- Opowiadanie: RogerRedeye - Operacja "Koziorożec"

Operacja "Koziorożec"

Opowiadanie pisałem na konkurs, kiedyś ogłoszony na tym portalu, jednakże okazało się za długie.  Mocno przekroczyłem limit znaków. Powędrowało więc w świat, jeszcze bez ostatniego rozdziału.

W redakcji “Esensji” tekst podobał się, ale stwierdzono, że dobrze byłoby jednoznacznie zamknąć opowieść. Wtedy dopisałem ostatnią część. Przesłałem do redakcji tego portalu “Operację..”, bo bardzo długo czekałem na odpowiedź redakcji innego, znamienitego portalu.  Nota bene, otrzymałem odpowiedź – po sześciu miesiącach.  Z maila wynikało, że  opowiadanie tak generalnie, mimo pewnych zalet, jest nie tylko do kitu, ale całkiem do bani... Redakcja pewnego znanego miesięcznika literackiego stwierdziła, że i owszem, tekst niezły, ale temat strasznie ograny. Ano,  kązda reakacja ma swoje własne spojrzenia.

Opowiadanie w “Esensji” ponownie przeszło długi proces recenzowania. Pomyślnie... Tekst opublikowała “Esensja” w sierpniu 2014 r. Link: http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=18871&ref=ak_sm

A teraz Operacja “Koziorożec” znalazła się w szóstce najlepszych opowiadań “Esensji” minionego roku. Link: http://halas-agn.blogspot.com/2015/01/esensja-poleca-najlepsze-opowiadania.html

Drogi publikacji bywają jednak zawikłane i pokrętne...

Mam też  inną satysfakcję – w minionym roku “Esensja” opublikowała dwa moje teksty.   Ciekawe, jak będzie w tym roku...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

ryszard, gwidon, Użytkownicy V

Oceny

Operacja "Koziorożec"

Petersohnowi wydawało się, że restauracja zieje dziwną pustką – dziwną, bo winna pękać w szwach. Lokal „U Manfreda” należał do najbardziej ekskluzywnych w Berlinie: bywali tutaj wysocy rangą esesmani, oficerowie sztabu generalnego, przemysłowcy i finansiści. John kilka razy widział w bocznej sali Hjalmara Schachta, jeszcze niedawno odpowiedzialnego za gospodarkę i finanse Rzeszy, zajadającego ze smakiem obiad i przy deserze dyskutującego z Albertem Speerem, architektem Hitlera. Dwukrotnie dostrzegł siedzącego w rogu Canarisa, szefa Abwehry, oczu i uszu niemieckiej armii, delektującego się wyśmienitą zupą rakową.

Polubił to miejsce i bywał tu często, początkowo z konieczności – tego wszyscy oczekiwali od reprezentanta amerykańskiego koncernu. Smakowała mu świetna kuchnia, podobała się dyskretna elegancja, wyzbyta ciężkiego, niemieckiego przepychu. Prawie uwiodła śnieżnobiała biel obrusów, codzienne zmieniane bukiety kwiatów na stolikach, dobra muzyka, wieczorami towarzysząca klientom. Mała orkiestra niekiedy grywała nawet standardy jazzowe, a goście w różnorakich mundurach, smokingach i szykownych garniturach słuchali ich z niekłamaną ciekawością. Wszyscy rozmawiali stonowanymi głosami i zachowywali się bardzo uprzejmie, a sale ciągle napełniali nowi przybysze, zwabieni renomą restauracji.

Nie raziła go nawet flaga ze swastyką, wcale nie największych rozmiarów, rozpięta na jednej ze ścian, pokrytej ładnie odnowioną dębową boazerią.

Teraz ledwie przy paru stolikach siedzieli goście. To było niezrozumiale.  

Trudne do wytłumaczenia, bo wszyscy szaleńczo się cieszyli: przyłączono Sudety, a wcześniej podpisano pakt monachijski. Szampan, sznaps i piwo lały się strumieniami, a gospody wypełniali rozentuzjazmowani ludzie. Każda wzmianka o Adolfie Hitlerze powodowała wiwaty. Nawet pani Müller, właścicielka dobrego pensjonatu, miejsca pobytu Petersohna w Berlinie, dawniej sceptyczna w stosunku do przywódcy NSDAP, nie kryła radości.

– Nasz wielki kraj wstaje z kolan, panie Petersen – nadmieniła z promiennym uśmiechem, odbierając rano klucz od pokoju. – Najpierw Austria, teraz Sudety. Ta czeska resztówka z Pragą szybko wpadnie nam w ręce. Moi biedni synowie i mąż cieszyliby się strasznie. Błogosławię führera, że ich śmierć nie poszła na marne. Panie Boże, ileż dobrego przed nami, jeżeli nasz wódz zrealizuje wszystkie zapowiedzi!

Petersohn bez słowa uprzejmie skinął jej głową. Czuł zadowolenie, że nawet jednym drgnięciem mięśni twarzy nie zareagował na swoje nowe nazwisko: Petersen. Już zdążył się do niego przyzwyczaić. Imię John nie budziło zdziwienia u przedstawiciela koncernu Colta, ale nazwisko Petersohn wskazywało na żydowskie pochodzenie. Musiał je zmienić, jeszcze w Langley.

Nikt nie mógł się domyślić, ze jest Żydem, a jego przodkowie zginęli w komorze gazowej w Sobiborze, małej miejscowości w Polsce. Cala rodzina – oprócz prapradziadka, ukrywającego się przez pięć lat w piwnicy pod klepiskiem chłopskiej stodoły w zabitej deskami wiosce pod Biłgorajem. Nikt nie powinien wiedzieć, że w nędznej szopie przy równie nędznym zaułku, łączącym się z berlińską uliczką, ukrył szalupę czasową ”Latawiec”, nadzieję NASA na odzyskanie znaczenia, a celem jego pobytu w mieście nad Sprewą jest zabicie Adolfa Hitlera – i zmienienie historii. Wszyscy powinni wierzyć, że trzydziestotrzyletni inżynier John David Petersen pragnie sprzedać Wehrmachtowi licencję na najcięższy karabin maszynowy Browninga, jeden z najlepszych na świecie, i marzy tylko o jednym – zawarciu korzystnego kontraktu.

Patrzył z namysłem na salę, starając się zrozumieć przyczynę pustki, a pamięć przywodziła wspomnienia ostatnich dni i dzisiejszego przedpołudnia. To akurat rozumiał: planował przecież, ze jutro zabije Hitlera – z niezawodnej niemieckiej broni.

Parabellum i dwa magazynki spoczywały w szufladzie nocnego stolika. John nie widział potrzeby przypominania pani Müller, że pokojówka nie powinna dotykać pistoletu i badać jego funkcjonowania – właścicielka pensjonatu na pewno dobrze o tym pamiętała.

Nabył go bez trudności, i sami Niemcy – John wiedział, że tak się stanie – zaproponowali kupno, kiedy oglądał pistolety, sztucery i dubeltówki w przyfabrycznym salonie wystawienniczym. Przedstawiciele firmy wyraźnie oczekiwali, że Colt Arms Company odwdzięczy się za lukratywny kontrakt, podejmując produkcję parabellum i wprowadzając broń na chłonny amerykański rynek, może nawet jako przepisowe wyposażenie oficerów US Army.  

Naczelny inżynier fabryki z uśmiechem wręczył Johnowi specjalny egzemplarz z misternie grawerowanym zamkiem i kolbą z okładzinami z drewna orzecha włoskiego, pokrytymi drobnymi żłobieniami, a potem niezbędne dokumenty. Zaproponował także przestrzelanie broni, pewnie ciekaw opinii kolegi po fachu.  John na przyfabrycznej strzelnicy opróżnił cztery magazynki, a pistolet ciągle sprawował się doskonale.

Petersohn oszczędnie wyraził kilkanaście słów uznania.

Później opowiedział wszystko właścicielce hoteliku, z zadowoleniem zademonstrował parabellum i pouczył, żeby nikt nie ruszał broni i przy niej nie majstrował.

Hans i Erich, synowie pani Müller, tego samego dnia zginęli pod Verdun. Trzeci miał szczęście: nim skończył szesnaście lat, Niemcy podpisały rozejm w Compiegne. Pani Müller uważała to za błogosławieństwo boże, bo jej czterdziestopięcioletni mąż także oddał życie za kajzera w bitwie nad rzeką Sommą. Leciwa już kobieta obawiała się trzech rzeczy: nowej wojny, powrotu wielkiego kryzysu i tego, że nie doczeka się wnuków. Hitler zapewniał, że po zaspokojeniu żądań Rzeszy w Europie zapanuje długotrwały pokój. Większość niemieckich fabryk pracowała na trzy zmiany, a wszystkie gazety każdego miesiąca solennie informowały o oddaniu kolejnych kilometrów nowych autostrad, budzących podziw. Świeżo upieczeni absolwenci politechnik i uniwersytetów od ręki znajdowali dobrze płatne zatrudnienie. Najmłodszy potomek Helgi Müller, Johann, wyszukał doskonałą pracę, regularnie przynosił do domu sowitą tygodniówkę i w końcu mógł się ożenić.

Pani Müller, tak jak większość jej rodaków, zaczęła uważać, że Adolf Hitler jest darem od Boga.

Petersohn, patrząc na salę, uśmiechnął się na wspomnienie dzisiejszego ranka. Helga Müller, dawniej pracownica fabryki trykotów, tak jak większość Niemców, odrzuciła swoje obawy. Teraz już pod niebiosa wychwalała niewysokiego mężczyznę z niewielkim wąsikiem i charakterystyczną fryzurą. W westybulu pensjonatu pojawił się jego portret, a na stoliku przy wejściu, obok książki telefonicznej, „Mein Kampf” – biblia ruchu narodowosocjalistycznego. 

– Pokojowo przywrócimy znaczenie wielkich Niemiec w Europie i na świecie – rzuciła na pożegnanie. – Mały gefrajter nam to załatwi – bez jednego wystrzału, tak jak do tej pory.

Pani Müller, matka dwóch wojennych bohaterów i wdowa po trzecim, mogła sobie pozwolić na takie żarty. John nie pytał, w jaki sposób skromna szwaczka stała się właścicielką porządnego hoteliku – przypuszczał, że pożydowskie mienie po uchwaleniu ustaw norymberskich otrzymała od nowych włodarzy Niemiec jako rekompensatę za wojenne zasługi rodziny. Funkcjonariusze NSDAP pilnowali, aby matki i żony bohaterów wojny światowej tez zbierały owoce nowego ładu.

Siwawy kelner w smokingu wskazał Petersohnowi wolny stolik. Do klapy eleganckiego stroju przypiął Żelazny Krzyż – wojenne odznaczenie za męstwo, budzące powszechny szacunek.

– Za chwilę. – Petersohn machnął przecząco ręką. – Chłodne popołudnie, zmarzłem, więc najpierw wypiję małą wódkę przy barze. Pusto coś dzisiaj…

Pomyślał, że pewnie i ten człowiek poddał się nastrojowi uciechy z grabieży Sudetów i manifestuje dawne zasługi. A może i on jest szczerym wielbicielem nazizmu.

John wcale nie miał ochoty na alkohol – chciał się dyskretnie rozejrzeć i jeszcze raz przemyśleć swój plan.  

– Nasi oficerowie świętują wraz z niemieckim ludem albo wizytują czechosłowackie fortyfikacje. – Stary Niemiec uśmiechnął się szeroko. – Nasz Hermann też tam się udał i ogląda aeroplany tych zjadaczy knedli. Będzie pan mógł swobodnie prowadzić pertraktacje, choć nasza broń jest doskonała – mamy jeszcze kilka wolnych miejsc. Niebawem sala się zapełni: Ribbentrop zorganizował dziś wieczorem wielki bankiet.

Petersohn kilka razy widział już w restauracji Hermanna Göringa – asa myśliwskiego z okresu minionej wojny, twórcę lotnictwa tysiącletnich Niemiec.

Dopiero teraz John dostrzegł na śnieżnobiałych obrusach kartoniki, informujące o rezerwacji – i zrozumiał usłużny gest kelnera.

Pokiwał głową. Sprawa okazała się najzwyklejsza w świecie.

To miało dobre strony – umówił się dzisiaj w restauracji na rozmowę z ważnymi przedstawicielami fabryki, produkującej broń strzelecką. Podyskutują spokojnie, a oni po raz kolejny odniosą wrażenie, że amerykańskiemu gościowi bardzo zależy na zawarciu wstępnej umowy. Sami Niemcy zaproponowali wspólną kolację. Nie wiedzieli, że czeka ich ostatnie spotkanie – jutro, przed tryumfalnym wyjazdem w Sudety Adolf Hitler uda się na spotkanie z Evą Braun, wierną kochanką. Nakaże zatrzymać wielkiego mercedesa dwieście metrów przed kamienicą kobiety swojego życia, a po drodze, w małej kwiaciarni kupi wiązankę róż. Eva mieszkała w Berghofie, blisko alpejskiej rezydencji wodza, ale teraz, w dniach wielkiej euforii, Hitler wynajął jej piękne mieszkanie i w tajemnicy sprowadził do Berlina. Może, sądził John, führer potrzebował po prostu wytchnienia – i wizyty u Evy to zapewniały. 

Nadal nieodtajnione raporty angielskiego wywiadu podawały nawet liczbę spotkań – i sposób zachowania Hitlera.

Wódz Niemców sprawdzi jeszcze, czy w kieszeni płaszcza ma prezent dla Evy. Zamieni kilka słów z rozanieloną sprzedawczynią, wyfiokowaną i całą w uśmiechach, zapyta o dzieci, ceny zwykłych produktów, serdecznie uściśnie dłoń jej mężowi – i pójdzie dalej. Führer zawsze tak postępował, kiedy odwiedzał Evę w jej tymczasowym locum.

– Mały sznaps. Butelka z lodówki – rzucił w stronę barmana, sadowiąc się na wysokim stoliku.

– Kielich szampana na koszt firmy, panie Petersen. – Człowiek za lśniącą jak lustro ladą też uśmiechnął się promiennie. – Prawdziwy francuski. Dzisiaj mamy piękne niemieckie święto! Przejdzie do historii.

John aprobująco kiwnął głową – nie mógł odmówić. Popijając małymi łykami chłodny trunek, jeszcze raz analizował kolejne sekwencje jutrzejszych zdarzeń.  

Obok kwiaciarni w dniu odwiedzin krążyło przynajmniej sześciu agentów Gestapo, czujnych jak gończe psy, ale Hitler ostatni odcinek drogi zawsze pokonywał sam. Kolejni gestapowcy zajmowali stanowiska w sieni okazałej kamienicy i pilnowali oficyn, starając się jak najmniej rzucać w oczy.

Führer nie znosił widoku zbyt wielu ludzi, kręcących się wokół niego, kiedy udawał się do miłości swojego życia, a wręcz nie cierpiał, aby ktoś towarzyszył mu, kiedy z pięknym bukietem pokonywał ostatnie sto metrów ulicy. Tysiące mikrofilmów, przejrzanych przez Johna w bibliotekach Instytutu Hoovera i Kongresu, dokumenty organizacji Wisenthala dawały jasną odpowiedź na pytanie, dlaczego: Hitler krył miłość do Evy Braun. Po prostu nie konweniowała z wizerunkiem niezłomnego wodza, mającego jeden cel: odbudowanie potęgi Niemiec. Obliczem twórcy wielkiej idei narodowego socjalizmu – i tylko jej się poświęcającej. Ta postać, uważana przez niemal wszystkich za człowieka z granitu, nosiła w sobie jednak spore pokłady niemieckiego sentymentalizmu: pragnienie posiadania wiernej kobiety, w zaciszu domu czekającej z obiadem, słuchającej z uwagą o drobnych kłopotach i wielkich sukcesach towarzysza życia, nalewającej starannie herbatę, krojącej spory kawałek wyśmienitego placka własnego wypieku – i kładącej mu dłoń na kolanie gestem tłumionej namiętności.

Petersohn uważał, że te samotne przechadzki ulicą do domu Evy Braun dają Hitlerowi chwilową ułudę powszedniości i poczucie zaspokojenia ukrytej tęsknoty do rodzinnego życia – i dlatego nie chciał, aby ktoś mu wtedy asystował i to zauważył.

Kiedy John na starej mapie Berlina spostrzegł, że zaledwie dwieście metrów od mieszkania Evy Braun znajduje się odludny zaułek z opuszczoną szopą, dobrym miejscem do ukrycia „Latawca”, w jego umyśle narodził się zarys planu zamachu, metodycznie rozwijany.

– Jak pan ocenia naszego wielkiego wodza, mister Petersen? – stonowany, ale pewnie brzmiący głos wyrwał Johna z zamyślenia. – Ciekawi mnie opinia człowieka zza oceanu. Jestem Reinhard Heydrich. Mam zaszczyt służyć führerowi i Rzeszy w SS.

John drgnął i omal się nie zakrztusił kolejnym łykiem doskonałego w smaku szampana. Zamyślił się i nie zauważył, że dwóch nowych gości usiadło obok niego. Jeden z nich, wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym mundurze uśmiechał się łagodnie. Miał przystojną, pociągłą twarz i wysoko podstrzyżoną czuprynę. Tylko oczy, patrzące przenikliwie i zimno, niemal wwiercające się w twarz, zdradzały charakter wyglądającego jak uosobienie Aryjczyka esesmana.

Barman bez pytania postawił przed nimi dwie kolejne czarki i nalał szampana. 

John poczuł złość. Nie mógł sobie pozwolić na takie niedopatrzenie.

Znał też z nielicznych fotografii drugiego mężczyznę, w ładnie skrojonym, dwurzędowym garniturze, przyglądającego mu się teraz uważnie – Walthera Schellenberga, wschodzącą gwiazdę wywiadu SS, zaczynającego zawzięcie konkurować z Abwehrą.

Nie zdziwił się, że Heydrich zna jego nazwisko. W Trzeciej Rzeszy każdy bardziej rzucający się w oczy cudzoziemiec szybko orientował się, że jest dyskretnie inwigilowany.

Musiał szybko odpowiedzieć, wymijająco, jednak w sposób zadowalający Heydricha. Nie mógł się zdradzić, że go nienawidzi: za cztery lata przyszły protektor Czech i Moraw zorganizuje konferencję w Wannsee i bez wahania wyśle na spotkanie ze śmiercią Żydów z prawie całej Europy.  

– Jest niewątpliwie wulkanem energii. – Wargi same ułożyły się w zdawkowy uśmiech. Wcześniej kilka razy przećwiczył ten grymas przed lustrem. – Ma w sobie niewyobrażalną siłę wybuchu bomby atomowej.

Tym razem John naprawdę się przeraził. Ze wszelkich sił starał się tego nie okazać, zachować spokojną twarz, wyrażającą tylko zadowolenie z możliwości smakowania wybornego trunku – i rozmowy w dobrym towarzystwie. Wiedział, że wypowiedział jedno zdanie za dużo: w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku zaledwie parunastu fizyków interesowało się możliwością rozszczepienia atomu, a tylko kilku uważało to za realne.

– Wybuchu bomby atomowej… – powtórzył z namysłem Heydrich. – Piękne porównanie. Muszę je zapamiętać. Naprawdę ciekawa teoria.

– Oczywiście, że to czysta teoria. – Petersohn rozpaczliwie szukał słów. – Nikt poważnie w nią nie wierzy. Ale na pewno wasz wódz jest duchowym uosobieniem tej wyłącznie hipotetycznej możliwości. Emanuje z niego niesamowita moc.

Odetchnął głęboko. Jakoś zatarł znaczenie bezmyślnie rzuconego zdania. Miał nadzieję, że Heydrichowi rozmowa szybko uleci z pamięci.

– Możliwe, że to tylko teoria… – Heydrich potarł palcem czubek nosa. – Ale interesująca. Często tak bywa, że to, co uważamy za niemożliwe, potem prędko okazuje się rzeczywistością. Führer jest najlepszym przykładem.

Wolno upił łyk szampana.

Petersohn poczuł się tak, jakby w jego żołądku narastała zimna bryła lodu, przenikliwym chłodem paraliżująca ciało. W głębi ducha modlił się, aby w końcu przybyli przedstawiciele firmy – w sposób naturalny zakończyłby pogawędkę.

Wiedział, że Heydrich jest najtęższym mózgiem SS, człowiekiem, budzącym lęk nawet u Himmlera. Mężczyzna, wolno obracający teraz w palcach kieliszek, doceniał osiągnięcia techniczne i je wykorzystywał: całkiem niedawno uzyskał licencję pilota i często zasiadał za sterami małego samolotu.

Teraz zdawał się głęboko rozważać zdanie wypowiedziane przez Petersohna.

Niespodziewanie Schellenberg przerwał niebezpieczną rozmowę.

– Mamy muzyków – zauważył z uśmiechem, wskazując palcem na małe podium w rogu sali. – Świetnie grają. Uwielbiam ich słuchać, choć w składzie jest kilku pół-Żydów. Jako orkiestranci są jednak doskonali.

Ośmiu mężczyzn w odświętnych garniturach stroiło instrumenty. 

– Później i z nimi zrobimy porządek, aż do końca – rzucił Heydrich, dopijając resztę wina. Niedbałym gestem strzepnął niewidoczny pyłek z wyłogu świetnie leżącej na nim mundurowej marynarki.

Nieoczekiwanie znowu się uśmiechnął.

– Oczywiście, panie Petersen, pewne posunięcia restrykcyjne w stosunku do tych krwiopijców, do tej pory tuczących się aryjską krwią, są konieczne. Jednakże na pewno nie przekraczamy określonych granic – podkreślił z wyraźnym naciskiem w glosie. – Niemcy to wielki naród, znany z tworzenia i stosowania prawa. Jeżeli Żydzi go nie łamią, nic im nie grozi. Wszystko inne to celowo fabrykowane plotki.

Teraz jeden z najważniejszych ludzi SS próbował zatrzeć nieopatrznie wypowiedziane zdanie. Skrzętnie ukrywano prawdziwe zamiary elity NSDAP i SS w stosunku do Żydów, zwłaszcza przed cudzoziemcami.

John głęboko odetchnął. Rozmowa nagle zboczyła na inne tory. Ucieszył się jeszcze bardziej, kiedy dostrzegł kilku członków zarządu fabryki, wkraczających do sali. Przybyli we właściwym momencie.

– Pożegnam panów. – Petersohn skłonił głowę. – Cóż, wzywają mnie obowiązki. 

Czuł, jak bryłka lodu w brzuchu powoli topnieje.

Zespół zagrał pierwsze takty ”Horst Wessel Lied” – hymnu NSDAP i SA – Sturmabteilungen, dawnej gwardii Hitlera. Esesmani, nowi pretorianie wodza, doszczętnie zmasakrowali kierownictwo SA podczas jednego dnia, lecz pieśń o wzniesionym sztandarze śpiewano nadal.  

Wszyscy zerwali się z miejsc i podnieśli ręce w hitlerowskim pozdrowieniu.

John mimowolnie zerknął na barmana: miał łzy w oczach. Pewnie, jak osądził Petersohn, płakał ze szczęścia.

 

***

 

Petersohn wolnym krokiem zmierzał w stronę narożnej kamienicy.

Świadomie się nie śpieszył – wcześniej już dwa razy odmierzył czas przechadzki. Przewidywał, a właściwie miał pewność, że kiedy minie narożny dom i skręci w cichą uliczkę, Hitler wyjdzie z kwiaciarni, przetnie jezdnię i z uśmiechem na twarzy wejdzie na chodnik. Z każdym krokiem zaczną się do siebie zbliżać. 

Parę razy przetrenował ten spacer jeszcze w bazie Edwards, macierzystym porcie „Latawca”. Starannie oznaczył odległości kredą na starych pasach startowych, ale te przygotowania nie dawały gwarancji prawidłowego wyliczenia najlepszego momentu do ruszenia naprzód. Sprawdził to ponownie, wyruszając z upatrzonego punktu spod trafiki z papierosami, tytoniem i gazetami, mijając kamienicę Evy Braun i zmierzając w stronę sklepiku z kwiatami. Groziło to zwróceniem na siebie uwagi – na pewno kliku agentów dozorowało kamienicę kochanki Hitlera – ale ocenił, ze ryzyko jest minimalne. Wszystko się zgadzało, potwierdzało wcześniejsze wyliczenia z zegarkiem w ręku, ale i tak powodzenie akcji zależało od punktualności Hitlera.

John wierzył, że wódz tysiącletniej Rzeszy w swoim pedantycznym przestrzeganiu rozkładu dnia go nie zawiedzie.

Mimo wszystko, przybył dobre pięć minut za wcześnie. Przewidział to jeszcze w Edwards – i od początku błogosławił nieznanego mu Niemca, ze dwa pomieszczenia parteru jednego z budynków w przecznicy przeznaczył na skromny sklepik z gazetami, papierosami, oranżadą, cukierkami i prezerwatywami.

Trafika umożliwiała zatrzymanie się – bez zwracania na siebie uwagi. Nikogo nie dziwił widok przechodnia, stojącego obok witryny, palącego papierosa i czytającego o najnowszych sukcesach Hitlera i jego partii.  

Leniwie przewracał strony „Völkischer Beobachter”, udając, że pilnie studiuje nagłówki i wybiera najciekawszy artykuł do lektury. Kupno gazety w planie odgrywało istotną rolę – pozwalało nie tylko na zatrzymanie się tuż przed rogiem: umożliwiało naturalny postój dalej, za zakrętem, gdyby Hitler nieco się spóźnił. John zamierzał wtedy ponownie rozłożyć płachty papieru, sprawiając na jakimś gapiu wrażenie, ze o czymś sobie przypomniał – i doczytuje informacje. Wielu tak czyniło, do głębi przejętych wielkim sukcesem Niemiec w Czechosłowacji. Takie zachowanie nie budziło zdziwienia, co najwyżej uśmiech zrozumienia i aprobaty.  

Nie widział teraz liter – za to przypominał sobie, choć wcale tego nie chciał, jak znalazł się w tym miejscu, z pistoletem zatkniętym za pasek spodni i zapasowym magazynkiem w kieszeni marynarki.

Wzdrygnął się. Gdzieś słyszał, że umierającemu w migawkowym skrócie przewija się przed oczyma całe życie. Teraz miał to samo wrażenie, choć niezłomnie wierzył w powodzenie zamachu i udaną ucieczkę.

Może dla uspokojenia sprawdził, czy pistolet łatwo się wysuwa, a nacięcie na kolbie nie przeszkadza. John nie używał gumowych szelek – zastępował je mocny, dość szeroki pasek. Jeszcze w Edwards, ssąc poranione igłą niewprawne palce, cierpliwie przedłużał szlufki na spodniach, aby twardy płat skóry dobrze leżał na brzuchu i nie krępował ruchów.

Pistolet miał sporą rysę na jednej z okładzin rękojeści. John sam nieopatrzenie spowodował jej powstanie.

Przebierając się przed startem, zapomniał o przełożeniu scyzoryka do spodni. Składany nożyk przydawał się, a on źle się bez niego czuł. Kupił nowy – dobry wyrób wytwórni z Solingen, producenta noży, brzytew i bagnetów dla niemieckiej armii. Bez chwili namysłu głęboko naciął drewno na kolbie, sprawdzając, jak spisuje się nabytek.

Po raz kolejny przekonał się, że wcięcie nie utrudnia sprawnego uchwycenia broni. W pensjonacie pani Müller wykonał dobrą pracę: parę minut później, przeklinając w duchu swoją bezmyślność, pilniczkiem do paznokci starannie opiłował brzegi, aż stały się zupełnie gładkie.

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy dwaj wicedyrektorzy CIA zaproponowali mu odbycie pierwszego, testowego lotu „Latawcem” – do Rzeszy, do czasu tuż po zajęciu Sudetów. Ludzie z Langley od samego początku interesowali się szalupą czasową – wehikuł dawał CIA olbrzymie możliwości, o granicach trudnych do wyobrażenia.  Agencja zaczęła współfinansować projekt. Dla NASA współpraca z wywiadem okazała się rzuconym w porę kołem ratunkowym – prace kosztowały niewiarygodnie dużo, a projekt otrzymał najwyższy priorytet bezpieczeństwa narodowego.

Przyjął propozycję z radością i dumą. Spodziewał się jej, choć wiedział, ze jest kilku kandydatów – ale on, inżynier John Petersohn, absolwent fizyki teoretycznej, a potem mechaniki kwantowej w Massachusetts Institute of Technology, od samego początku konstruował kluczowe układy i znał niewyobrażalnie skomplikowane urządzenia „Latawca” prawie na wylot. Sądził tez, ze pewnie szalę przeważyło to, ze bardzo dobrze władał niemieckim. Dalsza rodzina, potomkowie uciekinierów z Rzeszy, nadal posługiwali się tym językiem, traktując go jak mowę ojczystą. Używali niemczyzny Schillera, Goethego i Tomasza Manna, z mnóstwem współczesnych naleciałości, ale konstrukcja zdań, już mocno archaiczna, pozostała bez zmian. On, jako dzieciak i młodzieniaszek, dobrze się jej wyuczył – i polubił. Teraz, czytając stare książki, słuchając dawnych piosenek i oglądając zapomniane filmy, błyskawicznie pozbywał się balastu anglicyzmów i zupełnie nowych wyrazów. To stanowiło wielki atut – język przybysza nie budziłby zdziwienia i podejrzeń. CIA dbała o każdy, nawet najmniejszy szczegół.

Misja pozornie przedstawiała się prosto: paręnaście dni pobytu, kupienie kilkunastu drobiazgów, książek, gazet, wykonanie serii zdjęć – i powrót do macierzystego czasu. Nikt tego nie mówił wprost, ale John rozumiał, że sztab CIA w Langley sprawdza, jak wyglądałaby rutynowa wyprawa zwiadowcza w przeszłość. Nikt nie wspominał o tym głośno, ale on się domyślał, że w którymś z kolejnych lotów miejsce w ciasnej kabinie zająłby świetnie przygotowany zabójca.

Dowiedział się, że wystąpi w roli amerykańskiego inżyniera, sondującego możliwość sprzedania broni strzeleckiej. Analitycy wywiadu uznali, ze jest to doskonała legenda.

Spojrzał ukradkiem na zegarek. Zostały mu jeszcze dwie minuty.

Wspomnienia napływały, choć wcale tego nie pragnął.

Zaczęły się przygotowania – i od razu narodziły się problemy – a on też dokładał wszelkich starań, aby nic go nie zaskoczyło, kiedy w Berlinie opuści „Latawca”. Agendy CIA pracowały bez wytchnienia. John potrzebował oryginalnego paszportu z tego okresu, niemieckiej wizy wjazdowej, garnituru, płaszcza, koszul, krawatów, banknotów z właściwymi numerami, podróżnych akredytyw bankowych, niekiedy jeszcze sprzedawanych na giełdach staroci, kalesonów, brzytwy i muszki – mnóstwa rzeczy, pieczołowicie odtwarzanych. Wykonanie odpowiedniej walizy, portfela, papierośnicy i zapalniczki oraz nieklejonych butów ze skórzanym podeszwami i obcasami zajęło sporo czasu.

Czytał niemieckie i amerykańskie gazety, skopiowane jeszcze na mikrofilmach, wertował wspomnienia, dokumentację techniczną oferowanej broni, szczegółowo poznawał technologię produkcji.

Wtedy zainteresował się holocaustem. Dla niego – i dla wielu innych – ten zwrot stanowił pusty termin, prawie już rytualny frazes, niekiedy jeszcze wypowiadany, kartkę z podręcznika historii, niezwykle ponurą, ale już zapomnianą.

John sporo wiedział o eksterminacji Żydów, i bolał nad nią, ale dopiero teraz, przygotowując się do misji, uzmysłowił sobie, jak to wszystko wyglądało. Ta sprawa ciągle się przewijała, więc zapoznawał się z zeznaniami świadków wielu procesów, opisami, zdjęciami i filmami, wykonanymi przez oprawców w czarnych mundurach. i żołnierzy Wehrmachtu.

Coś otarło się o wyprasowaną w kant nogawkę tweedowych spodni. Poczuł ciepło czochrającego się o nogę zwierzęcego ciała. Opuścił gazetę.

Mały kotek wystawił łebek za szerokiego mankietu i miauknął ze słyszalnym zadowoleniem. Wyglądał pospolicie, ale prześlicznie: ciemnoszare futerko lśniło jak aksamit, a długie pręgi ciemnej jak sadza sierści na grzbiecie i bokach przyciągały wzrok. Zielone ślepka z uwagą, ufnie, wpatrywały się w twarz człowieka. Koniuszek zadartego ogona, nietypowego, bo grubego jak u żbika i wcale nie nastroszonego, poruszał się nieznacznie, jakby zwierzaczek sygnalizował, że jeszcze bada, czy warto zaprzyjaźnić się z kimś napotkanym po drodze, ale na pewno chętnie się pobawi.

John pogłaskał go czule. Kot zamruczał głęboko, śmiało ocierając się o szorstki materiał nogawki.

Pieszcząc nieoczekiwanego przybysza, Petersohn myślał o ostatnich miesiącach.

CIA miała nieograniczony dostęp do źródeł i John z tego korzystał. Czytał o tym, ze skóra Żydów zagazowanych w fałszywych łaźniach stawała się różowa, a esesmani śmiali się, że zwłoki przypominają pieczone świnie. Problem palenia trupów nigdy nie został efektywnie rozwiązany, a John dokładnie przejrzał stenogramy kilku konferencji SS w tej sprawie. Poznawał dzieje swojej rodziny: losy ludzi, ukrywających się w najdziwniejszych miejscach, rozpaczliwie czepiających się kruchej nadziei przeżycia – i w końcu mordowanych bez litości, bo w oczach Niemców jawili się jako okazy podludzi, hańbiące ludzką rasę.

Początkowo nie zwrócił uwagi na wzmiankę o pobycie Evy Braun w Berlinie, ale potem ponownie się nią zainteresował.

Studiował, badał, zapamiętywał – i coraz częściej bezsilnie zaciskał pięści.

Szło łatwo. Bibliotekarz z Instytutu Hoovera wyjaśnił to pewnego wczesnego przedpołudnia.

– Wielu ludzi teraz się tym interesuje, może szukają korzeni, a może to taka moda. – Szczupły mężczyzna o szpakowatych już włosach, w okrągłych okularach, mówiący nieco dziwnym akcentem, wpatrywał się uważnie w ekran monitora. – Porobiłem sobie odnośniki: prędko się na nie trafia. Wszyscy pracownicy archiwów tak postępują. Proste i wygodne, panie Petersohn.

Kiedy na starej mapie Berlina John odkrył, że miejsce lądowania i ukrycia „Latawca” znajduje się jakieś trzysta jardów od kamienicy Evy Braun, nagle narodził się zarys planu zamachu. Prosty, ale rokujący wielkie nadzieje. Pojął, że ma wielką i niepowtarzalną szansę zapobieżenia złu.  

Poczuł wtedy ulgę i skupił się na korygowaniu swojego zamysłu. Tylko on go znał – i starannie skrywał. Doskonale rozumiał, ze agendy CIA realizowały pracę niemożliwą do wykonania, gdyby zajmował się nią sam. Miał wszystko, czego potrzebował, podanie niemal jak na talerzu: pozostawało tylko planowanie, a potem kilkakrotne naciśnięcie spustu. Nie mógł i nie chciał zmarnować tej szansy.

Jedynej, bo pewien technik, podczas przymiarki ręcznie szytego garnituru, z kwaśną miną zdradził, że prezydent USA zakazał prób zmieniania historii. Restrykcyjny regulamin wypraw ”Latawca” miał zostać ogłoszony dzień przed startem. Już wcześniej zabroniono zabierania broni na pokład podczas wypraw testowych i John strawił sporo czasu na wykoncypowanie sposobu pozyskania narzędzia zamachu.

Okazał się bardzo prosty, kiedy dokładnie przeanalizował spodziewane zachowanie przedstawicieli niemieckiej firmy zbrojeniowej.  

Nie myślał, co stanie się powrocie. Bał się tej chwili, niekiedy panicznie, ale zawsze przywoływał wtedy obraz kominów, górujących nad Treblinką, Sobiborem i Bełżcem, widok czarnych kłębów dymu, cuchnących, jak twierdzili świadkowie, spalonym mięsem – i odrzucał wahania.

Rozpoczął trening biegowy. Z trudem ograniczył palenie do zaledwie czterech – sześciu papierosów dziennie. Dość długo wykonywał przebieżki w sportowych pantoflach, systematycznie wydłużając dystans, ale w końcu odstawił je do garażu, aby go nie kusiły. Biegał teraz w jesiennych półbutach, chcąc przyzwyczaić stopy do większego obciążenia, odkrywając z radością, ze nie widzi śladu pęcherzy na skórze – i często wywoływał u napotkanych ludzi uśmieszek zdziwienia. Kiedy w końcu zaczął pokonywać milę w czasie poniżej ośmiu minut, a na dwieście jardów stale osiągał wynik w granicach pięćdziesięciu sekund, uznał, że fizycznie się przygotował.

Ludzie z CIA okazywali zadowolenie. Nikt nie wiedział, co spotka Johna w Berlinie, a agencja kładła wielki nacisk na sprawność fizyczną. Kilku pracowników towarzyszyło Johnowi podczas przebieżek, nadając tempo, a on dostrzegał, że przy okazji dyskretnie się nim opiekują. 

Tydzień później na naradzie w bazie poznał datę startu „Latawca” – za dwa dni. CIA też uznała, ze wszystko zostało zapięte na ostatni guzik i nie miała zamiaru czekać.  

Kotek pod wpływem łagodnego dotyku palców wygiął grzbiet w stromy łuk. Mruczał tak mocno, ze odgłos przypominał gruchanie gołębi. Wsadził nosek do wnętrze mankietu, dokładnie go badając. Jedno uszko zagięło się i przylgnęło do krągłej czaszki.

John rozprostował je delikatnie.

– Żegnaj, przyjacielu. – Petersohn przykucnął i przeciągnął dłonią po grzbiecie. Lufa pistoletu z pokaźną muszką boleśnie wbiła się w udo. – Nie idź za mną – mógłbyś oberwać zabłąkaną kulką w ten piękny łebek. Ja zapolują dzisiaj na prawdziwego ludojada, a ty połów sobie myszki.

Kątem oka dostrzegł, ze wskazówka sekundnika mija godzinę dwunastą. Dwie minuty upłynęły.

Wyprostował się, starannie złożył gazetę i ruszył naprzód.

 

***

 

John zamknął na chwilę powieki, kiedy mijał narożny dom. Nikt się nie kręcił na rogu dwóch ulic. Otworzył oczy, kiedy skręcił w prawo.

Wtedy zobaczył kogoś, na kogo czekał – niewysoką postać z gołą głową, w beżowym trenczu, wychodzącą z kwiaciarni. Nawet z tej odległości rzucała się w oczy ciemna czupryna, zaczesana na bok – i czarna kreska niewielkich wąsików, zdawało się, przecinających twarz.

Führer zmierzał na umówione spotkanie.

Hitler często zostawiał mundur w szafie, kiedy udawał się do Evy Braun – i nie nakładał kapelusza, pewnie, jak sądził John, z tych samych powodów, dla których odsuwał wtedy od siebie ochronę: smakował namiastkę rodzinnego życia, odrzuconego przez niego, kiedy wspinał się na szczyty władzy, swobodne zachowanie kochanka, zapominającego nawet o ważnych elementach męskiego stroju.  

Mężczyzna w prochowcu w jednej ręce trzymał spory bukiet czerwonych róż, a w drugiej niewielką paczuszkę, starannie obwiązaną gładką tasiemką.

Petersohn szedł powoli. Tak mocno ściskał gazetę, że poczuł paznokcie wbijające się w skórę dłoni. Powstrzymywał się, żeby jej nie rzucić na chodnik i przyśpieszyć kroku – to mogło go zdradzić.

A nawet udaremnić zamach. Z tyłu, paręnaście kroków za Hitlerem szło trzech mężczyzn w szarych garniturach, w charakterystycznych kapeluszach z piórkami. Nie miał wątpliwości, kim są – widział gestapowców obstawy. Führer, przejęty spotkaniem z Evą, nigdy nie oglądał się za siebie, a oni to wykorzystywali, starając się zapewnić mu bezpieczeństwo, nawet wbrew rozkazom.

John wyćwiczonym gestem włożył złożoną gazetę do kieszeni marynarki – tej pustej, nieobciążonej zapasowym magazynkiem. Wiedział, że prezentuje się tak, jak planował – spokojny, dobrze ubrany Niemiec, spieszący do domu, a może na ważne spotkanie. Pewnie za chwilę uśmiechnie się radośnie, niespodziewanie zobaczywszy ukochanego wodza. Bez chwili namysłu podniesie rękę w nowym, hitlerowskim pozdrowieniu.

Rozciągnął wargi w wymuszonym grymasie. Gestapowcy stanowili wielki kłopot, ale on się z tym liczył. Przewidział taki wariant. Po serii strzałów najpierw podbiegną do wodza, sprawdzą, czy nie wymaga pomocy. Kilkanaście sekund potrwa oszołomienie niespodzianym atakiem i śmiercią führera.

Zdąży się oddalić, dobiec do szopy i uruchomić „Latawca”.

Hitler skręcił w lewo i wszedł na jezdnię: zwykle przemierzał ją na skos, pewnie chcąc zaoszczędzić drogi.

Nadchodziła oczekiwana chwila. John nie wiedział, jak się zachowa, kiedy wyszarpnie pistolet za paska: czy będzie w stanie nacisnąć spust, czy nie zadrży mu ręka, czy w ostatniej chwili nie stchórzy. Na to też się przygotował – pamięć przywiodła stary, czarno-biały film, nakręcony jeszcze na celuloidowej taśmie. 

Grupa pijanych esesmanów ustawiała wynędzniałych mężczyzn – wszystkim związano ręce – w szeregu, po pięciu, jednego za drugim. Ze śmiechem formowano starannie rząd, aby stali dokładnie w jednej linii. Chwiejący się na nogach człowiek w czarnym mundurze zbliżał karabin do piersi stojącego najbliżej i strzelał. Ludzie upadali, jak woskowe figurki, bezwładnie, długo kopiąc nogami w ostatnich paroksyzmach życia.

Kadry pokazywały próbę zaoszczędzenia amunicji przy masowych rozstrzeliwaniach Żydów. Na końcu zadowoleni Niemcy wznosili ręce, wrzeszcząc gromko: Heil Hitler! 

Już nie miał wahań. Kciukiem odciągnął bezpiecznik parabellum. Kulę do lufy wprowadził już dawno, jeszcze w pokoju pensjonatu.

Hitler się uśmiechał, może już się ciesząc na myśl o czułym uścisku Evy. Na twarzy miał nieobecny wyraz zamyślenia. John pomyślał, że może planuje pierwsze słowa opowieści o swoim wielkim sukcesie.

Strzelił cztery razy, celując w pierś. Zamek parabellum podnosił i się i opadał rytmicznie, nieco przesłaniając linię celowania, ale po wykwitających na płaszczu plamach krwi John wiedział, ze mierzył dobrze.

Hitler upadł. Na chodniku leżał mały mężczyzna z podkurczonymi nogami. Wiązanka róż wymknęła z rozwartych palców i potoczyła w bok. Wódz Niemiec wyciągnął z widocznym wysiłkiem rękę, jakby ponownie chciał ją uchwycić. Petersohnowi mignęła myśl, że nawet teraz führer wierzy, że wstanie i zaniesie ją Evie Braun.

Nacisnął cyngiel jeszcze dwukrotnie, mierząc w czoło.

Oczy mężczyzny w trenczu znieruchomiały. Stały się szkliste i puste – bez życia. Ręka zamarła w bezruchu.

John już wiedział: zabił Adolfa Hitlera.

Nie miał czasu na rozmyślania – musiał biec, najszybciej, jak potrafił.

Rzucił się do przodu, tak jak podczas treningów w parku miejskim w Edwards. Kątem oka dostrzegł, jak trzech mężczyzn w szarych garniturach biegnie do ciała, lezącego na chodniku. Skupili się, nieopatrznie zostawiając mu lewą stronę ulicy. Za nimi ociężale kłusowało jeszcze kilku ludzi w mundurach. Jeden z agentów nieporadnie gmerał za pazuchą marynarki, pewnie próbując dobyć broni.

Wiedział, że za chwilę oprzytomnieją. Rozlegną się strzały. Pozostawało jedno: sprint w kierunku „Latawca”, nadziei ocalenia.

Sadził długimi susami, miarowo wymachując rękoma. Pistolet trzymany w dłoni przeszkadzał, psuł rytm poruszeń, obciążał. John szybko przeliczył strzały – zostały dwa naboje i dodatkowy pojemnik z amunicją w kieszeni.

Wbiegł w zaułek. Szopa znajdowała się blisko. Nie zamierzał zatrzymywać się, przeładować pistoletu i strzelać – sam stałby się łatwym do trafienia celem. Odrzucił parabellum w wysokie kępy trawy, porastającego dolne partie parkanu z desek – już nie potrzebował broni.

Coś huknęło głośno za plecami – staccato pięciu wystrzałów, seria z pistoletu maszynowego. Uszy zarejestrowały jękliwy świst przelatujących gdzieś obok kul. I głos, mocno brzmiący, wrzeszczący władczo: 

– Nie strzelać! To rozkaz! Jest blisko! Zaraz go dopadniemy!

Już widział wrota w ogrodzeniu, wiodące do zapuszczonego ogrodu. Wysiadając z szalupy czasowej, dokładnie obejrzał drzwi szopy i te solidnie wyglądające wierzeje. Zamknięto je na zardzewiałą już kłódkę, ale niewielką furtkę obok zabezpieczał tylko żelazny skobel. Posmarował zawiasy wąskiego przejścia kremem po goleniu. Sprawdził, że łatwo się otwierają: wystarczał silny napór barku, aby metalowa sztabka wyleciała z przegniłej belki, a wejście stanęło otworem. Wcześniej ustawił w bloku nawigacyjnym „Latawca” parametry powrotnego rejsu. 

Znowu usłyszał cztery pojedyncze wystrzały, ale już wbiegał do środka szopy. Furtka leżała w wysokiej trawie, wysadzona z zawiasów wściekłym uderzeniem ciała.

Drzwi szopy też ustąpiły łatwo.  

Serce waliło mocno, zmęczone morderczym wysiłkiem i niepewnością, co ujrzy wewnątrz zrujnowanego pomieszczenia.

John ucieszył się, zobaczywszy oczekiwany widok. Tęsknił do niego przez ostatnie kilkadziesiąt sekund i teraz miał go przed oczyma: zdezelowane auto wytwórni IFA, właściwie grat, często używane jako ekskluzywna taksówka i pieszczotliwie nazywane przez berlińczyków „dekawką”.

Duże przednie reflektory bez żarówek straszyły resztkami wybitych szklanych osłon. Zdeformowana w harmonijkę maska silnika, pogięty bok nadwozia i załamany dach wskazywały, że wóz uległ poważnemu wypadkowi. Przednia szyba, w kilku kawałkach, z pierścieniowatymi rysami na największym z nich, ledwie się trzymała w obejmach. Samochód nie miał bocznych drzwi, a fotele z postrzępionymi oparciami wyglądały tak, jakby ktoś długo wypróbowywał na nich ostrze brzytwy, a potem systematycznie wyrywał wyściółkę oparć i siedzeń. Popstrzona zwierzęcymi odchodami brezentowa plandeka, też pełna dziur, zakrywała dach.

System kamuflażowy „Latawca” działał bez zarzutu. Technicy długo dyskutowali i wybrali ten wariant: automobilu, tak zniszczonego, że nie opłacała się nawet próba wywiezienia go na złom.

Znowu usłyszał kilka krzyków, wyrzucanych całą mocą płuc:  

– Brać go żywcem! Jest otoczony i nie ujdzie! Da głowę pod topór gilotyny, ale najpierw wszystko opowie!

John oparł dłoń o stłuczoną przednią szybę. System ochrony rozpoznawał teraz linie papilarne. Wydawało mu się, że trwa to wieczność, ale w rzeczywistości nie nie upłynęło nawet pół sekundy, zanim właz uniósł się do góry – drugi układ nieco dłużej analizował tęczówkę oka. Otwór wejściowy nie imponował wielkością, więc John wcale się nie zdziwił, kiedy górny rant wąskiego wejścia strącił mu z głowy kapelusz. Nie chciał się po niego schylać: nie zamierzał tracić nawet sekundy. Sadowiąc się w fotelu, oparł dłoń na obwiedzionym czerwoną farbą kwadracie metalu na pulpicie sterowania, a potem mocno nacisnął. System ponownie odczytał linie papilarne – i zareagował.

Ssawki oplatały i unieruchamiały ciało: musiało tworzyć jedność z wehikułem. „Latawiec” startował, tak cichuteńko, jak porusza się nietoperz w głębokim mroku nocy.

John na monitorze podglądu zewnętrznego zobaczył jeszcze rozmazane smugi postaci, poruszających się wewnątrz szopy. Ci ludzie należeli już do czasu minionego – żyli jeszcze, a jednocześnie stali się martwi.

Odetchnął głęboko, ale w umyśle narodził się cień wątpliwości, coraz bardziej narastający.

Skonstatował gorzko, że jednej sprawy dokładnie nie przeanalizował – tak jak prawie każdy zamachowiec, czegoś jednak zaniedbał. Zamach się powiódł, a więc historia się zmieniła. A on, tak dokładnie wszystko planując, nie rozważył do końca skutków śmierci Hitlera – i chyba coś przeoczył.

Wielogodzinne rozmyślania, często nocne, prowadziły do jednego wniosku: nastanie okres walki o spuściznę po Hitlerze. Pretendenci do spadku skoczą sobie do gardeł: Himmler, Bormann, Hess, Ribbentrop, przeświadczony o swojej wielkości Göring. John nie wiedział, za kim opowie się Geobbels – i generałowie Wehrmachtu, pałający żądzą odwetu za upokarzający dla nich traktat wersalski, ale dobrze pamiętający niedawną hekatombę niemieckich żołnierzy.  

Nie potrafił określić, kto wygra, ale coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, ze okres wzajemnych walk na szczytach władzy będzie trwał dość długo – może nawet rok. Poleje się wiele krwi. Rzesza straci impet. Straci czas i odkryje swoje prawdziwe oblicze. Ktoś mógł to wykorzystać, może polityk tak zdecydowany jak Winston Churchill – albo nawet ślamazarny rząd Francji.

Ale mógł zwyciężyć ktoś zupełnie inny, stojący w cieniu, ale bliski weteranom NSDAP: zimny i wyrachowany morderca, fanatyczny nazista, mający za sobą SS i Gestapo, bez wahania zręcznie eliminujący konkurentów, w pierwszej kolejności Himmlera.

Mógł zwyciężyć ktoś taki jak Reinhard Heydrich.  

Petersohn pocieszył się myślą, że szybko się tego dowie – i nadzieją, że wszystko ułożyło się jednak dobrze, tak jak przewidywał wcześniej, a jego żydowscy bracia i siostry ocaleli z zawieruchy czasów pogardy, nienawiści i stosów trupów w krematoriach obozów zagłady.

Wierzył, że ten czas już nie nadejdzie.

 

***

 

Od pierwszych sekund po otworzeniu włazu „Latawca” John czuł niepokój, a właściwie lęk. Wiedział, ze coś jest nie tak. Zupełnie nie tak, jak powinno być.

Lęk, zimnymi kroplami potu zraszającymi czoło, powoli przeradzał się w trwogę.

Zgodnie z planem lotu czasowego wylądował w bazie Edwards – dziwnie cichej i ciemnej. „Latawiec” zmaterializował się przed wielkim hangarem o właściwej porze – głęboką nocą. Ciemność trochę rozświetlały gwiazdy, nikły sierp księżyca i ledwie kilkanaście mdłych świateł. Nie świeciły się lampy, spowijające blaskiem stanowiska turystycznych promów kosmicznych, latających do granic stratosfery: przy natłoku klientów członkowie  obsługi często pracowali aż do rana, bo NASA dbała o każdy grosz. Dalej położone pola startowe wycieczkowców, okrążających Księżyc, skrywała ciemność.  

Pomyślał, że może nawet już nie istnieją. Nie chciał tego sprawdzać. Wiedział, dlaczego – bo coraz bardziej się bał. Pragnął jednego: powrotu do dwupoziomowego mieszkania w skupisku domów na obrzeżu bazy.

„Latawiec” wylądował i kamery monitoringu, pracujące w widmie podczerwieni, powinny dać sygnał do alarmu. John oczekiwał buczenia klaksonów, pewnie i ryku policyjnych syren – i tupotu wielu nóg, śpieszących na spotkanie. Słyszał tylko dziwny, jednostajny poszum, trudny do identyfikacji. Szybko pojął, co dobiega jego uszu, może i dlatego, ze buty zawilgotniały mu od rosy. 

Szeleściła wysoka, bujnie wyrośnięta trawa, poruszana mocnymi podmuchami wiatru. Rosła wszędzie.

Na obrzeżu bazy rozciągało się osiedle typowych amerykańskich domów: kilka szerokich alei, kilka przecznic, ganki przy każdym wejściu, filigranowe ogrodzenia, starannie koszone trawniki. Tam mieszkał, tak jak większość inżynierów i techników. Zwykle, nawet nocą, od kolonii ładnych budynków biła łuna blasku lamp ulicznych, światełek przy wejściach, wielkich przestrzennych reklam, unoszących się w powietrzu i zachwalających turystyczne wyprawy w kosmos. Nieodległa droga stanowa zawsze pulsowała ruchem i stłumionym odległością warkotem silników.  

Wytężył wzrok. Świeciły się ledwie pojedyncze okna, a ciszę przerywał tylko ten jednostajny poszum trawy. Chciał poprawić kapelusz, ale dłoń nieoczekiwanie zmierzwiła włosy.

Przypomniał sobie, że zgubił go w szopie. 

Znał to uczucie, narastające gdzieś w mózgu i ogarniające umysł. Ten widok przywodził wspomnienie zdjęć, jeszcze niedawno oglądanych. 

Baza Edwards przypominała od dawna nieodwiedzany przez nikogo cmentarz, pogrążający się w niebycie zapomnienia, bo nie pozostał nawet jeden żywy człowiek, pamiętający i czczący umarłych.

 

***

 

Pokrowiec z elektronicznymi kluczami leżał tam, gdzie go schował przed startem – we wgłębieniu pod wielką donicą z wybujałą peonią, stojącą obok ganku. Właśnie zakwitała.

Lampy podsufitowe prawie oślepiły Petersohna, kiedy wcisnął przycisk.

W mieszkaniu pysznił się idealny porządek, doprowadzony do stanu doskonałej, niemal niepokalanej czystości. Ten pedantyczny sposób ułożenia pozostawionych rzeczy na właściwych miejscach zniechęcał do ruszenia czegokolwiek, w obawie przed zepsuciem doskonałego ładu.

Niepokój narastał. Petersohn niedawno oglądał to samo, kiedy pokojówka kończyła sprzątanie jego pokoju w berlińskim pensjonacie: uzyskiwała taki sam wynik.

Na górze, w sypialni, tak jak w prawie każdym amerykańskim domu, miał rewolwer i pudełko nabojów. Znowu potrzebował broni przeciwko Niemcom – i już o tym wiedział. Tylko niemiecka pokojówka mogła tak wysprzątać mieszkanie.

Schody na piętro też lśniły blaskiem codziennego pucowania. Ktoś mozolnie wyczyścił nawet smużki kurzu na bocznych złączeniach stopni z murem, tak pracowicie, że gdy John przesunął przez jedno z tych miejsc palcem, na naskórku nie została nawet plameczka brudu.  

Wcale się nie zdziwił, a właściwie odczuł ulgę, kiedy po uchyleniu drzwi uchwyciło go za ręce kilka dłoni, a mocny głos wywrzeszczał komendę do ucha, prawie go ogłuszając:  – Hände hoch!

Ocenił, że to głupi rozkaz, bo liczne palce, grube i twarde jak wyrośnięte gałęzie, niczym szczęki imadła mocno trzymały jego ramiona. Zimny metal uciskał skroń: lufa broni, wiedział to.

– Witamy w domu, Petersohn. – W niskim glosie innego mężczyzny zabrzmiało rozbawienie. – A właściwie Petersen, bo takie nosił pan ostatnio nazwisko. Tylko spokojnie – porozmawiamy sobie. Jestem obergruppenführer Christian Heydrich, namiestnik Amerikagau. Mój starszy brat, Adolf Heydrich, jest wodzem Czwartej Rzeszy.

Zapaliła się lampa, ustawiona na stole, a potem kilka żarówek żyrandola.

John poczuł, że na nadgarstkach zaciskają się szczęki kajdanek. Skuto go szybko i sprawnie.

– Przywiążcie go do krzesła, a potem wyjdźcie. – Glos miał teraz władcze brzmienie. – Sven i Helmuth zostają. Helmuth, średnio dolegliwe elektroniczne pęta w zupełności wystarczą. Zostawcie kajdanki. Widzi pan, panie Petersen: my, Niemcy, często polegamy na starych mechanicznych urządzeniach. Stanowią doskonale uzupełnienie nowoczesnych środków obezwładniania i są niezawodne.

Petersohn czuł, jak oplatają go niewidoczne liny, przywierająca do ubrania niczym macki ośmiornic. Jedna zacisnęła się na gardle, mocno dociskając kark do wysokiego oparcia. Próbował się poruszyć: okowa zacisnęła się mocniej, tłamsząc oddech.

– Niech pan tego nie robi – w głosie zabrzmiało ostrzeżenie. – Ta część pęt działa jak garota. To środki konieczne dla pana bezpieczeństwa. Sven, zmniejsz nacisk.

Więzy się poluźniły. Oddychał swobodnie.  

Przyglądał się człowiekowi wygodnie rozpartemu na krześle, ustawionym pośrodku sypialni: szykownemu, czarnemu mundurowi, dystynkcjom, długim pasmom baretek, bieli kołnierzyka, wyglansowanym cholewom butów – i czerwonej opasce ze swastyką na rękawie. To, czego się obawiał, zmaterializowało się w postaci lekko uśmiechającego się esesmana. Christiana Heydricha, co do tego nie miał wątpliwości.

Przeniósł wzrok na pozostałą dwójkę: człowieka w eleganckim garniturze, z szerokim uśmiechem przeglądającego teraz magazyn „Life”, wzięty przed chwilą z nocnego stolika i drągala, tez w mundurze SS, celującego do niego z pistoletu.

– Cóż ze mną zrobicie? Powiesicie, rozstrzelacie czy zetniecie głowę na gilotynie?

Zadał pierwsze i najbardziej oczywiste dla niego pytanie, choć gdzieś, w glebi umysłu, narodziło się od razu drugie: czemu Niemcy nie pochwycili go zaraz po lądowaniu?

Nie znał jeszcze odpowiedzi.  

– Przecież dzięki panu wygraliśmy wojnę… – Heydrich wstał i przeszedł kilka kroków. – Bardzo długą i bardzo trudną. I dzięki panu powstała Czwarta Rzesza. Powstała, bo w rozmowie z moim przodkiem, Reinhardem Heydrichem, wypowiedział pan jedno zdanie za dużo – o wybuchu bomby atomowej. 

– Zabiłem Hitlera. – John pokręcił głową. Pęta nie zareagowały. – Nie przeżył, to niemożliwe. Nie wierzę, ze jedno mimochodem rzucone zdanie mogło coś zmienić. Strzeliłem głupstwo, wiem, ale nie miało ono wielkiego znaczenia.  

Namiestnik Amerikagau ponownie rozsiadł się wygodnie.

– Dobrze pan strzela. – Heydrich uważnie przyjrzał się rękawiczkom, lezącym na kolanach. – Hitler zmarł natychmiast. Bardzo krótko rządzili potem Himmler i Bormann, ale obaj zginęli w wypadku lotniczym. Reichsführerem został Reinhard Heydrich: nie miał konkurentów. Ważne jest coś innego: mój przodek dobrze zapamiętał pańskie słowa. Czasami je wspominał. Reinhard długo służył w Kaiserliche Marine, cesarskiej marynarce wojennej, a w flocie przywiązywano wielką wagę do osiągnięć technicznych – i nowoczesności. Postęp następował w piorunującym tempie, a i tak Anglicy górowali. Po prostu poruszył pan w nim ukrytą strunę, a ona już nie przestała dźwięczeć.

Nagle uderzył rękawiczkami w udo. Odgłos przypominał pistoletowy wystrzał. Teraz mówił podniesionym tonem, z dziwnym odcieniem goryczy:

– Nie miałoby to może wielkiego znaczenia, ale pan dostarczył memu przodkowi decydującego argumentu w walce o władzę: pomysłu na niszczycielską broń o niewyobrażalnej mocy. Heydrich, nowy prorok nazizmu, miał wizję czegoś, co rozstrzygnęłoby wojnę. Reszta konkurentów tylko klaskała i zapewniała o wierności. Dowództwa SS, Gestapo i Wehrmachtu stanęły za nim murem: na takie coś właśnie czekali. Niewiele osób wiedziało o nagłej wizji prapradziadka, ale oni decydowali. Miał dzięki panu asa w rękawie – i umiał go wykorzystać.

Głos Christiana Heydricha nieoczekiwanie przybrał normalne brzmienie.  

– Zaraz po tym, jak został wodzem, powołał zespół najwybitniejszych naukowców – i dał im jedno zadanie: skonstruować ładunek jądrowy. Zagonił ich do dobrze zorganizowanej pracy, a on to potrafił – ciągnął suchym, prawie belferskim tonem. – Mocno się też zainteresował nowymi technologiami. W tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku – kontynuował cicho – rakieta V–4 z bombą atomową, jeszcze dość prymitywną, uderzyła w Londyn, a nowe myśliwce odrzutowe Willy’ego Messerschmitta zmasakrowały RAF. Anglia się poddała. Prawie cała flota brytyjska wpadła nam w ręce. Parę ładnych lat później V-9 zniszczyła Nowy Jork. Mieliśmy jeszcze trzy ładunki atomowe: tez ich użyliśmy. Później powtórzyliśmy serię uderzeń. Długo i bohatersko walczyliście, ale nie mieliście szans.

John słuchał uważnie. Człowiek w czarnym mundurze mówił prawdę – nie mogło być inaczej, bo nie siedziałby teraz tutaj, przywiązany jak bezwolna kukła do krzesła. Możliwe, uznał, że Niemcy się po prostu z nim bawią – paręnaście minut przed przygotowaną już egzekucją. Opowiedzą o tym, co spowodował zamach, a potem zaprowadzą pod mur domu, przed grupę żołnierzy, czekających w milczeniu na komendę:

– Ognia!

Miał nadzieję, ze przedtem dadzą mu parę razy zaciągnąć się papierosem.  

Teraz pragnął poznać wszystko, aż do końca. Pomyślał, że może jedno się udało.  

– Cóż stało się z Żydami? – zapytał równie cicho. Spodziewał się, nawet wiedział, jaką otrzyma odpowiedź, ale chciał ją usłyszeć – i łudził się, że będzie inna od oczekiwanej.

– W Europie i Amerikagau od dawna nie ma już Żydów… – Heydrich westchnął, jakby nad czymś bolał. – Reinhard Heydrich wysłał ich wszystkich przez komin do nieba. Pana bracia żyją jeszcze w komunistycznej Rosji, a nędzne resztki schroniły się w Ameryce Południowej.

Namiestnik dawnych Stanów Zjednoczonych kaszlnął sucho.

Zamilkł. Przyglądał się uważnie Petersohnowi, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.

Milczący esesman przełożył pistolet do drugiej ręki. 

– Amerikagau to dawne Stany Zjednoczone i Kanada, ale bez Alaski. – Mężczyzna w garniturze odłożył ”Life” na etażerkę. Ściągnął brwi, też wpatrując się w twarz człowieka przywiązanego do krzesła niewidocznymi pętami. – Alaskę oddaliśmy Rosji za utrzymanie pokoju, ale trzymamy tam czerwonych na krótkiej smyczy: oni ciągle mają kłopoty z żywnością. Przepraszam, nie przedstawiłem się – mężczyzna głośno strzelił palcami – jestem standartenführer Sven Schellenberg. Pewnie po nazwisku zorientował się pan, ze pracuje w wywiadzie. Cóż, kontynuuję rodzinne tradycje.  Człowiek, mierzący do pana z parabellum, to Helmuth Müller. Dzielny z niego żołnierz.

John nie zwracał uwagi na wypowiadane słowa. Jego nadzieje zmieniły się w popiół, taki sam, w jaki przeistaczają się zwłoki ludzkie trawione płomieniami krematorium.

– Światem rządzą Rzesza, Rosja, Japonia i Brazylia – ciągnął Sven. – Znowu szykujemy się do wojny, po raz pierwszy z Rosją.

Heydrich machnął ręką, najwyraźniej dając znak, aby przerwał.  

– Dowie się wszystkiego później – stwierdził władczo. – Nie mamy wiele czasu.

John znowu widział przed oczyma ten stary, krótki film: ludzi w tych samych mundurach, jakie mieli na sobie Heydrich i Müller, starannie ustawiających w rzędzie wynędzniałych więźniów – i śmiejących się do rozpuku. Wychudłe ciała, za chwilę walące się na ziemię, jedno za drugim, jak kostki domina, pchnięte niewidzialnym dla oka uderzeniem karabinowej kuli. Kilku żołnierzy, pokazujących palcami plamy po moczu i rechoczących radośnie.

 Mózg sformułował myśl, niegłośno wypowiedzianą:

– Przynajmniej próbowałem. Starałem się. Miałem dużo szczęścia, że mi się udało, teraz to dostrzegam.

– Dopisywało panu szczęście? Naprawdę? – Schellenberg z rozmachem wziął krzesło, stojące pod ścianą i usiadł w dziwnej pozycji, przodem ciała do oparcia. Oparł na nim łokcie, splótł dłonie, a potem ułożył na nich podbródek.

– Dopisywało panu szczęście… – powtórzył wolno. – Kiedy pan uciekał, ktoś za plecami krzyczał: „Nie strzelać, brać go żywcem!”. Pamięta pan? A potem, w tej zapchlonej szopie, ten sam człowiek wrzeszczał, ile miał powietrza w płucach „Nie strzelać! Jest otoczony i się nam nie wymknie! Da głowę pod topór, ale najpierw wszystko opowie” – albo coś bardzo podobnego. Prawda?

Esesman z pistoletem w dłoni zaśmiał się krótko. Schellenberg nie zwrócił na to uwagi. 

– Nie słyszał pan wszystkich jego rozkazów, bo nie musiał ich wykrzykiwać –kontynuował. – Kula zawsze jest szybsza od najlepszego nawet sprintera, a pan o tym zapomniał. Ale ktoś podbił lufę pistoletu maszynowego… Oficer SS, kierujący pościgiem, dowodził nim tak, aby pan dobiegł do „Latawca” i uszedł z życiem. Trudne i prawie niewykonalne zadanie, ale on tego dokonał. 

– Otrzymał za to Krzyż Rycerski z Liścmi Dębu – sucho zauważył Heydrich. Strzepnął złożone rękawiczki o kolano. – Powiedzcie i pokażcie panu Petersenowi wszystko.

– Tak jest – krótko odpowiedział Schellenberg.

Petersohnowi wydało się, ze mimo tego, że nadal trzymał brodę na splecionych palcach, reszta ciała esesmana posłusznie się wyprężyła.

– Coś pan utracił w szopie. – W oczach Schellenberga błysnął cień rozbawienia. – A właściwie zgubił część ubrania. Oto ona – z pewnością pan ją pozna.

Szybko wstał i otworzył drzwi do szafy. John poznał, co trzymał w dłoni: szary kapelusz z ładną wstążką, niezbyt dużym rondem, sporym wgłębieniem na czubku główki, starannie i pracowicie wyczyszczony – tak jak wszystko w mieszkaniu.

Nigdy nie używał kapeluszy: jedyny, po długich poszukiwaniach kupiony przez CIA, zabrał ze sobą do kabiny „Latawca”.

 Nie miał wątpliwości – Schellenberg pokazywał to, co pozostawił w Berlinie.  

– Rzucił pan pistolet w trawę podczas ucieczki, w gęstą kępę. – Schellenberg położył kapelusz na stole. – Słusznie: utrudniał bieg. Zyskał pan kilka sekund. Może ten niewielki zysk na czasie ocalił panu życie. Nie odnaleziono broni, bo ktoś ją zaraz podniósł. Nikt tego nie widział, tak wszystkich zajmował pościg. Helmuth, pokaż mu. 

Müller schwycił trzymany w dłoni pistolet za lufę, podsuwając go Petersohnowi prawie pod nos.

John widział wyraźnie misterne grawerowanie zamka, drewniane okładziny pokryte drobnymi żłobieniami – i rysę z boku: niewielkie, ale wyraźne nacięcie, dokładnie spiłowane do niemal idealnej gładzi.

– Skąd to wszystko wiecie i skąd to wszystko macie? – wychrypiał.

Gardło miał całkowicie suche.

– Bo mamy „Albatrosa”, pojazd czasowy podobny do „Latawca”, ale znacznie lepszy. – Christian Heydrich machnął dłonią. – I prowadzimy operację o kryptonimie „Koziorożec”. Wie o niej mniej niż dziesięć osób: Johnie Petersohn, staniesz się następną z nich. Naszym celem jest zabicie Adolfa Hitlera. Pan nas po prostu ubiegł. Nie pozostawało nam nic innego, tylko dyskretna pomoc i opieka. Standartenführer Sven Schellenberg jest w tym mistrzem.

– Helmuth, teraz możesz go rozkuć. – Schellenberg znowu wziął z etażerki „Life”. – Spokojnie sobie porozmawiamy. Daj mu pić.

 

***

 

Chłodne piwo świetnie smakowało. John z przyjemnością wypił szklankę pienistego napoju i teraz czekał na następną porcję, wolno nalewaną przez Schellenberga.

– Czegóż ode mnie oczekujecie? – zapytał, rozcierając nadgarstki. Müller mocno zacisnął metalowe okowy. Krew zaczynała w końcu żywiej krążyć. Nie odpowiedział jeszcze na stwierdzenie obergruppenführera, że zostaje włączony do operacji „Koziorożec” – chciał odwlec tę chwilę. Rozmowa mogła to ułatwić, a na pewno przedłużyłaby życie o paręnaście minut.

Liczył się z tym, że koniec będzie taki, jak przewidywał: spojrzy w twarze żołnierzy plutonu egzekucyjnego.

– To proste – wyjaśnił Heydrich. – Poleci pan jeszcze raz, tym razem „Albatrosem”. ”Latawiec” na pewno wymaga przeglądu, może jakichś napraw. Wykona pan to samo, tylko niech pan pamięta o jednym: podczas rozmowy z moim przodkiem nie wypowie pan słowa o bombie atomowej. Pewnie znowu się spotkacie. Zachwyci się pan Hitlerem: tak trzeba. Wspomni pan, że Stany Zjednoczone biorą z niego przykład i rozwijają klasyczne bronie: projektują nowe czołgi, samoloty z silnikami tłokowymi, budują lotniskowce, bo wszyscy sądzą, że wojnę wygra tradycyjna broń, tylko lepsza. To powinno wystarczyć, żeby Rzesza poniosła klęskę – chociaż nie mamy takiej pewności. Ale na pewno wystarczy do jednego – nie stworzy pan trampoliny, dzięki której Reinhard Heydrich wskoczy na szczyt. Nie wsadzi mu pan do rękawa rozstrzygającej karty. Walki o władzę będą pewnie trwały długo. 

Petersohn zastanowił się chwilę. Jednej sprawy nie rozumiał i musiał ją wyjaśnić. 

– Czemu to wszystko robicie? Czemu chcecie zabić Hitlera? Jesteście nazistami.  

Po policzku Heydricha przeleciał nerwowy tik. Wziął do ręki czapkę, zawieszoną na oparciu krzesła. Z uwagą wpatrywał się w metalowy emblemat: trupią główkę nad daszkiem.  

– Bóg mi świadkiem, że wierzyłem w nowe, wielkie Niemcy – stwierdził sucho. – Sprawiedliwe Niemcy, wiodące świat do lepszej przyszłości. Dla wszystkich.  

Chusteczką przetarł dokładnie znak, jakby dostrzegł na nim niepotrzebny kurz.  

– Wierzyłem – powtórzył głucho. – Prowadzimy operację „Koziorożec” z kilku powodów. Pewnego dnia dowiedziałem się, że w żyłach Reinharda Heydricha płynęło sporo żydowskiej krwi. Tajemnica rodzinna, choć wielu o niej wcześniej wspominało.

Christian zaśmiał się krótko. Jego śmiech nie brzmiał wesoło.

– Przebolałem to – kontynuował spokojnie. – Przebolałem, że wysłał na śmierć swoich braci i siostry. Czułem i czuję się Niemcem. Mało mnie to obeszło, bo to już historia. Cóż, stało się: mieliśmy znacznie ważniejsze sprawy na głowie. Potem dowiedziałem się, jak to wyglądało. Nie uwierzy pan, Petersen, jacy Niemcy są chełpliwi, jak uwielbiają się chwalić. Czytałem wspomnienia, opisy, relacje załóg obozów. Nikt w Czwartej Rzeszy nie mówił o tym głośno, wielu się tego domyślało, reszty to nie obchodziło, jak to zwykle bywa. A oni po wojnie pchali się do pierwszego szeregu i opowiadali, jak oczyścili świat z plugawej rasy. Frontowi weterani stali z tyłu, a ci oprawcy spierali się, kto zagazował więcej Żydów, Polaków czy Cyganów. To też przebolałem: nasi przodkowie urządzali Niemcy po zwycięstwie, naprawdę sprawiedliwe państwo. Wszystko inne odchodziło w przeszłość.  Wymagała tego wojna, tak twierdzono. Mówiłem sobie: trudno, gdzie drwa rąbią, wióry lecą. Urodziłem się po zwycięstwie Rzeszy – już wtedy stanowiło to odległą przeszłość. Ale parę lat temu – głos Heydricha znowu zabrzmiał głucho – mój brat napisał książkę, nową ewangelię Niemiec. Nosi tytuł „Der neu Kampf”. Latynosi, Kreole, Arabowie, Rosjanie nie są ludźmi: to odpadki ewolucji. Nie ma dla nich miejsca w tym wspaniałym, sprawiedliwym świecie. Murzyni znajdą miejsce: bydło robocze jest potrzebne. Kiedy zameldowano mi, że żakończono prace nad „Albatrosem”, postanowiłem z tym wszystkim skończyć, raz na zawsze. Tak postępują Niemcy.

Müller zdawał się nie słuchać: uważnie nalewał piwo do szklanek. 

– Otrzymaliśmy rozkaz budowania we wszystkich obozach nowych łaźni, dość specyficznych. Obozy nadal istnieją – wyjaśnił Heydrich w odpowiedzi na pytające spojrzenie Petersohna. – Latynosi napierają: szukają pracy, nowych możliwości, szczęścia, więc gdzieś trzeba trzymać zatrzymanych. Zbudowaliśmy mur w poprzek kontynentu, istny nowy wał Hadriana, ale to niewiele daje: kopią tunele, budują lotnie, używają awionetek, nawet silników odrzutowych mocowanych do pleców. Osadzamy ich w łagrach. Wytępienie rasy podludzi rozwiązuje problem, raz na zawsze. Afrykanie się rozpaczliwie bronią, odnosząc nawet drobne sukcesy, ale cóż mogą poradzić przeciwko doświadczonym i świetnie uzbrojonym oddziałom „Afrikaarmee”? Marsylia stała się największym portem przeładunkowym niewolników. Nowa era kolonizacji, według starych, dobrych wzorców.

Christian Heydrich przetarł chusteczką spocone czoło.

– Świetlana przeszłość często cuchnie jak zapuszczona kloaka i lepiej jej nie badać – stwierdził z wściekłością. – Nie przyłożymy ręki do budowania nowego szamba na odpadki.  

W głosie obergruppenführera zabrzmiał ton gniewu.

– Otóż to. – Schellenberg pokiwał głową. – Nie chcę się wstydzić przed dziećmi, ze sfabrykowałem im cudowny, nowy świat, wykorzystując krematoryjne piece. Zapytają mnie: kto następny – a ja nie odpowiem. Jest pan z nami?

Petersohn czuł w głowie potężny chaos. Naziści, potomkowie morderców, proponowali mu współpracę – jemu, Żydowi. Jeśliby odmówił, stałby się pariasem, może nawet okazem, wożonym w klatce. Jedynym przedstawicielem wytępionej rasy podludzi w Czwartej Rzeszy. Heydrich starannie ukrywał swój plan, dopuszczając do sekretu zaledwie kilka osób, a więc nic się zmieniło. Zresztą, brat kolejnego führera o tym powiedział: w Czwartej Rzeszy eksterminację Żydów traktowano jak nieco tylko kłopotliwy spadek przeszłości. Przyjmując ofertę, miał po prostu możliwość przedłużenia życia.

Nie miał dokąd wrócić, bo jego świat już nie istniał. Przynajmniej tak to wyglądało, a nie mógł sprawdzić, czy się nie myli.  

Ale propozycja pozwalała na coś bardzo ważnego: umożliwiała naprawienie błędu. Christian Heydrich jawił się jako człowiek zdeterminowany, pragnący za jednym zamachem wykreślić zbrodniczą przeszłość – w typowo niemiecki sposób. Ale jednak mimo wszystko ją wymazać. I może wtedy on, John David Petersohn, mógłby wrócić do świata utraconego. Nawet nie miał chwili, aby go opłakać.

Zdecydował się. Znowu narodziła się szansa, i tak jak poprzednio, mogła się już nie powtórzyć. A poza tym, odmawiając udziału w operacji „Koziorożec” niedowołanie wszystko tracił. Wyrażając zgodę, mógł tylko zyskać – on oraz jego żydowscy bracia i siostry.  

– Nie mam wyboru – odpowiedział wolno. – Nie myślałem, ze tak się stanie. Muszę to naprawić. Jestem z wami. 

Z wahaniem uścisnął wyciągniętą dłoń Christiana Heydricha.

– Uważaj na siebie, przyjacielu. – Palce obergruppenführera okazały się niespodziewanie ciepłe, a uścisk mocny. – I powodzenia. Może się jeszcze spotkamy, chociaż, jeżeli ci się uda, to raczej niemożliwe. Na to właśnie liczę. Scharführer Helmuth Müller zajmie się tobą. Nie ma nic wspólnego z Helgą Müller – po prostu nosi często używane niemieckie nazwisko.

Milczący do tej pory Helmuth Müller z uśmiechem podał Johnowi kapelusz.

– Chodźmy, inżynierze – stwierdził krotko. – Pokażę panu „Albatrosa”.

 

***

 

Przed domem John chwilę obserwował, jak Heydrich. Schellenberg i pięciu innych esesmanów wsiadają do sporego poduszkowca ze swastykami na burtach.

Coś go męczyło – drobny, ale dziwny szczegół. Wszystko mogło mieć znaczenie, więc postanowił od razu wyjaśnić sprawę.

– Scharführer to podoficer – zauważył ostrożnie, patrząc na snop światła z latarki Müllera, oświetlającej nierówną dróżkę ułożoną z płyt. Od dłuższego czasu szli w milczeniu obok siebie. – Bardzo poślednia szarża. W US Army to chyba zaledwie kapral. Pan wybaczy, ale to dziwne, że człowiek o tak niskim stopniu zajmuje się tak ważną sprawą.

– Miałem stopień sturmbannführera, czyli majora, z wielkimi perspektywami awansu – w głosie wysokiego mężczyzny w czarnym mundurze nie zabrzmiał nawet cień emocji – ale mnie zdegradowali. I tak miałem szczęście: poważnie liczyłem się z tym, że stanę przed plutonem egzekucyjnym. Teraz skręcimy.

Wąski strumień blasku pokazał rozwidlenie dróżki i białe pnie licznie rosnących brzózek. John nigdy wcześniej ich nie widział. Szybko sobie wytłumaczył ich pojawienie: bazę Edwards powoli porastał las.  

– Za cóż to? – zapytał krotko. Odpowiedź też mogła mieć znaczenie.

– Niesubordynacja i niewłaściwe wykonanie rozkazu – spokojnie odpowiedział esesman. – Świadome. Wiemy o panu bardzo dużo, Johnie Petersohn. Schellenberg wykonał kawał dobrej roboty. Ja przeszedłem podobną drogę.

Przystanął.

– Otrzymałem wymarzony przydział: pilot testowy „Albatrosa”, a potem czekał mnie udział w poważnej misji. Miałem polecieć do Niemiec, mniej więcej do tego samego czasu, co pan. Na krotko: typowe sprawdzenie możliwości pojazdu i jego funkcjonowania. Pierwszy lot „Albatrosem” – historyczny…

Prychnął przez zęby, jakby coś go rozbawiło. 

Znowu ruszyli naprzód. Światło latarki wyławiało z mroku kolejne pnie.

– Rozpocząłem przygotowania – kontynuował beznamiętnie esesman. – Kwestia techniczne to dla mnie fraszka. Znam „Albatrosa” jak własną kieszeń, ale uczyłem się zwyczajów, sposobu zwracania się, pracowałem nad językiem – teraz mówimy innym niemieckim. Przekopałem się przez archiwa rodzinne, tak z ciekawości. Wpadła mi w ręce dziwną fotografia człowieka uderzająco podobnego do mnie. Jota w jotę. Zdziwił mnie tylko podpis na odwrocie: „To ja, Chaim Bromski, żydowski szewc z Łodzi, dziadek Aarona, przekazanego państwu Młynarzom”. Ktoś mi to przetłumaczył z polskiego. Już nie tak daleko.

Mijali pryzmy dziwnie wyglądających blach, ułożonych jedna na drugiej. Snop światła ukazał długie dźwigary, leżące dalej. Może, osądził Petersohn, oglądał pozostałości po rozebranym hangarze.

– Nie wykorzystujecie bazy? Wygląda jak powoli zdychająca ze starości skamienielina dawnej przeszłości.  

Petersohn nie mógł się powstrzymać od zadania tego pytania, choć z ciekawością słuchał opowieści.

– Skupiliśmy się na czymś innym, bo cały czas balansujemy na krawędzi nowej wojny – sucho wyjaśnił esesman. – Kilka już stoczyliśmy. Teraz trochę odświeżyliśmy wszystko, bo Schellenberg wpadł na pomysł, aby tutaj ukryć „Albatrosa”. Ale o pańskie mieszkanie dbaliśmy cały czas, bo wiedzieliśmy, że tam pan pójdzie, jak zobaczy te ruiny. Nic nie zmienialiśmy, bo Schellenberg nie chciał pana za bardzo denerwować, ale służby kobiece sprzątały je dokładnie, żeby nie zarosło brudem. Przecież pan wie, ze Niemcy kochają porządek. Skończę: chcę, aby pan wiedział, z kim współpracuje.

Ścieżka wiodła teraz przez mocno zarośnięty krzakami sosnowy zagajnik. Johnowi mignęła myśl, że nie tylko historia uległa zmianie – w Kalifornii zmieniły się klimat i roślinność, pewnie po wybuchu ładunku nuklearnego.  

– Nie uwierzy pan, Petersohn, jak dokładne są niemieckie archiwa – wolno ciągnął Müller. – Może tylko rosyjskie są obszerniejsze, chociaż to i tak stary, pruski wpływ. Szybko doszedłem, na kogo patrzyłem na tym dagerotypie. Zdjęcie przedstawiało młodego Chaima, mniej więcej w moim wieku, zaraz po przybyciu do Łodzi, dla wielu nowej ziemi obiecanej. W chwili wybuchu wojny z Polską był już bardzo starym człowiekiem, ale nadal bystrym i przewidującym. Miał fabryczkę butów, bardzo wygodnych. Wszyscy je chwalili.

Wysoki człowiek w czarnym mundurze zatrzymał się na chwilę i z uwagą przyjrzał się czubkom swoich wyglansowanych do połysku oficerek.

– Urodził mu się prawnuk: pierwszy prawnuk, wielki powód do radości i szczęścia, jeszcze nawet nie obrzezany – kontynuował nieco zmęczonym głosem, znowu miarowo stawiając kroki – ale Niemcy gnali już wszystkich łódzkich Żydów do getta. Chaim coś przeczuwał, więc oddał potomka polskim sąsiadom, właśnie małżeństwu Młynarzów: pewnie tylko do czasu, kiedy wszystko się unormuje. Oni bezskutecznie starali się o dziecko. Dołączył to zdjęcie, a myślę, że i sporo pieniędzy.

– Fotografię po to, aby przypominała, że Aaron to jednak Żyd – uzupełnił John. – I potwierdzała, kto jest dziadkiem.

– Oczywiście, że tak. – Niemiec poprawił na głowie siodlastą czapkę. – Ale chyba Młynarzowi chodziło o coś innego. Powinien ją natychmiast wrzucić do pieca, ale pewnie traktował jak polisę ubezpieczeniową, gdyby jednak Niemcom powinęła się noga. Zawsze mógłby powiedzieć, że wszystko, co później zrobił, miało na celu ocalenie żydowskiego dziecka. Poświecił wiele, w tym swoją polskość, więc trzymał fotografię – na wszelki wypadek. Bardzo słaby argument, ale mógł ocalić mu życie, gdyby wojna potoczyła się inaczej. Może też uważał zdjęcie za dziwny talizman i bał się zemsty zza grobu. Wiem, że Polacy bywają przesądni. Nieważne. Aarona ochrzczono i na chwilę stał się Janem, a potem, szybciuteńko, Hansem – i szczerym, oddanym Rzeszy Niemcem. Małżeństwo Młynarzów doszukało się germańskiego rodowodu, oboje podpisali volkslistę i zmienili nazwisko na Müller. Kiedy wygraliśmy drugą wojnę światową, popłakali się ze szczęścia. A ich dawni rodacy zaciskali zęby ze wściekłości i ciągle organizowali po lasach grupy partyzanckie. Romantycy.

Esesman wzruszył ramionami.

– Cóż stało się później? – z ciekawością zapytał John.

– Hans na ochotnika zgłosił się do Kriegsmarine i bardzo dobrze spisywał się w wojnie na Pacyfiku, a jego przybrani rodzice zginęli w zamachu. Donosili na dawnych znajomych i dzięki temu gestapo rozszyfrowało sporo grup konspiracyjnych. –  Helmuth poprawił węzeł krawata. – On zresztą sądził, że jest ich potomkiem. Grupa podziemnej polskiej armii wykonała wyrok na Młynarzach – za zdradę. W odwecie powieszono pięćdziesięciu Polaków w miejscu, nazywanym Bałuckim Rynkiem. Oczywiście, zagipsowano im usta, żeby nie krzyczeli przed śmiercią: „Niech żyje Polska!”, albo ”Jeszcze Polska nie zginęła i nigdy nie zginie!” – jak to mieli we zwyczaju.

W głosie esesmana zabrzmiała niekłamana nuta podziwu.

– Młody Müller ożenił się z Polką, towarzyszką lat dziecinnych – kontynuował Helmuth. – Mieli trzech synów – jeden z nich to mój przodek. Ta kobieta go rzuciła: zdaje się, że uważała Hansa za nowego Konrada Wallenroda, a on zawiódł jej nadzieje.

John pokręcił głową. Nie rozumiał, o kim wspomniał esesman. Helmuth nie zwrócił na to uwagi.

– Fotografia jednak ocalała, no i dokumenty – Müller ciągnął spokojnie, jakby opowiadał banalną historię. – Wiem, że w tym kraju nadal jest niespokojnie. Polacy używają do walki nawet chłopskich wideł, a policja ich dziesiątkuje. Dzielni ludzie.

Nagle zapaliły się światła przed niewielkim budynkiem wprost przed nimi. Przyspieszyli kroku.  

– Otrzymałem rozkaz udania się z misją rekonesansową do Berlina. – Müller westchnął. – A ja zmieniłem nastawy lotu i wylądowałem na starym cmentarzu żydowskim w Łodzi. Nie mogłem nie zobaczyć grobu Chaima Bromskiego, mojego przodka – nie wiem, dlaczego. Coś się we mnie odezwało. Pradziadek, a właściwie prapradziadek, miał szczęście: zmarł zaraz po osadzeniu w getcie i pochowano go jeszcze według odwiecznego zwyczaju, na kirkucie. Cmentarz nadal istniał, choć mocno zapuszczony. Opłaciłem Polaków do odnowienia mogiły i kamienia nagrobnego, dopilnowałem pracy, a potem odmówiłem wykuty na pamięć kadisz – modlitwę za zmarłych – choć nie rozumiałem z niej nawet słowa. Położyłem kilka ładnych kamyczków. Potem wróciłem, od razu pod sąd polowy. Mało brakowało, a zdemaskowałbym misję.

Stalowe wrota rozwierały się powoli. Z wnętrza budowli biło jaskrawe światło. John dobrze widział pękaty u podstawy, srebrzysty pojazd, przypominający zaobloną na wierzchołku kapsułę – i równoramienne, czarne krzyże po bokach kadłuba, w białym obramowaniu. Wiedział, co oznaczają: patrzył na stary znak lotniczy – balkenkreuz – oznakę Luftwaffe, sił powietrznych Rzeszy.

– Prawda, że pięknie wygląda? – Müller zaśmiał się. – Cudowna maszyna! Zabiera dwóch ludzi, a niebawem może trzech.

Z głośnika dobiegała nastrojowa piosenka. Petersohn wiedział, czego słuchają technicy: „Lili Marlen”, ulubionej melodii żołnierzy Wehrmachtu – i amerykańskiej armii. Zdziwił się, że mimo innego biegu historii jednak powstała.

– Niespodziewanie uratowało mnie to, że opowiedziałem wszystko Heydrichowi, powiedziałem, że zmieniam nazwisko i poprosiłem, żeby na tabliczce nagrobnej napisano, ze tu leży Chaim Bromski, Polak i Żyd. Złagodzono wyrok, a obergruppenführer włączył mnie do operacji „Koziorożec” i dał możliwość zmazania grzechu nieposłuszeństwa. W Czwartej Rzeszy, a zwłaszcza w SS, nadal jest surowo karany. Polecił tylko jedno – i tak postąpiłem dla dobra sprawy: ogłosiłem, że mój postępek stanowił wynik jednorazowego napadu szału, spowodowanego początkowo niesprawdzonymi, ale na pewno fałszywymi informacjami. 

Müller spojrzał Petersohnowi prosto w oczy, twardym, przenikliwym spojrzeniem prawdziwego esesmana, człowieka bez skrupułów, oddanego tylko jednej idei. A potem niespodziewanie się uśmiechnął.

Dopiero teraz John zauważył coś, co umknęło jego uwadze podczas rozmowy z sypialni.

Helmuth Müller miał zawieszony na szyi Krzyż Rycerski z Liścmi Dębu: odznaczenie za wybitne męstwo. Kiedyś John jeden z wieczorów – po prostu z ciekawości – poświecił na zapamiętanie rodzajów hitlerowskich mundurów i dowiedział się, jak wygląda ten hitlerowski order.  

Esesman chyba dobrze odczytał nieme pytanie w spojrzeniu Petersohna, bo znowu uśmiechnął się lekko.

– Niczego nie żałuję – zakończył. – Bo tak naprawdę jestem Chaim Bromski, potomek żydowskiego szewca z Łodzi i nim chcę być. Powiem jeszcze jedno: całą swoją żydowską duszą, niemiecką psychiką i tą nieokiełznaną polską śmiałością jestem za operacją „Koziorożec”. Tak, to ja kierowałem pościgiem i krzyczałem, żeby nie strzelać i brać uciekiniera żywcem. Dzięki temu ocalałeś, John. Wykorzystałem szansę rehabilitacji, a „Albatrosa” ukryłem zaledwie kilometr od tej szopy. Wszystko jest możliwe, bo jak zwykle, Niemcy przodują: nasi naukowcy dobrze już rozpracowali praktyczne konsekwencje zjawiska pętli czasu.

Strzelił palcami, jakby przypomniało mu się coś ważnego.

– Kotek nosi imię Röntgen. Dość ładnie – kontynuował z wyraźnym rozbawieniem. – Ludzie z okolicy tej trafiki powiadają, że nazwano go tak, bo wszędzie wściubia swój ciekawski nosek. Chyba lubi się włóczyć. Niestety, tego dnia, kiedy pierwszy raz zastrzelił pan führera, zranił się w łapkę – ale już wszystko w porządku: zajęliśmy się tym. Każdy szczegół ma znaczenie i my obaj najlepiej o tym wiemy.

Twarz Müllera nagle spoważniała. 

– Jeszcze jedno – dodał z widocznym wahaniem. – W kabinie pojazdu umieściliśmy wizerunek Heydricha. Konieczność: to wielki wódz, opowiadają już o nim legendy, a jego mauzoleum w Berlinie jest naprawdę piękne. Lidzie ciągle – i nikt ich do tego nie zmusza – przynoszą tam świeże kwiaty. Wiem, że ta podobizna mierzi cię, John, tak jak mnie, ale będziesz musiał ją znieść.  

 

***

 

John znowu przybył pod trafikę za wcześnie, tym razem dobre dziesięć minut. Rozglądał się, czy nie napotka Röntgena, ale nigdzie nie mógł go dostrzec. Miał nadzieję, że jednak się zjawi: pozwoliłby na chwilę oderwać myśli od tego, co niebawem się wydarzy. Niemcy uwielbiali zwierzęta, więc człowiek głaskający małego kocura nie budziłby zdziwienia, a spotkanie przyniosłoby chwilę ukojenia.

Pozostawało do wykonania to, co poprzednio: rozłożyć gazetę, udając, że czyta z zainteresowaniem sążnisty artykuł. Plan się nie zmienił: Müller ponownie miał dowodzić ochroną wodza Rzeszy i uczynić wszystko, aby opóźnić i zdezorganizować pościg. Helmuth z kwaśnym uśmiechem wspomniał kiedyś, jeszcze w Edwards, ze tu, w Trzeciej Rzeszy, ma stopień sturmbannführera SS.

– Z wielkimi perspektywami awansu – dodał bardzo ironicznym tonem.

John polubił Helmutha. Sporo ze sobą rozmawiali, początkowo z konieczności – esesman szczegółowo objaśniał funkcjonowanie niemieckiej szalupy czasowej, różniącej się jednak od „Latawca”. Müller niespodziewanie stał się kimś w rodzaju starszego brata, dobrego i opiekuńczego, cierpliwie wyjaśniającego zawiłości życia w Amerikagau. Petersohn nigdy nie pytał, czym zajmował się potomek Chaima Bromskiego, zanim nie odkrył swojego pochodzenia. Ale raz Müller, pewnie czując, ze to ciąży Johnowi, rzucił: 

– Zawsze chciałem zostać żołnierzem, a jak się nim stałem, nie robiłem nic okrutnego. Strzelałem i do mnie strzelano, tak jak przeważnie bywa na wojnie. Nie muszę się niczego wstydzić. Wstydzę się tylko tego, co zrobiono wcześniej naszym braciom i siostrom.

Zbliżyło ich też to, że musieli ukrywać swoje pochodzenie – i to, że w zaciszu mieszkania Petersohna mogli swobodnie o nim rozmawiać. Wtedy John występował w roli mentora, a Helmuth z ciekawością chłonął informacje o losach Żydów w nieznanej mu rzeczywistości Petersohna, często ciesząc się jak mały chłopak.

Wiedzieli, ze są jedynymi Żydami Czwartej Rzeszy, potomkami Mojżesza, Jozuego – i Judy Machabeusza. Helmuth na samym początku spotkań wyjaśnił, czemu Christian Heydrich zdecydował się włączyć amerykańskiego inżyniera do operacji „Koziorożec”.

– Tobie na pewno nie zadrży ręka: już to udowodniłeś – stwierdził z dziwnym uśmiechem. – Teraz myślę, że mnie oszczędził, bo miał pewność, że podejmę się tego zadania. Chyba wyznaczył mi rolę egzekutora, ale wyszło inaczej. Trudno jest znaleźć wykonawców zamachu tam, gdzie Hitler nadal jest świętością. Poza nami dwoma chyba nie ma nikogo innego.

Zaraz na początku John wyraził wątpliwość, czy jego pobyt w bazie nie wywoła zdziwienia. Helmuth zaczął się śmiać.

– Jesteś jednym z wielu amerykańskich inżynierów i naukowców, ściśle z nami współpracujących. Wybitnym fachowcem, a to akurat prawda – sucho skwitował obawy towarzysza. – Wielu z tych ludzi doszukało się germańskich korzeni i zmieniło nazwiska, tak jak Młynarz. Ich dzieci pewnie staną się szczerymi, zadowolonymi z życia Niemcami. Tych neofitów nie ma w końcu zbyt wielu, ale wcale nie tak mało.

Tego dania Müller wręczył Johnowi coś, co nazywał „kennkartą” na nazwisko „Petersen”, legitymację pracowniczą, przepustkę i bony do kantyny żywieniowej. Petersohn ze zdumieniem odkrył, że posiłki wyśmienicie smakują. Jedzenie po prostu rozpływało się w ustach.

Najbardziej, jak oceniał John, połączyło ich jednak zadanie: ciągle trudne, niosące wiele niespodzianek i niebezpieczeństw. Pedantycznie dokładny Helmuth rozważał każdą możliwość – i sposób reakcji. John wiedział, że może mu ufać.

Petersohn czuł zadowolenie, że towarzysz, tak jak poprzednio, będzie jednym z trójki agentów obstawy, idących wbrew rozkazom za wodzem tysiącletniej Rzeszy. Znając już dobrze esesmana, wiedział, że tak się stanie – i że Helmuth znowu dobierze sobie najgłupszych ludzi, o czym kiedyś nadmienił ze śmiechem.  

„Albatros” oczekiwał w tej samej szopie, co poprzednio ”Latawiec”. Helmuth nie wspominał o tym dokładnie, ale kiedyś rzucił mimochodem, że pojazd szybko powróci, z innym pilotem, tylko w jednym celu: zabrania go z powrotem do macierzystego czasu. 

Zmieniło się tylko jedno, ale John nie miał na to wpływu: nie spotkał w restauracji „U Manfreda” Reinharda Heydricha i Walthera Schellenberga. Być może, uznał, obergruppenführer później przybył na bankiet wydany przez Ribbentropa.

Nie wszystko toczyło się dokładnie tak samo.

John się jednak ucieszył: jeden trudny element realizacji planu odpadł. Rozmowa z przedstawicielami firmy zbrojeniowej przebiegła tak, jak poprzednio. Niemców coraz bardziej interesował zakup licencji i wyrazili wstępną zgodę na proponowane warunki. John uważał, że nie decydują o tym sami – ludzie z kręgów władzy dostrzegli możliwość powiązania amerykańskich koncernów z machiną zbrojeniową Niemiec. III Rzesza mogła tylko na tym skorzystać.

Rzucił okiem na zegarek – pozostało jeszcze osiem długich minut. Przewrócił stronę „Völkischer Beobachter”.

Głośny wybuch śmiechu dobiegł zza jego pleców. Odwrócił głowę: trzech dobrze ubranych mężczyzn wychodziło z trafiki. Dwaj wyglądali całkiem młodo, ale jeden, ocierający z powiek łzy rozbawienia, dawno przekroczył czterdziestkę. Wysoki i mocno już korpulentny, o pomarszczonej bruzdami twarzy, nadal kręcił głową, jakby ciągle przypominał sobie coś, co wywołało przed chwilą wspólną wesołość.

Najwyższy z mężczyzn trzymał w dłoni mocno wypchaną skórzaną teczkę, wyglądającą bardzo porządnie.

Zmierzali w jego stronę.

John zastanowił się. Nie przypominali dodatkowej grupy ochronnej Gestapo – na pewno nie siedzieliby w trafice i tracili czas opowiadaniem dowcipów, tylko spieszyliby na miejsce spotkania Hitlera z Evą. Zdążą przejść i może skręcą w uliczkę, nie utrudniając mu ruchów – a potem stworzą parawan ochronny, kiedy on spotka Hitlera. Agenci obstawy mogą się nie zorientować, kto właściwie strzelał, umożliwiając swobodną ucieczkę do „Albatrosa”. Müller już się o to postara.

Uspokojony, opuścił wzrok. Pozostało sześć minut.

Uścisk ręki na ramieniu okazał się wyjątkowo silny.

Obrócił się na pięcie.  

– Pan John David Petersohn? – Mocno zbudowany starszy mężczyzna uśmiechnął się lekko. – Porozmawiamy chwilę, jeżeli pan pozwoli. Jestem Wolfgang Schwalbe. Możemy na przykład podyskutować o tym – ciągnął z cieniem kpiarskiego uśmiechu, igrającym w kąciku warg – że posturą zupełnie nie przypominam śmigłej jaskółeczki, na co wskazuje brzmienie mojego nazwiska. Piętnaście minut całkowicie wystarczy: Adolf Hitler zdąży dojść do kamienicy, a tam ogarną go czułe ramiona młodej kochanki. Nie zabije pan führera, Petersohn. Nie pozwolimy na to. I nie zaprzeczy pan, ze tak się pan nazywa – my to wiemy.

John rozejrzał się wolno. Towarzysze Schwalbego stali już za jego plecami, blisko, na wyciagnięcie ręki. Obaj trzymali prawe dłonie w kieszeniach marynarek. Teczka spoczywała na starannie przystrzyżonym trawniku.

Pomyślał, że chyba dlatego, żeby się nie ubrudziła, a może po prostu  niosącemu ją utrudniałaby ruchy. 

Rozumiał teraz, dlaczego wszyscy trzej niedawno serdecznie się śmiali. Pewnie któryś z nich opowiedział dowcip o wyglądzie Wolfganga, wykorzystując znaczenie jego nazwiska: jaskółka.

Doszedł do wniosku, że jeszcze ma szansę. Mężczyźni nie mogli być Niemcami: już leżałby skuty kajdankami, a sprawne ręce wyłuskałyby parabellum i zapasowy magazynek. Pewnie otrzymałby tez kilka solidnych kopniaków.

Zrobił krok w stronę zakrętu. Ktoś znowu położył mu dłoń na ramieniu, prawie przygniatając do ziemi. Nacisk lufy w plecy nie pozostawiał złudzeń: mieli broń.  

– Niech pan nie wyprawia głupstw. Nie warto. – Schwalbe wyciągnął z kieszeni papierośnicę. Pstryknął ładnie wyglądającą, srebrną zapalniczką. – Jeżeli się pan jeszcze raz ruszy, zastrzelimy pana. Zabijemy, choć cenimy pańską determinację, odwagę – i pobudki. Jest pan ideowcem. Günther – on niósł prezent dla pana: teczkę – pracuje w Gestapo. Otrzyma awans za zabicie żydowskiego zamachowca, w dodatku przybysza zza oceanu, a Geobbels odpowiednio to wykorzysta, jeżeli będzie chciał.  

Schwalbe, stojąc blisko, wydmuchiwał dym na bok, pewnie nie chcąc kierować tytoniowych oparów wprost w twarz Petersohna. Druga dłoń niemłodego mężczyzny też spoczywała w kieszeni marynarki. 

– Nie jesteście i nie możecie być Niemcami, to pewne – John głośno wypowiedział niedawno sformułowaną myśl. – Z kim zatem mam przyjemność rozmawiać?

Nie mógł się powstrzymać od drobnej uszczypliwości. Nie teraz, kiedy wszystko niespodziewanie waliło się w gruzy. 

Postawny mężczyzna pstryknięciem palców wyrzucił niedopałek na trawnik, a potem starannie go zadeptał. Spojrzał uważnie na zegarek.

John zrobił to samo. Rozmowa trwała już blisko kwadrans: Hitler, nawet jeżeli nieco się spóźnił, właśnie zmierzał do kamienicy Evy Braun. 

 – Wyjaśnię to panu. W rzeczywistości nazywam się Lew Dawidowicz Kutuzow. Ładne i znane nazwisko: jestem z niego dumny. – Człowiek, niedawno podający się za Wolfganga Schwalbego, wolno pokiwał głową. – Jednakże moje prawdziwe imię i nazwisko brzmią zupełnie inaczej: zna je zaledwie kilkanaście osób. Pospolite, żydowskie imię i nazwisko, ale też jestem z nich dumny. Zostało jednak wymazane, wykreślone wszędzie, gdzie to możliwe, nawet z ksiąg synagogalnych. Jestem Żydem, tak jak pan.

Kutuzow znowu sięgnął po papierośnicę.  

– Za dużo palicie, Lwie Dawidowiczu. – Mężczyzna przed chwilą niosący teczkę pokręcił głową. W jego głosie brzmiała nieudawana troska. Mówił prawie szeptem. – Mówiłem wam to już parę razy. Szkoda zdrowia.

Mimo tych słów uprzejmie zapalił zapałkę.

– Griszeńka, sokoliku ty mój, niemiecki tytoń to siano, zupełnie nieszkodliwe. –  Kutuzow prychnął pogardliwie. – Niedługo zaciągnę się biełomorem. To dopiero są prawdziwe papierosy: dym zatyka płuca. Sama przyjemność. Nadal je produkują.

John także sięgnął po paczkę „Cameli”. Już nie musiał się ograniczać.

– Tworzymy rzucającą się w oczy grupę. – Rosjanin rozejrzał się. – Przejdźcie się parę kroków dalej. Griszka, gazeta. Dyskutujecie o sukcesie Niemiec w Sudetach.

Dwaj mężczyźni przez chwilę palili w milczeniu, patrząc na siebie.

Petersohn wiedział tylko tyle, że nic nie rozumie. Kutuzow i jego towarzysze, a na pewno Grisza, pochodzili z Rosji. Nic więcej nie przychodziło Johnowi na myśl. Zapytał wiec wprost:

– O co wam chodzi?

Niemłody już mężczyzna zastanawiał się chwilę. Niespodziewanie się uśmiechnął, jakby się na coś zdecydował.

– Początkowo interesował nas wyłącznie „Latawiec”. Chcieliśmy zdobyć plany i skopiować szalupę czasową. Oszczędzamy na kosztach, a są olbrzymie. Rosji nie stać na tak wielki wydatek. Udało się nam – Jankesi jeszcze o tym nie wiedzą.

Kutuzow znowu uśmiechnął się lekko.  

– Odciągnęliśmy uwagę FBI i CIA: sami zdemaskowaliśmy kilka mniej ważnych operacji, poświęciliśmy paru podrzędnych agentów. Sprzedawczyków – dodał z wyraźnym przekąsem. – I tak by nas zdradzili. Skomplikowana i wieloaspektowa gra. Mamy kopię „Latawca” – nazywa się „Muromiec”. Doskonale się spisuje. Ale – wolno ciągnął Kutuzow – później zainteresowałem się panem, John. Chyba instynkt. Wiedziałem, że zaakceptują pańską kandydaturę jako pilota testowego. Pragnąłem wiedzieć coś więcej o panu – to się zawsze przydaje. I natychmiast mocno mnie pan zaniepokoił.

 – Czym? – John zadał pierwsze i najbardziej oczywiste pytanie. Słuchał z uwagą, ale myślał teraz o Müllerze. Plan ochrony Hitlera przewidywał, że pod dotarciu wodza do kamienicy trójka agentów zajmie miejsce u drzwi wiodących do mieszkania Evy Braun. Helmuth, na pewno szalejący z niepokoju, musiał zachowywać kamienną twarz i może słuchać wypowiadanych cicho rubasznych dowcipów, udając rozbawienie. 

Petersohn miał nadzieję, że Müller się nie zdradzi.

– Oznaczał pan coś kredą na pasach startowych. Zadałem sobie pytanie: po co? – Kutuzow wypowiadał słowa bez emocji, jakby opowiadał błahą historyjkę. – Gromadził pan stare mapy – wystarczyłaby jedna. Zbierał szczegółowe informacje o holocauście: to nie miało znaczenia dla przebiegu misji, ale pogłębiało jakąś ukrytą motywację. Bardzo interesował się pan rozkładem dnia Hitlera, sięgając nawet do raportów angielskiego wywiadu, a my mamy ich streszczenia i kopie niektórych meldunków, bo kilku agentów pracowało i dla nas. Przeczytałem je uważnie i odkryłem, że Hitler odwiedzał Evę Braun, sprowadzoną w tajemnicy do Berlina. Dużo pan biegał: trening miał dla pana wielkie znaczenie. Nie rozumiałem tego. Nikt przecież nie oczekiwał, że stanie się pan drugim Jesse Owensem. No i jest pan Żydem, tak jak ja.

Kutuzow obracał w palcach następnego papierosa. Niechętnie włożył go z powrotem do metalowego pudełeczka.

– Praca w wywiadzie polega na umiejętności wyciągania z nikłych i niejasnych przesłanek właściwych wniosków. Zrozumiałem: chciał pan wykorzystać misję do zabicia Adolfa Hitlera. Przyznaję, szczytny cel. Wiedziałem już, kiedy i gdzie zamierza pan tego dokonać – podczas krótkiego, ale samotnego spaceru führera ulicą. Znaliśmy miejsce ukrycia „Latawca”, bo wybrano je jeszcze w Edwards. Grisza, pracując w Gestapo, szybko ustalił, gdzie zamieszkał amerykański inżynier John David Petersen: księgi meldunkowe to bardzo pomocny wynalazek. Cierpliwie czekaliśmy na pana każdego dnia, kiedy führer udawał się z wizytą – tutaj, bo to  najlepsze miejsce dla zamachowca. No i doczekaliśmy się… Prawie się panu udało. Wróci pan do Edwards „Muromcem”. Zablokowaliśmy nastawy powrotnego lotu i nie można ich zmienić. To forma zabezpieczenia. Ja wykorzystam „Latawca”.

Petersohn patrzył na rozmówcę w milczeniu. Jeszcze parę spraw wymagało wyjaśnienia.

Zwrócił spojrzenie na towarzyszy Kutuzowa. Człowiek o nadal nieznanym imieniu perorował głośno, wodząc palcem po rozpostartej gazecie. Młoda kobieta w kapeluszu z woalką, prowadząca pudelka na smyczy, przeszła obok nich. Pomachała dłonią, pewnie z rozbawieniem obserwując ich zaaferowanie.

Piesek starannie obwąchał nogawkę spodni Griszy. 

John odczekał, aż dziewczyna przejdzie.

Gdzieś w jego mózgu wciąż tliła się myśl o Müllerze, nie rozumiejącym, cóż się wydarzyło. Może i dlatego zadał kolejne pytanie, choć nie spodziewał się odpowiedzi:

– A tamci dwaj? Powrócą z panem? ”Latawiec” to pojazd jednoosobowy.

Twarz Kutuzowa spochmurniała. Palcami stukał w wieczko papierośnicy, jakby wybijał rytm jakiejś melodii.

– Są członkami dawno temu powstałej grupy wywiadowczej – westchnął. – Niebawem włączymy ich do o wiele większej organizacji, nazwanej potem przez Abwehrę „Czerwoną Orkiestrą”. Nic nie wiedzą. Po prostu wykonują zadanie, zlecone przez centralę.

Wargi Kutuzowa zacisnęły się. Po chwili kontynuował cicho:

– Sądzą, że przyjechałem pociągiem, w istotnej misji. Pan wie, jak doskonale działają systemy maskujące naszych pojazdów. Nie mają pojęcia o „Muromcu”. Nie pytają o szczegóły – często nie warto wiedzieć za dużo. Z całego serca pragnąłbym dać im rozkaz powrotu, ale nie mogę: mam jednoznaczne polecenia. Są zbyt ważni.

Usta Kutuzowa wyglądały jak cienki sznurek, przecinający twarz.

– Nie przeżyją wojny. Żal ściska duszę, ale cóż począć: tak trzeba.

Twarz Rosjanina nagle przybrała zwykły, jowialny wyraz, jakby przypomniał sobie, że teraz prawie wszyscy Niemcy cieszą się z wielkiego sukcesu i nie powinien przyciągać zdziwionych spojrzeń.  

John wiedział, że nie może wspomnieć o kimś, kto też uważał się za Żyda – Kutuzow sądził, ze dotarł do Berlina „Latawcem”, przeznaczonym przecież tylko dla jednej osoby. Może dotrze z Czwartej Rzeszy wyprawa ewakuacyjna, ale Helmuth wspomniał niedawno, że Christian Heydrich dysponuje jednym pojazdem. Drugi budowano, starając się go ulepszyć – i prace się przeciągały.

Müller mógł nie dożyć przybycia kolejnej wyprawy, ze skrzętnie skrywaną rozpaczą w sercu czekając na ratunek – jeżeli tylko wcześniej nie zginie, na przykład w Stalingradzie.

A on nie mógł mu w niczym pomóc, tak samo jak ten postawny Rosjanin swoim wiernym ludziom.

– Muszę jeszcze coś ważnego wyjaśnić – głos Kutuzowa przerwał rozmyślania. – Powiem krótko: długo zastanawialiśmy się nad skutkami zamachu. Panu naprawdę mogło się powieść, może udałoby się też uciec. Sądzimy, że po śmierci Hitlera nastanie okres walki o przywództwo. Rozważaliśmy skomplikowane aspekty takiej sytuacji. Pewnie zdziwi się pan, Petersohn, ale wszystko wskazuje na to, że wygra Reinhard Heydrich.

Kutuzow pokręcił głową.  

– To bardzo wiele zmieni. – W głosie brzmiało napięcie. – Ten człowiek byłby o wiele groźniejszym przeciwnikiem od zadufanego w sobie Hitlera. Heydrich może perfekcyjnie przygotować Rzeszę do wojny. Może opóźnić Bitwę o Anglię, żeby odtworzyć po ataku na Francję siłę ofensywną Luftwaffe. Prawdopodobnie nie popełni błędu Hitlera i nie uderzy na nas, pakując wojska niemieckie w krwawą rzeźnię, zanim nie rozprawi się z Brytyjczykami. Posłucha mądrych rad doświadczonych generałów… Bardzo wiele się zmieni. A przecież my wygraliśmy wojnę światową i zdobyliśmy Berlin – ciągnął z tą samą niespodziewanie twardą intonacją. –  To dla Rosji bardzo ważne – i chcemy, aby tak już na zawsze pozostało.

Ton głosu nieco złagodniał.

– Z kilku analiz wynika nawet, że Heydrich może wygrać. Jest inteligentny, zimny i wyrachowany. Świetny organizator – i pokazał, na co go stać, przy akcji ”Ostateczne rozwiązanie”. Wtedy los Żydów zostałby ostatecznie przesądzony.  

John poczuł w sercu ukłucie zazdrości. Kutuzow i inni – bo na pewno Lew nie działał sam – bardzo trafnie przewidzieli przyszłość, nieomal w każdym calu.  

Nie wiedzieli najważniejszego: to już się wydarzyło. John pilnował się, żeby, tak jak podczas niedawnej, a już odległej rozmowy z Reinhardem Heydrichem, z jego ust nie wymknęło się niepotrzebne zdanie.  

Gest Griszeńki – podniósł nieznacznie rękę, pokazując zegarek – zwrócił uwagę Kutuzowa. Drugi towarzysz Rosjanina złożył starannie gazetę i włożył do kieszeni marynarki.

– Nie możemy tu sterczeć do rana – rzucił sucho Kutuzow. – Jeżeli ma pan jakieś pytanie, niech się pan pośpieszy.

– Zapalmy jeszcze – zaproponował Petersohn. – W końcu to trafika z tytoniem. Nikogo nie zdziwi widok ludzi, rozkoszujących się dobrymi papierosami.  

Zaciągając się głęboko, John myślał intensywnie.

W tym, co powiedział postawny Rosjanin, kryło się coś bardzo ważnego. Niedawno też nadmienił o czymś istotnym – stwierdził, że jego praca polega ma wyciąganiu słusznych wniosków z niejasnych i niepewnych przesłanek.

Liczyło się jednak coś innego: Kutuzow zachowywał się tak, jakby nic się nie zmieniło. Nawet słówkiem nie napomknął o powstaniu Czwartej Rzeszy i o tym, ze Niemcy przygotowują się – po raz pierwszy – do uderzenia na nadal komunistyczną Rosję. Uważał, że John po raz pierwszy przybył do Berlina.

Nasuwał się prosty wniosek: Lew Dawidowicz Kutuzow żył w rzeczywistości, ukształtowanej po klęsce Rzeszy w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku. A zatem i on, John David Petersohn, mógł do niej wrócić.

Już wiedział, że musi zadać jeszcze jedno pytanie. Wypowiedział je obojętnie, jakby chciał poznać istotny, ale wcale nie najważniejszy szczegół: 

– Nie będzie pan miał kłopotów z uruchomieniem mojego pojazdu czasowego?

Kutuzow potrząsnął głową.

– Znamy „Latawca” lepiej od was. Rozszyfrowaliśmy systemy zabezpieczeń. Obejście i przetworzenie kodów dostępu zajmie mi jakieś dwie godziny – stwierdził z uśmiechem. – To nie jest problem.

John kątem oka dostrzegł, że drzwi trafiki otwierają się. W ich stronę zmierzał mężczyzna w roboczym kitlu, trzymający w dłoniach brzozową miotłę i szufelkę.

– Muszę tutaj ustawić kosz – rzucił w ich stronę. – Za dużo pracy przy sprzątaniu. Führer się fantastycznie spisał! Nareszcie mamy prawdziwego wodza. Palcie sobie, panowie. Papierosy kupiliście w moim sklepie? Przyniosę popielniczkę.  

John miał czas, żeby jeszcze przez chwilę się zastanowić.

Mogły istnieć dwie rzeczywistości: stara i nowa, równoległe, więc się nie przenikające. Kutuzow przybył z tego samego świata, co dawny świat Johna.

Petersohn wiedział, ze naukowcy rozważają taką możliwość, i dlatego tak restrykcyjnie traktowano wyprawy „Latawcem”. Grzebanie w czasie minionym mogło spowodować nieprzewidywalne jeszcze skutki. Możliwe, uznał, że niepowodzenie dzisiejszego zamachu umocniło tak dobrze znaną ze szkolnych podręczników historię.  

Obergruppenführer Christian Heydrich mógł o tym nie wiedzieć. Łudził się tylko nadzieją, ze uda mu się zlikwidować otaczający go świat, usuwając przyczynę, rodzącą nieodwracalny skutek. Ten świat już powstał i stanowił samodzielny byt. Johnowi przez ułamek sekundy mignęła myśl, że jednak naukowcy Czwartej Rzeszy nie okazali się tak doskonali, jak sądził Helmuth.  

Jedno nie ulegało wątpliwości: Kutuzowa czekała potężna niespodzianka, kiedy dowie się, że dysponuje pojazdem ze czarnymi krzyżami na burtach, z wizerunkiem Heydricha w kokpicie. Pewnie szybko dojdzie do wszystkiego – on i jego zwierzchnicy w dalekiej Rosji – ale zamkną sprawę: ten wariant historii ich nie interesował. Pewnie postarają się go spenetrować i coś z niego wykorzystać.

Tak jak uczynił to standartenführer Sven Schellenberg: on też penetrował równoległy świat. Otoczył żydowskiego inżyniera dyskretna opieką. Wiedział o planie.

W głębi duszy John ponuro zaklął. Nie zwrócił na to uwagi.

– Chodźmy już. – W dłoni Kutuzowa pojawiła się teczka. – To dla pana. Nic wielkiego: wszystko, co pan miał zebrać. Gazety, książki, zdjęcia. Naprawdę ciekawe. Błony filmowe. Różne interesujące przedmioty. Kupiony przez pana aparat fotograficzny. Świetny.

John poprawił kapelusz na głowie. Zakarbował sobie w pamięci, ze tym razem na pewno go nie zgubi. Czuł ciężar parabellum za paskiem.

– Dokąd idziemy? – zapytał, choć domyślał się odpowiedzi: Kutuzow pewnie wykorzystał miejsce, gdzie Müller pierwszy raz ukrył „Albatrosa”. W Berlinie wyszukanie mało uczęszczanych, zapuszczonych posesji stanowiło duży problem. – I jeszcze jedno, chociaż pewnie wyjaśnilibyśmy to sobie po drodze: czemu pan o tym wszystkim mi opowiedział? 

Rosjanin uśmiechnął się dobrodusznie.

– Tak, wyjaśniłbym to podczas wspólnego spaceru. – Starannie przeczesał grzebykiem włosy. – Nasz pojazd znajduje się blisko „Latawca” i tej szopy. Ktoś jutro opłaci rachunek w pensjonacie i zabierze pańskie rzeczy. Poda bardzo przekonywujący powód nagłego wyjazdu. Pójdę z tyłu: wiem, ze ma pan broń. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak coś głupiego strzeliło panu do głowy. A dlaczego tak się rozgadałem…

Znowu uśmiechnął się lekko.

– W bazie Edwards bardzo szybko odkryją, że przyleciał pan „Muromcem”, myślę, ze już przy pierwszym przeglądzie. To wierna kopia, ale jednak różni się od oryginału, tak jak zawsze. Inne, lepsze materiały. Nieco inne elementy, inne wykończenie. Drobniuteńkie różnice w wymiarach: przeliczanie cali na system metryczny nigdy nie jest dokładne. Nie powie pan nic o tym, że zamierzał pan zabić Hitlera – ja to rozumiem. Ale resztę może i musi pan przekazać – a my tego chcemy. Poinformuje pan, że lepiej nie grzebać w historii, bo oni też to już umieją. Wystarczy.

Kutuzow mówił prawdę i John o tym wiedział. Przekazał bardzo dużo, i Petersohn teraz sądził, ze świadomie. Informacja o tym, że Rosjanie dysponują szalupą czasową, miała wielkie znaczenie. Nie mógł jej ukryć.

Wolno ruszyli przed siebie, nieśpiesznym krokiem dobrze ubranych, zadowolonych z siebie Niemców, pogrążonych w miłej pogawędce.

Coś jeszcze przyszło Johnowi do głowy. Dziwna i niepokojąca myśl. Powinien zadać jeszcze jedno pytanie – i sformułował je natychmiast:

– Lwie Dawidowiczu, w sprawie tego zamachu pewnie prowadziliście odrębną i skomplikowaną operację – rzucił niedbałym tonem. – Tak z ciekawości, na pożegnanie: nosiła jakieś oznaczenie?

Kutuzow przystanął. Spojrzał wprost w twarz Johna.

John widział niebieskie oczy o przenikliwym spojrzeniu, patrzące bez zmrużenia powiek. Znacznie młodziej wyglądającą teraz twarz. Mięsiste wargi z przyklejonym kawałeczkiem papierosowej bibułki.

 I ponownie niespodziewany cień kpiarskiego uśmiechu, igrający w kąciku pełnych ust. Może to on spowodował te dziwne wrażenie zmiany rysów twarzy.

– Początkowo nosiła kryptonim ”Bagration” – odpowiedział z namysłem. – Ale go zmieniłem: użyłem wyrazu, nie kojarzącego się z niczym szczególnym. Zasady maskirowki… Czegoś, co można określić jako głębokie maskowanie z elementami dezinformacji – wyjaśnił sucho.

– Właśnie zakończyłem operację „Koziorożec” – kontynuował gawędziarskim tonem. – Teraz czeka mnie długi odpoczynek w pięknej daczy w tajdze. Mam nadzieję, ze pogram w szachy. Widzi pan – nadal zaledwie kilku ludzi w Rosji może mnie pokonać. Marzyłem o koronie mistrza świata w szachach, ale cóż: życie potoczyło się inaczej. 

Kutuzow oderwał od wargi pozostałość papierosa i rzucił na trawnik. 

– Johnie Dawidowiczu, gwarantuję – stwierdził z naciskiem – że wrócisz do swojej rzeczywistości. Interesujące: nasi ojcowie nosili to samo imię, ale to oczywiście przypadek. Niech pan idzie naprzód tą ulicą, nie skręcając w zaułek. Potem powiem, gdzie się udamy. Nie czeka nas długi marsz.

Odwrócił się i dołączył do idących z tyłu towarzyszy.

John samotnie pokonał zakręt i spokojnym krokiem zmierzał w stronę kwiaciarni. Kutuzow wskaże mu drogę do miejsca ukrycia ”Muromca”.

Na chodniku leżała roża. Pomyślał, że sprzedawczyni w kwiaciarni zbyt luźno związała piękną tasiemkę. Pewnie z emocji, wywołanych widokiem Hitlera i rozmową z nim trzęsły się jej ręce.

Petersohn dobrym scyzorykiem z Solingen skrócił łodygę, odciął kolce i włożył niedawno rozkwitły kwiat do butonierki marynarki.

Uznał, ze na pewno prezentuje się doskonale. Nie wiedział, dlaczego tak zrobił. Sądził, że po prostu z przyzwyczajenia: zawsze starał się wyglądać jak dobrze ubrany i szczęśliwy Niemiec.

Właścicielka kwiaciarni nadal stała przed wejściem. Pomyślał, że teraz oczekuje na wyjście Hitlera z kamienicy. Wiedział, że niepotrzebnie: o umówionej porze podjedzie wielki mercedes, a wcześniej dom otoczą gestapowcy. Wódz Rzeszy po zakończeniu wizyty już nie korzystał z ulicznych przechadzek.

Nie znał wyfiokowanej kobiety, ale uprzejmie uchylił kapelusz. 

Przełożył teczkę do drugiej ręki. Mocno ciążyła. Rosjanie pewnie zgromadzili w niej tyle, ze analitycy CIA będą zachwyceni i tryumfalnie odtrąbią wielki sukces.

Za plecami słyszał niegłośne śmiechy. Pewnie Günther, a właściwie Griszeńka, znowu opowiadał dowcipy o jaskółkach, choć może teraz porównywał Kutuzowa do drapieżnego jastrzębia. John domyślał się, dlaczego sobie na to pozwalają: wykorzystywali pustą ulicę, aby chociaż przez chwilę porozmawiać swobodnie. I przedłużyć radość ze spotkania i sukcesu. Przez parę minut znowu poczuć się Rosjanami, bo niebawem nałożą maski zdeklarowanych nazistów. Dwaj z nich zginą, a Kutuzow, wiedząc o tym, nie piśnie nawet słówka. Będzie się pilnował. On sam, John Petersohn, też zostawiał Helmutha Mullera, może na zatracenie – i też przybrał maskę kogoś niezwykle zadowolonego z życia.

Nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co powoli ogarniało jego mózg – i świadomie tłamsił tę myśl. Chciał jak najlepiej, a doprowadził do ostatecznego wygubienia Żydów – w świecie Czwartej Rzeszy. Jego nadzieje rozwiały się, tak jak w końcu rozpraszał się dym z krematoryjnych pieców.

Nie chciał teraz nad tym deliberować, bo wiedział, że będzie go to męczyło całe życie. I pewnie długo nikomu o tym nie opowie – do chwili, kiedy analitycy CIA wpadną jednak na trop. Sven Schellenberg już penetrował jego rzeczywistość, i nawet wspomniał o tym w pięknie wysprzątanym mieszkaniu, a on nie miał czasu na tym się zastanowić. Nie wiedział jeszcze, czy odwiedzi archiwistę z Instytutu Hoovera, mówiącego z dziwnym akcentem i czy zada mu kilka pytań.

Wolał skupić się na czymś innym, mniej istotnym, w sumie chyba nieważnym.

Nie poznał imienia jednego z towarzyszy Kutuzowa – i nigdy się już nie dowie, jak brzmiało. Nogi zaczęły dziwnie ciążyć, jakby zmęczenie psychiczne przekładało się na fizyczne wyczerpanie. Nawet się ucieszył – to też zajmowało umysł.

Mijając zaułek, John ze zmęczeniem zastanowił się jeszcze, czy nieznany mu historyk, badając kiedyś archiwa rosyjskiego wywiadu, odkryje nieliczne dokumenty, opisujące operację „Koziorożec”.

Bo do tego, ze nikt nigdy nie dowie się, ze w rzeczywistości prowadzono dwie różne operacje o tym samym kryptonimie, John miał prawie całkowitą pewność. 

Tak samo jak do tego, że nie otrzyma wiadomości, czy Helmuth Müller, a właściwie Chaim Bromski, Żyd, Niemiec i Polak, przeżył nadciągającą wojenną zawieruchę – i po której stronie walczył.

Nadal w głębi duszy Petersohna tlił się cień niepewności, do jakiej z dwóch rzeczywistości przybędzie. Sądził, ze jednak do tej, będącej światem jego i Lwa Kutuzowa – niedoszłego mistrza świata w szachach. Rosjanin mówił o tym z wielką pewnością siebie, ale, tak jak on sam, mógł się pomylić. Niebawem to sprawdzi.  

Skonstatował, że chciałby tylko jednego: zaszyć się w ustronnym zaciszu i oddać grze w szachy, myśląc tylko o kolejnych posunięciach.

Wiedział jednak, że akurat to na pewno okaże się niemożliwe.  

 

 

25 października 2013 r. Roger Redeye

 

Ilustracja – za Wikipedią – Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu 

 

Źródło ilustracji: http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzy%C5%BC_Rycerski 

 

Koniec

Komentarze

Moje gratulacje, Rogerze. Z przyjemnością kibicuję Twoim literackim dokonaniom. Pozdrawiam ciepło.

Dobre. Chociaż zabawy z czasem potrafią być zgubne dla pisarza. Zakończenie trochę niemrawe.

Infundybuła chronosynklastyczna

Ry­szardzie –  miło jest mieć kibiców… To zawsze wielka frajda. Ja też ci kibicuję…Dzięki za gratulacje. Myślę, że opowiadanie podobało się.  

Jak na portal, opowiadanie jest wyjątkowo długie, choć i tak przed publikacją je skróciłem. Jednakże “Esensja” bez wahania publikuje długie opowieści, oczywiście pod warunkiem, że znajdą uznanie redakcji. Na tamtym portalu zamieszczono bardzo ciekawe ilustracje, ale zapomniałem wystąpić do autora o zgodę na ich zamieszczenie.

Ciekawe, czy ”Operacja…” trafi do biblioteki. Ja osobiście sądzę, że tak w ogóle, jest to tekst piórkowy.  No, ale…

A co sądzisz o tym równie długim opowiadaniu? Trochę bardziej w klimacie s-f…

Link ---> http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=19834&ref=ak_ty

Pozdrawiam serdecznie. 

Rogerze. Przeczytałem opowiadanie dzisiaj. Zajęło mi to całe przedpołudnie. Zawsze cenię autorów dbających o realia historyczne i znajomość tła i scenografii. Pilnie szukałem, czy nie wyłożysz się na jakimś fakcie z czasów Trzeciej Rzeszy. Ale błędów logiczno-historycznych nie znalazłem, poza jednym:

Otóż Walter Schellenberg – brygade fhurer SD w 1938 roku jeszcze nie pracował w SD. Poza tym wszystko się zgadza. Wybacz mi brak umlautów. Intryga zawarta w opowiadaniu jest bardzo skomplikowana i wymaga sporej koncentracji.

Czytałem już jedną powieść z dziedziny historii alternatywnej, dotyczącej innego rozwoju wydarzeń związanych z drugą wojną światową. w tamtej powieści wojnę wygrywają Japończycy i oni okupują Stany Zjednoczone. U Ciebie USA okupują Niemcy i świat staje się straszny. I rzeczywiście, gdyby Trzecia Rzesza miała lepszego strattega niż Hitler, losy drugiej wojny światowej mogłyby potoczyć się inaczej. Zawsze ciekawym jest pytanie: Co by było gdyby…

Podsumowując, to jedno z Twoich najciekawszych opowiadań. Na pewno zasługuje na wyróżnienie. Pozdrawiam.

Przepraszam za nieścisłość. Walter Schellenberg już pracował w SD, ale nie był jeszcze jej dowódcą. Szefem SD został dopiero w 1939 roku, a więc rok później niż akcja opowiadania.

Ciekawe, czy ”Operacja…” trafi do biblioteki. Ja osobiście sądzę, że tak w ogóle, jest to tekst piórkowy.  No, ale…

Śledzę temat, bo pewnie jutro/pojutrze znajdę czas, by przeczytać opko. Nie powiem, jestem ciekawa tekstu też dlatego, że ukazał się w Esensji. I nawet myślałam sobie: ‘Hmmm, to może być na poziomie piórkowym’ – skoro tekst do tego lubianego przeze mnie e-zinu wzięli. 

Ale tutaj wpadła mi kolejna myśl, którą się teraz podzielę. Od jakiegoś czasu nie można nominować tekstów powyżej 100k. Więc jeśli liczysz na piórko, Rogerze, to musiałabyś jeszcze poskracać to opowiadanie ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Stefanie, dzięki za przeczytanie i komentarz. Długi tekst, ponad sto tysięcy znaków… W sumie mało w tym opowiadaniu jest o podróżowaniu w czasie,chyba to bardziej  sztafaż literacki. Ale, oczywiście, starałem się, aby wypadł jak najbardziej prawdopodobnie.

Co do zakończenia – ostatni rozdział napisałem od “jednego strzału”.  Zakonczenie wydaje mi się dobre, bo kończy opowieść – i w tej konwencji jest realistyczne – jednakże pozostawia bardzo prawdopodobny cień niepewności. Petersohn nie może wiedzieć, czy na pewno trafi do swojego czasu. Nota bene, wyszło tak, że istnieje możliwość  kontynuacji. A to zdarza mi się często… 

Jakbym chciał zakończyć opowiadanie zdecydowanie, pewnie musiałbym rozwinąć tekst w powieść…

Pozdrawiam.  

Dobry tekst, chociaż zbyt długie wprowadzenie. Jeszcze ze dwa, trzy zdania, a przestałbym czytać. W odniesieniu do mojego poprzedniego komentarza, to opowiadanie jest gruntownie przemyślane i po prostu lepsze, chociaż za długie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

 – wprowadzenie za długie? Wprowadzenie w fabułę jest akurat takie, jakie powinno być. Jakoś nie przestałeś czytać, chociaż tekst rzeczywiście jest naprawdę długi. Ale “Esensja” bez wahania publikuje długie opowiadania, liczące sobie ponad sto tysięcy znaków. Nota bene, na życzenie redakcji dopisałem ostatni rozdział z Kutuzowem, bo zakończenie typu otwartego redakcji nie satysfakcjonowało. No i dobrze. Miałem pomysl na takie zakończenie i strzeliłem je w dwa dni.

No i tak – “Operacja…” nie tylko, że nie dostała piórka, to nawet nie dostała się do biblioteki! Dobre, chociaż nie tragiczne.  Ciekawy portal…

A tutaj mamy kolejne długaśne opowiadanie, tyle, że w nim nie ma nawet cienia fantastyki. Też esensyjne.

Link –  http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/14454

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Masz rację, wprowadzenie nie jest zbyt długie, czytałem po prostu zbyt późno. Co do portalu i biblioteki, nieznane są ścieżki portalowego czytelnika :), chociaż mam swoją teorię.

Pozdrawiam

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nota bene, otrzymałem odpowiedź – po sześciu miesiącach.

Nota bene, na życzenie redakcji dopisałem ostatni rozdział z Kutuzowem, bo zakończenie typu otwartego redakcji nie satysfakcjonowało.

 

Prawie dwa lata i nikt ci nie wytknął, że notabene piszemy razem? Pisarze, nie spać! :)

http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/nota-bene-czy-b-notabene-b;5501.html

Nota bene, a cóż miał mi niby  wytykać? Że użyłem i używam znanego wyrażenia z języka łacińskiego w pisowni oryginalnej, w znaczeniu “ a tak nawiasem mówiąc”? W tym haśle PWN wyraźnie o tym piszą, a taka pisownia jest nadal spotykana i stosowana. I jako cytata z łacińskiego prawidłowa.

No a co tak w ogóle sądzisz o “Operacji…”? Ktoś komentuje komentarze, a nie tekst.

Dobre.

Z serii długich tekstów teraz może to -http://esensja.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=19834

A tu już miałem nosa i tekstu na tym portalu nie zamieściłem. Nota bene, nie występuje w tym tekście zwrot nota bene.

Pozdrówka.

Jakoś mi umknęło to opowiadanie.

Hmmm. Pierwsza połowa bardzo sztampowa – podróż w czasie, konsekwencje zmiany historii (głupota bohatera pod tym względem mnie irytowała, nie samą fizyką człowiek żyje, trzeba było jakiś podręcznik do historii też przeczytać)… Nic zaskakującego. Uważam, że można by ją streścić do tylu znaków, ile poświęciłeś wielkiemu i doniosłemu problemowi kilku zarezerwowanych stolików.

Coś ciekawszego zaczyna się dziać dopiero w drugiej połowie. Niestety, byłam już zbyt znużona rozwleczoną pierwszą, żeby należycie docenić.

Trudno było odgadnąć, w którym mniej więcej roku wystartował bohater. Z jednej strony, urodzony około 1939 chłopczyk jeszcze żyje i testuje prototypowe pojazdy, więc jest zdrowy i młody. Z drugiej – na znanym terenie zdążyły wyrosnąć drzewka. Z trzeciej – język zdążył się zmienić, trudno o przedmioty wyprodukowane przy użyciu starych technologii.

a na dwieście jardów stale osiągał wynik w granicach pięćdziesięciu sekund,

To chyba nie jest jakiś imponujący wynik? Trochę ponad trzynaście kilometrów na godzinę? I dlaczego Amerykanin żydowskiego pochodzenia używa jardów?

Babska logika rządzi!

Dobre. Odczuwam lekką zazdrość:). Pozdr.

Stary tekst… Teraz “Esensja” ni przyjmuję już tak długich opowiada.

Może skróciłbym teraz trochę ostatni rozdział.

Najśmieszniejsze jest to, że to opowiadanie nie tylko nie dostało “piórka”, ale nawet nie znalazło się w bibiotece. 

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrawiam.

W paru miejscach nie docisnąłeś altu: 

Nikt nie mógł się domyślić, ze jest Żydem, a jego przodkowie zginęli w komorze gazowej w Sobiborze, małej miejscowości w Polsce. Cala rodzina

To akurat rozumiał: planował przecież, ze jutro zabije Hitlera – z niezawodnej niemieckiej broni.

Funkcjonariusze NSDAP pilnowali, aby matki i żony bohaterów wojny światowej tez zbierały owoce nowego ładu.

Groziło to zwróceniem na siebie uwagi – na pewno kliku agentów dozorowało kamienicę kochanki Hitlera – ale ocenił, ze ryzyko jest minimalne.

Przewidział to jeszcze w Edwards – i od początku błogosławił nieznanego mu Niemca, ze dwa pomieszczenia parteru jednego z budynków w przecznicy przeznaczył na skromny sklepik z gazetami, papierosami, oranżadą, cukierkami i prezerwatywami.

John zamierzał wtedy ponownie rozłożyć płachty papieru, sprawiając na jakimś gapiu wrażenie, ze o czymś sobie przypomniał – i doczytuje informacje.

Spodziewał się jej, choć wiedział, ze jest kilku kandydatów – ale on, inżynier John Petersohn, absolwent fizyki teoretycznej, a potem mechaniki kwantowej w Massachusetts Institute of Technology, od samego początku konstruował kluczowe układy i znał niewyobrażalnie skomplikowane urządzenia „Latawca” prawie na wylot. Sądził tez, ze pewnie szalę przeważyło to, ze bardzo dobrze władał niemieckim.

Analitycy wywiadu uznali, ze jest to doskonała legenda.

. i żołnierzy Wehrmachtu.

Duże I.

Doskonale rozumiał, ze agendy CIA realizowały pracę niemożliwą do wykonania, gdyby zajmował się nią sam.

Biegał teraz w jesiennych półbutach, chcąc przyzwyczaić stopy do większego obciążenia, odkrywając z radością, ze nie widzi śladu pęcherzy na skórze – i często wywoływał u napotkanych ludzi uśmieszek zdziwienia.

CIA też uznała, ze wszystko zostało zapięte na ostatni guzik i nie miała zamiaru czekać.

 Mruczał tak mocno, ze odgłos przypominał gruchanie gołębi.

Zamek parabellum podnosił i się i opadał rytmicznie, nieco przesłaniając linię celowania, ale po wykwitających na płaszczu plamach krwi John wiedział, ze mierzył dobrze.

Kątem oka dostrzegł, jak trzech mężczyzn w szarych garniturach biegnie do ciała, lezącego na chodniku.

Nie potrafił określić, kto wygra, ale coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, ze okres wzajemnych walk na szczytach władzy będzie trwał dość długo – może nawet rok.

Wiedział, ze coś jest nie tak.

Szybko pojął, co dobiega jego uszu, może i dlatego, ze buty zawilgotniały mu od rosy. 

Przeniósł wzrok na pozostałą dwójkę: człowieka w eleganckim garniturze, z szerokim uśmiechem przeglądającego teraz magazyn „Life”, wzięty przed chwilą z nocnego stolika i drągala, tez w mundurze SS, celującego do niego z pistoletu.

Zadał pierwsze i najbardziej oczywiste dla niego pytanie, choć gdzieś, w glebi umysłu, narodziło się od razu drugie: czemu Niemcy nie pochwycili go zaraz po lądowaniu?

Nie wierzę, ze jedno mimochodem rzucone zdanie mogło coś zmienić.

– Dobrze pan strzela. – Heydrich uważnie przyjrzał się rękawiczkom, lezącym na kolanach.

Mieliśmy jeszcze trzy ładunki atomowe: tez ich użyliśmy.

Miał nadzieję, ze przedtem dadzą mu parę razy zaciągnąć się papierosem.

Pewnie po nazwisku zorientował się pan, ze pracuje w wywiadzie.

Petersohnowi wydało się, ze mimo tego, że nadal trzymał brodę na splecionych palcach, reszta ciała esesmana posłusznie się wyprężyła.

Latynosi napierają: szukają pracy, nowych możliwości, szczęścia, więc gdzieś trzeba trzymać zatrzymanych.

Nie chcę się wstydzić przed dziećmi, ze sfabrykowałem im cudowny, nowy świat, wykorzystując krematoryjne piece.

Nie myślałem, ze tak się stanie.

Przed domem John chwilę obserwował, jak Heydrich. Schellenberg i pięciu innych esesmanów wsiadają do sporego poduszkowca ze swastykami na burtach.

Na krotko: typowe sprawdzenie możliwości pojazdu i jego funkcjonowania.

Przecież pan wie, ze Niemcy kochają porządek.

– Niespodziewanie uratowało mnie to, że opowiedziałem wszystko Heydrichowi, powiedziałem, że zmieniam nazwisko i poprosiłem, żeby na tabliczce nagrobnej napisano, ze tu leży Chaim Bromski, Polak i Żyd.

Lidzie ciągle – i nikt ich do tego nie zmusza – przynoszą tam świeże kwiaty.

Helmuth z kwaśnym uśmiechem wspomniał kiedyś, jeszcze w Edwards, ze tu, w Trzeciej Rzeszy, ma stopień sturmbannführera SS.

Ale raz Müller, pewnie czując, ze to ciąży Johnowi, rzucił: 

Wiedzieli, ze są jedynymi Żydami Czwartej Rzeszy, potomkami Mojżesza, Jozuego – i Judy Machabeusza.

I nie zaprzeczy pan, ze tak się pan nazywa – my to wiemy.

Pewnie otrzymałby tez kilka solidnych kopniaków.

John wiedział, że nie może wspomnieć o kimś, kto też uważał się za Żyda – Kutuzow sądził, ze dotarł do Berlina „Latawcem”, przeznaczonym przecież tylko dla jednej osoby.

Nawet słówkiem nie napomknął o powstaniu Czwartej Rzeszy i o tym, ze Niemcy przygotowują się – po raz pierwszy – do uderzenia na nadal komunistyczną Rosję.

Petersohn wiedział, ze naukowcy rozważają taką możliwość, i dlatego tak restrykcyjnie traktowano wyprawy „Latawcem”.

Łudził się tylko nadzieją, ze uda mu się zlikwidować otaczający go świat, usuwając przyczynę, rodzącą nieodwracalny skutek.

Łudził się tylko nadzieją, ze uda mu się zlikwidować otaczający go świat, usuwając przyczynę, rodzącą nieodwracalny skutek.

Zakarbował sobie w pamięci, ze tym razem na pewno go nie zgubi.

 Pójdę z tyłu: wiem, ze ma pan broń.

– W bazie Edwards bardzo szybko odkryją, że przyleciał pan „Muromcem”, myślę, ze już przy pierwszym przeglądzie.

Przekazał bardzo dużo, i Petersohn teraz sądził, ze świadomie.

Mam nadzieję, ze pogram w szachy.

Uznał, ze na pewno prezentuje się doskonale.

Rosjanie pewnie zgromadzili w niej tyle, ze analitycy CIA będą zachwyceni i tryumfalnie odtrąbią wielki sukces.

Bo do tego, ze nikt nigdy nie dowie się, ze w rzeczywistości prowadzono dwie różne operacje o tym samym kryptonimie, John miał prawie całkowitą pewność. 

Sądził, ze jednak do tej, będącej światem jego i Lwa Kutuzowa – niedoszłego mistrza świata w szachach.

Gdzieś jest narożny dom i w następnym zdaniu coś się dzieje na rogu. W ogóle jakoś miałam wrażenie, że sporo rzeczy się powtarza.

Tym razem ta Twoja “leniwość” akcji mi nie pasowała. Uderzyło mnie to zwłaszcza w scenie, w której bohater biegnie do swojego czarodziejskiego pojazdu, strzelają do niego, a on opisuje wygląd auta. Po co to zatrzymanie? Przecież to dynamiczna scena.

Ale ogólnie lubię podróże w czasie :)

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Strasznie stary tekst, a teraz tak długiego tekstu pewnie bym już nie napisał, bo nikt by go nie opublikował, a na pewno nie “Esensja”.

Najnowsza publikowana na tym portalu opowieść tutaj → https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/20953

Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka