- Opowiadanie: vieviór - Opiekun

Opiekun

Dość już nasiedziałem się nad tym tekstem. Niech dalej radzi sobie sam. ;)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Opiekun

Drań siedział przy barze po drugiej stronie uformowanego w półksiężyc kontuaru, niemal dokładnie naprzeciwko mnie. Co jakiś czas podnosił szklankę do ust i ani na chwilę nie spuszczał ze mnie oka. Irytowało mnie to. Wpadasz do knajpy przed północą, by wypić kilka głębszych w przyjaznym otoczeniu własnych myśli, a tu jakiś facio robi sobie z ciebie spektakl. Stosujesz uniki. Uciekasz wzrokiem w górę i na boki. Twoje spojrzenie zatacza się jak podpity przechodzień, ociera o ściany, sufit, tonie w gęstym mroku, by po chwili wycofać się pod naporem ognia neonowych świateł. Prawie zwichnąłem sobie źrenice, ślizgając się wzrokiem po twarzach tych paru klientów nieudaczników zasiedlających bar, w którym ktoś mógłby śmiało nakręcić film o losach podupadłej marsjańskiej kolonii. Wszyscy bez wyjątku byli mężczyznami, takimi jak ja rozbitkami, ocalałymi z pożogi ciężkiego dnia pracy, albo z pogromu kolejnej rodzinnej awantury. Wszyscy sondowali myślami głębokość krateru własnej samotności. Tymczasem myśli, które ja właśnie usiłowałem rozpaczliwie pozbierać do kupy, ustawić w szeregu, posortować, rozpraszały się i leciały jak ogłupiałe ćmy ku temu natrętnemu łypaczowi umocowanemu na statywie barowego stołka. W końcu nie wytrzymałem. Ująłem szklanicę w dłoń i ostrożnie, tak by nie uronić ani kropli cennej zawartości, uciekłem do stolika w najbardziej zaciemnionym kącie sali. Siadłem tyłem do baru. Jeszcze gorzej. Zaszyty w ciemnościach, niemal czułem stonogę jego spojrzenia niespiesznie wędrującą po moim karku. Jeszcze chwila i wplącze mi się we włosy. No nie!

Miał na sobie długi, jasnoszary prochowiec, a na głowie kapelusz, który mógł być niegdyś własnością Humphreya Bogarta. Stary, dobry Humphrey musiał zgubić kapelusz w jakimś tunelu czasoprzestrzennym, a ten facet pewnie go znalazł, bo gdzie dzisiaj można jeszcze kupić coś takiego ? Jak w ogóle można pić whisky w kapeluszu i płaszczu, podczas gdy na zewnątrz powietrze jest tak gęste i stężałe, wciąż przesycone wspomnieniem żaru lipcowego słońca, że da się je kroić nożem w plastry i wkładać sobie do nosa palcami? Spod tego kapelusza wylewały się kaskady czarnych, błyszczących loków i opadały niedbale na ramiona. Facet najwyraźniej świadom był własnych atutów i lubił zwracać na siebie uwagę nietuzinkową powierzchownością. Nienaturalnie szerokie ramiona i nieskazitelnie piękna, wręcz doskonale symetryczna twarz, o lekko zadartym nosie oraz wystających kościach policzkowych. Mocno zarysowana szczęka nadawała całości stanowczy, władczy charakter. Znacie ten typ. Mógłby stworzyć harmonijny związek z Barbie i spłodzić z nią idealne potomstwo, które skolonizowałoby konstelacje rubryk plotkarskich oraz portali internetowych całego świata. Mógłby z powodzeniem reklamować dezodorant w sztyfcie, wodę po goleniu, luksusowe auto, albo cokolwiek innego, co zrobi z ciebie prawdziwego mężczyznę. Coś, co sprawi, że wszystkie panie w dowolnym wieku zbiorowo posikają się w majtki ze szczęścia, gdy tylko wsiądziesz z nimi do windy. Tak, mógłby wykreować i sprzedać milionom bezmózgich owiec dowolną iluzję, gdyby tylko spece od wizażu wzięli go w obroty i ubrali jak człowieka, albo rozebrali jak Tarzana. Skąpe oświetlenie i dzieląca nas przestrzeń sprawiały, że nie widziałem dokładnie jego oczu skrytych w półcieniu ronda kapelusza, ale byłem przekonany, że uparcie drąży mnie wzrokiem. W myślach zadawałem sobie pytanie, czemu zupełnie przeoczyłem moment, w którym ten heros się pojawił. Po prostu ujrzałem go nagle przed sobą i uzmysłowiłem sobie, że gapi się na mnie.

Dopiłem swoje, odepchnąłem ze złością szklankę palcami, aż ślizgając się po blacie dotarła na drugi koniec stolika. W głowie już mi trochę huczało, ale nie na tyle, bym miał chwiać się na nogach gdy wstawałem z krzesła. Nie byłem pijaczkiem wpadającym w cug z byle powodu. Byłem doświadczonym, świadomym potrzeb własnego organizmu alkoholikiem. Bacząc, by nasze spojrzenia nie wpadły znowu na siebie gdzieś po drodze, ruszyłem ku wyjściu. Miałem po dziurki w nosie niemej natarczywości tego fagasa.

Nie chciało mi się szukać kolejnej knajpy. Rozgrzany asfalt hojnie obdarowywał nocne powietrze skradzionym za dnia ciepłem promieni słonecznych. Alkohol, jak zawsze, uczynił mnie na krótko nieustraszonym pogromcą przeciwności losu, wojowniczym śmiałkiem, odkrywcą utajonych prawd o mrocznym świecie wielkomiejskiej dżungli. Pełen animuszu kroczyłem odważnie pustymi zaułkami w mdłym świetle ulicznych latarni.

Postać wyrosła przede mną zupełnie nagle. Odruchowo uskoczyłem w prawo, ale nie miałem szans by go wyminąć. Wpadłem na niego i odbiłem się jak piłeczka od tej wysokiej na dwa metry, zwalistej plątaniny mięśni i ścięgien. Kapelusz, prochowiec, czarne loki. Czarne, zimne spojrzenie przymrużonych oczu o zupełnie nieruchomych źrenicach, znowu wywiercało mi w czaszce dziurę, przez którą cały rozsądek ulatniał się w zatrważającym tempie, a puste miejsce wypełniała wszechogarniająca panika. Nie było refleksji, żadnych dociekań, w jaki sposób facet zdołał tak szybko i niepostrzeżenie przebyć drogę, by móc zaczaić się na mnie w tym ciemnym zaułku. Była jedynie świadomość, że tu jest, że mnie dopadł. Uderzony falą pierwotnego lęku, przeczuciem ścinającym krew w żyłach, zupełnie instynktownie odwróciłem się i zacząłem biec, gnać na oślep w mrok, przed siebie, byle dalej od niego. Samochód… Światła… Pisk opon… Jakaś potężna siła uniosła mnie w górę i z impetem cisnęła nad maską oraz dachem rozpędzonego auta sprawiając, że niczym szmaciana lalka, bezwładnie poszybowałem w przestworzach. Przez krótką chwilę nie miało to nic wspólnego z prawem powszechnego ciążenia. W przedniej szybie, pośród refleksów świetlnych, ujrzałem twarz kierowcy wykrzywioną grymasem przerażenia, a potem koziołkowałem już po chodniku, twardym, szorstkim i równie nieprzyjaznym, jak wtedy, gdy jako dziecko, po raz pierwszy próbowałem jazdy bez trzymanki na rowerze. Uderzenie wycisnęło mi całe powietrze z płuc, a z mózgu wszystkie plany na resztę weekendu. Kierowca dodał gazu i odjechał z piskiem opon, podczas gdy ja leżałem nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, na czym właściwie polega oddychanie. Ból w klatce piersiowej wzbierał stopniowo, jakby tłoczony pod ciśnieniem niewidzialnymi kanałami. Poruszyłem się z jękiem i wtedy, ta sama co poprzednio siła poderwała mnie za klapy marynarki, a potem pchnęła jeszcze raz na chodnik. Nadal byłem dla niego tylko szmacianą lalką. Olbrzym w prochowcu wyrżnął mnie pięścią w podbródek, kopnął w nerkę, a następnie chwycił za włosy i znowu podniósł do góry, stawiając do pionu. Można by pomyśleć, że bawił się wyśmienicie, gdyby nie ten całkowicie obojętny wyraz niebiańskiej twarzy, zupełnie jakby wykonywał jakieś rutynowe czynności. Szarpnąłem się pomimo bólu, zacisnąłem palce w pięści i wyrzuciłem prawe ramię do przodu, usiłując w tym śmiesznym, rozpaczliwym akcie oporu dosięgnąć twarzy napastnika, ale moja dłoń musnęła jedynie kapelusz, który zsunął się na tył jego głowy, a potem dostojnie sfrunął na chodnik. Tak sądzę, bo nagle oślepiło mnie jaskrawo białe światło bijące tuż znad głowy oprawcy. Zmrużyłem oczy i po raz pierwszy dostrzegłem, jak tę nieludzko doskonałą twarz wykrzywia grymas złości. Super. Przynajmniej udało mi się go wkurzyć. Nie miałem jednak dość czasu, by napawać się własnym geniuszem taktycznym, bo w niemym osłupieniu gapiłem się na to coś, co pulsowało żywym blaskiem nad jego głową. To była aureola! Słowo daję! I wtedy właśnie, ten wielki, zmutowany kolos, niespiesznie sięgnął po własną aureolę, ujął ją w dłoń i niemal flegmatycznym ruchem przywalił mi nią z całej siły w brodę. Była ciężka i skuteczna jako narzędzie kaźni, nie powiem. Adrenalina zmieszana z alkoholem buzowała w moich komórkach i chyba dlatego usłyszałem bardziej niż poczułem, jak moja dolna szczęka odłamuje się od reszty czaszki z przerażającym zgrzytem. Byłem zbyt sparaliżowany, odrętwiały z bólu i strachu, by dokładnie rejestrować wszystkie te nowe, bajecznie silne doznania. Stał nade mną w rozkroku, jakby czekał na mój ruch, a ja miałem tylko jeden: zagadać go, nim zatłucze mnie na śmierć.

– Kem esteś? Czeo chcesz?– wybełkotałem, wypluwając unurzany we krwi ząb i zdaje się, pewne niewielkie fragmenty okostnej.

– Wiesz kim – odparł zupełnie spokojnym, jakże pogodnym tonem – albo już się domyślasz. Jestem twoim nowym aniołem stróżem. Nie wysilaj się. Nie wzywaj pomocy. Każdy kto tędy przejdzie, zobaczy tylko ciebie, pijaka leżącego na chodniku i bełkocącego coś niezrozumiale. Gdyby mnie tu nie było, leżałbyś teraz martwy pod kołami samochodu. Nie podziękujesz?

– Speodalaj. Woałem tego staego. – Przy tym stanie mojego zgryzu stać mnie było jedynie na bardzo oszczędne werbalizowanie odczuć, ale te wszystkie słowa i tak były boleśnie trudne do wyartykułowania w formie przystępnej nawet dla maksymalnie skupionego słuchacza.  

– Lepiej będzie, jak ci powiem. – Uśmiechnął się promiennie. – Nie musisz nic mówić. Wystarczy, że pomyślisz, poczujesz albo wyobrazisz sobie coś, a ja to usłyszę. Usłyszę naprawdę wszystko. Ooooo! Jaki niegrzeczny chłopiec… – Rzeczywiście usłyszał.

Zawiesił aureolę nad swoją głową, na jakimś niewidzialnym haku, pochylił się nade mną i włożył rękę do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki. Wyciągnął portfel. Wyjął ze środka banknoty. Przyświecając sobie aureolą, jak latarką, przeliczył gotówkę pospiesznie, z biegłością profesjonalnego kasjera.

 – To wszystko? Kilka stów? – Ta cierpka mieszanina irytacji i rozczarowania w jego głosie sprawiła, że ciarki urządziły sobie przechadzkę szlakiem mego kręgosłupa. Wyczuł to bezbłędnie. Jego twarz znowu przeobraziła się w nieprzeniknioną maskę. Splunął przez zęby na chodnik.

– Odwiedzę cię za tydzień. Przygotuj drugie tyle. Odtąd będziemy widywać się regularnie.

Nim wyprostował się wkładając kapelusz, owionął mnie mroźny chłód jego oddechu. Tchnienie wieczności. Zadrżałem. Potężne bary, jakby skurczyły się pod warstwą tkaniny, a potem rozpostarły na boki i wtedy dostrzegłem wyraźnie parę czubków, białych jak śnieg, pierzastych skrzydeł, wystających dyskretnie spod rąbka prochowca.

„Co stało się ze starym aniołem ?” – bełkotałem z mozołem w myślach. Pulsujący ból szczęki coraz silniej dawał się we znaki. Nawet moje myśli rozkołysane falami nawracających mdłości z trudem układały się w czytelne wypowiedzi.

– Wypalił się zawodowo. Przegoniłem go. Ech, społeczniaki! – parsknął pogardliwie patrząc gdzieś w dal nad moją głową. – Nie upilnują nawet twoich rybek w akwarium. Widziałem wielu takich jak on. Zmarniali po tych wszystkich waszych wojnach, zbrodniach, zamachach i katastrofach. Starzy, pomarszczeni, z trzęsącymi się rękami. Wyblakłe aureole i spłowiałe, postrzępione skrzydła… Wiesz ? – Przekrzywił głowę, obdarzając mnie figlarnym uśmiechem. – Ten twój, to miał nawet chyba lęk wysokości. Płakał jak dziecko, gdy zwisał głową w dół z dachu wieżowca, trzymany za nogę. Zdaje się, że miał jakiś problem ze skrzydłem. Takie urazy ciężko jest zaleczyć.

Kucnął naprzeciwko mnie, wyciągnął z kieszeni płaszcza piersiówkę i, nie spuszczając ze mnie oka, pociągnął solidny łyk. Oblizał wargi z lubością. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie w pewnym zamyśleniu, jakby szukał odpowiednich słów.

– Świat zmienia się na naszych oczach chłopie. Bardzo się zmienia. Ja jestem inny niż oni. Jestem przystosowany. Jestem przyszłością twoją i tego twojego świata. Ci, którzy płacą i których na mnie stać, mogą czuć się bezpiecznie. A ciebie na mnie stać prawda? – Mrugnął porozumiewawczo okiem. – No to na razie. Widzimy się za tydzień. – Nachylił się i poklepał mnie przyjacielsko po policzku, a ja syknąłem z bólu.

Gdy już rozpłynął się w mroku, uświadomiłem sobie nagle, że leżę na betonowym chodniku w środku nocy, pokiereszowany i bezradny, bezbronny, zdany na łaskę każdego kto wyjdzie zza rogu. Strach powrócił ze zdwojoną siłą. Poczułem się opuszczony i samotny pośród tych wszystkich otaczających mnie cieni, które z każdą upływającą chwilą zdawały się podkradać coraz bliżej, szczerząc kły, chciwie wyciągając ku mnie zakrzywione szpony. Zapragnąłem nagle, by mój oprawca powrócił i zabrał mnie stąd w bezpieczne miejsce. W moim umyśle narastała dziwaczna tęsknota za tą nieokiełznaną siłą, za władczością zdolną do zadawania tak niewyobrażalnego bólu. Wszak wszystkie czyhające w mroku upiory musiały przed nią pierzchnąć, albo ukorzyć się, rozstąpić służalczo z pochyloną głową i spuszczonym wzrokiem. I wiecie co? On naprawdę wrócił! Słowo stało się ciałem. Pojawił się niezwłocznie, już bez płaszcza i tego kuriozalnego kapelusza, w białej wykrochmalonej koszuli, z rozpostartymi szeroko skrzydłami, w oślepiającym blasku aureoli i z rozpromienioną anielsko twarzą. Szczerząc równe, bieluteńkie zęby w starannie wypraktykowanym uśmiechu amanta filmowego, ujął mnie w potężne ramiona i zaniósł czym prędzej na pogotowie, bacząc przy tym, by nie sprawić mi najmniejszego bólu, ani nie urazić w żaden inny sposób.

Potem oczywiście policzył sobie ekstra stówę. Za usługę „LŚNIENIE POŚRÓD MROKU”.

Koniec

Komentarze

Jestem pewna, że sobie poradzi. Opowiedziane bardzo dobrze. Czyta się płynnie. Piszesz lekko i plastycznie. No i to co najważniejsze w takich opowiadaniach– jest klimat. Dałam się porwać. Dziękuję.

Hmmm. Pomysł świetny, wykonanie też niby dobre, ale wstęp wydaje mi się za długi, trudno się przez niego brnęło. Mam wrażenie, że taka koncepcja, oparta na puencie, sprawdziłaby się w jeszcze krótszej formie.

Tekst oceniam na 5.

Babska logika rządzi!

Dzięki Dondante. :) 

Finkla, "trudno się przez niego brnęło" dlatego, że dostrzegasz istotne mankamenty w sposobie prowadzenia narracji, czy dlatego, że wolałabyś, aby akcja wcześniej się rozwinęła? Zauważyłem już, że na forum przywiązuje się szczególną wagę do fabuły, pomysłu i raczej wszyscy programowo skłaniają się ku minimalizmowi w sferze formy przekazu. Nie wiem, czy to dobra droga, by rozwijać się pisarsko. W zasadzie sam mam raczej skłonność do syntetycznego wyrażania myśli, ale skoro już używam słowa jako budulca, chciałbym móc bawić się nim do woli i czerpać z tego przyjemność, co nie oznacza wcale, że chcę dręczyć swoich czytelników. ;) Oczywiście w tym opowiadaniu są wyraźne odniesienia do czarnego kryminału, zwłaszcza uwielbianego przeze mnie sposobu prowadzenia narracji przez Raymonda Chandlera. Dlatego wzbogacona narracja wydaje mi się zasadna w przypadku tego tekstu.  Większość moich "straszydełek" jest nieco bardziej oszczędna w formie.  

Vieviórze, myślę, że złożyło się na to kilka czynników. Nie pasjonuję się “odmiennymi stanami świadomości” i nijak nie potrafiłam zainteresować się przemyśleniami moczymordy w knajpie. Nie mogłam się doczekać, aż przestanie biadolić. Sama też mam skłonności do usuwania zbędnych słów. Informacja to informacja, a całe “budowanie nastroju” zwykle mnie nudzi. Ten sam opis inaczej wygląda w powieści, inaczej w szorcie. No i jeszcze ostatnio mamy straszny wysyp tekstów na portalu, a Loża powinna to wszystko czytać…

Ale to tylko moja opinia. Niewykluczone, że Twoja jest nie tylko “Twojsza”, ale i bardziej uprawniona. :-)

Babska logika rządzi!

Zgoda. Obowiązek czytania wszystkiego, co jest publikowane na portalu, to argument za ograniczaniem objętości tekstów właściwie nie do przebicia. Ja mogę sobie pozwolić na pewną wybiórczość, inni niekoniecznie. ;)  

Aż tak źle nie jest, taki obowiązek, złożony na jedną osobę, byłby okrutny. Ale i tak powoli zaczynamy wpadać w panikę. ;-)

Babska logika rządzi!

Również uważam, że szorcik jest całkiem niezły. Rzeczywiście przydałoby się nieco skrócić początek – istotne informacje pojawiają się dopiero w końcówce i jest ich tam całkiem dużo, przez co trudno określić cel rozwlekania wstępu, skoro tam nie ma nic szczególnie ciekawego. Druga sprawa – motyw nocny bar+Bogart w prochowcu jest na tyle oklepany, że chyba każdy czuje ten klimat po trzech zdaniach, więc snucie opowieści w tym kierunku to jak – nomen omen – odkrywanie Ameryki. 

I po co to było?

Mało porywający początek, dziejący się w dekoracjach zwykłej knajpy, zupełnie nie zapowiada wypadków, do których dochodzi później. I bardzo dobrze, bo tym przyjemniejsza i bardziej satysfakcjonująca okazała się lektura Opiekuna. :)

 

bo nagle ośle­pi­ło mnie ja­skra­wo białe świa­tło… – …bo nagle ośle­pi­ło mnie ja­skra­wobiałe świa­tło

 

– Kem esteś? Czeo chcesz?– wy­beł­ko­ta­łem… – Brak spacji po pytajniku.

 

„Co stało się ze sta­rym anio­łem ?” – Zbędna spacja przed pytajnikiem.

 

Wiesz ? – Jak wyżej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka