- Opowiadanie: Ragnar Lodbrok - Skarb Haralda Sinozębego

Skarb Haralda Sinozębego

Mam niewątpliwą przyjemność przedstawić Wam opowiadanie, które napisałem w jeden wieczór, ten dzisiejszy, specjalnie na konkurs pn “Dragoneza”. Jest to takie moje przywitanie z Wami, bo jestem nowym uczestnikiem tego Forum. Piszę, choć jest to raczej hobby niż dochodowe zajęcie, ale to żadna nowość :-) Jestem autorem dwóch powieści Yggdrasil Struny Czasu i Yggdrasil Exodus. Obecnie u mojego agenta złożyłem powieść czysto historyczną (653 000 znaków :-), w której opisuję wyprawy wikingów na tereny Emiratu Kordoby i do Ameryki Północnej a konkretnie na Półwysep Labradorski. Miłej lektury

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Skarb Haralda Sinozębego

Radek Lewandowski

Skarb Haralda Sinozębego

 

Ten co podły jest i złośliwy,

Naśmiewa się z czego bądź;

Nie wie on, co wiedzieć winien,

Że sam bez błędu nie jest1.

 

Delikatnie kołysząc się w rytm ruchu fal i równomiernych pociągnięć wioseł, okręt zbliżał się niemal bezszelestnie do brzegu. Był to niezbyt duży, trzydziestowiosłowy snek, którego samotny maszt z kwadratowym wełnianym żaglem budził postrach wśród mieszkańców wybrzeży na niemal całym świecie. Nie tyle sam maszt, zwany przez załogę Staruszkiem, co właśnie pomalowany w biało-niebieskie pasy żagiel oznaczał dla rybaków i słabiej obwarowanych osad kłopoty, przy których poborca podatków jawił się niczym gnący się w pokłonach dobrotliwy wujaszek. Te barwy oznaczały jedno – nadciągali wikingowie.

Mokre od rozbryzgów wody burty błyszczały w słońcu jak zanurzone w oliwie, gdy długie, smukłe wiosła po raz ostatni musnęły powierzchnię morza.

– Do góry, uważać na pióra! – Głos stojącego na dziobie kapitana był głęboki i donośny, nawykły do wydawania rozkazów i przekrzykiwania północnych wiatrów.

Podejście było łagodne, więc snek, gnany siłą rozpędu, z chrzęstem piasku pod stępką sunął jeszcze jakiś czas, by osiąść dwadzieścia kroków od brzegu. Nagle z lekkim skrzypieniem począł przechylać się na lewą burtę.

– Zrzucić liny i wszyscy na sterburtę! – Kapitan pierwszy skoczył na prawo, a w jego ślady poszła reszta załogi. W tym czasie cztery ekipy po trzech ludzi każda zaczęły wbijać w płytkie dno długie dębowe pale i wiązać do nich solidne wanty z plecionki ze skóry morsa.

– No to jesteśmy, panie. Wyspa wygląda na bezludną, ale jedynie bogowie wiedzą czy jest to prawdą. Wyślę kilku ludzi na brzeg, to zobaczymy. – Kapitan Gunnar Tyrkersson stał wyprostowany na wprost niemłodego już mężczyzny, którego prosta, biała szata lekko powiewała na wietrze. Właśnie kolejny mocniejszy podmuch zgarnął niesforne siwe pasma z czoła starca, odsłaniając puste oczodoły. Mężczyzna w młodości oddał bogu w ofierze swój wzrok, zyskując w zamian dar ślepowidzenia.

To był Vingor, najwyższy kapłan z Gamli Upsali. Niemal całą twarz czcigodnego pokrywały splecione wizerunki węży, które łącząc się nad brwiami, rozdzielały u nasady nosa, by wracając pod oczami odsłonić przy uszach szeroko rozwarte paszcze. Dowódca okrętu widział starca bez koszuli na grzbiecie i wiedział, że całe jego plecy pokrywał wizerunek smoka z rozpostartymi skrzydłami, które zdawały się poruszać w rytm ruchów ramion.

Vingor wciągnął napływające od strony wyspy powietrze, ale nie nosem, jak zwykły człowiek, a ustami, smakując jego zapachy długim i wąskim językiem.

– Pusto, ale seidr2 jest tu gęsta niczym miód, nie ufaj oczom… – Kapitan nie był pewien, czy usłyszał odpowiedź, czy rozległa się ona w jego głowie, ale to było bez znaczenia. Już od początku czcigodny wydał mu się dziwny. Zażyczył sobie, by mu zbudowano pod pokładem drewnianą szopę, na której dno kazał wysypać grubą warstwę drobnego piasku. Dowódca Krwawego Uścisku spełnił tę i inne niecodzienne prośby swego gościa. Spore znaczenie miał tu przechodzący z rąk do rąk niewielkich rozmiarów, ale przedniej roboty kuferek, pełen złotych fryzyjskich solidi.

– To co rozkażesz, panie? – Gunnar podczas całej tej rozmowy stał nieruchomo niby głaz. Musiał przyznać sam przed sobą, że bał się tego wiekowego mędrca.

– Piętnastu ludzie pójdzie ze mną, reszta zostanie na pokładzie. Nie wolno schodzić na ląd! – Starzec jakby dla dodania wagi swoim słowom skierował niewidzące spojrzenie na kapitana, a ten miał wrażenie, że na dnie pustych oczodołów dostrzega czerwoną poświatę. Tyrkersson, zwany przez swoich ludzi Sztywnym Karkiem, skinął tylko głową na znak zgody i głośno przełknął ślinę. Potrafił splunąć w twarz samemu władcy, ale magia zawsze napełniała go przerażeniem. – Wypłyńcie na głębszą wodę, by okręt był w każdej chwili gotowy do ucieczki, ale w pobliżu wyspy ma cały czas czekać łódź. – Kapłan widocznie uznał rozmowę za zakończoną, bo narzucił kaptur na głowę i odwrócił się w kierunku wybrzeża.

– Ale gdzie mają iść? To mała skalista wyspa z jedną ogromną górą w środku.

– Za mną, niech idą za mną – i starzec z młodzieńczą lekkością przeskoczył niską burtę okrętu. Gunnar gotów był przysiąc, że jego buty i szata pozostały suche. Wojowie wikińscy, starzy i młodzi, patrzyli w osłupieniu, jak ich dziwny pasażer idzie w kierunku brzegu. Za jedyną broń służyła mu czarna jak samo Hel laska, ale nawet gdyby w dłoni trzymał uschnięty patyk, nikt nie odważyłby się podnieść na niego ręki.

Kapitan odwrócił się i skinął ręką na syna swego brata, mężczyznę w sile wieku i z jasnym pomyślunkiem.

– Niels, będziesz hovdingiem oddziału. Weź czternastu najlepszych i ruszaj za czcigodnym Vingorem. To jest jakieś przeklęte przez bogów miejsce, więc jeśli jeszcze chcesz pokazać w domu swoją dupę, wypełniaj bez szemrania wszelkie rozkazy kapłana.

– Mam złe przeczucia, wuju. – Niels Bard zmarszczył czoło. – Ten kapłan bardziej przypomina wyznawcę Jormungandra niż Freja. Lepiej zostawmy go na wyspie i wynajmijmy nasze miecze komuś innemu.

– Dałem mu słowo, chłopcze. – Ton głosu kapitana nie pozostawiał cienia wątpliwości. Sprawa była przesądzona.

– Niech i tak będzie, oddaję swoje życie w ręce bogów i twoje, wuju. – odrzekł Niels, po czym odwrócił się i rozpoczął kompletowanie drużyny. Nie trwało długo, gdy pierwszy z najemników dotarł do stojącego nieruchomo na brzegu Vingora.

Ten jakby obudził się nagle z letargu,. Wbił w piasek swoją laskę i wydawało się, że z tego miejsca rozeszły się po plaży drobne fale jak po wrzuceniu kamienia do wody.

– Nikt, ale to nikt nie może oddalić się ode mnie na odległość większą niż dwadzieścia kroków! Nim zapadną ciemności musimy dotrzeć do jaskini! – Kapłan zdawał się wypatrywać czegoś w głębi wyspy. Potem ruszył, ale jakoś dziwnie, jakby zmagał się z przeciwnym, porywistym wiatrem.

Oddział sprawnie uformował najeżoną długimi oszczepami kolumnę i ruszyli za przewodnikiem.

W pewnym momencie idący na końcu kolumny Skeggi, młodzieniec dla którego była to pierwsza wyprawa na wiking, oddalił się w kierunku niskich krzaków. Przed zejściem na ląd dla dodania sobie odwagi wyżłopał sporo piwa i teraz jego pęcherz domagał się postoju. Chłopak oddał ziemi co swoje i właśnie wiązał rzemienie, gdy poczuł zmianę. Zaczął krzyczeć, gdy ból stał się nie do wytrzymania, a po chwili jego krzyk przerodził się w ryk bestii. Skeggi się zmieniał, rozciągał, rósł i porastał długą, splątaną sierścią.

Słysząc mrożące krew w żyłach okrzyki, oddział zatrzymał się. Dopiero teraz zauważyli brak towarzysza.

– Ketill, Ingvar, za mną. – Niels ruszył w kierunku wrzasków, ale w miejscu zatrzymał go wyprany z emocji głos kapłana.

– Stać. Jemu już nie pomożecie.

 

Wikingowie patrzyli z przerażeniem na to, co było jeszcze przed chwilą ich kompanem, a teraz wyskoczyło spomiędzy krzaków. Na ciele bestii powiewały fragmenty odzienia, porozrywanego na strzępy jakąś potworną siłą, a sam Skeegi był teraz o dwie głowy wyższy od największego z nich. Jego potężna pierś łapała płytkie oddechy, a z rozdziawionego wilczego pyska leciały na ziemię płaty piany, jak u wściekłego psa.

– Hamramir3 – cichy szept rozszedł się po oddziale i nie w było wiadomo kto pierwszy wypowiedział to słowo.

Nagle, niby kamień puszczony z procy, pół człowiek, pół wilk skoczył chcąc dopaść pierwszego z ludzi. Nawet doświadczeni wojowie mieli problem z zabiciem zmiennokształtnego, bo stwór z Hel, nie zważając na własne rany, rzucał się na ludzi i pomimo żelaza w piersiach zabijał, póki nie osłabł z upływu krwi. Tak byłoby zapewne i tym razem, gdyby nie Vingor. Starzec podniósł wysoko swoją dziwną laskę, a hamramir zatrzymał się, jakby wpadł na niewidzialny mur. Rzucony czyjąś silną ręką oszczep przebił mu bok, ale zmiennokształtny nie zaprzestawał ataków.

– Zostawcie, nie mamy teraz czasu. Nie pójdzie za nami tam, gdzie się udajemy, a nim wrócimy zdechnie z upływu krwi. – Kapłan odwrócił się i ruszył z miejsca. Aż do stóp ogromnej góry, którą starzec nazwał Górą Smoków, nikt nie odważył się oddalić poza wyznaczoną strefę bezpieczeństwa.

 

***

 

– Mówię wam, tam coś jest! – Mężczyzna idący na przedzie niewielkiego oddziału zbrojnych machnął pochodnią tak, że cienie zawirowały na skalnych ścianach niby żywe istoty.

– Nie drzyj japy, bo zwalisz nam głazy na łby. Idziemy już dobre ćwierć dnia i jakby pod Smoczą Górą coś miało mieszkać, to już by nam się wgryzło w bebechy. – Wysoki na półtora człowieka Bjarni Hakonsson, zwany też Bjarnim Maczugą, poprawił uchwyt na solidnym dwuręcznym toporze. Choć w tym miejscu korytarza sklepienie wcale nie było niskie, wielki wiking szedł przygięty ku ziemi, co jak widać nie poprawiało mu humoru.

– A ja czuję, że to czai się przed nami i byłbym milczący niczym trup, gdybym szedł jako ostatni. – Ingvar Krzywy Nos nie dawał za wygraną. – Ale zrządzeniem bogów mnie pierwszego rozszarpie strażnik tego miejsca, a nie ciebie, tłusta dupo.

Cichy, urywany śmiech z wielu gardeł odbił się od kamieni i poleciał do przodu, budząc dziwne, dzwoniące echa.

– Co na cycki trolowej su… – Ingvar nie dokończył zdania, bo nagle ściany korytarza skończyły się i przed grupą śmiałków otworzyła się czarna przestrzeń, nieznacznie rozświetlona słabym blaskiem łuczywa.

– Dawać tu więcej światła, migiem! – Niels Bard pierwszy przytknął nasączony łojem i owinięty płótnem czubek płonącej pochodni do niesionego przez Ingvara sosnowego kija. Pozostali poszli w jego ślady. Po chwili kilkanaście jasnych punktów rozgorzało migotliwym blaskiem i oczom poszukiwaczy ukazała się ogromna skalna komnata, której krańce ginęły w mroku.

– Ketill z Merlundem na prawo, Half z Eskilem na lewo, idźcie wzdłuż ścian, a zobaczymy jak wielka jest ta podziemna hala. Reszta z mną! – Nie czekając na efekt swych słów, Bard ruszył za starcem, który, choć ślepy, zdawał się doskonale widzieć w ciemnościach. Kompani poszli w ślady dowódcy, tylko jeden z nich pozostał u wejścia do jaskini, osadzony w miejscu słowami hovdinga rzuconymi przez ramię.

– Krzywy Nos zostaje, by nam wskazać drogę ucieczki.

– Sam mam tu zostać? Sam przeciw setkom wrogów? – Ingvar nie zamierzał dać się łatwo wypatroszyć miejscowym potworom. – Już czuję, jak pod skórą drżą mi mięśnie, a może chcecie, żebym jak ten biedny Skeggi zmienił się w wilka?

– To pusty kałdun ci drży, poza tym mówiłeś, że tylko jeden smok pilnuje Góry. Jakby co, zrzuć łachy a strażnik pomyśli żeś ty kościotrup albo draug4. – Bjarni Maczuga gruchnął na całe gardło swoim hałaśliwym śmiechem, aż spod sklepienia drobne skalne odłamki posypały się na głowy zbrojnych.

– Jeszcze raz zarżysz jak kastrowany ogier, a sam wbiję ci saks w gardziel – Vingor odwrócił się tak szybko, że wydawało się to niemożliwe u człowieka w jego wieku. Śmiech zamarł jak ucięty nożem. Wielkolud przypalany spojrzeniem strarca wydawał się z każdą chwilą mniejszy, aż niemal nie wyróżniał się spośród towarzyszy. Kapłan Freja, widocznie zadowolony z efektu, odwrócił się przywołując gestem dłoni Nielsa Barda.

– Widziałeś, chłopcze, runy ryte na ścianach u wejście do tej hali?

– Widziałem Logr oznaczającą wodę i morskie odmęty, panie, czy więc przed nami jest podziemne jezioro?

– Logr może również oznaczać, że ta hala skrywa tajemnice niczym dno schowane pod lustrem wody i to, co widzimy nie jest tym, czym nam się zdaje. – Starzec ukleknał, by otwartą dłonią dotknąć kamiennej posadzki. Zamarł i zdawał się wsłuchiwać w niesłyszalne dźwięki i wczuwać w drgania niby biały pająk na obrzeżach swoich sieci.

– Pewnie masz rację, panie, ale tym bardziej wolałbym wielkie, ale znane niebezpieczeństwo od nieznanej niepewności. Tu niemal się czuje seidr i obecność smoczego Nidhogga pożerającego ciała poległych.

– A ja, mój drogi Bardzie, bardzo lubię południowe wina, a z uwagi na ich niedostępność czasem skazany jestem na picie miejscowego piwa. To ci jedynie powiem, że i w jednym, i w drugim masz rację. Ruszajmy.

– Jakże to, panie? Nie ujdziemy z życiem z tej kamiennej pułapki? – Wojownik poczuł, jak po plecach idzie mu rząd mrówek, poczynając od tyłka, a kończąc na szyi.

– Rób, co mówię, a ujrzysz światło dnia. – Kapłan uznał rozmowę za zakończoną i ruszył w ciemność.

 

Trzy grupy posuwały się niezależnie od siebie i ktoś obserwujący je z góry zobaczyłby, że dwie mniejsze idą po łukach w kierunku wspólnego punktu na końcu okręgu, trzecia zaś pewnie zmierza ku środkowi hringu5.

Po kilkudziesięciu krokach idący przodem starzec zatrzymał się tak nagle, że kilku wojów wpadło na siebie z cichymi przekleństwami na ustach.

– Co jest? – Maczuga wyswobodził się z objęć Thorsteina Szerokie Plecy i podszedł do wodza, którzy kucnąwszy, cicho o czymś rozprawiał z kapłanem.

– Piasek, idziemy od jakiegoś czasu po ubitym piasku, a nie po skałach.

– No to co? To chyba nawet lepiej, nie?

– Thor cię walnął w łeb swoim Mjölnirem6 zaraz po narodzinach, czy zawsze byłeś ociężały na umyśle? – Bard nie zwykł przebierać w słowach, przez co nie raz napytał sobie biedy.

– Zważaj na słowa, konusie – nawet w migotliwym blasku pochodni Bjarni Hakonsson wyglądał niczym Odyn na chwilę przed spuszczeniem na ziemię pioruna.

– Potem rozstrzygniecie swój spór. – Vingor wyprostował się, a z pomiędzy jego zaciśniętych palców posypały się cztery cienkie strużki piaskowego pyłu. Otworzył dłoń i otrzepał ją z resztek twardych drobin.

– Niepokoi mnie obecność piasku w miejscu, w którym nie powinno go być, tak jak wzbudza troskę dym i ogień buchające z kamiennej góry. – Bard popatrzył zatroskanym wzrokiem w ciemność. – Poza tym teren zdaje się obniżać względem ścian tego kotła, co widać po pochodniach. – Mówiąc te słowa ruchami podbródka wskazał na migające w oddali dwie plamy światła.

Faktycznie, dwójki idące wzdłuż ścian jaskini zdawały się kroczyć teraz drogą położoną o połowę długości człowieka wyżej ponad tą, którą szła główna grupa.

– No to co? Jak opada, to podniesie się gdy pójdziemy dalej i tyle. – Maczuga nie widział powodu do zmartwienia.

– Może masz rację, wielkoludzie, ale martwi mnie to czego nie rozumiem. – Bard wzruszył z rezygnacją ramionami.

Dalej szli w milczeniu, jeśli nie liczyć cichych przekleństw Thorsteina Szerokie Plecy, któremu Bard niby przypadkiem nadpalił pochodnią długą brodę. Śmierdziało potem jak przy opalaniu kury i wszyscy mieli z tego ubaw, bo życie jest tak ciężkie, jakim je uczynimy i tak wesołe, jak kompani którzy chronią twoje plecy.

 

Gdy doszli do środka ogromnej skalnej niecki, piasek zrobił się bardziej sypki i marsz po nim przypominał wędrówkę po plażach w kraju Wenedów, ale nikt nie spodziewał się tego, co za chwilę miało ich spotkać.

Pierwszy zapadł się po pierś Vingor, a zaraz po nim ośmiu pozostałych wikingów. Wszystko działo się tak nagle, że Maczuga, najwyższy z nich, w jednej chwili patrzył na przerażone twarze swoich towarzyszy, by w następnej ujrzeć jedynie pofałdowany piach w miejscach, w których jeszcze przed chwilą były ich głowy. Potem i on poczuł wszędobylskie drobiny pasku, wdzierające się do ust i nosa. Nadludzkim wysiłkiem wyrzucił swoje olbrzymie ciało nieco w górę i złapał jeden płytki oddech, ale to było wszystko. Osunął się w głąb ruchomych piasków, tak jak chwilę wcześniej jego towarzysze.

Nagle pod stopami poczuł pustkę i stromą sztolnią poleciał w piaskowej lawinie w kierunku wnętrza Ziemi. Nie krzyczał, bo nie można tego robić z ustami pełnymi ziaren, a w głowie, która uderzała o kamienne występy, na zmianę zapalało się i gasło wiele słońc. W pewnym momencie zarył stopami w piasek i z głośnym świstem zmaltretowanych płuc nabrał haust pylistego powietrza. Zaniósł się zaraz kaszlem, ale ten jeden zatęchły oddech smakował mu jak najprzedniejsze wino przywożone przez zamorskich kupców na tych ich pękatych okrętach.

Zaraz też poczuł na szyi coś ciepłego i miękkiego, czym okazała się dłoń wygrzebującego się spod zwałów piasku Barda. W tumanach pyłu i po omacku zaczęli szukać pozostałych braci, by ich odciągnąć w bezpieczniejsze miejsce, nie grożące ponownym zasypaniem. Znaleźli jedynie Thorsteina Szerokie Plecy, a Vingor, choć najstarszy z nich, poradził sobie sam. Niestety to byli wszyscy, którym bogowie pozwolili przeżyć kąpiel w piaskowym morzu. Natrafili jeszcze na Ingunn – kobietę wojownika i Teita Koński Ogon, ale ta dwójka była martwa niczym solone śledzie w beczce.

Na szczęście piasek sypał się coraz mniejszymi strugami i można było prawie normalnie oddychać, choć podrażnione i opuchnięte gardła dopominały się wody.

– Kto ma krzesiwo? – zaskrzypiał Niels Bard zdartym głosem, niby staruszek, któremu bogowie pozwolili przeżyć zbyt wiele wiosen.

– Ja – Szerokie Plecy sięgnął po omacku pod skórzany kaftan i podał Bardowi zawiniątko. Ten w absolutnych ciemnościach oderwał spory pas materiału z koszuli martwej Ingunn i owinął nim stylisko własnej siekiery. Potem z fałdów odzieży wyciągnął flakonik z oliwą do lamp, który dostał od zamorskiego kupca w zamian za skórę polarnego lisa i nosił wszędzie ze sobą na wszelki wypadek. Kilka stęknięć, przekleństw i wstrzymanych oddechów i ta improwizowana pochodnia zajęła się ogniem.

Ocalała czwórka siedziała na zboczu ogromnej sterty piachu, poniżej której rozciągała się czarna tafla wody. Wysoko w górze widzieli podziurawioną niby sito skałę, zapchaną teraz na powrót piaskowymi czopami. Otworom brakowało regularności, ale wojowie mieli wrażenie, że patrzą od spodu na ogromny plaster miodu.

W stronę wody zeszli ostrożnie, by przez nieuwagę nie ściągnąć sobie na głowy kolejnej lawiny i niemal jednocześnie zanurzyli głowy w chłodnej, słodkiej toni.

– No to spadliśmy z fiordu na skały – niemal szeptem odezwał się Maczuga, prychając cicho i potrząsając mokrymi włosami niczym pies po wyjściu na brzeg. – Choć z drugiej strony wolę utopić się w wodzie niż w czymś takim – wskazał głową na dziwne sklepienie.

– Nie nadeszła dla nas jeszcze ostatnia godzina. – Bard przesunął pochodnię nieco w prawo i oczom niedoszłych nieboszczyków ukazała się piaskowa grobla prowadząca w nieznane.

– Śpieszmy się. – Vingor, który nie wydawał się zaskoczony odkryciem, wstał i pierwszy ruszył piaskowym mostem. Po kilku chwilach czwórka wojów ruszyła wąską, piaszczystą groblą. Za plecami pozostawili martwych kompanów. Jedynym grobem dla tych ostatnich była ciemność.

– Skoro woda oddycha, to znaczy, że ma połączenie z morzem – mruknął Maczuga – a to dobry znak. Dziwię się tylko, że jest słodka…

– A ja się już niczemu nie dziwię. – Bard przerwał mu w pół słowa. – Idziemy.

 

Musiała być już późna noc, gdy dotarli do wyspy. Nie uległo wątpliwości, że wał, którym tu przyszli, wykonały ludzkie ręce, co można było poznać po rozmieszczonych w równych odstępach słupach znacznikowych.

– Co dziewięćdziesiąt razy po dziewięćdziesiąt kroków – Bard wymachiwał rękami jakby kłócił się sam ze sobą.

– Co co dziewie… – Szerokie Plecy, który szedł tuż za nim, nie skończył zdania, gdy padła odpowiedź.

– Słupy rozmieszczono w tej odległości, a od góry piachu minęliśmy ich już sześć trójek, co daje razem…

– Gówno mnie obchodzi ile, ważne jest czy znajdziemy wyjście zanim zjem Barda i nabawię się sraczki, czy nieco później. – Thorstein zaśmiał się z własnego dowcipu, ale cicho, by nie drażnić kapłana i nie zwalić im na głowy całego sufitu jaskini.

Ostatni odcinek przebyli biegiem. Gdy blask pochodni rozświetlił mrok, oczom wędrowców ukazał się dziób drakkara, a zaraz potem cały okręt, zanurzony niemal do połowy w piasku.

Skarb Haralda Sinozębego – cichy szept wydobył się z piersi Vingora. – Ukrył tu wraz ze złotem braektat7 o takiej mocy, iż jego posiadacz może gołą ręką uchwycić rozgrzane do czerwoności żelazo i mino tego nie czuć gorąca. Otrzymał ten talizman od abbasa o imieniu Poppo jako dowód, iż bóg paparów jest silniejszy od samego Odyna. – Starzec rozmawiał sam ze sobą i wyglądał na wielce zdziwionego, gdy odezwał się Niels.

– Na niewiele mu się to zdało – Bard strzyknął śliną spomiędzy zębów – Widłobrody pognał precz mnicha i przywrócił wiarę w prawdziwych bogów.

– Przed ucieczką jednak – kapłan był tak zadowolony ze znaleziska, że na chwilę stał się bardziej rozmowny – ranny konung ukrył swoje bajeczne bogactwo, pozostawiając następcy skarbiec pełen kamieni miast złota i srebra.

Potem zapadła cisza. Przez jakiś czas czwórka mężczyzn stała nieruchomo przy burcie okrętu, jak wielbiciel barwnych gobelinów, który patrzy na swoją własność i patrzy, nim delikatnie i z miłością muśnie dłonią ich kolorowe sploty. Tu jednak nie było delikatności i po chwili wysłużone deski pokładu pękły pod razami toporów, wpuszczając do zatęchłego wnętrza świeże powietrze i intruzów.

Nie musieli teraz oszczędzać drewna, gdyż wszędzie było go pełno, więc naprędce sporządzono z niego łuczywa, by oświetlić ładownię okrętu Sinozębego. Ogromne, wielkie na dwóch ludzi i nadszarpnięte zębem czasu oraz wilgocią skrzynie pękały niby nadgniłe pęcherze, wypluwając na zewnątrz złote öre, drachmy i inne monety z wielu zakątków świata, klejnoty, łańcuchy i kolie.

Kufrów było sześć i wszystkie wypełnione niemal po brzegi. Rozradowani ludzie zapomnieli nagle o całym świecie i zaczęli napychać kosztownościami kieszenie i podróżne sakwy. Jedynie Vingor stał w samym centrum zamieszania i węszył jak pies na polowaniu.

– A ty so, panie, gadzisz zotem? – Szerokie Plecy trzymał w ustach monetę i sprawdzał zębami jakość kruszcu.

– Nie twoja rzecz, vargu8, ale ponieważ możesz mi być pomocny, powiem ci, że powinna tu gdzieś być siódma skrzynia i to cała z żelaza. – Mówiąc to Vingor przedzierał się przez bele sprowadzanych z Bizancjum zbutwiałych teraz jedwabiów i nadgniłego płótna żaglowego.

– Nawet drobnej części tego co już znaleźliśmy nie zdołamy wynieść, po co szukać więcej? – Bard w zamyśleniu odłożył trzymaną w dłoni koronę jakiegoś zapomnianego króla i z niepokojem popatrzył na starca.

– Jeśli chcesz naszej pomocy, kapłanie, powiedz, dlaczego przybyliśmy na tę wyspę. Powiedz, w imię czego zginęło kilku naszych braci?

Bjarni Maczuga groźnie potrząsnął odebranym nieżyjącej Ingunn mieczem.

– Więc dobrze, słuchajcie. Harald Sinozęby, o czym wam wcześniej mówiłem, był w posiadaniu potężnego talizmanu, dzięki któremu mógł gołą dłonią chwytać ogień, ale nie tylko. Jeśli legenda mówi prawdę, ten, kto bez reszty podda się mocy talizmanu, będzie żył wiecznie, ale jeśli trafi on w niepowołane ręce, śmierć czeka wszystko co żyję w Midgardzie9.

Po tych słowach na kilka długich chwil zapadła cisza, którą przewał Thorstein Szerokie Plecy. – Eee, ja tam od czarnej magii wolę dobrą walkę, pełen kałdun i złoto. Ci którzy jej dużo używają stają się ponoć żywymi trupami.

– I z kobitkami im nie wychodzi – dodał Maczuga chwytając się wymownie za krocze – ale dla wiecznego żywota i chwały równej bogom… – w jego głosie słychać było rozmarzenie.

– I nie trafią nigdy do Walhalli by stanąć do walki z olbrzymami w czas Ragnarök. – Bardzo cicho zakończył Bard. – Jesteś pewien, Bjarni, że tego właśnie byś chciał?

– To by była decyzja prawdziwego mężczyzny, a nie twoja, świński cycku. – Maczuga zaśmiał się, obracając wszystko w żart.

Czas gadania przeminął, zaczęli metodycznie przetrząsać pokład.

– Jest, mam! – Radosny okrzyk Bjarniego Hakonssona umarłego postawiłby na nogi. Wnet czwórka mężczyzn ciasno otoczyła nowe znalezisko. To faktycznie była metalowa skorupa wielkości dorosłego mężczyzny i prawdopodobnie zamorskiej, serkirskiej10 roboty. Jej wieko przyozdabiała okrągła pieczęć.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, Maczuga przyłożył do tego stempla swoją wielgachną łapę. Pochodnie dawały wiele światła, ale po zetknięciu się braektatu ze skórą na jedną króciutką chwilę ładownię rozświetlił nieziemski zielony blask i rozszedł się swąd palonego ciała.

Wikingowie z sykiem wysunęli miecze z pochew.

– Stójcie! – Głos starca zabrzmiał donośnie, choć po raz pierwszy słychać w nim było echa paniki. – Ręce precz od skrzyni! – tym razem zwracał się do Bjarniego i w głosie jego było tyle mocy, że wielkolud posłusznie odsunął się na bok. Ku zdziwieniu wszystkich metalowy stempel rozsypał się w proch.

– Ja nie… to jakoś samo… – stękał Bjarni, sam zaskoczony swoim postępkiem.

Nagle sfatygowane wieko jęknęło i odskoczyło, z głośnym hukiem uderzając o bok skrzyni. Chmura złocistego pyłu uniosła się ze środka, a oczom czwórki ludzi ukazało się olbrzymie jajo w tym samym kolorze.

– Co, na Odyna, jajko? – Szerokie Plecy spodziewał się tu szczególnie cennych kamieni, ogromnych złotych guzów, ba, nawet zasuszonego trupa, ale nie tego.

– To nie jakieś tam jajko, głupcze, ale Jajo samego Nidgogga, smoka podgryzającego korzenie Yggdrasila i pożerającego ciała tchórzy. – Kapłan stał nad znaleziskiem, a jego niegdyś ciemne oczodoły jarzyły się teraz mocnym, czerwonym blaskiem. Cały czas mruczał pod nosem zaklęcia i Niels Bard przysiągłby, że kapłan jest przerażony.

– To może lepiej zamknijmy skrzynię i cieszmy się samym złotem? – Bard, który zwykle pierwszy wszczynał bójki, teraz stał niepewny jak dziecko przed obliczem srogiego ojca.

– Tak należało uczynić, tylko pieczęć… – Starzec nie skończył, gdy do skrzyni jednym długim susem przypadł Maczuga i przyłożył dłoń z wypalonym kształtem pieczęci do skorupy jaja. Czas jakby stanął w miejscu. Nagle ładownię okrętu zalało to samo zielone światło, które pojawiło się, gdy braektat połączył się ze skórą wikinga.

Potem zdarzenia potoczyły się błyskawicznie.

Wielkie jajo pękło z hukiem, sypiąc wokół większymi i mniejszymi fragmentami skorupy, a w szczelinie ukazała się głowa złocistego smoka.

– Bogowie – Bjarni Maczuga uślinił się jak małe dziecko. Jego oczy odwróciły się w głąb czaszki tak, że towarzysze widzieli tylko jasne plamy białek. – Chcę! – Potem jednym ruchem zdarł z siebie skórzaną bluzę. Mocne rzemienie pękły jakby były zrobione z trawy. Wielki mężczyzna stanął przed bestią na wpół nagi.

Dopiero teraz, jakby zwolniono trzymaną dotychczas w mocnych palcach łucznika cięciwę, ludzie rzucili się na swego kompana, ale było za późno. Złoty smok skoczył, przywierając całym ciałem do piersi Maczugi. Potem zadziały się rzeczy, które zdziwiłyby nawet najstarszych i najpotężniejszych seimadów11. Człowiek i smok zlali się w jedno, tworząc błyszczącą złocistym pancerzem bestię, a raczej stwór z ciała człowieka uczynił bramę do Midgardu. Pochodnie stały się zbędne, bo przybysz świecił wewnętrznym blaskiem, tak silnym, że w jaskini zrobiło się widno niczym w dzień. Coś, co jeszcze niedawno było budzącym postrach wojownikiem i dobrym druhem, zasyczało i rozwinęło wielkie skrzydła, a z jego paszczy wyszedł długi dźwięk, którego znaczenie dopiero po chwili dotarło do otumanionych głów pozostałej trójki poszukiwaczy. Smok był głodny i chciał jeszszszcze.

– Róbcie, co chcecie, ja znikam. – Bard skoczył w kierunku grobli, ale nim zdążył zrobić dwa kroki, potwór strzyknął jadem spomiędzy ostrych jak sztylety kłów i głowa nieszczęśnika rozpuściła się, skapując z barków galaretowatą masą. Był martwy nim upadł w piach.

– Ty vargu, to za mojego brata! – Szerokie Plecy jednym płynnym ruchem wydobył z pochwy miecz, wzniósł go nad głowę i odbijając się od podłoża, z pełnym impetem opuścił na smocze ramię. Cięcie było tak mocne, że potężnie umięśniona ręka wikinga pękła jak sucha gałąź, gdy ostrze jego miecza odbiło się od pancernego barku bestii. Szerokie Plecy próbował jeszcze drugą ręką wbić saks12 w podbrzusze stwora, ale z równie opłakanym skutkiem. Smok przyciągnął go do siebie jak niedźwiedź zająca, oplótł błoniastymi skrzydłami i wchłonął tak, jak wcześniej Bjarniego, stając się jeszcze większy i potężniejszy.

Już tylko dwie żywe istoty pozostały na placu boju: złoty i potężny smok i zasuszony starzec podpierający się swoim czarnym kosturem.

– Nie powstrzymasz mnie, Jormungandrze13! – Smok go poznał i wydał z siebie ryk, od którego zatrzęsły się skały.

– Nie czas jeszcze, Nidhoggu14, na twoje nadejście! – Mówiąc to starzec zrzucił szaty i stanął całkiem nagi przed bestią. Z jego zwiędłym ciałem działo się teraz coś dziwnego, zaczęło się zmieniać. W trzasku pękających kości i trzaskających ścięgien, przeobraził się w smokowęża bladego niczym rybi brzuch.

– Głupcze! – Nidhogg zaśmiał się, widząc swego przeciwnika w naturalnej postaci. – Nie jesteś w stanie mnie powstrzymać, kły wybił ci sam Odyn. Czyżbyś tak szybko o tym zapomniał?

– A jednak spróbuję, bo choć nienawidzę ludzi i ich bogów, muszę dbać o naturalny porządek wszechrzeczy. Nie czas jeszcze na ciebie, przyjacielu. Jeśli zaczniemy wojnę z Asami teraz, zniszczymy wszystko, zniszczymy sam czas! Tak zostało przepowiedziane, tak rzekła znająca przyszłość Norna Skuld15.

– I nie masz ochoty zaryzykować? – Złocisty smok wzleciał aż pod kopułę ogromnej skalnej hali.

Nie doczekał się odpowiedzi, bo biały stwór uderzył w niego niczym pocisk i dwa smoki zawirowały w szalonym tańcu śmierci.

– Pokonam cię! – W uszach Jormungandra rozbrzmiał wściekły okrzyk. – Zniszczę cię!

I faktycznie złota bestia zaczęła uzyskiwać wyraźną przewagą, chłoszcząc ognistymi razami swego przeciwnika.

– Pewnie tak – dotarło do niej w odpowiedzi – ale jak się stąd wydostaniesz?

Dopiero teraz Nidhogg spostrzegł, że szyję otacza mu obręcz z dziwnego tworzywa, którego koniec ginął w skałach.

– Wiesz, co to jest? – Biały smok z trudem oderwał się od przeciwnika i chwiejnie odleciał w najdalszy kąt jaskini. Jedno skrzydło miał w połowie spalone, drugie poszarpane ostrymi pazurami.

Złoty chciał lecieć za nim i zniszczyć pokonanego wroga, ale gwałtowne szarpniecie osadziło go w miejscu.

– Ty zdrajco, to Gleipnir16. Jak widzisz mieli też drugą. Osobiście cię z niej uwolnię w czas Ragnarök, masz moje słowo.

Nidhogg zaprzestał daremnych prób zerwania więzów. Skoro nie udawało się to nawet Fenrirowi, którego przeznaczeniem było w czas ostatniej bitwy zabić samego Odyna, to i jemu, władcy krainy leżącej u stóp Yggdrasila17, się to nie uda.

– Puść mnie, bracie, zrozumiałem swój błąd. – Zrezygnowany smok usiadł na roztrzaskanych szczątkach okrętu.

– Ha! – Jormungandr znowu przybrał ludzką postać, ale tym razem jedna z jego rąk zwisała smętnie w połowie spalona, a z drugiej kapały na piasek geste krople krwi.

– Jesteś niczym ludzki pretendent do tronu konunga18, który na wielkim thingu obieca hovdingom19 wszystko, co tylko chcą usłyszeć, by jak już obejmie władzę dać im tyle, by nie pomarli z głodu. Żegnaj, bracie.

Przekleństw i krzyków było tak wiele, że z wierzchołka góry przez setki lat unosił się w niebo słup czarnego dymu. Gdy wściekłość przebierała miarę, góra pluła roztopioną skałą.

 

 

 

122 zwrotka Pieśni Najwyższego (Hàvànàl)z Eddy Poetyckiej w tłumaczeniu Apolonii Załuskiej-Strömberg

2seidr – st. nord. czarna magia

3 hamramirowie – ludzie zmiennokształtni, mogący przyjmować postać wilka lub niedźwiedzia

4draug – żywy trup

5hring – st. nord. okrąg

6 Błyskawica – młot Thora

7talizman, najczęściej w kształcie konia lub młota Thora.

8 człowiek wygnaniec, od varg – samotny wilk. „Varg í véum” – wilk w świetych miejscach

9Śródziemie, jeden ze światów leżących na Yggdrasilu, świat ludzi

10st. nord. – saraceńskiej

11st. nord. – ludzie parający się czarną magią

12długi myśliwski nóż

13W mitologii nordyckiej syn bóg, Lokiego. Ogromny wąż (smok), opasujący swym cielkskiem cały Midgard.

14W mitologii ogromny smok, który pożerał ciała potępionych. Mieszkał w Hwer-gelmir (Nilfhejmie), królestwie bogini Hel

15Norny – trzy boginie kształtujące losy ludzkie: Urd – przeszłość; Verdande – teraźniejszość i Skuld – przyszłość

16 Sznur wykonany z głosu skradającego się kota, kobiecej brody, korzeni gór, mięśni niedźwiedzi, rybiego oddechu i ptasiej śliny, sporządzony przez krasnoludy by uwięzić Fenrira

17 Ja Nosiciel – jesion, łączący wszystkie światy nordyckiej mitologii

18Król

19Wodzowie – jarl; haulder; landmand; thegen – tytuły odpowiadające polskim tytułom szlacheckim

Koniec

Komentarze

Wpadnę kiedy poprawisz, bo jednak usterki drażnią, a brakujące oraz zbędne przecinki zwyczajnie wybijają z rytmu. Wolę sobie przeczytać gotowe opowiadanie – będzie przyjemniej.

Jak na opowiadanie o smokach trochę mało tu smoka. Czyta się nieźle, ale popieram Klapaucjusza.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dołączam się do apelu Klapaucjusza. Mnie czytało się ciężko. Trudno mi się odnieść do pomysłu i treści, gdy forma odstrasza.

Napisałeś w przedmowie:

Opowiadanie jest świeże i posiada zapewne błędy “tworu pozbawionego okresu dojrzewania”, ale mam nadzieję, że mi to Wybaczycie, no i edycja trochę leży, ale jak wyżej.

Ja, niestety, nie wybaczę. Jako czytelnik czuję się zlekceważona. Jeśli masz świadomość usterek i błędów, to powinieneś przed publikacją (do końca konkursu zostało jeszcze dwa tygodnie od dziś – czasu aż nadto) przejrzeć tekst i wyeliminować ich jak najwięcej.

Zwróć uwagę na to, że to opowiadanie jest Twoją wizytówką i wizytówką Twoich książek, które tak tu promujesz. Jak dla mnie – bardzo słabą wizytówką. Nie zachęciła mnie, by zapoznać się z powieściami.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmmm. Czy masz jakiś ważny powód, dla którego nie zrobiłeś korekty? Oprócz pochwalenia się “napisałem to w jeden wieczór”.

Interpunkcja mocno kuleje, masz sporo literówek, dwa paskudne ortografy i co najmniej jedną pułapkę zaimkową.

Taaak, zwłaszcza diamenty są odporne na ogień. Trochę zabrakło mi wyjaśnienia, w jaki sposób skrzynka trafiła na drakkar, a ten do środka góry.

Babska logika rządzi!

Musicie mi wybaczyć brak korekty, ale jako zatwardziały dyslektyk jestem nieco odporny na przecinki, literówki i inne takie :-( To nie moja zła wola ani niedbalstwo. Troszkę zmieniłem zakończenie i w ramach przeprosin dodałem słownik wyrażeń skandynawskich (myślę, że dla piszących cenny). Więcej zmian nie będzie, ale mam wrażenie, że czyta się całkiem nieźle. 

Nie miałem zamiaru się tłumaczyć – TO WSZYSTKO PRZEZ CIEBIE FINKLA!!!!!

Ragnar, dysleksja nie jest wytłumaczeniem. Jeśli masz problem, daj opowiadanie przed publikacją do betowania – zawsze znajdzie się ktoś, kto Ci wskaże i pomoże poprawić błędy. I to nie tylko gramatyczne, ale i logiczne.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie porwało mnie. Mam wrażenie, że opowiadanie powstało po to, by Autor mógł się pochwalić znajomością mitologii nordyckiej i nic ponadto, dodany słowniczek tylko mnie utwierdza w tym przekonaniu :) Brak mi w tekście jakiegoś napięcia, bo w zasadzie całość leci po schemacie. No i mało tego smoka w smoku.

Autor tego sztampowego i niedopracowanego opowiadania postąpił według znanej marketingowej zasady:– Niech mówią (piszą o mnie) niezbyt dobrze, byle mówili. Książki autora wydane zostały jego prywatnym nakładem, co nie jest zbrodnią, ale winno być ujawnione we wstępie. Pozdrawiam rozbawiony.

Oj Ryszardzie, Ryszardzie. Moje książki nie zostały wydane za moje pieniądze (z wyjątkiem pierwszej, ale wznowienie już bez mojej kasy i napisałem o tym na tym forum w dyskusji o agentach literackich) Jakiś kompleks? Czy też typowa niestety dla Nas zawiść? Mimo wszystko, życzę powodzenia i uznaję Twoje prawo do krytyki, tylko jeśli można prosić, bez złośliwości.

Link do nowej i pozytywnej opinii o moich książkach, ale pewnie Ryszardzie napiszesz, że to ja jestem jej autorem :-)

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/243646/yggdrasil-exodus/opinia/23088265#opinia23088265

Fajnie znowu być w domu :-)

Amicus Plato, amicus Socrates… 

Tak się złożyło, że najpierw zapoznałem się z Twoim autoprezentacyjnym wątkiem w Hyde Parku. Czym prędzej “pobiegłem” tutaj – no, już wydawany, trzeci tytuł w drodze… – i nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć za śniącą: poczułem się zlekceważony.

To ja się trochę pogubiłem, za co jak widać muszę przeprosić. Potraktowałem ten konkurs jako fajną zabawę, a jak widać powinienem bardzo poważnie. Musicie mi wybaczyć, ale jako nowy w Tym gronie, nie znałem panujących tu obyczajów. 

Mea culpa

Bellatrix, słowniczek dołączyłem jako ciekawostkę i być może narzędzie dla chcących pisać o wikingach. Bo to, że paramy się fantastyką nie znaczy, iż nasze światy nie powinny być jak najbardziej prawdopodobne (nie mylić z realne) :-)

Manifest – Wyzwanie :-)

 

 

Ten co podły jest i złośliwy,

Naśmiewa się z czego bądź;

Nie wie on, co wiedzieć winien,

Że sam bez błędu nie jest1.

 

Do młodych duchem pisarzy!

 

Koleżanki i koledzy, jestem nowym uczestnikiem tego forum i jak sądzę, raczej nie mam szans na dłuższy staż. Nie dlatego, że nie chcę, po prostu nie dam rady :-)

Przyznaję, z nieco naiwną ciekawością zajrzałem do Waszego wirtualnego świata i byłem i jestem pozytywnie zaskoczony jego profesjonalizmem w zakresie inżynierii słowa. Odniosłem też wrażenie, że wśród uczestników jest wielu pasjonatów pisania, ale z jakiegoś względu, nie przekłada się to na powstanie masy krytycznej i twórczy „kocioł czarownic”. Dlaczego? Spróbuję na to pytanie odpowiedzieć a Wy, możecie mnie nakryć czapkami, zignorować, lub wyciągnąć wnioski z moich obserwacji i coś zmienić.

W mojej subiektywnej ocenie, winę za ten stan rzeczy ponosi mentorski, pouczający system wzajemnych relacji (obserwowałem to zjawisko w komentarzach wielu wątków), który na dłuższą metę jest destrukcyjny w przypadku twórców. Trochę jak w szkołach, gdzie „produkujemy średniaków”, niszcząc mimochodem pasję, młodą twórczą inwencję, wyobraźnię i nieschematyczne myślenie.

Gdy czytałem niektóre komentarze, miałem wrażenie, że przeglądam sprawdzian szóstoklasisty z zaznaczonymi czerwonym długopisem uwagami polonistki. Jasne, powinno być „po polskiemu”, ale jakoś nie widziałem uwag typu: świetlny wątek, gdybyś mógł go rozwinąć; ten pomysł jest nierealistyczny i psuje odbiór, ale już w tym fragmencie czuć talent; zobacz jak w swoich książkach konstruuje akcję pisarz x,y,z – macie ze sobą coś wspólnego; trochę „płaskie” postacie, ale gdybyś ……. itd. To znaczy coś tam jest, ale ginie w morzu szkolnych pouczeń.

Kolejną bolączką, a może już chorobą, jest uczestnictwo w dyskusjach ludzi życiowo sfrustrowanych, głęboko przekonanych o swojej nieomylności i przewadze nad młodymi pisarzami (mam tu również na myśli starszych wiekiem, ale dopiero próbujących swych sił). Zgadzam się, że warsztat „starych mistrzów” jest godny pozazdroszczenia, ale czy pisząc swoje historie doświadczają oderwania od rzeczywistości? Uniesienia? Nieprzespanych nocy? Zapominają jaki mamy dzisiaj dzień? Czy tak naprawdę bawi ich pisanie? Szczerze wątpię, może kiedyś, choć mogę się mylić. Tych ludzi lekko, lub nieco bardziej zgorzkniałych jest pewnie niewielu, ale mocno ważą na atmosferze tego Forum. Piętnujcie swoimi wpisami takie zachowania! (Pomijam tu pisarzy z uznanym dorobkiem, prawem Ich sukcesu jest robić to, co im się żywnie podoba).

Z drugiej strony nie winię Ich (tych, którym nie udało się odcisnąć piętna na światowej i polskiej literaturze), że pisząc przez wiele lat w polskich realiach, stają się nieco cierpcy w obyciu i z politowaniem patrzą na młodszych stażem kolegów i koleżanki. Oni już wiedzą, że z czasem, z miłosnych małżeńskich uniesień pozostaje tylko rutyna. Nie zawsze tak jest, ale wystarczająco często by większość niespełnionych pisarzy uznała to za pewnik i tak naprawdę zamiast zachęcać, zniechęcała młodych do latania.

Opowiem Wam historię dwójki idących przez pustynny świat kolegów. Jeden z nich był zawsze zapobiegliwy, przewidujący i planujący, drugi działał intuicyjnie, niekiedy ryzykował, mylił się, potykał, ale parł do przodu.

Gdy przyjaciele postanowili wyruszyć w podróż, Planujący przygotował się bardzo metodycznie, zabrał nawet ze sobą podręczny zestaw do pozyskiwania wody i apteczkę pierwszej pomocy. Wolny Duch też coś tam przygotował, ale widząc jego działania, na twarzy Planującego cały czas gościł pobłażliwy uśmiech.

Planujący, przed wymarszem solidnie przygotował się fizycznie i gdy nadeszła godzina 0, zapakował plecak i ruszył. Nic nie mogło go zaskoczyć, a jako człowiek pustyni, potrafił na niej przetrwać niemal w każdych warunkach. Tak żyli jego dziadowie, ojcowie, on sam i zapewne dzieci, które planował mieć tak gdzieś między trzydziestym, a trzydziestym pierwszym rokiem życia.

Wolny Duch zrobił inaczej. Zapakował swój niewielki dobytek do plecaka, ale najważniejszym dla niego kryterium było, by ów plecak nie był zbyt ciężki. Zamierzał odbyć podroż lotnią. Oczywiście Planujący wyśmiał go twierdząc, nie bez słuszności, że w wyniku różnic temperatur nad pustynią często powstają małe trąby powietrzne, że występują okresy bezwietrzne, czasem wiatry wieją w kierunku przeciwnym od celu podróży, a lotnik ani nie ma stosownego przygotowania fizycznego ani też wyposażenia, by poradzić sobie z napotkanymi przeciwnościami. Wolny Duch jednak uparł się twierdząc, że zawsze chciał polecieć, więc poleci.

Wyruszyli. Planujący równym tempem pokonywał wyznaczone odcinki, Wolny zaś, to trochę poleciał, to zarył twarzą w piach, to znów podczas piaskowej burzy cofnął się niemal na linię startu. Nie poddawał się jednak, choć po miesiącu wyglądał niczym kłębek nieszczęścia. Te tygodnie spędzone w powietrzu nauczyły go jednego, umiał latać, choć oczywiście nie mógł równać się w tej materii z ptakami. Potrafił wykorzystywać prądy powietrzne, ślizgać się po nich by lecieć w kierunku, który sobie wyznaczył, unikać burz, choć i teraz zdarzało mu się twarde lądowanie.

Po trzydziestu dniach Wolny Duch dotarł w końcu do wybrzeża, gdzie przy rozpalonym ognisku czekał już na niego Planujący. Obgryzając tłustego pustynnego szczura śmiał się z przyjaciela, któremu z trudnością udało się złapać kilka skorpionów i jedną chudą żmiję, śmiał się z jego spękanych ust (sam, miał ze sobą solidny zapasik kremu, więc nie musiał się obawiać słońca) i z podartego od częstych upadków kombinezonu. A już pękał do rozpuku gdy się dowiedział, że Wolny Duch by przeżyć, kilka razy musiał pić własny mocz. Sam miał oczywiście podręczny zestaw skraplający, który przewidująco zabrał z domu.

Po posiłku przyjaciele patrzyli z rozmarzeniem i tęsknotą na leżący w oddali ląd, który oddzielał od ich rodzinnej pustyni szeroki pas morskiej wody. Przy dobrej widoczności, można było zobaczyć na nim wysokie zielone drzewa.

Gdy nadszedł czas powrotu, Wolny Duch na tej swojej obszarpanej lotni wzbił się w powietrze i poleciał właśnie w kierunku owego lądu. Planujący trochę mu zazdrościł, ale nie zabrał ze sobą pontonu, w okolicy nie było budulca na tratwę, a nawet gdyby, to wiry i stada rekinów gwarantowały szybką śmierć każdego śmiałka. Prawdę powiedziawszy nie umiał pływać, bo jak sobie wykalkulował, na pustyni to nieprzydatna umiejętność.

 

Więc drodzy młodzi stażem pisarze, przesłanie mojego manifestu jest następujące:

NIE DAJCIE SOBIE OBCIĄĆ SKRZYDEŁ!

NIE DAJCIE SOBIE WMÓWIĆ, ŻE SSAKI NIE LATAJĄ!

WYKORZYSTAJCIE PLANUJĄCYCH PRZY BUDOWIE SWOICJ LOTNI I W DROGĘ!

ZWRACAJCIE UWAGĘ KPIARZOM I PRZEŚMIEWCOM! (młodzi twórcy to niezwykle wrażliwi ludzie, pamiętajmy o tym)

 

P.S.

Poświęciłem kilka godzin na takie przygotowanie mojego opowiadania pt: „Skarb Haralda Sinozębego”, które spełni wymogi Loży.

http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12702

Ci z oceniających, którzy biorą udział w konkursie na opowiadanie ze smokami w tle, mogą zmierzyć się ze mną w boju spotkaniowym na kopie. Nie bierzcie tylko tego za bardzo wprost, żadnego kopania po kostkach. Mogą pokazać Swoją wyższość i rozgnieść mnie niczym robaka. Tylko czy potrafią :-)

Niech nas zmierzą i zważą czytelnicy.

 

W sumie, był to ciekawy eksperyment z mojej strony (mam tu na myśli wizytę w Waszym wirtualnym Fantastycznym domu), choć nieco dołujący. Potencjał leży tu ogromny, odrzućcie tylko szkolne stereotypy, to znaczy niech będą, ale we właściwych proporcjach.

To jest moje pożegnanie z tym Forum. Frustratów informuję, że nie będę miał niewątpliwej nieprzyjemności przeczytania ich wpisów, a ludzi otwartych, czyli jakieś dziewięćdziesiąt osiem procent uczestników, nakłaniam do autorefleksji.

 

I jeszcze jedną uwagę jestem Wam winien. Nie mam nic do mocno chodzących po ziemi praktyków, wręcz przeciwnie, bez nich życie to jeden wielki chaos. Ale, gdy mówimy o pisarzach sf i ogólnie fantastyki, o swego rodzaju wizjonerach jakimi jesteście, wolę mieć do czynienia z otwartymi wolnymi umysłami :-)

 

Jeśli moja filipika uraziła kogoś, to przepraszam, chciałem Wami tylko nieco wstrząsnąć :-) Intencją moją było pokazanie pewnych negatywnych zachowań, które może zobaczyć tylko ktoś nowy, spoglądający spoza szklanej kuli.

Powodzenia.

 

1  22 zwrotka Pieśni Odyna (Hàvànàl)z Eddy Poetyckiej w tłumaczeniu Apolonii Załuskiej-Strömberg

Och, ta twoja ognista filipika… :-)

 

Dla opowiadania będę, niestety surowy. Czytałem już chyba poprawioną wersję, bo poziom wad interpunkcyjnych i językowych nie doprowadza do białej gorączki. Tym niemniej, wygląda to tak:

Wikingowie mają questa

W trakcie questa zaczynają ginąć

Na końcu dochodzi do mitycznego spotkania na szczycie między “smokami”.

 

Z takiego pomysłu idzie wycisnąć konkretną przygodę (porównaj opowiadanie śniącej). U ciebie jest straszny schemat, postaci w drużynie kliszowe – tylko bardowi zabrakło niewiele, bym go polubił – a finał, dla kogoś, kto nie zna mitologii nordyckiej, jest po prostu emocjonalnie nijaki.

 

Daleki jestem od udzielania wskazówek, ale spoglądając w notatki:

– dialogi i podroz do góry – za ich pomocą można było pokazać bardziej więź, charaktery, emocje… Uczlowieczyc drużynę, sprawić, by czytelnik im kibicował

– mitologia: przeplesc kolejne sceny odpowiednimi fragmentami Eddy lub ich beletryzowaną wersją, by, poprzez poznanie legendy, czytelnik miał w finale radość ze złożenia puzzli i zrozumienia tła rozmowy.

 

Tak ja bym próbował, bo piszę także po to, by czytelnik miał chociaż fragment mojej radochy. Stąpam więc po pustyni, a do odległej wyspy zbudowalbym katamaranik razem z kolegą od lotni, bo to tak szybkie, że rekin nie dogoni… Świat nie jest czarno-bialy, wystarczy chcieć. I wyjść z oblężonej twierdzy z otwartą głową.

 

Mogło być fajne, wikińskie opowiadanie – wyszło bardzo letnie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mimo licznych jeszcze usterek opowiadanie da się przeczytać, ale raczej bez satysfakcji. Tekst mało odkrywczy, monotonny, chwilami wręcz nudny. Smoka mało.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

wyprostowany na wprost niemłodego już mężczyzny, którego prosta 

 

widać ten jeden wieczór pracy ; (

 

Ogólnie rzecz biorąc, wyszła taka historia-przygodówka, jak już zwrócił uwagę psychofisz, w dodatku dość niechlujnie napisana. 

I po co to było?

Nowa Fantastyka