- Opowiadanie: Aki Norev - Skarb Yavaroda

Skarb Yavaroda

Wariacja na temat smoczego skarbu, czyli problematyczne relacje na linii smok-człowiek.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla, ocha, PsychoFish

Oceny

Skarb Yavaroda

Ogon Yavaroda był niczym bicz. Wystarczył jeden suchy trzask, aby skrócić wojownika o głowę. Opancerzony korpus zwalił się prosto w stos krwistych rubinów. Upadkowi towarzyszył obrzydliwy zgrzyt i chrzęst, a niektóre ze skarbów rozprysły się w drobny mak. Yavarod ryknął tak, że echo rozniosło się po całej pieczarze. Próba kradzieży jedynie go zirytowała. Bezpowrotna utrata wprawiła go w furię.

Rozwścieczony smok błyskawicznie obrócił się w stronę drugiego wojownika i na odlew smagnął ogonem. Intruz zdążył się uchylić. W powietrze poszybował jedynie jego nadszczerbiony hełm. Zamiast zadać kolejny druzgocący cios, Yavarod zamarł wpatrzony w oczy człowieka. Bardziej błękitne niż jakikolwiek szafir w jego posiadaniu. Przejrzyste niczym kryształ.

Yavarod nie miał wyboru. Musiał włączyć je do swojej kolekcji.

 

Dopiero po kilku dniach Yavarod odkrył, że jego więzień jest kobietą. Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Liczyły się tylko jej oczy. Mógłby się w nie wpatrywać godzinami, gdyby nie to, że kobieta uciekała wzrokiem przed jego spojrzeniem. Zresztą mało który człowiek miał tyle śmiałości, by wytrzymać spojrzenie smoka. Nie tylko dlatego, że dostrzegłby tam własną śmierć. Nie potrafiłby znieść zimnej obojętności, jaką każdy smok czuje w obliczu czegoś tak błahego, jak człowiek.

Yavarod najchętniej wydostałby te cudowne błękitne klejnoty, a kobietę odesłał precz. Tak przecież byłoby najwygodniej dla wszystkich. Jednak z niechęcią musiał uznać, że nawet smok musi się czasami dostosować. Zakuł więc kobietę w łańcuchy, regularnie przynosił jej skrawki mięsa i wodę, a nawet pomagał rozpalić ognisko, podsycając je nieśmiertelnym ogniem z głębi swoich trzewi. A potem cierpliwie czekał na te krótkie chwile, gdy mógł sycić się widokiem jej oczu, tak jak napawał się srebrnym blaskiem diamentów czy szlachetną czernią onyksów.

 

Dni zmieniły się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a Yavarod dbał o swoją kolekcję. Kamienie ze skazami oddzielał od tych, których nie szpeciła nawet jedna rysa. Segregował je wedle rozmiarów i intensywności barwy. Układał w wielobarwne mozaiki i na powrót rozdzielał. Rozjaśniał pieczarę ogniem i patrzył jak wszystko dookoła jaśnieje nieziemskim blaskiem. Spał, otulony kosztownościami. Przyglądał się harcom maleńkich głębinowych jaszczurek, które przemykały pomiędzy klejnotami. Yavaroda nigdy nie interesowało złoto czy srebro, którymi tak fascynowali się jego krewni. Blask srebra zawsze wydawał mu się zbyt zimny, a złota zbyt monotonny. To klejnoty cieszyły oko całą gamą barw, to w nich dostrzegał głębię.

Kobieta najwyraźniej nie podzielała jego pasji, mimo że ośmieliła się wejść do legowiska smoka, aby przywłaszczyć sobie część jego kolekcji. Potrafiła godzinami leżeć skulona lub snuć się po pieczarze, dzwoniąc ciężkimi łańcuchami, które się za nią ciągnęły. Czasami nuciła coś pod nosem. Już dawno porzuciła zbroję i miecz.

Będąc we wspaniałomyślnym nastroju, Yavarod kilkakrotnie próbował dotknąć myślą jej umysłu. Jedyną reakcją kobiety był strach. Yavarod zresztą nie spodziewał się niczego innego. Od dawna wiedział, że ludzki umysł jest za słaby, aby usłyszeć myśli smoka. Był bezładną plątaniną sprzecznych emocji, o które logiczne rozumowanie smoków rozbijało się niczym o ścianę. Zresztą, o czym Yavarod miałby rozmawiać z człowiekiem?

Poza tym, patrząc na to, jak kobieta tyła, karmił ją wystarczająco dobrze i niczego jej nie brakowało. Nawet jej oczy jaśniały głębszym, bardziej tajemniczym blaskiem. Yavarod czuł się usatysfakcjonowany. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w tej sytuacji.

 

Ludzie nigdy go zbytnio nie interesowali. Nie podglądał ich, nie analizował ich zwyczajów, nie zakradał się pomiędzy nich, jak to czasami czyniły inne smoki. Gdyby te pasożyty same nie właziły mu do domu, Yavarod całymi latami nie widziałby żadnego człowieka.

Dlatego nie miał pojęcia, że kobieta w ogóle była ciężarna, dopóki pomiędzy jej zakrwawionymi udami nie pojawiło się ludzkie dziecko. Ani rozdzierające krzyki rodzącej, ani krew nie zrobiły na nim wrażenia. Ale kiedy zobaczył, jak noworodek się z niej wyślizguje, kiedy usłyszał jego słaby płacz, speszony cofnął się pomiędzy stosy pereł i stamtąd obserwował, jak kobieta przecina sznur łączący ją z dzieckiem. Choć żył przeszło czterysta lat, Yavarod nigdy dotąd nie widział, jak rodzi się nowe życie. Zafascynowany tym spektaklem, dopiero po jakimś czasie dostrzegł, że kałuża wokół nóg kobiety nieustannie się powiększa.

Przemiana w człowieka zajęła mu zbyt wiele czasu. Gdy przyłożył ucho do piersi kobiety, usłyszał jedynie ciszę śmierci. Zawył na całe gardło, aby wyrazić swój sprzeciw.

Zaraz potem oderwał się od ciała i pobiegł, potykając się o nieforemne ludzkie nogi, do innej części pieczary, po narzędzia. Choć dziecko kwiliło coraz rozpaczliwiej, nie poświęcił mu nawet chwili uwagi.

Jego wysiłki zdały się na nic. Nie potrafił posługiwać się ludzkimi dłońmi z precyzją i delikatnością. Nie miało to takiego znaczenia, gdy wyłupywał klejnoty z przedmiotów, które ozdabiały. Ale teraz dłonie go zawiodły. Twarz zmarłej zmieniła się w krwawą maskę, a oczy… Te cudowne oczy!

Ludzki wrzask nie był w stanie oddać tej grozy, jaką Yavarod poczuł, gdy uświadomił sobie, że na zawsze utracił obydwa klejnoty. Zamiast echa, które wstrząsnęłoby całą pieczarą, odpowiedział mu jedynie płacz dziecka. Yavarod spojrzał na nie z najczystszą nienawiścią. Że też coś tak pokracznego i żałosnego mogło ograbić smoka z jego skarbu! Yavarod gardził nim tak bardzo, że nawet nie zamierzał go pożreć. Po prostu pozwoli, aby ludzkie szczenię płakało tak długo, aż sczeźnie.

Jakby wyczuwając, że ktoś je wreszcie dostrzega, dziecko na chwilę zamilkło i otworzyło oczy. Jeszcze piękniejsze niż oczy jego matki – ogromne, przepastne, o kolorze tak intensywnym, że Yavarod aż zamarł. W jednej chwili zrozumiał, że nie pozwoli mu umrzeć. Mimowolnie sięgnął myślą do umysłu dziecka, chociaż wiedział, że nie znajdzie w nim zrozumienia.

Jego myśl została pochłonięta, wręcz pożarta przez chaos. Ten nowonarodzony umysł jeszcze niczego nie znał, niczego nie pragnął, niczego się nie bał. Był czystym potencjałem, tajemnicą tak wielką, że nawet smok nie potrafił jej zgłębić. Yavarod czuł, jak jego świadomość wpadka w pustkę, coraz głębiej i głębiej. Yavarod tonął. A dziecko wpatrywało się w niego, jakby zdawało sobie sprawę z jego obecności.

Musiał skupić całą swoją wolę, aby odzyskać władzę nad własnym umysłem. Gdy uczucie oszołomienia wreszcie minęło, niezdarnie poszedł po ludzkie ubranie.

 

Brzozowisko było ostatnim miasteczkiem po tej stronie gór. Z racji tego stanowiło popularny przystanek dla wszelkiej maści podróżnych, którzy co prawda nie mogli liczyć na luksusy, ale mieli szansę na uzupełnienie zapasów i wierzchowców przed dalszą drogą. Mieszkańcy Brzozowiska byli przyzwyczajeni do obcych twarzy, które pojawiały się i znikały, podczas gdy życie w miasteczku dalej toczyło się swoim rytmem.

Tego dnia Garianna miała pełne ręce roboty i ostatnie, czego sobie życzyła to niezapowiedziane wizyty. Gdy ktoś zakołatał do drzwi, fuknięciem wysłała jedną ze służących, aby sprawdziła, kogo licho niesie. Kilka chwil później przejęta dziewczyna wpadła do kuchni, paplając coś o bardzo ważnym gościu. Garianna otarła mokre ręce, przygładziła posiwiałe włosy i wyszła na korytarz.

Mężczyzna nie pochodził z miasteczka, nigdy wcześniej nie widziała też jego twarzy. Na oko liczył sobie ze czterdzieści kilka lat, miał wzburzone włosy i mocno znoszone ubranie. W rękach trzymał jakieś zawiniątko, a na ramieniu niósł zgrzebny worek. Garianna nie widziała żadnego powodu, by określić go mianem ważnego gościa.

– Gospodyni – nieznajomy skłonił głowę w płytkim, sztywnym ukłonie.

Odpowiedziała tym samym.

– Jeśli przychodzisz w interesach, to mojego męża znajdziesz w stajni, za domem.

– Przychodzę do ciebie – oznajmił, poczym niezgrabnie rozwinął fałdy pakunku.

Garianna mimowolnie zakryła usta dłonią. W środku leżało śpiące dziecko. Wnętrze materiału znaczyły krwawe smugi.

– Jego matka zmarła tuż po porodzie. Dbaj o nie, dopóki nie zechcę go zabrać.

Zanim kobieta zdążyła zaprotestować, dziecko już zostało wciśnięte w jej objęcia. Gwałtownie, jakby mężczyzna z trudem się z nim rozstawał. Zaraz potem złożył u jej stóp powycierany worek.

– To powinno wystarczyć na jakiś czas. Jeśli się spiszesz, możesz liczyć na więcej.

Garianna mimowolnie kiwnęła głową na jedną ze służących. Dziewczyna z trudem rozsupłała zamotane sznurki, poczym zaczęła wyciągać przedmioty. Kilka pogiętych świeczników i zaśniedziałych szkatułek. Świeczniki były ze srebra, zaś w szkatułkach leżały kosztowne łańcuchy i pierścienie, z których ktoś wydłubał wszystkie klejnoty. Żadna z obecnych nigdy nie widziała tyle bogactwa na raz.

– Kradzione? – Gariannie starczyło rozsądku, aby zapytać chociaż o to.

– Nie – Yavarod uznał, że prawda nie ma znaczenia, skoro właściciele tych przedmiotów zginęli przeszło sto lat temu.

Kobieta zajrzała nieznajomemu głęboko w oczy, szukając w nich potwierdzenia. Jednak szybko spuściła wzrok, bo w jego spojrzeniu było coś wzbudzającego strach. Zrozumiała, że ma do czynienia z kimś więcej, niż kazało sądzić jego odzienie. Mężczyzna mógłby się odziać nawet w łachmany, a i tak jego oczy zdradziłyby autorytet i władzę. Garianna sądziła, że takie rzeczy zdarzają się jedynie w historiach opowiadanych przez wędrownych grajków, ale oto ona została wybrana, aby w sekrecie wychować szlacheckie, może nawet królewskie dziecko! Skłoniła się głęboko, przytulając maleństwo do piersi.

– Powiem wszystkim, że to dziecko kuzynki, która zmarła przy porodzie.

Mężczyzna jedynie skinął głową, jakby szczegóły nie miały dla niego znaczenia.

– To chłopiec czy dziewczynka?

– Dziewczynka – Yavarod miał co do tego pewne wątpliwości, ale założył, że pewne cechy anatomiczne powinny być zbieżne dla ludzi i zwierząt.

Kobieta zrobiła zatroskaną minę.

– Obawiam się, panie, że nie będę w stanie dać jej wykształcenia, które przystoi wysoko urodzonej damie.

Yavarod przypomniał sobie odpowiedni gest – wzruszył ramionami.

– To nieistotne. Wychowuj ją, jak uznasz za stosowne. Mam tylko jeden warunek: jej twarzy nie może stać się żadna krzywda. Powtarzam: żadna.

W jego oczach pojawiło się coś tak mrocznego, że kobieta natychmiast przytaknęła.

– Przyrzekam, panie, że dziecku nawet włos z głowy nie spadnie. Jak mam ją zwać?

W całej swej mądrości, tego akurat pytania Yavarod nie przewidział. Wybrał więc pierwsze, które przyszło mu do głowy.

– Sirigaya.

W języku smoków znaczyło to tyle, co cudnooka.

 

Wędrował w ludzkim ciele jeszcze wiele godzin po tym, jak opuścił Brzozowisko. Chciał mieć pewność, że absolutnie nikt nie podejrzy jego przemiany. Poza tym, las był zupełnie innym miejscem z tej perspektywy. Gdy Yavarod latał, widział jedynie nierówny zielony dywan tu i tam ustępujący miejsca jeziorkom i skałom. Dopiero w ciele człowieka mógł zanurzyć się w tej chłodnej zieleni, poczuć odurzający zapach ziemi i liści.

Szum wiatru działał wyjątkowo kojąco na jego zszargane nerwy. Smoki nie mają wprawy w radzeniu sobie ze zdenerwowaniem, ponieważ mało co może wytrącić je z równowagi. Życie to przede wszystkim przyjemność gromadzenia i doglądania skarbu, a wizyty rabusiów są jedynie chwilowym urozmaiceniem lub utrapieniem, jak kto woli. Tymczasem Yavarod nie tylko musiał zaryzykować wizytę w ludzkiej osadzie, ale jeszcze dobrowolnie rozstać się ze swoją własnością. Doskonale rozumiał, że oddanie dziecka na wychowanie jest jedynym rozwiązaniem, aby zachować je przy życiu. Ale każdy smok ma głęboką wewnętrzną potrzebę osobistego doglądania każdego elementu swoich zbiorów. Yavarod nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak wytrzyma rozłąkę, która potrwa lata!

Po kilku godzinach marszu ludzkie ciało nie tylko zdążyło już osłabnąć, ale jeszcze zaczęło go uwierać, jakby było za ciasne. Yavarod rozebrał się i zwinął ubrania w tłumoczek. Po jakimś czasie chwycił go w szpony i poszybował do swego domu w sercu gór.

 

Przez resztę wiosny skrupulatnie pielęgnował swoje skarby. Latem wylegiwał się na zboczach gór, pławiąc się w blasku słońca. Jesienią zaszył się w czeluściach swojej pieczary, bo nie znosił deszczu. Całą zimę przespał, zasypany setkami tysięcy kamieni i ogrzewany ogniem, który trwał w jego trzewiach. Jednak nawet w czasie snu jakiś zakamarek umysłu dręczyła myśl, że jego skarb jest niepełny.

Gdy nastała wiosna, zabezpieczył wejście do jaskini i po raz pierwszy udał się do Brzozowiska. W worku niósł kilka poszczerbionych złotych kielichów z wydłubanymi oczkami.

Garianna i jej mąż wyraźnie ucieszyli się z prezentu. Dziecko już raczkowało, ale ewidentnie się go bało i trzymało z daleka. Choć to oczywiście nie miało żadnego znaczenia. Wystarczyło, że Yavarod mógł spędzić kilka godzin wpatrując się w szafirowe oczy, w myślach porównując je z innymi klejnotami.

 

W ten sposób upłynęły lata. Yavarod odwiedzał dziecko raz na rok, zawsze na wiosnę. Schodził z gór niepokojony myślą, że w tym czasie coś mogło zniszczyć jego kruchy skarb, a wracał rozdrażniony, że oto czeka go kolejny rok rozłąki.

Dziecko rosło. Zaczęło chodzić i mówić, a jeszcze później rozpoznawać Yavaroda. Garianna niezmiennie twierdziła, że mała jest z każdym rokiem ładniejsza, a on na wszelki wypadek nie zaprzeczał, bo mało znał się na ludzkiej urodzie. Jedyne, co potrafił w pełni docenić to oczy dziewczynki.

Czasami, za namową Garianny, szedł z małą na spacer. Tak zresztą było najlepiej. Zajęte otoczeniem dziecko nie kleiło się do niego, zaś on nie musiał tkwić w małym ludzkim domu. W czasie tych spacerów dziewczynka nieustannie szczebiotała, choć on rzadko zwracał uwagę na jej słowa.

– Ciocia Garianna powiedziała, że jestem już dość duża, żeby znać prawdę – oświadczyła mu dziewczynka podczas jego ósmej wizyty. – Tak naprawdę to nie jest moją ciocią, a wujek Torllan nie jest moim wujkiem. Moja mama nie żyje, a ty jesteś moim tatą.

To stwierdzenie autentycznie go rozbawiło i mimowolnie roześmiał się, po raz pierwszy w ludzkim ciele. Pokręcił głową. Przez te kilka lat nauczył się całkiem sporo o korzystaniu z tego ciała.

– Nie jestem twoim ojcem.

To wyraźnie zbiło małą z tropu.

– A znasz go? Wiesz, gdzie on jest?

– Nie – odparł, choć przed oczami stanął mu wojownik, którego skrócił o głowę prawie dziewięć lat temu.

Dziewczynka była wyraźnie rozczarowana jego odpowiedziami.

– Ale to ty mnie oddałeś cioci. Kim jestem, jeśli nie twoją córką?

– Moim skarbem – odparł Yavarod zgodnie z prawdą.

Ze zdziwieniem stwierdził, że dziecko momentalnie się rozchmurzyło.

 

Na dziesiąte spotkanie niósł worek tak wielki, że pod koniec drogi bolały go plecy. W środku znajdowały się złota zbroja, dwa miecze, kilkanaście kosztownych bransolet, garść pierścieni i brosz. Pomimo upływu lat, pamiętał skąd wziął każdą z tych rzeczy. Szczególnie dobrze pamiętał złoty napierśnik, który jakiś głupi książę sprzed ponad dwustu lat wdział, by zgładzić smoka. Gdy rzeczony smok dojrzał kamienie obficie zdobiące zbroję, los księcia został przesądzony.

Garianna i Torllan przywitali go już od progu i wylewnie zaprosili do środka. Dziewczynka czekała w salonie, który przez te dziesięć lat dzięki smoczym podarkom wypełnił się eleganckimi meblami i materiałami. Yavarod jak zwykle najpierw upewnił się, że oczom dziecka nie stała się żadna krzywda. Potem usiadł w fotelu, aby dać odpocząć bolącym plecom. Cierpliwie pozwolił, by gospodyni zdała swój coroczny raport i dopiero potem podał jej pękaty mieszek.

– Wyślij służące. Niech kupią wszystko, czego dziecko może potrzebować. Lekkie i ciepłe ubrania. Buty. Przybory. Potem mają to spakować. Wyruszamy za dwie godziny.

– Panie, czy to znaczy…?

– Wasze zadanie dobiegło końca.

Jak również jego długie wyprawy do Brzozowiska, więc był we wspaniały nastroju. W czasie, gdy dwie służące popędziły na rynek, a kolejna poszła z dziewczynką przygotować ją do podróży, Yavarod pokazał ludziom zawartość worka. Przez chwilę dostrzegł w ich oczach tę samą bezgraniczną żądzę złota, która lśniła w oczach jego braci i sióstr.

– To nagroda za wasze wysiłki. Oraz za milczenie. Jeśli ktoś zapyta, powiecie mu, że dziecko wróciło do ojca.

Przytaknęli z nieobecnym spojrzeniem, zajęci planowaniem najbliższych wydatków.

 

Dziewczynka była wyraźnie podekscytowana wyjazdem. Jednak kiedy nastał już czas pożegnania, mocno przytuliła się do swoich opiekunów i długo ich nie puszczała.

– Nie zapomnij o nas – zawołała Garianna, gdy on i dziecko wreszcie mijali bramę.

Dziewczynka okręciła się na pięcie i pomachała. Yavarod tylko mocniej ścisnął wodze szarpiącego się konia, który podskórnie wyczuwał, że nie prowadzi go człowiek.

 

Zatrzymał się w tym samym miejscu, co każdego roku. Pozdejmował z wierzchowca wszystkie pakunki, a następnie powiązał je jedną liną. Przez tyle lat jego ludzkie dłonie stały się zaskakująco wprawne. Ostatni supeł zacisnął na ręku dziecka, tym samym uniemożliwiając mu ucieczkę. Na koniec przegonił konia.  

– Co robisz? – dziewczynka była zdziwiona, ale ufnie obserwowała jego poczynania.

Zatrzymał się naprzeciwko niej.

– Zanim zabiorę cię do mojego domu, muszę pokazać ci prawdę.

Dziewczynka skinęła głową z poważną miną. Zaraz potem ukryła twarz w dłoniach, bo zobaczyła, że jej opiekun zdejmuje wszystkie ubrania. Z niepokojem czekała na jego dalszy ruch, ale nic się nie działo. Dopiero po chwili zwróciła uwagę na trzaski, zgrzyty i szmery, jakby ktoś rozprostowywał pogięty kawał metalu. Odważyła się zerknąć pomiędzy palcami. Tam, gdzie powinien stać jej opiekun znajdowała się teraz jakaś pokraczna istota o połamanych kończynach i zniekształconym pysku zamiast twarzy. Jej skóra wrzała.

Dziewczynka zaczęła krzyczeć i krzyczeć. Szarpała się, ale ciężkie worki trzymały ją na miejscu. Supeł był zbyt ciasny, aby mogła go rozwiązać. A istota przed nią rosła. Jej grzbiet sięgał już drzew. Na długiej szyi wykształcił się wąski, spiczasty łeb, uzbrojony w sztyletowate zęby. Wokół potężnych łap owinął się kolczasty ogon. Błoniaste skrzydła przesłoniły słońce, tak że dziewczynka poczuła, jakby połknął ją mrok.

Próbowała uciekać, pociągnąć pakunki za sobą, ale bez skutku. Upadła i skuliła się pośród nich, z twarzą zalaną łzami. Nie zdawała sobie sprawy, że cały czas krzyczy.

Yavarod miał serdecznie dość tego bezsensownego krzyku. Jego myśl mimowolnie pomknęła prosto do umysłu dziecka.

Uspokój się, Sirigaya!

Jej krzyk ucichł jak nożem uciął. Spojrzała na niego zogromniałymi oczami.

Pamiętam cię.

Cichutka myśl rozbłysła w głowie Yavaroda i zgasła. Była tylko bladym szeptem prawdziwego smoczego głosu, ale było to więcej niż kiedykolwiek otrzymał od jakiegokolwiek człowieka.

Nazywam się Yavarod. Zabieram cię do mojego domu.

Dziewczynka niepewnie skinęła głową.

Gdyby ktoś akurat obserwował niebo, zobaczyłby jak w powietrze wzbija się smok niosący w szponach dość nietypowy bagaż.

 

Sirigaya mieszkała w smoczej pieczarze już trzy lata. Początki były trudne, ale z czasem życie w Brzozowisku stało się odległym wspomnieniem, prawie snem. Nauczyła się przygotowywać sobie posiłki z mięsa, które przynosił jej Yavarod, a jej oczy przyzwyczaiły się do półmroku, który zalegał w głębinach. U Garianny i Torllana mieszkała w jasnym i wygodnym pokoju. Tutaj miała dla siebie legowisko umoszczone z koców i poduszek, skrzynie zamiast szafek i wieszaki wbite w ścianę jaskini. Za toaletkę i siedzisko służyły jej dwa inne kufry, obok których wisiało lustro w złoconej ramie. Rama została oczywiście pozbawiona wszystkich kamieni.

Rzadko opuszczała głębię, więc w niedługim czasie straciła rachubę dni. Kładła się spać, gdy czuła senność. Kąpała się w czarnej, lodowatej wodzie podziemnego jeziorka. Godzinami czytała książki, które na przestrzeni dekad w tajemniczy sposób trafiły do smoczej kolekcji. Ale przede wszystkim zajmowała się klejnotami. Nigdy w życiu nie widziała takiego bogactwa, nawet nie potrafiła uwierzyć, że na całym świecie może istnieć tyle kosztowności.

Na początku bała się ich dotykać. Jedynie krążyła między setkami stosów, podziwiając kolory oraz kształty. Wkrótce Yavarod docenił jej zainteresowanie i stopniowo nauczył ją rozpoznawać poszczególne rodzaje kamieni. Topazy, agaty i opale. Malachity, turkusy i kryształy górskie. Ametysty, szmaragdy i diamenty. I wiele, wiele innych. Gdy zauważył, że dziewczynka jest pojętna i coraz lepiej idzie jej posługiwanie się smoczą mową, uczył ją o pochodzeniu i charakterze każdego z kamieni.

Jej smocza mowa była zagadką, której nie potrafił rozwiązać. Czy to dlatego, że usłyszała ją jako niemowlę? Czy gubiąc się w jej świadomości, Yavarod zostawił w jej umyśle jakąś część siebie?

 

Pewnego dnia, widząc jak Yavarod układa z rubinów i onyksów zachwycającą mozaikę, Sirigaya zdobyła się na odwagę.

Czy ja też mogę się nimi pobawić?

Smok – bo Yavarod niezwykle rzadko przybierał w domu ludzką postać – zmierzył ją badawczym spojrzeniem. Sirigaya dzielnie je wytrzymała.

Tylko uważaj, żebyś niczego nie potłukła – mruknął i wrócił do swojego zajęcia.

Uszczęśliwiona, na początku jedynie zbierała kamienie w wielokolorowe stosiki lub obwieszała się sznurami klejnotów i udawała, że jest księżniczką. Z czasem zaczęła brać przykład z Yavaroda. Tworzyła mozaiki, piramidy i wieże. Smok patrzył na jej konstrukcje z uznaniem. Po kilku latach Sirigaya, jako jedyny żyjący człowiek, znała jego kolekcję na wylot. Sama stanowiła jej element, więc Yavarod nie miał nic przeciwko.

 

Zapytała go o to dopiero po pięciu latach. Yavarod akurat odpoczywał, a ona oplatała sznury pereł na kolcach jego ogona.

Yav, dlaczego mnie tutaj trzymasz?

Już dawno zrezygnował z upominania jej, żeby używała jego pełnego imienia.

Twoje oczy to część mojej kolekcji.

Odpowiedź ją zaskoczyła. Jak przez mgłę pamiętała, że w Brzozowisku chwalono jej śliczne oczy. Nie sądziła, że są tak śliczne, by zwrócić uwagę smoka.

A moi rodzice, Yav? Nigdy mnie nie szukali?

Smok milczał przez dłuższą chwilę.

Nie mogę z całą pewnością mówić o twoim ojcu, ale twoja matka nie żyje.

Zabiłeś ją? – zapytała z wyrzutem .

Wtargnęła do mojego domu, żeby mnie okraść. Miałbym pełne prawo ją zabić! – prychnął. – Ale darowałem jej życie, żeby cieszyć się jej oczami.

I co było dalej?

Umarła wydając cię na świat.

Aha. Chyba nie ma sensu pytać cię, jaka była?

Najmniejszego.

Przez parę minut Sirigaya w ciszy zaplatała kolejne sznury pereł na smoczym ogonie.

Co zrobiłeś z jej ciałem? Tylko nie mów mi, że … !

Jestem smokiem, nie padlinożercą – odparł głęboko urażony. – Wrzuciłem je w głębinę, jak zwykle.

W którą?

A jakie to ma znaczenie?

Dla mnie ma.

Nie pamiętam.

Yav!

To było kłamstwo w żywe oczy, ale skoro nie chciał jej powiedzieć, nie miała szans, aby wyciągnąć z niego prawdę.

Od tego czasu jej życie u boku Yavaroda nabrało słodko-gorzkiego smaku. W domu Garianny i Torllana jej dzień był podzielony na naukę i domowe obowiązki, a dla siebie miała jedynie wieczory. Mieszkając u smoka, była panią swojego czasu, wolna jak nigdy dotąd. Dopiero odpowiedź Yavaroda uświadomiła jej, że jest więźniem. I że pozostanie nim do końca życia.

 

Pory roku mijały, a Yavarod doglądał swojej kolekcji. Nie zauważył, w którym momencie Sirigaya przestała mu w tym pomagać. Podświadomie, gdzieś na krawędzi siebie, zawsze wyczuwał obecność jej myśli, więc nie musiał jej ciągle widzieć. Kiedy wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że dziewczyna straciła zainteresowanie klejnotami, nie zdziwił się zbytnio. Wiedział, że ludzki umysł jest zbyt ulotny, zbyt niestały, aby przez wiele lat koncentrować się na jednej rzeczy.

 

Yav?

Odpoczywający po obiedzie smok ledwie podniósł powieki.

Yav, czy mogłabym na trochę wyjść w góry?

W jakim celu? – jego spojrzenie się wyostrzyło.

Na spacer. Wrócę za godzinę lub dwie.

Yavarod wydmuchał przez nozdrza smużkę dymu, aby pokazać, co sądzi o jej pomyśle. Potem wrócił do przerwanej drzemki.

 

Yav?

Smok na chwilę zaprzestał budowania srebrzystej wieży z diamentów.

Czy masz gdzieś więcej książek?

Więcej? Jak pamiętam, mam ich dokładnie trzysta czterdzieści osiem. Choć nie wiem, po co je trzymam.

Już je przeczytałam. Niektóre po dwa razy.

W takim razie, przeczytałaś wszystkie jakie mam – mruknął z głębi trzewi, co Sirigaya rozpoznała jako odpowiednik ludzkiego wzruszenia ramion. Ale nie zrezygnowała.

Więc może wybierzemy się do miasta? Tam mogłabym kupić kilka nowych.

Yavarod dołożył kolejny diament do kruchej konstrukcji.

Pomyślimy o tym na wiosnę.

Na wiosnę?! Przecież dopiero jest jesień!

Jesień czy zima to niedobry czas na podróżowanie w ludzkim ciele. Bez wewnętrznego ognia strasznie marzniecie.

 

Pewnego dnia Sirigaya stanęła naprzeciwko smoka w zdecydowanej pozie.

Yav?

Tak? – odparł, zajęty czyszczeniem łusek na grzbiecie.

Już wiosna.

Owszem – przytaknął niezobowiązująco.

To siódma wiosna odkąd zabrałeś mnie z Brzozowiska.

Zgadza się – potwierdził, nie przerywając pielęgnacji.

Dziewczyna zebrała się w sobie.

Yav?

Tak?

Ja nie mogę tak żyć.

Yavarod zostawił łuski w spokoju. Jego oczy przypominały płynny ogień. Tyle że nie miały w sobie ciepła, jedynie dziką obcość.

Jak?

Jak smok. Chcę wędrować po świecie. Zobaczyć miejsca, o których czytałam. Poznać ludzi. Ciebie to nie interesuje. Po prostu istniejesz, obojętny na cały świat. Mnie to zabija.

Pozwoliła, aby w jej myślach odbiła się nagromadzona przez lata rozpacz.

Yavarod trwał nieporuszony.

Jesteś człowiekiem. Umierasz z każdym dniem.

Ale żyjąc tutaj umrę jeszcze szybciej! Zresztą i tak umrę na długo przed tobą. Jakby na to nie patrzeć, nie zatrzymasz moich oczu na zawsze.

To były niebezpieczne słowa. Jednak dziewczyna nie ustępowała.

Proszę cię. Pozwól mi podróżować. Zawsze będę do ciebie wracać. Obiecuję.

Łeb Yavaroda zawisnął tuż nad nią. Całkiem wyraźnie zobaczyła potężne kły i blask ognia we wnętrzu jego paszczy.

Nie!

Więc podróżujmy razem. Zbierzesz nowe okazy do swojej kolekcji.

Nie. Smoki nie opuszczają swojego skarbu.

Sirigaya wyciągnęła dłonie i położyła je na smoczym pysku. Łuski promieniowały delikatnym ciepłem.

Więc nie obchodzi cię, że cierpię? Yav, nie kochasz mnie? – spytała błagalnie.

Smok cofnął łeb, uwalniając się od jej dotyku.

Możesz odejść, tylko jeśli wydłubiesz sobie oczy i zostawisz je ze mną.

 

Sirigaya nie wierzyła w to, co widzi. Jeden z cieni nagle oderwał się od innych, przemknął między stosami bordowych granatów, po czym przepadł pośród skał. Dziewczyna natychmiast opuściła posłanie i bezszelestnie podążyła za tajemniczym gościem. Kryjąc się za kamiennymi zębami, obserwowała jak postać schyla się tu i tam, chowa różne klejnoty do sakwy. Zrozumiała, że ma do czynienia z rabusiem, który połakomił się na smocze skarby. Jednocześnie był to pierwszy człowiek, którego widziała od prawie ośmiu lat. Nie potrafiła oderwać od niego oczu. Nie potrafiła do niego zawołać. Śledziła jego poczynania z łomoczącym sercem.

Rabuś zwinnie i cicho prześlizgiwał się pomiędzy klejnotami. Znienacka w jego dłoni pojawiło się coś ostrego. Zaraz potem mężczyzna rzucił się przed siebie. Ktoś krzyknął rozdzierająco.

Sirigaya wpadła do zakątka, który smok wykorzystywał jako warsztat. Jej oczom ukazał się przedziwny widok. Yavarod, w ludzkiej postaci, kulił się na ziemi, a spomiędzy jego palców wypływała krew. Nad nim górował odziany w czerń nieznajomy, młody mężczyzna o bystrych oczach. Sztylet w jego dłoni spływał czerwienią. Mężczyzna otaksował ją szybkim spojrzeniem.

– Czy to smok, który cię tu więzi? – czubkiem broni wskazał rannego.

Sirigaya, która od lat posługiwała się jedynie smoczą mową, nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa, więc tylko skinęła głową.

– Czyli to prawda, że mogą zmieniać postać – wycedził. – Nie obawiaj się, zaraz będziesz wolna.

Kopnął Yavaroda w bark, zmuszając go do odsłonięcia piersi. Dziewczyna wiedziała, że przemiana trwa zbyt długo, by smok zdążył teraz wrócić do swojej postaci.

Wolna?

Po tylu latach?

Będzie mogła podróżować aż na kraniec świata?

Bez Yavaroda?

Błyskawicznie porwała jedno z ciężkich narzędzi i uderzyła nieznajomego w tył głowy. Kość ustąpiła z mdlącym chrupnięciem, a młodzieniec zwalił się nie ziemię. Dziewczyna chwyciła okrwawiony sztylet i zatopiła go w jego szyi. Złodziej kilka razy rzucił się w rosnącej kałuży krwi, po czym znieruchomiał.

Cicho płakała, w czasie gdy Yavarod wracał do swojej właściwej postaci. Zraniony bok zdecydowanie utrudniał mu transformację.

Po jakimś czasie Sirigaya usłyszała pytanie.

Dlaczego to zrobiłaś? Czyż nie chciałaś wolności?

Spojrzała na Yavaroda z oczami pełnymi łez.

Jesteś smokiem, więc nie wiesz, co to miłość. Ale ja jestem człowiekiem i kocham cię, Yav.

 

Kilka dni później stanęła przed Yavarodem odziana w najlepsze ubrania i z lekkim bagażem w sakwie. Widząc to, smok porzucił klejnoty i ze złością smagnął powietrze ogonem.

Myślisz, że pozwolę ci odejść?!

Nie próbuję odejść. Chcę tylko wyjechać na parę tygodni. Odwiedzę Gariannę i Torllana. Potem pojadę kawałek dalej. I wrócę tutaj na jesień i zimę.

Zakuję cię w łańcuchy, jak twoją matkę.

Więc przestanę jeść i umrę.

Nie masz pojęcia o życiu na zewnątrz – zadrwił.

Mieszkałam przez dziesięć lat w Brzozowisku. Poradzę sobie.

Smok wymownie milczał.

Nie zabieram stąd żadnych klejnotów, przysięgam. Tylko trochę złota – dodała zakłopotana.

Żadnych klejnotów?! – żachnął się Yavarod, a ogień w jego wnętrzu zagrzmiał. – A twoje oczy?!

Tak, Yav, to są moje oczy! Wrócę tu, obiecuję! Ale jeśli moje słowo ci nie wystarczy, to zabij mnie tu i teraz. To oszczędzi nam obojgu kłopotów!

Smok gwałtownie wspiął się na tylnie łapy i zaryczał. Jego ogień buchnął aż pod sufit. Rozpostarte w gniewie skrzydła smagnęły dziewczynę powietrzem. Sirigaya skuliła się w sobie i czekała na śmiertelny cios.

Gdy nie nadchodził przez dłuższą chwilę, z wahaniem otworzyła oczy. Yavarod siedział zwrócony do niej tyłem, zajęty swoją kolekcją.

Yav?

Czekała i czekała na odpowiedź, która nie nadchodziła.

Do zobaczenia. Może przyniosę ci coś ładnego – dodała z bladym uśmiechem.

 

Sirigaya była w drodze już od kilku godzin, wciąż zachwycona otaczającym ją światem, kiedy słońce znienacka skryło się w cieniu. Zadarła głowę i dostrzegła na niebie smukłą sylwetkę smoka. Westchnęła, znalazła sobie wygodne miejsce w korzeniach rozłożystego drzewa i czekała. Nie było sensu uciekać czy chować się przed smokiem. Tym bardziej, że dostrzegła w jego szponach osobliwy bagaż.

Koniec

Komentarze

Wydaje mi się, że opowiadanie prezentuje interesujące i chyba rzadko spotykane podejście do relacji między smokiem a człowiekiem.

Gdzieś tam widziałem coś, co warto poprawić, ale nie było to nic wielkiego i szukać nie będę.

Dziękuję Autorce za przyjemną lekturę.

obserwował, jak kobiety przecina sznur łączący ją z dzieckiem

Literówka 

 

Bardzo ładnie odmalowana historia. I mam tu na myśli zarówno pomysł, fabułę i warsztat. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jedno z pierwszych przeczytanych przeze mnie opowiadań na tej stronie. Bardzo przypomina mi moje własne, które skończyłam pisać jakieś dwa lata temu – może śnimy to samo? <:

Przyjemne, ciekawe i szybko się czyta (czego baardzo zazdroszczę, bo zazwyczaj tak komplikuję zdania, że nietrudno się w nich pogubić).

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

Dziękuję za komentarze :) Literówka też już poprawiona ;)

Mogę się podpisać pod komentarzem AdamaKB. Ładne opowiadanie skłaniające do refleksji. Pomysł na koegzystencję smoka i człowieka naprawdę nietuzinkowy. Związek nie dosyć że ciekawy, to jeszcze ewoluuje.

Językowo całkiem przyzwoite – zauważyłam tylko jedno coś napisane łącznie, chociaż powinno być rozdzielnie.

Babska logika rządzi!

Dziew­czy­na ze­bra­ła się sobie.

Chyba: w sobie.

 

Interesujący tekst. Znakomity pomysł. Fabuła wciąga i intryguje. Pozornie nie dzieje się tutaj nic spektakularnego. Historia skupia się na postaciach i… bardzo dobrze!

Opowiadanie niby proste, a jednak, jakże głębokie.

Zawsze wśród naszych “skarbów” znajdzie się jeden, najcenniejszy, dla którego gotowi jesteśmy pozostawić cały dobytek, choćby to była grota pełna klejnotów, byle tylko nie utracić tego wyjątkowego “klejnotu”. Czy to miłość, czy… materializm absolutny? ;)

 

Bardzo dobry tekst!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Podobało mi się. To właściwie baśń, więc trudno czepiać się, że psychologicznie kilka rzeczy wydaje się tu niewiarygodnych. A także tego, że smok miał szczęście – bo dzieciom kolor oczu stabilizuje się po okresie niemowlęctwa.

Ale jak na baśń – bardzo fajny tekst. Dopracowany,  ładnie napisany, urokliwy.

Dziękuję za wszystkie wskazówki! I za miłe słowa ;)

Wersja dyplomatyczna: 

Muszę przyznać, że to niezwykle interesujący tekst, baśń skupiona na niełatwej relacji dwójki odmiennych istot. Wciąga jak mało co, przez zwykłą, dziecięcą ciekawość, trafia do czytelnika zainteresowanego, jak się potoczy ta historia: czy smok się ugnie – a może zmieni?

Dla mnie – bomba.

 

Wersja mało dyplomatyczna:

Ożeż w ryja pumpernikla, ale ssie, jak odkurzacz na pełnej mocy! Kobieto, wincej, wincej! Gdzie tu je chlastałka do Biblioteki, momencik…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka