę. Ailean na początku nie wiedział co ma zrobić. Eleri była bliska płaczu. Raptem poczuła jak mężczyzna przytula ją mocno do siebie. Łzy zmoczyły kamizelkę mężczyzny, który przytulił ją mocniej.

-Już dobrze. Spokojnie, nic ci się nie stanie.

Eleri pociągnęła nosem i przymknęła oczy. Czuła się bezpiecznie, tak jak kiedyś przy ojcu. Ailean westchnął cicho.

-Jestem tutaj i nic ci się już nie stanie.

Siedzieli tak długi czas, jednak Eleri z niechęcią odsunęła się od mężczyzny.

-Już w porządku. To był tylko koszmar. Odpocznij. Ja posiedzę na warcie.

Ailean zmarszczył brwi.

-Jesteś pewna?

Dziewczyna pokiwała głową.

-Tak. Zresztą i tak nie zmrużę już dzisiaj oka.

Mężczyzna kiwnął głową, założył kaptur na głowę i położył się na siodle. Walather patrzył na dziewczynę z troską.

-To był tylko sen.

Eleri pokiwała głową. Wyjęła swój miecz i osełkę, po czym zaczęła ostrzyć brzeszczot. Wysoki dźwięk, od którego dziewczynę przechodziły ciarki, nie zbudził Aileana. Widac było, że mężczyzna zapadł w głęboki sen. Eleri po jakimś czasie spojrzała na skrzynkę ukrytą pod materiałem worka. Schowała miecz do pochwy i sięgnęła po worek. Trzymała go przez chwilę niepewnie, po czym otworzyła go. W środku znajdowała się szkatułka. W ciemnościach nie było jej dokładnie widać. Eleri wyjęła ją ostrożnie i spojrzała na Aileana. Mężczyzna spał i prawdopodobnie nie obudzi się w najbliższym czasie. Dziewczyna przypatrzyła się szkatułce. Była duża i pokryta złotem. Miała na sobie skomplikowane ornamenty. Jednakże nigdzie nie było widać żadnego zamka. Eleri obejrzała ją dokładnie i badała przez jakiś czas. Odwróciła ją do góry nogami. Tam również było mnóstwo zdobień. Eleri zmarszczyła brwi i spojrzała na wieko. Dotknęła niewielkiego koła i poczuła, że ustępuje ono pod jej palcem. Dziewczyna ożywiła się gwałtownie i nacisnęła ruchomy element. Coś chrupnęło. Eleri otworzyła wieko i zamarła na chwilę. Walather zamruczał cicho i również wbijał wzrok w szkatułę. W środku znajdowało się wielkie złote jajo. Wszyscy wiedzieli, że smoki bardzo rzadko znoszą jaja. Normalnie jest to jedno jajo na dziesięć lat, lecz nie złote. Złote pojawiają się raz na paręset lat. Jedyne wzmianki o złotym jaju pochodzą z czasów Pierwszych Jeźdźców. Wcześniej ani później nie było innych złotych jaj. Jednakże, to jajo ponoć nigdy się nie wykluło i jeźdźcy ukryli je. Możliwe, iż to miało już setki lat. Dziewczyna wzięła złote jajo w dłonie. Miało chropowatą powierzchnię, która odbijała blask ogniska niczym brylant. Było ciężkie, lecz miłe w dotyku. Jego ciepła skorupa, mimo, iż miała szorstką powierzchnię, była gładka w dotyku. Czuć było wypustki, jednakże nie ocierały się one o skórę, lecz ślizgały się po niej. Eleri czuła jak skorupa pulsuje spokojnie pod jej dłońmi. Patrzyła na jajo zauroczona.

-Witaj maluchu.

Przyłożyła ucho do jaja i uśmiechnęła się. Usłyszała głośne bicie serca. Bezwiednie pocałowała jajo i przytuliła je do siebie. Ailean poruszył się niespokojnie i przewrócił na druga stronę. Eleri szybko schowała jajo do skrzynki i zamknęła ją z powrotem. Schowała ją do worka i przycisnęła do siebie. Siedziała tak całą noc. Jutrzenka powoli zabarwiała niebo na lekko różowy kolor. Eleri odłożyła worek i pogłaskała swojego smoka. Walather przymknął oczy i ułożył głowę tuż koło dziewczyny. Ailean obudził się chwilę później i przygotował coś do jedzenia. Eleri zjadła razem z nim, po czym obydwoje osiodłali smoki. Ailean spojrzał niepewnie na dziewczynę.

-Co ci się śniło, że tak zareagowałaś?

Eleri spojrzała niepewnie na mężczyznę.

-Mój ojciec. Śnił mi się mój ojciec. Był cały pokryty krwią. Coś działo się z jego twarzą. Raz należała do niego, a po chwili…do ciebie.

Ailean zmarszczył brwi. Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok i uniosła dłonie.

-Wtedy zerwał się silny wiatr i spadłam w ciemność. Przepraszam, że cię wtedy obudziłam.

Mężczyzna pokręcił głową.

-Nic się nie stało. To nie twoja wina. Musimy lecieć. Dzisiaj pozbędziemy się tego ciężaru i będziemy mieli spokój.

Eleri pokiwała głową i wsiadła na smoka. Po chwili odlecieli. Gdy wznieśli się ponad drzewa dostrzegli zielone pola wysokiej trawy, które ciągnęły się aż po horyzont. W tym zielonym, ruszającym się oceanie widać było miasto. Wysokie mury otaczały gród, a wiele innych chat stało przy polach, na których rosło zboże. Zamek wznosił się w centrum miasta, a budynek jeźdźców górował nad zwykłą zabudową. Dolecieli tam jeszcze przed południem. Wylądowali na placu przed budynkiem gdzie zazwyczaj przebywali stacjonujący w mieście jeźdźcy. Smoki zostały przekazane dwóm chłopcom, którzy zajęli się nimi. Eleri niosła przesyłkę, a Ailean zaprowadził ją do środka budynku. Był on bogato zdobiony rzeźbami i flagami. Przemierzyli długie i pełne przepychu korytarze, całe w malunkach i płaskorzeźbach. Eleri dostawała wiele pieniędzy za swoją pracę to racja, lecz nigdy nie widziała aż tyle zdobień. Ailan zatrzymał się przed wielkimi drzwiami, które całe były ozdobione podobiznami jeźdźców i smoków podczas walki. Mężczyzna otworzył drzwi przed dziewczyną i wprowadził ją do pomieszczenia. W komnacie znajdował się okrągły stół, na którym rozłożona była mapa kraju. Góry wystawały nad stół, lasy również, a miasta dokładnie odwzorowano i ustawiono na mapie. Ich nazwy wyrzeźbione były w drewnie i błyszczały złotem. Wokół stołu stało siedmiu jeźdźców. Dwóch miało na sobie czarne zbroje, jeden zieloną, kolejny srebrną. Inny granatową. Jedyny bez metalowej zbroi miał na sobie skórzany lekki pancerz. Ostatni miał czerwoną zbroję ze złotymi zdobieniami. To on najbardziej przyciągał wzrok. Był młody, miał długie blond włosy, które na prawej skroni zaczesane były w trzy małe warkocze. Jasno niebieskie oczy pełne były mądrości, zrozumienia, energii. Spojrzał na dziewczynę i zamarł na chwilę. Eleri również nie ruszyła się z miejsca. Coś poruszyło się w niej. Nie wiedziała co się dzieje. Ailean popchnął ją delikatnie do przodu.

-Witajcie wszyscy.

Jeździec w czerwonej zbroi skinął głową.

-Witaj, Aileanie. Jak minęła wam podróż. Widzę, że dziewczyna ma opatrzone ramię. Coś się stało?

Ailean pokiwał głową.

-Cień nas zaatakował. Dziewczyna zraniła go w dłoń. Powiem więcej tylko tobie.

Jeźdźca pokiwał głową.

-Dobrze. Możecie odejść, dziękuję za raporty.

Jeźdźcy wyszli z pomieszczenia patrząc z ciekawością na dziewczynę. Eleri ścisnęła mocniej przesyłkę i w końcu oderwała wzrok od Cathala. Spojrzała niepewnie na innych jeźdźców i wbiła wzrok w podłogę. Cathala podszedł do Aileana.

-Powiedz mi więcej na temat Cieni.

-Wiem już, że nie są ludźmi. Mają srebrną krew. Eleri zdołała zranić jednego z nich w dłoń.

Cathal spojrzał na dziewczynę z podziwem.

-Widzę jednak, że sama też zapłaciła za swój wyczyn.

Spojrzał na jej ramię, po czym położył na nim dłoń. Przymknął oczy.

-Goi się nadzwyczaj szybko. Trucizna już została wchłonięta przez twoje ciało.

Elerę przeszedł dreszcz. Jego dotyk sprawił, że kolejny raz poczuła coś dziwnego. Mężczyzna otworzył oczy i odsunął dłoń. Spojrzał na Aileana.

-Dobrze, że byłeś przy niej. Mogłaby zginąć.

Mężczyzna pokiwał głową. Cathal wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny.

-Możesz już oddać przesyłkę.

Eleri spojrzała niepewnie na worek, po czym delikatnie oddała go Cathalowi. Mężczyzna spojrzał jej w oczy i zmarszczył brwi.

-Skąd pochodzisz? Rzadko widuję taki kolor oczu, a co dopiero włosów.

Dziewczyna zarumieniła się i uciekła wzrokiem w bok.

-Z północy. Z jej zachodniej części.

Cathal uśmiechnął się i odłożył szkatułkę na stół.

-Jak na razie nie będziesz miała żadnych obowiązków. Postaram się o to. Musisz odpocząć po tym zleceniu. Nawet nie wiesz, czego udało ci się dokonać i jak nam pomogłaś. Dziękuję ci.

Cathal odwrócił wzrok w stronę Aileana i odszedł z nim nieco na bok.

-Zaopiekuj się nią. Podejrzewam, że w przyszłości będę potrzebował jej pomocy. Czuję, że jeszcze odegra nie jedną ważną rolę.

Ailean pokiwał głową.

-Jak sobie życzysz. Tak właściwie to chciałem się ciebie o coś spytać. Chciałbym zostać jej nauczycielem. Jest młoda i utalentowana. Widzę u niej duże możliwości, które jak na razie tylko się marnują.

Cathal uśmiechnął się delikatnie.

-Z radością ci na to pozwalam.

Mężczyźni odwrócili się z powrotem do dziewczyny, która była nieco zestresowana. Jej wzrok mimowolnie wracał do Cathala. Mężczyzna również spojrzał jej w oczy.

-Czy wiesz, co jest w tym worku?

Eleri spojrzała na worek.

-Skrzynka.

-A czy wiesz, co jest w skrzynce?

Dziewczyna spojrzała na Aileana. Ten pokiwał głową. Cathal zmarszczył brwi.

-Możesz mi powiedzieć prawdę. Zaglądałaś do niej, czy nie?

Eleri spojrzała mu w oczy.

-Mam nadzieję, że szybko się wykluje. Trzymałam go w ramionach. Czułam bicie jego serca. Mam nadzieję, że istnieje nikła szansa na to, iż będzie mnie pamiętał.

Cathal spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem.

-Otworzyłaś szkatułkę?

-Tak. Ailan wtedy spał, więc nie możesz zarzucić mu czegokolwiek. To moja wina.

Cathal pokręcił głową.

-Już nie chodzi o to, że widziałaś jajo. Jak otworzyłaś tę skrzynię? Tylko parę osób na świecie wie jak ją otworzyć.

Eleri wzruszyła ramionami.

-Nie wiem jak to zrobiłam. Po prostu otworzyłam i tyle. Dobrze, że nie zrobiłam niczego złego.

Aidan pokiwał głową.

-Dobrze…Jestem pewien, iż jeszcze się spotkamy i to nieraz. Teraz odejdź ze swoim nowym nauczycielem. Radzę wam szybko opuścić miasto. Cienie podążają za jajem. Nie chcę by spotkała cię kolejna krzywda.

Cathal złapał dłoń dziewczyny i ścisnął ją mocno. Eleri znowu poczuła jak coś wewnątrz niej drgnęło. Spojrzała w oczy jeźdźcy. Ailean złapał ją za ramię i wyprowadził z sali. Cathal dopiero po chwili puścił jej dłoń, lecz nadal patrzyli sobie w oczy. Dopiero przy drzwiach Eleri odwróciła wzrok i wbiła go w ziemię. Wyszli z budynku. Ailean kazał przyprowadzić smoki i spojrzał dziewczynie w oczy.

-Lecimy na zachód. Tam będę cię uczył wszystkiego co wiem.

Eleri zmarszczyła brwi.

-Co? Czemu?

Mężczyzna spojrzał jej w oczy.

-Zostałem twoim nauczycielem. Zaczynamy szkolenie. Od dzisiaj.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

-Naprawdę?

Ailean pokiwał głową. Eleri spojrzała za siebie, po czym wsiadła na swojego smoka. Walather warknął cicho.

-Coś się w tobie zmieniło. Coś się stało?

-Nie. Tylko spotkałam ideał.

Walather prychnął. Dziewczyna wsiadła na siodło i jeszcze raz spojrzała w stronę budynku. Teraz w drzwiach stał Cathal. Pomachał do niej. Eleri również go pozdrowiła i razem z Aileanem wzniosła się w powietrze. Gdy dziewczyna dotykała łusek Walathera od razu przypominała sobie uczucie, gdy dotykała skorupy jaja.

-Jeszcze kiedyś się spotkamy Raighne.

Słońce stało wysoko na niebie, a chmury odeszły na północ. Niedługo wszystko miało się zmienić.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dlaczego tekst został zdublowany? Edytor pokazuje taką liczbę znaków, która eliminuje opowiadanie nie tylko z konkursu, ale nawet zwalnia z obowiązku zapoznania się z treścią.

Edycja pilnie potrzebna. 

Poza tym powtórzenia, mnóstwo powtórzeń… A to tylko jeden z akapitów.

 

Kobieta tuliła w ramionach młodą dziewczynę. Miała ona długie granatowo fioletowe włosy. Oczy również miała koloru fiołków. Była wysoka i zgrabna. Ubrana była w lekki granatowy płaszcz z kapturem, skórzane spodnie i luźną granatową koszulę, ściśniętą w talii lekkim skórzanym gorsetem bez fiszbinów. Dziewczyna uśmiechała się. Na biodrze był zapięty pas z pochwą i półtora ręcznym, wyjątkowo lekkim, granatowym mieczem. Tuż nad biodrami na plecach widać było jeszcze jeden sztylet ułożony poziomo, tak by łatwo można było po niego sięgnąć. Wysokie buty pod kolano ukrywały sztylet. Pierś przecinał pasek od sakwy, która znajdowała się na plecach dziewczyny. Tuż obok nich stała dziewczynka w wieku ośmiu może dziesięciu lat. Miała fioletowe włosy sczesane w warkocz. Długa jasno zielona sukienka była już na nią nieco za mała. Obok stał również chłopak, który był już bliski dorosłości. Miał krótkie granatowe, prawie czarne włosy, jasne fiołkowe oczy i ciemny zarost. Koszula była na niego nieco za duża, lecz skórzana kamizelka nieco ją ściągała. Spodnie lekko potargane na prawym udzie miały przybrudzone nogawki. Kobieta o fioletowych włosach, zaczesanych w trzy długie warkocze i o jasnych niebieskich oczach, miała na sobie długą ciemno zieloną suknię. 

 

Można było po prostu napisać że taki a taki ubrany jest na granatowo. :P

Proponuję korzystać ze słowników synonimów dostępnych w internetach.

Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Odnoszę wrażenie, że to dopiero początek historii, ciekawie będzie później. Wydaje mi się, że masz nadmiar opisów. Czy czytelnik naprawdę musi wiedzieć, jak kto był uczesany i w jakim kolorze miał ubrania?

Jeśli chodzi o język, rzucają się w oczy powtórzenia, do tego kulejąca interpunkcja i brak spacji przy myślnikach. Czasami piszesz rozdzielnie coś, czego człowiek nie powinien rozłączać.

Babska logika rządzi!

Ech, jestem początkującą pisarką. Starałam się, lecz widzę, że za mało :P. Tak właściwie to moje pierwsze opowiadanie na taki konkurs.  Robię błędy, mnóstwo, lecz staram się na nich uczyć. Może na następną Dragonezję uda mi się napisać coś lepszego :)

 

 

Pró­bo­wa­ła zo­stać przy­tom­na, lecz było to bar­dzo trud­ne. 

 

Masz sporo zdań, które mi zgrzytnęły. Czy nie lepiej, po prostu: Próbowała nie stracić przytomności…?

 

Drugi jeź­dziec wal­czył za­cie­kle z wro­giem. Jeź­dziec Ciem­no­ści był już ranny, więc ten drugi miał prze­wa­gę. Wróg klął i prze­kli­nał jeźdź­ca.

Tekst szczodrze nafaszerowany jest powtórzeniami. Tutaj: “jeździec” × 3 i drugi × 2.

 

Co do fabuły, duży plus za “turniej” zagadek. Mam ciągle do nich sentyment;)

Jeźdźcy ciemności skojarzyli mi się z Upiorami pierścienia ( lub czarnymi jeźdźcami ) za co u Nazgula masz dodatkowy plus ;-)

Niestety reszta nie porywa. Ciągłe, warsztatowe potknięcia, zniechęcają do lektury.

I jedna rada: opowiadanie ma 50000 znaków, a wszystko zapisane ciągiem, jednym(!) akapitem. Staraj się prowadzić historię, tak by tekst podzielić na mniejsze-większe części. Taki zbity tekst nie bardzo motywuje do lektury.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Mimo objętości i opisania questa z punktu A do punktu B, opowiadanie sprawia wrażenie wstępu do historii. Pomysł dość sztampowy (młode dziewczę przewozi losy świata i zostaje wplątana w intrygę większą od jej smoka), momentami “dozbrojony” własnymi rozwinięciami. Użycie takiej kliszy wymaga dobrego warsztatu, a z tym w powyższym tekście nie jest rewelacyjnie.

"Nie” z przymiotnikami: razem, chyba, że najwyższego stopnia. Masz co najmniej jeden taki ortografii typu “ nie jedno”.

Typografia (nie lubisz spacji?) i zapis dialogów. Po lub się z przecinkami.

Nadmiar zbędnych, nieistotnych opisów – po diabła czytelnikowi opis detaliczny warkoczyków w rodzinie, skoro zaraz znika ona z obrazka, by nie pojawić się nigdy? 

Sporo dziwnych motywów: smocze wyścigi po ataku cieni, gdy wiadomo, że już zmitrężyli czas i muszą nadrobić? Opis walki jakiś taki – smok leciał na plecach czy co, rabneli w ziemię, młoda była w stanie podjąć walkę? Sama walka do remontu. Sztylet w cholewie, ratunek znienacka, zdolność bohaterki do nadludzkiej generacji – to tylko przykłady deus ex machina, które gwałtownie obniżają wiarygodność opowieści. Takie elementy można zasygnalizować wczesniej, dyskretnie. Jaki jest sens puszczać cichą obstawę za kurierem, skoro potem i tak lecieli razem?

No i jeszcze wszechwiedzący narrator, który wie, jaka to mądrość i szlachetność bije z oczu… Bardzo pretensjonalne. Wydaje mi się, że wówczas lepiej opisywać reakcje zachwyconej “ ciachem” dziewczyny, czytelnicy dopowiedzą sobie resztę.

Dialogi, jak dla mnie, takie bezpłciowe, jakby wszystkie kwestie wypowiadała jedna i ta sama osoba. Warto je ozdobić manieryzmami, powiedzonkami, charakterystycznymi zwrotami, no – czymkolwiek, co zindywidualizuje postaci.

Pomysł jest, to ważne. Podciagnij się warsztatowo i będzie z tego niezla przygoda. :-)

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję za wasze słowa :) Jak mówiłam wcześniej, to moja pierwsza próba w jakimkolwiek konkursie, choć piszę od szóstej klasy podstawówki ( a na dodatek mam małe problemy…wiecie dys. ) Nie zniechęcam się małymi niepowodzeniami. Kocham pisać i nic mnie od tego nie odciągnie :) Nie zapomnę waszych słów i będę dalej nad swymi błędami pracować. W końcu praktyka czyni mistrza :)

Nowa Fantastyka