- Opowiadanie: Volthar - Czy jeszcze śnię, poruczniku? Część 1

Czy jeszcze śnię, poruczniku? Część 1

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Czy jeszcze śnię, poruczniku? Część 1

 

"Ludzie tacy jak my, wierzący w fizykę, wiedzą, że różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją." – Albert Einstein.

 

 

Niedzielne wieczory irytowały go od zawsze; a przynajmniej sam tak uważał, bowiem zamierzchła przeszłość zdawała mu się aż nadto mglistą i zapomnianą, by mógł pomnieć swe dawniejsze światopoglądy. Ale cóż się dziwić – stary był już z niego człowiek, pamięć zawodziła, a poza znudzeniem własnym życiem, które na ogół spędzał, oglądając telewizję, i rozpaczą nad wymysłami współczesnej młodzieży, nic mu już nie pozostało.

Powody jego nieuwielbienia do niedziel były jego zdaniem same w sobie logiczne i oczywiste – kościół, cotygodniowe msze, a przede wszystkim straszna, niewytłumaczalna nuda, nie wiedzieć czemu stukrotnie większa, niż w pozostałe dni tygodnia. Do tego zero ciekawych kanałów, filmów. Same badziewia. Bo niby jak tyż można to wszystko oglądać, myślał emeryt, wszystko tak kolorowe, że aż gały wychodzą, programy głupie jak cholera. Te wszystkie Wojewódzkie, Dody – czy jak im tam – Majewskie, a zwłaszcza dzisiejsi, zdefektowani politycy, mogą przyprawić o mdłości, sraczkę i zawał w jednym – Trójca Święta gwarantowana. Do tego jeszcze dochodzi dzisiejsze pokolenie, tak żałosne, bachiczne i nieobeznane ze światem – większość tylko pali, pije, ćpa i nie wiadomo co jeszcze. Żadnej więzi z ojczyzną, żadnego wspomnienia dawnych czasów, kiedy to ich przodkowie ginęli za nich na froncie, w niewoli, aby ci teraz mogli ćmić te swoje pieprzone, hinduskie kalumety. Istna farsa!

– Kiedyś się takich do mamra wsadzało, tortury się stosowało! – słowa rozbrzmiały głucho po małym, zagraconym pokoiku, powoli rozchodząc się i rozpływając w powietrzu. Dopiero po jakiejś chwili zawzięty myśliciel ocenił, kim był ów nieznośny wrzaskun – to był on we własnej, nieszczęsnej osobie. Widocznie tak się rozzłościł, że nijak nie mógł zapobiec swej wewnętrznej eksplozji.

Drzwi do pokoju otwarły się z wolna, skrzypiąc przeciągle. W wejściu ukazała się zgarbiona starsza pani z chustą na głowie, pomarszczoną twarzą i charakterystycznym długim, zakrzywionym nosem.

– A łobuzów się wieszało! – zawołała ze wścibskim uśmiechem; a może to nie był uśmiech, sam nie był pewien.

Dopiero teraz, po usłyszeniu głosu i założeniu okularów, mężczyzna poznał w przybyszce swą najwspanialszą żonę, Genowefę. Na jej ramieniu wisiała torebka – najwidoczniej dopiero wróciła do domu.

– Znowuś się zamyślił, drogi Janie – dodała zaraz, jakby zatroskana – Znów wrzeszczysz. Potem sąsiedzi się wypytują, co ja takiego robię, że jesteś taki nieszczęśliwy. Czy to moja wina? A mówiłam, idź się przespaceruj.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Za stary pierd ze mnie, żeby się po ulicach włóczyć. Ledwie do łazienki człapię za potrzebą, chcesz mnie zamęczyć, czy co?

– To nie o to… zaczerpnij czasem świeżego powietrza…

– Powietrza, phi! Mam go dosłownie po dziurki w nosie! Oddycham nim cały czas, bo niby czym inszym? Helem, chlorem, a może tlenkiem węgla, tak? A może wmówisz mi, droga małżonko, że powietrze na dworze, tam, na tej zakurzonej ulicy, jest stokroć lepsze dla płuc, niż moje pokojowe klimaty?

– Ale przecie ty zwariujesz, siedząc wiecznie przed tym telewizorem – krzyknęła, trzęsąc się z poirytowania – Siedząc przed gazetami i tymi beznadziejnymi książkami!

– Jak możesz uważać twórczość Pajewskiego i Urbankowskiego za coś beznadziejnego! – oburzył się, nerwowo gładząc wierzchem dłoni książkę pod tytułem „Józef Piłsudski – marzyciel i strateg".

Najwspanialsza żona, zastanowił się zaniepokojony, czy właśnie tak przed chwilą nazwałem ją w myślach?

– Historia! – zaśmiała się sztucznie Genowefa, kręcąc głową. W jej oczach coś się szkliło, coś mokrego, ale Jan miał zbyt kiepski wzrok, żeby to zobaczyć. A może najzwyczajniej widzieć nie chciał – Cały czas żyjesz przeszłością, daj temu spokój. Świat się zmienia! Jaka to twórczość, ten Urbankowski! Zacznij czytać jakieś współczesne powieści, poezję, pójdźże czasem do teatru, na mszę chociaż! Byłam ja właśnie w kościele i modliłam się za ciebie. Więc nie sprawiaj mi zawodu, niech te modlitwy nie pójdą na marne. Nie igraj z Panem Bogiem.

– Wiecznie ten kościół! – zawołał słabym, zachrypniętym głosem – Jakby to miało jakieś znaczenie… Czy Bóg był przy mnie, gdy w dwudziestym bolszewicy na MOICH oczach zamordowali MOJEGO najlepszego dowódcę i nauczyciela? Czy był przy MOJEJ rodzinie i przyjaciołach, kiedy Niemcy pastwili się nad nimi w Pawiaku, w Falenicy, a potem w Treblince? Boga nie ma, moja miła, a jeśli jest, drwi sobie z nas, sprowadzając na nas nieszczęścia. Upatrzył mnie sobie jak jakiego Hioba i tylko myśli spryciarz, oligarcha pieprzony, jak tu mi dopiec, jak jeszcze wkurzyć, jak o zawał przyprawić…

– Kiedyś… – szepnęła staruszka – …ludzie mieli szacunek do Pana…

– A daj mi spokój! Włączam telewizję, już po dziewiętnastej. Może będzie coś ciekawszego, niż rozmowy bez zrozumienia. Idź sobie.

– Jeszcze jedno. Za tydzień przyjedzie…

– A kysz!

– Jak sobie chcesz. Nie chcesz wiedzieć. Żegnam pana!

Wyszła prędko, głośno zatrzaskując drzwi. W pokoju zapanowała drętwa cisza, po czole Jana spływał zimny pot. Jeszcze raz przyjrzał się trzymanej księdze. Jak można zapominać o naszej historii, zadręczał się, o tem, co się kiedyś działo. Jak moja żona może być tak lekkomyślna, głupia! Przecież też walczyła o wolność, też straciła rodziców, brata i siostry. A może zapomniała? Choć jest młodsza ode mnie…

Urwał myśl. Zresztą to i tak nieważne.

Rozsiadł się w fotelu, niechętnie wyciągnął rękę po pilot i włączył kanał piąty.

– Szesnastolatek zgwałcił dziewczynę przy radomskim dworcu – odezwała się w ekranie znana dziennikarka swym rutynowym, dziennikarskim tonem – Do zdarzenia doszło zeszłej nocy, kiedy dziewczyna właśnie wracała do domu z nocnego klubu. Znaleziono ją żywą dziś rano, związaną w miejskim kuble na śmieci, na jednym z blokowisk w Michałowie. Policja szybko odnalazła sprawcę, mimo, iż ten nadszedł ofiarę od tyłu i tak ją…

Szybko zmienił kanał.

– Obrońcy praw zwierząt zorganizowali protest przed Parlamentem Europejskim w Brukseli, domagając się od Unii Europejskiej zakazania walk byków. Manifestanci wystąpili w samych majtkach.

Następny kanał – jakiś muzyczny:

¬– „Strzel sobie w głowę i rozwal na połowę, la, la, la, la! Zabij się, zabij się, nikt nie lubi tutaj cię, la, la, la, la!".

Wyłączył telewizor, zamknął oczy.

– Cholera! – wrzasnął na całe gardło. Zadrżały ściany, głos rozniósł się po starym osiedlu – Za tydzień stukną mi dziewięćdziesiąt cztery lata… Umrę, a świat pochłonie debilizm. Vae miserio mihi!

 

***

 

Głowa bolała go strasznie, niemal irracjonalnie, jego zdaniem. Nie wypił dużo. Mało raczej, mogłoby się wydawać, jak na jego możliwości. Ale fortuna bywa nieprzewidywalna i płata figle w najmniej oczekiwanych momentach.

Czuł się beznadziejnie.

Widać skutek łączenia trawy z red bullem i whisky, pomyślał, podążając przedmiejską ścieżką i zbliżając się do pobliskiego lasu. Z trudem uniósł swą ciężką głowę i spojrzał w atramentowe niebo; często to robił, gdy chciał rozmyślać nad życiem i jego oscylacjami. Szybko znalazł w górze blady – na wzór mapy poplamiony – księżyc i zewsząd okalające go szare, gęste, pofałdowane chmury, ruchliwie tworzące niemal namalowany, jednak żywy, prawdziwy obraz. Westchnął głęboko i, stwierdziwszy, że kleją mu się powieki, przetarł je z poirytowaniem. Zawsze, gdy sobie wypił i zapalił, nie zamiarował niczego innego, jak tylko wrócić do domu, wyłożyć się na łóżku, zapomnieć o całym bożym-niebożym świecie, szkole i rodzinie. I po prostu zasnąć… Niekiedy marzył nawet o tym, żeby się więcej nie obudzić…

Jeszcze tylko te kilka drzew, myślał zniecierpliwiony, jedno, drugie osiedle i trafię do domu. Cholera, zaklął pod nosem, z niepokojem spoglądając na zegarek – zbliżała się godzina dwunasta w nocy. A jeśli starzy coś wyczują? Pewno znowu wejdę do mieszkania, matka będzie spać w najlepsze po ciężkiej robocie w biurowcu, a ojciec, jak zwykle siedzący do późna na kompie albo przy jakimś pornosie, stanie w drzwiach, węsząc i patrząc na mnie z kpiną i wstrętem, jakby żałując, że nie ma przy sobie prywatnego alkomatu.

Zepsuty chłopak, szepnął rozzłoszczony. Tylko tak na mnie mówi, nadęty frajer…

– Maciej! Zrobiłeś lekcje? – w wyobraźni usłyszał głos ojca – Czemu cię nie było na obiedzie? Matka się niepokoiła, a ty jak zwykle masz wszystko w dupie. Ciesz się, że nie jestem taki jak mój dziad, inaczej już byś tyłek nadstawiał, pod pasek! Zero grania na komputerze do końca semestru!

Też coś, prychnął, idąc mroczną ulicą, zupełnie jakby gry i siedzenie na „gadu" miało dla mnie największe znaczenie…

Pomyślał o swym pradziadku, Edwardzie. Zawsze mnie ponoć lubił, zastanawiał się, więc czemu ojciec wygaduje takie rzeczy? Ale… to tylko urojenia… przesadziłem z tym wszystkim.

Wszedł do lasu, przez pewien czas podążając zupełnie po ciemku; jedynie sporadycznie przez chwiejne gałęzie i konary drzew dostawał się nikły blask miesiąca.

Rozejrzał się po groźnie o tej porze wyglądającym, rozszeleszczonym poszyciu leśnym i wsłuchał się w podmuchy chłodnego wiatru. Świat wirował, szalał mu przed oczyma.

Nagle spostrzegł przy ścieżce dziwnie padające cienie. A że bał się włóczyć po zmroku, zadrżał i zatrzymał się niepewnie. Dreszcz przeszedł po jego ciele, z niepokoju i niepewności wstrzymał oddech w płucach.

Za dużo tych tępych, krwistych horrorów z odrąbywaniem głów, westchnął z ulgą, stwierdziwszy, że podłużny kształt, jeszcze chwilę przedtem zdający się wyglądać jak przerażająca zmora z jakimś tasakiem albo gotową do mordu piłą mechaniczną, był w rzeczywistości cieniem, kiwającego się pod wpływem silnego wietrzyska, suchego pniaka.

Zadzwonił telefon. Wyjął go prędko z kieszeni, niby bojąc się, że długi SMS-owy utwór Marleya wyrwie ze snu wszystkie leśne żyjątka i duchy.

Znowu zapraszają mnie na te głupie spotkanie w kręgu rastafarian przy Dworcu Centralnym, zmarszczył nos z niesmakiem. Będą mi próbowali wmówić, że palenie zioła powinno być celebrą, jak to oni nazywają, a nie zwykłym jaraniem dla samego jarania, dla samej przyjemności i poczucia ekstazy… ech…

Zatrzymał się i, z trudem trafiając w przyciski na klawiaturze, skasował wiadomość. Dla pewności i lepszej orientacji zdecydował się na oświetlenie sobie dalszej drogi komórką; minusem takiego wynalazku było, niestety, co chwila gasnące światło oraz konieczność włączania go od nowa, ale to i tak lepsze niż kompletna pomroka.

Z dala zamajaczyło ujście z lasu na poprzeczną, asfaltową drogę, okoloną przez latarnie.

Jeszcze tylko kilkaset metrów, jeszcze tylko kilka kroczków…

I nie wiedział, jak to się stało, że raptem telefon wypał mu z ręki i rozbił się o akurat przypadkowo leżący w pobliżu kamień. Sam wypadł? Bynajmniej, chłopak opuścił przerażony. Przerażony dźwiękiem, głosem, bądź słowem wypowiedzianym przez nieznaną mu osobę. Nie był pewien, skąd usłyszał ów niewyraźny szept. Nie z tyłu, nie od stron kniei, więc musiał ktoś sterczeć na przedzie. Poczuł jak lodowaty pot spływa mu po skroniach, jak nogi wiotczeją. Spróbował wsłuchać się jeszcze intensywniej, czekając na ewentualną powtórkę. Nie doczekał się – zawtórowały mu tylko powiew wiatru i potężne bicie serca.

Zebrał niektóre części swojego, mającego już dobre parę lat, sony ericssona i zaklął paskudnie – w takiej ciemności nie mógł dojrzeć wszystkich zgubionych elementów. Przypadkowo zmacał kartę SIM, cienką, specyficznie płaską baterię, klapkę oraz szybkę.

Zaraz zorientował się, że pojedyncze guziki z klawiatury pogubiły się – zdołał znaleźć jedynie kilka. Zerknął na zegarek. Dziesięć po dwunastej.

Jeżeli ojciec nie poszedł jeszcze spać, już po mnie.

Coś się poruszyło, zaszemrały liście, zaszemrał las.

– Maciek…

Wzdrygnął się ponownie, słysząc własne imię. Niemal wszystkie pozbierane części telefonu wypadły mu z rąk. Poprzednio też ktoś szepnął coś podobnego, ale nie był pewien, czy to jakiś szmer, zwykła schiza, czy faktycznie czyjś dyszkant. Teraz wiedział na pewno.

Ale kto i jak? Skąd?

Gdy wziął do ręki wyświetlacz, ten, o dziwo, włączył się, jak gdyby urządzenie ciągle działało. Na ekranie pojawiły się cyfry i od liczby dwa tysiące osiem zaczęły gwałtownie spadać. Maciek zamarł, nie pojmując, co się dzieje. Korzystając jednak z pomyślnego biegu zdarzeń, zdecydował się zebrać resztę części; skierował światło w dół.

Raptem z jego gardła wyrwał się nieokiełznany krzyk – dokładnie pod nim, obok pogubionych detali leżał człowiek w zgniłozielonym mundurze, twarzą w błocie. Na pierwszy rzut oka widać było, że coś z nim nie tak. Miał dziwny kształt głowy i prawdopodobnie nie miał ręki… a może kryła się gdzieś w marynarce albo przygniatało ją ciało?

– Co drzesz mordę! – ryknął obcy, podniósłszy łepetynę. Maciej odskoczył w przestrachu, by następnie odetchnąć z ulgą. To tylko żul, pomyślał, przytomniejąc.

– Co tak stoisz! No, pomóż wstać, urwipołciu! – krzyczał nieskładnie pijak, mierząc młodzieńca groźnym spojrzeniem.

– Już, już …

Chłopak wyciągnął ramię, by leżący mógł się na nim podciągnąć.

– W tarpana se lecisz, Maciek? – wrzasnął obszarpaniec – Przecież widać, że nie dam rady. Podnieśże mnie, kurwa twoja mać!

– Ej, skąd znasz moje imię?

– Nie żongluj frazesami, bo mnie w czapie szumi! No, dawajże kurwa. Hinauf, hinauf, jak Niemce wołają…

Maciek postanowił pomóc, sam nie był w najlepszym stanie, ale nie widział innego wyjścia. Nachyliwszy się nisko, złapał przybysza pod bary i z całej siły się zaparł. Z niemałym wysiłkiem udało mu się postawić mężczyznę na nogi. Ale i co z tego, kiedy ten zaraz, z głuchym łomotem i ochrypłym jękiem, ponownie runął w dżdżystą murawę.

– Ależ niezręczna męta! – wydarł się moczymorda, tarzając się w piachu, czerwony ze złości – Sam wstanę, bez łaski!

Uniósł się lewą ręką, podparł kolanami i, o dziwo, pomimo tego, iż był ewidentnie upity, udało mu się wstać. Poświecił zapalniczką wyjętą z kieszeni i spojrzał na chłopaka z dzikim uśmiechem.

– Kaleki, podchmielony, a silny – zawołał wesołym sznaps-barytonem – Ten młody, zdolny… ale ciota, niestety. Ha, ha!

Maciek nie przejął się tą nieudolną próbą prowokacji, mając przed sobą iście niecodziennie wyglądającego osobnika; nawet teraz, po środkach odurzających.

Miał ów na sobie stary wojskowy mundur i de facto brakowało mu jednej ręki, konkretnie prawej. A żeby tego było mało, do marynarki miał przypięte krzyże, ordery i odznaczenia wszelakiej maści. Widok iście starczej, naznaczonej bliznami i zmarszczkami, z dawna niegolonej, twarzy nieznajomego odstraszał oraz przyprawiał o gęsią skórkę.

– Jesteś wojskowym? – zapytał Maciej, spoglądając na hulakę z nieukrywaną odrazą i trwogą.

– A jakże! – uśmiechnął się krzywo dziadyga – Porucznik Fiodor Andrzej Mikulski, dowódca trzeciego plutonu drugiego szwadronu 201. Ochotniczego Pułku Szwoleżerów melduje posłusznie gotowość do rozchlastania szpadą każdego bolszewickiego kurwiszona!

– Tak, taak… – zaśmiał się chłopak – A tutaj pewno w okopach się kryjesz? Przed ostrzałem z kałacha, przed Niemcami?

– Z czego? Co ty, Maciek! Już po wojnie, Germany się nie czepiają… jeno ruskim nie w klimaty…

– Pytałem już, skąd znasz…

Nie dokończył zdania z bardzo głupiego powodu – dziad po prostu nie chciał słuchać.

Niezgrabnie wyjął z kieszeni zmiętą, oficerską czapkę z wybitym na niej srebrnym, polskim orłem i z pijacką, beznadziejną czcią założył ją na swą posiwiałą, łysą już niemal łepetynę.

Po chwili, niby ujrzawszy coś z daleka, z wyrazem grozy wyjął wyimaginowaną, jedynie sobie widoczną, szablę i z trywialnym wrzaskiem rzucił się na powietrze obok Macieja.

Przeciął je raz, dwa razy, ciachnął ostrzem, nadział piórem, trącił płazem, po czym w półpiruecie kucnął i zamarł w ciszy i bezruchu. Widząc, że jego towarzysz stoi jak głupi, gapiąc się nań jak na idiotę, pokazał palcem na usta, aby się nie odzywał i majtnął ręką, by się przybliżył.

– Uważaj, Maciek, oni myślą, że nas mają – szepnął mu na ucho – Myślą, że jak mają haubicę to mogą nam naskoczyć, ha! Zapomnieli o mojej augustówce, Bernadetcie – tu ucałował swoją broń-niewidkę – I o moich szwoleżerach.

– Muszę już iść… – szepnął młodziak, z trudem powstrzymując się od śmiechu – Nie mam czasu na takie pierdoły, już jest pewnie dobry kwadrans po pierwszej, ojciec mnie ukatrupi.

Pokazał reflektantowi zegarek i pewnie, demonstracyjnie nacisnął na przycisk uruchamiający wyświetlacz. Nic się jednak nie pojawiło.

Zaklął cicho pod nosem.

– Nie pierdol, kryj się! – ryknął pijak, ciągnąc Maćka za rękę i zwalając go w błoto.

Ziemia zadrżała w posadach, tuż nad ich głowami coś poszybowało z niewyobrażalną prędkością i siłą, rozpruwając na końcu kilka grubszych drzew. Huk ogłuszył, niemal rozdarł błony w bębenkach. Błysnęło, buchnęło trocinami, poleciały odłamki drewna i metalu. Maciek poczuł, jak świeży jeszcze szum alkoholowy przechodzi z głowy do uszu, jak przekształca się w brzęczenie, szybkie wibracje i przenikliwy ból.

– Prawie nas mieli! – zaśmiał się dziad, przylegając do mułu.

– Kurwa, to był pocisk!

– No, mówiłem przecie! Kaliber sto pięć milimetrów, wzór sowiecki z osiemnastego roku, jak myślę… Psia krew, zatkaj uszy!

Tuż obok, zaledwie dziesięć metrów na lewo, wylądował kolejny, wbijając się w ziemię i rozbryzgując dokoła czarne błoto, korę i mech. Wszystko dokoła grzmotnęło, jakby świat miał się rozdzielić na dwoje.

– Chodź, idziemy w las, bo tu na gościńcu szybko nas wykończą! – zawołał pijak, wyciągając ze skórzanej pochwy prawdziwą teraz, lśniącą, stalową szablę; powstałą znikąd.

Chłopak leżał skulony, oszołomiony.

– Nie ma czasu! – darł się dziad w mundurze – Bez konia daleko nie zawędrujemy, ale mus nam wiać. Tam są okopy – wskazał na prawo – tam na południu, posiłki, lecimy!

Otrząsnął się i, niewiele się zastanawiając, puścił się pędem za porucznikiem Mikulskim, dziwnie chyżo, jak na pijanego, biegnącym przed siebie.

I znowuż, tym razem w większym natężeniu, hucznie nadleciały pociski, przetrzebiając drzewa i sporo z nich, wskutek wielkiej mocy, pozbawiając koron i fragmentów pni.

W całym mateczniku dudniło, tudzież grzmiało, wszędzie wionął żar, latały odpryski metalu, cudem jedynie chybiając właściwego im celu.

Maciej, ciągnąc przed siebie, z trudem nadążając za szalonym ochlapusem, w świdrującym bólu i krzywym grymasie zakrywał dłońmi uszy.

Porucznik przedzierał się przez gęstwiny, szablą torując sobie drogę. Nie było czasu na zastanawianie się nad niesamowitością wszystkich zdarzeń, ale, mimo to, Maciek nie mógł oprzeć się pewnemu ekscentrycznemu wrażeniu. Czy ten las aby nie powinien się już skończyć? – myślał zaniepokojony – Przecież już dawno powinniśmy z niego wybiec, powinien być hotel… ulica… światła. Gdzie one wszystkie zniknęły?

– Nie zwalniaj, psiakrew, już ich gubimy! Za niecałe dwieście łokci stąd powinna być moja kryjówka, kryję się tam od wielu dni, więc nic nam nie grozi.

Ponownie zagrzmiało. Ozwały się salwy z karabinów, z tyłu słychać było jakieś wołania.

– To nie możliwe… – szepnął Maciej, zatrzymując się. Poczuł jak wszystkie środki, jakich zażył, uderzają mu do głowy. Stanął sztywno i rozejrzał się. Wszędzie dokoła leżały spopielone kawały drewna zdruzgotanych drzew, szerzył się ogień i krztuszący dym. Huczało i buczało od nowych wystrzałów, słychać było palby z pistoletów.

– Nie rób mi tego, Maciek! – wydarł się Mikulski – To bolszewicy pod wodzą Tuchaczewskiego, nie biorą jeńców!

– Tam oni biegut! Tam biegut! Strielać! – rozbrzmiewało z daleka.

– To rozkaz! Jestem porucznikiem! Za mną!

– Ale… to jest śmieszne… – jęknął chłopak – To… to nie jest prawdziwe… prawda?

Kolejne strzały, tym razem niechybne. Kula z karabinu przebiła ramię młodzieńca, z jego gardła wyrwało się głuche stęknięcie. Poczuł paraliżujący, odbierający dech ból, ogarniający go całego. Ujrzał, jak czarna krew powoli spływa mu po rękawie. I poczuł, jak odchodzi, jak dławi się powietrzem, zawirowało mu przed oczyma. W ostatkach sił usłyszał stłumione krzyki porucznika, tętent dziesiątek kopyt i zgiełk.

I upadł na ziemię, tracąc przytomność.

Teraz zasnę, na zawsze…

 

***

 

Nie spodziewała się tego ani Genowefa, ani on nawet; a mniemał, że nic już go w tym wieku zaskoczyć nie może. Mylił się jednak – w końcu dał się nakłonić do wyjścia na zewnątrz.

Diogenes dyszał z wysuniętym jęzorem, ślinił się, szarpał. I ciągnął go za sobą.

Przeklęty pies, myślał Jan, nie było lepszego sposobu na pozbycie się mnie z domu, jak tylko przyprowadzić do niego ograniczoną psinę. I wygonić mnie z nią na spacer! Niby zwykły zbieg okoliczności! Że akurat jej znajoma, ta Basia, musiała mieć w swym tytanicznym, pluszowym arsenale masę szczeniaków.

Przygarnęłam go, biedne maleństwo – tłumaczyła Gienia, głaszcząc kundla pieszczotliwie – Basieńka miała sporo tych psiaków, a że nudno nam w tym starym mieszkaniu, cicho jak na grobach, pomyślałam, że dobrze byłoby się nim zająć. Poza tym Basieńka sama by sobie z tym tuzinem psiątek nie poradziła… to już stara kobieta, wnuczki jej i dzieci wyjechały do Irlandii, sama biedna została.

Basieńka, Basieńka, szeptał nerwowo emeryt. Kościół, Ten Który W Nim Mieszka, Basieńka. I ten skurwysyn – spojrzał pogardliwie na płowego, puchatego, wyrośniętego, jak na mającego dwa miesiące, psa podlewającego akurat koła samochodu sąsiada.

A niech szcza, pomyślał zirytowany, w końcu to myśliciel, Diogenes! Że też można tak nazwać czworonoga… takiego jak ten, głupiego jak but.

Wreszcie filozof skończył się załatwiać i wesoło zamerdał ogonem. Zaszczekał dwa, trzy razy, spoglądając na swego pana jakby w oczekiwaniu jakiegoś konkretnego czynu.

No tak, westchnął Jan, trzeba mu jeszcze dawać te suchary – wyjął jednego z kieszeni – za każde gówienko, siku-siku i tak dalej… że niby nagradzać trzeba wałacha.

Wałacha, powtórzył w myślach, rzuciwszy przysmak zwierzakowi, wykastrować go trzeba, bo się zaraz pocznie z byle czem chędożyć. Choroby poprzynosi…

Poszli przed siebie, Diogenes przodem, dostojnie, jak przywódca, oblizując się jeszcze po smakołyku.

Jan dumał o swoim domu, bujanym fotelu i o ciepłym piecyku.

Taak, piecyk, pojękiwał do siebie, zimno jak cholera. Lato się skończyło, wrzesień się kończy również. Zima, zima niedługo. Zmiany pogody, skrzywił się. Zawsze źle je znosił – odzywały się wtedy stare, wojenne kontuzje. A najgorsze z nich były stawy w kolanach i plecy – stara postrzałowa rana przy kręgosłupie, jeszcze z czasów dzieciństwa, cud, że w ogóle przeżył i nie wylądował na wózku.

Prędko zmienił temat monologu – z którego, tak nawiasem mówiąc, również nie był zadowolony…

Nigdy nie wychodzisz ze śmieciami! – krzyk Genowefy, łzy w oczach – Aż muszę prosić sąsiada z naprzeciwka, Grzegorza, czy nie mógłby za nas wyrzucać. Wstyd mi za ciebie!

Śmierć, śmierć… – kręcił głową – stary już jestem, schorowany jak diabli… setka, setka niedługo na karku… a obym jej nie dożył!

Pies wąchał tyłek jakiejś kobiecie na przystanku, zapatrzona w dal, nie widziała tego.

W moim wieku… ale Genowefa nie rozumie tego – ma nieco ponad siedemdziesiątkę.

Kiedyś, dawno temu. Jedna wojna, druga, trzecia.

Rozejrzał się dokoła, chyba po raz pierwszy, odkąd wyszedł z klatki schodowej.

Wszystko tak inne, tak niepodobne, namieszane. Warszawa, te same centrum miasta, jednak całkiem odmienne miejsce, obcy świat. Monstrualne dywergencje, kolory, dziwna, anormalna odzież. Jakiś facet, szerokie jeansy z krokiem do kolan, długa bluza z kapturem o mocno kontrastowych kolorach – niemal jakby nosić wór na śmieci. Dalej odmiennie, strasznie obcisłe spodnie, młody chłopak, kołtuny do ramion, kolczyk, tatuaż – aż ciarki przechodzą. Obok jeszcze dziewczę, może dwunasto-, może jedenastoletnie, w spódniczce zakrywającej tylko biodra, odsłaniającej łydki, uda i parę innych detali. I ta nieznośna, jazgotliwa muzyka w jej słuchawkach, jakieś szybkie, elektroniczne dźwięki. Głowa mała!

Spojrzał na jezdnię, na chodnik – pęd, nieustający pośpiech. Za czym, pomyślał, za czym tak ci ludzie gonią? Za śmiercią? Samochody, o nich nie wspomnę – nie znam się już kompletnie na motoryzacji.

Jeden, srebrny, zatrzymał się przy przystanku autobusowym; wyglądał raczej na auto luksusowe, choć staruszek głowy by uciąć nie dał. Silnik warczał rytmicznie, dokuczliwie dla uszu emeryta. I miał już zapukać do przyciemnianych szyb i skrzyczeć wariata, gdy okno uchyliło się samo, automatycznie. W otworze czyjeś oczy, jakby znajome. Dawno ich już nie widział. Ostatnio chyba… po kolędzie?

– Jan? – wielkie zdziwienie kierowcy – Jan Bogucki?

– Ksiądz? – brak emocji, raczej oznajmienie, niż pytanie – Ksiądz Żegota?

– A co pan tu robi? – zaśmiał się duchowny, wychylając się z wehikułu.

– Nie widać?

Żegota przyjrzał się starcowi z widocznym zaintrygowaniem, ogarnął go wzrokiem, aż wreszcie jego oczy spoczęły na siedzącym, ciekawsko rozglądającym się psie.

– Jaki śliczny maluch! Golden?

– A ja wiem? – żachnął się Jan – Kundel jakiś pewnie, ani to golden, ani to labrador… zaraza wie!

– A jak się wabi szczęśliwiec?

– Czy ja wiem, czy taki szczęśliwiec… Diogenes, żona nazwała.

– Ładnie, bardzo ładnie! Z jakiej przyczyny takie imię?

– A bo ja wiem? Diogenes był cynikiem. A starożytni cynicy, jak wiadomo, psami byli zwani, domów nie mieli, wszędzie lali… ten tego.

Ksiądz uśmiechnął się serdecznie, dyskretnie zerknął na lusterko, czy aby nic nie nadjeżdża.

– Czeka pan na coś? Może pana podrzucę?

A nawet nie wiedziałem, że współcześni księża mogą mieć własne samochody, pomyślał Jan. Że prawo kanoniczne im tego nie zabrania?

Nieufnie przyjrzał się jakże młodemu jeszcze, pulchnemu, żeby nie rzec grubemu, obliczu klechy i z obawą rzucił okiem na niebezpiecznie, jego zdaniem, wyglądający pojazd.

– Ależ nie będę się narzucał! – zawołał zdeprymowany, udając grzeczność, w duchu pragnąc jednak spławić niechcianego interlokutora.

– Ależ to nic nie szkodzi, sam proponuję – opierał się Żegota – jechałem właśnie na plebanię, ale miłe towarzystwo nie zawadzi.

Cholernie wredny człek, szepnął Jan pod nosem.

– Zatem? – spytał ksiądz z perlistym uśmiechem, zupełnie jakby utrzymywał, że zdolny jest swą mimiką twarzy czynić cuda, przekonywać ludzi, nawet tych najbardziej zatwardziałych.

– Nie – odparł chłodno emeryt i mocniej przytrzymał psa, czując jak ten się wyrywa. Coś go pewnie zainteresowało, ale cóż to Jana obchodziło – Nie, dziękuję – powtórzył.

I aż się zawiódł, gdy zobaczył, że ten głupi wyraz na duszpasterskiej facjacie nie zmazał się, mimo ostrych słów. Może się domyślał odpowiedzi?

Kierowca jednak zasunął szybę, prędko cofnął samochód i z piskiem opon skręcił w jakąś uliczkę.

Jan odetchnął z ulgą, kundel zaszczekał z niewiadomej przyczyny.

Po paru chwilach ksiądz pojawił się znowu, tym razem pieszo, szczerze zadowolony.

A już zdążyłem o nim zapomnieć, stęknął dziadyga.

– Zaparkowałem samochód na Nowogrodzkiej – oznajmił Żegota, stając obok.

– I po kiego? Wszak jechał ksiądz na plebanię.

– Aaa… – księżulo podrapał się po głowie – … stwierdziłem, że trochę panu potowarzyszę…

Znowu ten wścibski uśmiech, pomyślał Jan, ileż ja bym dał, żeby go zmazać, zetrzeć w proch.

– Idę – rzucił po chwili i ruszył z psem przed siebie.

Ksiądz pobiegł za nim.

– Ale gdzie pan idzie?

– Wiem, czego ode mnie chcesz – mruknął emeryt, nie oglądając się. Ciągnął kundla za sobą, teraz on szedł przodem, on prowadził. Czuł nieopisaną dumę. Diogenes tymczasem jęczał, popiskiwał, próbował się wyrwać.

Bez skutku – Jan kroczył jak burza.

– Ależ ja tylko chciałem pogawędzić – zawołał Żegota, starając się wyprzedzić starca. Gdy mu się to udało, zatrzymał Jana pewnym gestem, niby przypominającym znak krzyża.

– Dlaczego pan ucieka?

– Nie udawaj, do cholery! – wrzasnął Bogucki, klecha aż się skurczył w sobie, uśmiech zniknął z jego twarzy, pojawiło się zdziwienie i kilka innych, bliżej niepodobnych do opisania, uczuć.

– Wiem, czego chcesz. Moja żona cię nakłoniła, żebyś mnie nawrócił! Dlatego za mną łazisz!

Do gamy emocji na obliczu księdza dołączyły kolejno nowe niewymowne wyrazy. Nie wiedział co powiedzieć.

I dobrze.

 

***

 

Czy jestem już w Niebie, miejscu z dawien dawna przeze mnie upragnionym?

Rodzice się niepokoją – nie wróciłem…

Gdzie ja jestem? Ból? Czy czuję ból?

– Daj mu wody, prędko!

Kim jestem? Dlaczego, będąc w Raju, dalej jestem nieszczęśliwy? A może…

Chlusnęło, lodowata woda zalała mu twarz, wyrwała go ze snu.

– … może jestem w piekle? – szepnął już na jawie, otwierając oczy i strzygąc nimi dokoła.

– Jesteś wśród przyjaciół, Macieju – rozmazana postać zbliżyła się, usiadła na łóżku. – Dostałeś w lewe ramię, pocisk przebił ci tylko mięsień dwugłowy, cudem nie trafiając w tętnicę i obręcz barkową. Wyzdrowiejesz.

Głos był znajomy, a może tak mu się tylko zdawało.

– Mikulski? – spytał, nie przejąwszy się diagnozą.

– Porucznik pojechał z małym oddziałem na północ, odeprzeć kryjących się w lasach bolszewików. Ja jestem wachmistrz Edward Wydra, pełnię rolę sanitariusza plutonu. A ten… – tutaj wskazał na stojącego obok chłopca z wiadrem – ten tu delegat to Janek, mój pomocnik.

Wzrok Macieja wyostrzył się, przyzwyczaił. Teraz mógł wyraźnie przyjrzeć się nieznajomym i pomieszczeniu, w jakim się znajdował.

– Gdzie jestem? – zapytał, lustrując dokoła drewniane ściany i obskurne umeblowanie.

– W ukrytym obozie, niedaleko Ćwiklina – odparł Edward; młodzieniec nie był pewien, ale ów żołnierz strasznie mu kogoś przypominał. Był niewiele starszy od niego, miał nieco ponad dwudziestkę – Porucznik polecił mi zająć się tobą. Ale już po wszystkim, usunąłem kulę – wskazał na zabandażowaną rękę Maćka.

– Czyli mogę wstać? Ile byłem nieprzytomny?

– Możesz, jeśli to konieczne… Jakieś dwa dni leżałeś tu w malignie. Byłeś rzeczywiście ciężko chory…

– Dziękuję…

– Kiedy wreszcie wróci pan Mikulski? – wtrącił malec; mógł mieć może siedem, osiem lat.

– Właściwie to dawno powinien wrócić…

Ktoś wszedł do izby, bez pukania; utykał na jedną nogę.

– Wyruszamy na Ćwiklin – rzekł przybysz, salutując. Beznamiętnym wzrokiem ujął Macieja i jego postrzelone ramię – Zauważono kilka batalionów piechoty i artylerii sowietów. Stanisław Hejnich z rozkazu majora Kuleszy każe przegrupować się z resztą szwadronu. Nie ma czasu do stracenia!

– A co z Andrzejem Mikulskim? – odezwał się wachmistrz, trochę zniechęcony.

– Wkrótce powinien dołączyć… – głos nieznajomego jakby zadrżał.

Edward zmierzył adiutanta nieufnym spojrzeniem. Zerknął chyłkiem na rannego i chłopca. Mimowolnie kiwnął głową; Maciek miał wrażenie, że coś w nim pękło, jak gdyby zobojętniał.

– Tak jest – zawołał.

Mężczyzna uśmiechnął się ponuro i prędko wyszedł.

W powietrze wzbił się tuman gęstego kurzu. Wydra stanął odrętwiale pod oknem, spoglądając za nie w zamyśleniu. Mały Janek złapał go za nadgarstek.

– Nie możemy jechać bez niego… – szepnął smutno.

– Nie możemy – odparł wachmistrz, spuścił wzrok i zacisnął pięści.

– Kto to był? – zapytał Maciej, siadając na łóżku.

– Podchorąży Ryszard Tukalski, brat szanowanego porucznika Teodora. Nikt jednak za nim nie przepada… to podły drań, zrobi wszystko, by się przypodobać najwyższym oficerom, nawet tyłek by im wylizał…

– I co robimy?

Edward nie odpowiedział, bez słowa zbliżył się do szafy obok łóżka i wyjął z niej angielski karabin, założył go przez ramię. Młodzieńcowi rzucił jakąś pierwszą lepszą odzież i pistolet.

– Mauser C96 – powiedział, widząc pytające spojrzenie chłopaka.

– A moje ubrania?

– A miałeś jakieś? Mikulski mówił, że byłeś w jakichś szmatach… nieważne, wkładaj to, tu masz buty. Idziemy siodłać konie, porucznik jest w niebezpieczeństwie. Ja to czuję…

 

***

 

Podporucznik Roman Zdzienicki, zastępca dowódcy drugiego plutonu, porucznika Mikulskiego, spoglądał na obozowisko z wysokości kulbaki. Pomimo sierpniowego gorącu, owinął się doszczętnie płaszczem – było mu zimno.

Wszędzie dokoła panował rwetes. Wszyscy krzątali się bez ładu, rozbierając namioty, dogasając ogniska, zbierając ekwipunek i siodłając konie – słowem: przygotowywali się do wymarszu.

Ktoś biegł w jego stronę, wiedział kto – poznał po kuśtykaniu; na jednej z obław pod Nieporętem zastrzelono mu wierzchowca i spadł, w wyniku czego zwichnął nogę.

– Adiutancie – rzekł stanowczo – Późno, wyruszamy.

– Tak, jest – odparł Tukalski – Już poinformowałem Wydrę, powinni zaraz być gotowi.

– To dobrze… już popołudnie, z dala słychać pociski artyleryjskie sowietów. Z północy można dosłyszeć odgłosy walczącego Pierwszego Pułku Piłsudskiego. Szykuje się niezła jatka na przedpolu Ćwiklina… Musimy dotrzeć jak najszybciej.

– A co z Mikulskim? Major będzie niezadowolony ze straty oficera…

– Rozkaz to rozkaz – uciął hardo podporucznik; jednak adiutant wyczuł w jego głosie coś osobliwego, może niepewność? – A ja przestrzegam rozkazów – dodał zaraz – Nie możemy czekać na jednego żołnierza, nawet jeśli jest wysoki stopniem. W czasie jego nieobecności ja przejmuję dowodzenie. Wyruszamy, bez zwłoki!

Podchorąży skinął głową, zasalutował i oddalił się w kierunku kawalerii.

Rozbrzmiały krzyki i nawoływania przełożonych, zaraz potem odezwały się rytmiczne dźwięki trąbek sygnałowych. Konni ustawili się w szmatławych rzędach, większość wyposażona w szable, angielskie karabiny i starodawne kopie, niektórzy z rzadka w zanadrzu mieli stalowe, trzymetrowe lance z przypiętymi do nich srebrnymi proporczykami z amarantowymi żyłkami pośrodku; wznosili je dumnie ku górze. Było ich trochę ponad stu. Każdy, Bogiem a prawdą, wyglądał inaczej, jeśli chodzi o umundurowanie – była to jeszcze świeża kawaleria, w większości młodzież, niedoświadczona w boju; nawet samo siodłanie koni sprawiało im niemałą trudność. Przez rychły rozwój konfliktów zbrojnych nie zdążono ich ujednolicić, toteż dało się śród owego plutonu, jak i w całym 201. Ochotniczym Pułku Szwoleżerów, znaleźć od groma wszelkich niepraktycznych już rosyjskich i austriackich strojów sprzed kilku lat, z Wielkiej Wojny, niekiedy miał ktoś na sobie krój brytyjski, francuski, bądź amerykański; zdarzało się nawet ujrzeć gdzieniegdzie mundur ułański z czasów wojen napoleońskich. Kolory szare, brązowe, granatowe i zgniłozielone mieszały się w tłumie, jakby zlewając się w jedną, mętną masę; prawdziwie barwna armia! I wprawdzie jedyną rzeczą mogącą zgodnie orzec o przynależności narodowej tych szwoleżerów, były licznie przyszywane do czapek i płaszczy białe, polskie orły.

Mało ich, pomyślał z niepokojem podporucznik, spoglądając na szeregi, ale i to wystarczy, by wspomóc Hejnicha i Kuleszę. Nawet jeśli zginiemy…

Prędko porzucił ponure myśli, ustawił się przodem do plutonu i, podniósłszy szablę, ryknął na całe gardło:

– Za Polskę niepodległą! Za Komendanta!

– Za Komendanta! Za Komendanta! – odkrzyknęli szwoleżerowie.

– Za Kuleszę! Za Siódemkę Beliny! – zawołał któryś z jeźdźców.

– Za Siódemkę! Za Siódemkę!

I ruszyli, galopem. Wszyscy pewni siebie, złaknieni bolszewickiej krwi, spragnieni zemsty. Zemsty za niemal sto pięćdziesiąt lat strasznego, „czerwonego" zaboru. Zaboru, w którym Polak nie może być Polakiem, gdzie język i kultura ojczysta są łachmanem, a słowa Rzeczpospolita Polska mogą być tylko mętnym marzeniem idioty i schizofrenika.

I jadąc tak przez pola, łąki, razem, chórem zanucili znaną wszystkim pieśń:

 

Malowani, dokąd Bóg prowadzi?

Poprzez gniewny, wypalony szlak,

Nie wiadomo, kogo powitamy,

Nie wiadomo, nie wiadomo, kogo będzie brak.

 

Malowani… wojna, a na wojnie,

Ważna jeno szabla i koń twój,

Hej, ułani idźcie w bój spokojnie,

Bo podobno nikt nie słyszał trafiających kul.

 

Tamtej szarży żaden nie wyśpiewa,

Spadł ostatni, jak ostatni liść,

W babim lecie, zaplątany w krzewach,

Nadpalony, nie wysłany, twój ostatni list.

 

Nauczyli nas galopem lecieć,

Na paradach w barwnych strojach stać,

I po stogach zbędne robić dzieci,

Tylko nikt nas nie nauczył jak przed śmiercią wiać.

 

Dziś na ścianach szable zardzewiałe,

Dawnych czasów niepotrzebna broń,

Tylko czasem ktoś zalawszy pałę,

Udowadnia: cztery nogi miał ułański koń.

 

Jedynie Roman Zdzienicki nie śpiewał razem z nimi, jakby struty, zamknięty w sobie.

Słońce prażyło niemiłosiernie. Owinął się jeszcze szczelniej – było mu zimno, zimno jak diabli, sam nie wiedział, dlaczego.

Nikt z plutonu nie zobaczył dwóch koni, chyłkiem oddalających się od reszty.

 

– Ruszamy na północ – szepnął Edward Wydra do Macieja, przytrzymując go ręką, by nie spadł z siodła – Durne rozkazy trzeba łamać.

 

Ciąg dalszy … http://www.fantastyka.pl/4,1276.html

 

Koniec

Komentarze

Nawet nawet.

A mnie nie podeszło. I motyw nieoczekiwanej zmiany czasów ograny, i tematyki wojennej nie lubię, i rozkręca się zbyt wolno, żeby mnie wciągnąć…

Babska logika rządzi!

– To nie możliwe

A mnie się podobało. Owszem, opowiadanie jest trochę przewidywalne i momentami nużące, ale czyta się całkiem przyzwoicie.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka