- Opowiadanie: julka123 - Historia pewnego medalionu

Historia pewnego medalionu

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Historia pewnego medalionu

– Mamo! Kaśka znowu zajęła mi łazienkę!

Mniej więcej tak brzmiały pierwsze słowa, które mama, zaraz po przebudzeniu, słyszała od swojej  córki Elizy. Codziennie było to samo. Zawsze oskarżała mnie o to, że za długo jestem w łazience i przez to ona nie może się przygotować do szkoły, tzn. w jej rozumowaniu przygotowanie do szkoły to zaznaczenie brwi dużą czarną kreską i umalowanie ust połyskującą szminką, za co oczywiście w szkole dostawała burę, gdyż wychowawczyni dbała o to, żeby uczniowie przestrzegali regulaminu. Jednak jak niby mogłam szybko wyjść z łazienki jeśli znowu, na złość, flamastrem na środku plecaka wykaligrafowała mi „Kocham Mateusza”. Znowu na złość, a ja jak zwykle musiałam wstać wcześniej, żeby spróbować to zmyć, co nie przychodziło mi łatwo, a dodatkowo miałam przez to bardzo zniszczony plecak.

 Niełatwe jest życie kogoś, kto pół swego istnienia spędził w domu dziecka. Ciągle się z ciebie naśmiewają i nigdy nie mówią ci po imieniu, tylko zaznaczają twoją obecność jako: „Patrzcie, to ta z bidula”, a ty ciągle musisz to znosić, bo pani dyrektor powie, że „Nic nie może poradzić, takie są dzieci”.  Nawet gdy kończy się koszmar w szkole i wracasz do domu, jest ktoś taki jak Eliza i ciągle uprzykrza ci życie. Nic nie zostaje, tylko zamknąć się w pokoju i odciąć od świata, no, chyba że dzielisz pokój z Elizą, to musisz wybrać jakieś inne, ustronne miejsce, np. bibliotekę…

 Tak, w bibliotece właśnie, a dokładnie w czytelni spędzałam cały swój wolny czas. Tam zanurzałam się w lekturze, która koiła moje skołatane nerwy. Właśnie w ten dzień, po szkole, też tam poszłam. Zasiadłam wygodnie przy swoim ulubionym stanowisku, które znajdowało się w samym rogu sali. Tam lubiłam siedzieć, bo nikt mi nie przeszkadzał. Wyciągnęłam  z  plecaka książkę Małgorzaty Musierowicz, którą aktualnie czytałam, i zaczęłam wertować strony w poszukiwaniu miejsca, w którym skończyłam ostatnio chłonąć lekturę. Wtem zaczęło mnie coś bardzo uwierać. Okazało się, że zaczepiłam wisiorkiem o kolczyk. 

 Tak, mój naszyjnik, jedyna pamiątka po rodzicach, których ledwie pamiętam. Zginęli w wypadku samochodowym, w którym ja też uczestniczyłam. Miałam wtedy pięć lat, ale dokładnie wiem, jak to było i nie zapomnę tej chwili, kiedy moja mama, ostatkiem sił, odwróciła się do mnie i zapięła mi na szyi tenże naszyjnik, mówiąc: „Pamiętaj, że to pamiątka, która ma magiczną moc”. Potem zmarła, a wszystko na oczach pięciolatki. Okropne, nieprawdaż? Lecz takie są fakty. Później już tylko szpital, a tam wiadomość, że tata też umarł z powodu licznych obrażeń mózgu. Nie rozumiałam do końca tych słów, ale byłam pewna, że to nic dobrego, bo skoro oboje rodzice nie żyją, a ja nie mam innych krewnych, to co dalej. A dalej było już tylko gorzej… Jak już wiecie, wzięli mnie do domu dziecka. Tam znęcała się nade mną jedna ze starszych dziewczyn. Codziennie musiałam jej oddawać moje śniadanie, bo wiecznie była głodna, a jak raz tego nie zrobiłam, to wylądowałam na intensywnej terapii ze wstrząsem mózgu. Ona oczywiście nie poniosła żadnych konsekwencji, bo zrzuciła winę na inną dziewczynę, której nie dano dojść do głosu. Potem wróciłam do bidula i było to samo. Dopiero niecałe dwa lata temu przygarnęła mnie do siebie jedna kobieta, z którą mieszkałam do tej pory. Była bardzo miła, ale co z tego jak miała córkę Elizę, która była jej oczkiem w głowie. Znowu miałam obok siebie gnębiącą mnie dziewczynę, której wszystko uchodziło na sucho, ale cóż… Takie było to moje nieszczęsne życie.

 Odczepiając wisiorek od kolczyka, przypomniały mi się słowa mojej mamy, które przytoczyłam wcześniej. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiałam się, co one znaczą. Spojrzałam na naszyjnik. Był wykonany ze złota, prawdziwego złota, z niczym nie zmieszanego. Miał małą broszkę, pokrytą jakąś niebieską substancją, a uformowaną na kształt smoka… 

 Właśnie, co mógł znaczyć ten smok. Przecież był bajkową postacią, nieistniejącą na świecie. Postanowiłam się czegoś więcej o nim dowiedzieć. Poprosiłam panią Marysię –  moją ulubioną bibliotekarkę – aby poszukała mi czegoś o smokach. Niezawodna kobieta zaraz przyniosła stos książek. Zaczęłam od tej, która była na wierzchu. Nawet nie spojrzałam na okładkę i otworzyłam ją na pierwszej lepszej stronie. Moim oczom ukazał się rysunek smoczej krainy. Podniosłam książkę, aby obejrzeć ją z bliska i stało się coś nieoczekiwanego. Zostałam wciągnięta w głąb smoczego świata. 

 Nikt nie widział, jak znikam. Nawet pani Marysia, bo stało się to w ułamku sekundy.  Trafiłam do tej nieznanego mi świata.

 Na początku nie zdawałam sobie sprawy, gdzie jestem, gdyż wylądowałam na jakimś łóżku. Koło niego stały jeszcze cztery takie same posłania i naraz na każdym z nich pojawiły się cztery inne dziewczyny: jedna czarnoskóra, z włosami zaplecionymi w warkoczyki, druga skośnooka, chyba najbardziej wystraszona, trzecia była do mnie całkiem podobna, z wyjątkiem krótkich czarnych włosów, bo ja miałam długie, brązowe, a czwarta blondynka, trochę przy kości. Nie znałyśmy się, jednak na pierwszy rzut oka było widać podobieństwo. Otóż, wszystkie miałyśmy naszyjniki ze smokiem, tyle tylko, że ja niebieski, czarnoskóra różowy, skośnooka żółty, krótko obcięta zielony, a blondynka czarny. Każda z nas to zauważyła. Postanowiłam pierwsza zacząć rozmowę, jednak żadna nie mówiła w moim ojczystym języku, tak więc zaczęłam mówić po angielsku, bo, nie chwaląc się, całkiem dobrze to potrafiłam. Dziewczyny też okazały się poliglotkami i tak dowiedziałam się, że czarnoskóra jest ze Stanów i ma na imię Jeny, skośnooka jest Chinką i ma na imię Li, krótko obcięta jest Rosjanką i ma na imię Natasza, a blondynka jest Niemką i ma na imię Lena. Żadna z nas nie wiedziała, co się dzieje, dlaczego wszystkie nosimy naszyjniki ze smokami i co one symbolizują. 

 Wtem drzwi pokoju, w którym się znajdowałyśmy, otworzyły się. Naszym oczom ukazał się najprawdziwszy smok! Zaniemówiłyśmy z wrażenia.  Li z krzykiem schowała się pod łóżko.

 Smok był ogromnej postury, około dwa metry wyższy ode mnie. Skórę miał pokrytą czarno – czerwonymi łuskami. Z jego pleców wyrastały wielkie skrzydła, które – o dziwo – okazały się bardzo cienkie. Na głowie miał jedną parę czerwonych oczu, zamiast nosa dwa otwory wyżej ust, a właśnie usta (jeśli można było je nazwać ustami) miał ciekawe, bo górna warga była czarna, a dolna czerwona. Klapnięte uszy rozwijał tylko wtedy, gdy były mu potrzebne do słuchania. Trzeba powiedzieć także, że stał na dwóch nogach i miał dwie łapy na kształt ludzkich rąk. Wszystkie kończyny były identyczne: pokryte łuskami i zakończone spiczastymi pazurami.

– Dobrze, że jesteście – zaczął, o dziwo, po polsku. – Czekałem na was.

Dziewczyny nic z tego nie rozumiały, więc ja wtrąciłam:

– Przykro mi, ale koleżanki w tym języku nie rozumieją, tylko ja…

– Dobrze, nic nie szkodzi. Potem przyjdzie tu Aganiks, a on zna kilka języków, to im wytłumaczy. Tymczasem słuchaj uważnie, co mówię, bo nie zjawiłyście się tu przypadkowo. Macie do spełnienia misję, od której zależy los całego smoczego świata…

 Na te słowa poczułam, jak w gardle uciska mnie wielka gula. „Macie do spełnienia misję, od której zależy los całego smoczego świata”, co to miało znaczyć? Przecież byłam tylko niewielką trzynastolatką, a zaraz los smoczego świata miał zależeć ode mnie. Z tych emocji mało nie zemdlałam…

– Słuchasz uważnie? – dopytywał się smok, bo zauważył moje nieobecne oczy.

– Słucham – odrzekłam już spokojniej.

– Nie znasz mnie, ale ja znam ciebie. Jesteś jedną z pięciu posiadaczek magicznych medalionów. Każda z was dostała go od swoich rodziców, którzy kiedyś otrzymali je od swoich dziadków i słusznie, bo medaliony miały być przekazywane z pokolenia na pokolenie. Jednak ani ty, ani twoi rodzice, ani twoi dziadkowie nie wiedzieli, po co są te medaliony. Słyszeli tylko, że to rodzinna pamiątka. A tak naprawdę to one mają magiczną moc. 

 Na te słowa po prostu zdębiałam. Chciałam poznać tajemnicę mojego naszyjnika, to poznałam. Nigdy bym się tego nie spodziewała.

– Ale to nie wszystko. Sprowadziliśmy was tu, bo właśnie teraz potrzebujemy magii zawartej w medalionach. Musisz wiedzieć, że nasza kraina graniczy z państwem o nazwie Witchland, którą zamieszkują czarownice. Do tej pory żyliśmy ze sobą w zgodzie… Ale teraz jest inaczej. Odkąd zmarła stara królowa Witchlandu – Korianna, czarownice zapragnęły zagarnąć sobie nasze tereny. Nikt nie wie, co jest tego przyczyną, ale my w to nie wnikamy. Chcemy tylko, żeby zostawiły nas w spokoju. Byliśmy nawet z audiencją u tymczasowej władczyni czarownic, ale w progu zakomunikowała nam, że nie będzie z nami rozmawiać. Tymczasem jej poddane zajęły wschodnią granicę naszej krainy i nie możemy im jej odebrać. Co więcej, wkraczają w głąb naszego kraju…Prosimy o waszą pomoc! 

Wzruszyły mnie te słowa, bo jeszcze nigdy nikt tak bardzo mnie o nic nie błagał. Zaraz nakreśliłam moim zagranicznym koleżankom, jaka jest sytuacja i podjęłyśmy decyzję, że pomożemy smokom.

– Tylko co możemy zrobić? – zapytałam uradowanego smoka o nieznanym imieniu.

– Otóż, sprawa ma się tak: medaliony po połączeniu ze sobą działają na zasadzie tarczy. Wiemy to, bo kiedyś, także podczas walki z czarownicami, korzystaliśmy z nich. Mówię wam, zerwał się wicher i wszystkie odleciały poza granicę naszej krainy. Problem jest jednak inny, bowiem do połączenia medalionów potrzebne jest berło legendarnego króla smoków, które po tamtej bitwie czarownice nam ukradły. Chcieliśmy go odzyskać, ale przez te lata dowiedzieliśmy się tylko, gdzie się znajduje… Jest w Pałacu Królewskim w samym centrum Witchlandu… Waszym zadaniem byłoby zdobyć berło, wrócić z nim do naszej krainy i wtedy moglibyśmy połączyć je z medalionami.

– Po co wracać? – zapytałam. – Nie mogłybyśmy połączyć tych medalionów tam na miejscu?

– Jeśli zrobicie to w Witchlandzie, to będzie duże prawdopodobieństwo, że czarownice odbiorą wam berło prędzej niż medaliony zdążą się połączyć.

– Rozumiem – odrzekłam trochę speszona po mojej nieprzemyślanej propozycji.

 Muszę przyznać, że chciałam pomóc tym smokom. Oczywiście bałam się, ale pomyślałam sobie, że może taka przygoda coś odmieni w moim nudnym życiu… Albo będzie jeszcze gorzej. Potem przyszedł wspomniany wcześniej Aganiks, który wytłumaczył wszystko dziewczynom. Jeszcze raz uzgodniłyśmy całość. Byłyśmy gotowe…

 Aganiks oznajmił nam, że do Witchlandu wyruszymy nazajutrz, natomiast dzisiaj przygotuje nas do walki. Wytłumaczył nam, iż czarownice najbardziej ze wszystkiego nie znoszą róż, w każdej postaci, czy to same płatki, czy jakieś pachnidło o charakterystycznym zapachu. Po prostu nienawidzą róż. Właśnie dlatego każda z nas dostała torbę po brzegi wypełnioną różami, a na samym spodzie była awaryjna fiolka z różanymi perfumami. Potem zostałyśmy zaproszone na kolację, podczas której podano same specjały smoczej kuchni.

 Po posiłku zaprowadzono nas do pokojów. Każda miała swój. Mogłam zażyć kąpielii położyć się spać. Wtedy jednak zaczęły nachodzić mnie złe myśli…

 Odczuwałam strach. Czy wszystko się powiedzie? Czy wszystko będzie dobrze? Chciałam spojrzeć na mój naszyjnik, ale dla bezpieczeństwa został mi zabrany. W tym samym momencie do mojego pokoju weszła Lena. Chciała porozmawiać, bo także miała natłok złych myśli. Usiadła na brzeżku łóżka i patrzyła na mnie. Nie wiedziałam, jak mogę jej pomóc, bo sama sobie nie radziłam, dlatego stwierdziłam krótko:

– Będzie dobrze!

Wtedy Lena wyszła, a ja zaczęłam wierzyć w to, co sama powiedziałam. W końcu dałam sobie radę ze stratą rodziców, dałam sobie radę z terroryzującą mnie koleżanką, daję sobie radę z Elizą, to dlaczego nie miałabym sobie dać rady z czarownicami?

 Następnego dnia wyruszyłyśmy. Jednak jeszcze przed wyjazdem dowiedziałyśmy się, że mamy przybyć do Witchlandu przebrane za czarownice i dlatego Li i Jeny nie mogą z nami wyruszyć, ponieważ nie ma wiedźm o tak nietypowym wyglądzie (jeśli czytacie od początku, to na pewno wiecie, o co chodzi). Tak więc wyruszyłyśmy: Lena, Natasza i ja – Kaśka. Zostałyśmy przyodziane w szare płaszcze i oczywiście spiczaste kapelusze. Potem poszłyśmy na pociąg… Tak, na pociąg.

 Z początku też nie mogłam w to uwierzyć, ale między Krainą Smoków a Witchlandem kursuje pociąg, dokładnie taki, jakie mamy w Polsce. Smok Aganiks ostrzegł nas, że będzie to długa podróż, bo kilkugodzinna. Potem na miejscu mamy się kierować znakami i nie bać się pytać o drogę, bo nikt nas nie będzie o nic złego podejrzewał. Gdy już zdobędziemy berło, przykazał skryć się w pobliskim lesie i poczekać do zmroku, bo czarownice boją się być w lesie, gdy jest ciemno. Potem kazał nam, jak gdyby nigdy nic, udać się na peron i wrócić do Krainy Smoków. Na koniec życzył nam powodzenia. 

 Wsiadłyśmy do pociągu. Droga dłużyła się niemiłosiernie. Przez okno oglądałam krajobrazy. Widziałam malowniczo wyglądające góry. Miały przeróżne kolory, począwszy od brązowych, przez rdzawo – pomarańczowe, do żółtych. Nad nimi unosiły się obłoki. Przepięknie to wyglądało. Przypomniały mi się moje jedyne udane wakacje… W Bieszczadach. Byłam na nich, kiedy mieszkałam w domu dziecka. U nas, w bidulu, za wzorowe zachowanie i dobre wyniki w nauce dziesięcioro wychowanków miało prawo do wyjazdu w Bieszczady. Zatrzymaliśmy się nad Jeziorem Solińskim, właśnie w miejscowości Solina. Mieszkaliśmy w domkach. Codziennie wychodziliśmy na wycieczki. Graliśmy w siatkówkę, w koszykówkę, w piłkę nożną, w co kto chciał. W ośrodku śpiewaliśmy, tańczyliśmy, oglądaliśmy filmy. Było cudownie! Wielka szkoda, że takie piękne chwile tak szybko przemijają…

 Jednak, wracając do naszej misji. Podróż powoli dobiegała końca. Usłyszałyśmy, że to już Witchland. Trzeba było wysiadać…

 Weszłyśmy do miasta. Wyglądało ono jak normalne, zwykłe miasto, podobne do Krakowa czy Warszawy. Po chwili zobaczyłam pierwsze czarownice. Jedne szły, inne leciały na miotłach. Wyglądem przypominały zwykłe kobiety. Jedne były piękne i zgrabne jak modelki, inne troszkę brzydsze, jak to bywa u normalnych ludzi. Żadna z nich nie wyglądała jak te szkaradne stworzenia z legend. Wręcz przeciwnie, czarownice zdawały się być miłe. Widziałam, jak się uśmiechały do siebie i przekazywały sobie uprzejmości. 

 Wtem ujrzałam coś, co wprowadziło mnie w osłupienie. W Witchlandzie – krainie czarownic –  można było spotkać czarownika. Zaczepiłyśmy jednego z nich i spytałyśmy o drogę. Jakimś dziwnym sposobem mówił takim językiem, że wszystkie go rozumiałyśmy. Był młodym, bardzo przystojnym czarownikiem. Miał oczy czarne jak węgiel i uśmiech tak wdzięczny, jakiego jeszcze w życiu nie widziałam. Zrobił na mnie ogromne wrażenie. 

 Powiedział, że Pałac Królewski jest całkiem niedaleko i sam się właśnie do niego wybiera, dlatego pokaże nam drogę. Prawdę mówiąc, nie chciałam, żeby z nami szedł. Obawiałam się, że zacznie nam zadawać jakieś pytania, a my (ciemne masy) nie będziemy wiedzieć, co mu odpowiedzieć. Oczywiście miałam rację.

– Jakoś nigdy was tu wcześniej nie widziałem. Skąd jesteście? – zwrócił się do mnie.

– Z daleka – odrzekłam trochę speszona.

Choć w istocie była to prawda, bałam się kolejnych pytań, ale on nie był usatysfakcjonowany tą odpowiedzią.

– A tak dokładniej to skąd? – uśmiechnął się.

– Z zachodu – rzuciła Natasza, chcąc ratować sytuację.

– A z tych terenów zajętych przez smoki czy z tych, które jeszcze nie zostały zagarnięte przez te gady.

 Osłupiałyśmy. Byłam tak zdziwiona, że czarownik zaczął mnie poklepywać

po ramieniu, żeby sprawdzić, co mi jest. Emocje sięgnęły zenitu i zemdlałam. Obudziłam się po chwili, ocucona wodą. Czarownik patrzył na nas jak na wariatki. Już na pewno się domyślił, że coś jest z nami nie tak, bo to pytanie nie powinno być dla nas takim szokiem. Jednak my nadal nie wiedziałyśmy, co zrobić. Co jest grane? Kto tak naprawdę potrzebuje pomocy? Kto kłamie, a kto mówi prawdę? Miałam mętlik w głowie. Zastanawiałam się, co teraz z nami będzie.

– Proszę, opowiedz nam, o co chodzi z tymi smokami, bo my już dawno nie byłyśmy w domu i nie wiemy, co się stało?

Tak Natasza zapytała czarownika o tę dziwną sytuację. Trzeba jej było przyznać trzeźwość umysłu i uznać, to za bardzo dobre zagranie.

– Jak to? Przecież o tym jest głośno w całym kraju, a wy nic nie słyszałyście? – zaśmiał się. – No, ale jak nie wiecie, to wam powiem, zanim kolejna z was straci przytomność. Odkąd królowa Korianna nie żyje, zaczął się straszny mętlik w kraju.

– To wiemy – rzekła Natasza, choć było to kłamstwem.

– Właśnie, i wtedy do nowej królowej przyleciał król smoków i jego nadworny sługa Aganiks.

– I co dalej? – słuchałyśmy coraz bardziej zaciekawione, a zarazem oburzone.

– I zaproponował jej, żeby zgodziła się na połączenie naszych państw i stworzenie potęgi, ale nasza królowa oczywiście odmówiła…

– Ale dlaczego? – wyrwało mi się.

– No, jak to? Przecież kiedyś już nasze państwa były połączone i smoki zrobiły z nas niewolników. Wybaczcie, dziewczyny, ale jakieś dziwne jesteście. Najpierw nie wiecie, jaka jest sytuacja w kraju, a potem okazuje się, że nie znacie najważniejszych faktów historycznych naszego państwa. Coś mi tu nie gra i wy coś ukrywacie. 

Czarownik patrzył na nas jak na idiotki i wcale mu się nie dziwiłam. Palnęłam okropne głupstwo.

W tamtej chwili jednak wiedziałam, że na pewno nie możemy zabrać tego berła, a wręcz przeciwnie, musimy sprawić, aby zostało jak najlepiej zabezpieczone. Temu czarownikowi mogłyśmy zaufać, bo uznałam, że nie miał po co kłamać, a ci oszuści, smoki, mieli jeszcze Jeny i Li, które również potrzebowały pomocy. 

– Tak, ukrywamy… – powiedziałam i zaraz poczułam na sobie spojrzenia, które przeszywały mnie na wskroś. – I potrzebujemy właśnie twojej pomocy. 

Nie wiedziałam, czy dobrze robię, ale co nam zostało. Same na pewno byśmy sobie nie poradziły.

– Słucham – czarownik powiedział trochę zakłopotany. – Jak mogę wam pomóc?

– Powiemy ci, ale nie tutaj. Gdzie można znaleźć jakieś ustronne miejsce?

– Pójdźmy do parku – powiedział.

Tak zrobiliśmy. W parku siedliśmy na ławce i wytłumaczyłyśmy Oziemu, bo w końcu nam się przedstawił, naszą historię od początku do końcu. Tak naprawdę to obawiałyśmy się jego reakcji, bo równie dobrze mógł na nas donieść i uwięziliby nas, ale nie wierzyłam, że może to zrobić. Miał w swoich oczach takie coś, że czułam się bezpieczna. On jednak nic nam nie powiedział, ale ja widziałam, że się boi. Zaproponował nam, abyśmy poszły do królowej, ale kategorycznie odmówiłyśmy. Skąd mogłyśmy wiedzieć, czy nie każe nas wtrącić do lochu, czy tam do więzienia, jak zwał tak zwał, do niewoli. Ozi jednak zaśmiał się i wytłumaczył nam, że u nich w krainie w ogóle nie ma więzień, bo nikt tu nie łamie prawa. Zdziwiłyśmy się, ale była to wielka ulga. Skoro nie było więzień, mogłyśmy iść do królowej.

 Ozi zaprowadził nas do Pałacu Królewskiego. Wpuszczono nas bez żadnych oporów. To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Wnętrze wyglądało jak w bajce.

Nie było ścian, ale lustra. Sufit miał złoty kolor, a oprócz tego w pomieszczeniu znajdowały trzy piękne żyrandole z najprawdziwszych kryształów. Potem przeszliśmy do sali, w której  siedziała królowa. Nie spodziewałam się, że od razu zechce nas przyjąć. W ogóle w tym kraju wszystko działo się błyskawicznie, jak pojawiał się problem, to od razu znalazł się ktoś chętny ci pomóc. Tak więc spotkałyśmy się z królową. Okazało się, że Ozi jest jej nadwornym sługą i to właśnie dlatego zostałyśmy tak szybko przyjęte.  Znów opowiedziałyśmy naszą historię. Monarchini, bardzo wytworna brunetka, o czarnych oczach, słuchała uważnie, a gdy skończyłyśmy, na jej twarzy pojawiło się widoczne oburzenie. 

– A to wredne istoty i pomyśleć, co by było, gdybym się zgodziła na ten ich układ. Tak w ogóle to dziękuję wam, że przyszłyście z tym do mnie. Zaraz ukryjemy to całe berło w skarbcu królewskim. Tam nikt się nie dostanie – powiedziała królowa.

– A co będzie z naszymi koleżankami? One są w Krainie Smoków i pewnie nadal nic nie wiedzą

o tym, że smoki to oszuści – zapytałam, ale wtedy naszła mnie pewna myśl.

Przecież to wszystko mogło być ukartowane. Jeny i Li specjalnie zostały ze smokami, w razie gdybyśmy dowiedziały się prawdy, mieli je za zakładniczki. Tak, wszystko nabierało sensu.

 Jej wysokość zaproponowała nam, żebyśmy zostały w zamku przez kilka dni, bo może smoki zaczną nas szukać. Nie myliła się. Po dwóch dniach zaczęły się naloty na Witchland. Szukali nas. Władczyni kazała nam się ukryć w skarbcu. Było tam cicho i spokojnie. Wszędzie mieniło się złoto, srebro i inne kruszce. Byłyśmy bezpieczne, ale mimo wszystko czułam ogromny niepokój. Bardzo się bałam. Nagle do skarbca wszedł Ozi. Powiedział, że mamy natychmiast zgłosić się do królowej. W jego oczach ponownie widziałam ogromny niepokój, jednak ufałyśmy mu nawet bardziej niż monarchini. Wyszłyśmy z naszego ukrycia, ale od razu coś wydało mi się dziwnie, gdyż Ozi prowadził nas w stronę wyjścia, a nie salonu władczyni. Wkrótce weszliśmy do jakiegoś dziwnego pomieszczenia. Nagle zobaczyłam dwie związane postacie. Okazało się, że były to Jeny i Li. Zaraz zaatakowałyśmy  Oziego, oczekując wyjaśnień. On początkowo nic nie odpowiedział, ale po chwili…

– Teraz słuchajcie i nie przerywajcie mi, dopóki nie skończę. To wszystko, co ja wam powiedziałem, to wszystko, co omawiałyście z królową… To wszystko było kłamstwem. Tak naprawdę to te biedne smoki potrzebują pomocy. Zaczęło się od tego, że królowa rzuciła zaklęcie na zamek smoków i wiedziała wszystko, co się tam dzieje, wszystko, co planowaliście. Postanowiła, gdy już przybędziecie, przekonać was, że tak naprawdę to nie my, a smoki zagarnęły nieswoje ziemie. Ja miałem się zająć doprowadzeniem was do Pałacu Królewskiego, a resztę załatwiła królowa. Teraz kazała mi zniszczyć berło, a was zlikwidować…

Tego było już za wiele. Nie mieściło mi się to wszystko w głowie. Jak on mógł? Jak? Przecież tak bardzo mu ufałyśmy, a on okazał się być zwykłym oszustem.

– Skoro masz nas zabić, to po co nam to wszystko mówisz! Bierz nóż albo cokolwiek chcesz i rób swoje!

Krzyczałam jak opętana. Byłam wściekła.

– Nie po to wam to wszystko mówię, żeby teraz was zabić! – Ozi także był wściekły. – Wtedy, kiedy ona kazała mi was tu sprowadzić, jeszcze was nie znałem. Nie wiedziałem, jakie jesteście. Zawsze mi wmawiano, że ludzie to paskudne i wredne istoty, które należy tępić za wszelką cenę. Ale ja naprawdę was polubiłem i nie chcę, żeby wam się stała krzywda. Nie wiem, czy mi wybaczycie, ale na razie najważniejsze jest to, żeby wam się nic nie stało – wściekłość czarownika zamieniła się w opanowanie.

Tak naprawdę, to wtedy już przestałam się na niego gniewać. Miał w sobie coś takiego, że pomimo wszystko nie mogłam długo czuć do niego urazy. Nagle z korytarza zaczęły dochodzić dziwne hałasy. 

– Nie mamy dużo czasu – zaczął Ozi. –  Udało mi się sprowadzić tutaj te dwie wasze koleżanki…

– Sprowadzić… – przerwała mu Li. – Dobrze powiedziane. Związał nas i tu przyniósł.

– To nieważne. Ważne, że jesteście tu wszystkie – obruszył się Ozi. – Nie mamy dużo czasu, bo zabrałem królowej różdżkę, aby otworzyć wam portale, żebyście mogły wrócić do domów.

Nie zastanawiając się, Ozi zaczął wypowiadać jakieś zaklęcia. Po kolei każda z nas wchodziła w smugę światła. Ja byłam ostatnia w kolejce. Już miałam wejść do tego portalu, gdy nagle drzwi pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy, otworzyły się. Zobaczyłam wściekłą królową.

– Ty zdrajco! – krzyczała. – Zapłacisz mi za to!

Zaczęła wypowiadać jakieś zaklęcie. Widziałam przerażenie w oczach Oziego. Zadziałałam instynktownie. Po prostu wyciągnęłam z plecaczka garść płatków róż i rzuciłam nimi w królową, a czarownika złapałam za rękaw i weszłam z nim w portal.

 Cała podróż między światami trwała bardzo krótko. Po chwili ja i Ozi znaleźliśmy się w mojej ukochanej bibliotece. Przed nami leżała książka, którą oglądałam, zanim zostałam przeniesiona do Krainy Smoków. Czarownik siedział przede mną skulony. Był bardzo blady, bardzo przestraszony. Gdy podeszłam do niego, zobaczyłam, iż próbuje ode mnie uciec.

– Co się stało? – zapytałam, jednak nie było odzewu ze strony Oziego.

Siedział tylko i patrzył w stronę książki. Nagle jednak skierował wzrok w moją stronę.

– Wiem, że chciałaś dobrze, ale ja nie mogę tu zostać… Umieram…  Ja muszę wrócić do Witchlandu. Tutaj nie przeżyję długo.

– Przecież jak wrócisz, to królowa cię zabije.

– Ale tutaj tym bardziej nie przeżyję. To wasze powietrze mnie zabija – Ozi bladł coraz bardziej.

– Podaj mi tę książkę. Zaufaj, wszystko będzie dobrze. 

Posmutniałam, ale przecież Ozi musiał wrócić, choć szansa na to, że przeżyje, była niewielka. Podałam mu tę książkę, żeby mógł się przenieść do Witchlandu. Zanim jednak czarownik wrócił do domu, mocno go przytuliłam. Naprawdę nie chciałam, żeby wracał. Potem już tylko otworzył tę książkę i zaraz go nie było.

 W końcu wróciłam do domu, a tam zostałam zasypana pytaniami: gdzie zniknęłam i dlaczego. Nikomu nic nie powiedziałam. Przecież i tak nie uwierzyliby. Od tamtej pory jednak nikt nie traktował mnie tak jak wcześniej. Nawet Eliza przestała mi dokuczać. Najwidoczniej brakowało im mojej skromnej osoby. Było mi z tego powodu bardzo miło.

 Tak sobie żyłam jeszcze pięć lat, a potem  poszłam na studia, które zafundowało mi miasto za wzorowe wyniki w nauce. Naprawdę byłam szczęśliwa, że w końcu wyprowadziłam się z małego miasteczka. Ciągle jednak nie dawało mi spokoju to wydarzenie z dzieciństwa. Chciałam się też dowiedzieć, co się dzieje z dziewczynami, których przecież nie widziałam tyle czasu. Właśnie dlatego zaczęłam ich szukać w internecie. Co się okazało? Wszystkie moje stare znajome po tych wydarzeniach utrzymywały i utrzymują ze sobą kontakt i wszystkie studiują na tej samej uczelni w Stanach Zjednoczonych. Napisałam do jednej z nich, do Li. Naprawdę ucieszyła się, że się odezwałam, bo dziewczyny szukały mnie od dłuższego czasu, ale niestety nie znalazły. Odnowiłyśmy nasze kontakty. Wtedy zaczęła nas męczyć jeszcze jedna sprawa. Co się stało z naszymi medalionami. Dziewczynom co prawda aż tak bardzo na nich nie zależało, ale dla mnie to była jedyna pamiątka po rodzicach.

 Pewnego dnia, kiedy wróciłam do domu na sobotę i niedzielę, doznałam jakiegoś natchnienia. Poszłam do biblioteki i zaczęłam szukać tej książki, która przeniosła mnie do Krainy Smoków, a Oziego do Witchlandu. W końcu wyciągnęłam ją z półki i, co dziwne, wypadła z niej dość ciężka, duża, szara koperta. Z tyłu była podpisana moim imieniem. Natychmiast ją otworzyłam. W środku znajdowało się pięć medalionów i liścik. Jego treść była następująca:

Kochana Kasiu!

To ja, Ozi. Widzisz, przeżyłem. Wyobraź sobie, że kiedy wróciłem i królowa to zobaczyła, znów chciała mnie zabić i zaczęła rzucać zaklęciami pozbawiającymi życia wszelkie istoty. Ukryłem się za sofą, aby uniknąć strzałów i wtedy królowa trafiła w lustro znajdujące się nad tą sofą. Ono odbiło pocisk i trafiło prosto w nią. Sama zabiła się swoim zaklęciem. Po tym wydarzeniu jej siostra objęła tron i wycofała czarownice ze smoczych terenów. Kazała mi to oznajmić smokom i kiedy tam pojechałem, spotkałem Aganiksa. Ucieszył się na wieść o tym, że są wolni, ale martwiło go, co się z wami stało. Dlatego opowiedziałem mu całą historię, która was spotkała i zapewniłem go, że nic wam nie jest i bezpiecznie wróciłyście do domu. Gdybyś widziała, jak się cieszył. Potem już tylko dał mi te medaliony i powiedział, że muszę je oddać. Tak więc przesyłam Ci je w nadziei, że przekażesz pozostałym dziewczynom ich własność. Żyj zdrowo. Chciałbym was jeszcze kiedyś spotkać.

Ozi  

Wzruszyłam się, czytając to. Cieszyłam się, że tak potoczyły się sprawy smoków i czarownic.

 Do tej pory nigdy więcej nie udało mi się dostać do Krainy Smoków i Witchlandu, ale ciągle mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się to stanie. Na razie muszę wam powiedzieć, że szczęśliwie zostałam doktorem nauk przyrodniczych, mam dom, męża i dzieci, czyli mam upragnioną rodzinę, taką prawdziwą. Z moją przyszywaną mamą i Elizą także utrzymuję kontakt i oczywiście z moimi koleżankami z zagranicy. Przesłałam im te medaliony, ale listu nie pokazałam. W końcu był do mnie i tylko do mnie. Cieszę się, że moje życie się tak potoczyło i że moja historia będzie przekazana innym… Bo powiem wam w sekrecie, że oprócz dziewczyn to tylko wy o niej wiecie.

 

Koniec

Komentarze

Opowieść dosyć sztampowa, sporo mocno wytartych schematów, ale przynajmniej są jakieś zwroty akcji. Chyba dopiero zaczynasz flirt z pisaniem, sądzę, że ciekawe pomysły jeszcze Cię znajdą.

W międzyczasie możesz trenować warsztat. Zwróć uwagę na powtórzenia, popróbuj szukać synonimów różnych słów, na przykład dla królowej i smoków, to urozmaici tekst. Dobrze by się stało, gdybyś usunęła część zaimków – tak, wiem, znowu trzeba szukać synonimów. :-) Trafiają się błędy w konstrukcji zdań – na przykład pisząc zdanie z imiesłowem, nie wolno zmieniać podmiotu, bo wtedy bzdury wychodzą. Zauważyłam jakąś literówkę, ale mam wrażenie, że poświęciłaś wiele wysiłku, żeby to opowiadanie wyglądało jak najlepiej.

Babska logika rządzi!

Julko123, posłuchaj Finkli. Trenuj, ucz się, rozwijaj. To nic, że chwilami będzie trudno, bo nasz język do najprostszych nie należy, ale za to jest ładny i elastyczny, bogaty. Połącz jego dobrą znajomość z nowymi pomysłami – tego Tobie życzę.

Dziękuję za przeczytanie i na pewno skorzystam ze wszystkich wskazówek. Pozdrawiam

Początek opowiadania nie zachęcał. Znane chwyty – portal do magicznego świata, wielka misja – nie zachęcały do lektury. Za to później te twisty fabularne, naprawdę zacząłem się dobrze bawić. To ciągłe lawirowanie między prawdą i kłamstwem wyszło interesująco.

 

Gdyby jeszcze warsztatowo było lepiej…

 

 Z po­cząt­ku też nie mo­głam w to uwie­rzyć, ale mię­dzy Kra­iną Smo­ków a Wit­chlan­dem kur­su­je po­ciąg, do­kład­nie taki, jakie mamy w Pol­sce. Smok Aga­niks ostrzegł nas, że bę­dzie to długa po­dróż, bo kil­ku­go­dzin­na. 

A to udany ( choć leciwy ) żart :)

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Dziękuję za opinię i również pozdrawiam.

Jeśli masz rzeczywiście trzynaście lat to… Nieźle zaczęłaś :-) Opinie Finklo i Adama, mogą wydawać się surowe, ale są tak naprawdę zachętą do dalszych pisarskich prób. Warto, bo to duża frajda, choć po drodze bywa ciężko. Samo opowiadanie rzeczywiście, nieco naiwne, więc wrzucam je w głowie do kategorii bajek o smokach – tam pasuje przyzwoicie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Może to nie jest najlepsze opowiadanie jakie tu czytałam i dostrzegłam po drodze wiele schematów i błędów wynikających z braku warsztatu – ale pal to sześć ;-) W opowiadaniu jest taki dziewczyński urok że aż przypomniałam sobie samą siebie w wieku podstawówkowym kiedy też chciałam trafić do jakiejś bajkowej krainy i uratować świat.

Poza tym większość młodych pisarek stara się na siłę pisać jak najdojrzalej i tworzy to komiczny efekt, u Ciebie tego nie ma, opowiadanie jest szczere i bezpretensjonalne. Chociaż akcja gna na złamanie karku i może przydałoby się więcej konfliktów czy samych rozmów między bohaterkami (trzy przyjaciółki od razu uwierzyły w opowieść Oziego? żadna nie miała wątpliwości?), to jednak czytało się bardzo sympatycznie. Wiele jeszcze przed Tobą pracy (kurcze brzmię jak staruszka mentorka :-() ale czuję że będzie coraz lepiej :) 

No, trzynastolatko, trochę pracy na pewno przed Tobą, ale masz i czas, i wyobraźnię, więc na pewno będzie dobrze.

To opowiadanie przeczytałam nawet z zainteresowaniem. Zdecydowanie za bardzo gnasz z akcją, nie zastanawiając się zbytnio nad logiką wydarzeń. Dlaczego dziewczyny uwierzyły tak od razu – najpierw smokowi, potem Oziemu, a potem znowu Oziemu, kiedy ten zmienił front? Zanadto się śpieszysz, warto przystopować i zastanowić się nad wiarygodnością przedstawianej historii.

Czytaj, ćwicz, szlifuj warsztat – a efekty też przyjdą.

Bardzo dziękuję wszystkim za miłe słowa :).

Nowa Fantastyka