- Opowiadanie: Ocelot15 - Lokalna atrakcja

Lokalna atrakcja

Pomysł na to opowiadanie przyszedł mi do głowy podczas grania w "Final Fantasy IX”. Mam nadzieję, że się spodoba.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Finkla, PsychoFish

Oceny

Lokalna atrakcja

 

 

Podobają ci się moje buty, przyjacielu? Fajne, nie? Skóra. No, ale nie o butach tu mamy rozmawiać.

To było tu w Wielkiszkach, jak komuna upadała. Dwadzieścia pięć lat wtedy miałem. Lato gorące, słoneczne, zapach łąki. Jak kto w mieście tylko mieszka, to on takiego lata nie zna. Leniwie, nic się robić nie chce. To się zdarzyło pod koniec czerwca. Po zakończeniu szkoły zaraz. Wiem, bo mały Józek, to jest mój brat, wtedy właśnie kończył. Siedzimy sobie na schodach. Ja, Ojciec, Maliniak, Ludwiczuk z synem, Chmielniak. Noc, ciepło, świerszcze grają. Maliniak częstuje bimbrem własnej roboty. Nie powiem, przyjemnie. I właśnie ja próbuję, już ten bimber leci i pali gardziel, a tu nagle jak nie pierdyknie! Huk, aż w uszach dzwoni, ziemia się zatrzęsła. Myślę, że to może ten bimber taki mocny. Patrzę, w niektórych chałupach szyby powybijane, Ojciec z resztą się chwieją na nogach, ale nie od bimbru, bo to chłopy na schwał, a tyle, co żeśmy pili, to i niemowlę by dało radę. Rozglądamy się po sobie, patrzymy po okolicy, czy nic nie wybuchło. Lekki ruch się we wsi zrobił. Maliniak z Ludwiczukami klną, że szyby trzeba będzie wstawiać nowe, Ojciec wzrusza ramionami, a Chmielniak się śmieje, że bimber stygnie. Znowu wesoło się zrobiło, ale tak jakoś fałszywie. Ale nic. Bimber skończony, idziemy spać.

Następnego dnia się budzę, a w Wielkiszkach jakieś poruszenie. Matka mówi, że chyba Chmielniak oszalał, bo gania po wsi jak kot z podpalonym ogonem. Wstaję, ubieram się, wychodzę. Na drodze skupisko ludzi. Jest Ojciec, Ludwiczuki, Maliniak, kilku innych, a między nimi Chmielniak rzuca się jak wesz. Podchodzę, słyszę: „Jak nie wierzycie, to chodźcie za mną na pole”. Idą, to ja za nimi.

Z daleka wyglądało to-to jak taka wielka bura hałda. Ale nie. Podchodzimy bliżej, ja patrzę, a tu podchodzę do ogromnego skrzydła rozpłaszczonego na polu, coś jakby skrzydło nietoperza. Patrzymy – na polu Chmielniaka leży smok. Tak jest. Wielki jaszczur ze skrzydłami. Szaro-zielony, łuski jak dachówka. Tak na oko, to ze pięćdziesiąt metry od pyska do ogona. Może trochę mniej. Skrzydła to nie wiem, długość ta sama. Znaczy ta, rozpiętość. Leży, nie rusza się. Znaczy się trup. Obejrzałem go. Dymił, cały poparzony był. Tylne łapy miał większe niż przednie, te z przodu to takie małe, chude, krótkie, ale pewno też silne. Pysk długi, na łbie połamane rogi. Ślepia zamknięte miał. Z ran na łbie sączyła się krew. Czerwona. A dokoła leżało mnóstwo kawałków skały.

Skąd się wziął? Ha! Z nieba! Rozmawiałem o tym jakiś czas temu z Józkiem, co teraz fizyki w szkole uczy. Powiedział, że smok widocznie leciał w kosmosie, dostał meteorytem w łeb, stąd ta krew i rany, i spadł na Ziemię. Dlatego był taki poparzony, jak wchodził w atmosferę, to poparzyło go. Czy to rozumiem? Za cholerę nie rozumiem, jestem prostym chłopem z Podlasia. Ale zawsze, jak patrzę nocą w niebo, w te gwiazdy, to mnie ściska. Taki ogrom, ten kosmos. Raz odsłonił przed nami swoje tajemnice, kiedy spadł ten smok. A jeśli to jest nieskończenie wielkie, ten Wszechświat, to co jeszcze się w nim ukrywa? Brrrrr!

No, ale miałem o smoku. Ludzie zaczęli się schodzić. Łażą wokół tego smoka, oglądają. Myślimy, że on nie żyje, a to cielsko nagle zaczyna rosnąć. Rośnie, rośnie – i pfff, ze smoczych nozdrzy poszła para, a z pyska trochę ognia. Żył.

Poszliśmy do Ojca, bo Ojciec sołtysem był, naradzać się. Maliniak powiedział, by smoka dobić. Poparło go jeszcze dwóch, ale reszta go zakrzyczała. Wyobrażasz sobie, przyjacielu? Smoka dobić widłami i motykami? SMOKA?! Nie godzi się. Ktoś spytał Chmielniaka, czy on chce podjąć jakąś decyzję, bo to na jego polu smok się rozłożył. Chmielniak na to, że w socjalizmie trzeba decydować wspólnie, to jest kolektywnie, ale ktoś mu uświadomił, że socjalizmu już nie będzie. Młody Ludwiczuk powiedział, że skoro nie dobijemy smoka, to trzeba się nim zaopiekować. I trzeba go nakarmić, bo nieborak z głodu zdechnie, a w końcu nie wiadomo, ile on leciał i nic w gębie nie miał. Tylko co taki smok żre? Wiedzieliśmy jedno – żadnych owiec, he, he. Ciapała powiedział, że ma krowinę, co ledwo dyszy, to mógłby ją zaprowadzić do smoka, niech się posili. Chorą krowiną częstować gościa to też nie wypada, tak jak walić go motyką w łeb, ale smok chyba nie będzie wybrzydzał. Więc poszliśmy z Ciapałą do obory, zabraliśmy chudą, trzęsąca się krowinę i zaciągnęliśmy na łańcuchu. Oczywiście cała wieś szła za nami, ale tylko my dwaj podeszliśmy tak blisko. Smok otworzył ślepia, takie żółte, jak u kota, i spojrzał na nas. Czułem, że nawet tej mućki, cośmy mu ją przyprowadzili, nie będzie miał siły zjeść. Ale nic nie mówiłem. Postawiliśmy krowę tuż przy smoczym pysku i wróciliśmy do reszty. Czekaliśmy, patrzyliśmy, czy smok zje krowę, czy nie. Ale to nudne było. Część ludzi poszła do siebie, szykować się do roboty. Tylko najwytrwalsi zostali. Ale wieczorem jak przyszli, to powiedzieli, że smok jeszcze krowy nie zeżarł. Może nie miał siły. A może nie był głodny. Albo nie jadał mięsa, he, he, he.

Następnego dnia idę w pole z młodym Ludwiczukiem. Patrzymy, smok jest, krowiny nie ma. Uciekła? Nie, zjadł ją. Wiedziałem po tym, co smok miał pod ogonem, he, he.

Tymczasem do Wielkiszek przyjechał pisarz. Przyjeżdżał co roku o tej porze. Mówił, że woli wieś z prawdziwymi ludźmi od domu pracy twórczej. Nam to nie przeszkadzało. Przyjeżdżał, wynajmował pokój u Cieplaka, zostawiał mnóstwo pieniędzy, historyjki opowiadał fajne przy bimbrze, a potem i tak jechał do jakiegoś domu związkowego kończyć książkę, bo u nas się nie dawało.

I wtedy ktoś, nie pamiętam już kto, mówi, by brać pieniądze od ludzi za pokazywanie smoka. Chmielniak zaczął coś tam tego, że on nie, że pole z dziada pradziada, ale Ojciec jak nie ryknie, to tamten od razu spokorniał. Zdecydowaliśmy, że pokażemy smoka pisarzowi. Specjalnie przedtem nie dawaliśmy mu żadnej wódki. Poszliśmy z nim na pole. Pisarzowi szczęka opadła, a gały to miał takie, o, jak tego smoka zobaczył. Obejrzał go z każdej strony, potem patrzy na nas i zaczął gadać. Ja nie pamiętam, co on gadał, nawet tego nie rozumiem. Słowa, jakie mówił, to w Piśmie świętym czytałem. Potem mi Józek wytłumaczył, że powinniśmy się cieszyć, że taki cud natury nawiedził naszą wioskę. Prawdziwy dar Niebios, tak powiedział pisarz. No, nie wiem, na aniołka to mi ten smok nie wyglądał. Wyglądał bardzo nie-niebiańsko. Zawsze się mówi, że u góry jest Niebo, a w dole Piekło. A może tak naprawdę jest na odwrót?

No, ale pojawiła się okazja, żeby trochę grosza ściągnąć od ludzi. Na posiedzeniu u Ojca, wszyscy zaczęli gadać, jak to już, zaraz, z całej Polski będą ludzie się zjeżdżać, żeby smoka zobaczyć, i pieniądze we wsi zostawiać, a co za te pieniądze będzie można kupić! Ojciec znowu ryknie, wszyscy cicho, a on mówi, że ludzie z całej Polski oznaczają kłopoty i lepiej niech przyjeżdża tylko jakaś grupka znajomych, która potem opowie innym. I żadnych zdjęć, bo zdychająca komuna żadnych smoków nie przewidywała, a nie wiemy, co o smokach myśli kapitalizm.

Dopiero potem okazało się, że kapitalizm myśli o smokach dokładnie to samo, co nasza wioska.

Najpierw każdy ze wsi zadzwonił do rodziny. Wielu nie chciało przyjeżdżać, ale ci, co przyjechali, to się nie zawiedli. Na widok smoka gęby im się otwarły jak u karpia na Boże Narodzenie. Oczywiście, żadnych zdjęć. Przyjechali, obejrzeli, niektórzy nawet pogłaskali. Przyjeżdżali coraz częściej. Dorośli, dzieci. Palili ogniska w nocy, jedli kiełbasy i oglądali smoka. Zostawiali coraz więcej pieniędzy. Ojciec zaczął myśleć o przerobieniu Wielkiszek na jakiś kurort czy coś.

Któregoś dnia patrzymy, a na wioskę przyjeżdżają trzy dziewczyny z Poznania. Studentki jakieś antropologii czy czegoś tam. Od razu krew mnie się zagotowała, tak samo Ludwiczukowi i Ciapale. Ty tego nie zrozumiesz, jak to jest, na co dzień jedyne cycki, jakie masz szanse dotknąć, to cycki krowy. We łbach nam się trochę poprzewracało. We trzech się nimi zaopiekowaliśmy. Pokazaliśmy im smoka. Rozpaliliśmy nawet ognisko w pobliżu. Patrzyliśmy na to milczące, nieruchome bydlę i rozmawialiśmy o przyszłości. Myślałem sobie, że pewnie któregoś dnia rany się zagoją, smok wyzdrowieje, a wtedy podniesie się i przypomni wszystkim, że jest smokiem. Stanie na tylne łapy, ryknie, aż chałupy się zatrzęsą, rozwinie skrzydła jak łabędź i poleci w górę, wzbijając przy tym tumany kurzu. I tyle będziemy go widzieć. Potem zaprosiliśmy je na bimber do stodoły i żeśmy się poznali bliżej, he, he, he. O, taka studentka, co to marzy o porządnym chłopie ze wsi, niejedno potrafi. Ech, wspomnienia. Tylko starej o tym nie mów.

A co do smoka, to szkoda mi się smoka zrobiło. Nie podobało mu się to, że on, taki wspaniały, majestatyczny smok, przemierzający kosmos, teraz jest jak małpa w cyrku. Po oczach to było widać. Wiedziałem, że któregoś dnia wyzdrowieje i odleci. Czasem bałem się, że przedtem pokaże naszej wiosce, co to znaczy prawdziwy smok, tak że z Welkiszek tylko kupka popiołu zostanie.

Stało się inaczej. Smok zdechł. Stało się to w obecności kilkunastu turystów i kilku miejscowych. Była akurat pora karmienia. Ludwiczuk stawia przed nim cielaka. Czekamy. Smok przysuwa do niego łeb, rozchyla paszczę, owija wokół niego gruby, różowy ozór i wciąga do środka. Kłapie paszczą raz, drugi, przełyka. Nagle zaczyna rzęzić. Krztusi się, kaszle, z pyska bucha mu ogień. Macha łapami, unosi na chwilę łeb, a potem po wszystkim. Obecny przy tym weterynarz z pobliskiego miasta powiedział, że on się chyba kością cielaka zadławił.

Dziwne, nie? Dorosłą krowę zeżarł i przetrawił, a cielakowi nie dał rady. Może jednak nie zdrowiał i był mocno osłabiony? A może nie widział już dla siebie ratunku i chciał to zakończyć i zadławił się celowo? Tego nigdy nie będziemy wiedzieć.

Znowu zbieramy się u Ojca. Co zrobić ze smoczym truchłem? Może wyprawić jaki pogrzeb? Zakopać? Rozebrać na części? Pieniędzy się uzbierało już dosyć. Ojciec zadecydował, że rozebrać na części. I rok temu wszyscy by się zgodzili, ale! W międzyczasie wybuchła przecież demokracja i Chmielniak, dawniej wiejski marksista, teraz mówi, że trzeba głosować. Głosujemy. Wieś mówi – nie chować smoka, pokazywać martwego dalej, a jak się rozłoży, to pokazywać sam szkielet, bo to będzie lokalna atrakcja. Jak Ojciec zobaczył, że tamci mają większość, to zagłosował przeciwko sobie. Co, źle zrobił? Dobrze zrobił, bo to on był sołtysem, on odpowiadał i dzięki temu miałby udział w tych pieniądzach, co turyści zostawiali. A zostawiali naprawdę dużo, nawet w czasie, kiedy pieniądz nie znaczył wiele.

Tymczasem zwłoki smoka zaczynają puchnąć. Nie śmierdział, nie rozkładał się. Ale kałdun u niego wielki, jakby pierdzieć mu się chciało. I tak rośnie, i rośnie. No, niewesoło to wygląda. Niektórzy też się niepokoili, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. A póki ludzie się zjeżdżają i forsa jest, to co się martwić?

Przez kilka tygodni nie było u nas żadnej prasy. Dziwne, nie? Ale w końcu przyjechał taki typek, co to wyglądał jak pomiot jaszczurki i szczura. Chodził, zadawał pytania. Chciał iść do smoka z aparatem, to mu powiedzieliśmy, że żadnych zdjęć, i żeśmy go pilnowali. Ale co zobaczył, to zobaczył, zjedzie się tu cała chmara takich z aparatami, a wszystkich nie upilnujesz. Zaczęliśmy myśleć. Maliniak powiedział, by go zatłuc sztachetą, a ciało rzucić na bagnach. Ale co, jak się inni zjadą w poszukiwaniu kumpla?

Pamiętam jak dziś. Tak siedzimy na ławce. Była druga. Nagle – JEBUT! Wszystkie szyby we wsi poszły, garnki pospadały, psy się pochowały w budach, komuś koń uciekł ze stajni.

Coś mi kapie na głowę. Patrzę, a to krew. Krew i flaki lecą z nieba.

Pamiętasz może, było coś takiego, w telewizji mówili, na Internetach pisało. Morze wyrzuciło wieloryba na brzeg. Martwy wieloryb poleżał, poleżał, a potem wybuchnął, rozrzucając flaki dookoła. Wybuchnął, bo wypełniały go jakieś tam gazy wewnętrzne. Tak pisało. No, więc z tym smokiem to podobna sprawa była. Też go gazy wypełniały i też wybuchnął.

Pobiegliśmy na pole, a tam dziura. Dookoła tylko kawałki skóry, mięsa, kości i jeszcze mnóstwo krwi. Dziennikarz narobił zdjęć, ale i tak nikt mu nie uwierzył. Bo co miał? Jakieś mięso, jakieś śmieci na polach. My milczeliśmy, jak kto o smoka pytał, to tylko stukaliśmy się w czoło.

A gdzie smok? Smok pokawałkowany leżał na polu każdego z nas, więc każdy uszczknął coś dla siebie. Maliniak ze skrzydeł zrobił zasłonę do garażu, bo drzwi mi akurat wypadły. Chmielniak zachował sobie kawałek czaszki, zrobił sobie popielniczkę. Z kości się różne rzeczy porobiło, gdybyś pochodził po Wielkiszkach, to byś zobaczył. Dużo mięsa poszło na żarło dla trzody. Potem mieliśmy dorodne świniaki, krowy i owce, ale reszta już się rodziła normalna. Dobrze, że ogniem nie ziały. Zrobiło się trochę kotletów. Trzeba było dobrze doprawić, to wtedy smakowały. Nikt we wsi nigdy nie chorował od tamtego czasu, ale czy to od smoczego mięsa, to nie wiem.

A ja…? No… A jak podobają ci się moje buty?

Koniec

Komentarze

Pierwsze zdanie + temat konkursu = wiadomo, z czego te buty. :-)

Przeczytałem z przyjemnością i lekkim uśmiechem. Nie ma to, jak swojskie klimaty. :-)

Sympatyczny, lekki, wesoły tekst. Tylko smoka szkoda…

Jeśli chodzi o język, to żadnych usterek nie zauważyłam.

 

Edit: Aha, zaskoczyły mnie krowy i owce jedzące mięso. OK, pewnie są różne pasze. Ale mieszkańcy wioski tak własnym sumptem przerobili?

Babska logika rządzi!

 Specjalnie przedtem nie dawaliśmy mu żadnej wódki – super w kontekście opowiadania.

Bardzo sympatyczny, płynnie napisany tekst – czytałam z uśmiechem.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękuję za komentarze i uwagi.

 

Co do paszy – po prostu błąd mieszczucha, który na wsi był milion lat temu, a krowę więcej razy widział w reklamie czekolady niż w prawdziwym życiu ;) 

Lekka, bardzo porządnie napisana opowiastka. Nienachalny humor jest dodatkową zaletą – podoba mi się Ocelocie, że nie próbujesz na siłę rozbawiać czytelnika.

A smoka, rzecz jasna, żal.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja tylko powtórzę za Adamem, że przez temat – sprzedajesz butami temat w pierwszym zdaniu.

 

Ale również się ubawiłem. Biedna gadzina… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zabawne, swojskie i lekkie. Podobało się.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Śmieszna opowiastka.

I po co to było?

Nowa Fantastyka