- Opowiadanie: sesi19 - Stając się smokiem

Stając się smokiem

Wszelkie dziwnie brzmiące słówka pochodzą z języka japońskiego.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Stając się smokiem

Na głazie, w cieniu starego dębu, gdzie rodzeństwo odpoczywało po całodziennej wędrówce, leżała jaszczurka, a przynajmniej coś do niej podobnego. Wśród złotych liści tonęła niczym pojedyncza kropla w obliczu ogromu morza, dlatego Quijam prawie ją przeoczyła. Tylko lekki połysk wyróżniał stworzenie z jednolitego otoczenia.

– Zobacz – powiedziała do brata, który właśnie wrzucał kolejny grzyb geri hasshō do wypełnionego po brzegi koszyka. Huang z ulgą odstawił go na ziemię, po czym uważnie przyjrzał się siostrze.

– Znowu wymyślasz? – Pokręcił głową, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Nic dziwnego, że nie zauważył jaszczurki i tego, jak szeroko otworzyła pysk. Wyzierał z niego czarny, chropowaty jęzor. – Babcia mówiła, żebyś przestała zmyślać. Nikt nie lubi kłamczuch. – Podniósł rękę, jak przy każdej lekcji wychowania, lecz nie uderzył siostry.

– Ja nie kłamię – pisnęła, odruchowo zasłaniając się rękami. – Nie kłamię, sam zobacz!

Chłopak przewrócił oczami, po czym spojrzał na głaz.

– Tam nic nie ma.

– Podejdź bliżej, ma taki złoty kolor, że ciężko ją odróżnić. – Wskazała palcem. Jaszczurka potarła o niego pyskiem, jak kot, który łasi się do swego pana. Huang podszedł bliżej, po czym ukląkł przy głazie.

– Tu nic nie ma, Quijam, tylko liście. Chodź już do domu, ciemno się robi.

– Ale mogę ją zabrać? Mogę, mogę?

– Jasne – odpowiedział, zrezygnowany. – Nie będzie mi przeszkadzać. Babci chyba też.

Dziewczynka wzięła jaszczurkę na ręce. Była szorstka i słabo nadawała się do głaskania, lecz przyjemne ciepło ogrzało ręce dziewczynki. Wsadziła ją do koszyka i zamknęła pokrywkę. Nareszcie miała swoje zwierzątko.

– Jesteś ślepy, Huang – powiedziała. – Ślepy, jakbyś wcale nie miał oczu.

 Chłopak pogłaskał Quijam po głowie i nie odzywając się wcale, ruszyli leśną ścieżką w kierunku domu. W ślad za nimi, w pewnym oddaleniu, na granicy tego co widzialne, maszerowała kobieta. Ubrana była w białą piżamę, której proste piękno psuły plamy zaschniętej krwi.

***

Przy obieraniu grzybów hasshō trzeba bardzo uważać. Najważniejsze jest dokładne ściągnięcie skóry z kapelusza. Wystarczy zostawić mały kawałek, by osoba, która zje nieobranego grzyba, przez całą noc puszczała potworne gazy. Należało wówczas jak najszybciej uciekać z dupą na dwór, ponieważ ów gaz zawierał wielce szkodliwe elementy – typu nienawiść i chęć mordu ze strony najbliższej rodziny. Natomiast zjedzenie całego kapelusza ze skórą powodowało rozerwanie od środka.

Obierali je w dwójkę, podczas gdy babcia dokładnie przyglądała się każdemu kapeluszowi i poprawiała wszelkie niedoskonałości. Huang patrzył na to z mieszaniną strachu i politowania – kobieta sprawowała kontrolę mrużąc niedowidzące oczy. Dodatkowo Quijam wcale nie starała się ułatwić życia opiekunce. Co rusz parskała śmiechem, a hasshō wylatywały jej z rąk. Huang uznał, że pójdzie spać bez kolacji.

– Weź się do pracy. Mamy jeszcze cały drugi koszyk, a jutro trzeba wstać wcześnie rano.

– Ale ona jest tak zabawna. Patrz! No zobacz!

Jaszczurka zbiegła z czubka jej głowy, wspięła się na nieco za duży nos i zupełnie jakby chciała spojrzeć na Huanga, osłoniła ślepia przednią kończyną. Quijam cała zatrząsała się ze śmiechu , przez co zwierzątko straciło równowagę i upadło na podłogę. Jaszczurka leżała teraz wygodnie rozłożona na plecach, obserwując swoimi złotymi ślepiami Huanga. Dziewczynka nie dała rady się powstrzymać i ponownie wybuchnęła śmiechem.

– Cicho – krzyknął Huang.

Babcia natomiast odłożyła robotę i cichym, starczym głosem, zapytała:

– Co ty znowu wymyślasz, dziecko? Wiecznie to samo, ja już nie mam do ciebie siły…

Huang spojrzał na siostrę z wyrzutem, lecz nie powiedział ani słowa. Odtąd pracowali w milczeniu – nawet jaszczurka posmutniała. Położyła się na kolanie Quijam i zasnęła. Dziewczynka pogrążyła się w pracy oraz w smutnych, pełnych gniewu i złości myślach. Brodziła w nich jak w śmierdzącym bagnie, które z każdym rozpaczliwym ruchem wciąga głębiej i głębiej, pochłaniając bez reszty.

Nikt jej nie wierzył, od zawsze. Pierwsze lanie za kłamstwo dostała w wieku dwóch lat, tuż po wypowiedzeniu swojego pierwszego słowa. Babka bez zastanowienia uderzyła malusią Quijam w tyłek, na co dziewczynka wybuchła płaczem.

Także teraz, gdy skończyli obierać grzyby, a Huang zaczął smażyć je na patelni, dziewczynka podeszła do okna i wypowiedziała dokładnie to samo słowo. Wyraźniej i znacznie pewniej niż przed dziesięcioma laty.

– Mama.

Kobieta stała w świetle księżyca, w ubabranej krwią sukni. Bez słowa patrzyła na córkę, której twarzy wyrażała jedno. Radość.

– Mama tu jest.

Babcia i Huang spojrzeli na siebie przelotnie, po czym przenieśli wzrok na Quijam. Dziewczynka stała zamurowana, czy raczej uraczona, by nagle rzucić się kierunku drzwi. Huang był szybszy. Zagrodził jej przejście i zasunął rygiel.

– Nigdzie nie pójdziesz – powiedział krótko.

– Tam jest mama.

Patrzyli na siebie w milczeniu. Słowa, które mogłyby teraz paść, zostały wypowiedziane już wielokrotnie i nie było sensu ich powtarzać. Huang wiele by oddał, by to Quijam miała rację. Ale tak nie mogło być. Nie w jego świecie. Uderzył siostrę powyżej lewego ucha. Dziewczynka padła i po kilku sekundach w szoku wybuchnęła płaczem.

– Ona nie żyje. Lepiej to zapamiętaj – powiedział nieco histerycznym tonem. Chciał ją podnieść, lecz spostrzegł, że babka każe mu odejść.

– Niech leży – powiedziała chłopakowi, a następnie odezwała się do dziewczynki. – Kłamcy nie zasługują na miejsce w łóżku. Od dzisiaj śpisz na podłodze. Może jeszcze staniesz się normalna.

Huang, zerkając na zwiniętą w kłębek siostrę, podszedł do okna. W świetle księżyca dostrzegł tylko pustą polanę. Rosły tu niegdyś kwiaty i zioła, które wyglądały jak upadła na ziemię tęcza. Matka czerpała z niej pełnymi garściami najrzadsze lecznicze specyfiki: kwiaty inunokuso (bardzo dobrego na trawienie), korzenie minikui on'na na problemy z potencją, a także potężny afrodyzjak, zwany powszechnie jako penisu.

Teraz jednak polanę oraz miejsce w chacie, wypełniła pustka. Odchodząc, zostawiła maleńką Quijam. Wiedział tylko, że to stało się w trakcie porodu, kiedy wiózł zioła na sprzedaż do odległej wioski. Po powrocie nie zastał matki. Tylko Quijam, jej mniejszą kopię. Ich podobieństwo sprawiało chłopakowi niemal fizyczny ból.

Odszedł od okna, nie dostrzegając matki, która z smutną twarzą ścinała kwiaty – już od dawna zwiędłe, zgniłe i wyrzucone na kompost.

Huang chciał podnieść siostrę, która w dalszym ciągu leżała w tej samej pozycji na twardej, drewnianej podłodze, wyczuł jednak milczącą naganę babki. Położył się do łóżka. W śnie, który nadszedł po długich godzinach walki ze samym sobą, na próżno szukał ukojenia.

Było to w każdym razie lepsze od tego, co spotkało Quijam. Gdy zgasły wszystkie światła, a pokój wypełniło chrapanie babki, dziewczynka zauważyła, że nie ma czego tu szukać. Wszystko, czego chciała od życia, było za oknem, w ramionach matki. Oczywiście wiedziała, że nie żyje. Wiedziała także, że mogła z nią porozmawiać, co było znacznie milsze od ciągłego wysłuchiwania rozkazów i ponagleń.

Matka zjawiała się zawsze, gdy jej córka nie mogła zasnąć. Siadała przy łóżku i cichym głosem śpiewała kołysanki. Nikt jej nie słyszał, dlatego łatwo było wziąć Quijam za wariatkę. Jak jednak wytłumaczyć, że znała słowo „mama”, które było zakazane dla jej uszu?

Poczuła ciepło na ręce. Jaszczurka dotknęła jej dłoni kolącym pyskiem, po czym obróciła się w kierunku drzwi, jakby wskazała drogę. Quijam patrzyła na to z osobliwą mieszanką radości, strachu i nadziei. Nie czuła się dorosła ani silna, wiedziała także, że matka może służyć jej co najwyżej dobrą radą. Kto będzie obronnym ramieniem? Ta mała jaszczurka?

Dziewczynka podniosła się, łapiąc zwierzątko na ręce. Poczuła ciepło, którego nie zaznała w tym domu od bardzo dawna. Gdy obejrzała się na brata i babkę, spali w najlepsze. Miała nadzieję, że widzi ich po raz ostatni.

Cicho, cichuteńko podniosła skobel i wyszła na zewnątrz. Obeszła wokół cały dom, lecz nigdzie nie widziała matki. Spostrzegła ją dopiero na skraju lasu – stała odwrócona plecami i zerkając przez ramię, ruszyła w czeluść rzadko porosłych buków. Quijam wsadziła jaszczurkę w kieszeń fartucha, po czym pobiegła przed siebie.

***

Odnalazły się w centrum lasu, pod starym dębem. Między jego gałęziami, jak klejnot w koronie, świecił zimny i szaleńczo uśmiechnięty księżyc.

– Nareszcie. Bałam się, że zabłądziłaś.

Matka siedziała na głazie, założywszy nogę na nogę. Jej czerwona od krwi sukienka pozostała nieruchoma mimo silnego wiatru, który targał gałęziami drzew. Quijam wpadła jej w ramiona, lecz nie poczuła dotyku. Spojrzała w czarne, pozbawione życia oczy.

– Nie czekałaś – powiedziała bez strachu. – Mogłyśmy pójść razem.

– Jeszcze nie czas, na chodzenie tymi samymi ścieżkami, dziecko – odparła, bezskutecznie targając włosy Quiijam. – Uciekłaś z domu – stwierdziła. – To dobrze, przynajmniej możemy normalnie porozmawiać. Oczywiście zaraz tam wrócisz. Nie, nawet nie zaczynaj. Postanowione.

Dziewczyna chciała się zezłościć, ale pomimo najszczerszych chęci, nie była w stanie.

– A teraz wyjmij jaszczurkę.

Quijam ze zdziwieniem zauważyła dziwną nutę w głosie matki. Ciężko było określić, co to jest: smutek, tęsknota, czy może radość? Wszystkie te emocje, a najprawdopodobniej jeszcze kilka dodatkowych, zostały wymieszane w jednym krótkim zdaniu i wyrzucone na świat bez spodziewanego ukojenia.

– Skąd o niej wiesz?

– Gwoli ścisłości, to on. Nazywa się Etouy. Znamy się już od wielu lat. Naprawdę wielu, słonko. Ale o tym opowiem ci później.

Jaszczur wychylił paszczę z kieszeni Quijam. Jednym okiem spojrzał na jej matkę i pisnął. Radośnie.

– Ty go widzisz – zawołała Quijam. – A Babcia i Huang mówili, że sama go wymyśliłam.

– Oczywiście, że widzę. Mogę go nawet dotknąć. – Wzięła go na ręce i głaskała po grzbiecie, jak jakiegoś futrzaka. Etouy rozciągnął się wygodnie. – Napotkawszy pytające spojrzenie córki, kontynuowała. – Tak samo jak ty i nie możesz dotknąć słońca, tak samo twój brat i babka nie mogą zobaczyć mnie, ani Etouya. Czują tylko zimny powiew, dreszcz na plecach, obecność, która kryje się pomiędzy cieniami. Czują to, lecz nie widzą. Nie mają tego daru, co ty i ja. Są jak ślepcy, którzy nie chcą słuchać o ptakach, kwiatach i drzewach. Ale to nie ich wina, więc nie miej im tego za złe. Każdy biedak nienawidzi bogatych.

– To dlaczego ciągle mówią, że to ja jestem wina. Dlaczego?

– Kościotrupy, co gadają o technice podcierania dupy, jak mówi stare powiedzenie. To tylko gadka. Nie musisz słuchać ludzi, którzy się na tym nie znają.

Dziewczynka roześmiała się w głos, co wcale nie oznaczało, że przestała czuć gniew oraz ból w skroni po ciosie brata. Z empatią patrzyła Etouya, który niemal rozpływał się z przyjemności w kredowo białych dłoniach. Uśmiech nie schodził z twarzy matki.

– Ech, ale jesteś słabiutki – powiedziała do Etouya. – Mogłabym cię zgnieść jak muchę Widziałaś te ząbki? Jak u niemowlaka… Łuska wcale rybia. Cherlak – prychnęła, oddając zwierzątko córce. – Musisz na niego uważać, póki nie urośnie i nie zacznie uważać na ciebie.

– Przecież to tylko jaszczurka, nie urośnie więcej.

– Nie, drogie dziecko. Mylisz się. To smok. – Dzięki promienistemu uśmiechowi, twarz matki przez moment wyglądała jak żywa.

Quijam w pierwszej chwili nie zrozumiała, o co chodzi. W pełni godziła się z istnieniem ducha matki, który wychowuje ją od najmłodszych lat i jaszczurki, niewidocznej dla innych ludzi. Ale smok? Quijam była już duża i wiedział, że smoki istnieją tylko w baśniach. Pięknych i kolorowych historyjkach dla głupich dziewczynek.

Quijam długo patrzyła na Etouya, próbując dostrzec jakąkolwiek smoczą cechę. Na próżno.

– To jaszczurka.

– Och, Quijam, proszę cię! Trzymasz go w rękach i nie czujesz? Przecież to żywy piec. A że nie wygląda jak smok? Gdybyś tylko widziała siebie w moim brzuchu…

– Ale…

– Nie wierzysz? Daj go tu na chwilę.

Dziewczyna nareszcie zauważyła małe, lecz ostre pazurki, gdy starała się odczepić Etoyula od własnej ręki. Tym razem wzbraniał się przed dotykiem matki, jakby przeczuwał, co go czeka. Oderwała go, brużdżąc sobie skórę dłoni. Jednak widząc jego ból, przestała myśleć o własnym.

Wyrwał się uścisku, by dziabnąć matkę w rękę, jednak w porę chwyciła jego pysk. Odwróciła go w drugą stronę, w kierunku omszałego głazu, i jednocześnie nacisnęła miejsce po obu stronach głowy, tuż poniżej pyska. Z rozdziawionej paszczy buchnął płomień. Świat nagle pojaśniał kolorami zniszczenia i śmierci. Sam płomyk był raczej wątły, lecz wypuszczony w zwartej strudze. Mech momentalnie stanął w ogniu. Płonął, czyszcząc głaz z zieleni.

Matka wreszcie puściła szczękę Etouya. Quijam dopiero wtedy zauważyła, że cała oblała się potem. Nie tylko przez ogień, ale głównie przez emocje, jakie wywołał u niej pokaz. Jeśli ktokolwiek, w tym ona sama, wątpił, że jaszczurka (już smok) nie jest prawdziwa, płonący mech rozwiał wszelkie wątpliwości.

– Mam cię jeszcze przypiec, żebyś uwierzyła?

– Nie.

Matka oddała jej smoczka, lecz Quijam wzdrygała się przed wzięciem go na ręce. Kiedy jednak dotknęła jego łusek nie czuła gorąca. Położył pysk na jej rękach i zamknął ślepia.

– Przez jakiś czas będzie osłabiony. Kładź go przy kominku, żeby cały czas było mu ciepło. Zapamiętałaś?

– Dobrze, mamo. Tylko… po co?

Matka podrapała się po głowie, jak za czasów, kiedy jeszcze cokolwiek ja swędziało.

– To już całkiem inna historia. Posłuchaj.

***

Gdy wróciła do domu, trzymając w rękawie osłabionego smoka, wszyscy jeszcze spali. Brat chrapał cicho, babka natomiast wyła jak potępieniec. Akurat tak się złożyło.

– To ona mnie wydała – powiedziała matka swym martwym, beznamiętnym głosem.

Quijam jakby nigdy nic wzięła się za rozpalanie ognia. Przydałaby się pomoc, lecz Etouy w dalszym ciągu pozostał zimny i senny. Dziewczynka pomyślała, że nosząc takie ciepło w sobie nie trzeba byłoby rozpalać codziennie ogniska. Byłoby świetnie.

Po chwili ogień zapłonął w kominku. Quijam przesunęła Etouya na granicę paleniska, pewna, że żar nie jest w stanie mu zaszkodzić. Smok był zadowolony – przeciągnął się, po czym zwinął w kłębek, jak zwykły kot. Dziewczynkę nigdy nie interesowały baśnie o tych stworzeniach. To Huang słuchał ich z wypiekami na twarzy, chłonął historie, które jego siostrę na poły przerażały i bawiły.

Quijam położyła się przy Etouyu. Gdy dotknęła jego brzucha, zasyczał cicho, jak woda gotująca się w czajniku, a para buchnęła z nosa. Robił się coraz cieplejszy.

– Jego ciepło nie bierze się znikąd. Jest jak głaz, który magazynuje żar słońca. Jak ogień, który potrzebuje iskry, by zapłonąć.

Na zewnątrz panował ziąb. Poczuła to dopiero teraz, niemalże rzuciwszy się w objęcia płomieni. Gdy przywykła do zimnych poszturchiwań wiatru i poszczypywania mrozu, przestała zauważać otaczający ją chłód. Dopiero teraz czuła, że taje.

Pierwsze jasne promienie słońca wpadły przez okno. Huang chrząknął coś pod nosem, by nagle poderwać się na łóżku. Gorączkowo potoczył dookoła wzrokiem, a gdy dostrzegł Quijam, na jego twarzy wystąpił wyraz ulgi.

– Śpisz? – zapytał. Na początku milczała, lecz po dłuższej chwili, odpowiedziała, wzdychając.

– Już nie.

– Miałem dziwny sen – powiedział, zerkając na siostrę, by po chwili odwrócić wzrok w kierunku okna. – Wydawało mi się, że zniknęłaś. Ale jesteś tutaj. To dobrze.

Milczała. Gdy Huang wstał z łóżka, Quijam ciaśniej zwinęła się w kłębek. Każdy krok brata, każde skrzypnięcie desek, czuła głęboko w całym ciele. Wystarczyło by podniósł głos, by dziewczynka wybuchnęła płaczem i schowała głowę w ramionach. Huang odezwał się jednak delikatnym, pojednawczym tonem.

– Niechciałem tego zrobić – powiedział, siadając obok. Nawet smok na moment odwrócił pysk od ognia, by spojrzeć na chłopaka. Huang mówił, patrząc na skaczące po drewnie płomienie. – Czasami nie mogę się powstrzymać. Jakby siedział we mnie jakiś potwór, który przejmuje kontrolę nad tym, co robię. Babka mówi, że to dobrze, ale ja wiem, że wcale nie. Staram się nad tym panować, ale gdy mówisz o mamie… Zupełnie jakbyś ją widziała… Po prostu nie daję rady.

Quiajm chciała dorzucić drzewa, lecz nie mogła się ruszyć. Jeśli teraz tego nie zrobi, ogień mógł wygasnąć.

– Czy chciałbyś coś jej powiedzieć? – zapytała, rzucają szczapę w palenisko. Jakby słysząc wygłaszane tu herezje babka chrząknęła i przewróciła się na drugi bok, dlatego Huang przysunął się bliżej siostry i szepnął jej do ucha.

– Tylko, że tęsknię.

Kiedy babka zaczęła przeciągać się na łóżku, Huang odskoczył od siostry jak oparzony. Był już dzień, musieli brać się do roboty. Chłopak miał dzisiaj naprawić cieknący dach, podczas gdy dziewczyna ruszyła z babką do lasu zbierać grzyby. Dobrze się składało.

– Przyjdź tu za dnia – poleciła jej matka. – Musisz się dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć co Etouy nawyczyniał temu drzewu. Część już zarosła, ale powinnaś to zauważyć. – Quijam miała odnaleźć ślady pazurów u podstawy pnia dębu. Ślady mówiące o czasach, gdy smok był prawdziwym smokiem, a jej matka cieszyła się nie tyle zdrowiem, co życiem.

Wychodząc, zostawiła Etouya przy dogorywającym ognisku. Babka jak zawsze milczała. Szła przygarbiona, krok za krokiem, uważnie rozglądając się na boki. Quijam skręciła w las na tyle głęboko, że wcale nie czuła jej obecności. Widziała tylko czarną plamę, która od czasu do czasu schyla się, by podnieść coś z ziemi. W tym roku grzyby niemal same wskakiwały do koszyków.

Babka nieszczególnie protestowała, gdy Quijam oddzielała się, by wyruszyć na samotne poszukiwania. Było jej to wręcz na rękę, lecz nigdy nie powiedziała tego głośno. Dziewczyna mogła chodzić gdzie tylko chciała, wystarczyło by zebrała odpowiednią ilość grzybów.

Dotarła tam z na wpół wypełnionym koszykiem. W jasnym świetle dnia dostrzegła znacznie więcej szczegółów, szczególnie że wiedziała, gdzie powinna patrzeć.

Zadarła wysoko głowę. Kilka metrów nad ziemią, w okolicach podstawy gałęzi, widniała długa na dziesięć centymetrów rysa. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykły ubytek w korze. Było jednak wykonane zbyt precyzyjnie, przypominało cięcie nożem. Albo ślad pazurów. Wytężając wzrok, Quijam zauważyła pozostałe cztery ślady, każdy w rozstępie piętnastu centymetrów.

– Kiedy wbijał się w górę, cały świat wibrował. Pod skrzydłami mógł pomieścić chatę. Może nawet porwać go w przestworza, nie wiem…  Wszystko zamierało by podziwiać latającego na tle słońca Etouya. A później rzucali się do ucieczki, gdy wydał najcichszy okrzyk. Ludzie biegli do domów. Zwierzęta wariowały na polach. Bali się. Nic dziwnego, że chcieli go skrzywdzić.

Głaz, na którym znalazła smoka, był potężny. Znała go od najmłodszych lat, dlatego nie zaszokował jej ogromem. Miał przynajmniej dwa metry wysokości. Spłaszczenie u podstawy pozwalało przysiąść zmęczonemu wędrowcowi, nawet tak niewysokiemu jak Quijam.

– To na nim mnie zabili. Wszyscy z wioski. Położyli i… Nie chcesz o tym słyszeć, ja nie chcę mówić. Ale tak było, Quijam, tak było.

Między głazem a drzewem widniała szpara. Wśród leśnego mroku zdawała się niczym więcej, tylko kolejnym cieniem. Quijam, tak jak poleciła jej matka, wsadziła tam swoją wąską rękę. Nie napotkała oporu. Dopiero zgrubienie łokcia nie pozwoliło jej dostać się głębiej.

– To tu tworzyłam wszystkie eliksiry. Na niestrawność, bóle głowy, ostrość widzenia i wszelkie sprawy cielesne, o których nie masz jeszcze pojęcia. Tu powstała magia: ta spajająca i ta rozdzielająca ludzi. Magia przywołująca umarłych za grobów i wysyłająca wiadomości na tamten świat. Tylko wiesz co, Quijam? To sztuczki, a nie prawdziwe czary. Ludzie po prostu widzą, co chcą widzieć. Ja tylko znam… znałam odpowiednie korzenie, zioła i proporcje, które wskażą ludziom drogę. Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwe czary, przyjrzyj się Etouyowi.

– Przywali wejście do mojej groty tym głazem. Niezłe zabezpieczenie, prawda? Wszyscy mężczyźni z wioski go przepychali. Aby już nikt nigdy nie wezwał na te ziemie smoka.

Quijam oparła się o skałę. Na skórze czuła delikatny ciąg powietrza, które przesycone było ponurą i ciężką aurą przyszłych dni. Dziewczynka oddychała powoli, nic niewidzącymi oczami patrzyła w dal. Mama mówiła prawdę – pomyślała.

– To twoja babka mnie wydała. Sama przyprowadziła ludzi do mojej kryjówki. W zamian za co? Spokój, życie? Tak naprawdę nie ma ani jednego, ani drugiego. Już nie.

***

Gdy wróciła do domu, Etouy w dalszym ciągu spał przy kominku. Nie wydawał się zdolny do palenia ludzi żywcem, równania z ziemią domostw i pożerania bezbronnych owieczek. Był słodki jak mały kotek, który bawi się kłębuszkiem. Jak smok, który bawi się stosem zwęglonych ciał. Quijam pomyślała, że jej dzieciństwo nie przebiega w prawidłowy sposób.

– Ludzie nie mogą zabić smoka. Nie takiego, jakim był Etouy. Zabijając mnie, odebrali mu ciało, ale nie duszę. Dusza zawsze jest silniejsza.

Huang kręcił się na podwórzu. Babka siedziała przy stole i patrzyła na dziewczynkę, która wrzucała kolejne szczapy do ognia.

– Tyle czasu cię nie było, pewnie zebrałaś pełno grzybów.

Quijam postawiła koszyk na stole.

– Pół. Jak na takiego darmozjada to i tak dobry wynik. Pewnie znowu szlajałaś się po lesie, żeby tylko wymigać się od pracy. Bierz nóż i obierz swoje. Później pozamiatasz.

Przedtem Quijam podniosła Etouya, dopiero potem chwyciła za nóż i usiadła na krześle. Jednak więcej uwagi niż grzybom poświęciła babce.

– Widziałam dzisiaj mamę – powiedziała.

Babka nie podniosła wzroku, lecz drgnęła, jakby ktoś szturchnął ja palcem pod bok.

– Znowu zaczynasz? Mało ci już kar i bicia? Może…

– Powiedziała mi jak naprawdę było. Na przykład to, że była wiedźmą i przywołała smoka. I że nie umarła sama z siebie. O Huangu, którego napoiłaś eliksirami i wmówiłaś stek bzdur.

Babka kiwnęła głową, wyprostowała się i spojrzała na wnuczkę. W jej wzrok nie było jakichkolwiek emocji, tylko czysta akceptacja.

– Diabli pomiot. Mogłam od razu cię wyrzucić, zamiast karmić i opiekować jak własne.

Quijam przeciągnęła kciukiem po ostrzu noża. Nie miał problemów z odcięciem nóżki grzyba, ale czy przebije skórę człowieka? Pewnie tak. Potrzeba jednak wiele ciosów, by krótkie ostrze zasiało spustoszenie w ciele.

– Zawsze wiedziałam, że ją widzisz. Że pałęta się tu, jak po swoim. Teraz też tutaj jest?

Dziewczynka pokręciła głową.

– Mogłaś być jak my. Normalna. Ale matka nie pozwoliła ci nawet na to. Gdyby umarła jak zwyczajni ludzie, nie byłoby kłopotu. A teraz mamy naprawdę niezły bałagan.

Rzeczowość tej rozmowy nie mogła przestać dziwić Quijam. Dopiero teraz zauważyła, że to, co uważała za babciną złość, zawiść i głupotę, jest zwykłym zmęczeniem. Jakby wszystko, co złe, zatrzymało się w tej kobiecie i dręczyło ją przez całe życie.

– I ten smok… to największy koszmar jaki przeżyły te ziemie… Ledwo przeżyły. Każdej nocy wybierał się na polowanie, porywał po kilka sztuk z stad, żeby mieć co zeżreć przed snem. Tobie pewnie powiedziała, że wyczarowała go, żeby bronić nas przed zagrożeniem z zewnątrz. Obcą armią na przykład. Tak powiedziała?

– Bo tak było – odparła, przez zaciśnięte zęby. Coś się w niej zmieniło. Zamiast wzbierającego płaczu, czuła tylko gniew.

– Nie było. To twoja matka stanowiła zagrożenie. jedyne od dawna zresztą. Żeby przynajmniej chodziło jej o władzę, ale to była tylko zabawa szalonej wiedźmy. Tej starej wariatki, która wykorzystała mojego Etouya.

Słysząc ostatnie słowo, Quijam powstrzymała się przed zaatakowaniem babki nożem. Rozluźniła nieco uścisk na rękojeści.

– Etouya? – zapytała, odwracając wzrok w kierunku kominka. Smok nie spał i patrzył na dziewczynkę.

– O tym także ci nie powiedziała, prawda? Etouy to mój syn, twój ojciec. Podobno zginął przypadkiem, utopił się w rzece, ale nikt nie wie, jaka jest prawda. Twoja matka szybko wróciła go z zaświatów. Jak zawsze, był na każde jej skinienie.

Dziewczyna trawiła to powoli. W jej myślach kłóciło się to z słowami matki, która mówiła wprost: zabij ją, a Etouy wróci do życia. Powiem ci jak to zrobić. Skończysz cierpienie i ból. Zaczniecie z Huangiem normalne życie, a smok będzie waszą tarczą przeciw złemu.

Drżenie ręki niemal nie pozwalało utrzymać jej noża. Czuła, że jeśli za chwilę wypadnie, bezpowrotnie straci szansę na wymierzenie sprawiedliwości, za lata nękania, bicia i wyśmiewania. Za kłamstwa – nie tylko w stosunku do niej, ale także Huanga.

– Tylko krew uwolni smoka – powiedziała jej matka. – Musisz zabić, jeśli chcesz zapewnić bezpieczeństwo tym ziemiom. I sobie.

Quijam wstała nagle, przewracając krzesło. Chwyciła pewniej nóż, lecz zamiast zaatakować, podeszła do okna. Krok miała chwiejny, jak u pijaka, i gdy dotarła pod ścianę, kurczowo chwyciła okiennicę.

– Dlaczego wcześniej nie powiedziałaś, zamiast opowiadać kłamstwa? – zapytała, odwracając się. – A może znów kłamiesz i każesz mi w to wierzyć?

Starsza kobieta milczała. Quijam miała już rzucić nóż na podłogę i wybiec z chaty, gdy dostrzegła, że Etouy nie leży na swoim miejscu. Stał przed babką i nim dziewczynka zdążyła cokolwiek zrobić, splunął ogniem. Strumień trafił babkę prosto w twarz, lecz smok nie miał zamiaru na tym poprzestać. Ogień wydobywał się z jego małego ciałka, aż ogień ogarnął całe ciało kobiety. Płonęła jak polano.

Czy to krzyk? Quijam nie była pewna. Widziała tylko ogień, który pochłaniał ciało jej babki. Kobieta poderwała się z miejsca, lecz wkrótce upadła. Podsycany przez smoka ogień gorzał bez ustanku. Wkrótce zajęła się podłoga oraz stół. Płomienie strzelały pod sam sufit.

Kiedy ktoś szarpnął ją za ramię, wszystko było ryczącym żywiołem, który już niemal dosięgnął Quijam. Dziewczyna otrząsnęła się z odrętwienia. Poczuła rękę brata, zaciśniętą na jej przedramieniu. Nie pytał o nic; dosłownie wyszarpał ją na zewnątrz.

Stali na podwórzu, patrząc na strzelające w górę płomienie. Ich dzieciństwo ulatywało z dymem do samego nieba.

– Babcia? – zapytał Huang, lecz Quijam nie zdołała mu odpowiedzieć. Dopiero teraz wybuchnęła płaczem i upadła na ziemię. Dlaczego to zrobiłeś?, myślała. Jeśli wszystko było prawdą, zabił własną matkę. Czuła się jak marionetka, która występuje w niezrozumiałym przedstawieniu.

Chłopak chwycił ją za rękę i niemal siłą przeciągnął w bezpieczne miejsce. Ogień objął już cały dach.

– Może się… przewrócić.

To moja wina, myślała Quijam, ukrywając twarz w dłoniach. Sama go tu przyprowadziłam. Dokładnie tak, jak chciała matka.

Gdy zamknęła się we własnych myślach, w domu zaczęło dziać się coś dziwnego. Ogień przestał trawić, co mogło kojarzyć się z człowiekiem, który rozdziawi usta podczas kolacji. Po chwili płomień zaczął się cofać, jak morze w trakcie odpływu. Zostawiał za sobą zwęglone deski. Spływał ze wszystkich stron, zlewając się w jeden punkt.

– Patrz – krzyknął Huang, zaciskając rękę na ramieniu siostry.

Quijam po raz pierwszy ujrzała prawdziwego smoka.

Wystrzelił w niebo, burząc resztki chaty. Rozsypane deski wzbiły tumany kurzu, który sięgnął niemal szczytu drzew. Quijam próbowała coś dostrzec przez gęstą zasłonę, lecz na tle nieba widoczny był tylko niewyraźny cień. Dopiero gdy wiatr zgarnął kurz i zmiótł go między drzewa, ujrzała Etouya w pełnej krasie.

Był potężny. Quijam nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak olbrzymiego. Z małej jaszczurki stał się nagle zakutym w pancerz ptakiem. Dzięki błonom między skrzydłami i ogonowi kierował torem lotu, nie pozostawiając złudzeń, co do umiejętności. Nieśpiesznie, leniwie toczył koła nad chatą. Widać było, że czuje się dobrze. Bez względu na to, że jest mordercą.

Quijam spojrzała na brata. Widział Etouya. Wyraz jego twarzy nie pozostawiał wątpliwości.

– To smok – powiedział. Oddychał ciężko, otwierając usta jak ryba wyrzucona na brzeg. – Smok, Quijam?

– Tak. – Ogień, który miał ją rozgrzać, palił do żywego.

***

Mogli pójść tylko w jedno miejsce.

Huang poruszał się jak w transie, lecz dzięki pomocy siostry dał radę dotrzeć do dębu. Smok już tam czekał. Leżał na polanie, wyciągając wnętrzności z połówki sarny. Spojrzał na dzieci, lecz pozostał obojętny.

Głaz leżał kilkanaście metrów od drzewa, wśród połamanych drzew.

Quijam stanęła w miejscu, łapiąc kurczowo powietrze. Wodziła wzrokiem od smoka do przejścia, które prowadziło do groty wewnątrz dębu. Huang chciał coś powiedzieć, lecz nie dał rady. Zacisnął tylko mocniej dłoń siostry.

– Tam jest mama, nie musisz się bać – powiedziała, drżąc przy tym na całym ciele. Sama nie wiedziała, co bardziej zaszokowało chłopaka: śmierć babki i zniszczenie chaty, czy pojawienie się smoka. Gdy próbowała mu cokolwiek wytłumaczyć (jednocześnie układając sobie wszystko w głowie), Huang sprawiał wrażenie nieobecnego. Pomyślała także o jeszcze jednym słowie, lecz jeszcze nie zdążyła go zaakceptować. Szalony.

Szarpał ją w drugą stronę, w leśną gęstwinę, lecz zagroziła, że w takim razie będzie musiał iść sam. Wolał zostać z Quijam.

Zeszli w dół, ostrożnie stawiając nogi na stromym gruncie. Przekroczyli przejście – dziurę w korze wielkości standardowych drzwi.

Wewnątrz panował półmrok. Quijam potrzebowała kilku sekund, by stwierdzić oczywistość. Dąb był pusty w środku. Ściany tego swoistego domu tworzyła gruba warstwa drewna. Było gładkie i fakturą bardziej przypominało szkło, niż zwykłą deskę.

– To dzięki magii – powiedziała matka. Stała pośrodku drzewa i uśmiechała się promieniście.

W pierwszej chwili nie zrozumiała. Wszystko działo się tak szybko.

– Magia? Mówiłaś coś o korzeniach i zwykłych sztuczkach…

– Może potrafiłam troszkę więcej. Wtedy, gdy jeszcze żyłam. Miałam nadzieję, że tobie przekażę wiedzę, ale ty… jesteś słaba. Byle oszustka przekonała cię do swoich racji. Zawiodłam się, dziecko. Gdyby nie Etouy…

Dziewczyna odwróciła wzrok. Huang patrzył w stronę matki, lecz zdawał się nic nie widzieć. Jego wzrok był pusty jak u ślepca. Quijam mocniej uścisnęła jego dłoń.

– Nie wiem, co jest prawdą.

– Prawda… Quijam, nie ma czego takiego jak jedyna i uniwersalna prawda. Pomyśl. Dla jednego ogień jest śmiercią, dla innego to źródło życia. Jeśli gdzieś istnieje miejsce, w którym znajdziesz prawdę, to wiesz gdzie ona leży? W tobie. Ale czy znajdujesz tam ogień, Quijam? – zapytała, rozciągając swoją twarz w uśmiechu. – Wolisz stać się smokiem, czy własną babką?

Dziewczyna poczuła lodowaty strumień, który wylał się na jej głowę i dotarł do samego serca. Nie chciała zostać smokiem, ani podzielić losu babki. Chciała przeżyć i zabrać Huanga daleko stąd.

Puściła dłoń brata, po czym wolnym krokiem podeszła do matki i padła jej w ramiona.

Koniec

Komentarze

Masz sporo błędów leksykalnych i gramatycznych, na przykład tu:

 

Broczyła w nich jak w śmierdzącym bagnie, które z każdym rozpaczliwym ruchem wciąga głębiej i głębiej, pochłaniając bez reszty.”

 

Broczyć można na ten przykład krwią, jednak o broczeniu jak w bagnie jeszcze nie słyszałam. Proponuję: “Zapadała się w nie jak w śmierdzące bagno, które z każdym rozpaczliwym ruchem wciąga głębiej i głębiej, pochłaniając bez reszty.”

 

“Dopiero teraz wybuchła płaczem i upadła na ziemię.”

 

Człowieku, deklinacja, piszże po polskiemu! Wybuchnęła!

 

To tylko przykłady, jednak jest tego dużo więcej, literówy też się pojawiają.

Masz ciekawy, wciągający styl pisania, mimo faktu, że w twoim opowiadaniu dużo się nie dzieje. Właściwie gdybym nie wiedziała, to pomyślałabym że to jakiś wstęp, prolog, czy coś w tym rodzaju, nie wygląda mi to na zakończoną całość.

Podsumowując: niezłe, ale błędy do poprawy. Cały tekst do przejrzenia, bo jak piszesz mi o dziewczynce broczącej w bagnie to mam przed oczami ranne dziecko po pas w błocie. Pisz, nie zrażaj się, wszystko da się wyćwiczyć.

 

Pozdrawiam,

tT

Już chyba tak zostanie. Trza się przyzwyczaić, że Tomba bywa na NF mocno nieregularnie. "Gdy ktoś pyta, czy może coś wziąść, należy mu odpowiedzieć że owszem, może to braść."

Deklinacja to odmiana przez przypadki, osoby i liczby, a tutaj problem dotyczy czasownika, czyli koniugacji.

Poza tym, obie formy (“wybuchła” i “wybuchnęła”) są poprawne. Zastrzeżenie można mieć do zastosowania tychże słów w zdaniu. Dla istot żywych bardziej odpowiednia jest forma “wybuchnęła”, ale i tak żadna zasada tego nie reguluje.

“wybuchła śmiechem“, płaczem itp.

Wybuchnęła, gdyż jest to forma właściwa dla istot żywych. Wybuchła bomba, ale dziewczynka wybuchnęła. PWN prawdę Ci powie ; )

 

“Dziewczynka stała zamurowana, czy raczej uraczona“ – uraczona? Czy chodziło o “urzeczona”?

 

“Kościotrupy, co gadają o technice podcierania dupy“ – zdanie, że tak powiem, z dupy. Starasz się wykreować jakiś klimat, a tu duch mówi takie rzeczy…

 

Nie rozumiem tego wycia jak potępieniec babki przez sen…

 

Ogień wydobywał się z jego małego ciałka, aż ogień ogarnął całe ciało kobiety. Płonęła jak polano.

Czy to krzyk? Quijam nie była pewna. Widziała tylko ogień

 

“Ogień przestał trawić, co mogło kojarzyć się z człowiekiem, który rozdziawi usta podczas kolacji.” – Absolutnie nie rozumiem tego zdania.

 

Miejscami warsztat Ci szwankuje i stawiasz dziwne kwiatki językowe. A język trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Za to interpunkcję masz niezłą ; )

 

Mnie opowiadanie nawet zainteresowało, ale koniec końców za dużo w nim niejasności. Historia nie została zamknięta – nie tyle chodzi o to, że nie znamy dalszych losów bohaterów, tylko w rezultacie żadna z zagadek nie została wyjaśniona. Czy smok rzeczywiście powstał z ojca dzieci? Kto mówił prawdę, matka czy babka? Można się spodziewać, że to babka miała rację, bo matka wydaje się po prostu zła, ale wszystko zostaje takie mgliste i rozmyte.

Pomysł jest, potencjał jest, ale czegoś w konstrukcji fabuły mi brakuje.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Kolejny interesujący i nietypowy smok. Ten z domieszką krwi feniksa. ;-) Fajna historia, ale zgodzę się z przedpiścami, że kontynuacja również może być ciekawa.

Językowo – zostało Ci trochę literówek i dziwnych konstrukcji. Czasami miałam wrażenie, że zdanie wybitnie nie pasuje do japońskiego klimatu (na przykład to o kościotrupach).

Babska logika rządzi!

Historia jest znakomita!

Spokojna, a pełna “siły”. Nie łatwo coś takiego osiągnąć. 

 

Popracuj nad warsztatem, bo masz potencjał. 

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Historia rodzeństwa wychowywanego przez babkę, od której nie mogą zaznać miłości, jedynie ból i upokorzenie; ponadto samotność głównej bohaterki, która znikąd nie znajduje zrozumienia i tęskni za matką – wszystko to składa się na atmosferę smutku, która jest mocną stroną tekstu. W interesujący sposób wykorzystałaś też motyw smoka; początkowo nie spodziewałem się, że odegra taką, a nie inną rolę – wyrazista końcówka ze spaleniem chaty.

Ogólnie opowiadanie nie pozwoliło mi się nudzić, dlatego uważam je za całkiem udane. 

 

Pozdrawiam. 

– To dlaczego ciągle mówią, że to ja jestem wina. Dlaczego?

winna

– Kościotrupy, co gadają o technice podcierania dupy, jak mówi stare powiedzenie

Uj, atmosfera spalona “dupą”…

 

– Niechciałem tego zrobić

“Nie chciałem”

 

. jedyne o

Po kropce – duże J

 

 

Smutek, miesternie upleciona sieć kłamstw, oszustw, tęsknota – świetna mieszanka. Dobrze ułożona, choć sprawia wrażenie niekompletnej, zakończenie bardzo, ale to bardzo otwarte, niczym smocza paszcza podczas ziewania.

Dzięki za miłą lekturę!

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Historia jest świetna. Dylemat dziewczynki, rozgrywki matki i babki właściwie w pewien sposób kosztem dziecka – no, naprawdę, to ma potencjał. Jednak nie całkiem wykorzystany. To, że nie wszystkie wątki zostały wyjaśnione – to mi właściwie nie przeszkadza. A właściwie nie przeszkadzałoby, gdyby opowiadanie nie zostało skonstruowane tak po łebkach. Zanadto się śpieszysz, trzeba było zwolnić, bardziej pochylić się nad bohaterami, psychologicznymi rozkminami, klimatem.

Ach, rozmarzyłam się. :) Bo mogło to być opowiadanie, w którym bym się zakochała. Ale i tak było nieźle.

Przyjemne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka