- Opowiadanie: GrumpyRaptor - Upadek Ikara

Upadek Ikara

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Upadek Ikara

„W dawnych wiekach smoki żyły z ludźmi w zgodzie. Zakładały z nimi rodziny, były szczęśliwe, a swoją prawdziwą, gadzią formę przyjmowały tylko w stanie najwyżej konieczności. Dwa światy przenikały się i splatały w spokojną i harmonijną całość.

Jednak nawet najdłuższy okres pokoju ma kiedyś swój kres. Stało się to, co musiało się prędzej czy później zdarzyć. Jeden ze smoków, Bagor, zwany dziś Szalonym, stwierdził, że smoki to istoty potężniejsze niż ludzie i powinny panować nad mini panować. Bagor zaczął szerzyć swoje przekonania. Szybko zebrał kilku bardzo potężnych sprzymierzeńców. Razem z nimi przekonał, siłą lub argumentami, niemal wszystkie smoki, by się do nich przyłączyły. Te, które nie chciały tego zrobić, zostały zamordowane lub, ostrzeżone na czas, uciekły i ukryły się przed wzrokiem własnych współplemieńców.

Rozpoczęła się wojna. Ludzie, początkowo pewni siebie ze względu na swoją ogromną przewagę liczebną sięgającą niemal 10000:1, szybko zrozumieli, że nie mają szans ze smokami, ich skrzydłami i ognistym oddechem. Zdali sobie sprawę, że jedyna ich nadzieja tkwi w deszczu, który swoją wilgocią gasi smoczy oddech. Jednak deszcz nie chciał spadaść, Pierwsza Smocza Wojna była najsuchszym okresem w historii – przez prawie pół roku padały zaledwie sporadyczne mżawki. Po kilku krwawych bitwach ludzie musieli dać za wygraną.

Nastąpiło sto trzynaście lat smoczej niewoli. To były mroczne czasy. Smoki wykorzystywały ludzi do cna, upite poczuciem władzy, mordowały i paliły całe wsie tylko dla zabawy. Te smoki, które sprzeciwiały się brutalnym metodom Bargora, były zabijane na publicznych egzekucjach. Po niedługim czasie nie było nikogo, kto odważyłby się powiedzieć choć słowo w obronie ludzi.

Do czasu, gdy konstruktor zwany dziś Pierwszym Dedalem, zbudował z skrzydła, dzięki którym ludzie mogli wzbić się w powietrze i rzucić wyzwanie smokom. Bitwy były jeszcze krwawsze, niż podczas Pierwszej Smoczej Wojny, ale siły były wyrównane. Dzięki swoim skrzydlatym wojownikom, Ikarom, i genialnym inżynierom, Dedalom, ludzie wygrali Drugą Smoczą Wojnę.

Bojąc się powtórzenia historii z Bargorem, ludzie nie brali jeńców. Zabili tyle smoków, ile tylko zdołali. Nie sprawia to jednak, że jesteśmy w pełni bezpieczni. Te, które uciekły sprawiedliwości, kryją się między nami.”

„Między bestiami” Leonard Roche

 

Nauczycielka zamknęła książkę i popatrzyła surowo na klasę. Dwanaście dziewczynek i dziewiętnastu chłopców z poważnymi minami czekało na ostatnie słowa belfra przed ostatnim tego dnia dzwonkiem. Na ich twarzach odbijało się jednak odliczanie do końca lekcji, które zachodziło w ich umysłach.

– Smoki nauczyły się wyglądać i zachowywać jak my. Ale mają kilka cech, które je wyróżniają. Zauważalne dla was mogą być: gorący oddech, charakterystyczny błysk w oczach i całkowita regeneracja w czasie snu. Jeśli zobaczycie kogoś o jednej z tych cech, powiadomcie dorosłych. Rozumiecie? Smoki to niebezpieczne stworzenia, musicie na nie uważać. Bawienie się w bohaterów może was zabić.

Trzydzieści głosów zgodziło się z nią bezsprzecznie. Tylko jedna osoba milczała stanowczo z zaciętą miną.

 

– Tere-fere! – wykrzyknął Sora, gdy tylko wyszli z klasy. – Jakbym spotkał smoka, to bym zaszedł do od tyłu i CIACH! Tyle by było po smoku! – uśmiechnął się z wyższością i popatrzył po swoich kolegach. Niektórzy pokiwali głowami z przejęciem, inni zachichotali, ale nikt nie wątpił w jego słowa. Sora nie był może najinteligentniejszym chłopcem w klasie, ale braki nadrabiał wzrostem, kondycją fizyczną i odwagą, graniczącą z głupotą. Miał też ponoć ponadprzeciętną intuicję – mówiono, że pewnego dnia, gdy był jeszcze dwuletnim pędrakiem, zaczął niespodziewanie płakać, po tym jak pewna kobieta podała mu wyrzuconą przez niego z wózka zabawkę. Jego ojciec, słynny Ikaryjski oficer, przyjrzał się wówczas kobiecie i dostrzegł w niej smoka. Od tego momentu wiedział, że jego syn pójdzie w jego ślady.

– Na pewno tak by było! Będziesz najmłodszym smokobójcą w dziejach! – wykrzyknął Jemmi, największy duchem, a najmniejszy ciałem fan Sory. – A w ogóle to…

– Jasne. I co jeszcze? Czym go niby zabijesz? Bo jedyna broń jaką masz, to nieostry scyzoryk – prychnął Toy, przerywając Jemmiemu.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – chłodno zapytał Sora zatrzymując się w miejscu. Toy zrobił jeszcze trzy kroki i również stanął. Pozostali chłopcy, przewidując, jak sprawy potoczą się dalej, odsunęli się od nich na bezpieczną odległość.

Toy był zafascynowany nauką i chciał zostać Dedalem. Sora idąc w ślady ojca – Ikarem. Łączyła ich więc ta sama relacja, co każdego Dedala i Ikara – byli przyjaciółmi, tak długo, jak nikt nie wspominał o zabijaniu smoków. Od tego tematu zaskakująco łatwo przejść do kwestii drażniącej obie frakcje – kto jest ważniejszy: inżynier czy żołnierz?

– Mam na myśli… – zaczął Toy, ale Sora nie czekał na zakończenie zdania. Z temperamentem właściwym swojemu wiekowi jedenastu lat, dalszą rozmowę postanowił przeprowadzić przy użyciu pięści. I był bardzo dumny ze swojego pierwszego argumentu.

 

„Nie jest powszechnie znany fakt, że smoki zdobywają swoją możliwość do przemian w chwili, gdy tracą pierwszy ząb. W sposób naturalny ma to miejsce około szesnastego do dwudziestego roku życia, jednak rzadko czekano tak długo. Zwyczajowo wyrywanie młodym smokom zębów następowało w dniu trzynastych urodzin smoka. Następnie on i jego opiekun udawali się w dzikie, ustronne miejsce, gdzie miał miejsce trening trwający od trzech do sześciu miesięcy, w zależności od tego, jak pojętny był uczeń. W trakcie szkolenia młody smok uczył się, jak panować nad bestią w swoim wnętrzu i jak wykorzystywać swoje nowe zdolności. Po zakończeniu szkolenia smok mógł bezpiecznie wrócić do normalnego życia, nie stwarzając zagrożenia dla innych.”

„Między bestiami” Leonard Roche

 

Wieczorem, Toy pochylił się nad lustrem. Otworzył usta i poruszył językiem obluzowany przez pięść Sory ząb.

„Jakby w sumie szarpnąć go mocnej, to ząb powinien dać się wyrwać” – pomyślał i pociągnął za ruszający się ząb. Biały pozostał między jego palcami.

– No nareszcie – mruknął przypominając sobie słowa matki, że w ich rodzinie to normalne, że zęby wypadają późno. – Jeden z głowy, pozostała jeszcze cała reszta.

Wyrzucił ząb do kosza i położył się spać.

 

Rano, gdy Toy spojrzał w lustro, nie zobaczył szpary po zębie. Uznał więc wczorajsze wspomnienie za dziwny sen, krzyknął mamie szybkie „do widzenia” i wybiegł do szkoły.

 

Na dworze lało jak z cebra i było potwornie zimno. Toy dreptał w miejscu czekając pod jakimś daszkiem na przyjaciół, z którymi codziennie chodził do szkoły.

„Może mama robi Sorze awanturę o oko, które mu podbiłem wczoraj” zachichotał w duchu.

– Heeej, jak tam rany wojenne? – zawołał Sora zachodząc Toya od tyłu i klepiąc go po plecach przyjacielsko, ale na tyle mocno, żeby dać znać, że jest w pełni sił po wczoraj. Zaskoczony Toy aż poleciał do przodu i rozkasłał się. Para wodna z jego oddechu skropliła się na mroźnym powietrzu tworząc biały obłoczek. Szybko wziął się w garść.

– Jakie rany, Sora? Chyba u ciebie, cieniasie! – zawołał Toy odwracając się. Sorze zrzedła mina. – Co, myślałeś, że lepiej się bijesz?

– Zamknij się – burknął Sora i ruszył przed siebie w stronę szkoły. Toy i jeszcze kilku chłopaków zaśmiało się, ale zostali spiorunowani takim spojrzeniem Jemmiego, że aż zamilkli.

 

Toy rozejrzał się, ale nie dostrzegł w klasie Sory. To dziewne, Sora był zwykle bardzo szybko zapominał krzywdy i urazy, więc dlaczego dzisiaj tak go unika? Chłopiec wstał i wyszedł z sali, aby poszukać przyjaciela. Znalazł go na końcu korytarza rozmawiającego z Jemmim. Mówili przyciszonymi głosami, a w dodatku zagłuszał ich wyjący za oknem wiatr, więc Toy musiał podejść dość blisko, żeby usłyszeć ich rozmowę.

– Jeśli się boisz, to jak chcesz zostać Ikarem? – warknął Sora tak, że Jemmi aż się skulił.

– Ale to niebezpieczne… – pisnął Jemmi.

– Niebezpieczne!? O to w tym chodzi! Jakby to było bezpieczne, to…

– Co jest niebezpieczne? – wciął się Toy, ciesząc się, że najwyraźniej pojawiła się okazja do dobrej zabawy. Natychmiast wyleciało mu z głowy dziwne zachowanie przyjaciela.

Sora miał przez ułamek sekundy na twarzy wypisane przerażenie, ale szybko się opanował. Toy nawet nie zauważył uczuć, wypisanych przez ten krótki czas na twarzy kolegi.

– Słyszałeś o ten spalonej fabryce niedaleko stąd? Zniszczyły ją smoki. Sto trzydzieści osób spaliło się w środku! Ponoć do dziś nocami słychać ich pełne bólu krzyki. A jeśli tam wejdziesz, duchy zmarłych będą chciały podzielić się z tobą własnym cierpieniem. Jeszcze nikt nie przeżył tam do świtu… – powiedział konspiracyjnym szeptem Sora. – O jedenastej w środku, tuż przy drzwiach. Powiedziałem jeszcze kilku chłopakom – Timie, Riddowi, Erysowi… Przyjdziesz? – Przyszły Ikar uśmiechnął się wyzywająco.

Toy nie miał wyjścia. Musiał się zgodzić, żeby nie wyjść na tchórza.

 

Fabryka sprawiała upiorne wrażenie, szczególnie w błękitnym świetle księżyca, który wyjrzał, gdy rozwiały się ciężkie chmury wiszące na niebie cały dzień Zwęglone ściany wyglądały, jakby miały się lada chwila zawalić, nawet jeśli wiadome było, że wytrzymały wiele ciężkich śnieżnych zim i prawdopodobnie wiele jeszcze wytrzymają. Toy postawił stopę na progu, gdzie kiedyś były drzwi. Przez chwilę poczuł, jak coś skręca mu się w brzuchu. Panika, strach, przeczucie? Zignorował to, postawił jeszcze jeden krok i już był w fabryce. Kątem oka dostrzegł ruch, ale nie miał czasu, żeby zobaczyć, co to było.

 

Toy był pewien, że to kolejny głupi żart Sory. To byłoby takie typowe! Opowiedzieć historię o duchach, zaprosić go do starej fabryki, założyć worek na głowę, związać, zakneblować i przywiązać do słupa. Wszystko, żeby tylko go przestraszyć. Toy chętnie by westchnął z pobłażliwą pogardą, ale szmata w ustach uniemożliwiała mu to. Siedział więc tylko spokojnie, aby nie dać satysfakcji swoim „oprawcom”.

Jednak gdy Erys zdjął mu z głowy worek i wyjął z ust knebel, Toy już nie był taki pewien, czy wszystko jest tylko żartem. Sora dla zwykłego żartu nie kradłby ikaryjskiego egzekucyjnego miecza swojego ojca.

– O co chodzi? – zapytał Toy swobodnym głosem, choć w jego wnętrzu wzbierała panika.

„To tylko żart, to tylko głupi żart” – powtarzał sobie, ale wcale w to nie wierzył.

– Zamilcz, smoku! – krzyknął Sora nawet na niego nie patrząc.

– Smoku? Jaki smoku? Sora, to nie jest śmieszne. – Toy poczuł, że obok paniki budzi się w nim coś jeszcze. Coś pierwotnego, coś złego, coś ciężkiego do powstrzymania. Toy skupił się, żeby to coś nie obudziło się do końca.

– Przyjaciele! – zignorował go Sora. – Od zawsze nam mówiono, że smoki ukrywają się pośród nas. Wiedzieliśmy, jak je rozpoznać. A jednak nie dostrzegliśmy tego, który był najbliżej nas! Toy był naszym przyjacielem, zaskarbił sobie nasze zaufanie, zwodził nas. A my mu na to pozwalaliśmy! Do dziś. Dziś zobaczyliśmy dym w jego oddechu czasie deszczu! Zobaczyliśmy brak jego ran z wczorajszej bójki! Zobaczyliśmy smoczy błysk w jego oczach…

– Sora… proszę… – Toy już ledwo panował nad budzącą się bestią. Chrzanić godność! Podniósł wzrok i spojrzał na Sorę błagalnie. Dokładnie wiedział, co się w nim budzi i że nie wolno pozwolić temu wyjść na powierzchnię.

– Widzicie?! Znowu! Smok, widać w oczach! – zawołał Jimmi, a reszta chłopców mu zawtórowała.

– Śmierć smokowi! – krzyknął Ridd w euforii.

– Śmierć! Śmierć! – krzyczała reszta.

 

Sora uniósł miecz w powietrze. Ręce mu drżały, chciał jak najszybciej opuścić broń i skrócić smoka o głowę, ale pozwolił sobie jeszcze raz spojrzeć na stojących w kręgu. Był z nich dumny. I z siebie też. Mieli zaledwie jedenaście lat, a za chwilę będą mieli na koncie zabicie smoka! Podszywającego się pod ich przyjaciela! Nie raz z powodu głupiego sentymentu ginęło wielu Ikarów. Im się udało ten sentyment przezwyciężyć. Już byli tak samo dobrzy jak dorośli, a co dopiero za kilka lat! Będą legendami!

Uśmiechnął się.

– Śmierć smokowi! – krzyknął i pozwolił mieczowi spaść na szyję smoka, którego kiedyś uważał za przyjaciela.

 

Toy wiedział, że miecz chybi. Wiedział to, od chwili, gdy zobaczył go w dłoniach Sory. Broń była zdecydowanie za ciężka dla jedenastolatka. Niemożliwe było, żeby Sora dobrze wycelował.

 

Smoka w ludzkiej postaci zabijaj na raz. Na drugi cios nie starczy ci czasu – oto pierwsza z zasad, której uczą przyszłych Ikarów. Jej geneza leży w naturze smoków i systemie obronnym ich organizmu. Silnie zraniony smok instynktownie zmienia formę na gadzią, w której chronią go twarde łuski i szybka regeneracja. Jednocześnie włącza się u smoka instynkt przetrwania tak silny, że dalsze działania przeprowadzane są jako odruchy bezwarunkowe. Priorytetem smoka staje się albo zabicie wszystkich, którzy mogą mu zaszkodzić, albo – gdy nie jest to możliwe – ucieczka.”

 „Między bestiami” Leonard Roche

 

Miecz trafił Toya w ramię. Palący ból zapromieniował od rany, przyćmiewając umysł i wzrok chłopca. Smok, nie trzymany już żadnymi więzami, wreszcie wydostał się na powierzchnię. Toy odzyskał świadomość jeszcze na chwilę, akurat, żeby zobaczyć, jak jego własne ręce pęcznieją pod naporem rozrastających się mięśni i pokrywają się granatową łuską. Paznokcie stwardniały zamieniając się w szpony, a kości zaczęły się przemieszczać. Usłyszał jeszcze dźwięk pękających sznurów i rozdzieranych ubrań. Oraz krzyki przerażenia wydobywające się z gardeł jego przyjaciół. A potem smok zawładnął nim do końca.

 

Gdy Toy odzyskał przytomność, było już po wszystkim. Nic nie płonęło, ze względu wilgotne po całodniowym deszczu powietrze, które ugasiło ogień w jego gardle, ale i tak fabryka nosiła wyraźne ślady tragedii, która przed chwilą rozegrała się w jej ścianach – połamane deski, ślady pazurów i krew.

Toy wstał. Był nagi, chwiał się na nogach, z rany na ramieniu wolno sączyła się krew. Wszędzie dookoła widział ciała swoich przyjaciół. Martwych. Z oderwanymi kończynami, głowami, brzuchami rozoranymi pazurami i wnętrznościami nawet kilka metrów od ciał. Niektórzy chłopcy umarli szybko.Inni nie mieli tyle szczęścia. Ridd przeszedł ponad dziesięć metrów, doszedł prawie do samych drzwi, gubiąc po drodze jelita i inne narządy, zanim smocze szpony nie ukróciły mu cierpienia odrywając głowę od tułowia. Erys stracił rękę, a nogi miał wykręcone pod przerażającymi kątami. Choć leżał na brzuchu, oczy miał wpatrzone prosto w sufit . A mały Jemmir…

Toy odwrócił wzrok.

Jego spojrzenie padło na miecz, którym Sora wcześniej próbował go zabić. Podszedł do niego i wziął do ręki. Oręż był nawet cięższy, niż wyglądał. Toy wycelował dokładnie. Jeden cios, tylko na tyle może sobie pozwolić, zanim smok nie uratuje go znowu. Zamknął oczy i zdecydowanie przebił sobie gardło na wylot.

 

Sora był jedynym, który przeżył noc w fabryce. Zapłacił za to prawą nogą, lewą dłonią, okiem, trzema paskudnymi bliznami na twarzy i stratą ośmiu przyjaciół.

Co zyskał? Śmierć dwóch smoków – Toya i jego matki, którą Ikarzy złapali i zabili tej samej nocy. Oraz sławę, która zdobyła mu fotel gubernatora. Czy żałował tamtej nocy? Kiedyś powiedziałby, że nie. Teraz…

Teraz wie, że śmierć tamtych chłopców niczego nie zmieniła. Czasem, w ciągu bezsennych nocy, gdy przy zapalonej świeczce czeka, aż smoki go dopadną, zastanawia się, jak wyglądałyby życia jego przyjaciół, gdyby nie umarli tamtej nocy. Czy mieliby żony, dzieci, czy byliby szczęśliwi? Co by osiągnęli, gdyby te dwadzieścia lat temu nie zachciało mu się zgrywać bohatera? Czy…

– Panie gubernatorze? – chrząknął minister edukacji. – Czekamy na pana podpis.

Sora podniósł wzrok znad ustawy, długopis wypadł mu z dłoni, a po twarzy potoczyły się dwie łzy. Dwudziestu ministrów – dwadzieścia par smoczych oczu – patrzyło na niego poważnie.

Teraz wie, że śmierć tamtych dwóch smoków niczego nie zmieniła. Smoki dalej są wśród ludzi. Ale nie ukrywają się w lasach czy jaskiniach, jak przypuszczano, ale siedzą na fotelach ministrów, gubernatorów oraz sędziów i władają ludzką rasą. Płodzą smocze dzieci i pilnują, żeby ich gatunek przetrwał, żeby rósł w siłę. Smoki to nie ludzie, potrafią uczyć się na błędach. Wiedzą, że siłą nie pokonają ludzi, więc zrobią to sprytem.

– Gubernatorze? – minister edukacji już nie krył groźby w głosie. – Prosimy o podpis.

„Żadnych więcej podpisów” – pomyślał Sora. Smoki są szybkie, ale ten jeden raz on będzie szybszy. Płynnym ruchem sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął jednostrzałowy rewolwer i strzelił sobie w skroń.

Dwadzieścia par smoczych oczy pozostało niewzruszonych. Ot, kolejna marionetka myślała, że pokona mistrza, gdy obetnie własne sznurki.

 

„Z opowieści o Dedalu i Ikarze wzięliśmy pomysł, jak walczyć ze smokami. Jednak kiedy w euforii wznieśliśmy się w powietrze, zapomnieliśmy o radzie danej przez Dedala. Nie leć zbyt blisko słońca, bo jego gorąco stopi wosk u twoich skrzydeł i runiesz ze swojego nieboskłonu. A gdybyśmy o niej pamiętali, może nie wdawalibyśmy się w tę bezsensowną walkę. Przecież od samego początku było powiedziane, że w pojedynku z płomieniami jesteśmy skazani na upadek.”

„Między bestiami” Leonard Roche

Koniec

Komentarze

Ciekawa opowieść, z przesłaniem i nietypowymi elementami. Trochę dziwne, że minister edukacji pozwolił na czytanie takich książek w szkołach.

Warsztatowo – można było jeszcze nad tekstem popracować. Znalazłam literówki, jakieś powtórzenia i zdanie poprawiane o jeden raz za dużo lub o jeden za mało. Liczby raczej piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Sza­lo­nym, stwier­dził, że smoki to isto­ty po­tęż­niej­sze niż lu­dzie i po­win­ny pa­no­wać nad mini pa­no­wać.

Panować – zdublowane i literówka.

 

– Jak­bym spo­tkał smoka, to bym za­szedł do od tyłu i CIACH! Tyle by było po smoku! – uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią i po­pa­trzył po swo­ich ko­le­gach.

Literówka (w całym tekście jest ich sporo). Poza tym “uśmiechnął” dużą literą. Masz drobne problemy z poprawnym zapisem dialogów. Przeważnie piszesz poprawnie, ale zapoznaj się z tym wątkiem:

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

Ot, ko­lej­na ma­rio­net­ka my­śla­ła, że po­ko­na mi­strza, gdy obe­tnie wła­sne sznur­ki.

Znakomite!

 

Co do fabuły, nie porwała mnie jakoś szczególnie, ale los Sory świetny. Bohater zrodzony z największej, własnej porażki. Gdyby tylko tekst trzymał poziom…

Ale i tak nieźle!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Tekst miał potencjał, ale niestety został on dość skutecznie zarżnięty wykonaniem. Nie chodzi mi tylko o błędy, chociaż literówek jest całkiem sporo, ale o sposób, w jaki został napisany. Ma kilka naprawdę fajnych momentów, w których po plecach przemyka dreszcz. Ale większość opowieści została zrelacjonowana po łebkach, a czasami jeszcze do tego efekciarsko. 

Szkoda, bo mogło być naprawdę nieźle.

Jestem rad, że dostałem naprawdę ciekawy tekst. 

Ogólna koncepcja Ikarów i Dedalów nader interesująca, zwieńczona niebanalną puentą. Podobał mi się także wątek przyjaźni młodych chłopców, tragiczny finał ich znajomości i równie dramatyczne, trafiające do czytelnika zakończenie. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu, żeby pomysł przekuć na coś obszerniejszego, ale i tak całość prezentuje się niezgorzej. Co prawda nad stroną techniczną należałoby się niżej pochylić, poprawić literówki, przeszlifować niektóre zdania. 

Ogólne wrażenie – pozytywne. 

 

Kurczę, z lenistwa, ale i z braku własnej inwencji – tym razem powtórzę opinię Domka. :-)

 

No, dobra, może powiem tak: brakuje mi trochę bardziej pogłębionego portretu Sory i Toya oraz pracowicie zbudowanego napięcia. Bez tego, w obecnej wersji, doceniam pomysł i historię, ale emocje znajdują się w średnich rejestrach skali. A przy takim pomyśle – powinny przebijać dach! Na moje, za szybko zdradzasz czytelnikowi tożsamość Toya, nie budujesz hasseliebe między przyjaciółmi, nie zostawiasz wątpliwości co do natury chłopca…

 

Ale poza tym – naprawdę, naprawdę niezłe!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka