- Opowiadanie: Madeline - Stary wampir nie chce spać

Stary wampir nie chce spać

Chciałam narysować batyskaf, niestety nie wiedziałam jak wygląda. Zapytałam o to dziadka, ale on kazał mi pisać, żeby ćwiczyć warsztat. Starałam się. :3

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

bemik

Oceny

Stary wampir nie chce spać

Był bardzo stary. Tak stary, że nie pamiętał dnia, w którym przestał być człowiekiem, choć momentami zastanawiał się, czy w ogóle kiedyś nim był. Nie pamiętał nawet jak się nazywał. Pogańskie demony, kryjące się w kątach starego młyna wołały na niego „Śmieciu”, ale poza tym naprawdę nie wiedział, kim jest. Dni przesypiał na zapomnianym worku z ziarnem pod schodami, natomiast wieczory spędzał na piciu do spółki z na pół tego świadomym młynarzem i roztrząsaniu życiowych problemów w towarzystwie najbardziej kameralnym z możliwych – swoim własnym. W zasadzie do szczęścia brakowało mu jedynie poczucia, że robi coś produktywnego, którego brak regularnie topił w przepełnionej etanolem krwi młynarza. Jeszcze jakiś wiek temu, gdyby ktoś powiedział mu, że stoczy się praktycznie na dno, nie uwierzyłby. O tak, może nie do końca wyraźnie, jednak wciąż pamiętał te czasy, gdy przejmował się swoją sytuacją. Polityczną, materialną, społeczną. Kiedyś dbał o zdrowie, pijał krew jedynie od najczystszych dawców, obracał się w doborowym towarzystwie, grywał na wiolonczeli. Chociaż nie. To chyba nie on. On nigdy nie miał wiolonczeli. W każdym razie był bardzo szanowaną osobą w środowisku wampirów. To wiedział na pewno. Tylko dlaczego z tym wszystkim skończył? Nie pamiętał.

– Hej, Bełt! – zawołał jednego z grających w kości demonów. – Powiedz mi, czorcie, skąd ja tu się w ogóle wziąłem?

– Co, pamięć już nie ta? A może młynarczyk przychlał mocniej niż zwykle? – zachichotał diablik, po czym rzucił w wampira kilkoma otoczakami, których miał pełne kieszenie.

– Mówże, póki ładnie proszę.

Ale kaduk jedynie splunął w dłonie i rzucił kości na podłogę. Wampir mógł warczeć i jęczeć z niezadowolenia, ale nijak nie potrafił zmusić demona do wypowiedzenia choćby jednego słowa, gdy ten uparł się milczeć. Zmarszczył brwi i ruszył wąsem w zamyśleniu. Jak to z nim naprawdę było? Wszyscy darzyli go szacunkiem, podziwiali aż… aż co? Nie potrafił sobie przypomnieć.

– Śmieciu! Jakieś babsko cię tu przygnało – Z podłogi wynurzyła się brzydka czarcia głowa o wężowych oczach na pół twarzy. – Ze strachu szczałeś w galoty przed tą… Jak jej tam było?

– Bafi albo Bofi. Nie moja sprawa – odkrzyknął jeden z demonów.

– Tak, już pamiętam – szepnął wampir, zerkając na okno, za którym wciąż panował mrok. Teraz w końcu wiedział. Wpadła na bankiet, rozwaliła przyjęcie, wystraszyła mu gości. Potem coś jeszcze zrobiła, jednak tego wciąż nie mógł sobie przypomnieć. Wstrętne, rozmiłowane w kołkach, pokraczne stworzenie. Zmusiła go do ucieczki! Jego, który widział cuda Biblioteki Aleksandryjskiej! A potem tułał się po świecie, niezdolny z głodu myśleć racjonalnie. Może gdyby wtedy nie natknął się na młynarza, padłby gdzieś uschły i chropowaty jak szyszka. Och, tamtego dnia pierwszy raz napił się krwi brudnego, śmierdzącego człowieka. Choć nie podejrzewał się o takie upodobania, zasmakował w posoce zaprawionej procentami. Prawdopodobnie przez to tu został, rozpił się, zaczął dotrzymywać kompanii chochlikom. Trwało to już spory kawał czasu. Najpierw był pierwszy młynarz pijak, potem jego rozpici syn i wnuk, a potem wampir stracił rachubę. Chociaż teraz, gdy się nad tym wszystkim zastanawiał, nie było mu aż tak źle. Zawsze mógł skończyć jako ta nieszczęsna zasuszona szyszka.

Od tego całego roztrząsania przeszłości zaschło mu w gardle. Słońce powoli wstawało, odbijając swoje pierwsze promienie w wodach napędzającej młyn rzeki. Wampir westchnął, ruszył wąsem i zakrył twarz słomianym kapeluszem. Teraz czekał tylko na moment, w którym poczuje znajomy smrodek młynarza.

Czas jednak płynął, a właściciel młyna wciąż się nie pojawiał. Znudzony ciszą Wodnik rzucał w Bełta otoczakami, po czym krył się przed salwą zwrotną za młyńskim kołem. Przynajmniej teraz wampir wiedział dlaczego demon nosi w kieszeniach tyle kamieni. Pragnienie zadrapało go w gardle, odkorkował więc butelkę gorzkiej wódki, należącą do tajnych zapasów młynarza. Choć bardzo się starał, nie potrafił znaleźć powodu nieobecności swojego krwiodawcy. Nikt w wiosce nie był chory, by go zarazić, nie była też niedziela ani żadne inne święto, bo wampir szybko odgadłby to po migrenie, która zwykła męczyć go w takie właśnie dni. Spróbował znaleźć sobie zajęcie. Dźgał ukrytego w kącie Ćmoka kijem tak długo, aż ten w końcu uciekł z młyna „na słoneczko”, próbował liczyć mrówki maszerujące po ścianie, ale zgubił się gdzieś przy piętnastu, nie mogąc przypomnieć sobie kolejnej liczby, więc zabawa całkowicie mu się znudziła.

Trzy dni męczyła wampira nieznajomość powodu zniknięcia młynarza, aż czwartego popołudnia, przed młynem stanęło dwóch człowieczków. Pochylali się nad sporym pergaminem i rozmawiali między sobą półgłosem. Z tego co zrozumiał, przysłuchując się urywkom ich rozmowy, młyn miał zostać zburzony, gdyż żona młynarza nie miała z czego płacić podatków, a syn jej uciekł do miasta przeszło siedem lat temu i słuch po nim zaginął. Nagle wampir uświadomił sobie przerażającą prawdę. Stary młynarz w końcu kopnął w kalendarz.

– No, zmarło się dziadziusiowi! – zachichotał jeden z demonów, skacząc po belce podtrzymującej strop. – Teraz lepiej dla ciebie będzie jak prześpisz się parę latek, aż postawią tu coś nowego.

Wampir tylko wzdrygnął się na wzmiankę o kilkuletnim śnie. Z pewnością tego nie zrobi, nie zaśnie gdzieś pod ziemią bez pewności, że gdy nadejdzie czas znajdzie się ktoś gotowy go obudzić. Z zasady nikt raczej nie budził uśpionych wampirów.

Martwił się tym niespełna pół godziny, potem postanowił utopić smutki w resztce zapasów swojego krwiodawcy.

Nigdy nie przypuszczał, że nieumarłych może męczyć ból głowy po spożyciu większej ilości napojów wysokoprocentowych. Jak widać nie wiedział o sobie jeszcze wszystkiego. Nie był pewien ile czasu minęło odkąd dowiedział się o śmierci młynarza. Godzina? A może prześlęczał tak całą noc? Znów lub wciąż był dzień. I to bardzo nieprzyjemny dzień, bo ktoś, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z żałoby, w której wampir był, czy też mógł być pogrążony, walił w drzwi młyna swoją wielką łapą.

– Młynarzu! Otwórzcie!

Na dźwięk ludzkiego głosu demony pochowały się po kątach, a myszy z piskiem umknęły przez dziurę w ścianie. Wampir podrapał się po głowie i ruszył wąsem w zamyśleniu. Człowiek zaś nie dawał za wygraną. Łomotał w drzwi aż próchno leciało. Wampir wyjrzał zza wora i chciał coś powiedzieć, ale zwisł tak, z jedną ręką przewieszoną na drugą stronę.

– Nie śpijcie, młynarzu! Przywiozłem wam ziarna na mąkę!

– Rany firany! A idźże stąd, ćwoku! – zawołał w końcu wampir, bez skutku. Dręczyciel tak długo okładał pięścią drzwi wejściowe, aż w końcu któryś z demonów nie wytrzymał i spuścił mu belkę na głowę. Łomotanie ustało.

– I coś ty narobił? Teraz będą węszyć po młynie! – Wampir złapał bydlę za ogon i wsadził do wora na mąkę. Nie był zadowolony. Ale skoro towar już leży pod drzwiami, nie trzeba się z nim tarmosić, to aż szkoda nie skorzystać. Szybko zbiegł na dół i kryjąc się w cieniu otworzył drzwi. Poprawił słomkowy kapelusz, wciągnął człowieka do środka za nogę, po czym pochylił się nad nim z konsternacją.

– Abstynent – stwierdził z niezadowoleniem, lecz głód zbytnio szarpał mu kiszki. Gdy zaspokoił pierwsze pragnienie, chłop poruszył się nagle i wierzgnął nogami. Zwisający z sufitu Ćmok ponownie przywalił mu belką, lecz wampirowi odeszła ochota na podwieczorek. Siedział kilka chwil wpatrując się w rozciągniętego na podłodze człowieka, aż w końcu przytargał worek z ziarnem, obudził kopniakiem Ażdachę, demona wirów wodnych i kazał mu poruszyć młyńskie koło. Diablik z początku się opierał, lecz wampir odnalazł w sobie zgubiony dawno dar przekonywania. Wiele razy widział jak młynarz miele ziarno na mąkę. Nie było to tak proste, lecz do zmierzchu uporał się z worem człowieka. Ten obudził się dopiero pod wieczór, lecz wampir nie chciał słuchać historii o snach ryżego chłopa i kazał mu się wynosić precz.

Następnego dnia rozeszła się po wsi plotka o wspaniałej mące ze starego młyna. Ku rozpaczy wampira, ze świtem pod drzwi przyszli kolejni ludzie z następnymi worami pełnymi ziarna. W pierwszym odruchu wyrzucił ich wszystkich, lecz nagle doznał olśnienia. Oto nareszcie nadarzała się okazja by zacząć robić coś produktywnego. Założył więc na głowę słomiany kapelusz i gdy kolejny człowiek przyszedł do niego z worem ziarna ogłosił, że potrzebuje pomocników ze wsi. Zebrało się więc kilku chłopa i przyszło pod młyn by gadać z nowym młynarzem. Wampir wpuścił ich do środka i przyjrzał się każdemu dokładnie. Z pięciu ochotników trzech było rosłych i względnie czystych, natomiast dwaj pozostali prezentowali się niezgorzej od rasowych pijaczków. Tych dwóch ukontentowany wampir zostawił sobie do pomocy.

Wbrew temu co myślał podejmując tę nieco pochopną decyzję, interes się kręcił. Nikogo specjalnie nie interesowało dlaczego nowy młynarz pracuje nieprzerwanie od tylu lat, dopóki mielił ziarno najdokładniej w okolicy, a i wampir nie zaczepiał ludzi, mając zawsze na podorędziu dwóch czy trzech menelików. Nareszcie życie zaczęło nabierać kolorów.

 

***

 

Był bardzo stary. Tak stary, że nie pamiętał dnia, w którym przestał być człowiekiem, choć momentami zastanawiał się czy w ogóle kiedyś nim był. Nie pamiętał nawet jak się nazywał. Pogańskie demony, kryjące się w kątach starego młyna wołały na niego „Śmieciu”, ale poza tym naprawdę nie wiedział, kim jest. Dni przesypiał na zapomnianym worku z ziarnem pod schodami, natomiast wieczory spędzał na piciu do spółki z na pół tego świadomymi pomocnikami i mieleniu ziarna dla okolicznych wieśniaków. Nie brakowało mu niczego. Nareszcie był prawdziwie szczęśliwy.

 

Koniec

Komentarze

– I coś ty na­ro­bił? Teraz będą wę­szyć po mły­nie! – wam­pir zła­pał bydlę za ogon i wsa­dził do wora na mąkę.

Masz problem z poprawnym zapisem dialogów. Ale bardzo dobrze się składa, bo w hydeparku jest bardzo przystępny i przyjazny poradnik, niejakiego Nazgula ;)

Później Ci podlinkuję.

 

Co do fabuły. Osobliwa historia. Jak przypuszczam zachowanie wampira to puenta. Więc, gdy marnujemy sobie życie, warto, przy okazji, robić coś wartościowego, by to marnowanie móc znieść, i usprawiedliwić się we własnych oczach?

 

Napewno napisane całkiem nieźle, choć fabuła mogłaby być żywsza.

 

Pozdrawiam!

 

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

No tak. Bez względu na to ile nad tym siedzę, zawsze zapomnę w którymś dialogu o zasadach. Kiedyś mi się uda! ^^

 

Tak, właśnie! Najważniejsze przecież jest to, co widzimy w sobie własnymi gałkami! Że życie się marnuje, pal licho! Sumienie można zakneblować.

 

Za link dziękuję, z pewnością nie raz tam zajrzę. :3

Kill the Moon

Sympatyczne, ma klimat, wciągnęło mnie :)

 

Co rzuciło mi się w oczy: “Trzy dni męczyła wampira nieznajomość powodu zniknięcia młynarza” -> w moim odczuciu lepiej by brzmiało np.: “Trzy dni męczyła wampira niewiedza, czemu młynarz zniknął”

“słuch o nim zaginął” → wydaje mi się, że ten związek frazeologiczny raczej poprawnie brzmi “słuch po nim zaginął”. 

Jeszcze z uwag technicznych – w paru miejscach brakuje przecinków.

Bardzo sympatyczne. A Nazgula nie słuchaj, fabuła się kręci powoli, jak koło młyńskie. Powoli, ale klimatycznie. Ma odpowiednie tempo, nic nie trzeba przyspieszać.

Trochę interpunkcja kuleje, zwłaszcza na początku.

 

Za Bafi, czy Bofi masz u mnie dodatkowym punkt. Zdumiało mnie, że młodzież zna klasykę ;)

 

Tekst oceniam na 6. Jak poprawisz interpunkcję, to może nawet na 7. ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Bardzo sympatyczne opowiadanie, okraszone nienachalnym humorem. A do tego jak zerknę na Twój wiek, to jeszcze bardziej się cieszę. A dlaczego? Bo rośnie nam zdolne pokolenie. I klepię biblioteczkę, na zachętę.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Sympatyczny tekścik, wampir-alkoholik przypadł mi do gustu. Spodobał mi się jeszcze zwrot o kameralnym towarzystwie. :-) Lubię taki humor, taki język.

Z interpunkcją faktycznie problem. Zwróć na to uwagę w przyszłości.

ale poza tym naprawdę nie wiedział kim jest.

Przykład jednego ze zgubionych przecinków. Po “wiedział”. Zasadniczo – jeżeli masz w zdaniu dwa czasowniki, to dobrze je jakoś odizolować.

wyrzeczenia z siebie

A to mi zgrzytnęło. Wydaje mi się, że nie ma takiego zwrotu.

szepnął wampir zerkając na okno

I kolejny przecinek zaginiony w akcji.

Tekst oceniam na 6.

Babska logika rządzi!

No cóż, masz mądrego dziadka. Pisz, dziewczyno, bo nieźle Ci to wychodzi.

To nie do końca są moje klimaty, jakieś tam wampiry – alkoholicy, ale widać, że masz potencjał. Piszesz lekko, dowcipnie. Trochę mi to przypominało przygody Szlurpa i Burpa.

“prezentowali się niezgorzej od rasowych pijaczków

 

Co oznacza robić coś niezgorzej od kogoś?

 

Nie do końca trafiło do mnie przesłanie tekstu, ale nie winię za to autorki. Tekst nie jest zły.

 

PS – Wiesz, że Menelik to imię cesarza i króla Etiopii? ;-)

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Osobliwie urocza historia, pełna specyficznego humoru i szczególnej nostalgii za czasami, kiedy nie tylko we młynie możliwe było bytowanie pospołu ludzi i demonów, może i złośliwych, ale wcale nie takich złych. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka