- Opowiadanie: Adam Mieczyński - Cztery filary

Cztery filary

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Cztery filary

Śmier­ci już nie ma, Życie nas dusi

Fi­la­ry znów razem, jed­ność po­wró­ci

Nie­wo­la czeka, Czar­ny Wład­ca sku­sił

Trzy Świa­ty jed­nym, wiecz­ność się skró­ci

 

 

 

Od ostat­nie­go za­ćmie­nia, które miało miej­sce pod­czas śmier­ci Pana, w za­świa­tach pa­no­wa­ła na­pię­ta at­mos­fe­ra. Isto­ty na­zy­wa­ne przez ludzi Anio­ła­mi prze­ży­wa­ły teraz istne pie­kło. 

– Ga­brie­lu, po­wiedz, że wiesz co trze­ba zro­bić. Po­wiedz, że Pan dał ci ja­kieś wska­zów­ki od­no­śnie swo­je­go planu. Kto jak kto, ale ty byłeś naj­bli­żej Niego z nas wszyst­kich. – Rafał mó­wiąc te słowa sam nie za bar­dzo w nie wie­rzył. Po­dob­nie jak jego przy­ja­ciel i jeden z fi­la­rów nieba, Ga­briel nie znał od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. 

– Nie wiem Ra­fa­le. Pan po­wie­dział mi tylko, że po trzech dniach wróci. – Anioł od­wró­cił się ple­ca­mi do swo­je­go przy­ja­cie­la. Mi­nę­ła długa chwi­la zanim ciszę prze­rwa­ły czy­jeś kroki. Do ogrom­nej sali tro­no­wej, w któ­rej stali dwaj mo­nar­cho­wie nieba, wszedł jeden z po­mniej­szych anio­łów.

– Mam wie­ści dla Ga­brie­la. Krążą słu­chy, że armia Lu­cy­fe­ra nad­cią­ga. Mi­nę­li już ponoć Sta­lo­we Bramy Czyść­ca. – Na twa­rzy nowo przy­by­łe­go wy­ma­lo­wa­ny był strach. Oczy na­to­miast py­ta­ły, bła­ga­ły wręcz o od­po­wiedź na py­ta­nie “co teraz?”.

– Leć po Mi­cha­ła Ra­fa­le. Jeśli to praw­da bę­dzie­my po­trze­bo­wa­li wszyst­kich za­stę­pów. – Na te słowa Rafał szyb­ko udał się do po­miesz­czeń dla służ­by, gdzie jak miał na­dzie­je, znaj­dzie Mi­cha­ła.

– Ty mój przy­ja­cie­lu, leć z po­sel­stwem do naj­dal­szych za­kąt­ków nieba i we­zwij pod broń każ­de­go kogo uda Ci się na­po­tkać. – Ga­briel zo­stał sam przed pu­stym tro­nem Pana. Jesz­cze przez chwi­lę za­sta­na­wiał się co na­le­ży zro­bić. Lu­cy­fer wy­ko­rzy­stał Jego nie­obec­ność. Teraz on, jeden z fi­la­rów nieba musi sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia.

 

***

 

– Ar­mia go­to­wa do sztur­mu mój Panie. Mamy za­czy­nać? 

– Nie, jesz­cze nie. Sta­lo­wa Brama sama się otwo­rzy. Wiem co mówię. – Lu­cy­fer był jak za­wsze pewny swego. No, może poza tym  jed­nym razem, kiedy nie udało mu się sku­sić Pana na pu­sty­ni. Ale teraz to nie miało zna­cze­nia. Wkrót­ce jego żądna krwi armia za­le­je świat, z któ­re­go tak dawno zo­sta­li wy­pę­dze­ni jed­nym Sło­wem. Stał teraz owi­nię­ty szczel­nie swo­imi skrzy­dła­mi, które z bie­giem czasu utra­ci­ły pióra. Wy­glą­dał jak ogrom­ny nie­to­perz go­to­wy w każ­dej chwi­li rzu­cić się na swoją ofia­rę, kiedy tylko wy­czu­je jej naj­mniej­sze po­tknię­cie. Nagle Wład­ca Ciem­no­ści uka­zał się w peł­nej kla­sie. Sze­ro­ko roz­po­starł ciem­ne jak noc ostro za­koń­czo­ne błony od­sła­nia­jąc pięk­ną krwi­sto­czer­wo­ną zbro­ję. Miał ją na sobie kiedy wal­czył dla Pana, także wtedy, kiedy to Jego Słowo zrzu­ci­ło go do jego obec­ne­go miej­sca. W pra­wej ręce trzy­mał swój miecz. Tak samo stary jak on sam. W lewej ręce miał to czemu za­wdzię­czał swój przy­do­mek. Lampę z wiecz­nym ogniem. Tym samym ogniem Pan roz­pa­lił Go­re­ją­cy Krzew. Nigdy nie gasł i za­wsze wy­zna­czał kie­ru­nek. Tak oto Lu­cy­fer, nio­są­cy świa­tło sta­wał do walki.  Po chwi­li do jego uszu do­tarł ogłu­sza­ją­cy krzyk. Hałas, jakby mi­lio­ny istot było żyw­cem ob­dzie­ra­nych ze skóry. Każdy, kto  by go usły­szał uciekł­by w pa­ni­ce albo sam ode­brał sobie życie ale nie Lu­cy­fer. Ten wrzask był dla niego. To usta mi­lio­nów pie­kiel­nych istot od­da­wa­ło mu hołd. Nie było od­wro­tu. Wojna z nie­bem wła­śnie się za­czę­ła a on, Wład­ca Ciem­no­ści, pod­niósł rękę na pusty tron Boży.

W trak­cie tego ma­ka­brycz­ne­go przed­sta­wie­nia z wolna cicho lecz w miarę upły­wu czasu coraz gło­śniej dało się sły­szeć dźwięk trąby. 

Lu­cy­fer wie­dział, że to umó­wio­ny znak. Sta­lo­wa Brama otwie­ra się, żeby we­ssać rój de­mo­nów. Czy­ściec był stra­co­ny. Dusze, które w nim cier­pia­ły, do­pie­ro miały się prze­ko­nać co to jest cier­pie­nie i męka. Nio­są­cy Świa­tło nie znał li­to­ści i za­bro­nił jej oka­zy­wa­nia wobec ko­go­kol­wiek.  Nic nie po­psu­je jego pla­nów. Wie­dział, że Pan zej­dzie na Zie­mie jako czło­wiek i do­bro­wol­nie umrze za ludzi. To słowo z tru­dem prze­cho­dzi­ło mu przez usta. Za­wsze twier­dził, że bli­żej im do małp. Jak mógł je tak umi­ło­wać? Kie­dyś jeden z fi­la­rów nieba za swoją pychę strą­co­ny na samo dno, dziś miał się od niego odbić. W dniu, kiedy Pan miał po­ko­nać śmierć Lu­cy­fer przy odro­bi­nie po­mo­cy szczę­śli­we­go trafu do­ko­nał tego, co wy­da­wa­ło się nie­moż­li­we. Uwię­ził śmierć. Nie zo­sta­ła po­ko­na­na przez Pana. Nie było zmar­twych­wsta­nia. Trzy dni wy­dłu­ży­ły się do stu a On dalej nie po­wstał z mar­twych. Nowy po­rzą­dek rze­czy był tylko kwe­stią czasu. Naj­pierw Czy­ściec potem Niebo.

– Ata­ko­wać bez roz­ka­zu. Oto moja za­pła­ta za waszą lo­jal­ność. Dusze tych małp na­le­żą do wa­aaaaaaaas. – Nie trze­ba było długo cze­kać, żeby Czy­ściec stał się taki jak zo­stał na­zwa­ny. Pie­kiel­na armia roz­ry­wa­ła na ka­wał­ki coraz więk­szą licz­bę dusz. Gdyby choć w naj­mniej­szym stop­niu były one cie­le­sne, po­so­ka za­la­ła­by wszyst­ko two­rząc wiel­kie czer­wo­ne je­zio­ro ję­czą­ce z bólu przy naj­mniej­szym ruchu. De­mo­ny wpa­dły w istny szał. Nie­któ­re za­bi­ja­ły się na­wza­jem nie pa­trząc na to dla­cze­go tutaj się zna­la­zły. Lu­cy­fer wolno prze­cha­dzał się po po­bo­jo­wi­sku. Lekki uśmiech spo­czy­wał bez­wied­nie na jego ka­mien­nej twa­rzy.

– Asmo­de­uszu! – przy­zwał do sie­bie swo­je­go za­ufa­ne­go sługę. – Czy są znaki od na­sze­go in­for­ma­to­ra? Mo­że­my ru­szać na Złotą Bramę?

– Jesz­cze nie mój Wład­co. Mam pewne obawy.

– Nie ob­cho­dzą mnie twoje obawy. Wiem co robię. Przy­po­mi­nam ci, że gdyby nie jego po­mysł nic by z tego nie było.

– Tak, ale…

– Nie ma żad­ne­go "ale" Asmo­de­uszu. Pana nie ma. Śmierć Go nie znaj­dzie. Niebo nie­dłu­go sta­nie się na po­wrót na­szym domem. Niebo z nowym Wład­cą. – Lu­cy­fer nie zno­sił sprze­ci­wów. To jedna z jego cech za którą zo­stał wy­gna­ny. Ale to miało się zmie­nić. 

 

***

 

Ga­briel, Rafał i Mi­chał sie­dzie­li przy stole w jed­nej z kom­nat Głów­ne­go Pa­ła­cu. Wy­da­wać by się mogło, że gło­śno roz­ma­wia­li, ale była to kłót­nia. Ga­briel wy­ma­chi­wał ostro rę­ka­mi jakby to dzię­ki nim mógł wzbić się w po­wie­trze. Po­zo­sta­li anio­ło­wie zwie­si­li głowy ale nie wy­glą­da­li na za­smu­co­nych. My­śle­li nad czymś in­ten­syw­nie. 

 

***

 

– Zło­ta Brama rów­nież się otwie­ra Lu­cy­fe­rze – Asmo­de­usz pod­nie­co­ny ogło­sił to swo­je­mu Wład­cy. Wie­dział, że i jemu przy­pad­nie udział w nowym po­rząd­ku jaki miał za­pa­no­wać. Był chci­wy i to bar­dzo. Dla­te­go zo­stał wy­gna­ny i przy­łą­czył się do Lu­cy­fe­ra. Na pro­sto sie­bie stały dwie armie. Pa­trząc z góry od­dzie­la­ła je tylko żółta kre­ska. Za chwi­le miało stać się to, na co cze­ka­ły pie­kiel­ne za­stę­py. W po­wie­trzu można było wy­czuć na­pię­cie po­mie­sza­ne z pod­nie­ce­niem.  Obie stro­ny były go­to­we na walkę do końca. Dla jed­nych ten ko­niec miał być po­cząt­kiem cze­goś no­we­go. Anio­ło­wie w swo­ich lśnią­cych błę­kit­nych zbro­jach wy­glą­da­li jak rząd lu­ster w któ­rych od­bi­ja­ła się czer­wo­no-czar­na ni­cość. Blask jaki nor­mal­nie im to­wa­rzy­szył przy­gasł. Wie­dzie­li, że bez Pana mogą nie po­ko­nać wro­gów. 

Cze­ka­li na znak do walki od Mi­cha­ła, jed­nak­że ta­ko­wy nie nad­cho­dził. Wkrót­ce dało się sły­szeć szem­ra­nie, że głów­ny do­wód­ca uciekł. Ma­ru­de­rów nigdy nie bra­ko­wa­ło. Z góry, przed nie­biań­ską armią zle­ciał Mi­chał w to­wa­rzy­stwie Ra­fa­ła i Ga­brie­la. Armia Pana krzyk­nę­ła w trium­fal­nym ge­ście przy­szłe­go zwy­cię­stwa. Trzy fi­la­ry nieba staną na czele armii i po­pro­wa­dzą ją do osta­tecz­ne­go zwy­cię­stwa. Serca każ­de­go z Anio­łów uro­sły do roz­mia­ru Go­re­ją­ce­go Krze­wu i rów­nie jak On pa­li­ły się do walki.

– Odłóż­cie broń. – Bo­jo­we okrzy­ki po­wo­li ci­chły.

– Odłóż­cie broń bra­cia. Dziś nikt wię­cej nie zgi­nie. – To Mi­chał prze­ma­wiał do­no­śnie do swo­ich żoł­nie­rzy. Po chwi­li dał się sły­szeć także głos Ra­fa­ła i Ga­brie­la.

– Słu­chaj­cie Mi­cha­ła. Odłóż­cie broń. – Po­wo­li choć w coraz więk­szej licz­bie Anio­ło­wie rzu­ca­li na zie­mie swoje mie­cze. Me­ta­licz­ne­mu od­gło­so­wi rzu­ca­ne­go oręża to­wa­rzy­szył po­mruk zdzi­wie­nia. Kiedy wszyst­kie mie­cze le­ża­ły już na ziemi Mi­chał Rafał i Ga­briel od­wró­ci­li się w stro­nę wście­kle wy­glą­da­ją­cych de­mo­nów Lu­cy­fe­ra. 

Wład­ca Ciem­no­ści wy­szedł przed swoje sze­re­gi i ru­szył w ich kie­run­ku. 

– Będą per­trak­to­wać – dało się sły­szeć głosy wśród anio­łów.

– Lu­cy­fer wie, że nie ma szans, chce unik­nąć po­raż­ki.

– Nawet bez Pana damy mu radę. Mi­chał, Rafał i Ga­briel już o to za­dba­li! – Coraz gło­śniej­sze okrzy­ki ra­do­ści to­wa­rzy­szy­ły ry­chłe­mu spo­tka­niu czte­rech anio­łów. Od­głos za­chwy­tu jed­nak zgasł rów­nie szyb­ko co po­ja­wie­nie się armii de­mo­nów u Zło­tej Bramy. To co zo­ba­czy­li i usły­sze­li ze­bra­ni do walki nie mie­ści­ło im się w gło­wach

– Witaj w domu bra­cie. Od dawna tu na cie­bie cze­ka­my. Zro­bi­li­śmy dla Cie­bie miej­sce przy stole jeśli wiesz co mam na myśli. Czte­ry fi­la­ry znowu są razem. – To mó­wiąc Ga­briel uści­skał Lu­cy­fe­ra a za nim dwóch po­zo­sta­łych anio­łów

 

 

KO­NIEC

Koniec

Komentarze

Na tak zwany dobry początek proponuję Autorowi poprawienie niedoróbek w zapisie dialogów i wstawienie brakujących przecinków przy wołaczach.

[…] na twarzy nowo przybyłego wymalowany był strach. ---> kto, kiedy i jaką techniką wymalował strach na twarzy anioła? 

(Strach może malować się na czyjejś twarzy.)

Nie zwrocilem uwagi na to ale napewno poprawie :) dziękuje

Choćbym szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo to ja jestem największym s...nem w tej dolinie

Hmmm. Temat nienowy, puentę też już gdzieś spotkałam.

Jeśli chodzi o warsztat, masz jeszcze trochę pracy przed sobą. O wołaczach i dialogach już wspominał AdamKB. Tutaj znajdziesz między innymi wyjaśnienia zapisu dialogów. Reszta przecinkologii też kuleje.

Do ogromnej sali tronowej w której stali dwaj monarchowie nieba wszedł jeden z pomniejszych aniołów.

Przecinki po “tronowej” i “nieba” – to wtrącenie. W ogóle, jeśli masz dwa czasowniki w zdaniu, to potrzebujesz porządnego powodu, żeby nie oddzielić ich przecinkiem. “Dwaj monarchowie” brzmią lekko oksymoronicznie. Monarcha z definicji jest jedynym władcą.

Na te słowa Rafał szybko udał się do pomieszczeń dla służby, gdzie jak miał nadzieje, znajdzie Michała.

Literówka. Poza tym, ten czas przyszły odrobinę zgrzyta. Może “gdzie miał nadzieję znaleźć”?

Na prosto siebie stały dwie armie.

Jak stały?

Patrząc z góry oddzielała je tylko żółta kreska.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to kreska patrzyła. Za to konieczny przecinek.

Tekst oceniam na 4.

Babska logika rządzi!

Dzięki biore do serca rady pozdrawiam :)

Choćbym szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę, bo to ja jestem największym s...nem w tej dolinie

Jednak nie poprawiłeś. Dialogi nadal masz źle zapisane. Interpunkcja też szwankuje.

Nie przepadam za historiami o aniołach, a tekst oparty na podobnym pomyśle też już gdzieś czytałam. No i niestety liczne błędy przeszkadzają w lekturze.

odnośnie swojego – odnośnie do 

Jakiś pomysł jest, ale wykonanie kuleje. Błędy warto poprawić – jeżeli ktoś się już naprodukował i je wskazał, to zostawienie tekstu po staremu może sugerować, że wysiłek czytelniczy poszedł na marne, bo autorowi się nie chciało  ; )

I po co to było?

Po myślniku, półpauzie, czy co to tam jest na początku dialogu, ma być spacja, a raz jest, raz nie ma. Wołacze trzeba oddzielać przecinkami, przykład:

“– Nie wiem(+,) Rafale.”

 

“Kto jak kto, ale Ty byłeś najbliżej Niego z nas wszystkich.” – dlaczego “ty” wielką literą? Toć nie list to, a aniel chyba nie musi być tak zapisywany… (?)

 

“Pan powiedział mi tylko, że po trzech dniach wróci.(+spacja)– Anioł odwrócił się plecami do swojego przyjaciela.” – błąd powtarza się dalej. W ogóle sprawiasz wrażenie, jakbyś nie przykładał wagi do spacji, raz piszesz tak, a raz tak, taki układ wnerwia nawet bardziej niż regularne błędy.

 

Nie rozumiem filozofii zdań wielokrotnie złożonych bez przecinków. Cytuję Finklę, bo chyba nie przeczytałeś jej komentarza:

“W ogóle, jeśli masz dwa czasowniki w zdaniu, to potrzebujesz porządnego powodu, żeby nie oddzielić ich przecinkiem.”

Wydrukuj to zdanie na kartce A2 i powieś sobie nad łóżkiem.

 

Opowiadanie samo w sobie generalnie przyjemne. Na początku przypomniał mi się “Kłamca”, ale potem wrażenie zniknęło. No, może jeszcze pojawiło się na samym końcu. Ja się jeszcze z taką puentą nie spotkałam, więc jak dla mnie na plus :)

Popraw błędy, bo ich dużo.

 

Pozdrawiam,

tT

Już chyba tak zostanie. Trza się przyzwyczaić, że Tomba bywa na NF mocno nieregularnie. "Gdy ktoś pyta, czy może coś wziąść, należy mu odpowiedzieć że owszem, może to braść."

Nowa Fantastyka