- Opowiadanie: Morgiana89 - Smoczy zew

Smoczy zew

 

Chciałabym jeszcze raz bardzo podziękować moim betaczytaczom.

Bez nich byłabym zgubiona! ;)

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Smoczy zew

 

Gdy weszli na szczyt, grupa ponownie rozdzieliła się. Jake poszedł na najdalej wysunięty kawałek skały. To już nie pierwszy szczyt, który badali. Prawie stracił nadzieję na powodzenie misji. Przyczyniła się do tego otaczająca monotonia. Tylko Nina i James nadal wierzyli, że może się udać. Pozostała czwórka, która z nimi podróżowała, była przekonana, że to wyprawa badawcza w celu rozszerzenia życia na Ziemi. Ich misja była przykrywką dla prawdziwej wyprawy. Polegała na wybiciu plagi potworów, które odkryto w kilku miejscach na rodzimej planecie.

Kiedyś podobno była ich domem. Wszystko się zmieniło. Teraz jawiła się jako sucha i jałowa, a życie – znikome. Zostały tylko puste skały. Czasem można było znaleźć niewielkie strumienie wody i pojedyncze krzewy. Najczęściej jednak grupa napotykała wyschnięte koryta i suche badyle wystające z ziemi. Bomba biologiczna na skalę światową zniszczyła całą planetę. Miejsce, które przemierzali, na mapach oznaczone teraz jako "Góry Igielne", w szczęśliwych czasach ponoć aż po czubki gór zalewała woda. Ludzie nazywali je Atlantykiem.

Dawne Ameryki i Europa to strefa odizolowana. Ludzie znają tylko ich nazwy.

– Długo jeszcze tu będziemy? Tu są tylko skały! – marudziła Willow. Rzuciła plecak na najbliższy głaz i rozłożyła się na ziemi.

– Nie drzyj się tak – powiedział Simon. – Wszyscy mamy dość.

Jego głos dolatywał z oddali. Jeszcze nie dotarł na górę, był najwolniejszy z całej grupy. Zawsze na niego czekali. Teraz, gdy zgubił parę kilo, szło mu już nieco lepiej. Niestety, ale jedzenia nie mieli pod dostatkiem, ciągle go brakowało i wszystko musieli racjonować.

– Łazimy po tych skałach już od czterech miesięcy. Naprawdę nie macie jeszcze dość? – Willow, wydarła się na całe gardło.

– Możesz się w końcu przymknąć, Will? – powiedział zasapany Simon, który dopiero teraz wyłaniał się na horyzoncie.

– A myślisz, że ktoś nas usłyszy? Na tym pustkowiu nie znajdziesz żywej duszy!

– Ty byś nawet umarlaka obudziła – odburknął pod nosem.

– Przynajmniej coś by się wydarzyło!

W złości cisnęła buty na ziemię. Jake cieszył się, że nie musi brać udziału w tej wątpliwe przyjemnej dyskusji. Biedny Simon, jemu najczęściej się obrywało. Taki typ faceta. Mięczak, który trafia na kapryśną babę. Lekka nadwaga odbiła się na jego śmiałości i pewności siebie, zawsze będzie miał przerąbane. Willow była tak nieznośna, że miało się ochotę ją udusić. Ciągle narzekała i od jakiegoś czasu zachowywała się, jakby chciała wrócić do domu. Przecież nikt jej nie zmuszał, by brała udział w wyprawie. Po pierwszym spotkaniu Jake nie uwierzyłby, że to ona będzie sprawiać problemy. Na początku starała się. Składała raporty dowódcy, ale od przynajmniej dwóch miesięcy była utrapieniem. Gdyby to od niego zależało, najchętniej porzuciłby ją gdzieś za sobą. Mógłby zostawić Willow nawet z Simonem. Grubasek był strasznie ociężały i powolny, a do tego niezmiernie irytujący. Tak, w odpowiednim momencie, powinni ich zostawić. Oboje byli tylko zbędnym balastem. Jednak to nie on dowodził i nie miał nic do gadania w tym temacie. James jako honorowy człowiek i przywódca, nigdy by tego nie zrobił.

Jake przestał rozmyślać i wrócił do obserwacji. Na horyzoncie wznosiły się góry, jedne bardziej ostre od pozostałych. Miejscami teren był nie do zdobycia. Skały były tak strome i pokryte wilgotnym mchem, że niedoświadczona osoba mogłaby łatwo stracić życie. Coś między nimi dostrzegł. Wzrok zarejestrował ruch i wodę. To właśnie niewielkie źródła pozwalały uzupełnić zapasy, ale od dość dawana nie napotkali żadnych. Od tygodnia racjonowali wodę w nadziei, że w końcu coś znajdą. Jeszcze kilka dni i mogłoby jej zabraknąć.

– Widzę jakiś strumień. Musimy się tam udać, jeśli chcemy uzupełnić zapasy – powiedział, podchodząc do Jamesa.

Dał znak ręką, aby mężczyzna poszedł za nim, po czym skierował się w stronę punktu widokowego. Potem przepuścił dowódcę, stając tuż za nim. Mimo wysokości obaj nie spojrzeli w dół. To była podstawowa zasada, aby się nie bać.

– Widzisz? – zapytał.

– Mhm… Coś tam może być. Choć nie wiem, czy to nie pozostałości po drzewach.

– Teraz się nie ruszają. Mogę ci jednak przysiąc, że tam są smoki! – Zareagował dość gwałtownie, ale na tyle cicho, żeby reszta nic nie usłyszała.

– Pamiętasz, co nam mówili?

– Taaa. Nie ufaj swym oczom – odparł Jake.

– No, właśnie. Także na razie idziemy do strumienia, a później zobaczymy co dalej – zadecydował James.

– Pamiętaj, że pozostali nie mogą o niczym się dowiedzieć! – powiedział nieco zbyt głośno Jake.

– Myślisz, że jestem głupi? Poza tym to nie ty jesteś przywódcą.

– To rozkaz od Silver Thompson. Jeśli pozwolimy się zbytnio odsłonić, wszystko się wyda.

James już miał go minąć, ale lekko się zachwiał i jedna noga zsunęła się ze skały. Nie zdążył nawet krzyknąć. W ostatniej chwili Jake złapał go za rękę i podciągnął do góry. Może nie był postawny, ale siły i sprawności mu nie brakowało.

– Uważaj, stary – powiedział i zostawił go samego, odchodząc.

Przez chwilę czuł jego wzrok na plecach, ale wiedział, że temat skończony. Nie było co dyskutować. James dowodził, a on musiał się podporządkować. Zgodził się na to, gdy wyruszali. Taka była decyzja odgórna. Nie było się o co sprzeczać. Choć on byłby lepszym dowódcą.

 

***

 

Jeszcze tego samego dnia po ogólnej naradzie, zeszli nieco niżej na osłoniętą od wiatru szeroką skałę. To miejsce znajdowało się w przeciwnym kierunku do celu wędrówki, ale z tej strony było najwygodniej rozbić obóz. Od strony, z której przyszli teren był łatwiejszy w przeprawie. Zdecydowanie bardziej rozłożysty z niewielkimi zagłębieniami terenu. Musieli gdzieś przenocować. Wieczory i noce były tu wyjątkowo nieprzyjemne. Od wielu dni chmury przysłaniały nocne niebo, nie ukazując gwiazd i księżyca. Gdy już człowiek się przyzwyczaił, nie było tak źle. Chłód, który dotykał podczas snu, przejmował całe ciało. Zdarzało się, że miękki mech, który miejscami porastał zbocze, był zdradliwy podczas snu. Często w nocy człowiek budził się cały mokry od wilgoci. Zasypianie w ubraniu i śpiworze nie zapewniało ciepła.

– Jake, podaj mi patyki – odezwał się głos za jego plecami.

Siedział na piachu, odpoczywając w ostatnich promieniach słońca. Gdy obrócił głowę spostrzegł Ninę. Drobna, rudowłosa dziewczyna stała z rękami obłożonymi suchymi gałęziami. To właśnie było najgorsze. W tej okolicy nie zawsze znalazło się coś do podpalenia. Niestety, nawet to nie gwarantowało ogniska każdego wieczoru. Musieli dużo wcześniej zbierać drewno i dodatkowo nosić je ze sobą.

– Ej! Ziemia do Jake’a! Uhu! Dasz mi to drewno?

Otrząsnął się z zamyślenia i sięgnął do leżącego parę metrów dalej worka. Nawet na nią nie spojrzawszy, dorzucił na pokaźną stertę, trzymaną w ramionach, kolejne patyki.

– Więcej się nie dało? – zapytała.

– Reszta musi zostać na później.

– Nie o to mi chodziło – odkrzyknęła, kładąc gałęzie na ziemi obok roztańczonych płomieni. – Mógłbyś czasem pomóc.

– A prosiłaś, wiewióreczko? – Uśmiechając się, omiótł wzrokiem jej zgrabną sylwetkę.

– Daj spokój! Mógłbyś czasem wykazać trochę zainteresowania i dobrej woli. – Nawet teraz przy tym małym ognisku widać było, jak jej policzki zaróżowiały, a rude włosy jakby zapłonęły. 

– Przecież wykazuję. Tylko jesteś taka niedostępna.

Nie raczyła mu odpowiedzieć, tylko uciekła spojrzeniem i odeszła. Żałował, że wybrała Jamesa. Jake musiał przyznać, że "wiewióreczka" bardzo go pociągała. Paskudne, spędzone na odludziu noce przy jej boku mogłyby być wielce przyjemne. Gdyby tylko zechciała. Od ponad czterech miesięcy był odcięty od innych kobiet. Samotność nieco mu doskwierała. Nie oczekiwał nic poważnego. Po prostu, móc się czasem zabawić. Może: Miał skrzywiony charakter, ale zazwyczaj kobietom się to podobało. Naiwne, myślały, że zdołają go "naprawić". 

Nina zresztą nie była święta. Około dwóch miesięcy temu pokazała, co naprawdę w niej siedzi, gdy obozowali w Starym Lesie. Nazywał się tak dlatego, gdyż kiedyś musiały rosnąć tam drzewa. Teraz z suchych, skalistych terenów wystawały spróchniałe korzenie.

Szukali wody. Zapasy były na wyczerpaniu. Wraz z Niną i Jamesem, przez zupełny przypadek znaleźli podziemną grotę, w której były dwa młode smoki oraz źródła wody.

Widok tych stworzeń, po raz pierwszy był dla nich szokiem. Nie spodziewali tego spotkania. Jeden ze smoków był pokryty śliską granatową łuską, która wydzielała dziwny, spleśniały zapach. Z wyglądu przypominał Jake’owi kaczkę, tyle że był dużo większy. Tułów miał zaokrąglony, z odstającym, zwisającym bezładnie ogonem. Nie dosięgał nim nawet ziemi. Smocze szpony były długie i nieproporcjonalne do reszty ciała. Z pleców, smętnie zwisały maleńkie skrzydła. Przez to wiedzieli, że nie potrafi jeszcze latać. Jego głowa była równie duża jak łapy i gdy chodził, w zabawny sposób kiwała się na wszystkie strony. Ten smok sięgał mu co najmniej do pasa.

Drugi, nieco mniejszy, wyglądał jeszcze bardziej niezachęcająco. Był naprawdę brzydki. W dodatku jego łuski szły nierówno i wydawały się czymś pokryte. Jego barwa przypominała błoto i tak też pachniał.

Dziwny to był widok. Zwłaszcza, że smoki sprawiały wrażenie niegroźnych. Próbowały się do nich przymilać i łasić. Jeden co rusz podchodził i ocierał głową o nogi. Cudaczne wrażenie potęgował fakt, że na szkoleniach nikt nie wspominał im o małych smokach. W porównaniu z obrazami przedstawiającymi dorosłe wersje, te co mieli przed sobą, przedstawiały się mizernie.

Jake’owi było nawet nieco żal, że muszą się ich pozbyć. Podświadomość podpowiadała mu, żeby tego nie robić. Nie mieli jednak wyjścia. Niedługo po tym jak napełnili baniaki z wodą, Nina z Jamesem pozbyli się problemu. Zabili je szybko i bezboleśnie. Później, jak gdyby nigdy nic, opuścili to miejsce i ruszyli wraz z pozostałą grupą dalej.

Wspomnienie prześladowało go często, gdy myśli nie zajmowało nic innego. Obraz małych smoków do niego wracał. Czasem, gdy zamykał oczy, widział nienaturalnie wielką głowę, leżącą obok kaczkowatego tułowia, bez życia. Wraz z ciemną breją, która na zawsze zabrudziła skalane podłoże.

Mimo pozorów, skorupa, którą nosił przy ludziach, nie skrywała pustki, lecz zwykłe ludzkie uczucia.

 

***

 

Szli cały dzień z niewielkimi przerwami. Dotarli dalej, niż mogliby marzyć. Teren był trudny do przebycia, ale na oko byli o dwie godziny drogi od strumienia. Wraz z Niną i Jamesem, Jake powinien ustalić plan dalszego działania. W jego odczuciu, należałoby wybrać się nocą, zostawiając całą resztę w tyle. Tamci nie mogli się o niczym dowiedzieć.

Znajdowali się na niewielkim wzniesieniu, pokrytym piachem, mchem i resztkami drewna. W dole już wyraźnie zamajaczył strumień, który okalały pojedyncze niskie drzewa. Niektórzy chcieli dojść do wody jeszcze dzisiaj, ale James zarządził postój. Każdy marzył o kąpieli. Dawno nie mieli ku temu okazji. Dlatego większość grupy bardzo narzekała na decyzję lidera. Smród spoconych, zakurzonych ciał to nic przyjemnego w tych warunkach.

Istniała też nadzieja, że przy wodzie uda się znaleźć coś na ząb. Okolica nie była kwitnącą doliną, ale woda mogła sprawić, że jakieś zwierzęta tam żyją. Choćby to były tylko ryby.

Jake uważnie obserwował Jamesa, który co jakiś czas zerkał na grupę, a to znów na strumień. Teraz był zdecydowanie bardziej widoczny. Dowódca zapewne miał nadzieje, że opatrzność nie pozwoli na odkrycie smoków. Wszystko poszłoby na marne, gdyby smok przeciął niebo w oddali. Zaczęłyby się niewygodne pytania, może panika i pretensje. Na razie szczęście im dopisywało i nigdzie nie było widać tych stworzeń.

Silver Thompson z ich okręgu twierdziła, że smoki są niczym powstanie nowej ery. Tak jakby era ludzkości dobiegała końca. Ziemia miała zatoczyć koło i wrócić do początku. Do dinozaurów, które będą lepiej przystosowane do obecnych warunków. Oni mieli za zadanie nie dopuścić do tego, a przy okazji spróbować się dowiedzieć, w wyniku czego znalazły się na Ziemi. Wyprawa nie była łatwa i przyjemna, ale to dla dobra ich świata się poświęcali, bo życie tych gadów wykluczało ludzi.

Pamiętał, jak pokazali im jedne z nielicznych migawek, które udało się zdobyć, uwieczniające smoki. Aparaty były na wagę złota i tylko rząd miał do nich dostęp. Stara technologia była niczym zbawienie dla obozów, ale zwykli mieszkańcy nie mieli do niej dostępu. Ich ceny wykraczały znacznie poza możliwości obywateli ich okręgu. Dlatego też zdziwił się, gdy jedna z wypraw otrzymała taki sprzęt.

Na obrazach widział smoki. Wielkie gady w niczym nie przypominające zwykłych zwierząt, które do tej pory widzieli. Na zdjęciach smoki miały barwy od ciemnej czerwieni do złota. Łby były podłużne, a skrzydła wielkością znacznie przekraczały rozmiar tułowia, który był smukły i względnie nieduży.

Jake wiedział, że misja nie będzie łatwa, ale nie wiedział, że ukrycie jej przed resztą stanie się prawie niemożliwe. Zaczął się zastanawiać, po co robili im aż takie kłopoty.

“Czy władze nie mogły oficjalnie wydelegować całej grupy do rozwiązania problemu?“ – pomyślał.

 

***

 

Ostatecznie rozdzielili się. Nic nie ustalili.  Nina poszła z Homerem i Page poszukać drzewa. Pojawiła się szansa, że ponownie rozpalą ognisko. Sporo w okolicy było spróchniałego, starego drewna. Zapowiadała się kolejna w miarę przyjemna noc, która dawała możliwość wygrzania się w cieple.

Gdy przygotowali miejsce na nocleg, czekali na pozostałych. Zmierzch już zapadał, a oni nie wracali. Ciężko było powiedzieć, ile upłynęło czasu, ale słońce na niebie przebyło długą drogę.

– Musimy iść ich poszukać – powiedział Simon.

– Chyba żartujesz. Na pewno zaraz tu wrócą. Nina zapewne chce nam pokazać, ile to oni nie przyniosą – odpowiedział Jake.

– Daj spokój. Nie wracają już zbyt długo. Musimy iść!

– Oszalałaś Will. Zaraz się ściemni. To nie ma sensu. Poza tym nawet nie wiesz, w którą stronę się skierowali. Na pewno się oddalili.

Willow patrzyła na Jake’a z obrzydzeniem. Jakby co najmniej był winien temu zniknięciu. On sam wierzył, że to celowa zagrywka. Nina lubiła pokazywać się jako ta najbardziej pracowita. Wierzył, że niebawem przyjdzie z taką ilością zapasów drewna, że będą mogli korzystać z tego dobrodziejstwa jeszcze długi czas.

Gdy jednak słońce zaszło, a oni nadal się nie pojawiali, grupa zaczęła wpadać w lekki popłoch. Simon zerkał z obawą na wszystkie strony, a James był wyjątkowo opryskliwy dla wszystkich, choć zazwyczaj miał dla każdego dużo cierpliwości.

– Idę – powiedział w końcu po kilku godzinach od zapadnięcia zmroku. – Oni mogą potrzebować pomocy.

– Nie możesz! – krzyknęła Willow. – Nie wiesz nawet, dokąd poszli.

– Nie! Muszę iść! Muszę wiedzieć, co się stało!

– Stary, nie znajdziesz ich teraz. Zostań, odpuść, poszukamy rano – rzekł Jake.

Tylko Simon nie miał nic mądrego do powiedzienia.

– Wiesz, co ich mogło spotkać, a i tak chcesz czekać! Jake, to ludzie, oni są najważniejsi! A nie jakaś cholerna misja! – rzucił.

Po czym nie zważając na zdumione spojrzenia reszty, ruszył nawet nie oglądając się za siebie. Przechodząc, chwycił za patyk wystający z ogniska, po czym znikł w ciemności.

– James! James! – krzyczała za nim Willow, ale jego już nie było. – No i co, żeś zrobił? – warknęła na Jake’a. – Powinniśmy iść razem z nim! Albo chociaż go powstrzymać!

– Uspokój się, mała. Da sobie radę. Wyruszymy o świcie.

Podeszła i wymierzyła mu policzek. Pogłos było słychać na całej polanie. Nim zdążyła się odsunąć, chwycił jej rękę i przysunął do siebie. Pulsujące tępym bólem miejsce na twarzy, szybko się zaróżowiło.

– Jeśli jeszcze raz to zrobisz, połamię ci ją – wysyczał do niej. – Uważaj, złotko.

Puścił ją i nie zważając na grymas bólu na twarzy Willow i zdumione spojrzenie Simona, oddalił się od nich i ułożył do snu. Nikt już nie powiedział ani słowa. Zamknął oczy i mógł jedynie sobie wyobrazić, jak wymieniają zdumione i oburzone spojrzenia. Miał to gdzieś. Ci ludzie go nie obchodzili. Dla niego liczyła się misja, a to że James okazał się ciotą i pobiegł za swą lalunią, nie przeszkodzi mu w odpoczynku. Byli grupą, ale on działał w pojedynkę. Teraz został z tą ciapowatą dwójką. Musi się ich pozbyć. Niech tylko wstanie świt.

 

***

 

O świcie Jake nie był pierwszym, który wstał. Zobaczył, że obozowisko jest praktycznie uprzątnięte, a Simon i Willow rozmawiają przyciszonymi głosami, pakując do plecaków najpotrzebniejsze rzeczy. Tylko jego majdan był nienaruszony. Zaskoczyło go to, bo z reguły on lub Nina budzili wszystkich do życia. Przyszła mu dziwna myśl, że zamierzali go porzucić.

– Jak chcesz iść z nami to się pośpiesz – powiedział Simon, gdy zauważył, że Jake już nie śpi. – Zaraz wyruszamy.

– Nie będziemy na ciebie czekać, Jake –  powiedziała Willow, po czym z wyniosłością dodała. – Twój wybór.

Kiwnął głową na znak zgody i wygrzebał się ze śpiwora. Powietrze było rześkie, ale to ze względu na wczesną porę. Gdy po kilku minutach był gotowy do drogi, ruszył za Willow i Simonem, którzy nie odezwali się do niego więcej ani słowem. Sam też nie wyrywał się do rozmowy. Tych dwoje nie było wymarzonym towarzystwem. Powolniak i Nadęta – tak nazywał ich w myślach. Dziw brał, że ci co najwięcej się kłócili, dogadali się w obliczu problemów. W jego mniemaniu – rozdmuchanych. Gdyby ktoś go pytał, to James szwendał się całą noc po okolicy, nie wiedząc dokąd zmierza, aż opadł z sił, a pozostała trójka z Niną na czele zrobiła sobie awaryjne obozowisko, bo złapała ich noc. Nawet gdyby ich nie znaleźli, żyłby w tym przeświadczeniu przez cały czas. Dopiero nawoływanie Simona i Willow nieco go otrzeźwiło.

– Zamknijcie się, idioci! – krzyknął do nich.

– Sam się zamknij, Jake. Wydaje ci się, że masz władzę, ale gówno ci do tego, co robimy. Ciesz się, że cię nie zostawiliśmy – odpowiedziała Will.

– Homer! James! – darł się cały czas Simon.

– Zamknij się! Nie żartuje!

– Bo co? – powiedział Simon, a gdy nie usłyszał odpowiedzi znów wykrzyknął. – Nina! James! Jest tam kto? Page!

Więcej nie zdążył powiedzieć, bo ręka Jake zaciśnięta w pięść, wylądowała na jego twarzy. Z wrażenia cofnął się i prawie upadł. Ku jego zdumieniu po chwili, otrzymał jeszcze jeden.

– Powiedziałem ci, zamknij się!

Willow podbiegła do Simona.

– O co ci chodzi, człowieku? Oszalałeś? Musimy ich jakoś znaleźć. – Już wycierała chusteczką krew, która popłynęła Simonowi z nosa.

– Idioto, złamałeś mi nos! – wykrzyknął, przełykając krew, która zdążyła mu napłynąć do ust.

– Nic ci nie będzie. Jesteś tylko obity. Jak mówię ci, żebyś się zamknął to słuchaj.

– O co ci chodzi, Jake? Nie możesz powiedzieć, dlaczego nie możemy ich wołać – powiedziała Will.

Milczał przez chwilę, zastanawiając się, czy im powiedzieć. Wiedział, że Nadęta jak nic nie powie, znowu zacznie się drzeć. Mógł zawsze jej też przyłożyć. Tylko, czy warto marnować czas i siły na nich, aby później nie móc zrobić tego, co powinien? Teraz już byli bardzo blisko strumienia. Nie uniknie tego, najpewniej jeśli miał rację, wszystko się wyda.

– Dobra. Powiem wam, co może nas czekać. Macie się nie drzeć! Nie powinniście się w ogóle o tym dowiedzieć. Te ziemie zamieszkują potwory. Możemy tu spotkać smoki. Wyprawy badawcze, o których tyle słyszycie, nie zawsze kończyły się powodzeniem. Często wiele grup wcale nie wracało. Dowództwo dowiedziało się o nich wiele lat temu. Walczymy z nimi, bo jeśli pozwolimy im przetrwać, życie ludzi na Ziemi nie będzie możliwe. Smoki nas wyprą. Podobno są piekielnie inteligentne. Na razie tylko raz spotkaliśmy je na swej drodze. Ja, Nina i James jesteśmy oddelegowani do pozbycia się tego problemu. Zabiliśmy dwa okazy. Było to ponad miesiąc temu. Liczyliśmy na odszukanie większej grupy, aby móc wybić całe stado. Tamte osobniki były jednak samotne. To wszystko, co powinniście wiedzieć. Uwierzcie, że nie chcecie poznać nic więcej. Także przestańcie się wydzierać. Wydawać się może, że nikogo tu nie ma, lecz to jedynie wrażenie.

Stali jak zamurowani. Will cały czas trzymała szmatkę przy ustach Simona, ale nie dociskała jej do twarzy, przez co krew lała się po jego brodzie, skapując na koszulę. Simon siedział z otwartymi ustami, nie wiedząc co powiedzieć. W końcu wykrztusił:

– Żartujesz sobie?

– Nie, to nie żarty. Wasza misja jest przykrywką. Nic nieznaczącym elementem naszej wyprawy. Mówiąc o naszej, mam namyśli siebie, Ninę i Jamesa.

Will otrząsnęła się z szoku i rzuciła szmatką w Simona. Wstała i złapała się za głowę, krążąc dookoła.

– Nie, to niemożliwe! Przecież jak, gdzie… To mi się chyba śni – paplała bez ładu. Zaniosła się histerycznym śmiechem.

– Ej, Laleczko! Sama mówiłaś, że nie ma czasu. Na pytania będzie czas później.

– Ale… – powiedział Simon.

– Daj spokój Sim, musimy poszukać pozostałych, tu nie jest zbyt bezpiecznie. Poza tym nie zdziwiło was, że James nie wrzeszczał, jak szedł ich szukać? Nikt nie chce niepotrzebnie zwracać na siebie uwagi. Smoki to przebrzydłe i niebezpieczne stworzenia.

Gdy to powiedział, nie zwracając zbytnio uwagi na pozostałą dwójkę, ruszył przed siebie. Wiedział, że teraz nie zostawią go na pewno. Nie mógł powiedzieć, że był z tego faktu zadowolony, ale chyba przy nim czuli się bezpieczniejsi.

Przez kilka godzin krążyli po okolicy. Minęli też z raz wcześniejsze miejsce obozowania. Niczym nie różniło się od pozostałych, z wyjątkiem spalonych kilku gałązek. W końcu po długim czasie znaleźli ich. Nina leżała na ziemi niedaleko strumienia. Ciężko oddychała, a jej noga była w kiepskim stanie. Z kończyny sączyła się krew i żółta śmierdząca ropa. Pozostała dwójka była w gorszym stanie. Jeśli można to nazwać jeszcze jakimś stanem. Leżeli bez życia. Page brakowało ręki i nogi, a bok miała cały wydrapany. Natomiast ciało Homera było nie do rozpoznania. Zmasakrowane w taki sposób, że tylko torba, która leżała obok niego, mogła świadczyć o tożsamości ofiary.

Gdy Willow zobaczyła ich, pędem podbiegła do Niny. Rzuciła się w poszukiwaniu leków i szmat. Nina nie odzywała się, cały czas ciężko dysząc.

– Boże drogi, co tu się stało? – mówiła Willow przez łzy.

– Zaatakowali nas… – Stęknęła mimowolnie, gdy kobieta dołożyła do nogi szmatę z alkoholem. – Page, Homer oni…

– Ciii… – powiedziała Will.

Jake skierował się do Niny, w nadziei na uzyskanie nowych informacji, gdy usłyszał dziwny dźwięk za plecami. Odwrócił się gwałtownie w tamtym kierunku i od razu tego pożałował. Simon zgięty wpół wymiotował. To nie był najprzyjemniejszy widok. Jake z obrzydzeniem malującym się na twarzy, oddalił się czym prędzej.

– Musisz nam powiedzieć, co się stało. Widziałaś Jamesa? Poszedł was szukać i nie wrócił – powiedział do Niny.

– Cooo? – Zrobiła wystraszoną minę.

– Niestety, tak. Mówiłem, żeby tego nie robił, ale nie posłuchał.

– Nie widziałam go. O Boże! James! – Znów zawyła z bólu, gdy Willow kolejny raz polała nogę alkoholem.

– Przepraszam. Wiem, że boli, ale muszę to odkazić.

– Zaatakowały nas – powtórzyła jak echo. – Smoki. Jake to były ogromne gady. Nie te maleństwa co kiedyś. Były ogromne! Gigantyczne! Trzykrotnie przewyższały człowieka. Szliśmy szukać drewna, ale Homer i Page koniecznie chcieli iść po wodę. Ta idiotka nie mogła przestać gadać o niczym innym niż kąpieli. Nie mogłam ich samych zostawić. Nie wiem, czy nie weszliśmy na teren gniazda. Oni nawet się nie bronili. Nie było czasu. To był moment. Ja chyba jednego raniłam, ale nie jestem pewna. Może po prostu mną rzucił w nadziei, że skonam tak jak tamci.

Willow miała szkliste oczy. Łzy powoli toczyły się po jej twarzy. Nawet nie spojrzała w kierunku tego, co zostało z reszty. Za to Simon musiał patrzeć na nie cały czas. Bo odgłosy wymiotowania nie ustawały.

Jake myślał intensywnie. Jamesa nie znaleźli. Nie wiadomo, czy nie spotkał go podobny, co trójkę towarzyszy, los. Najprawdopodobniej przepadł. Nie lubił go zbytnio, ale Jake był odpowiednio wyszkolony. Niestety Nina nie nadawała się do niczego. Gdyby mógł, wybrałby do pomocy Homera, choć ten pewnie też nie poradziłby sobie. Nie mógł wziąć Willow ani Simona. Nie nadawali się. Simon nawet teraz pokazał jaka z niego miękka klucha. Coś jednak trzeba było zrobić.

– Musicie zobaczyć, co się tam dzieje. Nie wiem, Jake, czy powinniśmy się zbliżać. Może trzeba uciekać – powiedziała Nina, po czym dodała. – One znają prawdę, Jake, o tych z jaskini. Nie mam pojęcia jak, ale wiedzą, że jesteśmy wrogami. Nie damy sami rady.

Jake nic nie mówił, a Nina nieco opadła z sił. Leki, które dała jej Willow zaczęły działać, ale całonocny ból sprawił, że bredziła od rzeczy.

– Powiedziały ci o tym? – zakpił.

– Nie, ale wiem. Nie wiem jak, ale wiedzą co zrobiliśmy. Nie wiem jak, ale wiedzą o tym!

– Daj jej już spokój,Jake. Powinna odpocząć – powiedziała Willow.

Wstał i odciągnął ją na stronę. Odsunęli się od poranionej. Poddała się temu całkowicie. Chyba była w szoku.

– Will, musisz iść ze mną – powiedział.

– Chyba oszalałeś. Nie zostawię Niny!

– Nie wygłupiaj się. Z nią zostanie Simon, a ja potrzebuję ciebie!

– Ale… – próbowała odpowiedzieć.

– Simon to ciota, przecież wiesz. Musisz iść ze mną! Jakby coś się stało, ktoś musi poinformować Thompson z naszego okręgu, aby zorganizowali nową grupę. Nie chcę mieć na sumieniu kolejnych osób.

– Jake, ale ja nie pomogę ich zabić. Ja… Ja nie potrafię – wyjąkała.

– Nie każę ci ich do cholery zabijać! Chcę, żebyś tylko ze mną poszła – powiedział.

Chyba się poddała, bo kiwnęła głową i podeszła do Simona, który cały blady na twarzy ocierał usta. Chyba wyrzucił z siebie śniadanie, kolację i kilka innych posiłków.

– Simon, zaopiekuj się Niną.

Kiwnął tylko głową. Na jego twarzy wymalowała się ulga, że nie chcą od niego nic więcej. Podszedł do Niny i usiadł obok. Nina lekko oparła głowę na jego ramieniu, a on ją pogładził. Parę łez popłynęło po policzkach dziewczyny, która nigdy dotąd przy nich nie pozwoliła sobie na okazanie emocji.

– Ciii… Wszystko będzie dobrze. Jestem obok – powiedział do niej. Uśmiechnął się do Jake’a i Will. Dał im tym samym ciche przyzwolenie by odeszli.

Jake był gotowy do drogi, ale musiał zaczekać, aż swoje rzeczy pozbiera dziewczyna. Wysypały się na ziemię, gdy próbowała obandażować i odkazić ranę. Wrzucała rzeczy jak jej podeszły pod rękę. Na wierzchu zostawiła nóż. Plecak przerzuciła przez ramię i ruszyła za Jakem.

Nie odzywali się do siebie. Szli powoli wzdłuż strumienia. Miejscami pojawiały się rośliny. Nawet w jednym, szerszym miejscu widać było niski jeszcze tatarak. Zmierzali do podnóża skały. Tam, pierwszy raz widział smoki z oddali. Byli zupełnie odkryci, ale nie mieli innego wyjścia. Musieli zbadać sytuacje. W każdej chwili mogło ich coś zaatakować.

– Jake, boję się – powiedziała Willow. – Nie na to się pisałam.

– Wiem. Mieliście nic nie wiedzieć.

– Przecież nie ukrylibyście tego przed nami. W końcu i tak by się wydało.

– Nawet nie chcesz wiedzieć, jakie mieliśmy rozkazy, gdyby do tego doszło.

Nic na to nie odpowiedziała. Jake był pewien, że zrozumiała aluzję. Nikt nie powinien o tym wiedzieć. Teraz gdy Nina jest ranna, a Jamesa nie było, to oni musieli przekazać informację.

– Nie możemy ich zabić – powiedziała po raz kolejny. – Ja nie mogę.

– Daj spokój Will. Nawet się do nich nie zbliżysz.

Gdy to mówił, z daleka zamajaczyła im postać smoka. Był ogromny. Czarny, z metalicznymi łuskami, od których odbijały się promienie słońca. Górował nad nimi nawet ze sporej odległości. Rozłożył skrzydła, które sprawiły, że był jeszcze większy. Za nim Jake dostrzegł nieco mniejszego bordowego. Wyciągał szyję, aby lepiej widzieć. Atak ze strony stworów był nieunikniony Mężczyzna mimowolnie wysunął się do przodu, zasłaniając Willow. Mógł jedynie myśleć, czy zrobią to z powietrza, czy z lądu? Najgorsze by było, gdyby ruszył na nich z góry. Wtedy na pewno nie mieliby rzadnych szansy.

– Słyszysz?

– Cii…

– Słyszysz tą melodię?

– Ciiiicho! – syknął na nią.

Krok za krokiem, bardzo powoli przesuwali się do przodu.

– Ale… – próbowała raz jeszcze powiedzieć. – One nic nam nie zrobią.

Nie zwracając na nią uwagi, wyczekiwał ataku. Zaczął żałować, że ją ze sobą zabrał. Ciągle musiała kłapać.

– Nie słyszysz tego Jake? – powtórzyła znowu.

– Czego? – powiedział jej na odczepnego.

– One śpiewają! Nawołują nas.

– Co ty bredzisz?

Widział, że smok pochylił się do przodu. Jego gadzie oczy wlepiały spojrzenie w niego. W jego odczuciu smok czekał na idealny moment do ataku. Patrzył, co zrobią, aby móc zareagować. Jake wiedział, że byli odsłonięci i nie chciał sobie dodatkowo zaprzątać głowy słowami Willow.

– Nie bredzę, Jake. Zobacz!

Nie zważając na nic, ominęła go i szybkim krokiem skierowała się do gadów.

– Nie rób tego! – zawołał za nią.

Zignorowała go zupełnie, dalej idąc do przodu. Pewnie, bez obawy. Smoki, bo teraz także bordowy wyraźnie wysunął się zza pleców czarnego, patrzyły na nią ciekawie. Gdy zbliżyła się do nich na odległość nie większą niż klika metrów, jeden z nich zsunął się ze skały. Ziemia zadrżała, gdy zarył tylnymi łapami, a ślady pazurów odbiły się na twardej skale.

Jake stał w miejscu, nie wiedząc, co zrobić. Głupota tej dziewuchy mogła kosztować ich życie. Choć teraz istniała nadzieja, że choć on wyjdzie z tego cało. Mimo ogromnej niechęci szkoda było mu ją zostawić. Nikt nie powinien tracić życia na marne.

Patrzył, jak smok wysuwa szyję w jej kierunku. Patrzył na nią, jak na dorodną tłustą muchę. Jake miał ochotę krzyknąć po raz ostatni, żeby uciekała, ale wtedy ku jego zdumieniu głowa smoka szturchnęła ją delikatnie. Na jej miejscu wbiłby ten nóż, co miała za pasem w głowę bestii. Tak zabiłaby chociaż bordowego. Zamiast tego go pogłaskała. Smok przymrużył oczy w zadowoleniu.

Czarny, który stał wyżej, przyglądał się bordowemu i Willow.

– Nie możemy ich zabić! – krzyknęła do niego.

On jednak pozostał na miejscu, nie ruszając się, jakby nie mógł uwierzyć, w to co się wydarzyło. Przecież to one spowodowały tyle nieszczęść. Są niebezpieczne i trzeba je wytępić.

– One są niegroźne. Słyszysz ich muzykę?

Pomyślał, że oszalała. – “Słyszy głosy, muzykę i jeszcze te smoki. Przecież Thompson zawsze powtarzała, że to najniebezpieczniejsze stworzenia i nie wolno się do nich zbliżać.“

– Jak odłożysz broń, to możesz podejść, Jake. Chcą cię poznać. – Stała jak zaczarowana, cały czas głaszcząc bordowego smoka. – Musisz się jedynie otworzyć.

Nie rozumiał, o co jej chodzi. Bał się zostawić broń. Zastanawiał się, czy nie odejść. Ale czy mu pozwolą?

Odwrócić się i odejść było najłatwiej. Niech Willow z nimi zostanie, jak tak bardzo tego pragnie. On musi się ich pozbyć. W tym momencie jeden ze smoków zaryczał i zionął ogniem. Dziewczynie, nic się nie stało.

– Jake, przestań! Cokolwiek robisz, drażnisz je!

Stał w miejscu przez cały czas. Jedynie myśli galopowały w różnych kierunkach.

– One nas słyszą? Czytają nam w myślach? – zapytał głupio.

– Nie wiem, co robią, ale rozumieją nas. Jeśli przestaniesz szaleć z nienawiści i chęci mordu nic ci nie zrobią!

Gdy to powiedziała, od razu zrozumiał, że musi mieć rację. Wtedy też pozwolił się otworzyć i usłyszał. To był nieśmiały dotyk obcej świadomości. Delikatny niczym podmuch wiatru.

W głowie mężczyzny zagrała nagle najpiękniejsza muzyka i już nigdy nie miała umilknąć.

 

***

 

Trzysta dwudziesty dzień wyswobodzenia

 

Piszę ku pamięci. To pierwszy wpis! Tyle się wydarzyło! Żyjemy!

Odeszliśmy z naszego okręgu. Tak jak o wielu grupach słuch i o nas zaginął. Jesteśmy jednak cali i zdrowi. Tworzymy nową cywilizację. Gdzieś po środku starego, wyschniętego Pacyfiku jest smocza oaza. Miejsce niepodobne do innych. Mamy tu wodę, drzewa, zwierzęta i rozległe zielone tereny. Żyjemy tu ze smokami. Rozwijamy naszą cywilizację, aby inni ludzie do nas dołączyli. Musimy ich przekonać. To jedyny ratunek, aby przetrwał nasz gatunek.

Smoki są niezwykle inteligentne. Rozumieją nas, choć my ich nie zawsze. Porozumiewają się z nami za pomocą różnych melodii, obrazów i dźwięków. Żyjemy jakby w symbiozie. Simon, Nina, James wraz z Jakem także tu są. Nina nieco kuleje, ale jakoś sobie radzi. O dziwo Simon jest cały czas przy niej. Odeszła od Jamesa.

Jamesa znaleźliśmy parę kilometrów na wschód od strumienia. Zabłądził i nie mógł nas odnaleźć. Siedział zrozpaczony pod wielkim starym drzewem. Taki z niego przywódca! Brak jakiejkolwiek orientacji w terenie.

Poznaliśmy tu wielu miłych ludzi i wiele smoczych istot. Wraz z Jakem zajmuję się młodymi smokami. Pomagamy im w rozwoju. Jake zmienił się nie do poznania. To nie ten sam gbur, co kiedyś.

Kultywujemy nowe życie. Czcimy smoki, bo to one spajają nas razem i dają nam więcej. Ta muzyka jest magiczna i zapoczątkuje nową erę.

Człowiek przestał być centrum świata. Teraz są nim smoki i ludzie. Uczą nas, jak być lepszymi i przy nich tacy jesteśmy. Wierzę, że możemy wiele zyskać, żyjąc w tej dziwnej symbiozie.

 

Willow

 

Koniec

Komentarze

Tacy porządni betaczytacze, a i tak niemało usterek – szczególnie przecinkologicznych – zostało. Trafiło się też kilka dość pokracznych (naturalnie w mojej opinii) zdań.

Większa część tekstu była jednak całkiem znośna, ale opowiadanie mnie nie porwało. Ot, czytałem i czytałem, i nie poczułem więzi z bohaterami. Żadnej. ;( Więc, niestety, wynudziłem się trochę.

Za to takie wzniosłe i proekologiczne zakończenie zaskoczyło mnie. I  jest to niewątpliwie plus; nawet dodatni! ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Coż sami betaczytacze świata słabym tekstem nie zwojują. Pomogli tyle ile mogli, wszystkiemu winien autor. Dziękuję, że poświęciłeś swój czas na lekturę, zwłaszcza, że loża ma teraz ręce pełne roboty. Szkoda, że się nie spodobało i nie wciągnęło, Sethraelu.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

To, że akurat mnie nie wciągnęło, o niczym jeszcze nie świadczy. Być może inni będą zachwyceni.

Pozdrawiam serdecznie, dziękując za wzięcie udziału w konkursie.

Sorry, taki mamy klimat.

Może następnym razem będzie lepiej. ;)

Również pozdrawiam!

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hmmm. Mnie też nie wciągnęło – przez wtórność historii. Owszem, postapo to jakieś urozmaicenie, ale nadal, jak widzi się duże zwierzę z zębami, to natychmiast trzeba je zabić. Na szczęście są jeszcze księżniczki. Tak, to było zaskakujące.

Warsztatowo – literówki, powtórzenia, interpunkcja kuleje (przy wołaczach), ale nie jest tego dużo.

Babska logika rządzi!

Nie stawiałam jakoś bardzo na oryginalność. Bardziej postawiłam na sam tekst, jako formę pokazania relacji różnych ludzi i odmiennych postaw, a wyprawę jako tło. Chciałam też przedstawić, jak ludzie ślepo wierzą w to, co im się pokazuje i nakazuje, bo to wynika z decyzji odgórnych. W zestawieniu z prawdą i rzeczywistością, która okazuje się być zupełnie inna niż im wpojono.

Widocznie ten zabieg się nie udał. Pozdrawiam i dziękuje za przeczytanie, Finklo.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Morgiano,

Udało mi się dotrzeć do Twojego opowiadania. Przeczytałem z mocnym postanowieniem, żeby wyłowić jak najwięcej pozytywów i od nich zacznę:

"Góry Igielne", w szczęśliwych czasach ponoć aż po czubki gór zalewała woda

To jedno zdanie mi wystarczyło, by przenieść się do Twojego świata. Bardzo ciekawy pomysł. Wcześniej się z takim nie spotkałem. Pozostał jednak niedosyt. Może spróbuj kiedyś wykorzystać ten motyw i popracować jeszcze na samym krajobrazem. Myślę, że może z tego wyjść coś ciekawego.

Kolejny plus za pomysł ze smoczą melodią – również oryginalny.

Dużo bym dał, żeby jej posłuchać. Choć smoki nigdy mi się z muzyką nie kojarzyły, byłby to ciekawy motyw. Szkoda, że nie pokusiłaś się o jego rozwinięcie. Jak się czuli ludzie, gdy ją słyszeli? Jakie mieli skojarzenia? Znów lekki niedosyt, ale pomysł z potencjałem.

Uczą nas, jak być lepszymi i przy nich tacy jesteśmy.

Także ciekawa myśl, choć nie wiem czy tak to sobie wymyśliłaś, ja odbieram to w ten sposób: „ludzie stali się takimi bestiami, że człowieczeństwa musimy uczyć się od smoków”. Bo choć trudno uwierzyć mi w dobroć i łagodność smoków, mogę sobie wyobrazić, że skoro ludzkość doprowadziła do tego, że oceany wyparowały, skrzydlate gady stają się zalążkiem nowej, lepszej cywilizacji.

To tyle z plusów. O minusach króciutko.

– Lektura nie szła gładko – nie jestem specem od technikaliów, ale z prowadzeniem akcji było coś nie tak.

– Nie potrafiłem złapać kontaktu z żadnym z bohaterów – być może dlatego, że próbowałaś scharakteryzować zbyt wielu, albo żaden z charakterów mi po prostu nie podpasował. Dopuszczam takie uzasadnienie, że właśnie mieli być tacy nijacy i nie za bardzo pozytywni, żeby stanowić kontrapunkt do smoczego idealnego świata. Nie mam jednak przekonania, że właśnie taki miałaś zamiar, więc dałem to jednak do minusów, bo tak czy siak, trzeba byłoby to bardziej zaznaczyć.

– Sporo zgrzytów w tekście i nie mówię tu o literówkach i przecinkach, bo jestem ostatni, który by to wytykał;)

Podsumowując, nie zrażaj się, bo widać, że masz dużo fajnych pomysłów. A i to co napisałaś w ostatnim komentarzu, również można by dać na plus. Analiza ludzkich charakterów oraz ich postaw to ciekawa rzecz, ale nie da się zrobić z tego głównego atutu tekstu. Poza tym, jeśli w tekście na to chcesz postawić, wydaje się, że ludzkie słabości czy atuty trzeba przedstawiać w jaskrawym świetle, na tle bardzo dramatycznych zdarzeń lub zestawiać ze sobą skrajne postawy, wydobywać głębię. Inna rzeczą jest sztuka przelania ich na papier.  Mnie chyba właśnie tej emocjonalnej esencji brakowało najbardziej.

Pozdrawiam serdecznie

em

 

empatia

Dzięki, Empatio! Twój komentarz dał mi dużo do myślenia. Dzięki za dostrzeżenie jakiś plusów. Szkoda, że postacie okazały się czymś, co się nie do końca mi wyszło. Nie zamierzam poddać się po jednej nieudanej próbie. Choć nie jest ona pierwszą! Zapewne też nie będzie jedyną! :P

 

Bohater nie powinien dać się jakoś szczególnie lubić. Każdy miał jakieś uwypuklone wady. To nie mieli być ludzie czyści i bez skazy.

Np: James – to pozorant; babiarz; wszystkowiedzący; zadufany w sobie

 

 

Co do reszty, każdy z nich nie pokazywał się jako osoba do końca w porządku. Sądzę, że to wynika z mojego przeświadczenia, że jakby kazano mi łazić po jałowych terenach przez wiele miesięcy to też miałabym wszystkiego dość. :P

 

Po zakończeniu konkursu spróbuje jeszcze przejrzeć tekst, coś poprawić, uwzględniając wszystkie uwagi. Dzięki, że poświęciłeś mi swój czas.

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hmm, z jednej strony lubię opowieści drogi, z drugiej nie lubię postapo, więc wychodzi na to, że szale się równoważą. Samo opowiadanie jest napisane dość przyzwoicie, ale do mnie osobiście nie przemawia. Trochę jednak zbyt mało się dzieje, a jak już się dzieje, to nie do końca tak, jak chciałbym, żeby się działo.

Dzięki, Vyzarcie za przeczytanie. No cóż, może faktycznie zbyt mało się dzieje. Akcja początkowo toczy się powoli, później przyspiesza. Może następnym razem trafię lepiej w czyjeś gusta.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Wiesz, Morgiano, wszystkich zadowolić nie sposób, więc proponuję nawet nie próbować. Po prostu pisz, jeśli sprawia ci to przyjemność i tyle. Ludźmi nie należy się przejmować. Zwłaszcza jakimiś vyzartami.

Doskonale to rozumiem, ale gdy nie podoba się nikomu, to co “wypocimy“, oczywiste jest, że następnym razem chcemy, aby było lepiej. Wydaje się być to naturalne.

 

Trafić w czyjeś gusta czasem się uda, ale wszystkim wiadomo, że nie będzie się podobać. Ludzie są różni i lubią rożne rzeczy.

 

Nie zgodzę się jednak, że nie do końca nie należy się przejmować. Jesteś osobą, która czyta, może w tym wypadku z obowiązku. Chyba jednak chciałbyś, aby to na co poświęcasz czas, było przyjemne, a nie męczące. Także Vyzarcie, Tobą także zamierzam się przejmować! ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

“Zasypiało się w ubraniu i śpiworze, ale nie zapewniało ciepła.“ – dziwnie skonstruowane to zdanie, niegramatycznie.

 

“W dole już wyraźnie zamajaczył strumień, które okalały pojedyncze niskie drzewa.“ – strumień, które?

 

“ale James zadecydował postój“ – raczej: zarządził postój

 

“Pamiętał, jak pokazali im jedne z nielicznych migawek uwieczniających smoki, które udało się zdobyć.“ – Czy to smoki udało się zdobyć?

 

“Nina poszła z Homerem, Coltem i Page…” – Hmm, wyruszyli we czwórkę, ale potem zostały znalezione tylko trzy osoby i jakoś imię Colta nie pojawia się więcej w opowieści?

 

Dołączam do grona tych, którzy nie zostali “kupieni”. Sam pomysł z wysuszeniem Ziemi i zniknięciem oceanów interesujący, jednak nie przemawia do mnie pojawienie się nie wiadomo skąd smoków, smocza oaza i “żyjmy w zgodzie z naturą, bo to nasz jedyny ratunek”. Innymi słowy cała koncepcja do mnie nie trafiła. Bohaterowie wydali mi się dość słabo i płytko zarysowani, więc żadnego ani nie polubiłam, ani nie znielubiłam.

Technicznie rzecz biorąc tekst nie jest wolny od usterek, jednak przeczytałam go w miarę gładko i szybko, mimo trzydziestu tysięcy znaków.

 

Pozdrawiam.

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, Joseheim za przeczytanie. Za wyłapanie błędów, również. Poprawię po zakończeniu konkursu. Pozostaje tylko pracować lepiej nad kolejnymi tekstami. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Hmmm, dużo już napisano o tym opowiadaniu, więc skupię się na jednym aspekcie:

 

Relacje między członkami wyprawy są pokazane, moim zdaniem, nieco sztucznie, “na siłę”. Nie służy temu wyprawa jako tło. Nadal, moim zdaniem, gdybyś wyprawę uczyniła głównym lajtmotivem, a relacje i konflikty rozegrała mocniej w odniesieniu do konkretnych zdarzeń, jakie zachodzą w jej trakcie – po prostu przez pokazanie reakcji, zachowań, słowa, bez narracyjnego wyjaśniania – mogłoby być lepiej.

 

Czyli źle nie jest, ale mogłoby być lepiej. Spory plus za nieoczekiwany skręt w stronę utopii w końcówce.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Teraz po ogłoszeniu szczęśliwej piętnastki mogę coś z tym zrobić i zmienić. Co do postaci, to nie wiem czy coś z nimi zrobię, zobaczę. Dzięki, że zajrzałeś PsychoFishu. Myślałam, że zrezygnujesz z czytania po dzisiejszym ogłoszeniu wstępnych wyników. ;)

 

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Ech, ryba jest ofiarą własnych słów i będzie czytać do końca… już krócej niż dłużej… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gratuluje wytrwałości. Próbowałam przeczytać choć część, ale tematyka smoków zdecydowanie mi się już przejadła! :P Zresztą nie ma co ukrywać, tak jak większość czytałam głównie te lepsze teksty…

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Pomyślałem o filmie Reign of Fire (pl. Władcy Ognia; film którego chyba nigdy nie oglądałem, poza kilkoma minutami przechodząc z mojego pokoju do kuchni przez salon rodziców – wiele filmów znam z urywków podczas wypraw do kuchni przez salon ;-) ).

Oglądałaś?

 

Co się stało z wodą z Atlantyku? Intrygujące. Na końcu się okazuje, że Pacyfik też jest suchy. Nie bardzo umiałem sobie wyobrazić co się stało z planetą, że tyle wody zniknęło, a ludzie jednak jakoś się uchowali.

 

Widzę jakiś strumień. Musimy się tam udać, jeśli chcemy uzupełnić zapasy – powiedział, podchodząc do Jamesa."

wyjątkowo nienaturalne zdanie

 

"Nie było co dyskutować. James dowodził, a on musiał się podporządkować. Zgodził się na to, gdy wyruszali. Taka była decyzja odgórna. Nie było się o co sprzeczać".

De facto powtórzenie

 

Zdecydowanie bardziej rozłożysty z niewielkimi zagłębieniami terenu”.

Przecinek?

 

"Od wielu dni chmury przysłaniały nocne niebo, nie ukazując gwiazd i księżyca. Gdy już człowiek się przyzwyczaił, nie było tak źle. Chłód, który dotykał podczas snu, przejmował całe ciało. Zdarzało się, że miękki mech, który miejscami porastał zbocze, był zdradliwy podczas snu. Często w nocy człowiek budził się cały mokry od wilgoci. Zasypianie w ubraniu i śpiworze nie zapewniało ciepła".

Fajnie, że uzmysławiasz trudy podróży, ale może warto byłoby to trochę inaczej napisać? Z tym "człowiekiem" to trochę niepotrzebne powtórzenie, w dodatku kompozycja dziwna, bo najpierw piszesz, że można się było przyzwyczaić a potem czemu było źle. Powinno być chyba odwrotnie. Jeżeli można było się przyzwyczaić do chmur a do innych rzeczy nie, powinnaś była jasno to napisać.

 

"To właśnie było najgorsze. W tej okolicy nie zawsze znalazło się coś do podpalenia. Niestety, nawet to nie gwarantowało ogniska każdego wieczoru".

Nie rozumiem sensu tak sformułowanych słów.

 

"Otrząsnął się z zamyślenia i sięgnął do leżącego parę metrów dalej worka. Nawet na nią nie spojrzawszy, dorzucił na pokaźną stertę, trzymaną w ramionach, kolejne patyki".

Wystarczyłoby "dorzucił Ninie kolejne patyki na pokaźną stertę". Myślę, że pisanie o trzymaniu sterty w ramionach w sytuacji gdy normalnie w taki sposób nosi się sterty patyków i poinformowawszy o tym parę zdań wcześniej nie jest konieczne. 

 

"Może: Miał skrzywiony charakter,"

może miał skrzywiony charakter

 

"te co mieli przed sobą,"

w sumie nie znalazłem reguły która zakazywałaby “cokania”, ale brzmi to bardzo kolokwialnie, żeby nie powiedzieć rustykalnie. Może lepiej jednak "które"?

niżej jeszcze raz "Na jej miejscu wbiłby ten nóż, co miała za pasem w głowę bestii".

 

"Smród spoconych, zakurzonych ciał to nic przyjemnego w tych warunkach".

A w jakich warunkach smród jest przyjemny :D ?

 

Oni mieli za zadanie nie dopuścić do tego, a przy okazji spróbować się dowiedzieć,w wyniku czego znalazły się na Ziemi. Wyprawa nie była łatwa i przyjemna, ale to dla dobra ich świata się poświęcali, bo życie tych gadów wykluczało ludzi".

"w wyniku czego" -> "jak". Ogólnie chyba trochę do przeróbki zdania.

 

"Zaatakowali nas…"

-> zaatakowały?

 

"Jake to były ogromne gady."

przecinek albo “i” po “k”.

 

Nie wiadomo, czy nie spotkał go podobny, co trójkę towarzyszy, los. Najprawdopodobniej przepadł. Nie lubił go zbytnio, ale Jake był odpowiednio wyszkolony".

Jake był wyszkolony czy James?

 

"ruszyła za Jakem.”

za Jake'em ? http://sjp.pwn.pl/zasady/;629620

 

"Wtedy na pewno nie mieliby rzadnych szansy".

żadnych szans

 

"Choć teraz istniała nadzieja, że choć on wyjdzie z tego cało".

powtórzenie

 

"Simon, Nina, James wraz z Jakem także tu są (…) Wraz z Jakem zajmuję się młodymi smokami."

Jake'em

 

PLUS za wyjątkowo zgrabnie ujęte (choć już nie wyjątkowo oryginalne) przesłanie końcowe

MINUS za mierny styl, który raził w narracji i niektóre mało naturalne dialogi. Niezbyt mnie przekonała historia misji wysłanej w celu zniszczenia smoków, gdy nie ma mowy o żadnej cudownej broni do ich zniszczenia, a ponad połowa członków ekspedycji nie ma pojęcia o jej celu.

 

Pozostaje powtórzyć za Gandalfem, że mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej ;)

Z chęcią zapoznam się z resztą twoich tekstów na portalu i z pewnością podzielę się wrażeniami.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevazie, szalony, że też chciało Ci się zajrzeć do tekstu ocenionego jako nieudany! Zobaczenie gwiazdki pod tym starym tekstem było przemiłe. Dziękuję. :) Od tego czasu sporo się nauczyłam i na pewno jest lepiej. W wolnej chwili poprawię to co mi wypisałeś. Udzielanie się na portalu, dużo mi dało. Także mam nadzieje, że może coś innego bardziej Ci się spodoba. Podziwiam, że nie obrzydła Ci jeszcze lawina smoków, która w styczniu zalała NF. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Nowa Fantastyka