- Opowiadanie: uradowanczyk - Posąg w tytoniowym dymie

Posąg w tytoniowym dymie

Opko wiszące na esensji.pl od ładnych paru lat. Tu zamieszczam w wersji poprawionej.  Inspiracją była chyba twórczość Jonathana Carrolla, który miał ewidentną słabość do postaci domorosłych demiurgów.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Posąg w tytoniowym dymie

1

Rozładunek dobiegał końca. Kobiety były jednakowo zmęczone, ponieważ mniej więcej po równo podzieliły się pracą. Mela wynosiła pudła z wypożyczonej furgonetki, Iza otwierała niektóre z nich, by coś z nich wyciągnąć lub ustawiała je na stosie, który powoli rósł na środku salonu.

– I finito, Izka. Pojazd opróżniony – sapnęła Mela, rzuciwszy na podłogę ostatni plastikowy worek. – I poradziłyśmy sobie bez faceta. A ty tak biadoliłaś.

– To tylko koniec pierwszego etapu, moja złota – sprecyzowała Iza. – Tak czy siusiak, zasłużyłyśmy sobie na kawę albo drinka.

– Ja chcę tylko piwko z lodówki – zawołała Melka, podnosząc rękę z entuzjazmem pięciolatki. Izabela uwielbiała w niej tę dziecięcą spontaniczność.

Nowy dom był tylko częściowo umeblowany, za to kuchnia i łazienka – dopieszczone na tip-top. Tylko tam przyjaciółki mogły uciec przed kurzem, bajzlem i prowizorką.

Przez kilka minut Mela łaziła po budynku, zaglądając w każdy kąt. W końcu klapnęła na taboret obok Izy. Nalała sobie słodkiego piwa o idealnej temperaturze sześciu stopni.

– Starzy się dokładali, czy Dorian zafundował ci chatę w całości? – spytała i natychmiast ugryzła się w język. Za późno, niestety. Iza się naburmuszyła.

– Tłumaczyłam ci to wiele razy, ale jak grochem o ścianę – odpowiedziała z rezygnacją. – Kupiłam ten dom za własne pieniądze. Wiem, wiem, co chcesz powiedzieć – dorzuciła po chwili, widząc, że Melania podnosi brwi i otwiera usta. – Dorian dobrze mi płacił. Zgoda, bardzo dobrze mi płacił. Ale myślisz, że było mi łatwo? Dam ci argument pierwszy z brzegu: musiałam mu regularnie pozować. Bywało, że przez dziesięć godzin z krótkimi przerwami. W jednej pozycji, wyobrażasz sobie? W zimnie i przeciągach. Albo goła, albo w kretyńskiej zbroi. Gdyby chociaż zgodził się na plastikową. Prosiłam go, żeby wypożyczył taką w teatrze, ale gdzie tam, jaśnie natchnionemu panu artyście to nie pasowało, bo przecież sztuka nie znosi kompromisów. Rozciągałam się i wyciągałam jak wojowniczki w heroicznych pozach. Ciężka tarcza i piętnaście kilo zimnego żelastwa. Znój i chłód, kochana, a nie łatwy grosz.

– Gdzieś czytałam, że… wręcz przeciwnie, że ocieplił główne atelier specjalnie dla ciebie.

– Czytałaś? Widzę, że jesteś jego wierną fanką – skomentowała Iza uszczypliwie. Melania spłoniła się wyraźnie. Jako osoba prostolinijna, nie za bardzo umiała ukrywać emocje. – Więc pewnie wiesz, że Dorian palił. Ale teraz powiem ci coś, czego brukowce nie doprecyzowały: on kopcił jak smok wawelski przy brydżu. Cygara, fajki, co podleciało i przy każdej okazji. Miał do tego talent. Potrafił zasyfić tę ogrzaną dwustumetrową pracownię w ciągu kilku minut. Musiałam myć włosy zaraz po sesji, bo od smrodu muchy mdlały. Już wolałam ten wiatr wyjący w fabrycznych halach, które tak go inspirowały. Przynajmniej powietrze było świeże.

Ten wywód wyraźnie zbił Melę z tropu. Dziewczyny posiedziały jeszcze chwilę w milczeniu, a potem wstały jednocześnie jak na dźwięk sygnału.

– Chodźmy dokończyć dzieła – zarządziła Izabela.

• • •

Wieczorem przyjaciółki siadły przed telewizorem. Melania znudziła się szybko i przysnęła. Obudziwszy się, wyczuła językiem nieprzyjemny osad na wargach. Półprzytomna potruchtała do łazienki, by przemyć twarz i wypłukać usta.

Otworzyła drzwi. Od razu zauważyła Izę, która stała przed jednym z luster i wcierała w twarz jakiś krem. Jeśli nie liczyć puszystych kapci na stopach, była naga.

– Ooo sorry, następnym razem zapukam – wymruczała Melania niewyraźnie i zrobiła ruch, jakby chciała się wycofać z powrotem do pokoju.

– Właź, głupia, przywykłam do podglądaczy – uspokoiła ją Iza. – I miejsca jest dosyć. Możesz zająć drugie stanowisko.

Faktycznie, w łazience były dwie umywalki. W sam raz dla pary o jednakowym rytmie dnia.

Mela opłukała twarz i od razu poczuła się lepiej.

– Wiesz co, jesteś bardzo atrakcyjną kobietą – rzuciła nagle, zerkając na stojącą z boku przyjaciółkę.

Iza uśmiechnęła się tylko, nie przerywając wklepywania kremu w kąciki oczu.

– Pamiętam, jak się spotkałyśmy pięć lat temu – ciągnęła Melania. – Skarżyłaś się na cellulit i rozstępy na brzuchu. Teraz po nich ani śladu. Chodziłaś na jakieś zabiegi?

Pas du tout! – zaprzeczyła Iza, wyraźnie ubawiona. – Nie miałam na to czasu. Ani na masaże czy solarium. I w sumie nie wiem, po co używam kremów przeciwzmarszczkowych. Chyba prewencyjnie.

Mimo że Iza nie uprawiała sportów, jej ciało wyglądało na jędrne i sprężyste. Skóra miała miodowozłoty odcień. Wiotkie srebrzyste włoski układały się na lędźwiach w fantazyjne desenie. Szczególnie w dołeczkach nad pośladkami, gdzie tworzyły dwie spirale, jakby wiry kręcące się w przeciwstawnych kierunkach.

– A ten wielki tatuaż pod łopatką, co się z nim stało? – zagadnęła ponownie Melania.

– Też zniknął – odparła Iza. – Sam się jakoś wytarł. I bardzo dobrze – mnie się znudził, a mój były też po nim nie płakał.

– Za to lubił długie szyje?

– Że co? – zdziwiła się Izabela.

– Tego akurat nie przeczytałam – wyjaśniła Mela. – Zauważyłam to w galerii. Jego posągi najczęściej patrzą gdzieś w bok. To uwydatnia ścięgna i…

Mela zacięła się na chwilę i Iza musiała zachęcić ją życzliwym spojrzeniem, by się odblokowała.

– Izko, to nie jest żaden odchył na punkcie anatomii, ale oglądałam nasze wspólne zdjęcia z plaży… wiesz, pięć lat temu, zanim poznałaś Doriana. Wtedy wyglądałaś całkiem zwyczajnie. A teraz masz łabędzią szyję, jak Dorianowe boginki.

– Nie doszukuj się tu jakiejś magii, kochana – rzuciła Iza niedbale. – Nawet jeśli masz rację, to da się to sensownie uzasadnić. Słyszałam, że specjalny masaż może wydłużyć ciało o trzy centymetry. Może dotyczy to też szyi – w końcu po każdej sesji Dorian masował mi kark. Tak naprawdę, to on mnie wszędzie masował. Może dlatego zniknęły rozstępy.

Iza nie miała ochoty zgłębiać tematu. Choć ta rozmowa mile łechtała jej próżność, teraz jednak najbardziej pragnęła zanurzyć się w pościeli.

– Ja jestem już wymyyyta – oznajmiła, przeciągając się energicznie. – Ty też wskocz pod prysznic, a potem melduj się u mnie pod baldachimem.

To powiedziawszy, porwała z wieszaka szlafrok i kołysząc biodrami, wyszła z łazienki.

• • •

– On nadal cię kocha, prawda? – spytała Mela, gdy już leżały pod miękkim kocem.

– Nie wiem, nie mam z nim kontaktu – odpowiedziała Iza sucho i sztucznie.

Przez chwilę czekała na reakcję przyjaciółki, ale ta milczała. Przekręciła się więc na bok i dotknęła koniuszkiem palca ucha Melanii, ledwo zarysowanego w ciemności.

– Melu, maleństwo. To nie była miłość – szepnęła. – Raczej obsesja, wariactwo. Dorian był wszechobecny, otaczał mnie ze wszystkich stron. Czułam się przytłoczona. Przecież każdy ma prawo do osobnego życia.

– Byłaś sławna…

– Sławna? Kpisz sobie – prychnęła Iza. – Myślisz, że ktokolwiek kojarzy moje nazwisko? Mówili o mnie: modelka Doriana. No, muza w najlepszym razie. I jeszcze się zdawało tym kretynom, że to dla mnie komplement. Nie byłam dla nich samodzielnym bytem. Błyszczał tylko on: zaklinacz piękna, ożywiacz kamieni.

– Niejedna chciałaby być na twoim miejscu.

– I niejedna straciłaby cierpliwość wcześniej ode mnie. Nawet gdy go… gdy się rozstaliśmy. Zresztą wiesz, co wyprawiał.

– Ale powiedz jeszcze raz – poprosiła jej towarzyszka, przełykając głośno ślinę.

Iza milczała przez chwilę, by zebrać myśli i ułożyć fakty we właściwym porządku.

– Najpierw dzwonił, wysyłał esemesy. Musiałam zmienić numer telefonu. Potem wystawał pod oknem, zaczepiał mnie na ulicy. Zmusił mnie w ten sposób do przeprowadzki. W międzyczasie sąd nakazał mu trzymać się z daleka, w odległości co najmniej kilometra. Nic to nie dało. Wariat ustalił nowy adres i znów się naprzykrzał. Wtedy już całkiem walnęło mu na dekiel. Tłumaczył mi na przykład, że logicznie rzecz biorąc, nie może się trzymać z daleka, skoro nie wie, gdzie mieszkam. Kupiłam wreszcie ten dom i tu już mnie nie wywęszy. Na szczęście miałby daleko. Poza tym wynajęłam detektywów, żeby zatrzeć ślady.

– I co zamierzasz teraz, gdy masz już święty spokój?

– O, nie uwierzysz, ale mogłabym przebierać w ofertach od agencji modelek. Może podpiszę kontrakt na reklamę kosmetyków? Chociaż nie, na jakiś czas wyluzuję. Mam kasę, nie muszę troszczyć się o chleb. Raczej egzotyczne wakacje… – rozmarzyła się nieoczekiwanie.

Przyjaciółka pomachała jej ręką przed oczami, przywracając do rzeczywistości.

– Tak, przede wszystkim dokończę studia – ciągnęła Iza. – A właściwie zacznę od nowa, na Jagiellonce. Pamiętasz może, kiedy rozeszły się nasze drogi? – dodała z innej beczki. – Na drugim czy pierwszym roku?

– Na pierwszym, zaraz po tym, jak spotkałaś Doriana. Myślę jednak, że niewiele straciłaś, rzucając uniwerek. Nie chcę ci za bardzo kadzić, ale jesteś teraz taka elokwentna. Kiedyś zacinałaś się, wstydziłaś. Teraz to co innego. On musiał z tobą dużo rozmawiać.

– Tak, gadaliśmy bez przerwy. Czasem mnie szczęka od tego bolała – odpowiedziała Iza, o dziwo zupełnie bez ironii. – Potrafił rzeźbić, palić i sensownie mówić w tym samym czasie.

Ziewnęła przeciągle i zamrugała intensywnie.

– Ale my już zasłużenie zaśnijmy, co? – wybełkotała.

– Tak, dobranoc.

Cisza nie trwała długo. Iza usiadła nagle, a potem opadła na poduchę.

– Melka?

– No?

– Jakiś niepokój mnie kolnął. Zostaniesz ze mną jeszcze parę dni, okej?

– Jasne. Dobranoc.

2

Doktor Jakub Witwicki miał niewesołą minę. Dorian siedział przed nim przygarbiony, z dłońmi uwięzionymi w zgięciach pod kolanami.

– Przyznaję, panie Urado, że natura pańskiej przypadłości jest bardzo zagadkowa. Na początku byłem przekonany, że cierpi pan na zaburzenia adaptacyjne. To typowa reakcja na stres, jakim było rozstanie z bliską osobą. Potem skłaniałem się ku bardziej radykalnej diagnozie, bo zauważyłem wiele cech typowych dla stanów depresyjnych. Tymczasem leki antydepresyjne najwyraźniej nie działają. Spróbujmy ustalić dlaczego. Zażywał je pan regularnie?

Rzeźbiarz potwierdził ruchem głowy.

Witwicki chrząknął.

– Czy ma pan wsparcie ze strony rodziny?

– Kumple przychodzą…

– To nie wystarcza. Poza tym zmiana środowiska i trybu życia nie przyniosła efektów.

– Nie przyniosła. Zresztą dlaczego miała przynieść? Mogę zjeździć świat wzdłuż i wszerz, a moje myśli będą zawsze ze mną.

– Leczenie to proces wieloaspektowy, nie do końca wiadomo, co przyniesie ulgę.

– Żeby leczyć, trzeba ustalić, co mi jest.

– Łatwiej powiedzieć, co panu nie jest – westchnął lekarz. – Gdybym przeszedł na grunt teorii psychoanalizy, stwierdziłbym, że nie działają u pana mechanizmy obronne. Takie jak wyparcie czy zaprzeczenie.

– O co chodzi?

– W pana wypadku – o spychanie bolesnych wspomnień do podświadomości.

– Niczego nie spycham do podświadomości.

– Właśnie nad tym ubolewam. I wobec tego wprowadzimy do terapii nowe elementy.

– Tak, tak, wprowadźmy nowe elementy – przytaknął Dorian mechanicznie.

Doktor Witwicki zatroskał się jeszcze bardziej. Postanowił nieco odczekać, jako że jego pacjent zdawał się przez chwilę balansować pomiędzy rozkojarzeniem a otępieniem. Psychiatrę ogarnęły wątpliwości, czy kontynuowanie sesji ma sens, postanowił jednak podjąć nową próbę.

– Spróbuję jednak pewne procesy zainicjować.

– Racjonalizacja…

– Co pan powiedział? – spytał psychiatra zaskoczony. – Skąd pan wie, co miałem na myśli?

– Tak jakoś mi przyszło do głowy. Jeden kumpel poradził, żebym sobie wszystko zracjonalizował.

– I co pan odpowiedział?

– Wywaliłem go z chaty.

Witwicki pokręcił głową z dezaprobatą.

– Myślę, że jest pan kimś szczególnym, panie Urado – oświadczył lekarz, mrużąc nieco oczy.

– Wyzwaniem, co? – mruknął Dorian.

– Hmm, nie zwykłem operować takimi kategoriami. W każdym razie muszę odwołać się do metod raczej niekonwencjonalnych.

– Już wiem. Wmówi mi pan, że Iza w żadnym razie nie była osobą wyjątkową, prawda?

– To zbyt śmiałe postawienie sprawy. A na marginesie, to też koledzy panu podpowiedzieli?

– Mógłbym wtedy uwierzyć, że nie była mnie warta – Dorian uporczywie rozwijał swą myśl, nie zważając na grymasy terapeuty. – Że to raczej ja byłem inicjatorem wydarzeń.

– Ale…

– I chce pan mnie zahipnotyzować.

– Cóż, myślałem o tym.

– Żebym wydobył z dna duszy, z głębi podświadomości jej prawdziwe albo nawet urojone wady i niedoskonałości, żebym porównał ją z innymi kobietami, których przecież tyle spotkałem w życiu. I miałby pan nadzieję, że zauważę wreszcie, że tego towaru pół świata.

– Zadziwia mnie pan, panie Urado – stwierdził Witwicki autentycznie zaskoczony.

– Jeśli takie ma pan zamierzenia, nic z tego nie wyjdzie.

– Dlaczego?

– Właśnie z powodów, które już pan nazwał, tylko innymi słowami.

– Niech mi pan opowie własnymi słowami – nakazał psychiatra stanowczym głosem, dzięki któremu miał odzyskać inicjatywę.

– No dobra, przyznaję – Iza, gdy ją poznałem, wyglądała jak nadpsuta topielica. Kiedy po raz pierwszy pojawiła się w pracowni, miała ziemistą cerę, a zamiast rumieńców jakieś plamy opadowe, rozlane bezładnie po całej twarzy. Cellulit, prostackie tatuaże, bielizna bez pomysłu, włosy bez połysku. Jezu, chyba byłem na ostrych dragach, gdy podpisywałem umowę, bo inaczej nawet na litość by mnie nie wzięła.

– A potem? Co się stało potem? – drążył Witwicki autentycznie zafascynowany monologiem pacjenta.

– Potem… potem jej skóra nabrała złocistomiodowego odcienia. Brwi wygięły się w łagodne półkola, a nozdrza wzdęły lekko, zarysowały tak drapieżnie. Policzki pokrył delikatny meszek, widzialny tylko z półprofilu pod światło. Ale pal licho cielesność, nie tylko ona się liczy. Był jeszcze jej głos, z każdym dniem czystszy, silniejszy. Zdania coraz pewniejsze, wielokrotnie złożone, bon moty, metafory. A jeszcze zapach. Perfumy, które musiała kupić za jakieś kosmiczne pieniądze. I ten ruch bioder, gdy wychodziła, gest, jakim sięgała po podomkę… Mówię panu, w jej przemianie było coś magicznego. Iza mnie oczarowała, wpasowała się w mój ideał kobiecości. I wie pan, całe zło, jedyne zło, jakie w niej dostrzegam, wyraża się w tym, że mnie zostawiła. I że dalej mnie unika.

– Akurat tego nie możemy wykorzystać w naszej terapii – rzekł psychiatra z zawodem. – W ten sposób nie ruszymy z miejsca.

Doktor Witwicki wstał zza biurka i zaczął się przechadzać po gabinecie, drapiąc intensywnie podbródek.

– Na dziś raczej skończymy. Proszę się zgłosić do asystentki, umówi pana na następną wizytę.

– Co będziemy robić?

– Jeśli się pan zgodzi, spróbujemy jednak hipnozy. A jeśli ona nic nie da, pozostaną nam tylko metody inwazyjne.

• • •

Najpierw, z samego rana, pojawili się rodzice Izy, państwo Koteccy. Koło południa pod dom zajechała ciężarówka salonu wyposażenia wnętrz. Dziarscy chłopcy wyładowali meble i porozstawiali je według wskazówek ojca właścicielki domu. Gdy sprzęty zajęły już swoje miejsce, Iza z mamą pojechały na zakupy, a Melania z panem Leonem zostali, by zawiesić zasłony i żaluzje.

Leon Kotecki był szpakowatym mężczyzną, wyjątkowo silnym jak na swój wiek. Interesował się sztuką i również z tego powodu wszelkie perturbacje w życiu córki żywo go obchodziły.

– Szykuje nam się ekscentryczny wystrój – wysapał, wchodząc na drabinkę. – Normalna pani domu zamówiłaby prostokątną płachtę i zawiesiła ją na prostym karniszu. Ale nie moja córka. Co za licho ją podkusiło z tymi alpinistycznymi karabińczykami zamiast żabek czy kółek?

– To wpływ Doriana oczywiście – odparła Mela bezmyślnie, wpatrując się w drzewo za oknem.

Leon Kotecki znieruchomiał na moment. Spojrzał z góry na rozmówczynię i przygryzł wargę, zastanawiając się, jak przyjąć to wyjaśnienie.

– No, to kolejne okno mamy z głowy – rzucił niezupełnie na temat, po czym zszedł na podłogę.

Powoli wycierał ręce papierowym ręcznikiem, czekając, aż Melania spojrzy w jego stronę.

– Ja z początku krzywo patrzyłem na ich związek – nawiązał ostrożnie. – Myślałem, że mi gówniarz córkę zmarnuje. Narkotyki, alkohol i te sprawy, jak to bywa u tej – pożal się Boże – bohemy. Bałem się, że on ją w to wszystko wciągnie. A tu proszę, wręcz przeciwnie. Teraz Iza to promienna i błyskotliwa osoba. Ten chłopak ma talent Pigmaliona. Aż mi głupio, że to nie ja ją tak ukształtowałem. Trochę mi przeszkadzało na początku, że córka miała, powiedzmy, mało ambitne zajęcie. Ona też chciała zresztą mieć jakiś dyplom. Ale można było rozwiązać to inaczej – mogła pozować po zajęciach. No, nie wiem. Tak jakoś… no, dziwię się córce.

– No to jesteśmy podobnego zdania – uśmiechnęła się Mela.

– Zbiera pani o nim informacje, nieprawdaż? – spytał Leon zachęcony tym wyznaniem.

– Jestem jego wielbicielką i kiedyś napiszę o nim książkę. Wiem o nim bardzo dużo, czasem nawet więcej niż on sam.

Ostanie zdanie Mela wypowiedziała nieco konspiracyjnym tonem, na co Leon chrząknął z zakłopotaniem.

– To dość odważne wyznanie. W takim razie niech pani opowie jakiś mało znany epizod z jego życia.

– Oczywiście – zgodziła się Mela, kiwając energicznie głową jak dziewczynka w przedszkolu. – Znam parę sytuacji, kiedy zdrowo namieszał. Raz nawet przeprowadziłam dziennikarskie śledztwo.

To było siedem lat temu. Dorian włóczył się po Polsce, dłubał, klecił, majsterkował. Już wtedy był sprawnym kopistą. Pewnego razu dostał zlecenie do wsi Dorohucza. Tamtejszy proboszcz chlubił się kolekcją dziewięciu płaczek rzeźbionych w białym marmurze. Codziennie ścierał z nich kurz, pucował i nabłyszczał. Dlatego serce mu omal nie pękło, gdy do świątyni wdarli się włamywacze. Świętokradcy opróżnili tabernakulum i ukradli najpiękniejszą z figur, świętą Katarzynę, męczennicę z Aleksandrii. Należało odtworzyć tę stratę, najlepiej rękami zdolnego, acz niedrogiego studenta.

Na prawdziwy marmur nie było Doriana stać w tamtych czasach. Żeby nie nadwerężać kieszeni, kupił substytut – parę worków gipsowej masy. Dolał wody, wylał wszystko do formy i gdy masa wyschła – uzyskał blok o przepisowym odcieniu. Dorek posłuchał opisów, przeanalizował jakieś stare szkice, dorwał dłuto i w tydzień uwinął się z robotą. Proboszcz był zadowolony z Dorianowego dzieła. Zaprosił młodego artystę na kolację. Solidnie obaj pojedli i popili, aż w końcu poszli spać. W nocy rozszalała się ulewa i powietrze we wnętrzu niezbyt szczelnego kościoła zrobiło się ciężkie od wilgoci.

Nazajutrz proboszcz poczłapał do kościoła odprawić jutrznię i się formalnie wściekł. Katarzynę od stóp do głów pokrywały paskudne zacieki i liszaje. Najpewniej gips był zanieczyszczony i zareagował z wodą, puszczając fantazyjne kolorki. Odkruszył się też na twarzy Katarzyny, czyniąc ją kostropatą jak po ospie. Nie dziwota, że ksiądz wściekł się i kazał Dorianowi wynosić się ze wsi, bez zapłaty rzecz jasna.

Dorek też się solidnie wkurzył. Bardzo liczył na kasę, bo ledwo wiązał koniec z końcem. Zwyzywał więc swego zleceniodawcę od tępych klechów i naciągaczy. Doszło do szarpaniny. Przyjechała policja. Według poufnych wskazówek władza spałowała młodego i wyrzuciła go gdzieś na leśnej drodze.

Następnego dnia ksiądz z kościelnym wjechali z taczką do świątyni, by usunąć wątpliwe dzieło. Ale najpiękniejsza z płaczek przeszła w ciągu nocy wielką metamorfozę. Jej twarz nabrała bolesnej głębi, jaka przystoi żarliwej męczennicy. Faktura rzeźby wygładziła się cudownie. A co najważniejsze, ordynarne gipsowe tworzywo przeistoczyło się w najszlachetniejszy karraryjski marmur.

Ksiądz oniemiał, rzecz jasna, ale przede wszystkim się zachwycił. Wysłał nieborakowi podwójną zapłatę przekazem pocztowym. Dorian musiał być zdezorientowany. Nie miał pojęcia, skąd się wzięła ta kasa. Do dziś zresztą nie wie.

– I jak pani to wytłumaczy, pani Melu?

– Powiem tylko, że widziałam i marmurową Katarzynę, i gipsowe odpryski – odparła Mela tajemniczo. – Proboszcz zachował je w worku.

– Więc nie odpowie pani? – nalegał Leon, sygnalizując tym samym, że bierze jej opowieść na poważnie.

– A nie będzie się pan śmiał?

– No, skądże! – zaprzeczył gorliwie.

– Myślę, że Dorian to taki czarodziej. Ma przelotną, mimowolną władzę nad materią. I niewytłumaczalny wpływ na ludzi.

– No tak, wpływ na ludzi to on ma niewątpliwie – przytaknął Kotecki. – Widzę to po Izie. Ale w takim razie dlaczego nie potrafił jej przy sobie utrzymać?

– To taki paradoks. Dorian nic nie wie o tej mocy. Działa ona zgodnie z jego pragnieniami, ale przypadkowo i poza świadomością.

Leon pokiwał głową i po chwili oboje zabrali się znów do pracy.

• • •

– Mam dla pana nową propozycję – obwieścił doktor Witwicki.

– Okej, ale muszę coś zastrzec na samym początku – powiedział Dorian znużonym tonem.

– Co takiego?

– Nie chcę nowych znajomości. Zupełnie nie mam ochoty.

– Broń Boże, miałem zupełnie coś innego na myśli. – Psychiatra odetchnął z ulgą. Usadowił się wygodniej w fotelu i sięgnął do szuflady po plik papierów. – Mam tu wyniki pańskich badań aktywności elektrycznej mózgu. I jestem pod wrażeniem. Gdy myśli pan o swojej byłej partnerce, ta aktywność jest trzy razy silniejsza, niż byłaby u przeciętnego człowieka w podobnej sytuacji.

Jak u napalonego węgorza – dodał w myślach i uśmiechnął się mimowolnie.

– I co z tego dla mnie wynika? – bąknął Dorian, co najwyżej średnio zainteresowany.

– To, że możemy panu zaordynować leki olwifaktoryjne z wielkim prawdopodobieństwem, że okażą się skuteczne.

– A co to takiego, leki coś-tam-faktoryjne?

– Pierwsza generacja pigułek na zapomnienie.

– O! I jak to działa? – Dorian ożywił się wyraźnie.

– Już panu tłumaczę. Komórki mózgu to między innymi neurony. Są ich miliardy. Neurony cały czas komunikują się ze sobą za pomocą wypustek zwanych synapsami. Proces przypominania polega na przekazywaniu neurotransmiterów pomiędzy synapsami. Jeśli tę wymianę zakłócimy, informacja przepada. Nasz lek zawiera inteligentne molekuły. Są one w stanie rozpoznać obszar kory mózgowej, który pracuje intensywnie, znaczniej intensywniej niż inne. Mają na celu uszkodzenie synaps biorących udział w tym procesie. W wyniku tego sabotażu zapis wspomnienia znika bezpowrotnie.

– Nie bardzo mam ochotę na demolkę w moim mózgu – odrzekł artysta, krzywiąc się mocno.

– Wie pan co? Jedna działka amfetaminy niszczy co najmniej dwieście tysięcy szarych komórek. Trzy razy więcej niż mój lek. Niech mnie pan zapewni z ręką na sercu, że nie zażywał pan tego narkotyku.

– Nno nie, nie mogę przysiąc – zmieszał się Dorian. – Dobra, co mam robić?

– Usiądzie pan spokojnie i zażyje lekarstwo. Pięć minut potem zacznie pan myśleć o jakimś aspekcie współżycia z byłą partnerką. Na początek weźmiemy na cel coś łatwego. Na przykład prezent, który jej pan kiedyś wręczył.

– Hm, dajmy na to… torebka z krokodylej skóry – zaproponował Dorian. – Była na nią chora, marudziła mi chyba z tydzień, więc kupiłem dla świętego spokoju.

– Może być – ucieszył się Witwicki. – Proszę usiąść w fotelu i się zrelaksować. Zaraz wracam z lekarstwem.

• • •

W poniedziałek, tuż po śniadaniu państwo Koteccy wyjechali. Dziewczyny sprzątnęły ze stołu, po czym zadecydowały, że położą się jeszcze. Tak tylko na trochę. Przysnęły jednak i „tylko trochę” rozciągnęło do półtorej godziny. Iza jak zwykle wstała pierwsza i zaczęła się kręcić po domu.

– Nie widziałaś mojej torebki z krokodylej skóry? – spytała głośno.

– Cssso? – wysepleniła Mela wyrwana z półsnu.

– Dorian mi ją podarował na ostatnie urodziny – wyjaśniła Iza lekko zniecierpliwiona. – Nie mogę jej nigdzie znaleźć.

– Trochę się ogarnę i poszukamy razem – zaproponowała Melania.

Zwlokła się niezgrabnie z łoża i poczłapała do łazienki. Po kwadransie przyjaciółki zabrały się do przetrząsania szaf i szuflad. Bez skutku.

– No, sorry, kierowniczko, ale skończyła mi się inwencja – oświadczyła Mela po półgodzinie, rozkładając bezradnie ręce. – Albo ją mole skonsumowały, albo porwał gang wielbicieli damskiej garderoby. Ja w tych okolicznościach idę przygotować śniadanie.

Iza zignorowała te słowa i dalej szperała po wszystkich zakamarkach.

– Torebeczko, pokaż rogi, dam ci sera na pierogi – mamrotała do siebie, chodząc po pokoju i drapiąc się po głowie. Zdarzało się też szepnąć: truś, truś czy cip, cip. Gdyby ktoś ją usłyszał, miałby niezły ubaw.

Wkrótce Iza porzuciła bezowocne zajęcie. Chwyciła ogrodniczą łopatkę i wyszła do ogrodu sadzić kwiatki. Dziabała ziemię z osobliwą zawziętością, która niewątpliwie była objawem podłego nastroju. Na szczęście niespecjalnie radosny dzień jakoś dociągnął do końca i przyjaciółki zasnęły snem sprawiedliwego.

Nazajutrz to Mela obudziła Izę. Trąciła kilkakrotnie jej ramię, wpatrując się uporczywie w twarz.

– W co się tak wślepiasz? – wymruczała Iza, lekko uchyliwszy prawe oko. – W pierwszy siwy włos na mojej skroni?

– Żeby to siwy. Żeby to jeden – odpowiedziała Melania jakby zauroczona. – No, ale na serio. Coś ty za fryzurę wymyśliła?

– Od wieków nie wymyśliłam żadnej fryzury – ucięła Iza. – Najpierw robił to za mnie mój były, a potem nie miałam czasu.

Iza zamknęła ponownie oczy, by nie dać poznać, jak straszny zżera ją niepokój. Odczekała stosowną chwilę, po czym zerwała się z łóżka i potruchtała w stronę łazienki.

– Aaaa!!! A! Łaaa! – wrzaski dobiegające z pomieszczenia słychać było w całym domu.

Iza wybiegła z łazienki wprost do garderoby, gdzie trzymała torebkę. Wytrząsnęła jej zawartość wprost na parkiet. Nerwowym ruchem chwyciła lusterko. Niestety, zwierciadełko obwieściło jej tę samą przerażającą nowinę. Dziewczyna na przemian patrzyła w nie, potrząsała głową i zamykała oczy, jakby licząc, że koszmar za chwilę minie. Nie chciał minąć. W apogeum złości modelka podreptała na zewnątrz, by przyjrzeć się nieszczęściu w świetle słońca. Jedną ręką wciąż kręciła kosmetycznym przyborem, a drugą wichrzyła i mierzwiła włosy na wszystkie strony.

Melania podążyła za nią ostrożnie. Stanęła na tarasie i przyglądała się Izie z odległości kilku metrów.

Formalnie rzecz biorąc, kasztanowe jeszcze wczoraj włosy Izabeli dzisiaj były bezbarwne. To znaczy, nie miały jednego, konkretnego koloru. Mieniły się wszystkimi odcieniami tęczy, w zależności od pozycji oglądającego i kąta padania promieni słonecznych.

– To mi przypomina werniks samochodowy typu kameleon – powiedziała Mela. – Był modny parę lat temu. Teraz tylko wsiowe buraki jeżdżą takimi furami. Ale nie sądziłam, że ten lakier istnieje w wersji fryzjerskiej.

– Co mi tu jakieś głupoty opowiadasz, młoda! – warknęła Iza i spojrzała z wyrzutem na koleżankę. – Może nie ty mi zrobiłaś ten kawał, co?

– Oczywiście, że nie! – zaprotestowała Mela.

Jej oburzenie było tak szczere, że chwilowo odegnało podejrzenia Izabeli. Obiektywnie rzecz biorąc, taki zabieg byłby trudny do wykonania. Jak zdołałaby na przykład tak szpetnie ją rozczochrać, nie budząc przy okazji?

– Mniejsza o to. W takim razie pomóż mi się z tego wygrzebać – poprosiła Iza pojednawczo. – Mam parę kolorków do wyboru. Od dawna miałam ochotę na tycjana z balejażem.

– No to chodźmy.

Następny dzień okazał się jeszcze trudniejszy dla obu przyjaciółek, tyle że z różnych powodów. Iza zerwała się już o świcie. Po pierwsze, żeby sprawdzić, czy nowy kolor nie zniknął tajemniczo w nocy. Okazało się, że nie, ale jej to nie uspokoiło. Przez cały ranek przetrząsała swoje osobiste rzeczy i coraz bardziej wściekła biegała po wszystkich pomieszczeniach. Melania przezornie usunęła się z trasy tornada. Zjadła szybko kilka tostów i wyszła do ogrodu kosić trawnik.

Izabela odnalazła ją tam tuż przed południem. Była rozdygotana i z trudem panowała nad sobą. Podniosła do oczu kartkę, którą trzymała w dłoni.

Melania popatrzyła na nią uważnie.

– Zginęły mi następujące rzeczy: szkice z pałacu Czetwertyńskich, naszyjnik z krzemieniem pasiastym, koronkowa bielizna Eleganza Ekskluziv, album ze zdjęciami, apaszka i kamera. Co do kamery – jeszcze wczoraj miałam ją w ręku. Tyle strat zanotowałam na tę chwilę. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie te przedmioty podarował mi Dorian.

Iza patrzyła gniewnie na koleżankę, zaciskając mocno usta.

– Przede wszystkim, co ma znaczyć ten ton? – zapytała spokojnie Melania. Stała wyprostowana i nawet nie zmrużyła powiek, patrząc w oczy Izabeli. – Sugerujesz, że ja to wszystko ukradłam?

– Mniejsza o to, czy ukradłaś, czy zniszczyłaś, czy wyrzuciłaś – rzuciła Iza z pasją. – Wynoś się z mojego domu!

– Jesteś pewna tego, co mówisz? – zapytała Melania, bardziej zasmucona niż zaskoczona.

– Jestem pewna! – krzyknęła Iza, dając wreszcie upust długo tłumionej furii. – Odkąd tu jesteś, węszysz i knujesz. A dlaczego? Bo jesteś zazdrosna o moją przeszłość!

Melania przez chwilę stała bez ruchu. Wielkim wewnętrznym wysiłkiem zmusiła się do zachowania spokoju, mając nadzieję, że emocje wkrótce opadną i że całą sytuację da się wyjaśnić. Ale skutek takiej postawy był przeciwny do zamierzonego.

Kamienna twarz kumpelki wprawiła Izę w szał.

– Zabieraj swoje łachy natychmiast! – wrzasnęła. – Masz pierdolca na jego punkcie. Szczysz po udach na jego widok. Ciągle Dorian to albo Dorian tamto. No to pędź za swoim fantomem, może cię zerżnie w napadzie miłosierdzia. Dam ci nawet rekomendację na piśmie. I możesz sobie zachować te gówniane gadżety, ty niedopieszczona fetyszystko! Tylko niczego więcej nie ruszaj.

Tego już było Melanii za wiele. Milcząc, szybkim krokiem poszła do domu, spakowała się pośpiesznie i wsiadła do samochodu.

– Jesteś niepoczytalna – powiedziała cicho – dlatego nie odpłacę ci pięknym za nadobne. Mam nadzieję, że wkrótce otrzeźwiejesz.

Otworzyła tylne drzwi samochodu, wrzuciła kilka spakowanych pospiesznie walizek i odpaliła silnik.

– Aha, nie mam pojęcia, co się stało z gadżetami z twojej listy – dodała jeszcze przez uchylone okno. – Nic stąd nie zabieram oprócz zmęczenia i rozczarowania.

• • •

Melania nie ujechała nawet dziesięciu kilometrów, gdy po raz pierwszy zadzwoniła jej komórka. Zobaczyła na wyświetlaczu imię Izabela. Po krótkim namyśle zignorowała sygnał i kontynuowała jazdę. Iza jednak nie przestawała – dzwoniła co kilka minut. W końcu Mela dała za wygraną. Zatrzymała samochód na poboczu, bojąc się, że rozmowa wyprowadzi ją z równowagi i że przez to straci panowanie nad kierownicą.

– Halo – mruknęła z rezerwą.

– Melcia! – w głosie przyjaciółki zabrzmiały histeryczne tony. – Ja… ja wszystko odwołuję, przepraszam, błagam cię, wracaj. Wróć, wróć natychmiast, bo ja chyba wariuję! Halo, słyszysz mnie?

– Tak, słyszę – odpowiedziała Melania oschle.

– Ja wiem, że to nie ty, to jakaś paranoja, ja tracę zmysły albo mam halucynacje. Błagam cię, przyjedź!

– Ale co konkretnie się dzieje?

– Zaraz jak pojechałaś, pobiegłam sprawdzić swoje papiery. Wiesz, prawko, paszport i tak dalej. Żeby sprawdzić, czy ty mi ich nie… No, nieważne. W każdym razie, wyobraź sobie, otwieram paszport i na moich oczach wszystko znika. Na moich oczach litery wyblakły! Wszystkie moje dane, rozumiesz!

– Jak to, wszystkie? – zapytała Melania z niedowierzaniem.

– No, oprócz pierwszej litery imienia. To jak, przyjedziesz? – zapytała Iza błagalnie.

Melania westchnęła przeciągle. Zastukała palcami o kierownicę.

– Zaraz u ciebie będę.

• • •

– I co dobrego, panie Urado? – spytał doktor Witwicki niemal jowialnie, rozkładając ramiona.

– To raczej pan powinien ocenić, czy dobrze mi się dzieje – odparł Dorian z przekąsem. – Pewnie ma pan swoje metody. Jakiś test czy kwestionariusz.

– Jasne, że mam – rozpromienił się lekarz. – Mam długą listę pytań. A potem zrobimy małe podsumowanie. Myślę, że od razu przejdziemy do naszej wielkiej gry. Pytanie numer jeden: w jakim to słynnym miejscu naszkicował pan serię aktów pod tytułem „Karolina bez krynoliny"?

– Nie mam pojęcia.

– I bardzo dobrze. Co kupił pan swojej partnerce w Pradze zimą tego roku?

Czekając na odpowiedź, doktor Witwicki zupełnie nieprofesjonalnie zmrużył oko i zrobił głupkowatą minę.

– Nie pamiętam, żebym w ogóle był w Pradze – odpowiedział Dorian po długim milczeniu, rozkładając ręce.

– Jeszcze lepiej. Jak ma na imię pańska była partnerka?

– Irena. Nie, oczywiście, że nie Irena – poprawił się Dorian natychmiast. – Nie znoszę tego imienia. Ma na imię… Izyda, Izolda. Jakoś na I.

– Popracujemy nad tym – skwitował Witwicki, jakby mniej zadowolony. A jakiego koloru ma włosy?

– Nie pamiętam. Za to pamiętam jej czarodziejskie oczy. Są zasadniczo niebieskie, ale nie do końca. To jest taki błękit, który przechodzi gwałtownie w zieleń. A zieleń tworzy jaskrawą otoczkę wokół źrenicy.

Dorian wpadł w stan jakiejś bolesnej zadumy. Oczy mu lekko zmętniały.

– Hmm – chrząknął psychiatra. – Nad tym też przysiądziemy. Mam tu nowy lek. To znaczy ten sam, ale w aerozolu. Będzie pan nim pryskał do nosa. Przewiduję, że efekty będą spektakularne.

– Kiedy możemy zacząć?

– Jak tylko dobrniemy do ostatniego pytania.

• • •

Kobiety siedziały do późnej nocy przy napoczętej butelce wina. Najpierw Iza zdała relację ze swoich przejść. Potem Melania opowiedziała o kilku najciekawszych epizodach z życia Doriana, wprawiając rozmówczynię w osłupienie.

– Wiesz, Melka, jeszcze wczoraj wyśmiałabym twoje rewelacje – westchnęła Iza. – Ale dziś już nie mam wyjścia, muszę ci wierzyć. To znaczy, muszę się czegoś trzymać. Dolać ci wina?

– Może potem – odmówiła grzecznie Mela. – Wyciągnijmy najpierw wnioski na trzeźwo. Jak sama zauważyłaś, prawie wszystkie incydenty, które ci się przytrafiają, mają jakiś związek z Dorianem. I na odwrót. Zauważ, że nic podejrzanego nie dzieje się z obiektami, o których twój były nie wiedział. Na przykład z kieckami, które kupiłaś ostatnio.

– Jak to dobrze, że zdążyłam sprzedać samochód – wtrąciła Iza, uśmiechając się ponuro. – Tak czy ślimak, do czego zmierzasz?

– Nie wydaje mi się, by on ci źle życzył, wręcz przeciwnie, ale to mi się kojarzy z obrzędami voodoo.

– Jeszcze mi tego brakowało – westchnęła Iza.

– Ustal, co jest grane – poleciła Melania. – Skontaktuj się z nim.

– Ale gdzie go znaleźć?

– Nie domyślasz się? W soboty Dorian przesiaduje w knajpie Pod Złamanym Skrzydłem. To jego stary, żelazny, zwyczaj i nie sądzę, żeby coś mogło go naruszyć.

– Czyli mogę go dorwać już jutro?

– Niewątpliwie.

– No to zbieramy z rańca dupę w garść i ruszamy na Kraków. Tylko pojedźmy jednak twoim wozem.

Mela pokiwała głową z aprobatą.

3

W sobotę, wczesnym południem przyjaciółki zatrzymały się przed knajpą Pod Złamanym Skrzydłem. Na parterze znajdował się bar, a na piętrze restauracja z tarasem dla palaczy. To tam właśnie dziewczyny spodziewały się znaleźć Doriana. Dla pewności spytały o niego kierownika zmiany, barmana o imieniu RADEK wyhaftowanym na koszuli.

– Nasz stały bywalec? – Radek pokiwał głową konfidencjonalnie – Siedzi na tarasie. Ma tam spokój aż do pory obiadowej.

Iza odetchnęła z ulgą. Potrzebowała tylko małego piwa dla kurażu, więc obie z Melanią usiadły przy barze.

Gdy Iza już opróżniła kufelek, Radek pojawił się przy niej i wyćwiczonym ruchem usunął go z kontuaru.

– Jakich to cudeńków teraz nie wymyślą – powiedział ni stąd, ni zowąd, spoglądając na Izabelę.

– Ma pan na myśli mój makijaż? – spytała podejrzliwie. – Jest całkiem zwyczajny.

– Nie, mam na myśli szkła kontaktowe – sprostował chłopak za barem. – Jak się przez to ogląda świat?

– Ja nie mam żadnych… – Iza zacięła się i spojrzała na Melę.

– Och – jęknęła Melania, zakrywając usta.

Iza czym prędzej wyjęła z torebki lusterko i obejrzała swoją podobiznę.

– O Boże! – krzyknęła.

Pominąwszy ten drobiazg, że źrenic w ogóle nie dało się wyróżnić, tęczówki jej oczu nie były już niebiesko-zielone. Przypominały raczej lekko wypukłe zwierciadełka, w których odbijała się teraz dzierżąca lusterko ręka Izabeli.

– Pędź w podskokach na górę! – rozkazała Mela. – Nie masz chwili do stracenia. Przyciśnij go. Dowiedz się, co jest grane i… powodzenia!

Pośpiesznym, niezgrabnym ruchem Iza wsadziła lusterko do torebki. Obciągnęła krótką spódniczkę i wbiegła po schodach.

• • •

Na zadaszonym i częściowo oszklonym tarasie przebywał tylko jeden gość. Siedział przy małym, dwuosobowym stoliku. Nagle, skuliwszy się mocno, wyciągnął ręce w poprzek blatu, wsuwając je w skąpą przestrzeń pomiędzy szklankami i popielniczką, w której tlił się papieros. Innych utensyliów Iza w pierwszej chwili nie rozpoznała.

Wyglądał fatalnie – był blady, zgaszony, wychudły. Od czasu, gdy Iza widziała go po raz ostatni, stracił przynajmniej dziesięć kilo.

Dziewczyna poczuła irracjonalną tremę. Zaschło jej w ustach, a wokół oczu pojawiło się nieprzyjemne mrowienie. Po raz enty poprawiła spódnicę i poły żakietu.

– Dorian? – zagadnęła nieśmiało.

Spojrzał na nią pytająco.

– Dorian, nie poznajesz mnie? – ciągnęła zdezorientowana i cokolwiek rozczarowana brakiem żywszej reakcji na jego twarzy.

– Nie, nie poznaję – stwierdził rzeźbiarz bezradnie. – Ale jest pani podobna do kogoś. Powiedziałbym, do mojej odległej miłości. To znaczy miłości w odległym sensie. Ech, bredzę bez związku. Znamy się skądś?

Nie mając po temu jednoznacznych przesłanek, dziewczyna uznała, że Dorian ją rozpoznał i tylko droczy się, by sprawić przykrość. To przekonanie dodało jej pewności. W końcu sama często stosowała konfrontacyjną formę kontaktów. Zdecydowanym ruchem odsunęła krzesło i usiadła naprzeciw eks-partnera.

– Dorian, musimy porozmawiać – zakomunikowała niemal oficjalnie.

– Porozmawiać? – skrzywił się Dorian. – Akurat dzisiaj, gdy potrzebuję nic nie mówić… Widzi pani, to szczególny dzień i wolałbym mieć spokój.

– Przestań się wydurniać z tą „panią”! Mów mi Iza, jak dawniej.

Dorian wydawał się nic nie kojarzyć, a karcący ton głosu rozmówczyni bynajmniej nie przywoływał go do porządku. Iza musiała znaleźć inny sposób dotarcia do świadomości byłego chłopaka. Szybkim spojrzeniem ogarnęła drobiazgi rozrzucone na blacie stolika.

– Oblivion – wymruczała, obracając w palcach pojemnik z lekiem. – To jakiś inhalator? Nabawiłeś się astmy?

– Nie bardzo wiem, dlaczego o to pytasz, Izo – odpowiedział Dorian znużonym głosem. – Jesteś moja fanką? Podobasz mi się, ale nie moglibyśmy się spotkać jutro? Albo chociaż odłóżmy sprawy do wieczora, będę przytomniejszy. Mam jeszcze do zrobienia ostatnią dezaktywację i wszystko wróci do normy.

– Jaką dezaktywację? – zaniepokoiła się modelka.

– Zabieg wymazywania z pamięci – wyjaśnił.

– Co takiego? Co chcesz wymazywać z pamięci?

– Naprawdę chcesz to wiedzieć? – upewnił się Dorian.

– Oczywiście, że chcę to wiedzieć, głupku jeden! – krzyknęła dziewczyna.

Dorian zamierzał nawet zareagować jakoś na jej napastliwy ton, ale doszedł do wniosku, że szybciej pozbędzie się natrętnego gościa, wyjaśniając zwięźle swój problem.

– Dobra – jęknął z rezygnacją. – W przeszłości kochałem kogoś. Podobno, bo mój lekarz zaprzecza. Wszyscy zaprzeczają tak naprawdę. Ale czasem zdaje mi się, że to właśnie przez nią wyglądam… jak wyglądam. No, mniejsza. W każdym razie potem, wydaje mi się, że mnie porzuciła. A może umarła? Widzisz, to głupie, przez to wszystko nie jestem do końca pewien, czy w ogóle istniała. W każdym razie jej cienie ciągle mi się plączą pod czaszką. Kiepsko to znoszę. Muszę je… całkiem wykasować, bo się wykończę. Dzisiaj jest dzień próby. Ostatni sztach i będzie dobrze. Dobrze będzie, jak tylko znikną zwidy.

– Jakie zwidy, do jasnej cholery?! – uniosła się Iza. Szybko jednak opanowała nerwy, bojąc się, że do reszty straci kontakt z rzeźbiarzem. – Dorian, ty… ty naprawdę mnie nie poznajesz? Dlatego że zmieniłam fryzurę? I z powodu oczu? Powiedz, że to głupi żart.

W głosie dziewczyny pojawił się ból i wyrzut. Dorian musiał jakoś rozpoznać te nastroje i jego głos złagodniał wyraźnie.

– Wyjaśniam ci to wszystko, bo chcę być miły – westchnął. – Może byłaś, to znaczy jesteś, moją… bo ja wiem, przyjaciółką, w tej chwili nie pamiętam. Ale nie chcę tracić przyjaciół. Nieważne, zamęt dziś się skończy. Ten lek… – Iza spojrzała na trzymany w ręku dozownik – to jest aerozol. Zawiera takie drobinki, mikroroboty.

– Co takiego? – zdziwiła się dziewczyna. – Mikroroboty?

– Tak, tak – Dorian pokiwał głową. – Cacka nanotechnologii, nie większe niż ludzka komórka. Już je sobie zapodałem. Za chwilę będą krążyć w moim mózgu i czekać na sygnał. Zniszczą każdy neuron, który brał udział w toksycznym związku. Wyczyszczą wszystko.

Iza intensywnie porządkowała myśli. Miała wrażenie, że panuje w nich nie mniejszy chaos niż w duszy bliskiego kiedyś człowieka.

– I… jak ma wyglądać ten sygnał do ataku? – Iza wybrała najsensowniejsze pytanie spośród wszystkich, które przyszły jej do głowy.

Dorian dał ręką znak, oznaczający, że zaraz wszystko się wyjaśni. Wiercąc się lekko, zaczął przeszukiwać kieszenie.

– Pokażę ci – wymamrotał, nie przerywając szperania po wszystkich zakamarkach kurtki. – Za mały kwadransik będę nowym człowiekiem. Wyleczonym. Wyjaśnisz mi wtedy, co ci leży na sercu, Izabelo. Możesz nawet tutaj zaczekać, tylko się nie odzywaj.

Dorian położył na stole płaskie puzderko. Wyjął z niego dwa okrągłe płatki i wsadził je sobie pod powieki. Następnie rozparł się wygodnie i splótł dłonie na brzuchu.

– Co ty robisz? – spytała Izabela.

– Miałaś siedzieć cicho – odburknął niewyraźnie, nie otwierając oczu. – Albo dobra, powiem ci. To taki narkotyk. Przenika do żył i tętniczek w powiece. Wyobraź sobie, że powieki są dla niego najlepszymi receptorami. I ten środek pobudzi mózg i wtedy wspomnienia przewalą się przez moją czaszkę. Przejrzę wszystko, wykasuję to, co ma zniknąć na zawsze. Mikroroboty zniszczą… wyczyszczą mi z mózgu cały syf. A teraz już nic nie mów, muszę się skupić.

Dorian zdawał się zapadać w sen. Oddychał miarowo i spokojnie, a na jego ustach pojawił się nawet przelotny uśmiech.

Izabela rozejrzała się niespokojnie. Mimo że ostatni palacze opuścili taras jeszcze przed jej przyjściem, mimo lekkiego przeciągu, nad podłogą wciąż unosiła się wyraźna warstwa dymu. Jak mogła go do tej pory nie zauważyć!? Niedopalony papieros też wciąż kopcił w popielniczce. Wąska strużka unosiła się z rozżarzonego końca i szybowała w kierunku jej twarzy. Rozdrażniona zgniotła niedopałek i cisnęła go na podłogę energicznym ruchem.

Gdy wykonywała ten gest, coś ją zaintrygowało. Powtórzyła ruch jeszcze raz. Zarys dłoni rozmazał się dziwnie, jak na artystycznych fotografiach biegaczy. Zamachała ponownie ręką przed oczami i zobaczyła tylko niewyraźną smugę. Przybliżyła palce do oczu. Dłoń powoli stawała się przeźroczysta. Patrząc na wskroś, Iza rozróżniała nawet okruchy rozsypane na podłodze. Nerwowym ruchem podwinęła rękaw żakietu. Jej przedramię nie tylko stało się przejrzyste, ale traciło powoli wyrazisty obrys.

Izabela poczuła niepokój. Drżącymi rękami otworzyła torebkę, wyszarpnęła lusterko i odnalazła w nim odbicie twarzy – niewyraźne, rozmazane, zamglone. Wtedy wszystko zrozumiała. Okrutna prawda walnęła ją w ciemię obuchem.

– Nieee! – zawyła przeciągle. – Wyjmij to z oczu!

Desperacko rzuciła się na blat, zwalając z niego wszystkie przedmioty. Rozcapierzonymi palcami dosięgła głowy Doriana. Ścisnęła dłońmi skronie i jednocześnie wpiła kciuki w jego oczy.

– Aaaaj, przestań wariatko! – wrzasnął były kochanek, chwytając napastniczkę za nadgarstki.

Tymczasem Iza zdołała wbić paznokcie w jego powieki i zadrzeć je do góry, odsłaniając potwornie przekrwione białka oczu. Dorian musiał wysoko unieść źrenice, skoro w ogóle nie było ich widać. Nie było też śladu po płatkach leku.

– Dorian, to ja, Izabela, twoja miłość, twoja kochanka! Obudź się, przypomnij sobie! Dlaczego mi to robisz?

– Puszczaj, kretynko! Wydłubiesz mi oczy! – krzyknął chłopak nie mniej głośno.

Szarpnął jednocześnie na boki ręce Izabeli, z trudem odrywając je od twarzy. W tym momencie dziewczyna poczuła, że ziemia ucieka jej spod nóg. Majtnęła bezradnie kończynami. Podtrzymywana wciąż przez Doriana, dzięki kilku konwulsyjnym ruchom przesunęła się po blacie. Rozłożyła się na nim jak długa, ale to był tylko doraźny ratunek. Po chwili stół także począł zapadać się w niezbadaną czeluść.

– O, Boże, spadam! – krzyknęła histerycznie. – Błagam cię, Dorian, trzymaj mnie!

Jakby wyczarowane tym krzykiem, pojawiły się znikąd kłęby śmierdzących obłoków. Kotłowały się i wirowały, jak gdyby chciały wchłonąć wszystko na swojej drodze. Na szczęście Dorian wciąż trzymał Izę za nadgarstki żelaznym uściskiem.

– Dorku, ja do ciebie wrócę, przysięgam – wycharczała dziewczyna, z trudem łapiąc oddech. – Tylko mnie nie zabijaj, proszę, błagam! Trzymaj mniee!

Nagle ciężar własnego ciała szarpnął ją ku dołowi. Iza opuściła głowę. Nie dostrzegła nic prócz złowrogiej, szarej przestrzeni. Bezgranicznie przerażona, zamachała nogami. Nic to nie dało. Nie znalazła najmarniejszego nawet punktu oparcia.

– Dorian, zaklinam cię, nie puszczaj! – głos Izabeli przypominał teraz desperackie, żałosne skomlenie.

Zadarła głowę. Tam, w górze też czaił się siny dym. Otulał zbielałe kostki palców, boleśnie ściskających jej ręce. Ale chwyt słabł wyraźnie, a nadgarstki wyślizgiwały się nieuchronnie, nieubłaganie. Iza przestała słyszeć cokolwiek poza własnym rzężeniem. Próbowała jeszcze krzyczeć, ale jej głos tracił powoli wyrazistość, rozpływał się, wracał żałosnym echem, swoją własną karykaturą.

A między rękami zamajaczyła zawieszona w niebycie głowa Doriana. Źrenice powróciły na swoje miejsce i z ciekawością wpatrywały się w Izę. Na twarzy pojawił się blady uśmiech. Chociaż nie, jeszcze nie – dopiero zarys, zaledwie rozpoznawalny grymas ulgi.

– Nie myślałem, że to będzie aż tak… namacalne – szepnął Dorian. – Żegnaj, Izabelo.

Rozluźnił chwyt.

Iza runęła w przepaść.

Przenikliwy okrzyk strachu i rozpaczy prześwidrował uszy Doriana. Ucichł jednak szybko, gwałtownie stłumiony, rozpuszczony w dźwiękochłonnej materii.

• • •

– Jezus, Maryja! Dodek, ale wędzarni narobiłeś! – zawołał barman, pokasłując i machając rękami. – Klientów mi powypłaszałeś.

Radek nie od razu dostrzegł adresata swojego zażalenia. Dopiero po pół minucie coś zaszurało w kącie tarasu. Dorian niezgrabnie poderwał się z krzesła. Zataczając się lekko, sam zaczął machać rękami. Na szczęście do akcji włączył się wiatr, który rozpędził dym serią rześkich powiewów.

– Ty musisz jarać z dziesięć szlugów na raz – stwierdził Radek z niejakim respektem, podchodząc do niesfornego bywalca.

Dorian przetarł twarz papierową chusteczką. Otrząsnął się jak mokry pies i dopiero wtedy wrócił do rzeczywistości. Najpierw sylwetka barmana wyklarowała się na tle szklanych drzwi, a zaraz potem dziewczyna, którą Dorian rozpoznał natychmiast.

– Cześć, Melania! – rzucił wesoło.

– Dzień d… to znaczy cześć, Dorian – odpowiedziała dziewczyna i spłonęła staromodnym rumieńcem. – Nie sądziłam, że mnie tak szybko skojarzysz. To znaczy, że w ogóle. Spotkaliśmy się raptem trzy razy.

– Widzieliśmy się pięć razy – sprostował Dorian. – Z czego po raz ostatni przez trzy minuty i dwadzieścia sekund. Wystarczy, żeby zapamiętać imię. Nie mam może wyjściowej facjaty, za to mózg przejrzysty jak nigdy.

– A właśnie, kto ci takie śliwy wymalował? – zainteresował się barman. – I to pod dwoma ślepiami. Takie masz spuchnięte, że… widzisz coś przez te szparki?

– Nic ci nie jest? Nie biłeś się z kimś przypadkiem? – wtrąciła Mela. – Bo słyszeliśmy jakieś krzyki.

– No właśnie – podchwycił Dorian. – Ja się musiałem kimnąć i jakiś wrzask mnie wyrwał ze snu.

Jakby na jakiś znak, wszyscy troje zaczęli się rozglądać. Barman schylił się i pozbierał z podłogi co grubsze skorupy stłuczonej popielniczki.

– Będę musiał przysłać kogoś ze szczotą – oznajmił tonem znawcy życia.

Mela z kolei drapała się po skroni, myśląc nad czymś intensywnie.

– Co ja tutaj właściwie robię? – mruknęła, nie kierując jednak tego pytania do żadnego z towarzyszących jej mężczyzn.

– Krzyczałem pewnie przez sen, więc ruszyłaś mi na pomoc – odparł Dorian pół żartem, pół serio.

Mela uśmiechnęła się, ale wciąż sprawiała wrażenie zdezorientowanej.

– No, jestem wzorową samarytanką, to fakt. Ale powiedzcie mi, czego szukam w tym lokalu. W ogóle dziwnie się czuję, bo wbiegając tu, jeszcze to wiedziałam.

– No właśnie, Dodi – podjął Radek. – Nie widziałeś tu może jakiegoś… jakiejś…

W tym momencie głuchy rumor dobiegł z dołu. Towarzyszyły mu śmiechy i chór zduszonych, tubalnych głosów.

– No i masz – westchnął barman. – Zaczyna się biegunka sobotniej nocy. Chyba muszę wracać na posterunek, bo dziewczyny same nie poradzą.

– To my też zejdziemy – zaproponował Dorian, mrugając szelmowsko do Melanii. – I przy piwku ustalimy, co nas zagnało pod Złamane Skrzydło.

– No, niezupełnie – zastrzegła dziewczyna. – To znaczy, nie w tym sensie. Zdaje się, że przyjechałam samochodem, więc najpierw uzgodnimy, co konkretnie wypiję.

Nie oponowała jednak, gdy Dorian delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Ruszyli powoli ku schodom.

Po kilku krokach Melania zatrzymała się i rzuciła za siebie badawcze spojrzenie. Zmarszczyła czoło, próbując ogarnąć sytuację. Nic nie zwróciło jej uwagi, więc tylko wzruszyła ramionami i, niby niechcący, musnęła palcami plecy artysty.

W parę sekund później dołączyli do rozbawionych głosów.

 

Koniec

Komentarze

Nieźle napisane, ale, wybacz autorze, trochę nudnawe. Doczytałem do znikających liter w paszporcie i dalej nie dałem rady. Niemniej styl nie najgorszy. Pozdrawiam.

A mi się podobało, nawet bardzo. Imię bohatera od razu naprowadza na właściwy trop, ale jednak to nie dokładnie o to chodzi. W każdym razie, pomysł rewelacyjny.

Iza wybiegła z łazienki, trzymając w ręku lusterko.

To mi zgrzytnęło – w łazience zwykle jest duże wiszące lustro, nie musiała brać do ręki małego. A jak wybiegła w panice, to nie miała głowy do chwytania…

Tekst oceniam na 9.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla.  Dzięki za komentarz. Z tym lusterkiem – wiesz lepiej :) Lusterkowy problem (chyba) rozwiązałem

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Przyjemny tekst. Nie jestem pewna czy był to zabieg specjalny, ale całość skojarzyła mi się nie tylko z “Portretem”, ale też z “Zakochanym bez pamięci”. Zrobiło to na mnie dobre wrażenie. :)

Kill the Moon

“Portred Doriana

graya”, zawsze będzie wzorem niedoścignionym. Pozdrawiam.

Początek trochę przegadany, ale rozumiem, takie wprowadzenie. Od połowy zaczęło się dziać dużo więcej, jednak w tym samym momencie domyśliłam się finału. Mimo wszystko, opowiadanie czytało się naprawdę nieźle.

 

Pozdrawia Mela ;)

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Bliskie to solipsyzmowi na tyle, że taką można przyczepić tekstowi etykietkę – zarazem odległe tak, iż rzeczone odczytanie byłoby błędem zawężenia pola widzenia. Niezła gra z czytelnikami… Kłóci się założenie, leżące u podstaw intrygi, ze zdrowym rozsądkiem i racjonalnym, naukowym spojrzeniem na świat, lecz to dostrzega się w pełni dopiero po dotarciu do słowa “koniec”. Wcześniejsze obiekcje skutecznie przytłumia ciekawość, co dalej, ku czemu prowadzi Autor i jaką ścieżką… Jak widać, można w znanym nam, wręcz realnym świecie osadzić, za pomocą trzech prostych pomysłów, nieskomplikowanych chwytów, opowieść bagienną – czyli wciągającą, wyjaśniam dla uniknięcia nieporozumień – i dobrze, przynajmniej moim zdaniem tak właśnie, skonstruowaną.

 

Po przeczytaniu Operacji mikroNajwłaściwszego rodzaju miłości, spodziewałam się opowiadania utrzymanego w podobnej konwencji, a tu, okazuje się, pełne zaskoczenie! Bardzo miłe. ;-)

Rzecz współczesna, dziejąca się tu i teraz, podana została w sposób niezwykle atrakcyjny i szalenie zajmujący. Intryguje od początku, wciąga i nie pozwala przerwać lektury aż do ostatniej kropki. Przynajmniej ja tak miałam. I bardzo się z tego cieszę. ;-)

 

Iza otwie­ra­ła nie­któ­re z nich, by coś z nich wy­cią­gnąć lub usta­wia­ła je na sto­sie, jaki po­wo­li rósł na środ­ku sa­lo­nu. – …Iza otwie­ra­ła nie­któ­re, by coś z nich wy­cią­gnąć lub usta­wia­ła na sto­sie, który po­wo­li rósł na środ­ku sa­lo­nu.

 

Tłu­ma­czy­łam ci to wiele razy, ale jak gro­chem o sufit… – Tłu­ma­czy­łam ci to wiele razy, ale jak gro­chem o ścianę

Rzucać grochem o ścianę, to związek frazeologiczny.

 

a potem w stały jed­no­cze­śnie jak na dźwięk sy­gna­łu. – …a potem wstały jed­no­cze­śnie, jak na dźwięk sy­gna­łu.

 

W mię­dzy­cza­sie sąd na­ka­zał mu się trzy­mać się z da­le­ka… – Zbędny zaimek.

 

Wła­śnie z po­wo­dów, które już pan już na­zwał, tylko in­ny­mi sło­wa­mi. – Zbędne jedno już.

 

przy­gryzł wargę, za­sta­na­wia­jąc się, jak się od­nieść do tego wy­ja­śnie­nia. – Może: …przy­gryzł wargę, za­sta­na­wia­jąc się, jak przyjąć to wy­ja­śnie­nie.

 

Tam­tej­szy pro­boszcz chlu­bił się ko­lek­cją dzie­wię­ciu pła­czek rzeź­bio­ną w bia­łym mar­mu­rze.Tam­tej­szy pro­boszcz chlu­bił się ko­lek­cją dzie­wię­ciu pła­czek, rzeź­bio­nych w bia­łym mar­mu­rze.

To nie kolekcja była rzeźbiona, a płaczki.

 

Co­dzien­nie ście­rał z nich kurze, pu­co­wał i na­błysz­czał.Co­dzien­nie ście­rał z nich kurz, pu­co­wał i na­błysz­czał.

Czy na rzeźbach osiadał różny kurz, czy raczej ścierał z nich ptakowi? ;-)

 

Mam tu pań­skie wy­ni­ki badań ak­tyw­no­ści elek­trycz­nej mózgu. – Wolałabym: Mam tu wy­ni­ki pań­skich badań ak­tyw­no­ści elek­trycz­nej mózgu.

 

Na przy­kład pre­zent, jaki jej pan kie­dyś wrę­czył.Na przy­kład pre­zent, który jej pan kie­dyś wrę­czył.

 

Jak zdo­ła­ła­by na przy­kład tak szpet­nie roz­czo­chrać, nie bu­dząc jej przy oka­zji? – Drugi zaimek jest zbędny.

 

Do­wiedz się, co się dzie­je i… po­wo­dze­nia! – Proponuję: Do­wiedz się, co jest grane i… po­wo­dze­nia! Lub: Do­wiedz się, o co chodzi i… po­wo­dze­nia!

 

Do­rian roz­po­znał i tylko dro­czy się, by jej spra­wić przy­krość. – Drugi zaimek jest zbędny.

 

Zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nę­ła krze­sło i usia­dła na­prze­ciw eks­part­ne­ra. – …usia­dła na­prze­ciw eks­-part­ne­ra.

 

Szyb­kim spoj­rze­niem ogar­nę­ła obiek­ty roz­rzu­co­ne na bla­cie sto­li­ka. – Wolałabym: Szyb­kim spoj­rze­niem ogar­nę­ła przedmioty/ drobiazgi roz­rzu­co­ne na bla­cie sto­li­ka.

 

Znisz­czą każdy neu­ron, co brał udział w tok­sycz­nym związ­ku.Znisz­czą każdy neu­ron, który brał udział w tok­sycz­nym związ­ku.

 

Iza wy­bra­ła naj­sen­sow­niej­sze py­ta­nie spo­śród wszyst­kich, jakie przy­szły jej do głowy. – …które przy­szły jej do głowy.

 

Źre­ni­ce po­wró­ci­ły na swoje miej­sce i z cie­ka­wo­ścią wpa­try­wa­ły się w twarz Izy. Na twa­rzy po­ja­wił się blady uśmiech. – Powtórzenie.

Może: Źre­ni­ce po­wró­ci­ły na swoje miej­sce i z cie­ka­wo­ścią wpa­try­wa­ły się w Izę. Na twa­rzy po­ja­wił się blady uśmiech.

 

Do­pie­ro po pół­mi­nu­cie coś za­szu­ra­ło w kącie ta­ra­su.Do­pie­ro po pół­ mi­nu­cie coś za­szu­ra­ło w kącie ta­ra­su.

Mam może nie­wyj­ścio­wą fa­cja­tę, ale mózg przej­rzy­sty jak nigdy. – Proponuję: Nie mam może wyjściowej/ reprezentacyjnej facjaty, ale mózg przej­rzy­sty jak nigdy.

 

Będę mu­siał wy­słać kogoś ze szczo­tą – oznaj­mił tonem znaw­cy życia. – Raczej: Będę mu­siał przy­słać kogoś ze szczo­tą – oznaj­mił tonem znaw­cy życia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za uwagi, regulatorzy. Postaram się wcielić korektę w czyn :) Czasowo troszku nie wyrabiam…

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Jestem jego wielbicielką i kiedyś napiszę o nim książkę. Wiem o nim bardzo dużo, czasem nawet więcej niż on sam.

Ostanie zdanie Iza wypowiedziała nieco konspiracyjnym tonem, na co Leon chrząknął z zakłopotaniem.

Mam wrażenie, że w tym miejscu pomyliły Ci się bohaterki. 

 

Dobrze napisany tekst oparty na prostym pomyśle. Przeczytałam z przyjemnością i zainteresowaniem, które nieco (ale tylko nieco) osłabło po jakimś czasie, kiedy domyśliłam się, do czego to wszystko zmierza. 

Gdybym się miała czepić, to napisałabym tylko, że w początkowych partiach bohaterki trochę za dużo opowiadają sobie o rzeczach, które doskonale znają. Iza po raz kolejny opowiada Meli o współpracy z Dorianem, chociaż wcześniej powiedziała, że tłumaczyła to już wiele razy, a potem serwuje wykład na temat rozstania, chociaż Mela zna to na pamięć. Mela najwyraźniej lubi powtarzane w nieskończoność historyjki. ;) 

EDIT: Chociaż, w sumie, skoro jest taką fanką Doriana, to może dręczenie w ten sposób przyjaciółki ma sens.

Ocha – ależ skuchę popełniłem, myląc bohaterki. No sam bym wytargał za ucho za coś takiego, dzięki za interwencję. To musiałem od razu poprawić.

Lepiej brzydko pełznąć niż efektownie buksować

Bardzo porządnie napisane opowiadanie. Pomysł też nietuzinkowy, tylko taki w pewnym sensie prostolinijny. Gdy człowiek zaczyna wgłębiać się w tekst i dochodzi do sedna pomysłu, pierwszą reakcją jest zachwyt, bo to naprawdę fajny pomysł. Problem polega na tym, że jest właściwie jedna droga, którą faktycznie można ten pomysł rozwinąć przez co fabuła – choć ciekawa – jest absolutnie przewidywalna. 

Co nie zmienia jednak faktu, że tekst czytało się bardzo przyjemnie.

Dobra – żeby nie pisać cztery razy tego samego, zrobię zbiorczy komentarz do “Posągu”, “Operacji”, “Najwłaściwszego” oraz “Zadymy”.

 

Pierwsza rzecz, która mi się rzuciła w oczy, to specyficzne przegadanie tekstów. Widać to najbardziej w tych dwóch tekstach o królewiczu. Czytałem kiedyś stare opowiadania z Fantastyki i wydaje mi się, że być może rzeczywiście dawniej tak się pisało – tj. tocząc powolną narrację i dając się bohaterom wygadać. Niestety ani kreacja bohaterów, ani poruszane zagadnienia, dość błahe, chyba nie dźwigają ciężaru takiego tempa opowieści. 

Podobny zarzut można by odnieść również do dwuwymiarowców. Tam, trzeba przyznać, problem jest ciekawszy, natomiast przegadanie, nadmiernie wyeksponowany protagonista – jednocześnie niemal archetypiczny pan docent – topią pomysł. 

Kolejną cechą charakterystyczną jest ten specyficzny “oldschoolowy” styl. To trochę taka obosieczna broń, z jednej strony fajnie się czyta, ale z drugiej – w nadmiarze zaczyna uwierać. 

Czytałem jeszcze jedno Twoje opowiadanie, to o kuratorze – ono było znacznie lepsze, ponieważ wspomniany wyżej styl, również w kreacji fabuły, przekazywało w znacznie skuteczniejszej formie, tj. dość krótkiej (dwa razy mnie znaków) i skondensowanej, przez co odpadł problem znużenia.

Komentowane opowiadanie zaś ma ten minus, że fabuła zbyt szybko robi się klarowna, przez co w finale już nie ma pary – wydaje mi się, że takie historie dobrze jest oprzeć na podwójnym twiście, tj. podrzucając czytelnikowi wskazówki co do konkretnego rozwiązania, a w finale zrobić krok naprzód i jeszcze raz zakręcić. Wtedy zrobi się efekt “wow, myślałem, że rozgryzłem autora, a tu taaakie coś” ; )

I po co to było?

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka