- Opowiadanie: Entei - Anno Domini...

Anno Domini...

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Anno Domini...

Anno Domini 1365 za panowania króla Kazimierza III syna świętej pamięci króla Władysława Łokietka, ja Radzim, kapłan w posłudze Pana spowiadam się przed Bogiem i sobą samym. Zaprawdę istnieje królestwo niebieskie albowiem istnieje też piekło, którego świadkiem byłem na tej ziemi. Posługę czynię swą we wsi Lubusza i spisuję tą historię, ku przestrodze innych. Spowiedź ma przymuszona z woli znaków jakie z Bogiem się nie godzą. W lampy świetlnej aureoli co na leśny gąszcz pada widze cień, kontur jego postać przypomina. Lecz zaprawdę żywych bać się trzeba, a nie martwych. Na myśl mi przywodzi pamięć o człowieku, moim przyjacielu, który straszliwą ofiarą duszę swą splamił. Historia ta wydarzyła się poprzedniego lata, a spisuję ją dziś, kiedy dopiero odwaga mi na to pozwala. We wsi kowal stał, człowiek uczciwy i pobożny i syna miał, który na chrzcie imię Krzesimir otrzymał.

Wysłał raz ojciec syna po konia do podkucia do pobliskiej wsi oddzielonej od Lubuszy gajem liściastym. Syn posłuszny drogę znał, więc zbytnio na niej uwagi nie skupiał. Wzrok swój rozproszył na poboczne zarośla i dzicz. Uszedł pół drogi, aż przy słońcu w zenicie stopą natknął się na gałąź. Stracił równowagę i począł upadać i ciężarem swym całym zwalił się na ścieżkę. Jako że kowala syn, barczysty był i muskularny. Odznaczał się równie pokaźnym wzrostem. Po przeżyciu dziewiętnastej wiosny przewyższał ojca swego o głowę. Upadek wywołał hałas w lesie całym. Chłopak podniósł się i odwrócił, chcąc poznać sprawcę swego nieszczęścia. Oczom jego ukazała się pęknięta niestety, prosta fletnia z czarnego drzewa wystrugana. Uchwycił ją wielkimi, zgrubiałymi od zabawy młotem dłońmi. W tym samym czasie zza zwalonego wielkiego dębu, spośród mchu, liści i gałęzi wyłoniła się postać. Niski i brudny, o szarej skórze pokrytej liszajami mężczyzna. Na głowie jego jawiły się krótkie, rude kędziory. Ubrany był niechlujnie, w czarne łachmany. Wyciągnął rękę w kierunku dłoni Krzesimira, chcąc, by ten oddał mu znalezisko. Syn kowala uczynił to, wzdrygając się na widok dłoni nieznajomego. Długie, wychudłe paluchy zakończone równie okazałymi pożółkłymi pazurami musnęły dłoń młodzieńca.

– Cóż żeś uczynił człowieku? – warknął obszarpaniec.

– Nic zamierzonego, to był przypadek. To nie moja wina, lecz twoja, żeś zostawił fletnie na drodze.

– Po cóż Bóg cię wzrokiem obdarzył skoro darów jego nie wykorzystujesz?

– Wybaczcie – skruszonym głosem powiedział chłopak.

Nieznajomy zamilkł, w kawał kory się zapatrzył, w końcu uniósł głowę. Krzesimirowi zadało się, że uśmiech na jego twarzy dostrzegł przez chwilę.

 – Dobrze, winny ci odpuszczę, gdyż w tym i moją winę widzę. Idź, gdzieś zdążał w pokoju.

Syn kowala posłuchał. Przed odejściem posłał w kierunku rudzielca uśmiech. Łachmaniarz odwzajemnił się najbardziej ohydnym, a zarazem najbardziej chytrym grymasem, na jaki stać istotę przez Wszechmogącego stworzoną, do  których się jednak nie zaliczał…

Gdy Krzesimir zniknął za widnokręgiem, sztuczny uśmiech zlazł z twarzy nieznajomego. Zastąpiła go czysta nienawiść, a rude kędziory zdawały się płonąć.

– Przeklęty niech będzie Bóg i wszelkie dzieło stworzone przez niego, przeklęty niech będzie świat i wszystkie jego owoce, a najbardziej przeklęty niech będzie Krzesimir, syn Bezpryma i Dobromiły.

W tym momencie splunął na ziemię i począł odprawiać modły ku czci szatana. Język jest to tak ohydny, że nie ośmielę się go przytoczyć na ziemi, ja, grzesznik przed Bogiem.

Pechem dla wiejskiego chłopaka nie było potknięcie, lecz napotkanie właściciela fletni, którym był czarci książę Belzebub, hetman chorągwi piekielnych, ulubieniec Lucyfera i legat piekieł na państwo Piastów. Ów fletnia natomiast zwabiała dusze na pokuszenie swą melodią. Kosztowny był to artefakt. Wielką wartość dla diabła skrywał. W jednej chwili Belzebub znienawidził chłopaka tak, jak jeszcze nigdy żaden demon stworzenia boskiego. Sługa piekielny przeklną Krzesimira całą swą potęgą, a klątwa przesiąkła jego ciało aż po najtwardsze z kości. Nic się jednak nie wydarzyło. Rośliny rosły jak kiedyś, wiewiórki – wesołe leśne duszki zabawiały się z wróblami. Las na powrót ogarnął spokój.

Gdy słońce zmieniło swą wartę wraz z księżycem, Krzesimir wracał do domu, prowadząc konia ze sobą. Wieś zasnęła. Chłopak zamknął zwierzę w stajni, a sam udał się na spoczynek. Dom przywitał go ciszą. Nie był to zwykły chłopski przybytek. Rodzina kowala cieszyła się poważaniem i majątkiem. Toteż drewniany budynek z kamiennymi fundamentami był większy niż inne. Wielkie, ciosane w kamieniu wejście wychodziło na izbę, pośrodku której miejsce swe zajmował piec. W kątach izby leżały drwa. Pod miniaturowym oknem stał stół „przystrojony” solonym, wołowym udźcem. Po prawej stronie od wejścia znajdowały się masywne schody prowadzące na wyższy poziom budynku podzielonego na dwie izby. Jedna należała do kowala i jego żony, a druga do ich syna. Ojciec już spał, matka jeszcze nie wróciła z wizyty od siostry. Wyczerpany całodzienną wędrówką Krzesimir zwalił się na posłanie i zasnął. A była to noc na usługach Belzebuba.

Płytki sen przyniósł wizje koszmarne, przerażające, trwożące serce młodego chłopaka, który miotał się po posłaniu jakoby go pluskwy obeszły. Wtem wyprostował się. Odrzucił cienkie płótno skrywające ciało, wstąpił na schody, które zaprowadziły go do dolnej izby i dalej ku pogrążonemu we śnie bożemu światu. Ciepła letnia noc otuliła go swym mrokiem. Zdawał się w niej tonąć. Chmury rozstąpiły się, ukazując księżyc zwiastowany wyciem przyściennych kudłaczy. Ciało młodzieńca wpadło w upiorny, podrygujący taniec. Szatan, mistrz kukiełek, pociągał za sznurki ku uciesze swojej i swych plugawych pobratymców. Zdawać się mogło, że wieki całe trwało to widowisko. Lecz każdy z nas grzeszników błagałby, by trwało lat tysiąc jeszcze, byle tylko nie ujżeć straszliwego końca. Młodzieńcze oblicze wygięte w pałąk poczęło poddawać się belzebubiej klątwie. Noc ucichła, słychać jeno było odgłosy trzaskających kości i pękającej skóry. Słaby ludzki kształt zastąpiło potężne, dwunogie cielsko. Przemkło ono przez usiane słomą pole w kierunku wsi niczym kur goniący za ziarnem.

Ciężką kowal pracę miał, a wykonywał ją uczciwie i z przykładem, toteż szacunkiem obdarzyli go mieszkańcy Lubuszy. Przykazań dziesięć wypełniał jak pismo nakazuje i majątkiem swym święty przybytek wsi wspierał. Żona jego Dobromiła pracą swą domu służyła lecz nie była to jedyna jej rola. Babkę jej po kądzieli babą zielną „Jemiołką” zwykli nazywać. Uśmierzała ona ból ludzki naparem ziołowym, smarowidłem i modlitwą. Dobromiła ku czci tradycji rodu swego babce  nieboszczce w czynach wtórowała. Szacunku zdobywając sobie, a nade wszystko mężowi. Sława jego pracy rozniosła się poza granice rodzimej ziemi, zaskarbiając chętnych z wielu stron. Ogień buchał w kuźni dnie całe, a Bezprym schodził na posłanie potem oblany tak w lecie, jak i w zimie. Sam on jednak warsztatem nie władał, gdyż pomoc w swym synu miał. Krzesimir wszelkie zalety swoje wyssał z matki mlekiem i nauką ojca, a przywar z trudem się w nim dopatrzyć zwykłemu człowiekowi. Tak też na ciężkiej pracy mijał dzień za dniem. Dopiero chłodnej nocy podmuchy przynosiły odpoczynek. Kowal silny sen miał, dzwony mariackie nie ośmieliłyby się go przerwać. Toteż nocy tej cud się stał.

Dookoła półmrok. Z małego okienka sączy się snop światła. Blask księżyca z pomarańczową zorzą się miesza. W dali słychać krzyk kobiety. Strach objął Bezpryma swym ramieniem. Dobiegł do okna, wielką twarz w mały otwór wcisnął. Ponad strzechy domów łuna złota pada. Ogień trawi wieś. W uszach wciąż krzyk niewiasty się kołacze. Przeraźliwy, nieludzki; wielkie serce płoszy. Ojciec miłością do syna swego wiedzion, kroki pospiesznie do izby jego stawia. Strach jeszcze mocniej zaciska swe łapy, gdyż posłanie syna puste. Obawa o życie pierworodnego jest tak silna, iż ojciec gotów byłby w ognie skoczyć, by go od zguby ratować. Nie marnując czasu na pomyślunek, kowal wybiegł z domu. Ognia blaskiem i ludzi krzykiem jako srebną nicią Ariadny prowadzon, zdążał ku miejscu nieszczęścia. Wiejska ścieżka kończy się udeptanym placem, nie opodal stawu okolonego stuletnimi wierzbami. Pogarbione, guzowate wytwory otoczone burzą gałązek w półmroku wiedźmy na myśl przywodzą. Dwie z nich płoną niczym czarownic stosy, a żywe witki skwierczą i strzelają jako w krzyku agonii. Pożar objął również stodołę i oborę ościennego gospodarza Lasoty. Płomienie strawiły niemalże połowę dobytku, lecz nikt się ośmielić na wyjście nie może. Strach silnym jest wrogiem człowieka. Świetlista łuna spowija plac rzezią ludzką zbezczeszczony. Plamy posoki przesiąkły suchy piach i nikłe plamy koniczyny. Bezprym oczom nie chciał zawierzyć, widząc ogrom zła zgromadzonego w miejscu spotkań i zabaw, gdzie procesje i odpusty odprawiano, gdzie kolebka wsi powstała nad rybodajnym stawem. Zaledwie trzy kroki od progu domostwa, niczym porzucona szmacianka, leży ciało. Kształt jego na kobietę wskazuje, choć i człowieka wyglądem swym na myśl nie przywodzi. Pęknięta skroń zalewa twarz krwią niczym wiosenne roztopy pola i łąki. Lniane okrycie brutalnie zerwane topi się w czerwonym błocie. Ciało niewiasty pazurami naznaczone z powykręcanymi kończynami stara się swą postawą coś ochronić. Rozerwana pierś mleko i juchę sączy. Spłaszczone wielkim ciężarem bebechy zieją pustką w okolicach łona. Wystarczy obrócić głowę ku prawicy, by poznać odpowiedź, na czego straży nieszczęśnica stała. Dwa łokcie od macierzy ciała leży porzucone dziecko wężem pępowinowym spowite. Straszna to zbrodnia kobietę w błogosławionym stanie życia pozbawiać. Nie potrzeba już twarzy, by ofiarę rozpoznać. Karusia, młynarza córa, we wsi jedyną ciężarną była. W niedalekim odstępie z szaleńczo naprężoną ręką ku nieboszczce skierowaną leży mąż jej Lesław torturą widoku żony i dziecka poddany. Ciało miał nieskalane, poza dziurą wielkości połowy pięści w lewym boku. Pewnie po pazurze. Nierówną stoczyli walkę. Drewniane drzwi przybytku siłą wyrwane leżały pod ścianą. Bezprym widokiem porażony stał, nie mogąc ruszyć się pomóc czy nawet uciekać. Z zastoju przerażające człapanie go wybawia wreszcie. Myśli najciemniejsze zamroczyły umysł kowala, rozpoczął już nawet modlitwę do Boga. W zasięg wzroku jego z trudem wdarła się postać. Młynarz dotychczas oparty o jedną z wierzb płaczek, trzymając się z trudem trzewi zdążał w kierunku świadka tragedii. W odległości kroków kilku od celu wycharczał głosem odartym z ludzkości.

– Strzeż się człowiecze zła największego. Diabli zeszli z piekła na ziemie. Bóg nas opuść…

Śmierć go ustrzegła przed bluźnierstwa grzechem. Upadł, ręka w bezwładzie flaki zwolniła na ziemie.

– Diabli? Piekielne sługi? Nic wobec tego chłop sam nie zrobi. Kościół, niebieski przybytek to tam udać się trzeba – mamrotał sam do siebie strachem owładnięty.

Jak powiedział, tak też zrobił. Pobiegł co sił w pietach ku kaplicy i wpadł do kościelnej celi, szukając księdza. Zastał mnie w niepełnym ubiorze, gdyż i mnie łuna bijąca obudziła. Pęd zyskał tak wielki, iż niewiele brakowało, a świece by zdusił. Nie mogąc złapać tchu, wydyszał do mnie.

– Księże Radzimie, biada nam grzesznym, biada. Diabli ruszyli na ziemię, krew we wsi przelali. Lubusza spłynęła ofiarą niewinnych. Śmierć jakoby za sprawą zwierzęcych łap zadana. Widziałem bladych truposzy juchą pokrytych. Rodzina młynarza, córa jego i luby jej i ich niezrodzone dziecię z łona siłą wydarte.

– Spokojnie Bezprymie! Pewien żeś zmysłów swych? – zawierzywszy jego słowu prawiłem dalej – W takim razie biegnij na powrót na miejsce zbrodni spokoju zabitych pilnować, ja zaś udam się do dzwonnicy, na alarm bić, ludzi pobudzić, sprawcę czynów niegodnych schwytać.

– Radzimie, gdy winny przed wsią stanie, pozwól osądzić go nam starym zwyczajem. Śmierć za śmierć! – krzyknął i nie czekając na moją odpowiedź, wybiegł z celi.

Dobiegł po omacku do miejsca złem przeklętego, a krokom jego sążniowym uderzenia dzwonu wtórowały. Nie spędził tam chwili, a dobiegło go znajome wołanie. To rzeźnik zdążał w jego kierunku wyraźnie poruszony, aż mu się wąsy sumiaste splątały. Kowal i rzeźnik spowinowaceni byli, gdyż córa rzeźnicza kowalowemu synowi przyobiecana była.

– Krzesimir, to Krzesimir był, syn twój i żony twojej Bezprymie!

– Szaleju się nażarłeś, człowieku nieszczęsny. Ślady to zwierzęce, nie ludzkie! – rzekł wskazując na odciski łap ino do kurzych podobne.

– Przecie to on sam widziałem, skórę potwór zrzucił i syn twój się ukazał. Zastałeś go w łożu w nocnym zamęcie? Mów tylko szczerze jak na świętej spowiedzi.

– Kłamać nie będę druhowi swemu. Łoże puste stało, gdy mnie światło i wrzawa zbudziły. Lecz myślą swym nie dopuszczam, by syna winną obarczać. Zlitujże się kmieciu nade mną. W jakiż sposób jest to możliwe, rzeknij mi kumie.

– Demon opętał syna twego siłą nieczystą albo jaką klątwą. Ruszajmy do księdza, by ten prawdę pomógł nam poznać.

Nie trzeba było po dwakroć słów tych kowalowi słuchać. Raz trzeci ruszył on w drogę do kościoła, przeżywając udręki duszy swojej niczym boży syn w czasie męki pańskiej. Droga krzyżowa ciągła się ścieżką zawiłą. W końcu zza zakrętów wyłoniła się kościelna opoka. Wpadli do dzwonnicy, nie bacząc na ilość stopni, które przebiegali.

– Syn to bezprymowy,  Radzimie – rzekł rzeźnik.

– Złe to nowiny, Bolesławie. Wieśći dobre, radosne jak Archanioł Michał zwiastować winien. Lecz nie czas na nauki, jaki dowód macie.

– Wszystką widział ja przez okno. Gdy łomoty mnie z posłania zerwały, pospieszyłem sprawdzić ich przyczynę chyżo. Oczom mym objawił się obraz demona piekielnego, który ludzi bez winy mordował krwawo. Wielką miał paszczę, tysiącem kłów uzbrojoną i z pyska tryskał mu płyn, co w ogień się zamieniał. Szeroki kark z resztą bydlęcia się łączył. Z grzbietu nietoperze skrzydła wyrastały, wznosząc poły piachu i posoki w górę. Pokryty był łuską rybią, choć z pewnością twardszą niźli u karasia. Cztery szczupłe łapy siekły i cięły ciało niczym kosa kładzie pszenicę, a pokryte były pierzem kurzym i z czterech paluchów, pazurami zwieńczonymi, się składały. Na ostatku ogon silny, cierniami różanymi najeżony co jednym trzepnięciem młynarza z progu chaty na wierzbę posłał, przy czym bebech rozpruł mu sromotnie. Gdy dzieła dokonał, upadł na ziemię, ciężarem skrzydła sobie łamiąc. Kości przebijały skórę, lecz ten nieporuszony. Gdy księżycowy prześwit padł na cielsko straszne, poczęło się zmieniać. Mniejsze, większe, w lewo, w prawo, aż ciało ludzkie przypominać mogło. Wtedy żem rozpoznał syna twego Krzesimira. Zbiegł on z placu i w kierunku lasu się zapuścił. Pewno dom odwiedzić.

– Zaprawdę wybiła godzina grozy, lecz trzymajmy się nadziei. Rada jest jedna zgładzić zło ziemie kalające. Bezprymie nie rzucałeś przecie słów ku wiatrom, by poniosły je w niepamięć. Biada albowiem dusza jego przesiąkła szatana jadem i miejsca dla niej w Piotrowej bramie niebios nie znajdzie nikt. Przeklęty jest on wiecznie, póki niebo trwać będzie – z trudem przychodziło mi groźby te w twarz kowala rzucać, lecz winny byłem to swym przyrzeczeniom.

– Toż to odpust żaden winny mu nie zmniejszy? – Bezprym, chłop wielki płakał niczym niewiasta.

– Żadna ziemska siła i modlitwa winy mu nie zmaże. Lecz rzekłbym nieprawdę mówiąc, że nic się uczynić nie da.

– Mówże ojcze mów, podaj rękę w trosce!

– Istnieje w piśmie zapis, który prawdę głosi, że kto śmiercią męczennika zginie, temu miejsce w niebie janioły zaskarbią. Lecz cena straszna łasce jest tej przypisana. Kto zabije człowieka, sam przeklętym się staję. Niszcząc boży dar, łamie tablice, zrywa przymierze z Panem i męki tułaczki wiecznej sobie zaskarbia. Łaska ta podziała w czasie, kiedy syn twój ma człowiecze kształty, gdyż zabicie potwora grzechu nie czyni nikomu.

– Nie, nie mogę syn to mój jedyny, pierworodny. Długo nań czekał i wiele żem z żoną mą wycierpiał, gdy traciła dzieci nasze w krwi zrodzone przedwcześnie – kowal zapłakał rzewnie, chwycił się za głowę i włosy z niej rwał garściami.

– Pamiętaj kowalu, dopóki bestia we wsi buszuje, dopóty spokoju nie zaznamy. Jeżeli ty go nie zabijesz, inny ktoś go zgładzi, a dusza jego spokoju nie zazna wiecznego. Lecz pamiętaj o cenie wskazanej prze pismo. Pamiętaj, miej to na uwadze. Czasu ci damy do jutra w zenicie, a teraz idźcie w pokoju dobrzy ludzie. Ja dopilnuje pochówku i uśmierzę ludzki strach.

Zalany smutkiem Bezprym wrócił do domu. Z trudem wielkim przekroczył progi. Ściany, schody i klepisko ślady szkarłatne szpeciły. Po nich kowal powlókł się do góry. Ostatkiem odwagi i sił wkroczył do krzesimirowej izby. Syn jego jedyny leżał nagi na posłaniu snem zawładnięty. Promienie wstającej jutrzenki odbijały się od pokrytego lśniącym potem ciała. Nawet tu krew okazała się wszędobylska. Nie mogąc znieść widoku, ojciec wyszedł.

Ranne świtanie przywitało Dobromiłę w czasie powrotu od swej siostry. Do domu zawitała z południa wybiciem. Zdziwił ją brak hałasu w kuźni, więc weszła do chałupy. Niczego nie przeczuwała, gdyż mąż jej sprzątnął ślady. Ruszyła ku górze domu. Zrzuciła tobół w małżeńskiej izbie przekonana, że mąż jej na mszy posługę czyni. Krzesimir w domu pewnie został, gdyż w zwyczaju miał z przyobiecaną wieczorem do krzyża chodzić, ale w gospodarstwie cisza. Sprawdziła więc i syna izbę. Niepodobna, aby sen go morzył jeszcze. Przekraczając progi, stanęła gromem rażona. Z piersi jej słowiańskiej krzyk wyrwał się gromki napełniony smutkiem, przesiąknięty bólem. Oto syn jej leżał na posłaniu w wykrzywionej pozie z torsem przebitym gnojonymi widłami, oblany skrzepniętą posoką, blady niczym pierś gołębia. Matczyny krzyk podjął wiatr i poniósł  w kierunku wsi, jeżąc włosy na karkach wieśniaków. Lecz zagłuszył go rechot o nieznanym źródle z belzebubiej gardzieli wydarty. Rechot zwycięscy. Zaprawdę powiadam Vae Victis.

 Nauki wiele przyjmuję z wspomnień tych i z wami się nią dzielę. Zły uczynek choćby w słusznej sprawie zawszę kary się doczeka. Amen.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo przyjemnie się czyta. Stylizacja ciekawa (elementy łacińskiej składni zawsze w tym pomagają). To lubię :)

Jedna drobna uwaga (nie krytyka!) merytoryczna:

“istotę przez Wszechmogącego stworzoną, do  których się jednak nie zaliczał…”

W myśl teologii katolickiej nie ma istot które nie byłyby stworzone przez Boga. Nawet demony, w tym Belzebub są to stworzeniami bożymi, wprawdzie zbuntowanymi, ale jednak. Oczywiście można przyjąć, że spisujący całą historię ksiądz był niedouczony, albo popadł w herezję. W takim przypadku mógłby on uznać, że diabeł nie istnieje dzięki Bogu. Ale to pogląd błędny.

Hmmm, bardzo domyślny ten Twój smok. Stworzyłeś paskudny świat, od biednego chłopaka nic nie zależało.

Język – sporo literówek, zwłaszcza w ogonkach polskich liter, interpunkcja też szwankuje. Zwróć uwagę na powtórzenia; miałam wrażenie, że nie zawsze są celowe. Stylizacja na plus. :-)

Babska logika rządzi!

 

@Bombastus No w sumie racja nie zauważyłem tego. Dzięki.

@Finkla Przyznam się bez bicia, że mam dyzortografie (wiem to żaden argument) i wstawiłem wersje przed korektom zamiast tej po, pomyliłem pliki. Dzięki za ocenę.

Ciekawa stylistyka, bardzo rzadko spotykana moim zdaniem.. Czuję pewien niedosyt, ale to chyba dobrze.. :)

Stylizacja rzeczywiście udana. Choć przyznam, że, w dalszej lekturze, zaczęła mnie męczyć. Zwłaszcza, że masz sporo opisów, które potęgują “toporność” tekstu.

 

Za to pomysł świetny. 

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ciekawa próba stylizacji języka, czyta się nieźle.

Udało Ci się zbudować taki “przytłaczający” klimat groźby, niebezpieczeństwa, czego kulminacją jest jatka dokonana przez chłopaka, który na dodatek nie jest niczemu winien, i to również wzbudza pewne emocje.

Zakończenie idealnie wpisuje się w całą koncepcję.

Tekst w porządku.  

Nazgul może rzeczywiście trochę topornie wyszło, ale te średniowieczne kroniki i teksty tak wyglądają i na nich się opierałem choć w porównaniu z nimi mój tekst jest i tak bardzo współczesny. Dziękuje serdecznie za ocenę i również pozdrawiam! :)

 

domek prawdę mówiąc kiedy przeglądałem inne prace przez chwilę pomyślałem sobie, że jestem nieźle spaczony bo nie są aż tak brutalne, ale cieszy mnie fakt, że wywołałem u ciebie jakąś reakcje. Dziękuje! :)

To i ja nie będę oryginalny: kronikarska stylizacja całkiem, ale niestety, najeżona ortografami i błędami interpunkcyjnymi oraz zapis dialogów przydałoby się tu i ówdzie poprawić…

Sam koncept, wzięty iście z greckiej tragedii, bardzo bardzo.

Tylko te niedoróbki… Ech.

 

EDIT:

I znów użytkownik-widmo i “6” za tekst, którego jakość wykonania zostawia co nieco do życzenia… O rany, to nie łatwiej stanąć przed lustrem i mówić sobie; “Jestem zaje…y”?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Stylizacja wyszła Ci całkiem nieźle, na początku myślałam, że trafił się naprawdę ciekawy tekst. I pewnie by tak było, gdyby nie to, że najeżony jest literówkami, brakującymi znakami diakrytycznymi, źle odmienianymi wyrazami. A to naprawdę utrudnia czytanie i obniża wartość tekstu.

Popracuj nad warsztatem (np. umieszczając teksty na tym portalu) i będzie dobrze.

Pomysł był, stylizacja całkiem udana, tylko smoka jakoś tak prawie brakło, bo Krzesimir mógł zmienić się w każdego stwora, a opowiadanie i tak by na tym nie straciło.

Natomiast wykonanie woła o pomstę do nieba. :-(

 

Po­słu­gę czy­nię swą we wsi Lu­bu­sza i spi­su­ję hi­sto­rię… – Po­słu­gę czy­nię swą we wsi Lu­bu­sza i spi­su­ję hi­sto­rię

 

pro­sta flet­nia z czar­ne­go drze­wa wy­stru­ga­na. – …pro­sta flet­nia z czar­ne­go dre­wna wy­stru­ga­na.

 

żeś zo­sta­wił flet­nie na dro­dze. – Literówka.

 

Ów flet­nia na­to­miast zwa­bia­ła dusze… – Owa flet­nia na­to­miast zwa­bia­ła dusze

 

Sługa pie­kiel­ny prze­klną Krze­si­mi­ra całą swą po­tę­gą… – Sługa pie­kiel­ny prze­klął Krze­si­mi­ra całą swą po­tę­gą

 

mio­tał się po po­sła­niu ja­ko­by go plu­skwy obe­szły. – …mio­tał się po po­sła­niu ja­k­by go plu­skwy obe­szły.

Sprawdź w słowniku, co znaczy słowo jakoby, a co jakby.

 

byle tylko nie ujżeć strasz­li­we­go końca. – …byle tylko nie ujrzeć strasz­li­we­go końca.

 

Mło­dzień­cze ob­li­cze wy­gię­te w pałąk po­czę­ło pod­da­wać się bel­ze­bu­biej klą­twie. – Żadną miarą nie umiem sobie imaginować oblicza wygiętego w pałąk.

 

Prze­mkło ono przez usia­ne słomą pole… – Prze­mknęło ono przez usia­ne słomą pole

 

Cięż­ką kowal pracę miał, a wy­ko­ny­wał ją uczci­wie i z przy­kła­dem… – Cięż­ką kowal pracę miał, a wy­ko­ny­wał ją uczci­wie i przykładnie

 

jako sreb­ną nicią Ariad­ny pro­wa­dzon… – Literówka.

 

leży mąż jej Le­sław tor­tu­rą wi­do­ku żony i dziec­ka pod­da­ny. – …leży mąż jej Le­sław, torturze wi­do­ku żony i dziec­ka pod­da­ny.

 

Po­biegł co sił w pie­tach ku ka­pli­cy… – Po­biegł, co sił w pię­tach, ku ka­pli­cy

 

Lecz myślą swym nie do­pusz­czam, by syna winną obar­czać.Lecz myślom swym nie do­pusz­czam, by syna winą obar­czać.

 

Droga krzy­żo­wa cią­gła się ścież­ką za­wi­łą. Droga krzy­żo­wa cią­gnęła się ścież­ką za­wi­łą.

 

Syn to bez­pry­mo­wy,  Ra­dzi­mie – rzekł rzeź­nik.Syn to Bez­pry­mo­wy,  Ra­dzi­mie – rzekł rzeź­nik.

 

Wie­śći dobre, ra­do­sne… – Literówka.

 

Wszyst­ką wi­dział ja przez okno. – Pewnie miało być: Wszyst­ko wi­dział ja przez okno.

 

Z grzbie­tu nie­to­pe­rze skrzy­dła wy­ra­sta­ły, wzno­sząc poły pia­chu i po­so­ki w górę. – Chyba żadne skrzydła nie mogą wznosić pół piachu i posoki, albowiem poły są dolnymi fragmentami stroju, rozpinanego z przodu.

Wznoszenie w górę jest masłem maślanym. Czy można coś wznosić w dół?

 

przy czym be­bech roz­pruł mu sro­mot­nie. – Raczej: …przy czym be­bech roz­pruł mu okrutnie.

Sprawdź w słowniku, co znaczy sromotny/ sromotnie.

 

Bez­pry­mie nie rzu­ca­łeś prze­cie słów ku wia­trom, by po­nio­sły je w nie­pa­mięć. Bez­pry­mie nie rzu­ca­łeś prze­cie słów na wiatr, by po­niósł je w nie­pa­mięć.

 

Toż to od­pust żaden winny mu nie zmniej­szy? – Raczej: Czyż od­pust żaden winy mu nie zmniej­szy?

 

zrywa przy­mie­rze z Panem i męki tu­łacz­ki wiecz­nej sobie za­skar­bia. – Raczej: …zrywa przy­mie­rze z Panem i męki tu­łacz­ki wiecz­nej sobie gotuje.

Sprawdź w słowniku znaczenie słowa zaskarbiać.

 

Długo nań cze­kał i wiele żem z żoną mą wy­cier­piał… – Długom nań cze­kał i wiele żem z żoną mą wy­cier­piał

 

Ostat­kiem od­wa­gi i sił wkro­czył do krze­si­mi­ro­wej izby.Ostat­kiem od­wa­gi i sił wkro­czył do Krze­si­mi­ro­wej izby.

 

Z pier­si jej sło­wiań­skiej krzyk wy­rwał się grom­ki… – Czym przejawia się słowiańskość piersi?

 

Re­chot zwy­cię­scy.Re­chot zwy­cię­zcy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka