- Opowiadanie: natalia15 - SMOK EUZEBIUSZEK I JEGO KOSMICZNA PRZYGODA

SMOK EUZEBIUSZEK I JEGO KOSMICZNA PRZYGODA

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

gwidon

Oceny

SMOK EUZEBIUSZEK I JEGO KOSMICZNA PRZYGODA

Natalia Bil

SMOK EUZEBIUSZEK I JEGO KOSMICZNA PRZYGODA

 

 

Jestem smok Euzebiuszek, bo zawsze lubię mieć pełny brzuszek. Tak, wiem, że mógłbym mieć na imię Mlekopij, jak mój kolega, czy po praprapradziadku nazywać się Smok Wawelski i wtedy wołaliby na mnie Waluś. Niestety, od smokolęcia lubię pić dużo mleka i głaskać się po brzuszku. To już taki odruch bezwarunkowy. Kiedy skończyłem pięć smoczych lat, rodzice poszli ze mną do szamana Smokobrodego, by ten pomógł mi pozbyć się tego odruchu. Rozpalał wokół mnie jakieś ognie o przedziwnym sosnowym zapachu, tańczył jakiś taniec wyginaniec i wciąż powtarzał: „Om mani padme hum”. Skutek tego był taki, że odruch jak był, tak pozostał, a ja wiele smoczych dni, miesięcy, a nawet lat wciąż słyszałem te słowa szamana, od których cierpła mi skóra. Dopiero, kiedy nauczyłem się czytać, uspokoiłem się. Dowiedziałem się bowiem, że jest to mantra: „Om mani padme hum”, która została wyryta w języku tybetańskim na skale, na zewnątrz Pałacu Potala w Lhasie i słowa te oznaczają: „Bądź pozdrowiony, klejnocie w kwiecie lotosu”. Wypowiadane poszczególne dźwięki sylab mają uspokajać oraz wnikać w smoka lub inną żywą istotę, która je powtarza i przekształcać w dobro sześć uczuć, przeszkadzających w drodze do oświecenia, tj.: dumę, zazdrość, przywiązanie, niewiedzę, skąpstwo, gniew.

Jednak najgorsze jest to, że jestem jedynakiem. Od maleńkiego marzyłem o młodszej siostrzyczce, która miałaby takie śmieszne dwa kucki z czerwonymi kokardkami jak ta mała smoczka spod dziewiątki. Nic z tego. Z żadnego jajeczka nigdy nie wykluło się smoczątko. Nie wiadomo dlaczego. Z czasem rodzice przestali mówić o rodzeństwie dla mnie, a ja przestałem się dopytywać. Zwłaszcza, że pewnego dnia tatuś przyniósł mi pieska i powiedział:

– To jest Klopsik, opiekuj się nim i dbaj o niego, a będziesz w nim miał najwierniejszego przyjaciela i powiernika twoich sekretów. Synu, kocham cię.

I tak oto moja rodzina z trzech istot rozrosła się do czterech.

Inne smoczki lubią zjadać biedne owieczki, szewczyków, porywać królewny, zionąć ogniem, a ja uwielbiam obserwować gwiazdy. Potrafię wgapiać się w nie godzinami i marzyć o wyprawie na inną planetę w poszukiwaniu nieznanej i niezbadanej cywilizacji. A, byłbym zapomniał. Mam jedenaście lat smoczych i mieszkam w małej miejscowości nad morzem, która nazywa się Neptunaria. Położona jest ona w północnej części Dragonarii – krainy smoków. Dragonaria liczy ok. 38 mln mieszkańców, z czego 70% stanowią smoki.

Od wszystkich innych smoczków odróżnia mnie niebieski kolor skóry. Dziwne, powiecie? Otóż, nic w tym niezwykłego, a przynajmniej nie w mojej rodzinie. Mój tata był niebieski, dziadek i dziadka dziadek też. Przed laty władca naszego morza Smoczosejdon rzucił klątwę na mojego pradziadka za to, że wbrew zakazom złowił jego najcenniejszą rybę i podarował ją królewnie sąsiedniej krainy na gwiazdkę.

Moim najlepszym przyjacielem jest Edek z kl. VI c. Jemu to fajnie. Jest zielony jak najnormalniejszy smok. Jak każdy smok, potrafi zionąć czerwono-żółtym ogniem na kilometr, a może i dwa. Jego skóra pokryta jest śluzem, na jej powierzchni wystają brodawki. Edek ma cztery łapy, a z każdej wyrastają cztery ogromne, ostre pazury. Cała postać jest przerażająca i ohydna.

O mnie mówią, że jestem wciąż na „budyniu”, czyli uśmiechnięty, a moje ziajanie ogniem nikogo nie jest w stanie przestraszyć. Niebieskie łuski, które jak się zdenerwuję iskrzą, wzbudzają zaciekawienie. Kiedyś nieźle oberwałem od smoczoganów, którzy chcieli podpiąć mnie do prądu i oświetlić w ten sposób całą ulicę Czterech Dębów.

To właśnie wtedy pojawił się Edek i zdmuchnął ich na drugi koniec miasta. Od tej chwili zostaliśmy najlepszymi kumplami. Razem siedzimy w ławce, razem spędzamy wakacje, chodzimy do kina, na imprezy, a nawet podobają nam się te same dziewczyny. Najczęściej umawiamy się z bliźniaczkami lub smoczycami o dwóch głowach. Wtedy każdy z nas ma smoczoczynę dla siebie i nie musimy się o nią bić. Raz wybraliśmy się z taką jedną smoczycą Lukrecją z kl. VI a na melanż i jak zaczęliśmy tańczyć, to te jej dwie głowy owinęły się wokół siebie jak śrubka i było tyle śmiechu. W końcu przyszedł ochroniarz i rozplątał pannę, a nam było głupio, że nie zachowaliśmy się jak rycerze, no, ale przecież jesteśmy smokami, no nie?

Pewnego zimowego dnia Edek podarował mi magiczną gumkę, która spełnia marzenia każdego bogatego czy biednego smoka, pracoholika czy obiboka. W pierwszej chwili roześmiałem się. Gumka, zwykła biała gumka ma spełnić moje marzenie? Spodziewałem się, że dostanę od niego na urodziny klocki lego, z których wyczaruję pojazd kosmiczny napędzany silnikiem elektrycznym. Lot załogowy na Marsa był bowiem od smokolęcia moim marzeniem. Tymczasem Edek, składając mi życzenia, powiedział:

– Potrzyj trzy razy gumką o papier koniecznie rozmiaru A3, pomyśl życzenie, a ono się spełni. Pamiętaj tylko, że musisz bardzo wierzyć w to, co chcesz otrzymać, bo tylko wiara czyni cuda i sprawi, że wszystko się uda.

– Dzięki! – klepnąłem go po ogonie. – Chodźmy, zagramy w gwiezdne przestworza – odparłem nieco rozczarowany.

W poniedziałek rano jak zwykle trzeba było iść do szkoły. Smocza szkoła mieści się w ogromnej pieczarze, w której jest mnóstwo krętych korytarzy i tajemnych przejść. Jedno z nich podobno prowadzi do zamku Złego. Jak jesteśmy niegrzeczni, co zdarza się dość często, to wychowawczyni zamyka nas w jednym z tych przejść i musimy go oczyszczać z pająków i pajęczyn. Nigdy nie wiadomo, kiedy i który korytarz doprowadzi do Złego, a wtedy…  

 Krążą pogłoski, że pięćset lat smoczych temu, jeden ze smoczolatków, czyli uczniów III klasy gimnazjum, trafił do Złego i musiał ożenić się z jego córką. Ohyda! Żenić się z jakąś królewną pachnąca niezapominajkami czy innymi kwiatkami. Taką czyściutką, kruchutką i w ogóle taką niesmoczą.

 Niby szkoła jest okey, ale trzeba się uczyć przedmiotów, które słabo mnie interesują. Jako pasjonat gier komputerowych i książek o badaniu kosmosu najchętniej uczęszczałbym tylko na lekcje astronomii i geografii. Pani Eleonora jest niezwykle sympatyczną smoczycą i opowiada takie ciekawe i zapierające dech w nozdrzach historie. Często też oglądamy filmy o innych planetach, gwiazdach, asteroidach czy galaktykach. Obserwowaliśmy też przez teleskop zaćmienie Słońca oraz najdalszą planetę naszego Układu Słonecznego – Pluton. No i, co tu dużo mówić, nasza pani ma takie śliczne turkusowe oczy i takie dwa dołeczki, jak się uśmiecha, i w ogóle jest taka czadowa.

Tak więc właśnie dzisiaj pani powiedziała:

– Drogie smoczki, narysujcie pojazd kosmiczny, którym chcielibyście podróżować w smoczoprzestrzeni i odkrywać inne planety.

Postanowiłem narysować sondę Curiosity-Sol 57, która bada powierzchnię Marsa.

W pewnym momencie pomyliłem się i wymazując niechcianą linię, pomyślałem sobie, jak wspaniale byłoby zapisać się na misję NASA i polecieć na Marsa. Tyle słyszałem o planowanych na tę planetę lotach załogowych, o projekcie Mars – 500, o planach jego skolonizowania przez naszych.

Pewnie zdziwicie się, dlaczego akurat Mars wzbudza moje zainteresowanie, a nie inna planeta. Otóż, od małego słyszałem od wszystkich:

 – Ty pewnie jesteś z Marsa. Masz taki dziwny kolor skóry, niezbadany naukowo. Nigdy nie mogłem tego pojąć. Przecież od nas z Dragonarii Mars jest widoczny jako pomarańczowa kula, nie niebieski jak ja. Ale cóż, niech się śmieją. Kiedyś zostanę słynnym badaczem przestworzy i do tego bogatym. Może będę nawet organizował wczasy na Marsie lub innej planecie?

Poza tym Mars posiada, jako jedyna dotąd znana nam planeta, na biegunach ogromne czapy lodu. Wystarczy tylko ocieplić atmosferę, aby pojawiły się oceany i by mogło istnieć życie. Nie ma tam tlenu, więc trzeba będzie tłoczyć powietrze do pomieszczeń zamkniętych i uważać na brak siły grawitacji. Poruszanie się po nim w stanie nieważkości musi być pasjonujące.

A wiecie, że dzień na Marsie jest tylko o kilkadziesiąt minut dłuższy niż u nas w Dragonarii i że są tam takie same pory roku jak u nas, tylko trwają dwa razy dłużej? Wyobrażacie sobie dłuższe lato, a więc i podwójne wakacje? Ale super!

Uśmiechałem się do tych myśli, gdy dobiegł mnie głos naszej pani:

– Proszę oddawać prace, za pięć minut dzwonek i koniec lekcji!

Po szkole, jak zwykle, poszliśmy z Edkiem pokopać trochę w piłkę i poćwiczyć ziajanie ogniem. Edek tłumaczy mi technicznie, jak wydmuchiwać powietrze, by ogień miał większy zasięg. Przygotowujemy się na urządzane u nas, co roku na wiosnę, zawody w ziajaniu ogniem. Wygrywa ten, kto na większą odległość zionie. Ubiegłoroczny rekord wyniósł dwa kilometry piętnaście centymetrów i należał do takiego jednego gimnazjalisty z III a. Potem odrobiłem lekcje, popatrzyłem na telewizor i o godzinie 21.00 mama kazała mi się położyć spać. Dzień jak co dzień.

W nocy obudziło mnie trzaskanie okna. Wyjrzałem przez nie i właśnie wtedy porwał mnie podmuch powietrza, uniósł w górę niczym wichura unosi mały listek i wdmuchnął mnie z całej siły w jakąś kapsułę. Wszędzie było ciemno. Słyszałem tylko szum wiatru, a może nawet wycie smoczych psów.

– Mamo, mamo gdzie jesteś? – zawołałem i wtedy właśnie rozbłysnęło tysiące świateł i usłyszałem taki głos jak na peronach PKP, które widziałem w telewizji:

– Uwaga! Uwaga! Zostaliście wytypowani przez organizację amerykańską NASA do pierwszego w historii lotu załogowego na Marsa. Tu są skafandry kosmonautów, proszę się w nie ubrać. Pomogą wam przetrwać w próżni kosmicznej. Startujemy!

Niemożliwe, ja, pierwszy smok, mieszkaniec Neptunarii w kosmosie? Nagle spostrzegłem innych dookoła mnie, którzy podobnie jak ja mieli głupkowate wyrazy twarzy i szeroko otwarte oczy.

Nasza załoga składała się z pięciu smoków w wieku zbliżonym do mojego i dowódcy. Nawet nie wiem kiedy i jak unieśliśmy się w przestworza i popędzili, z prędkością przekraczającą prędkość światła, na orbity. Dowódca nasz powiedział, że lecimy odkrywać nie tylko życie na Marsie, ale i ich mieszkańców. Uważał bowiem, jak większość z nas, że na obcych planetach mieszkają kosmici. Kwestia tylko przesłania im odpowiednich komunikatów, że i my, smoki, istniejemy w rzeczywistości, a nie tylko w bajkach, legendach czy podaniach.

Każdy z nas dostał więc zadanie. Ja musiałem uprzedzić kosmitów, że lecimy do nich i, że mamy pokojowe zamiary. Jak to zrobiłem? Otóż, za pomocą specjalnych sond wysyłałem promieniowanie magnetyczne, którego fale zawierały informację, że zbliżamy się. Wysłałem też na platformie sondy Pioneer złotą płytę z pozdrowieniami nagranymi w pięćdziesięciu pięciu językach świata, no bo nie wiedziałem, czy zrozumieją nasz smoczy język. Na płycie były też nagrane różne dźwięki, np. odgłosy śmiechu królewny, mowa króla, kroki smoków i orszaku królewskiego, szumiące liście, muzyka najwybitniejszych twórców, głosy różnych gatunków smoków, zwierząt, odgłosy deszczu uderzającego w dach jaskini, płacz smokolęcia i jeszcze wiele innych.

W pewnym momencie coś nagle szarpnęło i znaleźliśmy się na powierzchni Marsa. Jak wyglądała? Przepiękna, złotobrązowa, a właściwie rdzawo-czerwona kula. Czytałem kiedyś, że powierzchnia Marsa zawiera tlenki żelaza, stąd pewnie ta czerwona barwa. Odkryłem na niej niesamowite skały tzw. link. Ujrzałem tysiące kraterów, przemierzyłem doliny, pustynię i zero, zero jakiegokolwiek istnienia. Byłem rozczarowany. Dowódca lotu powiedział, byśmy się nie przejmowali, tylko poruszając się w próżni kosmicznej, spróbowali przedostać się w głąb planety, jak najbliżej najwyższej góry Układu Słonecznego Olympus Mons. Może tam blisko kanionu Valles Morineris odnajdziemy kosmitów. Szukając ich, zastanawiałem się, jak mogą oni wyglądać. Czy mają wzrok, słuch, dotyk, czy zioną ogniem tak jak my smoki, czy płaczą i krzyczą jak nasza królewna czy król, czy są weseli czy smutni, czy tak jak ja chodzą do szkoły, czy zawierają przyjaźnie, co jedzą, jakiej muzyki słuchają, w co grają, w jakich zawodach pracują, czy maja marsjańskie psy? Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, jak wyglądają zwierzęta, owady rośliny na innych planetach? Jak wyglądają sami Marsjanie? Czy są podobni do nas smoków i tak jak my mają jedną, dwie, trzy, cztery głowy, długi ogon, wielkie łapy, skrzydła, czy umieją latać, chodzą na czterech czy dwóch łapach, czy mają długie złote włosy jak nasza królewna, czy mają brody jak król, są zieloni jak smoki czy tak dziwni jak ja?

Niestety, oprócz kraterów i leżących co jakiś czas olbrzymich skał, a może odłamków meteorów nie spotkałem niczego, co wskazywałoby na życie na tej planecie. Spostrzegłem tylko, że moja planeta Smokoziemia świeci na marsjańskim niebie jaśniej niż jakakolwiek gwiazda i jest małą kropką. 

Rozczarowany, rozejrzałem się za moimi współtowarzyszami. Stali nieopodal, równie jak ja zawiedzeni, ze spuszczonymi smoczymi ogonami, opadniętymi skrzydłami i wzrokiem wbitym we własne łapy.

Nagle, w oddali, ujrzałem mojego przyjaciela Edka, który prowadził za rękę dwa niebieskie stworki. Podobnie jak i my, były one ubrane w coś, co przypominało kombinezon, a obok nich biegło coś na kształt niebieskiej gąsieniczki. Kto to jest? Zadałem sobie pytanie. Skąd tu Edek? Dlaczego one są niebieskie tak jak ja? Czyżbym faktycznie były z Marsa?

– Cześć, stary smoku! Nie spodziewałem się ciebie tu spotkać – powiedział Edek.

– Skąd się tu wziąłeś?

– Przyleciałem lotem załogowym w ramach projektu Mars – 500 – odparłem.

– A ty, co tu robisz? Kto to ci niebiescy o dwóch łapach? Skąd mają moją złotą płytę

z pozdrowieniami? – zadawałem Edkowi tysiące pytań.

On tylko mrugnął okiem i wyszczerzył te swoje białe zębiska i tak się uśmiechał i uśmiechał. Kosmici wzięli mnie za rękę, obrócili się dookoła niczym Ziemia wokół własnej osi i …w tym momencie znów stałem w swoim własnym oknie, wiatr rozwiewał mi szczecinkę, nadchodziła burza.

Nagle błyskawica rozdarła niebo. Ujrzałem coś na kształt niebieskiej, machającej mi postaci, a może mi się tylko zdawało. Deszcz zaczynał padać coraz mocniej. Zamknąłem okno, położyłem się. Wciąż nasłuchiwałem odgłosu uderzającego o szyby deszczu i rozmyślałem: „ Czy to był sen, czy jawa? ”

Rano obudził mnie dźwięk budzika. Jak zwykle musiałem wstać. Znów ten kolejny, nudny dzień. Mycie się, śniadanie, szkoła, odrabianie lekcji, pomaganie mamie, spanie.

Powlokłem się do kuchni i zdębiałem. Na stole kuchennym, zamiast jak zwykle płatków z moim ulubionym mlekiem, znalazłem album z napisem: „Zdjęcia z podróży na Marsa”. Byłem tam ja w kombinezonie kosmonauty, niebiescy kosmici, złota płyta, sfotografowana powierzchnia Marsa. Wszystko to, co widziałem dzisiejszej niesamowitej nocy. Czyżby jednak mi się to nie śniło? Czyżby gumka naprawdę była „nieziemska” i spełniała marzenia? Przecież ja tylko malowałem sondę Curiosity-Sol 57, tylko czytałem o planowanych lotach załogowych na Marsa, tylko, czy może aż? Może naprawdę tam byłem, przecież mam album, ale skąd? Kto zrobił te zdjęcia, jak mi je dostarczył? Czyżby Edek?

Jedno wiem na pewno. Może następnym razem zobaczę, jak wygląda Wenus,

bo, jak mówią, my faceci smoki jesteśmy z Marsa, a smokokobiety – z Wenus.

 

 

Koniec

Komentarze

Lekki tekst, młode smoczki wzbudzają sympatię. Jesteś młoda, nie masz jeszcze doświadczenia, tysięcy przeczytanych książek na koncie, posługujesz się prostym językiem. Sprytnie zmieniłaś to w atuty, tworząc równie młodego bohatera i używając pierwszoosobowej narracji, która musiała wypaść naturalnie.

Co jeszcze można poprawić? Liczby zapisujemy słownie. Uważaj na powtórzenia; taka “królewna z sąsiedniego królestwa” nieładnie wygląda, lepiej zastąpić czymś królewnę (na przykład córką władcy) albo królestwo (może kraina). Wypowiedzi bohaterów powinny zaczynać się od myślnika

Dlaczego smok uważa, że na Marsie nie ma grawitacji?

Babska logika rządzi!

No no no… Wypada ochoczo powtórzyć za Koleżanką Finklą, co napisała o tekście, o Tobie.

Postaraj się usunąć potknięcia, o których napisała Finkla. Tekst można edytować, więc bez większych problemów powstawiasz brakujące przed wypowiedziami myślniki.

Hoho, hehe. Na pewno ta czternastka z nicku to Twój wiek? Nieźle, nieźle.

Też bym się zdziwił czternastką. Naprawdę bardzo zgrabne! Aczkolwiek Mars załatwiony chyba trochę za szybko i przez to, jak dla mnie, nie do końca zrozumiały.

Rówieśniczka …

Chyba mamy trochę odmienne wyobrażenia o smokach :)

Co do tekstu – uśmiechnęło mną nawet, choć preferuję jednak mocniejsze klimaty. Tworzysz taki różowy, bajkowy świat i nieźle ci to wychodzi, ale mam pewne wątpliwości: jedenastolatkowie na melanżach? Coś mi to nie pasuje … ;)

Już chyba tak zostanie. Trza się przyzwyczaić, że Tomba bywa na NF mocno nieregularnie. "Gdy ktoś pyta, czy może coś wziąść, należy mu odpowiedzieć że owszem, może to braść."

Kto tu znowu zgłosił komentarz do moderacji? Potrzeby nie ma :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Sympatyczny tekst. Choć infantylność aż bije po oczach. Im dalej, tym bardziej ta naiwność zaczynała mi przeszkadzać i zniechęcać do lektury.

Choć jak na 14 lat, to i tak jestem pod wrażeniem.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Jeśli tylko wiek autorki jest prawdziwy – no, to powtarzać pochwały i komentarz Finkli mi przyszło :-)

 

Znaczy lekka bajka, od większego dziecka dla mniejszego dziecka. :-) Brawo!!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Uroczy tekst, smoki też. :)

Dziewczyno, masz potencjał, nie zmarnuj go, pisz i publikuj, chociażby tutaj.

Nowa Fantastyka