- Opowiadanie: Thaddee - Zagłada światów

Zagłada światów

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Zagłada światów

– Nie rozumiem, dlaczego nie chcecie nam pomóc? ­– Ton i język Simona Slazingera przestał być dyplomatyczny.

Nie było się czemu dziwić. Chyba każdy darowałby sobie uprzejmości i wyszukane eufemizmy, gdyby kolejny raz musiał tłumaczyć to, co dla wszystkich jest oczywiste. W dodatku miejsce, w którym się znajdował, z parlamentem, polityką i kurtuazją nie miało nic wspólnego.

Stał pośrodku wykarczowanego kawałka lasu tropikalnego na wyspie Weigeo, otoczony przez osiem smoków i zastanawiał się, dlaczego właśnie on. Powiedzenie: „Odpowiedni człowiek, w odpowiednim miejscu” na pewno nie mogło odnosić się do niego. Prawda, był analitykiem i prawie bezbłędnie przewidział, co się stanie, ale to nie powód, by wysyłać go z misją do istot, które z gatunkiem ludzkim wolą nie mieć wiele wspólnego.

Gdyby chociaż pozwolono mu się przebrać, to nie czułby się jak idiota w garniturze uwalanym po kolana błotem. I jeszcze ta srebrna aktówka. Dodatkowo pocił się jak mysz, bo temperatura i wilgotność klimatu międzyzwrotnikowego dalece były odmienne od tych, które towarzyszyły mu na co dzień w Langley. Czego jednak nie robi się dla ratowania Świata?

Adrenalina powoli zaczynała w nim opadać i znów przypomniał sobie, że powinien się jednak bać, a przynajmniej trochę uspokoić. Denerwowanie smoków nie świadczyło dobrze o agencie CIA. Co prawda historia nie odnotowała, by którykolwiek z mieszkańców archipelagu Dragonislands zaatakował człowieka, ale Slazinger nie chciał być tym pierwszym.

– Nie mamy powodów, aby wam pomagać – odparł smok, przez ludzi nazywany „Brunatnym”.

– Jeśli nam nie pomożecie, to oni mogą zniszczyć całą Ziemię.

– Znajdziemy sobie nową – lewiatan powiedział bez emocji.

– Czy losy tego świata są wam zupełnie obojętne?

– My w niego nie ingerujemy.

– Dość wygodna postawa.

– Owszem. Ale wygodna również dla was.

– Niby dlaczego?

– Posłużę się przykładem. Widziałem, jak człowiek uczył się krzesać ogień. Widziałem jak powstawały piramidy, jak Paweł z Tarsu rozprzestrzenił chrześcijaństwo na cały Świat. W końcu byłem świadkiem krucjat i odebrania Jerozolimy przez Saladyna. Widziałem pierwszą świecącą się żarówkę i pierwszy impuls telefoniczny pędzący po kablu; pierwszy silnik i pierwszą bombę atomową. Odpowiedz mi, co by się stało, gdybym zaingerował w którekolwiek z tych wydarzeń?

– Gdyby nie wybuchła pierwsza bomba atomowa, nikt nie miałby nic przeciwko. –Slazinger próbował być sarkastyczny.

– Wybuchłaby, ale kiedy indziej i ludzie wyciągnęliby z tego inne wnioski.

– To znaczy?

– Gdybym zabronił budowy bomby, ludzie wybudowaliby ją gdzieś po kryjomu i skierowali przeciwko nam. I nie mieliby wątpliwości, że postąpili słusznie.

– Ale to i tak się stało. Czterech spośród was nie żyje i spowodowała to głowica atomowa. Nie rusza was to?

– Nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Teraz będziemy ostrożniejsi.

– Moglibyśmy sobie nawzajem pomagać.

– A w jaki sposób wy moglibyście pomóc nam? Z mieszania się naszych ras, jedna do drugiej, mogłyby wyniknąć tylko dwie rzeczy: albo ludzie wykorzystywaliby smoki, albo smoki zniewoliłyby ludzi. My nie chcielibyśmy pierwszego, a wy drugiego i znów zrodziłby się problem nie do rozwiązania.

– Może i masz rację. W przeszłości nie zapobiegliście żadnej tragedii i pozwoliliście, by ludzkość uczyła się na własnych błędach, ale jeśli tego nie powstrzymacie, to nie nauczymy się już niczego.

– Możliwe.

– I tyle?! Pozwolisz na to? Na taką niesprawiedliwość?!

– Sprawiedliwość i niesprawiedliwość jest tak samo względna, jak dobro i zło. Oni chcą przeżyć i wy chcecie przeżyć, kto z nich ma większe prawo do życia?

– Nie mówiłbyś tak, gdybyś nie był smokiem.

– Zapewne.

– I tak po prostu odejdziecie?

– Jeśli nie będzie innego wyjścia, to tak. Jesteśmy tu tylko gośćmi, to wasza planeta.

Simon Slazinger machnął bezradnie rękami. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku śmigłowca, zostawiając „Brunatnego” i pozostałe siedem smoków, które i tak nic nie wniosły do dyskusji.

Dwaj towarzyszący mu żołnierze SEALs podążyli za nim. Miny mieli nietęgie, jednak nie odezwali się słowem, nie taka była ich rola. Właściwie ich rola była żadna, bo w starciu z którąkolwiek z tych olbrzymich istot, pozostałoby im jakieś pół sekundy życia. Tutaj nie dałby rady dywizjon pancerny, a oni mieli jedynie zmodyfikowane MP5 i po osiem dodatkowych magazynków. Ale jaki mieli wybór? Rozkaz to rozkaz i trzeba go wykonać, nawet w obliczu totalnej zagłady, która na razie jeszcze się nie zaczęła.

Pilot Korpusu Piechoty Morskiej, widząc, że się zbliżają, zadeptał na wpół wypalonego papierosa i wszedł do kabiny. Drugi pilot i mechanik pokładowy przerwali zagorzałą dyskusję i przygotowali się do lotu. Silnik odpalił, łopaty Black Hawka UH-60M zaczęły się z wolna obracać.

Gdy wszyscy byli w środku, Simon położył sobie na kolanach aktówkę, której nie wypuszczał z rąk, włożył do zamka kluczyk, wprowadził kod i otworzył wieko. W środku nie było nic poza cienką kopertą, opatrzoną pieczęcią „TOP SECRET”. Niezdarnym ruchem zerwał pieczęć. Wewnątrz znajdowała się druga koperta, na której nadrukowany był napis „Otworzyć w przypadku niepowodzenia misji”. Rozłożył kartkę formatu A4 i przebiegł oczami po krótkim tekście.

– Dokąd teraz? – zapytał pilot, gdy wirniki nabrały wystarczającej mocy, by wznieść maszynę w powietrze.

Agent wziął głęboki oddech i z głosem pełnym obaw powiedział:

– Do Kapsztadu.

Oczywistym było, że Black Hawk nie zdoła pokonać takiej odległości, nawet z dodatkowym zbiornikiem paliwa, ale tego pilotowi nie trzeba było mówić. Gdy osiągnęli odpowiednią wysokość, skierował dziób maszyny na południe, w stronę Darwin, gdzie czekała ich przesiadka.

Wstrzymany wszelki ruch powietrzny sprawił, że byli jedynym obiektem przelatującym nad Archipelagiem i jednym z nielicznych w powietrzu w ogóle. Dzięki immunitetowi i dokumentom podkreślający wagę misji, nie mieli problemów z wejściem w strefę powietrzną Australii, lądowaniem, znalezieniem odpowiedniego środka transportu (w tym przypadku McDonnell Douglas MD-11 w wersji transportowej) i ponownym wzbiciem się w powietrze.

Gdy szli przez Darwin International Airport, Slazinger widział wszystkie nienawistne spojrzenia, wpatrujące się w niego i żołnierzy. Nawet nie chodziło o to, że oni mogli lecieć, a tysiące zwykłych obywateli nie. Ta wrogość wynikała z chaosu, nad którym nikt nie mógł zapanować, a za który obwiniano głównie rząd i wojsko. Australijczyków nie obchodziło, że Simon i jego towarzysze pochodzili z USA; byli wojskowymi, więc to ich wina. Z resztą sytuacja w Stanach nie wyglądała wcale lepiej.

Jeśli udałoby się zażegnać widmo zagłady, to powrót do normalności zająłby kilkanaście dobrych miesięcy, jeśli nie lat. Giełdy odnotowały gigantyczne spadki wielkich koncernów, a cała gospodarka wyglądała jakby ją ktoś wywrócił do góry nogami. Teraz jednak mało kto zawracał sobie tym głowę, a Slazinger najmniej, choć za to mu płacono.

Lecąc nad Oceanem Indyjskim w luku bagażowym samolotu, bardziej interesowało go, czy w ogóle uda im się dolecieć. Odkąd Obcy zniszczyli wszelką łączność satelitarną i systemy radarowe, trzeba było powrócić do map i żyrokompasów. Dobrze, że posługiwania się tymi urządzeniami jeszcze nie zaniechano w szkołach lotnictwa.

Rządy, nie chcąc ryzykować, wstrzymały jakikolwiek ruch dla samolotów cywilnych, a wojskowy ograniczyły do niezbędnego minimum. Na nieszczęście to minimum obejmowało misję Simona Slazingera. Siedząc na podłodze, oparty o metalową ścianę kadłuba, miał dobrych kilkanaście godzin, by przeanalizować wydarzenia ostatnich dni.

 

Kilka dni wcześniej

 

Gabinet Posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego był jedynym miejscem w Białym Domu, gdzie panowała atmosfera trochę mniej nerwowa, niż w pozostałych częściach tego budynku. Ogłoszony DEFCON 3 oraz myśliwce nad Waszyngtonem nie wróżyły nic dobrego i dawały wystarczający powód, by zacząć się denerwować.

Przy stole, na szczycie którego siedział prezydent Stanów Zjednoczonych, zgromadzili się dyrektorzy FBI, CIA, Rady Bezpieczeństwa Narodowego i ich doradcy. Było tam też kilku pułkowników, dwóch generałów i paru wyższych stopniem oficerów. Miny mieli niewesołe.

– Co wiemy?

To pytanie zawsze padało na początku i przeważnie zadawała je głowa państwa. Tak było i tym razem.

– Z terenu Chin, nie wiemy dokładnie skąd, wystrzelono dwie rakiety średniego zasięgu z głowicami atomowymi, które zostały zdetonowane na jednej z wysp Dragonislands – odpowiedział dyrektor Agencji Wywiadowczej.

– Jakie straty?

– Z najnowszych doniesień wynika, że zostały zabite cztery smoki.

– Jezu Chryste. Musimy coś zrobić, one wypalą planetę do gołej ziemi. Które nie żyją?

– Cztery z jedenastu największych.

– Czyli?

– „Historia”, „Geografia”, „Biologia” i „Fizyka”.

Prezydent wziął głęboki oddech i pogładził się po głowie.

– Straty w ludziach?

– Jak dotąd brak danych i nic nie wskazuje, by ktokolwiek ucierpiał – odparł dyrektor CIA.

– Co na to Chińczycy?

– Potwierdzają, ale jednocześnie zastrzegają, że nie mieli z tym nic wspólnego. To nie były ich rakiety.

– Czyli co? Ktoś, bez niczyjej wiedzy, zbudował sobie głowice atomowe i wyrzutnie i po prostu je wystrzelił?

– Wygląda na to, że tak.

Oczywistym było, że najbardziej oberwie się CIA. Kolejna wpadka wywiadu nie mogła skończyć się dobrze.

Na razie jednak przyczyny mogły poczekać, ważniejsze były skutki. Świat znalazł się w bardzo złym położeniu, a opcji, by wszystko jakość załagodzić, było niewiele.

Podobne posiedzenia odbywały się teraz w większości państw i zapewne padały tam te same pytania i te same, pozbawione nadziei, odpowiedzi. Dziesiątki lat pokoju zaprzepaszczone przez wroga, o którym nikt nic nie wiedział.

– W razie ewentualnego ataku, jakie mamy szanse? – To pytanie było skierowane do jednego z pułkowników.

– To zależy od tego, w jakiej sile uderzą.

– Najgorszy scenariusz?

Zapadło milczenie. Wszyscy znali odpowiedź, lecz mimo to każdy miał nadzieję, że z ust pułkownika padną słowa o jakiejś sekretnej broni lub planie awaryjnym. Nie doczekali się.

– Życie na planecie przestaje istnieć.

– Przecież można je pokonać.

– Tak. Głowicami atomowymi. Trudność polega na tym, że wygląda to jak strzelanie katapultą do lecącej muchy. Większe szkody sami sobie wyrządzimy niż im. Poza tym smoki są szybsze od najszybszych rakiet, zwrotniejsze od najlepszych myśliwców, potrafią wznieść się ponad atmosferę i zejść pod wodę na głębokość pięciu tysięcy metrów. O ogniu nie wspomnę.

– Ale przecież komuś udało się zabić cztery – wtrącił się ktoś z FBI.

– To musiał być atak z zaskoczenia i musieli mieć cholerne szczęście – pułkownik dalej tłumaczył. – Teraz nie ma co liczyć ani na jedno, ani na drugie.

– Co nam pozostaje? – spytał prezydent.

– Negocjować i czekać.

 Kwestia, kto powinien te negocjacje prowadzić i jakich miałby użyć argumentów, pozostawała otwarta. Prawdopodobieństwo, że ktoś zgłosi się na ochotnika, było żadne. Wprawdzie smoki nie wykazywały agresji w stosunku do ludzi, to jednak spotkanie z istotą, której sięgało się do połowy przedramienia, nie napawało optymizmem. I jeszcze te sto dwa zęby.

– Jaki cel mógł przyświecać temu, kto to zrobił?

Prezydent nie nawykł długo czekać na odpowiedź, na postawione przez siebie pytanie. Nikt jednak nie kwapił się, by jej udzielić. Wszyscy czuli się jak uczniowie, modlący się o to, żeby nauczyciel nie wywołał ich do tablicy. Każdy ze zgromadzonych starał się unikać prezydenckiego wzroku, który wolno przesuwał się po ich twarzach.

– Wojna – wyrwało się jednemu z doradców szefa CIA.

– To oczywiste. Ale co da komuś wojna, po której nie zostanie już nic?

– Nie wojna ze smokami. Ktoś szykuje się do całkowitego przejęcia władzy nad Światem.

– Mógłbyś to wyjaśnić?

– Smoki rozumują w inny sposób niż ludzie. Istnieje dziewięćdziesięcioprocentowe prawdopodobieństwo, że smoki nie zaatakują. One, za wyjątkiem tego jednego, nie znają zemsty, zawiści i przyjmują wszystko takie, jakim jest. Skoro zginęło czworo z nich, uznają, że stało się tak, bo tak stać się musiało.

– Chcesz powiedzieć, że one po prostu odpuszczą? – głos zabrał dyrektor CIA.

– Odpuszczą to złe słowo. Z ich strony nie będzie żadnej reakcji, ale na następny udany atak nie ma co liczyć. One cenią życie i chronią je, ale odwetu nie będzie.

– Kim ty w ogóle jesteś? – wtrącił się ktoś z FBI.

– To – szef CIA spieszył z wyjaśnieniem – Simon Slazinger, nasz analityk, jeden z najlepszych.

– Więc niech przejdzie do rzeczy – prezydent zaczynał się niecierpliwić. – Czemu to wszystko, według pana, miało służyć?!

– Zginęły największe skarbnice mądrości. Tysiące lat informacji i danych, których już w żaden sposób nie można będzie odzyskać.

– Przecież, to co one wiedzą, jest już dawno skopiowane – zaoponował generał McEvans.

– Tak. Przechodzę właśnie do sedna. Na papierze jest tylko niewielka część tego, co smoki wiedzą. Reszta jest w formie elektronicznej w większości dostępna w Internecie. I to będzie następny cel ataku.

– Internet? – odezwał się jeden z oficerów.

– Tak, a konkretnie największe serwery. I sądzę, że to stanie się niebawem. Teraz wszyscy zajmują się sprawą ataku, siedzą i obradują tak jak my, a samoloty latają nad ich głowami. Kto pilnuje reszty?

– I do czego to zaprowadzi?

– Brak wiedzy? Chaos, anarchia, przemocy, kradzieże. Później zjawi się ktoś, kto będzie w stanie temu zaradzić, a ludzie powitają go z otwartymi ramionami.

– Książki i Internet to jeszcze nie wszystko. Przecież chodzą po tym świecie ludzie, którzy tę wiedzą mogą odtworzyć.

– Tak. I to będzie kolejny cel.

 

I tak też się stało, chociaż nie do końca. Największe biblioteki świata zapłonęły, a najtęższe umysły, w mniej lub bardziej wiadomych okolicznościach, żegnały się z życiem.

Ale coś poszło nie tak. Coś, co pokrzyżowało szyki wszystkim, dosłownie wszystkim – Obcy przylecieli na Ziemię.

Ich motywy nie były znane. Zaczęli od zniszczenia większości satelitów i zagłuszenia sygnałów radarowych. Każda konfrontacja z ich statkami powietrznymi kończyła się niepowodzeniem. Podjęto próby negocjacji.

Cel misji Slazingera, którego prezydent jednogłośnie wybrał na mediatora, został zmieniony. Nie leciał z przeprosinami, ale z prośbą o pomoc.

 

Czasy obecne

 

„Yammaha Piano Factory” głosiła, w języku chińskim i angielskim, tabliczka obok drzwi, znajdujących się na dwudziestym piętrze wieżowca Shun Hing Square. Powierzchnia biurowa w tym jednym z najwyższych budynków w Chinach i będącego, pod tym względem, w światowej czołówce, bynajmniej nie należała do najtańszych, co stanowiło jeszcze lepszą przykrywkę dla „Wolnego Nieba”.

W zasadzie nikt, kto nie był bezpośrednio zaangażowany w działania tej organizacji, nie wiedział o jej istnieniu. Jej członków można by nazwać anarchistami, bojownikami, fundamentalistami, radykałami a do terrorystów również nie było im daleko. Sami uważali, że działają w słusznej sprawie i na korzyść ogółu. Czy mieli rację? To miała osądzić historia.

Na chwilę obecną nikt nie miał żadnych dowodów na istnienie tej grupy, a tym bardziej na jakąkolwiek jej ingerencję w Świat. Nie mniej jednak, za sprawą Johna Hu-Yao, organizacja miała praktycznie nieograniczone fundusze i środki na prowadzenie swojej działalności. Dysponowała też sprzętem, który dla większości ludzi pozostawał w sferze science-fiction.

Wokół pana Yao, którego ze względu na wielką tuszę, nazywano „Po”, zawsze było głośno, ale też niewiele wiedziano o nim samym. Był Chińczykiem amerykańskiego pochodzenia, który nigdy nie widział kraju swoich przodków, mimo iż zjeździł naprawdę spory kawał ziemskiego globu. Nie to, że nie mógł, po prostu nie chciał. Był zdania, iż odwiedzanie kraju, który jest zlepkiem dziesiątków narodowości, jest po prostu stratą czasu, a sam termin „kultura amerykańska” uważał za wyjątkowe nadużycie, a wręcz śmieszność.

Najgłośniejsza sprawa w ostatnim czasie, która dotyczyła jego osoby, to ta sprzed roku. Chodziło o patent na, praktycznie w stu procentach bezpieczną, możliwość wydobywania ropy i gazu ziemnego z terenów Arktyki i Antarktydy. Jednak wszelkich rozmów na ten temat zaprzestano, gdy zatopiony został statek Greenpeace’u, a większość jego załogi zginęła w lodowatych wodach Oceanu Arktycznego. Za wszystko obwiniono Johna Hu-Yao, mimo iż nie znaleziono przeciw niemu żadnych dowodów. Prawdę mówiąc, nie znaleziono dowodów obciążających kogokolwiek i żadna z organizacji terrorystycznych również nie przyznała się do zamachu. Sprawę ostatecznie umorzono, ale niesmak pozostał.

„Po” siedział teraz w biurze firmy, która faktycznie produkowała tandetne instrumenty klawiszowe, otoczony przez najbardziej zaufanych ludzi.

– Podsumowując – mówił zza swojego wielkiego biurka – cztery smoki nie żyją, Obcy latają nam nad głowami, ale wojna jeszcze się nie zaczęła. Negocjacje pewnie też nie potrwają długo. Musimy więc się spieszyć. Nasz problem polega na tym, że „największy” nie znajduje się na Smoczych Wyspach, tylko na Inaccessible Island, a to dość daleko.

– Trudno będzie się tam dostać – powiedział brodaty mężczyzna z silnie rosyjskim akcentem. – Na Tristan da Cunha jest baza ONZ z baterią przeciwlotniczą; wokół wyspy krąży kilka amerykańskich okrętów wojennych, a niedaleko pływa „Harry Truman” z dywizjonem Hornetów.

– Gdyby wojsko miało taką technologię, którą my dysponujemy, już dawno byłoby po sprawie, albo raczej w ogóle nie byłoby sprawy. A tyle razy stawałem do przetargów. Cóż, trudno. Musimy to załatwić jak najszybciej, bo im dłużej zwlekamy, tym większe prawdopodobieństwo, że wszystko przepadnie.

– To kiedy zaczynamy? – spytała blondynka o słowiańskiej urodzie.

– Od razu. Tak jak ustaliliśmy. Swietłana, Jurij, Claudio, Nazar i Rebeka jedźcie na lotnisko, mój samolot już czeka; z odlotem też nie będzie problemów. W Kapsztadzie ktoś będzie na was czekał. Tam odbierzecie sprzęt, a dalej to już sami wiecie. Jakieś pytania?

Nikt się nie odezwał. Hu-Yao okręcił się na swoim obrotowym fotelu w stronę okna, tyłem do zebranych i pogrążył w zadumie, dając tym samym do zrozumienia, że zebranie skończone.

 

Kilka dni później, nad  Atlantykiem

 

Slazinger zapomniał już co to sen. Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do szumu silników, ciągłych przesiadek i bardzo nerwowej atmosfery. Spanie na siedząco także kiepsko mu wychodziło, zwłaszcza że naprzeciwko siebie miał dwie, wpatrujące się w niego, obce twarze.

Nie wiedział, która była godzina i ile stref czasowych udało mu się przekroczyć. Szczęściem orientował sie mniej więcej, w której części Świata się znajdował i jaki był dzień.

Mógł założyć się o każde pieniądze, że w ciągu ostatniego tygodnia przebył więcej mil, niż przez dziesięć lat. Najpierw podróż samolotem z Waszyngtonu do Darwin, następnie Black Hawkiem na wyspę Waigeo, gdzie nie udało mu się przekonać smoków, więc trzeba było wracać z powrotem do Australii. Potem samolotem do Kapsztadu i w końcu, niedużą Cessną, na wyspę Tristan da Cunha, gdzie znajdowała się silnie strzeżona baza wojsk ONZ. Teraz leciał na mniejszą wysepkę ­– Inaccessible Island, ostateczny cel podróży. Taką miał przynajmniej nadzieję.

Od braku snu bardziej dokuczał mu brak dostępu do informacji. Urodzony praktycznie z telefonem w ręku, odczuwał duży dyskomfort i niepewność, gdy nie mógł odebrać maili i sprawdzić, jaka, będzie pogoda. Nie mógł też skontaktować się z bliskimi. W zasadzie nie wiedział nic i czy ma jeszcze do czego wracać. W RPA nie powiedziano mu wiele, a żołnierze nie byli zbyt rozmowni. Zastanawiał się, czy małomówność jest w wojsku zjawiskiem powszechnym, czy to zwykła niechęć do pracownika CIA.

„Wielki błękit nade mną, wielki błękit wokół mnie”; Simon wpatrywał sie się w bezkresną toń oceanu. Uśmiechnął się lekko na myśl, że prawie udało mu się sparafrazować Kanta. Do śmiechu mu jednak nie było. Zadanie, które miał wykonać, zaliczało się do tych „łatwych, ale związanych z dużym ryzykiem”. Mimo iż był jednym z lepszych analityków CIA, a ostatnio także agentem terenowym i dyplomatą, w ogóle nie mógł ułożyć sensownego scenariusza, jak wszystko może się potoczyć. Miał, prawdę mówiąc, kilka pomysłów, ale żaden nie kończył się happy endem.

Przestał się nad tym zastanawiać, kiedy, kolejny już UH-60M Black Hawk, w którym przyszło mu podróżować, zbliżał się do miejsca lądowania. Wcześniej w Kapsztadzie dołączyła do niego nowa załoga i eskorta, która teraz siedziała razem z nim na pokładzie. Chyba pierwszy raz w życiu widział, by za sterami śmigłowca, czy w ogóle jakiegokolwiek statku powietrznego, zasiadały dwie kobiety. Nie był pod tym względem jakoś specjalnie uprzedzony, ale odczuł ulgę, gdy zauważył, że chociaż mechanik okazał się mężczyzną. Miejsce SEAL-sów zajęli dwaj żołnierze Piechoty Morskiej.

Śmigłowiec minął linię obronną, złożoną z trzech niszczycieli rakietowych typu Arleigh Burke, i zawisnął w powietrzu, kilkadziesiąt metrów od plaży w głąb wyspy Inaccessible Island. Następnie, wolno i łagodnie, osiadł na płycie lądowiska. Szum wirników ustał, drzwi otwarły się i wszyscy opuścili pokład.

Na przeciw nim wyszło dwóch żołnierzy ONZ.

– Co to jest? Plexiglas? – zapytał Slazinger, kopiąc obcasem w powierzchnię, na której wylądował Black Hawk.

– Szkło – krótko odpowiedział jeden z żołnierzy ONZ. – Pełno tego tutaj.

– Robicie płyty lotniskowe ze szkła?

– Nie my. On.

– Ale jak?

– Z piasku i czegoś tam jeszcze; dużo go na wyspie. Sam go pan zapyta, znajdzie go pan na końcu tej ścieżki. – Wskazał na chodnik wykonany ze szklanych kostek.

– I to nie pęknie?

– Ma ponad cztery metry grubości.

– Aha. Wyjaśnijcie mi jeszcze, skoro smoka może zabić tylko ładunek atomowy, to po co te okręty i śmigłowce? Gdyby uciekł i tak go nie powstrzymacie.

– To nie po to, żeby go tu zatrzymać, tylko po to, żeby nikt się tu nie dostał.

– No tak.

Konwersacja najwyraźniej dobiegła końca. Simon niechętnie ruszył we wskazanym kierunku. Reszta o dziwo ruszyła za nim, łącznie z pilotami. Idąc, czuł na sobie ich nieprzychylne spojrzenia. Zdawał sobie sprawę z tego, że w swym wymiętym garniturze, nieświeżej koszuli i lakierkach, które już jakiś czas temu przestały błyszczeć, prezentował się dość groteskowo na tle środkowoatlantyckiej wyspy. I jeszcze ta walizka, którą musiał wszędzie ze sobą nosić. Dobrze, że był prawie sparaliżowany ze strachu, bo przynajmniej nie pocił się tak jak reszta.

Ścieżka doprowadziła ich do zadziwiającej budowli. Wyglądem przypominała szklany Partenon, tylko większy, dużo większy. Żłobienia, rzeźby i krzywizny nie pozwalały w pełni zobaczyć, co jest w środku, ale był tam widoczny wielki, ciemny kształt, który nieznacznie się poruszał. Wokół znajdowały się ogromne drzewa, również wykonane ze szkła i szklana fontanna z cherubinem na środku, która niestety nie miała wody.

– To wszystko on? – Slazinger wskazał ręką na niespotykany krajobraz.

– Tak – żołnierz ONZ odparł krótko.

Simon wziął głęboki oddech, wygładził marynarkę, poprawił krawat, jak miał w zwyczaju robić przed ważnym spotkaniem i ruszył po schodach w kierunku wejścia. Reszta trzymała się zaraz za nim; broń mieli w pogotowiu. W takich chwilach, jak ta, Slazinger żałował, że w college’u nie nauczył się jednej rzeczy, która teraz byłaby wielce przydatna – palenia papierosów.

To, co ujrzał w środku, znacznie przerosło jego wyobrażenia. Podobnie się czuł, kiedy po raz pierwszy i w zasadzie jedyny, na własne oczy ujrzał MS Vale Brasil – masowiec firmy Vale S.A., którym miano go ewakuować, po nieudanej misji w Chinach, kilka lat temu. Simon należał do naprawdę nielicznej grupy nieuprzywilejowanych osób, które miały okazję płynąć tym gigantem, jednak jedyną rzeczą, jaką pamiętał z tamtej wycieczki, było to, że potrafił zwrócić znacznie więcej, niż mógł zjeść.

Przymiotnik „gigantyczny”, z całą stanowczością, można było odnieść do tego, co skrywały szklane ściany imponującej budowli. Zadziwiający, niesamowity, oszałamiający, nieprzewidywalny i niebezpieczny także pasowały do istoty, stojącej mniej więcej pięćdziesiąt stóp od nich.

Monstrualny lewiatan, w kolorze ciemnej szarości, wpatrywał się w przybyszy swoimi lśniąco lazurowymi oczami. Smoki z Dragonislands były olbrzymie, ale ten był gigantyczny. Po chwili wzajemnego mierzenia się wzrokiem, agent odchrząknął i powiedział:

– Mister Dragon, nazywam się Slazinger.

– Mister Dragon? – głos smoka był niski i tubalny. Pasował do całej reszty. – Doprawdy dziwny tytuł, który możemy sobie darować. Za tytułami kryją się istoty słabe.

– Jak więc mam się do ciebie zwracać?

– My nie nosimy imion. Wiem, że wy, ludzie, macie w zwyczaju wszystko nazywać, więc na potrzeby tej rozmowy, może będziesz się do mnie zwracał Dorian?

– Dlaczego Dorian?

– Bo jestem szary.

– Nie rozumiem.

– Hmm. Nie ważne. Mówiłeś, że kim jesteś?

– Simon Slazinger, jestem z CIA.

– Cóż za tragedia nas spotkała?

– Nie rozumiem.

– Agent CIA nie został przysłany do mnie, najmądrzejszej i najniebezpieczniejszej istoty na Ziemi, by powiedzieć, że wszystko w porządku. Jestem także pewien, że to, co masz mi do powiedzenia, tyczy się moich współziomków.

– Skąd pewność, że nie ciebie?

– Gdyby to dotyczyło mnie, to byłbym ostatnią istotą, z którą byś o tym rozmawiał. Prawda?

– Przejdźmy zatem do konkretów, Dorianie. Liczba osobników twojego gatunku to…

– Trzy tysiące sto cztery.

– I tu właśnie jest problem. Muszę cię zmartwić. Obecnie trzy tysiące dziewięćdziesięciu dziewięciu.

Smok, nawet jeśli nim to wstrząsnęło, nie dał tego po sobie poznać.

– Przyznaję, że zaniepokoiła mnie ta wiadomość.

– Myślałem, że jesteś w stanie przewidzieć wszystko.

– Istotnie. Niewiadomą pozostaje dla mnie czas, kiedy ma się to wydarzyć. Ale, jak sam wiesz, czas nie gra dla mnie większej roli. Powiedz zatem, którzy to, z mojego rodzaju, opuścili ten świat?

– My mówiliśmy na nich „Historia”, „Geografia”, „Biologia” i „Fizyka”.

– Wciąż nie wiem, czego ode mnie chcesz. Nie potrafię ich wskrzesić, a nawet jakby, to nie wiem, czy miałbym ku temu ochotę.

– Dlaczego?

– W końcu to oni skazali mnie na pobyt na tej wyspie, prawie dwie dekady temu.

– Chciałeś wypalić Świat do gołej ziemi. To chyba dobry powód.

– Nie cały, tylko kilka państw. I w słusznej sprawie.

– Słusznej?

– Wasz mrówczy gatunek za dużo sobie pozwala, a z kolei mój na to wszystko się godzi. Musieliśmy opuścić Brazylię, bo chcieliście wydobywać złoto i żelazo. Przenieśliśmy się do Konga, ale po kilku latach ktoś przypomniał sobie, że stamtąd można wydobywać kobalt, miedź i diamenty, więc znów trzeba było się wynieść. To spora przesada. Nie może być tak, że gorszy mówi lepszemu, co ma robić. I co? Uwięziliście mnie, do spółki z, już nie moim, plemieniem i założyliście mi to dziwne urządzenie na skrzydła, żebym nie mógł latać. Z tego co wiem, smoki i tak się przeniosły na Archipelag Malajski, który teraz ładnie nazywa się Dragonislands. Nie powiem, ładna okolica, tylko ciekawe gdzie przeniosą się następnym razem.

– Obawiam się, że nigdzie, bo wróg zaatakował ze strony, z której nikt się nie spodziewał i możliwe, że z Ziemi nic nie zostanie. Chyba, że nam pomożesz.

– Hmm… zaskoczyłeś mnie drugi raz, co rzadko się zdarza. Cóż to się dzieje?

– Nie wiesz? – Slazinger był szczerze zaskoczony.

– Tak się złożyło, że nie mam w pakiecie programów informacyjnych.

– Nie spodziewałem się po tobie sarkazmu.

– Sarkazmem posługują się istoty inteligentne, więc nie wiem, skąd to zdziwienie. A zatem?

– Zaatakowali nas Obcy. W sensie, istoty z kosmosu.

– To doprawdy zaskakujące. A czegóż one chcą?

– Tego jeszcze nie wiemy. Na razie zagłuszają nasze sygnały radarowe. Latają dziwnymi statkami; szybszymi i bardziej zwrotnymi od naszych samolotów. Mają broń, podobną do EMP, nie sposób się do nich zbliżyć. Cały Świat jest sparaliżowany.

– A jak oni wyglądają?

– Cóż… właściwie to jak anioły. Podobni do ludzi, tylko wyżsi, no i mają skrzydła.

– Nareszcie – smok mruknął do siebie, ale nie na tyle cicho, by tego nie usłyszeć.

– Co „nareszcie”?

– Czegóż zatem ode mnie chcecie? – Lewiatan nie miał zamiaru się tłumaczyć.

– Pomóż nam ich pokonać.

– Czemu sami tego nie zrobicie?

– Mówiłem już, zagłuszają wszystkie sygnały radarowe, przez co większość naszego uzbrojenia jest po prostu bezużyteczna. Ich technologia wykracza znacznie poza naszą. I chyba jest ich niewyczerpana ilość. „Dzień Niepodległości” w 10D.

– Co dostanę w zamian?

– Uwolnimy cię.

– To oczywiste, bez tego nie mógłbym wam pomóc. Pytam, co w zamian za pomoc.

– A co byś chciał?

– Chcę Australię.

– Nie mówisz poważnie. A co z ludźmi, którzy tam mieszkają?

– Przeniosą się albo zostaną na moich warunkach.

– Powiedzmy, że tę sprawę jeszcze przedyskutujemy.

– Zatem uwolnij mnie.

O ile mechanizm, łączący dwa smocze skrzydła, był dość solidną i skomplikowaną konstrukcją, o tyle jego ściągnięcie wymagało jedynie niewielkiego klucza o dziwnym kształcie. Smok i tak nie mógł do niego sięgnąć, więc każda dodatkowa komplikacja stawała się tylko niepotrzebnym zbytkiem.

Na świecie znajdowały się tylko dwa takie klucze. Jeden w tajnej bazie wojskowej gdzieś na terytorium Nevady, dobry kilometr pod ziemią, a drugi pływał na japońskim okręcie podwodnym w wodach Pacyfiku. Ten, który otrzymał Simon wraz z tajnymi instrukcjami od generała Peacemakera, musiał być tym z Nevady. Samo przekazanie go odbyło się w największej tajemnicy i tylko w cztery oczy.

Agent CIA ściągnął, zawieszony na szyi, srebrny łańcuszek. Musiał się tylko wdrapać na grzbiet ogromnej istoty i mieć nadzieję, że ta dotrzyma słowa.

– Zatrzymaj się – rozkazał jeden z marines, który celował do agenta. Jego rosyjski akcent zdradził Slazingerowi, że coś jest bardzo nie tak.

Pozostali ze śmigłowca zdążyli już rozbroić żołnierzy ONZ.

– Swietłana zabierz mu klucz.

Kobieta nawykła bardziej do wydawania rozkazów, niż ich wykonywania, postąpiła krok naprzód w kierunku agenta. Było to ostatnie, co zrobiła, bo kłąb wrzącej pary, który dobył się ze smoczego pyska, praktycznie rozpuścił ją w ciągu dwóch sekund. Nie zdążyła nawet krzyknąć.

Reszta chwyciła za broń. Simon stał jak skamieniały, nie wiedząc, co się dzieje i czego był przed chwilą świadkiem. Marines zaczęli krzyczeć i wymachiwać bronią. Żołnierze ONZ chcieli uciekać, ale zostali powstrzymani. Największe opanowanie, a prawdę mówiąc kompletny brak emocji, wykazywał smok.

– Powiedzcie: kim jesteście i czego chcecie, zanim zrobię z wami to samo – powiedział lewiatan.

– Jesteśmy z organizacji „Wolne niebo”, naszym zadaniem jest niedopuszczenie, byś został uwolniony – powiedział Rosjanin.

– Cóż, chyba zawiedliście.

– On jest naszą jedyną szansą. Nie rozumiecie?! – Slazinger w końcu odzyskał mowę.

– To wszystko jego sprawka.

– Co niby?

– Śmierć czterech smoków, zamachy na ludzi nauki, palenie bibliotek, zniszczenie serwerów.

– I co miałoby mu to dać?

– Nie rozumiesz? Zostałby jedyną istotą, która posiada kompletną wiedzę o wszystkim, co do tej pory osiągnęła ludzkość. Było tylko kwestią czasu, aż ktoś będzie z nim musiał podjąć negocjacje, a wtedy on będzie mógł dyktować warunki.

– Skąd wiecie?

– Przechwyciliśmy rozmowę generała Peacemakera. Kontaktował się z kimś z Tristan da Cunha. Omawiali plan jego uwolnienia.

– Kosmitów pewnie też oni nasłali?

– Nie, to akurat nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ale w sumie na to samo wyszło. Gdy generał zwęszył okazję do uwolnienia go, po prostu ją wykorzystał. Posłużył się tobą. Ciekawe, co obiecałeś generałowi? – Ostatnie słowa skierował do smoka.

– Kanadę – lewiatan odparł beznamiętnie.

– Wszystko jedno, bez niego i tak sobie nie poradzimy – Simon próbował przekonać „Wolne Niebo” do swoich racji.

– Tego nie wiadomo. Ale wiadomo, że uwolnienie go jest najgorszą rzeczą, jaką można zrobić.

– Tobie i tak będzie wszystko jedno – powiedział smok i zionął na pozostałą czwórkę oraz dwóch żołnierzy ONZ strumieniem zabójczego ognia. Z ludzi nie pozostał nawet pył. – A teraz zdejmij to ze mnie – zwrócił się do agenta CIA.

Człowiek stał z kluczem w ręku i lekkim wykroku. Nie śmiał nawet mrugnąć. W końcu poruszył się. Nie bardzo wiedział, co ma robić. Przestąpił z nogi na nogę. Chciał uciec, ale to byłoby zupełnie bezcelowe. Po cichu liczył na jakiś cud, który w filmach zdarzał się właśnie w takich momentach.

– Dopadły cię wątpliwości? Możemy posiedzieć tutaj i przemyśleć wszystko. Trzy dni bez wody i jedzenia powinny ci wystarczyć.

***

Miasta w ogóle nie wyglądały tak, jak Slazingerowi podpowiadała wyobraźnia. Niestety nie mógł się on o tym przekonać na własne oczy, bo od najbliższego lądu dzieliło go blisko dwa tysiące mil.

Wojna, albo skończyła się bardzo szybko, albo w ogóle się nie zaczęła. Nigdzie nie było widać żołnierzy, nic nie wybuchało, nic nie płonęło w obłokach gęstego dymu a wszelkie budowle wciąż stały nieuszkodzone. Na ulicach było cicho, jak podczas popołudniowej hiszpańskiej sjesty. Czasem tylko dało się zauważyć pojedynczą postać, przebiegającą z jednego budynku do drugiego. Tym, co wskazywało na to, iż stało się coś niedobrego, były ciągnące się kilometrami rzędy opuszczonych samochodów.

Nad większymi metropoliami latały eskadry niewielkich statków kosmicznych. Myśliwce Obcych nie przypominały żadnego znanego ludziom samolotu, czy pojazdu i zdawały się działać wbrew powszechnie uznawanym zasadom fizyki. Odpowiedzi na pytania w jaki sposób w ogóle się poruszały i co je napędzało, spędziłyby sen z powiek niejednemu naukowcowi.

„Szary” nie miał jednak zamiaru zastanawiać się nad podobnymi błahostkami. Jedyne czego pragnął, to dać upust wewnętrznej furii, którą od dawna w sobie dusił. Kilka minut zajęło mu rozprawienie się z obcymi jednostkami nad Argentyną i Brazylią, a jego kolejnym celem było terytorium USA.

Pierwsza eskadra, na którą smok natrafił, dosłownie wyparowała, trafiona strumieniem jego śmiercionośnego płomienia. Kolejna tak samo i jeszcze następna. Z kosmosu zaczęły nadciągać kolejne dziesiątki statków, ale wszelkie ich próby zgładzenia bestii spełzały na niczym. Przypominało to wściekły rój szerszeni, atakujący wielki miotacz ognia. W tym przypadku wielość nie zapanowała nad wielkością.

Lewiatan wyglądał na zupełnie niestrudzonego tą podniebną walką, która z każdą minutą zamieniała w płonące zgliszcza kolejne dziesiątki statków Obcych. W końcu najeźdźcy dali za wygraną i wszystkie latające jednostki uniosły się, znikając poza granicami atmosfery. Ta bitwa należała do smoka.

Wokół zaległa cisza. „Szary”, z braku perspektyw na kolejne starcie, ruszył w kierunku Białego Domu, gdzie miała się znajdować najważniejsza osoba w państwie, a niektórzy uważali, że i na Świecie. Smok nie mógł wiedzieć, że głowy państwa dawno już tam nie było.  Prezydent został ewakuowany w bezpieczne i nikomu nie znane miejsce, jak tylko lewiatan przekroczył granicę Stanów Zjednoczonych.

„Szary” wylądował na południowym trawniku, tak dobrze znanym z telewizji, gazet i fotografii. Musiał długo czekać, aż ktoś wyjdzie mu na przeciw. W tym czasie przypatrywał się, krążącym mu nad głową, sześciu śmigłowcom Apache AH-64 i zastanawiał się, co kieruje ludźmi, którzy podejmują próbę zrobienia czegoś, co jest niewykonalne. Oczywistym było, że głowice atomowe nie są na wyposażeniu Apache’ów, a posłużenie się inną bronią, było efektywne niczym strzelanie z paintballowego pistoletu w betonowy mur.

W końcu drzwi prezydenckiej siedziby się otwarły i wyszedł z nich generał w mundurze służbowym. Nikt mu nie towarzyszył.

– Jestem generał McEvans. Czego chcesz? – człowiek spytał, nie siląc się na grzeczności.

– Przybyłem wam z odsieczą. Czy tak wygląda wdzięczność?

– Nie potrzebujemy pomocy ani twojej, ani żadnej innej.

Ten dialog jeszcze dobrze się nie rozpoczął, a z pewnością mógłby jeszcze długo potrwać, gdy przerwało go nagłe pojawienie się statku Obcych. Pojazd wylądował niedaleko od nich i wysiadła z niego jedna postać.

Przybysz z kosmosu rzeczywiście był wyższy od człowieka, bo generał, mierzący sześć i pół stopy wysokości, sięgał mu do ramion. Obcy miał na sobie dziwny pancerz w kolorze matowego granatu, przypominający nieco szesnastowieczną zbroję europejską, ale oczywistym było, iż nie wykonano go ze stali. Nawet jeśli kosmita miał skrzydła, to były one ukryte.

– Nareszcie jesteś – smok odezwał się do przybysza.

– Czy my się znamy? – ten zapytał w języku angielskim z dość dziwnym akcentem.

– Nie osobiście, ale ja znam waszą rasę bardzo dobrze. To wy wygnaliście nas z rodzimej planety. Dla was byliśmy tylko kolejnym podgatunkiem, którym nie warto się było przejmować. Wtedy się na to zgodziłem, bo tak zdecydowała reszta, ale to się dzisiaj skończy.

– Co masz na myśli? – spytał generał.

– Slazinger obiecał mi Australię. Zmieniłem zdanie, generale. Nie chcę jej, wezmę sobie ich świat.

Tuman kurzu i pyłu wzniósł się na dobrych kilkadziesiąt metrów, gdy olbrzymie skrzydła największej i najstraszniejszej istoty, znanej ludzkości, zaczęły uderzać w powietrze. „Szary” wzbił się do lotu i ruszył w kierunku odległego punktu, lśniącego niczym gwiazda nad horyzontem, a który był statkiem-matką Obcych.

Kosmita i generał wpadli w popłoch. Gorączkowo zaczęli wydawać rozkazy; McEvans przez radio, a Obcy przez jakieś urządzenie łącznościowe wewnątrz hełmu. Po chwili na niebie ukazały się setki kosmicznych myśliwców, a następnie prawie całe amerykańskie lotnisko. Wszyscy mieli jedno zadanie ­– zniszczyć skrzydlatego olbrzyma, który miał zamiar opuścić Ziemię.

Dziw, że w tym zamieszaniu jedni nie wpadali na drugich. Zagłuszanie radarów musiało zostać wyłączone, bo wystrzeliwane z samolotów rakiety w większości osiągały cel. Prócz tego, że powodowały sporo huku i ograniczały nieco widoczność, nie wyrządzały lewiatanowi żadnej krzywdy.

Obcym nie powodziło się lepiej. Zastosowali odmienną broń, która nie zadawała smokowi co prawda ran, ale wybijała go z rytmu i odrzucała na spore odległości. Ta zabawa jedynie rozsierdziła wściekłą bestię. Olbrzym zwinął się w kulę i runął w dół. Dopiero kilkadziesiąt metrów nad ziemią rozpostarł skrzydła i poszybował z dala od wściekłego stada. Podmuch wiatru powalił kilka drzew i zdmuchnął parę dachów.

W końcu lewiatan zawrócił. Skumulował całą energię i zionął ogniem w centrum latających statków. Te będące najbliżej od razu zamieniły się w szarawą mgłę. Dalsze spadały zmienione w płonące bryły metalu. Reszta zdążyła się rozproszyć i ponowić atak. Zdawało się, że samolotów i statków powietrznych Obcych przybywa z każdą minutą.

„Szary” mógł z nimi walczyć, ale równie dobrze mógłby pojedynczo próbować wybić rój mrówek. Mógł to zrobić, jednak nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Zebrał się w sobie i jak najszybciej potrafił, poszybował w stronę granicy kosmosu.

Przebicie się przez wszystkie warstwy atmosfery nie zajęło mu długo, nie nastręczyło mu także większych trudności. Jak udawało mu się zmieniać kierunki i nie zamarznąć w tej pozbawionej powietrza oraz ciepła pustce, zapewne pozostanie kolejną niewyjaśnioną tajemnicą, podobnie jak smoczy ogień, który płonął, bez dostępu tlenu.

Dotarcie w pobliże statku nie obyło się bez desperackich prób powstrzymania go. Setki, jeśli nie tysiące, kosmicznych pojazdów nacierały na przerażającą bestię. Raz za razem kolejna salwa zabójczych płomieni pochłaniała kolejne istnienia. Mniejsze jednostki po prostu topiły się i zamieniały w bezkształtną masę, większe wybuchały, co można było zaobserwować z Ziemi, jako majestatyczne sztuczne ognie na wieczornym niebie. Nierówna walka trwała może kwadrans, może trochę dłużej. Ci, którzy dali za wygraną, skierowali się ku powierzchni planety.

W końcu smok dotarł do największego statku. Wyrwał dziurę w kadłubie i wpełznął do środka niczym wąż do króliczej nory. To, co działo się wewnątrz, można sobie jedynie wyobrażać. Nie zabił całej załogi, to pewne, bo po chwili zostały odpalone silniki i kosmiczny krążownik odleciał w kierunku, którego każdy się domyślał.

Ci, którzy obserwowali wszystko z dołu, mogli jedynie załamać ręce.

McEvans i dowódca Obcych wciąż stali bezradnie na trawniku przed Białym Domem. Nie zwrócili uwagi na trzy szybko poruszające się w ich stronę obiekty, które zawisły kilkadziesiąt metrów nad ich głowami. Dopiero silny powiew wiatru przyciągnął ich wzrok. Tymi obiektami okazały się smoki z Dragonislands. Jednym z nich był „Brunatny”.

– Jak mogliście do tego dopuścić? – „Brunatny” spytał ze spokojem, po wylądowaniu.

– To nie my – oznajmił generał. – Nie wiem, jakim cudem uciekł. My chcieliśmy go zniszczyć…

Oczy wszystkich zwróciły się w stronę człowieka.

– Będę potrzebował wyjaśnień – słowa smoka zabrzmiały jak groźba.

– Taki był plan, na wypadek gdybyście odmówili współpracy. Taka ostateczna ostateczność. Slazinger miał polecieć na Tristan de Cunha, ewakuować wszystkich i uruchomić sekwencję do zniszczenia wyspy. Nie wiemy, czemu tego nie zrobił.

– Dlaczego chcieliście to zrobić?

– Może i nie jesteśmy tak mądrzy jak wy, ale swój rozum mamy. Gdyby rzeczywiście doszło do globalnej wojny, jego uwolnienie, celowe czy przypadkowe, byłoby tylko kwestią czasu. A z nim to już nikt by nie wygrał, o czym każdy mógł się przed chwilą przekonać.

– Jaki jest cel waszego przybycia? – smok spytał Obcego.

– Szukamy planet do eksploracji.

– Posiadacie dużą flotę bojową, jak na misję odkrywczą. Możesz to wyjaśnić?

– To zabezpieczenie. Nie wszyscy witają nas z otwartymi ramionami.

– Nie jest dobrym pomysłem, zaczynanie znajomości od zagłuszania sygnałów radarowych.

– Może masz rację, ale gdyby nie to, ziemskie statki mogłyby nas zaatakować.

– Tego nie mogłeś być pewien.

– Prawdopodobieństwo wynosiło pięćdziesiąt procent, jak to na Ziemi zwykliście mówić. Ja wolałem zamienić to na sto procent.

– Niby w jaki sposób – wtrącił się McEvans.

– Wy mogliście zaatakować albo nie. A ja byłem pewien, że my nie zaatakujemy.

– Wprowadziliście chaos na całej planecie.

– To było niezamierzone.

– Mniejsza już o to, co teraz?

– Czeka nas praca – powiedział smok. – Dużo pracy.

– A to niby czemu?

– Bo właśnie uwolniliście zagładę światów, a wasi goście dali mu statek międzyplanetarny.

Koniec

Komentarze

Pożenienie bohaterów różnych bajek na pewno ciekawe; smoki, space opera, apokalipsa i spiski to nie jest zestaw spotykany w co drugim opowiadaniu.

Językowo: czasem przecinki wydają się być umieszczone w przypadkowych miejscach, niekiedy piszesz rozdzielnie to, czego człowiek nie powinien rozłączać, zauważyłam jakieś błędy w zapisie dialogów.

Pozostanie jego tajemnicą, w jaki sposób oddychał i zakręcał w Kosmosie. A jak mógł palić cokolwiek i ziać płomieniem?

Babska logika rządzi!

Dziękuję za opinię i sugestię.

Dokonałem korekty i mam nadzieję, że udało mi się owe błędy poprawić.

Próba wyjaśnienia wszystkiego dała Lemowi nieźle popalić (na przykładzie Astronautów), starałem się nie popełnić tego błędu. Myślę więc, że jedno zdanie, które poprawiłem, okaże się wystarczające. Teraz brzmi tak:

Jak udawało mu się zmieniać kierunki i nie zamarznąć w tej pozbawionej powietrza oraz ciepła pustce, zapewne pozostanie kolejną niewyjaśnioną tajemnicą, podobnie jak smoczy ogień, który płonął, bez dostępu tlenu.

 

Nie ważne.

nieważne

 

Interesujący, pod względem pomysłu, miks kilku motywów, nie najgorzej napisany – choć fraza nie porywa. Opowiadanie akcji, z dużą ilością wybuchów, finałową bitwą, tajną organizacją i bardzo prostymi dialogami. W sumie wszystko cacy tylko…

Dlaczego “Szarego”, kiedy narozrabiał pierwszy raz, kulturalnie nie anihilowano mniejszą bombką?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pomysł dobry, z pewnością wyróżnia się pośród przeważających opowiadań baśniowych. Tempo, jak dla mnie, dość zawrotne, ale udało mi się nie gubić wątku.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

–Sla­zin­ger pró­bo­wał być sar­ka­stycz­ny. – Brak spacji po półpauzie.

 

Agent wziął głę­bo­ki od­dech i z gło­sem peł­nym obaw po­wie­dział… – Oddech, to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, ale nie można wziąć głębokiego oddechu. Można natomiast nabrać głęboko powietrza, wziąć głęboki wdech.

Ten błąd występuje w opowiadaniu kilkakrotnie.

Literówka.

 

Z resz­tą sy­tu­acja w Sta­nach nie wy­glą­da­ła wcale le­piej.Zresz­tą sy­tu­acja w Sta­nach nie wy­glą­da­ła wcale le­piej.

 

Rządy, nie chcąc ry­zy­ko­wać, wstrzy­ma­ły ja­ki­kol­wiek ruch dla sa­mo­lo­tów cy­wil­nych… – Chyba: Rządy, nie chcąc ry­zy­ko­wać, wstrzy­ma­ły ja­ki­kol­wiek/ wszelki ruch sa­mo­lo­tów cy­wil­nych

 

Przy stole, na szczy­cie któ­re­go sie­dział pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych… – Przy stole, u szczy­tu któ­re­go sie­dział pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych

 

Chaos, anar­chia, prze­mo­cy, kra­dzie­że. – Literówka.

 

Nie mniej jed­nak, za spra­wą Johna Hu-Yao… – Niemniej jed­nak, za spra­wą Johna Hu-Yao

 

Szczę­ściem orien­to­wał sie mniej wię­cej… – Literówka.

 

Simon wpa­try­wał sie się w bez­kre­sną toń oce­anu. – Zdecydowałabym się na drugi zaimek. ;-)

 

Na prze­ciw nim wy­szło dwóch żoł­nie­rzy ONZ.Naprze­ciw im wy­szło dwóch żoł­nie­rzy ONZ.

 

Hmm. Nie ważne. Mó­wi­łeś, że kim je­steś?Hmm. Nieważne. Mó­wi­łeś, że kim je­steś?

 

bo ge­ne­rał, mie­rzą­cy sześć i pół stopy wy­so­ko­ści… – O człowieku powiedziałabym raczej: …bo ge­ne­rał, mie­rzą­cy sześć i pół stopy wzrostu

 

Po chwi­li na nie­bie uka­za­ły się setki ko­smicz­nych my­śliw­ców, a na­stęp­nie pra­wie całe ame­ry­kań­skie lot­ni­sko. – Pewnie miało być: …pra­wie całe ame­ry­kań­skie lot­ni­ctwo.

 

Prze­bi­cie się przez wszyst­kie war­stwy at­mos­fe­ry nie za­ję­ło mu długo… – Prze­bi­cie się przez wszyst­kie war­stwy at­mos­fe­ry nie trwało długo… Lub: Prze­bi­cie się przez wszyst­kie war­stwy at­mos­fe­ry nie za­ję­ło mu dużo czasu

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanko ma spory rozrywkowy potencjał – jak już ktoś zauważył, jest tu wszystko, crazy mix. Historia jest podana prostym językiem, dużo się dzieje, nie ma żadnych moralniaków. Krótko mówiąc – niezły przerywnik, choć dupy nie urywa. Całość jest co prawda jak z pulpowych komiksów – ale, akceptując konwencję, można to nazwać atutem. 

I po co to było?

Nowa Fantastyka