- Opowiadanie: rod_wolos - Płód

Płód

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Płód

Płód

 

Potworny upał prażył w dwie sylwetki młodej parki spacerującej polną dróżką. Falowało gorące powietrze. Suchy piach pryskał pod sandałami. Intensywnie zielone łąki rozpościerały się po horyzont. Niebieskie, czyste niebo sprawiało wrażenie zimnej przestrzeni, tylko jeden punkcik, jakim było Słońce, prażył niemiłosiernie. Chłopak trzymał nieco z tyłu, żeby podziwiać jędrne, opalone pośladki swojej partnerki. Turkusowe, obcisłe spodenki, podobne raczej do nocnej bielizny, odsłaniały pupę w całej okazałości. Czerwone wypieki naznaczyły jego bladą twarzy. Mimo to powiedział:

-Nie powinnaś ubierać się tak wyzywająco.

-Chyba zmysły postradałeś. Nikogo tu nie ma. Mam się wstydzić przed tobą? Poza tym jest tak parno, że zaraz bym zemdlała w innych ciuchach. – Robiła głośne wyrzuty.

-Nie o to chodzi, Nawia.

Odwróciła się i ułożyła długie, blond włosy w kitkę. Dyszał upocony. Ciemne kosmyki przykleiły mu się do czoła.

-Mówiłam kretynie, żebyś nie zakładał czarnej koszulki!

Nawia wyprostowana jak struna, wypięła dziewczęce piersi. Ostre upały ostatnich tygodni przyrumieniły jej twarz i ramiona. Biała, cienka bluzka bez rękawków przywarła do ciała, co idealnie zaakcentowało idealną, wręcz atletyczną figurę. Zauważył brak stanika. Ona natomiast zauważyła wybrzuszenie na jego szortach w okolicach krocza. "Więc po to ta wycieczka" – pomyśleli jednocześnie. Złapał ją za talię i przycisnął do bioder. Spojrzała w jego płonące, wściekle żółte tęczówki. Spojrzał w jej lodowate, bladoniebieskie oczy. Długi miłosny pocałunek przerywały gorące oddechy, które co raz łaskotały dwójkę po policzkach. Nawia ściągnęła górę. Jerzy delikatnie odsunął dziewczynę, żeby dokładnie obejrzeć ją nagą, a także może dostrzec szczyptę wstydu na twarzy. Nic z tego. Młódka w szyderczym uśmiechu pokazała białe kiełki. Chciał dotknąć piersi, ale odtrąciła jego dłoń. Uklękła i powoli rozpięła zamek. Zębami ściągnęła mu majtki. Na środku zielonego pustkowia, dwie półnagie postacie pokusiły się na niewinny grzech. Chłopak wytrzymał kilka minut. W podnieceniu przytrzymał jej głowę i dokończył sprawę. Nawia nieomal się zakrztusiła. Rzuciła wściekłe spojrzenie, gdy podciągał spodenki.

-Zrobisz tak jeszcze raz, to cię zabiję. – wysyczała jadowitym szeptem. Udał, że nie słyszy. W głowie ciągle wirowały obrazy ostatnich chwil.

-Wiesz, miałem dziś nadzieję na coś innego…na tę prawdziwą rzecz. – odparł.

-Wiesz, że nie jestem jeszcze gotowa. Musisz troszkę poczekać, dobrze?

Przytaknął posłusznie. Nawia wyraźnie ukontentowana, cmokęła go w policzek.

-Mógłbyś przestać się garbić. – zaczęła marudzić, gdy ruszyli w dalszą trasę.

-Pracuję nad tym. – odburknął.

"Co?! Nie słyszę! Musisz mówić wyraźniej!" – miała ochotę wykrzyczeć mu do ucha.

-Jerzy, powiedz mi jak to jest. Całymi dniami pracujesz na słońcu, a nadal jesteś blady jak śmierć.

-Nie mam pojęcia. Geny może?

Przeszli spory szmat drogi, nim Jerzy znowu zagaił.

-Eech. Jutro żniwa, będzie mordęga.

-Czemu mordęga? Maszynami po całości, rachu ciachu…

-Nie rozumiesz. Dziadki nie są tak bogaci jak inni, nie mamy sprzętu. Jednak Organizacja wypożycza kombajny na zbiórkę.

-To w czym problem?

-Są warunki. Jedno pole żyta trzeba żniwować sierpem, wedle tradycji.

-Och, to chyba nie mam wyboru, jak tylko wam pomóc.

-Nie musisz, przyjdą ludzie ze wsi…

Pogawędkę przerwał intensywny błysk rozniesiony po pustkowiu. Wyglądało jakby cały świat zatlił się obleczony w jasność. Następnie niebo, mimo wyraźnego braku chmur, pociemniało znacznie. Dwójka młodych zadrżała, przytulili się spanikowani. Raptem trzasnął grzot tak potężny, że ściął ich z nóg. Przerażeni przeczołgali się na miedzę, wtulili twarze w suchą trawę i zaczęli modlić. Wstali dopiero, gdy żar zaczął spiekać im plecy. Ostrożnie podnieśli głowy. Prawie wszystko wróciło do normy. Biel słońca, zieleń trawy, błękit nieba. Jednak wystąpiła jedna, osobliwa aberracja. Przy drodze pojawiły się dwa rzędy pokaźnych topoli, wypiętrzone na kilkanaście metrów w górę. Chłopak krzyknął:

-To musi być święte miejsce!

-Zabobony. – wyszeptała zadziwiona Nawia.

-Nie kłam! Słyszałem jak skomlesz do Boginii Słońca.

-Przestaniesz?! – wpiła weń mordercze spojrzenie – Chodźmy lepiej zobaczyć.

-Nie, nie, nie! Popełnilismy herezję! Rozumiesz?! Musimy uciekać! Błagam cię! Nawia! – lamentował Jerzy. Jednak wiedział, że ona nie da odporu. Jeszcze próbował oddciągać, prosić, ale wystarczyło, że parsknęła: "Przestań".

-Powinniśmy zawiadomić Organizację. Oni przyjadą i posprzątają. Na pewno nas zabiorą z powrotem i pozwolą popatrzeć. Co ty na to? – zapiszczał cichutko. Chwyciła go za głowę i przywarła czoło do czoła.

-Posłuchaj Juruś – zapauzowała, żeby zebrać myśli – ja idę i nie zdziwię się jak zwyczajnie dasz dyla, więc droga wolna, proszę. – jak się spodziewała, został.

-W ogóle to mamy wiele szczęścia.

-W jaki sposób to może być szczęście. – warknął zagniewany Jerzy.

-Ano w taki sposób, że…jakby grzmotnęło wcześniej…wiesz, wtedy gdy ci ekhm… dogadzałam, to szczerze mówiąc, mogłabym w strachu go odgryźć. – paplała bez namysłu, żeby chłopak przestał histeryzować.

-Odgryźć? – Zajęczał.

-Cicho.

Podbiegli do najbliższego pnia.

-Co masz na myśli 'odgryźć'?! Straszą cię takie rzeczy? Każdy huk? Wiesz, że mojemu dziadkowi czasem odpierdala i strzela w niebo bez powodu.– szeptał zaciećwierzony.

-Zamknij się. – fuknęła.

Złapała go za rękę i spokojnie poprowadziła na ścieżkę. Znikąd powstałe rośliny ciągnęły się wzdłuż drogi, niby w nieskończoność. Były to topole włoskie, które często wysadzano przy traktach. Zwięzłe, szpiczaste korony dłużyły się wedle pnia. Drzewa stały w równych odstępach, niczym drewniane słupy. Dwójka przemiarzała bezkresny tunel. Było to ciekawe doznanie, bo panował tu lekki chłód i dmuchał przyjemny wietrzyk, a na zewnątrz słońce nie dawało odporu. Mijając kolejne topole, to wpadali w parzący snop światła, to w zimny mrok drzewnych cieni.

-Może spotkamy polną boginkę. – rzekła Nawia, pełna nadzei, lecz także trwogi, bo wiedziała, że to niebezpieczne.

-Raczej nie…

Zaskowytał Jerzy i dygoszącym palcem wskazał do góry. Wysoko wśród ciemnozielonych, trzepoczących liści, wśród kołyszących się koron, wśród pojedynczych, prześwitujących promyków wiła się pomarańczowa serpentyna. Tłusta lewitująca glista kręciła się i zwijała, zmieniała barwy, przybierała ciężko widoczny kamuflaż, bądź jaskrawe kolory. Nagle wstęga wystrzeliła ku młodej parze. Nawia widziała podobne stworzenia w państwowych programach dokumentalnych. Morskie stwory, mureny, tak właśnie się nazywały, a potwór przypominał je do złudzenia. Miał małe, okrągłe oczy, szeroki pysk– przypominający obły dziób– i szpiczaste zęby. Dłuższy od człowieka prawie dwukrotnie, miał falujące, gąbczaste ciało, szersze w obwodzie od ludzkiego uda.

-Zbeszcześciliście moje leże.

Nie była to zwykła mowa, jak ją rozumieją ludzie. Raczej dobitna wiadomość wwiercająca się w umysł. Głęboki, wewnętrzny ton rozbrzmiewał w ich głowach. Nawia miała trudności z określeniem płci owego głosu. Odbierali wyraźnie jego emocje. Pogardę, wściekłość oraz strach.

-Panie! Wybacz nam świętokradztwo. – Jerzemu puściły nerwy i wybuchnął płaczem. Padł na kolana. Czołem zamiatał ziemię, garściami chwytał piasek. Nawia jakoś nie bała się wcale, lecz chłopiec łkał tak żałośnie, że nie wytrzymała i krzyknęła:

-Hej! Pogadajmy!

Znów począł kotłować się nad ich głowami. Stał się na nowo pomarańczowy. Co chwila przystawał, żeby wbić w nią swój tępy, rybi wzrok.

-Kim jesteście?

Przesłał pytanie z wrażeniem ciekawości i wciąż nutą strachu.

-Po prostu wędrowcami. Jesteśmy też dziećmi tej ziemi i narodu. Obejmują nas prawa Organizacji. Kim ty jesteś?

Mówiła głośno, dobitnie. Była pewna siebie. To bardzo zaskoczyło 'węgorza'.

-Smokiem, z ludu żmijów.

Odparł sucho.

-Smoku, czego chcesz za opiekę?!

Zrobił się ciemnoczerwony i zawisł w powietrzu, zbliżył paszczę do jej twarzy, ogon podrygiwał mu z tyłu. Nie było odpowiedzi, więc Nawia wykrzyknęła po raz drugi.

-Smoku, czego chcesz za opiekę nad nami?!

Żmij rozsierdził się pogardliwym tonem dziewczyny.

-Nie jestem waszym opiekunem, ani przyjacielem!

Już znacznie ciszej powiedziała.

-Pozwól nam odejść, panie.

-Odejdziecie na moje wyraźne polecenie.

-Czym zgrzeszyliśmy, panie? – Dziewczyna poczuła bolesną gulę w gardle.

-Zbezcześciliście leże.

-Co mamy zrobić, panie? – spytała, coraz bardziej zaniepokojonym głosem.

Smok stał się śnieżnobiały. Ten kolor niemal raził Nawię. Zbliżał pysk coraz bardziej. Teraz już prawie dotykał jej czoła. Emanował morderczą wściekłością.

-Wy macie się nas bać, unikać, czcić, szanować, kochać, nienawidzić, modlić się do nas i składać ofiary.

Słowa wypaliły znamię w umyśle wyrazem syczącej, gotującej się żółci. Jerzy podniósł głowę, miał umazaną buzię i zaczerwieniałe, napuchnięte oczy.

-Przepraszam, popełniłam błąd. Pozwól nam odejść, a jutro przyniesiemy dary. – poprosiła grzecznie, nie arogancko.

-Ach. Chętnie przyjmę dziesięcinę… WE KRWI!

Żmij trzasnął chłopaka płaskim ogonem. Rzuciło go w prawo o pień, rozległ się głuchy huk. Nie mogąc złapać tchu, wyciągnął dłoń ku Nawii. Smok świsnął w powietrzu i dopadł jego lewy bok. Odgryzł chłopcu lewą rękę w łokciu i duży kawał torsu. Wężowatym ciałem zasłonił rozbryzg czerwonej juchy. Podniósł łeb do góry, by przełknąć kawał mięsa. Organizm potwora zabulgotał i znikąd wyrosły mu cztery grube, krokodyle łapy. Nawia wybuchła spazmatycznym płaczem, dławiła się powietrzem, wytrzeszczała oczy. Ciało Jerzego leżało pod drzewem. Był blady jak zawsze i gdyby nie dziura w korpusie, pomyślałaby, że zaraz może się obudzić. Żmij zawrócił, cały pysk umazany był we krwi. Powoli sunął ku niej. Przekręcił łeb w bok i gwałtownie poruszał błyszczącym ślepiem. Dziewczę przewróciło się na piach, po udach spłynęła złota strużka uryny.

-Rozumiesz chyba swoją sytuację? – zakomunikował. W paraliżującym szoku, nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa.

-Nie jestem okrutnikiem. Zawrzyjmy układ.

Na skórze smoka pojawiały się okrągłe, niebieskie wypryski. Bardzo walczył, żeby nie zmieniać barwy i pozostać białym.

-Mów, panie! – Jerzy zawsze cenił Nawię za twardy charakter, lecz teraz był martwy. Cieszyła się że może odwlec moment sądu, że może żyć troszkę dłużej. Właściwie wpadła w euforię.

-Przyjmiesz moje nasienie i donosisz ciążę. W zamian błogosławię cię pomyślnością na całe życie.

-Tak, mój panie! Zgadzam się! Zrobię to dla ciebie! Zgadzam się. Tylko mnie nie zabijaj! – łkała ze szczęścia, jakby wygrała na loterii. Nie mogłaby opisać wdzięczności, jaką zaczęła pałać do bestii.

Żmij przywarł do dziewczyny, owinął się jej wokół talii i szponami pochwycił ramiona i nogi. Zatonęła w miękkości puszystego, tłustego cielska. Jednym szarpnięciem zerwał ubranie. Nawia pisnęła. Była kompletnie naga, jakże upokorzona, tuż nad ciałem ukochanego.

"Być może to moja wina. Przepraszam, najmilszy! Tak bardzo cię przepraszam! Nie chcę umierać. Wybacz. Chciałbyś tego dla mnie, prawda? Będę szczęśliwa. Będę żywa. Chciałbyś tego." Potężna rozpacz ścisnęła ją za serce. Oszołomiona stwierdziła, że faktycznie odczuwa w piersi fizyczny ból. Silne łapska gwałtownie rozwarły jej uda. Z kloaki wysunął się obrzydliwie zdeformowany, obślizgły penis.

-Mój jad przetrwa.

-Nie ma mowy! Rozerwiesz mnie! – zawyła zrozpaczona. Poczęła wierzgać i kopać. Żmij coraz mocniej zaściskał pęta. Niemniej nie dusił dziewczyny. Miał skórę nawet przyjemną w dotyku, gładką i delikatną. "O czym ja myślę?!" Wyraźnie czuła na karku ciepły, śmierdzący oddech potwora, który wygiął grubą szyję i zbliżył lekko rozwartą paszczę do jej ucha. Nagle Nawia uświadomiła sobie, iż nieśpiesznie zbliżają się w stronę Jerzego.

-Nie! Przestań! Rozmyśliłam się! Puść mnie! Zabij mnie! – wrzeszczała; rozwścieczona, że kreatura szuka sposobności zbrukania zwłok.

-Za późno. – zasyczał jadowitą purpurą. Nie było już ucieczki.

Żmij zaczął gwałcić Nawię.

-Niiiiieeeeeeeee…– piszczała na całe gardło.

Z początku lamentowała żałośnie, lecz potem przestała już mówić cokolwiek. Minął ból wyszarpanego dziewictwa, minął ból lędźwi, minęło szorstkie pieczenie. Jedynym odczuwalnym bodźcem ostał się nabrzmiały brzuch, bezustannie nadymany gęstym płynem. Pogrążona w katatonicznej nieświadomości. Jej źrenice uciekły za powieki, ukazały się jeno trupie białka oczu. Z każdym bluźnierczym ruchem podskakiwały młode piersi. Nagie, dziewczęce ciało ozłacały jasne promyki słońca. Chłopak gnił w cieniu, a ona była gwałcona tuż nad jego głową.

Męczarnie trwały godzinami. Z życzeniem śmierci spoglądała w turkusowe niebo. Ciemnozielone liście drgały bezgłośnie. W oddali zauważyła wstęgę leniwie płynącą w przestworzach. Ta nagle zakotłowała się w miejscu i chyba zaczęła zbliżać w ich kierunku.

Naraz huknął podwójny grzmot. Tuż nad nimi przefrunęły dwa błękitne myśliwce. Nawia bez wzruszenia pomyślała o wybawieniu. Żmij rzucił ją na piach. Nie mogła wyprostować pleców. Kręgosłup przez długi czas naprężony do granic możliwości, rwał pulsującą torturą. Nieludzko wygięta w mostek, rozkraczona, czekała aż wyleci z niej cała sperma, spływająca teraz potokiem.

Smok zrobił się szaroniebieski. Spanikowany wypatrywał ku niebu. Wił się zażarcie w splątanym kłębku wężowego cielska, obrzydliwa rybia glista. Przerażony zniknął w czaluściach topolego tunelu.

Przybyły szare, wojskowe pionowzloty. Szybowały nisko, miotając się gwałtownie i przewalając w powietrzu, jakoby szalejące pszczoły. Kilka zawisło w górze zaraz nad dziewczyną i przymierzało do lądowania, lecz rozpierzchły się natychmiast, a zza nich wyjrzał kolejny żmij. Jednak ten był wprost gigantyczny, większy od pociągu, od wieżowca. Różnił się od zbiegłego pobratymca również szpiczastym, ostrym jak włócznia pyskiem i owłosionym bujnie grzbietem. Mienił się wszelkimi odcieniami jaskrawego fioletu. Z podbrzusza zwisały mu setki powykręcanych we wszystkie strony smoczych ramion. Nawia kompletnie zrezygnowana czekała na rozwój wydarzeń. Nie obchodziło ją czy zginie. Miała po prostu dość.

Przyglądali się sobie przez dłuższą chwilę. Monstum zawisło w miejscu i delikatnie wywijało ogromną masą mięsa. Wyglądał jakby brodził w gęstej wodzie, jakby poruszał się w zwolnionym tempie. Wtem błyskawicznie zwrócił wielki łeb w lewo, było w tym coś niezwykle potężnego. Ze zwinnością, której nigdy nie przypisałaby takiemu gigantowi, zerwał się do lotu i reszta długiego cielska podążyła żwawo za głową.

Dziewczyna próbowała wstawać, lecz mięśnie kompletnie odmówiły posłuszeństwa. Pod tyłkiem czuła wilgotny piasek, lecz nie miała już siły przesunąć się na bok. Zerknęła na Jerzego. Nadal nie żył, a ona nawet się cieszyła, że nie żył. Gdyby teraz ją widział, gdyby widział to wszystko… "Dobrze się stało, że zginął" – pomyślała zadowolona. Jednak w przypływie wspomnień, z jakiejś irracjonalnej tęsknoty, złapała go za rękę. Była lodowata. Powoli wzbierały emocje, lecz nim zdążyła zapłakać dobiegł do niej wszechmogarniający, żałosny skowyt. Zatrzęsła się ziemia, topolami zakołysało jak trzciną. Niektóre łamały się niczym zapałki. Na kilka centymetrów podbijało piasek. Za chwilę miała przybyć potężna fala niosąca tuman kurzu, liści i kawałków drewna. Drzewa pokładały się po kolei, wyrywane z korzeniami. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała Nawia był uścisk monstrualnej smoczej łapy. Potem zaś odbierające dech, zimne powierze przestworzy, które w końcu pozbawiło ją przytomności.

 

 

 

Dwa lata później.

 

Nawia szybkim krokiem przemykała korytarzem. Wysokie, czerwone szpilki stukały o czarny marmur podłogi. Ludzie posłusznie schodzili jej z drogi. Kobiety z zazdrością uznały wytworność ubioru młodej panny. Mężczyźni podziwiali długie nogi oraz krótką, opiętą sukienkę, podkreślającą niewątpliwe kobiece atuty. Jednocześnie nie mogli pojąć dlaczego taka sztuka nosi czarną, workowatą marynarkę, skrzętnie zakrywającą ciekawsze widoki u góry. Nawia skutecznie sprawiała wrażenie niedostępnej karierowiczki, silnej, z klasą, poza zasięgiem dla szarych pracowników. Zawiedzeni faceci wracali do biur, z których powyłazili, tylko po to, by zobaczyć nową Kierownik Planowania Strategicznego. Dotarła do sali konferencyjnej. Przy drzwiach stało dwóch zamaskowanych ochroniarzy. Ubrani zupełnie na biało, nosili kuloodporne kamizelki, kaski i kominiarki. Zanim weszła musieli ją przeszukać, także wykrywaczem na obecność podsłuchów. Potem dżentelmeńsko otworzyli wrota. Wewnątrz, przy owalnym, masywnym stole zgromadziła się rada nadzorcza. Czyli całe trzy osoby, w tym też sam szef korporacji.

-Panienka Nawia, zapraszam. – ucałowaniem ręki przywitał ją prezes. Starszy, charakterny pan w czarnym garniturze. Miał siwe, rzadkie włosy, zaczesane starannie do tyłu, zadbany wąsik i kozią bródkę. Przy stole siedzieli naprzeciwko siebie: młody, ogolony mężczyzna, wyglądający raczej na zbira, którego zabrano z ulicy, wsadzono w białą koszulę i przypięto krawat; oraz leciwa kobiecina. Bardzo doświadczona przez wiek, ledwo mogła otworzć oczy. Przypominała wiejskie babcie, które miały twarze pomarszczone i ubarwione niczym wysuszona skórka pomarańczy. Mimo tego potrafiła zaprezentować się wielce wykwintnie. Ubrana w gustowny, żeński kontusz. Miała zbielałe włosy spięte w kok oraz wspaniałe kolczyki, w formie długich pasków z zielonego, zdobionego materiału. Nawia uznała, że też sobie takie sprawi.

-Panienko, proszę zaczynać. – grzecznie zaproponowali. Rozdała każdemu plik dokumentów. Ozwał się w jej głowie cienki, skrzekliwy głosik: "Matko, pomóc Ci? Jak ostatnio?"; "Nie! Zamknij się!" – odparła wściekła jak nigdy. Pilnowała się bardzo, by przypadkiem nie powiedzieć tego na głos. A niewiele brakło. W pomieszczeniu wszystkie boczne ściany zajaśniały powierzchniowo mlecznym, łagodnym światłem.

-Panienko?

-Szanowna rado. Mam nadzieję, że pan prezes przekazał państwu dzisiejszy temat rozmów. Jak zapewne wiecie Aparatury Medyczne dostatecznie nasyciły już krajowy rynek i ostatecznie nadszedł czas na podjęcie handlu zagranicznego. Organizacja grozi zerwaniem kontraktu na monopol farmaceutyczny. Jednak czy to coś zmienia? Nie istnieje w tym państwie jakakolwiek konkurencja na rynku medycznym. Nasza ekspansja jest nieunikniona i nie może być już powstrzymana. Nie bez szkody dla gospodarki.

Nawii podobała się prezentacja. Dobrze dobrane słowa. Statyczny, spokojny ton. Wszystko bardzo do rzeczy. Dałaby sobie szóstkę z plusem.

-Korporacja wykorzystała kwartał zastoju na uporządkowanie strukturalne i gromadzenie zasobów. Każdy zauważy, że to ewidentne przygotowania dużej kampanii handlowej. Zostałam poproszona o niewielkie rozeznanie geopolityczne, by stworzyć prosty zarys ewentualnych planów.

Wykrystalizowały się u mnie dwa pomysły. Dwie ścieżki, które mogą być wdrożone jednocześnie, bądź w kolejności. Pierwsza to zawiązanie kontaktów ze Związkiem Afrykańskim.

Przerwał jej ogolony młokos.

-Pani raczy żartować. Afryka to nie jest partner do sprzedaży, a my nie działamy charytatywnie. W czym nam zapłacą? W batatach?

Skończył aroganckim, bezczelnym uśmieszkiem. Nawet prezes prychnął, ale zaraz zawstydzony dał znak, by kontynuować.

-Oczywiście, ma pan rację. Nie są wypłacalni, przynajmniej nie w walucie. Jednak jako że posiadają duże złoża naturalne, to zwyczajnie wymienimy się na surowce.

Biurowy zbir chciał się odezwać, lecz nie dała mu szansy.

-Zebrane materiały kupi rodzimy Kartel Metalurgiczny. Wysyłając same szczepionki na choroby egzotyczne i pobierając równowartość np, złota, kobaltu, rudy miedzi itd… po odjęciu kosztów frachtu i jeszcze transportu koleją. Wypracujemy, hmm… zysk 150%. Minus koszty wewnętrzne, pensje wyznaczonych pracowników, administracja. Na czysto wyjdziemy około 135% na jednym kontenerowcu. To kilkanaście milionów jednorazowo.

-Myślę, że dałoby się wyciągnąć jeszcze więcej. – powiedział prezes, bardzo dumny ze swojej pracownicy.

-Druga opcja to zorganizowanie misji humanitarnej za wschodnie kresy. Jak zapewne wiecie ostatnio obserwujemy znaczne nasilenie migracji ocalałych ludów na zachód. Myślę o założeniu kilkuset ośrodków medycznych w strategicznych miejscach. Dałoby to zalążek dla tamtejszej państwowości i ściągnęło wielu uchodźców, których przecież Organizacja nie przyjmie, z obawy na przeludnienie. Byłaby to autonomiczna, zorganizowana strefa buforowa.

-A gdzie tu zyski? – spytał oschle młody mężczyzna.

-Myślę, że Organizacja chętnie sfinansowałaby takie przedsięwzięcie, mając szczególnie na uwadze znaczące wzmocnienie obronności. Ponadto zakładanie miast pozwoli na odprowadzanie podatków od obywateli, możemy handlować informacją, ziemią.

-Przywłaszczanie terenów innych narodów jest niedupuszczalne. Ze względów ideologicznych Hetmanat nigdy nie zezwoli. – pierwszy raz odezwała się starsza kobieta.

-A co z zachodnimi księstwami, albo dalekim, czy bliskim wschodem? Całkowicie ich pani pominęła. – zauważył osiłek.

-Organizacja nie prowadzi dużego handlu z Azją. Dopóki nie powstaną porządne szlaki handlowe nie ma co pochopnie inwestować. A zachód? To tylko radioaktywne bagno. Co mają nam do zaoferowania? Oprócz ziemi – nic, ale jak już wspomniała szanowna pani, ziemi nie możemy przyjąć. Na potrzeby operacji stworzymy nieformalne grupy pracowników odelegowanych wyłącznie do…

-Dobrze, dobrze. Na razie wystarczy. Rozwiązuje posiedzenie rady. Panienko, proszę zostać na chwilkę.

Dwójka pozbierała dokumenty i rzucając podejrzane spojrzenia, wyszła bez słowa. Prezes przejechał dłonią po głowie, wygładził włosy. Światło na ścianach wygasło. Jeden bok zamienił się z powrotem w wielgaśną taflę szkła. Prezes westchnął niepewnie.

-Zazwyczaj nie mylę się co do ludzi, i co do pani się nie pomyliłem. Tak myślę… Tamtą dwójką proszę się w ogóle nie sugerować. Zarówno chłopak jak i kobieta to agenci Organizacji. Pani to co innego. Proszę nigdy się nie dać zwerbować. – pogroził palcem.

Nawia dygnęła. Wlepiała w niego rozbawiony, ciekawski wzrok.

-Trzeba będzie poczekać na decyzję wojska, jeżeli chodzi o wschodnie kresy. Na pewno już o tym wiedzą. Z Afryką możemy startować od razu. Założymy te nieformalne sekcje. Początkowo będą tylko zbierać informacje i liczyć koszty. Mam kontakty w Kartelu, dostaniemy ceny zakupu metali, rud metali itd. To się dzieje poza kontrolą rady i niech pozostanie między nami. Rozumie panienka, prawda? Jest panienka przecież bardzo inteligentna. – miał niski, chrypliwy głos. Nawia dygnęła po raz drugi i cała w skowronkach podbiegła do drzwi. Prezes odwrócony plecami powiedział, niby na odchodne:

-Proszę przynosić kolejne tak świetne pomysly, ale proszę się nie przepracowywać. To źle dla dziecka.

Nagle tuż przed jego nosem o szybę trzasnął wielki, czarny kruk. Mężczyzna aż podskoczył ze strachu.

-Ja pierdole! Nienawidzę ptaków! – zaklął, kryjąc głowę w ramionach.

 

Nawia przez kilkanaście minut mocowała się z drzwiami. Przywitał ją pusty, ciemnoniebieski apartament. Zapaliła światło. Obszerny, otwary salon zawierał w sobie również kuchnię, sypialnię i jadalnię. Wszystko utrzymane w minimalistycznym, wykwintnym stylu. Chociaż byłby tu wielki syf, gdyby nie regularne wizyty sprzątaczek.

Wieczór spędziła w korporacyjnym barze, który tak jak jej mieszkanie znajdował sie w wieżowcu Aparatur Medycznych.

Nawia uwaliła się na kanapie przed gigantycznym telewizorem. Udało się. Zabłysnęła. Będzie spokój na parę miesięcy. Włączyła wiadomości, choć wcale ich nie oglądała. Chciała jedynie by płód dał jej spokój. Rozebrała się do samej bielizny i zaczęła odwijać przepastny bandaż ciasno przepasany przez talię. Gdy odwinęła całość, ukazał się dorodny, pękaty brzuch.

-Dziękuję – ozwał się skrzekliwy głos.

-Nie ma sprawy, kochanie. – pomyślała.

-Jesteś dziś bardzo miła, matko – znowu zaczął ją irytować.

-Błagam, nie nazywaj mnie tak.

-Dlaczego? – zapytał. Nie zareagowała. Wszystkie ich rozmowy toczyły się w myślach. Prawie nigdy nie odezwała się do niego ludzką mową. Nawia włączyła jakąś animację.

-Matko, musisz coś zjeść. Czuję, że słabnę. – Zmęczona kobieta wyciągnęła wołową pieczeń z piekarnika. Gosposia upichciła spory kawał, dla kilku osób. Nawia musiała teraz pochłonąć go całego. Będzie jadła przez kilka godzin, żeby się nie przeładować i nie rozciągnąć żołądka. Już dość miała akcji z rzyganiem po nocach. Potwór chciał się pożywić. Z każdym dniem rósł jego apetyt, a biedna Nawia cierpiała nieustający, ssący głód. Ostatnio doszły jeszcze cykliczne napady mdłości. Głaskała gładki brzuszek, oglądając bajkę. Chciała zagłuszuć przed smokiem swoje myśli. Zapytała:

-To kiedy skończy się ciąża?

-Pytasz o to codziennie, matko. Jeszcze trzy, cztery lata. Czuję, że niedługo będę w połowie drogi.

-Boże. To strasznie długo! Będziesz jeszcze rósł?

-Oczywiście.

-Wiesz jak to wpływa na mój organizm. Niszczysz mnie, rozumiesz? Nie będę zdolna do pracy.

-Zgromadziłaś dużo pieniędzy. Wyjedź na odludzie. Tam urodzisz. Nikt się nie dowie. – odparł rzeczowo, choć dalej miał ten irytujący głos. Doprowadzał nim Nawię do szału.

-Prezes już wie. Jak ja niby wrócę? I to bez dziecka. Jestem zrujnowana. – słone łzy spadały na nadgryzione mięso.

-Nie płacz, matko.

-Zamknij się! I nie nazywaj mnie tak!

 

Nawia zjeżdżała przeszkloną windą. Na samym dole, na parkingu, stały setki ekskluzywnych samochodów, a każde bez wyjątku, miało podniszczony lakier. Do wieżowca, który stał na środku wielkiego pola, nie wybudowano dotąd pożądnej drogi dojazdowej. Auta kursowały po piachu. Po horyzont, jak okiem sięgnąć, kołysały się złote łany zboża. Na błękitnym niebie grzało wspaniałe słońce, ale w klimatyzowanej kabinie nie miało to znaczenia. Smoczek zadał niewinne pytanie:

-Matko, kiedy nadasz mi imię?

"Ty nie możesz posiadać imienia. Imię to godność pełnoprawnych istot." – chciała odpowiedzieć, ale postanowiła nie zaogniać sytuacji.

-Po co ci imię?

-Chciałbym, żebyś nie zwracała sie do mnie 'ty potworze', więc może po imieniu. Już nie oczekuję, że powiesz synu…

-Niedoczekanie. Za kogo ty się uważasz? Ty moim synem? A to dobre! Albo zgoda, jakie chcesz imię?

-Jest rolą matki nazwać dziecko.

-Nawet nie masz pojęcia jak bardzo jestem teraz wściekła!

-Dobrze, już dobrze… Inai.

-Co oznacza? – spytała nieco zbyt tkliwie.

-Smok, który wrócił do rodzinnego domu.

Po długim milczeniu powiedziała:

-Inai. Masz banalne marzenia.

Nie zrozumiał, ale był zadowolony. Ich rozmowa trwała wyjątkowo długo. Uznał, że w końcu potrafią znaleźć wspólny język. Nawia zmieniła się, być może pod jego wpływem. Był bardzo szczęśliwy. Czuł, że wypełnia go matczyna miłość. Zapadł w głęboki sen.

 

Było ciepło, przyjemnie. Gdyby mógł, nigdy nie opuszczałby brzucha matki. Bardzo uważał, by nie ruszać się zbytnio. Nawia mawiała, że ma łaskotki, gdy on zaczyna się wić w środku. Uznał, że byłoby zabawnie, gdyby tak zaczęła się śmiać na środku korytarza. Z błogiej nieświadomości wyrwał go przeszywający cios zimnego metalu. Harpun szarpał jego skórę i rozrywał łożysko. Smok doznał ogoromnego szoku, jak dotąd nigdy w swoim życiu nie czuł bólu. Okropne, przerażające doznanie. Starał się skulić, ukryć, ale niby gdzie? "Matko! Pomocy! Zabijają nas!" Nie miał wyboru. W strachu doszły do głosu podstawowe instynkty. Nie miał pojęcia jak to zrobił, ale jakoś wypchnął okrutne narzędzie i wyjrzał na zewnątrz. Blask był porażający. Kłapał paszczą na lewo i prawo. Gdy wrócił do środka, spostrzegł, że odgryzł komuś trzy palce. Serce matki nadal biło.

 

-Boże! Coś ty mi zrobiła?!

Nawia zaczęła się spokojnie ubierać.

-Poczekaj wezwę pomoc.

-Niby jak?! To zamknięta pracownia!

-Jesteś lekarką. Zatamuj krew. Wrócę tu z kimś. Nie wychodź!

-Ty suko! Wiesz jak to boli?! Myślisz tylko o sobie. Poczekaj no tylko jak dowie się Organizacja. Oderżną ci łeb!

-Może i tak. A co zrobią aborcjoniście? – syknęła Nawia, mrużąc złowrogo oczy.

-Palce! Gdzie są palce?! Aaah! – pisnęła pani doktor, paskudząc biały kitel tryskającą juchą.

Gdy otwierała się śluza usłyszała za sobą histeryczny krzyk: "Potwór!" Lekarka rozwalała szklane półki szukając zastrzyków i opatrunków.

Nawia przyspieszyła kroku. Nie miała czasu zawiązać bandaża, więc biegła, bezczelnie prezentując bombiasty brzuch. Dziś był dzień wolny, więc na szczęście laboratoria były kompletnie puste. Przemykała między korytarzami i kolejnymi pomieszczeniami, które podświetlały się na biało-zielonkawo i ciemniały, gdy wychodziła. Gołe stopy szurały na matowych kafelkach. Użyła awaryjnej windy, żeby przypadkiem nikogo nie spotkać. Postawiła tym ochronę na równe nogi. "I dobrze" – pomyślała. Pojechała do swojego gabinetu, podeszła do metalowego biurka i kluczykiem otworzyła szafkę. Był w niej czerwony, stacjonarny telefon bez klawiatury. Podniosła tylko słuchawkę. Syntezator nadawał słowom mężczyzny drgający, przyjemny tembr:

-Taaak?

-Laboratoria w podziemiach, pracownia T22.

-Kto?

-Kobieta. Bardzo krwawi.

-Hu hu. Sama wzięłaś się do roboty? – zachichotał – Stawka nie ulega zmianie.

-Musicie przejąć też monitoring i rejestry wejść.

-Ma się rozumieć. Aha, nie ruszaj się z mieszkania. Pieniądze zostaw w umówionym miejscu. Będziemy za dwadzieścia minut.zakończył śpiewnie.

Odłożyła słuchawkę. Następnie odczekała dziesięć minut, z szafki wyjęła walizkę.

 

Nawia nareszcie zaległa na kanapie. Łamały ją wszystkie kości. Z zewnątrz dobiegały stłumione odgłosy wybuchów i serii karabinów. Prawdopodobnie posprzątali już bałagan w piwnicy, to najważniejsze. "Boże, byleby żadnego nie złapali żywcem."

-Dlaczego, matko?

-Hmm, bo to terroryści. Źli ludzie… kochanie. – myślała, że zwymiotuje na to słowo.

Włączyła telewizor, każdy kanał pokazywał właśnie akcję na parkingu pod wieżowcem Aparatur Medycznych. Dławił ją ogromny stres. Smok długo milczał. Udzielało mu się zdenerwowanie kobiety.

-Matko, muszę ci coś powiedzieć… Pożarłem łożysko.

-Zaraz. CO?!!

-Musiałem. Potrzebowałem czegoś do regeneracji. Jednak mamy teraz poważny problem – przez chwilę się przeraziła, ale właśnie dotarło do niej, że przecież bez łożyska potwór niechybnie zginie.

-Jakiż to problem, kochanie? – była zadowolona jak nigdy. Triumfalnie wypiła szklaneczkę wódki. Potem kolejną i kolejną. Alkohol wyśmienicie tłumił irytujący potok słów.

-… ostatni ratunek.

-Przykro mi kochanie. Zawsze zostaniesz w mojej pamięci. – pociągnęła solidnie z gwinta. Ubyło pół butelki. Nawia wyjęła wagon mentolowych papierosów przygotowanych specjalnie na tę okazję. "Zajaram się do porzygu." Otworzyła wykwintne, białe wino. Za oknem wystartował cywilny pionowzlot. Odrzutowe silniki rozepchnęły nieliczne wraki samochodów. Uleciał kilkaset metrów, nim dostał naprowadzaną rakietą. Nawia nie powiedziała najemnikom o obronie przeciwlotniczej. "Heh, kolejny problem z głowy." Wzniosła kielich ku eksplozji.

-Nie martw się. Nie zginę.

-Eh? – zdziwiła się poważnie. – A przepraszam bardzo. To kiedy wyjdziesz?

-Już ci mówiłem. Zostanę w twoim ciele.

-Ale je ciebie nie chcę w SWOIM ciele.

-Nie ma innego ratunku. Muszę…

-Nie, nie, nie! Niedługo zginiesz! Pogódź się z tym! – nie mogła uwierzyć że to powiedziała. Zaczęła szlochać. Z bezsilności, czy wściekłości, a może przeraziła się swoją bezdusznością. Sama nie wiedziała.

-Jakże to? Jestem wszak twoim dzieckiem. – odparł przerażony smok.

-Jesteś pasożytem, nie masz godności dziecka, ani człowieka! Nie jesteś nawet człowiekiem!

-Jestem przecież istotą myślącą.

-Ja jestem istotą myślącą. Co do ciebie nie jestem pewna. Twój głos… Może to moja wyobraźnia.

-Ale… ja przecież czuję.

-Ja czuję! Tobie się wydaje że czujesz. Co ja mówię?! Tobie się nie wydaje! Ty nie jesteś żywy! Nie masz praw! Jesteś nowotworem!

-Matko… – i wtedy pojął, co się zdarzyło wcześniej. Czym było ostrze i kto tak na prawdę zadał ból. -Boję się.

Kobieta postanowiła wytłumaczyć wszystko na spokojnie.

-Jesteś moim ciałem. Czyrakiem. Wiesz co sie robi z czyrakami? Wycina. Będę ze swoim ciałem robić co mi się podoba. To moje naturalne prawo.

-Prawo Organizacji zabrania aborcji. – nie chciał jej zdenerwować, więc pospiesznie dodał – Błagam matko. Coś zaradzimy. Musi istnieć jakieś wyjście. Będziemy oboje żywi. – paplał tym swoim szczebioczącym, irytującym głosem. Panikował.

-Jesteś zupełnie jak twój parszywy ojciec. – skomentowała zajadle.

-Nie! Nie jestem taki! Nie skrzywdziłem cię, prawda?! Błagam, porozmawiajmy jeszcze.

Nawia omdlała z emocji i przepicia. Ten dzień przyniósł zbyt wiele. Żmij długo walczył z myślami. Przez pół nocy męczył go niepokój jutra. "Przecież każde stworzenie broni swego życia. Czy to mój grzech? Chcieć żyć?" Chyba w strachu, chyba w otępiającym przerażeniu podjął drastyczną decyzję. Zaczął się kotłować w brzuchu matki. Wybrzuszana skóra, niby bulgotała miejscami. Kobietę dotknęła ostra gorączka. Pokój był zimny, lecz ona gotowała się w środku. Rękami i nogami ściskała kłąb zamotanej pościeli. Grube, wężowe cielsko wiło się agresywnie w macicy. Półświadoma Nawia dostawała burzliwych ograzmów. W jej organiźmie następował szereg intensywnych zmian metabolicznych.

Inai wygryzł sobie ścieżkę do jamy brzusznej. Pożarł część układu trawiennego.

"Obrzydliwe zwierzę." – powoli odchodził od zmysłów. Najedzony jak nigdy.

 

Nawia obudziła się na porażającym kacu. Pękaty bęben zniknął. Podskoczyła do ściennego lustra w łazience. Miała talię osy!

-Juhu! – zawołała uradowana jak mała dziewczynka. Coraz śmielej dotykała się po gładziutkim, pięknym i co najważniejsze płaskim brzuszku.

-Wygrałam. – zaczęła aż szlochać ze szczęścia.

-Wygrałam! – jej buźkę ozdobił bajeczny, szczery uśmiech. Rozegzaltowana ledwo słyszała własne myśli. Nie zwróciła wcale uwagi na nikły szept, zanikający stopniowo w otchłani zapomnienia.

 

 

 

Miesiąc później.

 

Stało się. Prędzej czy później musieli ją znaleźć. Miała jedynie nadzieję, że przyjdzie ktoś rozsądny. Asystentka zapowiedziała gościa.

-Hetman Tyberiusz Grakch. – zabawny grymas wykrzywił jej lico, gdy wymawiała nazwisko. "Grakch, hę?"

-Witam dostojnego pana. Cóż takiego sprowadza Organizację? – Nawia ukłoniła się w pas.

-Chciałem porozmawiać…

Podniosła głowę. Gość nosił zbroję. Najprawdziwszą zbroję. "To tyle, jeśli chodzi o rozsądek" – stwierdziła rozgoryczona.

-Och, co za brak rozwagi z naszej strony. Źle pana poprowadzono. Rzecznik Kompanii jest na samym parterze. Pewnie tułał się pan po budynku bez opieki. Któż to pana Hetmana wprowadził w błąd? Gwarantuję, że wyciągniemy konsekwencję.

-Nie, nie. Nie ma potrzeby. Mój błąd. Przepraszam, że przeszkodziłem. – zakłopotany mężczyzna wycofał się w towarzystwie niezliczonych achów i ochów. Zbierał się już do wyjścia. Nawia z ulgą odwróciła się w stronę okna. Drzwi trzasnęły gwałtownie. Obejrzawrzy się, aż podskoczyła ze strachu. Stał tuż za nią.

-Odrażające! Jesteś odrażającą kłamczuchą!Dotarło do Nawii, że gość w zbroi ma dokładnie taki sam syntetyczny głos jaki miał świętej pamięci Pan Najemnik; jeno nieco niższy, kawalerski ton.

-C-co? – zająknęła.

-Chyba nie myśli pani, że ktoś w takim stroju zajmowałby się biznesem.

-Ano nie wiem. Może jest pan z jakiejś grupy rekonstrukcyjnej? Tak, nie?

-Nie obchodzą mnie Aparatury Medyczne. Przyszedłem specjalnie do pani.

-Chciał pan porozmawiać. O czym? – spytała lekko przestraszona. Zaproponowała, żeby przeszli do jej apartamentu. Milczeli przez całą drogę. "Granie na czas nic tu nie da. Myśl idiotko!" Rycerz z aprobatą obejrzał luksusowy salon, po czym kontynuował urwany wątek:

-Hmm. O czym? Czy zdaje sobie pani sprawę kim jestem?

-Generałem Organizacji.

-Tak, to oczywiste. – spauzował, by zebrać myśli – Jest pani Kierownikiem ds. Strategicznych, czy jakoś tak. Również u nas każdy ma swoje określone funkcje. Służę Organizacji, ale prowadzę autonomiczną agendę. Wiesz jaką?

-Och, czy przeszliśmy sobie 'na ty'?

Nie pozwolił się sprowokować.

-Autonomiczny Szwadron Eksterminacji Smoków.Czarna zbroja nadawała mężczyźnie wielkiej dostojności. Była połyskliwa, doskonale wypolerowana. Na krawędziach zdobiona srebem. Nosił piękny hełm rycerski, na którym u góry tkwiły dwa pasy spleconych ogonków metalu imitujących płomienie. Przyłbica kompletnie zakrywała twarz, ze środka wyzierały jedynie namiętne ogniki oczu. Na plecy opadała czarna, jedwabna peleryna.

-A Organizacja nie jest przypadkiem w sojuszu ze smokami? Jakże to eksterminować swoich sprzymierzeńców? Jak mniemam nie są z tego zadowoleni. No chyba, że wszystkich już wyrżnęliście w pień.

-Hah! Może to nadmiar informacji, ale mogę powiedzieć, że pracujmy raczej na zlecenie smoków. - odparł śpiewnym głosem.

-Nie może być! – Nawia głupkowato wytrzeszczyła gały.

-Ale, ale. Mam pani historię do opowiedzenia…

Rycerz gestykulował obficie, pewnie chciał nadrobić brak widocznej mimiki. Założył lewą rękę za siebie, prawą w łokciu przywarł do puklerza. Dłonią wykonywał masę wymownych ruchów, czym znakomicie oddawał różne emocje. Metalowe, ostre segmenty rękawicy tańczyły delikatnie przed jej oczyma.

-7 wiosen przed Erą Organizacji wielki nasz Pan, Król-Bóg stworzył smocze plemię. Spacerował z przyjaciółmi, gdy zdarzyło mu się rozdepnąć ślimaka bez muszli-pomrowca. Złapał go żal, bo wielkie poszanowanie miał dla każdej z istot. Wziął miazgę w dłonie i na nowo tchnął w nią życie. Tak narodził się Ojciec Żmijów, Bóg Watatsuni, który zginął w walce zaledwie po miesiącu życia. Z jego truchła zaś wypełzła Smocza Matka, Boginii Ohime. Było ta reorientacja możliwa ze względu na pokrętną ślimaczą płciowość. Organizacja dała jej pod opiekę Okręg Toni, by strzegła morskich szlaków i smoczych bram. Ohime jako jedyna ze smoków ma prawo do reprodukcji. W 17 roku Ery Organizacji narodził się z niej Orochi. Krętacz i kłamca, demon pośród żmijów. Matce mimo wielu prób, nie udało się zmienić jego usposobienia. Nienawidził wszystkiego, ludzi, zwierząt, a nawet swoich pobratymców. Widział w sobie jedynego smoczego władcę. Pewnego razu próbował zapłodnić śpiącą Ohime i zniszczyć w niej nasienie Watatsuniego. Zdemaskowany uciekł i ukrywał się przez kilkadziesiąt lat pomiędzy światami. W 371 roku udało mu się zwabić dwójkę młodych ludzi do swojej siedziby na południu, gdzie Okręg Toni zahacza o stały ląd. Orochi okaleczył chłopaka, a dziewczynie zadał niewybaczalną krzywdę. Czcigodna Ohime zabiła syna i uratowała nastolatkę…

-Nie zginął?! Co z nim? -wydukała Nawia, nie kryjąc zaskoczenia.

-Najdroższa, to byłoby zbyt piękne. Jerzy zginął, ale później… w szpitalu. Powinnaś się cieszyć. Była przy nim rodzina. Miał spokojną śmierć. – odrzekł troskliwym głosem.

-Widział wszystko? Widział gwałt?!

-Prawdopodobnie tak…

-Ty bezduszny gnoju! Bawisz się mną! Podoba ci się to? Co?! – krzyknęła. Jednak nie była wściekła, udawała złość. Nie odczuwała rozpaczy, nie wyrzekała światu, nie miała żalu. Była po prostu zrezygnowana. "Wszystko jedno" – pomyślała, pogrążając się w marazmie. W głębi duszy wiedziała, że Organizacja w końcu ją dopadnie. Wcześniej, w myślach, przygotowywała rozbudowaną linię obrony, przekonujące argumenty, nawet plany ucieczki. Na jedno wspomnienie o Jerzym wszystko wyleciało jej z głowy. Wszystko stało się bez sensu.

Tyberiusz błyskawicznie potrafił wychwycić te emocje. Przesłuchanie miało się ku końcowi.

-Widzisz, aktualnie pracuję na zlecenie panienki Ohime. Od czasu rebelii Orochiego smoczy klan toczy potężna klątwa. Jeden smok popada w śmiercionośny apetyt. Najpierw morduje najbliższe rodzeństwo, potem napotkanych ludzi, aż na końcu w obłąkańczym amoku szuka czegokolwiek, choćby zwierząt, do zarżnięcia. Mój szwadron albo jakiś inny żmij zabija szaleńca. Potem mija kilka tygodni, aż wszystko znowu się powtórzy. Nazywają to Oddechem Orochiego lub Jadem Orochiego. Boginii przepowiedziała, że zrodzony z ludzkiej matki, syn Orochiego, ma położyć kres przekleństwu.

-Inai nie żyje. Zabiłam go. – spuściła wzrok. Poczuła, że zrzuca kamień z serca. To było na swój sposób bardzo przyjemne.

-Czy pojmujesz coś narobiła?

-Przykro mi, nie mogłam inaczej… Nie mogłam z nim żyć. Zostałam splamiona. Ten płód to moja hańba. …wysysał ze mnie życie. Nigdy nie zrozumiesz, jesteś facetem.

-Tak, masz rację. Nie zrozumiem, ale mylisz się mówiąc, że jestem mężczyzną. Ja jestem tym co widzisz. Jestem zbroją. Nie znam jedzenia, oddechu, ani dotyku. Nie dotyczą mnie sprawy waszej seksualności. Wy ludzie jesteście nimi splątani, tak jak ty splątałaś się kontraktem z Orochim. Nie możecie od własnej płciowości uciec. Kto próbuje, zupełnie jak i ty, skończy jako życiowa tragedia. -Ja tragedią? Co też pleciesz? Ja jestem sukcesem. Spójrz tylko na moje mieszkanie i na moją pracę! – Jakąż razkosz sprawiało jej mówienie tego co na prawdę czuje. Postanowiła nie zatajać niczego, nawet swoich emocji.

-Radujesz się? To dobrze.

Tyberiusz zza peleryny wyciągnął wielki tasak, podziurkowany w wielu miejscach dużymi, okrągłymi otworami. Jego głos przybrał metaliczny, lecz wciąż życzliwy ton:

-Droga Nawiu, jesteś winna zbrodni abrocji, współpracy z paramilitarną grupą przestępczą oraz zleceniu morderstwa na pracownicy korporacji Aparatury Medyczne. Wedle prawa egzekucyjnego możesz zrzec się procesu w zamian za utajnienie twoich win przed społeczeństwem.

-Zrzekam się. – może za szybko, bez zastanowienia podjęła decyzję. Nie zamierzała się jednak wycofać. Postanowiła za wszelką cenę zachować godność w ostatnich chwilach.

-W imieniu Organizacji skazuję cię na śmierć. – groteskowy miecz unosił się tuż nad jej głową. Nawia zamknęła powieki. Nie była spokojna, nie była gotowa. Serce chciało wyskoczyć z piersi. Tylko silna wola, potężna jak zawsze, powstrzymała ją przed padnięciem na kolana i skomleniem o litość. W sekundę przed rozszarpaniem szyi, usłyszała echo smoczego głosu:

-Wybacz matko, nie potrafiłem się wtedy poświęcić. Wynagrodzę ci to.

 

Nawia zbudziła się cała obolała. Czuła jakby wewnątrz jej ciała chrupotały odłamki chrzęśći i tkanki kostnej. Spróbowała podeprzeć się rękami. Co raz uderzały fale gorąca i odrętwienia. Już miała opaść z powrotem na łóżko, ale lodowata dłoń przytrzymała ją za mankiet.

-Już, już. Wiem, że boli. Usiądź. – Tyberiusz odwinął pościel i zajął miejsce obok. Nawia miała poszarpane ubranie. Ostałe strzępki wyglądały jak żebracze łachmany. Jeszcze nie wszystko do niej docierało. Dlaczego nie zginęła? Dostała okropnej migreny, w uszach gwiazdał ostry, nieprzyjemny pisk. Zrobiło się już bardzo ciemno, za oknem pojawiały się pierwsze gwiazdy. Rycerska zbroja była ciemniejsza od mroku. Tyberiusz wsadził papierosa miedzy blaszki w metalowej masce, lecz nim odpalił, poczęstował wpierw kobietę.

-Wyjaśnij to, proszę. Masz męski głos, męskie imię, możesz palić. Kłamałeś. Jesteś zwykłym facetem, prawda?

-Tja, naściemniałem. – przyznał bezczelnym, kpiącym tonem. W mrocznej głębi rycerskiego hełmu płonęły dwa ogniki żółtch tęczówek. Tłusty dymek wylatywał z otworów na oczy i z podgardla. Wnętrze apartamentu przybrało gamę odcieni czarnego i ciemnoniebieskiego, migały tylko dwa świecące, pomarańczowe punkciki żarzących się papierosów. Oboje byli bardzo spokojni. Rozmawiali powoli, długo ważyli słowa. Robili statyczne przerwy, by napawać się używką. Nawia uwaliła pościel popiołem, lecz nawet przez głowę jej nie przeszło kłopotać się taką pierdołą. Tyberiusz dokładnie opowiedział Nawii jak przebiegał proces inwigilacji. Organizacja wiedziała o płodzie. Rycerz natychmiast zapewnił, że tylko wyjątkowe przypadki podlegają obserwacji, nigdy zwykłe osoby. Zdobył się nawet na formalne przeprosiny, lecz nie zdołał ukryć drwiny w głosie. Gdy Nawia zabiła płód, uruchomono specjalny protokół działań. Również on sam przy ich pierwszym spotkaniu musiał ściśle trzymać się scenariusza. Każda kwestia, każdy gest i każdy czyn starannie zaplanowano i dopasowano pod jej rys psychologiczny. Wszystko po to by zgodziła się na śmierć.

-Jednej nocy smocza mamka piastowała gniazdo młodych, a następnej urządziła sobie kanibalistyczny bufet. Paranoja, strach i niepokój czy takie uczucia powinny ci towarzyszyć, gdy jesteś z rodziną? Nie masz pojęcia jak one cierpią. Kiedy się smoki dowiedzą, że zabiłaś ich wybawcę to będą niesamowicie wkurwione. Po prostu musisz zginąć… – znieruchomiał z papierosem w ręku i dodał – ale oczywiście zgodnie z prawem.

-Rozumiem… jednak nie zabiłeś mnie.

-Nie byłem w stanie.

-Dziękuję. Chyba.

-Heh… Nie rozumiesz. Ja na prawdę bardzo chciałem cię zabić, ale nie byłem w stanie.

Tyberiusz wystrzelił niedopałniek na środek apartamentu. Ostre pazury rycerskiej rękawicy pstryknęły wydając metaliczny brzęk. Podniósł się i przez moment stał na baczność. Następnie wszystko trwało dosłownie ułamek sekundy. Kopnął w kant łóżka i jednocześnie zakręcił w miejscu szybki piruet. Jedwabną pelerynę zarzuciło w powietrze, a on znikąd wyczarował swój wielki tasak. Rycerz wyhamował metalowymi trzewikami, krusząc w pył granitowe klepisko. Wzniósł szeroki miecz pod sam sufit. Naprężony do granic możliwości przyjął pozę egzekutora. Przygotowywał najpotężniejszy cios jaki był w stanie wyprowadzić. W ten moment pchnięte łóżko zatrzymało się, ustawiając Nawię idealnie na linii opadającego ostrza. Pierwsze, rozłupujące czaszkę uderzenie roztrzaskało również ramę łoża i rzuciło kobietę na podłogę. Czarna zbroja z niebywałą gracją zamiatała gigantycznym tasakiem, zasypując skuloną Nawię masą bezlitosnych, rzeźniczych ciosów. Ostrze gwałtownie wędrowało w górę i w dół. Każde cięcie było śmiertelne, lecz Nawia nie ginęła. Kości i kręgi obtłukiwane z kolosalną siłą, poddawane były ogromnym naprężeniom. Na jej skórze pojawiały się niewielkie okaleczenia, które natychmiast zabliźniały się. Jedynie jej ubranie zostało zniszczone doszczętnie.

-Uf, mógłbym tak cały dzień. – powiedział mężczyzna – Masz wcale niezłe ciało, pomimo całej tej ciąży.

Nawia instynktownie chwyciła za narzutę, by zakryć nagość. Owinęła się nią, jakby białą togą. W gnatach targała ją bezwładna niemoc, lecz nie czuła bólu. Hetman Grakch zbliżył się, jego wściekle żółte oczy jaśniały coraz mocniej. Stał dumny, majestatycznie wyprostowany. Białe światło księżyca odbijało się w srebrnych zdobieniach zbroi. Najbardziej na ostrych płatach płomienistych rogów hełmu. Nawia miętosiła pozwijany materiał na lewym ramieniu. Rycerz odrzekł:

-Widzisz… kiedy już miałem pozbawić cię głowy, z twojej szyi wytrysnął smoczy łeb. Rozwalił ci obojczyk, duży kawał skóry i tchawicę, rozbryźnięta krew momentalnie zakrzepła. Wtedy powinnaś paść nieprzytomna, ale ustałaś na ugiętych nogach. Zupełnie jak jakiś żywy trup. Nie mogłem już zatrzymać cięcia i uderzyłem go w głowę. Wbiłem ostrze dość głęboko, prawdopodobnie zniszczyłem mu mózg. Upadłaś, a on wślizgnął się z powrotem do środka. Twoje rany zrosły się, nie pozostawiając najmniejszego śladu. Wezwałem dwóch inspektorów medycznych. Gdy przyszli odzyskałaś puls. Zrobili kilka badań… Okazało się, że w bebechach siedzi ci mały smoczek. Chociaż według mnie wyglądał raczej jak ogromna, zielona klucha – widziałem na wiwisekcji. Powiedzieli, że po aborcji smok pożarł część twoich organów wewnętrznych, a następnie przejął ich funkcje. Jesteście scaleni układem pokarmowym i nerwowym. Smocze ciało zamieniło się w nowotworowego potworniaka, który jednak zamiast zagrażać, doskonali. Płód kontroluje twój metabolizm, poziom hormonów, prowadzi rzeczywistą rekonstrukcję tkanek, a także sukcesywnie adaptuje oba wasze organizmy do symbiotycznego funkcjonowania. Wspaniale, prawda? Jesteście… jesteś pierwszą taką istotą.

-Jest martwy…

-Nooo niby tak. Klinicznie.

-Możecie… Czy możecie go usunąć?

-Widziałaś co ci zrobiłem? Ledwo mogłem cię drasnąć. Jesteś biologicznie i fizycznie nieśmiertelna. Nawet gdybyśmy mogli, to po co? To niesamowity dar! Przepowiednia Ohime…

-Dosyć! – krzyknęła Nawia. W głowie przeplatały się tysiące wspomnień. Dobrych i złych. Podeszła do szyby, jej wzrok padł na gwiazdozbiór smoka. Zmęczona oparła czoło o zimne szkło. Po policzku spłynęła pojedyncza łza. Wyszeptała:

-Inai… jak ja cię kurwa nienawidzę.

Tyberiusz stanął w drzwiach wyjściowych, za nim był oświetlony korytarz. Powiedział to co wypadało powiedzieć w takiej sytuacji:

-Chodź, mamy dużo do zrobienia.

-Nie.

Nawia wybiła szybę. Podwójną hartowaną szybę, jakby łamała opłatek. Zaciskała wyciągniętą pięść. Napięta i niewzruszona w mocarnej pozie, wyglądała jak spiżowy posąg greckiej wojowniczki. Rycerz wyciągnął rękę, w przyjaznym geście.

-Zaczekaj, nie powiedziałem ci wszystkiego. – chwycił za hełm, lecz nim go ściągnął Nawia zdążyła wyskoczyć. Żołnierskim krokiem podszedł do wiejącej wyrwy i wyjrzał za krawędź. Bladą twarz młodego bruneta naznaczył wspaniały, szczery uśmiech.

-Głupia. – zachichotał.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Chłopak trzymał nieco z tyłu, żeby podziwiać jędrne, opalone pośladki swojej partnerki.  – po tym zdaniu odniosłam wrażenie, że panna wędruje z gołą pupą, bo skoro widać opaleniznę… 

Turkusowe, obcisłe spodenki, podobne raczej do nocnej bielizny, odsłaniały pupę w całej okazałości. – nie rozumiem jak spodenki mogą odsłaniać pupę, chyba osłaniać, ale wtedy jej nie widać w całej okazałości

Odwróciła się i ułożyła długie, blond włosy w kitkę. Dyszał upocony. – W kitkę, czyli w koński ogon,  to się wiąże włosy. Nawet word podkreśla słowo “upocony”.

To było z początku tekstu.

To z środka: Wybrzuszana skóra, niby bulgotała miejscami. – Jestem ciekawa, jak to niby miejsca bulgoczą

A teraz z końca:

Żołnierskim krokiem podszedł do wiejącej wyrwy – a czymże owa wyrwa wiała? Wiatrem jakowymś? Chodziło Ci chyba o słowo “ziejącej”.

Brakujące ogonki przy ę,ą, literówki, totalnie zły zapis dialogów, liczby słownie. Przedziwne słownictwo (przykłady powyżej) – właściwie w każdym miejscu, gdzie nie sięgnąć coś się znajdzie.

A fabuła – ojć.

Przykro mi, ale wszystko do poprawy. Czytaj więcej, a pisanie zacznij od krótszych form. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

“Turkusowe, obcisłe spodenki, podobne raczej do nocnej bielizny, odsłaniały pupę w całej okazałości.“ – czy to były spodenki zatem, czy stringi…?

 

Wybacz, drogi Autorze, ale opublikowany tu przez Ciebie tekst nie nadaje się do czytania. Już pierwszy akapit składa się ze zdań niegramatycznych, dziwnie skonstruowanych i wzbudzających konsternację. W dialogach występują podstawowe błędy.

Przestałam czytać w momencie w którym para “wstała, kiedy żar zaczął spiekać im plecy”. A i tak jestem dumna, że wytrzymałam tak długo. Kto normalny wstaje, kiedy robi się tak potwornie gorąco, że zaczyna to czuć na własnej skórze?

 

Przepraszam, nie chcę się naśmiewać, ale mamy tu do czynienia z bardzo długim tekstem, który jest bardzo źle napisany. Niestety, najpierw trzeba przyswoić podstawowe zasady języka polskiego, a dopiero potem tworzyć powieści. Pozwolę sobie przy tym zauważyć, że – co bardzo rzadkie – jak na tekst, który jest językowo bardzo zły, ma zadziwiająco dobrą interpunkcję. Tworzysz wiele krótkich zdań, w których nie ma miejsca na przecinki, ale za to kiedy już są to – o ile zdążyłam zaobserwować w tym krótkim fragmencie, kŧóry przeczytałam – są we właściwych miejscach. Chwała Ci za to. Ale tylko za to. Jeśli chcesz pisać – weź się do roboty.

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Drogi Autorze. Pierwsze zdanie. Wizytówka Twojego opowiadania.

 

“Potworny upał prażył (niepotrzebne w) dwie sylwetki młodej parki (uzbrojonej w miecze w kształcie mieczy, cofali się do tyłu) spacerującej polną dróżką.”

 

Dalej czytać nie muszę. Już wiem, kto zacz.

Już chyba tak zostanie. Trza się przyzwyczaić, że Tomba bywa na NF mocno nieregularnie. "Gdy ktoś pyta, czy może coś wziąść, należy mu odpowiedzieć że owszem, może to braść."

Jeżeli ktoś idzie spacerowym krokiem, żaden piach nie tryska spod sandałów tej osoby.

Przepraszam, ale nie przeczytałem w całości. Zmógł mnie język, jakim został napisany tekst.

Oryginalny pomysł, zwłaszcza w kontekście konkursu. Smok, czy może raczej jego relacja z człowiekiem rzadko spotykana.

Językowo – zgadzam się z przedpiścami – jeszcze dużo pracy przed Tobą; powtórzenia, zapis dialogów bardzo słąby, literówki, dziwne konstrukcje, słowa nie pasujące do kontekstu, czasami literówki. Liczby piszemy słownie.

Babska logika rządzi!

Opowiadanie zostało zamieszczone 5 stycznia i tego samego dnia komentujący zwrócili uwagę, że jest fatalnie napisane. Niestety, stwierdzam to z przykrością, Autor nie zrobił nic, żeby uczynić opowiadanie zdatnym do czytania. Niczego nie poprawił, tekst nadal boleśnie kaleczy oczy.

Próbowałam, ale nie umiem przeczytać czegoś, co jest tak źle napisane. Wybacz Autorze, odpadłam, gdy tłu­sta, le­wi­tu­ją­ca gli­sta przy­brała cięż­ko wi­docz­ny ka­mu­flaż i przemówiła do bohaterów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeżozwierzu niedorżnięty, co ja właśnie przeczytałem… Techniczne – całość do poprawy. Pomysł nawet interesujący, ale fabuła i treść skacze między bizarro a naprawdę nędzną agitką antyaborcyjną… Gdyby to jeszcze było dobrze napisane, mogłoby być ciekawym, prowokacyjnym tekstem. A tak – fatalne kuriozum.

 

Zdecydowanie odradzam lekturę.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Chyba nie jest dobrze.

I po co to było?

Nowa Fantastyka