- Opowiadanie: gnoom - Wybory

Wybory

Moje stare opowiadanie, poczynione ponad 5 lat temu, a ostatnimi czasy odkopane. Poprawiłem kilka razy, po czym stwierdziłem, że się podzielę, bo czemu nie? A nuż przypadnie wam do gustu – w każdym razie taką mam nadzieję.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

NoWhereMan, Użytkownicy IV

Oceny

Wybory

Sariel siedział w swoim gabinecie, wpatrując się we własne odbicie w lustrze.

Lubił swój wygląd – czarne, krótko ścięte włosy, mały i kształtny nos, nieduże usta, proste białe zęby oraz smukłą, lekko pociągłą twarz o regularnych rysach, pozbawioną jakichkolwiek zmarszczek. Wszystko to składało się na bardzo przyzwoicie wyglądającą całość.

Najważniejsze jednak były oczy. Błękitne, rzeczowe i bezlitośnie świdrujące rozmówcę. Sariel czerpał niemałą przyjemność z faktu, iż wprawiał nimi w zakłopotanie większość swoich współpracowników. Niektóre Upiory uznawały je wręcz za przerażające, szepcząc o nich po kątach, przekonani, że nikt ich nie słyszy.

W gruncie rzeczy cieszył się z tego. W tym zawodzie takie oczy bardzo się przydawały, a biorąc pod uwagę fakt, iż był teraz jednym z trójki kandydatów na stanowisko Ponurego Żniwiarza, w przyszłości mogły okazać się wręcz niezbędną częścią wizerunku.

Jak do tego doszło?

 

***

 

Pamiętał nadal pierwszy dzień w pracy. Specyficzną mieszaninę podniecenia i niepewności, kiedy wyruszał wykonać swoją debiutancką misję. Początkowo miał problemy z Manifestacją. Słyszał jednak, że to dość powszechne u początkujących Duchów, więc zbytnio się tym nie przejął. Nie należał również do osób, które zwracały szczególną uwagę na takie drobnostki. Wolał skoncentrować się na zadaniu, które go czekało.

Pierwszą rzeczą, która rzucała się w oczy, gdy już pojawił się na miejscu, był ogień. Szkarłatne płomienie ogarnęły strzechy domów, kramy, wozy i praktycznie każdy łatwopalny obiekt w zasięgu wzroku. Miasto płonęło.

Ludzie, jak to przeważnie mają w zwyczaju, zachowywali się bardzo różnie w tej kryzysowej sytuacji. Znakomita większość próbowała walczyć z żywiołem, niosąc wiadra z wodą i podejmując żałosne próby ratowania swoich posiadłości oraz sklepów. Niektórzy panikowali, uciekając w popłochu, inni lamentowali nad utraconym dobytkiem. Staruszka znajdująca się dosłownie o cal od Sariela leżała skulona na ziemi, modląc się cichym, pełnym przerażenia głosem.

– Tommy! Tommyyyyy!!!

Krzycząca, młoda kobieta przykuła uwagę Sariela. Stała na środku ulicy, ubrana w osmolone, rozdarte na brzuchu łachmany, które kiedyś mogły być ubraniem służącej jednego z bogatych londyńskich rodów. Na jej twarzy malowały się rozpacz i przerażenie. Miała rozcięty łuk brwiowy i poważnie poparzoną dłoń, jednak jej błędny wzrok świadczył, iż w tamtym momencie prawdopodobnie w ogóle nie pamiętała o bólu. Wszechobecna śmierć oraz pożar przestawały mieć znaczenie w obliczu matczynej miłości i troski.

Na twarzy Sariela pojawił się smutny uśmiech. On znał zakończenie historii Tommy’ego. Był to jeden z przywilejów i brzemion Upiorów.

Ludzie, pomimo ogromnej różnorodności cechującej ich istnienie, zawsze ostatecznie kończyli podobnie. Każdej śmierci towarzyszyły ból i cierpienie. Jeśli nie samego umierającego, to jego bliskich patrzących na łoże, obserwujących feralny wypadek albo dowiadujących się już po wszystkim. Wielki Pożar zabrał ze sobą wiele ofiar do opłakania. Na nieszczęście stojącej na środku placu kobiety – Tommy był jedną z nich.

Rozmyślania Sariela przerwał dźwięk podobny do uderzenia pioruna. Podniósł głowę, by na wysokości dachu najbliższego domu dojrzeć mały, świetlisty punkt. Sekundę później w powietrzu otworzył się nieduży portal w kolorze fuksji. Naturalnie, nikt poza nim go nie dostrzegł – w końcu nie należał on do ludzkiego świata.

Sariel skrzywił się z niesmakiem. Pożar Londynu został oficjalnie przekazany Radzie Akademii przez samego Ponurego Żniwiarza. Rektor uznał, że będzie on idealnym sprawdzianem umiejętności dla najbardziej obiecujących nowicjuszy. Jedynie trójka uczniów, nie licząc oczywiście Sariela, otrzymała wystarczająco wysokie oceny, aby zakwalifikować się do finału. Niemniej, bliźniaczki Hana i Hell były zdecydowanie zbyt poważne i rozsądne na posługiwanie się portalami, znacznie mniej ergonomicznymi i bardziej efekciarskimi od zwykłych Manifestacji. W gruncie rzeczy, w całej Akademii był tylko jeden szpaner, który byłby w stanie odwalić taki numer na pierwszej misji. I to właśnie on wyleciał z kolorowej dziury w niebie, lądując na ziemi z typową dla siebie gracją.

Postać miała jakieś metr osiemdziesiąt wzrostu. Pierwszą rzeczą, która w jej szczupłej sylwetce rzucała się w oczy były włosy – długie, czerwone, irokezowe kolce sterczały we wszystkie strony. Ewidentnie pod kolor włosów, Duch nosił również skórzany, sięgający ziemi płaszcz. Kiedy obrócił się w kierunku Sariela, jego zielone oczy błysnęły w rozbawieniu. Delikatne rysy twarzy, mały, lekko zadarty nos i równe białe zęby składały się na całkiem przystojny całokształt. Wrażenie to jednak psuł ubiór, zdecydowanie odbiegający od standardów narzucanych przez Akademię.

Zgodnie z artykułem trzecim Statutu, każdy nowicjusz zobowiązany jest do noszenia stroju odpowiadającego jego pozycji, to jest szarej szaty z przylegającymi rękawami, do wyboru z kapturem lub bez, z emblematem Akademii. Wedle życzenia, nowicjusz może wymienić wyżej wymieniony strój na szarą marynarkę z emblematem i spodnie takiegoż koloru. Wyrecytował w pamięci Sariel. Czerwony T–shirt z dość tandetnie wyglądającą czaszką oraz czarne dżinsy z luźno opadającymi nogawkami na mocno schodzone pomarańczowe tenisówki zdecydowanie nie zyskałyby aprobaty w oczach Jego Ekscelencji Rektora Remiela.

Kiedy spojrzenia dwóch Duchów się spotkały, uśmiech na twarzy przybysza stał się jeszcze szerszy. Był jedną z nielicznych osób, które w najmniejszym stopniu nie bały się spojrzenia Sariela. Fakt ten odrobinę irytował młodego Upiora, choć również wzbudzał jego szacunek.

– Hej, młody! – zagaił nowoprzybyły pozornie przyjacielskim tonem.

– No cześć, Mazri – odparł oschle Sariel. Lubił pracować sam i nie podobało mu się, że niedaleko będzie pałętać się inny Duch. Na jego szczęście bardzo rzadko zdarzało się, aby jednego wieczoru w tym samym miejscu pojawiały się dwa cele.

– Coś taki markotny? Uśmiechnij się. Wszak dzisiaj nasz wielki dzień, co nie? – Przybysz rzucił okiem na otaczające ich płomienie.

– To się okaże – odpowiedział z rezerwą Sariel, bacznie obserwując rozmówcę. – Chętnie bym tu z tobą pogawędził, ale jak słusznie zauważyłeś, mamy zadanie do wykonania.

Sariel, co do zasady, żył w dobrych lub poprawnych stosunkach ze wszystkimi kolegami i koleżankami z roku. Zdarzały się jednak wyjątki. Mazri wkurzał go tym, że jakimś cudem, pomimo nagminnego opuszczania wykładów, zaliczył każdy rok Akademii. Denerwowały go również jego tanie popisy, wątpliwy intelekt idący w parze z mimo wszystko nieprzeciętnymi umiejętnościami w zakresie walki, lizusostwo w stosunku do Rektora oraz protekcjonalny ton, z jakim odnosił się do pozostałych nowicjuszy. To, że Czerwony, bo tak przezywali go pozostali studenci, w ogóle próbował być miłym, było zapewne zasługą dobrego humoru i tego, że powierzono mu zadanie tak szybko po zaliczeniu egzaminów końcowych. Zdaniem Sariela nie była to jednak w pełni zasłużona nominacja.

– Widzę, że Błękitek się spiął. No cóż, walka z Posłańcami czy Demonami nie jest dla każdego – sarknął czerwonowłosy, obracając się w kierunku stojącego za nim kościoła. Czy raczej katedry. I to nie byle jakiej, ale Katedry Świętego Piotra, jednej z największych świątyń siedemnastowiecznej Anglii. Najstarszy tego typu budynek na kontynencie, należał również do najdroższych i najdłużej budowanych. Choć w tamtej chwili trudno było w to uwierzyć, kiedyś był on piękną i majestatyczną budowlą. Czas i pożary odcisnęły jednak na niej swoje piętno. Uwagę Sariela przykuło miejsce, gdzie kiedyś znajdowała się iglica budynku. Podobno piorun, który uderzył w nią w roku tysiąc pięćset sześćdziesiątym pierwszym, doszczętnie stopił znajdujący się tam dzwon, który rozlał się po posadzce kościoła niczym lawa. Ten fragment opisu Duch pamiętał bardzo dokładnie. Podobał mu się. Co jednak ważniejsze obecnie w jej wnętrzu znajdował się pewien pechowiec, bardzo cenny dla ich zleceniodawców w Zaświatach. Nim właśnie miał zająć się Mazri.

– Na mnie czas, młody. Będę czekał po skończonej robocie. Zakładając oczywiście, że przeżyjesz – rzucił radośnie Czerwony i pobiegł w kierunku katedry. Swoją szarżę zakończył efektownym wyskokiem i sporą dziurą we frontowej ścianie budynku.

Palant, przemknęło przez myśl Sariela w chwili, kiedy jego niechciany towarzysz zniknął wewnątrz kościoła. Niemniej, oceny Czerwonego nigdy nie schodziły poniżej czwórki. Miał jedynie nadzieję, że Mazri faktycznie stanie na wysokości powierzonego mu zadania. Każdy Nośnik był na wagę złota.

Skoncentruj się na własnej misji, upomniał sam siebie w myślach. Postanowił przeanalizować swoją sytuację jeszcze raz. Tommy – siedmioletni chłopiec, jeden z Nośników Wyższej Krwi, odłączył się od swojej matki, aby ratować z płonącego domu swojego kota Shermana – czyn równie głupi, co bohaterski. Naturalnie, nie przeżyje tej eskapady. W drodze powrotnej jedna z płonących belek oderwie się od stropu i zabije go na miejscu. Do tej chwili pozostało jakieś trzydzieści sekund…

Sariel obrócił się w kierunku stojącego nieopodal domu i popędził na spotkanie przeznaczenia.

 

***

 

Ściana ustąpiła zaskakująco łatwo.

Mazri strzepnął tynk z płaszcza i koszulki, po czym rozejrzał się po przybytku. Ogień zdążył objąć praktycznie całą galerię. Jego czerwone języki rozchodziły się po ścianach oraz kopule, niszcząc freski i cały dorobek pracujących nad nimi artystów. Po większości ławek pozostały jedynie zwęglone deski. Jednak to osoba znajdująca się pomiędzy nimi przykuła uwagę debiutującego Upiora.

Łysa postać miała ponad dwa metry wzrostu. Leżała skulona w pozycji embrionalnej, zasłaniając głowę dłońmi. Stara, poszarpana koszula, połatane spodnie oraz niezrozumiałe dziecięce kwilenie dopełniały wizerunku lokalnego przygłupa, którego ogarnięci paniką ludzie pozostawili własnemu losowi. Mazri uśmiechnął się na jego widok z mieszaniną politowania i pogardy. Niektóre Duchy twierdziły, że w ostatniej chwili przed śmiercią Nośniki potrafiły dostrzec wysłannika Zaświatów, który po nie przyszedł. Z oczywistych względów, nikomu nigdy nie udało się zweryfikować prawdziwości tego mitu z samymi zainteresowanymi.

Czerwony miał jeszcze trochę czasu, by rozejrzeć się po wnętrzu płonącego kościoła. Pożar był w sumie dość litościwym końcem dla całej budowli, która już dawno temu zaczęła niszczeć od środka. Przeżarte zgnilizną ornamenty, ławki i konfesjonały oraz pękające witraże wołały o pomstę do nieba. Ta zaś najwyraźniej nadeszła, bowiem w tamtym właśnie momencie jeden z filarów podtrzymujących triforium ustąpił. Mazri oglądał zafascynowany, jak gigantyczna masa kamienia zlatuje na przerażonego imbecyla. Nigdy nie oglądał jeszcze czyjejś śmierci, a co dopiero z odległości kilku metrów. Nie miał pojęcia jak wspaniałym i pięknym widokiem może być koniec jednego z Nośników. Tym bardziej, że dźwięk pękających kości i krew tryskająca spod gruzu oznaczały początek najciekawszej części jego misji.

Mazri podszedł bliżej gruzowiska, uważnie obserwując jak z ciała powoli wyłania się to, po co przybył. Kiedy pył opadł, jego oczom ukazała się świetlista, fioletowa aura wielkości zaciśniętej pięści. Swym wyglądem przypominała odrobinę mydlaną bańkę, a w jej wnętrzu znajdowało się dość niezwykłe stworzenie. Istota na pierwszy rzut oka wyglądała jak świeżo wyklute pisklę. Spokojnie spoczywające na dnie swojego niecodziennego schronienia, nagle otworzyło jedno oko i łypnęło nim groźnie w kierunku Ducha.

Aleś ty obrzydliwy. Mazri podszedł bliżej sfery w celu poddania małego potwora bliższym oględzinom. Żółte, gadzie ślepie ani na chwilę nie przestawało kontrolować jego ruchów. „Pisklak” nie posiadał żadnego upierzenia. Jego ciało pokryte było natomiast czymś przypominającym rybią łuskę. Najbardziej charakterystyczną anomalię stanowiła głowa, a konkretnie małe, delikatnie zakręcone na jej końcach rogi.

Cholera, jest tak blisko. Na wyciągnięcie ręki. Gdyby tylko można było go tak po prostu wziąć i stąd zmiatać, pomyślał Mazri. No, ale wtedy ominęłaby mnie cała zabawa.

Stwór i Duch przez chwilę mierzyli się wzrokiem, jakby próbowali ocenić przeciwnika. Huk pękającego stropu szybko przerwał ich pojedynek.

Pęknięcie było w tym przypadku dużym niedopowiedzeniem. Fragment dachu po drugiej stronie katedry dosłownie eksplodował, zalewając wnętrze kościoła odłamkami oraz oślepiającym blaskiem. Mazri zmrużył oczy. Pomimo ograniczonej widoczności wyraźnie dostrzegł skrzydlatą sylwetkę wyłaniającą się ze świetlistego otworu. Najwyraźniej niektórzy Posłańcy również cenili sobie stylowe wejścia.

Będzie zabawnie. A może nawet interesująco.

Z początku widział jedynie zarys opadającej postaci. Dopiero, kiedy przybysz stanął na posadzce katedry, a bijący z rozwalonego fragmentu sufitu blask odrobinę zelżał, Mazri mógł dokładniej przyjrzeć się swojemu przeciwnikowi.

Nie sprawiał wrażenia groźnego. W zasadzie, wyglądał jak podręcznikowy Posłaniec. Delikatne, wręcz kobiece rysy twarzy bardzo pasowały do bladej cery i długich, luźno opadających do ramion prostych blond włosów. Wielkie, błękitne oczy uważnie obserwujące Mazriego przywodziły na myśl dobrze mu znane, świdrujące spojrzenie Sariela. Przybysz miał na sobie białą, lnianą koszulę i wyglądające na skórzane spodnie tego samego koloru. Jego klatkę piersiową chroniła kolczuga oraz srebrny napierśnik ozdobiony wizerunkiem Sandalona, boga gniewu. Ten sam symbol widniał również na pozostałych częściach zbroi – nagolennikach i naramiennikach. Obrazu boskiego posłańca dopełniały zaś wielkie, szare skrzydła.

Szare. Zatem to zwykły pachołek. Usta Mazriego wykrzywiły się w pogardliwym półuśmiechu. Wysłannik Trzeciej Kategorii nie będzie wielkim wyzwaniem. A już liczyłem, że zdołam się choć troszkę rozerwać.

Przybysz tymczasem uważnie obserwował każdy jego ruch, jakby spodziewał się, że Duch może w każdej chwili zaatakować. Nie był w tym względzie zbyt daleki od prawdy.

– Jak masz na imię? – rzucił wyzywająco Mazri. Czuł się raczej wyluzowany – przynajmniej na tyle, na ile to możliwe tuż przed walką na śmierć i życie.

– Do czego potrzebna ci ta wiedza? – odpowiedział pytaniem anioł. W jego melodyjnym głosie dało się wyczuć nutę zdziwienia. W odpowiedzi uśmiech Czerwonowłosego poszerzył się jeszcze bardziej.

– Lubię wiedzieć, kogo zabijam.

Niewprawne oko nie zauważyłoby delikatnego grymasu rozbawienia na twarzy boskiego posłańca. Pojawił się on nagle i równie szybko znikł. Mazriemu nie umknął jednak ten szczegół. Anioł przez chwilę się zastanawiał. Popatrzył gdzieś w powałę, jakby to na niej zapisana została odpowiedź, po czym ponownie spojrzał na oczekującego Ducha.

– Anael – odpowiedział odrobinę rozmarzonym tonem. W jego głosie dało się wyczuć coś specyficznego. Jakby nutkę życzliwości.

Jedna z jego nóg Czerwonego powędrowała do tyłu, zaś ręce skrzyżowały się na plecach.

– A co z tobą? Nie masz zamiaru się przedstawić? – zapytał odrobinę urażonym tonem Anael.

– Niby czemu miałbym? – spytał Mazri, jednocześnie rozpoczynając w myślach Inkantację.

Anioł przewrócił oczami.

– Tego wymaga etykieta – stwierdził rzeczowo tonem nauczyciela pouczającego niezbyt bystrego ucznia.

– Pierdoli mnie twoja etykieta – rzucił Czerwonowłosy. Kiedy wypowiedział w myślach ostatnie słowa Inkantacji, poczuł w obu dłoniach znajome rękojeści. Eitr i Knifr, jego przypisane bronie, zawsze świetnie się sprawdzały na hali treningowej. Ten koleś wyglądał zaś całkiem podobnie do wszystkich kukieł, które miały zaszczyt posmakować najlepszych przyjaciółek i wiernych towarzyszek Mazriego. Oby skrzydlaty stanowił choć odrobinę większe wyzwanie – inaczej cała ta misja okazałaby się okropnie nudna.

Anael wzruszył ramionami.

– Jak sobie chcesz – odpowiedział obojętnym tonem, unosząc prawą rękę. Z wyciągniętej dłoni trysnęło złociste światło.

Mazri nie miał zamiaru czekać, aż tamten zdąży zmaterializować swoją broń. Czas gadania i uprzejmości się skończył. Nadszedł czas walki.

Rozpoczął szarżę. Z ułożonymi wzdłuż ciała rękami mógł przywodzić na myśl pikującego jastrzębia. Sztylety, które dzierżył w obu dłoniach, odbijały w swych lśniących ostrzach wszechobecne płomienie.

Wbrew pierwszemu wrażeniu Mazriego, tamten nie należał jednak do nowicjuszy. Już po dwóch sekundach udało mu się przywołać broń. Był to długi miecz ze złotą rękojeścią, zwieńczoną czaszką tego samego koloru. Całkiem niezły ekwipunek jak na Szaraka.

Ale fajny półtorak to za mało żeby mnie pokonać, robaczku.

Kiedy Mazri znalazł się metr przed swoim celem, odskoczył w prawo i ciął znajdującym się w lewej dłoni Knifrem. Jedno celne cięcie przez tętnice szyjną zakończyłoby błyskawicznie ten pojedynek. Jednak Anael nie dał się tak łatwo nabrać. Skok, po czym wykonany z gracją tancerza piruet zakończony poziomym cięciem omal nie skończył kariery Ducha. Ostrze ominęło jednak potylicę o centymetry, tnąc za to tylną część czerwonego irokeza.

Zaskoczony szybkością reakcji przeciwnika, Mazri poleciał do przodu. Wyćwiczony przewrót uratował go przed bolesnym upadkiem na twardą posadzkę katedry. Niemniej, nieudana próba trochę go zirytowała. To jednak sługa Sandalona – nie pójdzie mi z nim tak łatwo, pomyślał, wstając i otrzepując kolana. Dobra, nieważne. To była tylko rozgrzewka. Czas zabrać się na poważnie do roboty. Rzucił nienawistne spojrzenie stojącemu parę kroków dalej Anaelowi, którego mina była mieszaniną pobłażliwości i samozadowolenia.

Na twarzy Mazriego ponownie pojawił się uśmiech, jednak odrobinę mniej pewny siebie. Tym razem zamiast pochopnie atakować, zaczął obchodzić rywala z lewej, po łuku. Uważnie obserwując każdy ruch boskiego posłańca, czekał na odpowiedni moment. Być może dłuższa chwila spokoju sprowokuje skrzydlatego do ataku. Byłby to idealny moment na wykorzystanie Oszusta.

Cierpliwość faktycznie się opłaciła. Anael po krótkiej chwili stagnacji wzbił się w powietrze, po czym runął na wroga niczym pikujący orzeł. Jego głupkowaty uśmieszek szybko ustąpił miejsca zdziwieniu, kiedy obraz Mazriego zniknął tuż przed momentem zderzenia. W tym samym momencie oryginał wyskoczył zza pleców Szarego. Ciął obiema ostrzami do wewnątrz, próbując poderżnąć zaskoczonemu Anaelowi gardło. Posłaniec po raz kolejny popisał się zaskakującą szybkością – obrócił się w porę i skutecznie sparował mieczem. Niemniej, impet lecącego Szaraka nie pozwolił mu w porę wyhamować.

Obaj walczący runęli na konfesjonał. Zderzenie z masą drewna i chwila oszołomienia kosztowała Mazriego ząb. Solidny kopniak w podbródek odrzucił go na parę metrów do tyłu i pozbawił sztyletów. Anael nie dał mu ani chwili wytchnienia. Błyskawicznie doskoczył do leżącego Ducha i spróbował przyszpilić go mieczem do podłogi. Czerwonowłosy zdążył odturlać się dosłownie w ostatnim momencie. Wyraźnie rozdrażniony, kucający Posłaniec obrócił głowę za swoim przeciwnikiem. W samą porę, aby mokra mieszanina krwi i śliny trafiła go prosto w oko. Krzyk szoku i obrzydzenia został momentalnie przerwany przez wymierzony, solidny lewy sierpowy.

Skrzydlaty poleciał na brzuch, wypuszczając z rąk swój miecz. Korzystając z wolnej chwili, Mazri doskoczył do leżących obok zwęglonych ławek w celu odnalezienia utraconych wcześniej broni. Na własne szczęście, zdążył w porę zauważyć powracającego do walki anioła. Uparty jesteś, skurwielu. I całkiem niezły. Ale to nadal za mało jak na mnie.

Szybko ocenił sytuację. W tak krótkim czasie zdążyłby wykorzystać kolejnego Oszusta, aby dostać się za plecy lecącego. To pozostawiało możliwości. Cięcie przez stawy kolanowe powinno skutecznie unieszkodliwić Posłańca, zaś nieumiejący wstać anioł nie byłby już żadnym przeciwnikiem.

Większość planu udało mu się wykonać perfekcyjnie. Dopiero, kiedy odsłonięty cel był na wyciągnięcie ręki zdarzyło się coś niespodziewanego.

Mazri nie miał do tej pory okazji przyjrzeć się tylnej części napierśnika. W trakcie ataku zauważył, iż widnieje na niej wizerunek obdarzonego twarzą Słońca. Jego oblicze wskazywało na stan wielkiego wzburzenia, zupełnie jakby to, że przyozdabia zbroję byle Szaraka było dla niego najwyższą obrazą. W miejscu, gdzie normalnie byłyby wykrzywione w okrzyku usta, dokładnie na wysokości krzyża anioła, znajdował się okrągły otwór o średnicy jakichś pięciu centymetrów. I właśnie to, co wyłoniło się z rzeczonej szpary sprawiło, iż Czerwonowłosy się zawahał.

W otworze pojawiło się coś giętkiego, po czym w ułamku sekundy owinęło się wokół szyi Ducha, pozbawiając go tchu. Mazriemu ostatkiem sił udało się wbić Knifr w obrzydliwość próbującą wydusić z niego życie. Nie dało to jednak zamierzonego efektu. Anael, zamiast rozluźnić uścisk wydał z siebie obrzydliwy i bardzo nieanielski wrzask bólu, po czym cisnął nim o najbliższą ścianę.

Czym ty do cholery jesteś? Gdy tylko odzyskał oddech, Upiór z przerażeniem zorientował się, że sztylet, który uratował mu życie leży w stercie gruzu parę ładnych metrów dalej. Nie to jednak było najgorsze.

Anioł stał niedaleko przed nim, zaś na jego twarzy nie malowała się już dawna zaciętość. Ustąpiła ona miejsca całkowitemu spokojowi, wręcz obojętności. Twarde, przenikliwe, błękitne oczy bezlitośnie wpatrywały się w Mazriego.

– Musisz wiedzieć, że to co zaraz zrobię jest absolutnie niezgodne z naszym kodeksem. Potraktuj to jako komplement – nie pozostawiasz mi bowiem żadnego innego wyjścia. Jesteś najzwyczajniej w świecie za dobry, a iluzja zbyt energochłonna – powiedział Anael. Nie był to jednak jego głos, a przynajmniej nie ten, którym posługiwał się jeszcze chwilę temu. Ten nowy przypominał bardziej syk węża, niż słowa wypowiadane przez boskiego posłańca.

Cała postać Szaraka zaczęła się przeistaczać. Śnieżnobiała skóra pokryła się łuską o barwie lekko podgniłego fioletu. Paznokcie poczerniały i przeistoczyły się w ostre jak brzytwa szpony. Włosy zmieniły kolor na hebanowy, zaś błękitne tęczówki pożółkły, po czym rozlały się po gałkach ocznych, zostawiając jedynie cienkie, pionowe kreski gadzich źrenic. W ostatniej fazie metamorfozy piękne, przypominające orle skrzydła opadły z piór, ukazując pod spodem błony i łuskę, przywodzące na myśl smoki z legend.

Mazri nie miał jednak zamiaru biernie przyglądać się całemu procesowi. Cisnął w przepoczwarzające się monstrum Eitrem, zmuszając je do uniku. Korzystając z okazji, rzucił się w kierunku sterty gruzu i leżącego tam Knifra. Zanim jednak zdążył go odzyskać, macka ponownie owinęła mu się wokół gardła.

Tak przynajmniej wydawało się Anaelowi, który po raz kolejny dał oszukać się Oszustowi. Zdążył jednak zauważyć Ducha, zanim ten zadał mu śmiertelny cios. Momentalnie skontrował mieczem i macką, jednak przeciwnik był na to gotowy. Mazri skutecznie ciął w prawą łapę, przez co przeciwnik ponownie wypuścił miecz. Następnie, ku zaskoczeniu wroga, pociągnął za oślizgły ogon fałszywego Posłańca. Potwór stracił równowagę i poleciał do przodu. Korzystając z nadarzającej się okazji, Mazri wbił Kinfr prosto w jedno z jaszczurzych ślepi.

Anael po raz kolejny wydał z siebie przerażający ryk, łapiąc się za rozdarte oko. Padł na ziemię i począł się zwijać. Przekonany o swoim zwycięstwie Mazri chwycił za rękojeść leżącego obok Eitra. W tej sytuacji wystarczyło jedynie dokończyć gada. Pochylił się i unieruchomił kolanem wierzgającego jaszczura. Skrzydlaty jednak nie dał za wygraną. W ostatnim, rozpaczliwym geście ugryzł dłoń próbującego poderżnąć mu gardło Upiora.

Potężny strumień paraliżującego bólu przebiegł po ręce Czerwonego. Tym razem to on krzyknął. Upadł na podłogę, nie mogąc zmusić nóg do utrzymania swojego ciężaru. Potwór natomiast odturlał się spokojnie na bok i wstał. Sprawiał wrażenie, jakby przestał odczuwać cokolwiek związanego z jego obecnym stanem. Zdecydowanym, ostrym ruchem wyrwał sztylet wraz z nadzianym na nie okiem. Przez chwilę przyglądał się obu obiektom, niczym jakiemuś nowemu, wyjątkowo fascynującemu odkryciu, po czym cisnął nimi w najbliższą ścianę.

– To już nam się nie przyda – stwierdził zdecydowanym tonem, spoglądając na Mazriego. Spokojnie obserwował, jak zatruty przeciwnik zaczyna drżeć i zwijać się w konwulsjach.

– Skoro i tak zabierzesz tę wiedzę ze sobą, to myślę, że jestem ci jednak winien rzetelne przedstawienie się – powiedział jaszczur, patrząc, jak Duch toczy z ust pianę. – Jestem Anael, członek Pierwszej Brygady Zmiennokształtnych pod dowództwem Brata Barachiela. – Podniósł leżący na ziemi miecz. – Jak pewnie się już domyśliłeś, jesteśmy czwartą frakcją w waszym, a teraz również i naszym małym konflikcie. Z tą różnicą, że my – wyraźnie podkreślił to słowo – działamy bezpośrednio z polecenia Chaosu.

Podszedł do bezbronnego Upiora i uniósł broń. Jego paskudny uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, widząc przerażone zielone oko utkwione w końcówce ostrza.

– Stąd też pochodzi nasza nazwa. Jesteśmy bowiem Naznaczonymi przez Chaos.

Mazri miał wrażenie, jakby wbijane ostrze poruszało się zwolnionym tempie. Do czasu, aż nie poczuł jak zimna stal zagłębia się w jego czaszce.

Kurwa… było jego ostatnią myślą.

 

***

 

W tym samym czasie

 

Zawiasy ustąpiły bez większych problemów. Kiedy Sariel znalazł się w przedpokoju, rzucił okiem na płonącą izbę, w której się znajdował. Hall został połączony z pomieszczeniem, które w tym małym domku najprawdopodobniej służyło za salon. Meble, krzesła, półki, stoły i szafy – wszystkie one były już niemal doszczętnie strawione przez płomienie.

Dwanaście, jedenaście, dziesięć… Sariel przeniósł wzrok na schody. Usłyszał tupot małych stóp i miauknięcie kota. Sekundę później sylwetka chłopca pojawiła się na szczycie. Brudny, w poszarpanym ubraniu, dzielnie trzymający swojego wąsatego przyjaciela, schodził, czy raczej zbiegał, z wyrazem zaciętości na twarzy. W jego oczach nie było widać paniki – jedynie determinację i odwagę. Mimo swego opłakanego stanu wyglądał mężnie i szlachetnie. Niczym prawdziwy bohater, którym w istocie był.

Siedem, sześć, pięć…

Kiedy Tommy znajdował się w połowie drogi, jeden ze schodów ustąpił pod jego ciężarem. Chłopak wleciał lewą nogą w powstałą dziurę, raniąc sobie nogę do kości. Utrata równowagi sprawiła, że wypuścił też kota, który jakby otrząsnąwszy się z paraliżującego go wcześniej strachu, pognał na zewnątrz przez wyważone drzwi. Jego właściciel popatrzył za nim i obrócił wzrok w kierunku Sariela. Duch przez ułamek sekundy miał wrażenie, że chłopiec go widzi. Nie płakał ani nie krzyczał, jedynie patrzył na niego upiornym, nieprzyjemnym spojrzeniem, wyrażającym mieszankę dwóch najgorszych istniejących uczuć – bólu i bezsilnej akceptacji.

Dwa, jeden…

Sariel rozpoczął inkantację. Nie mógł mieć pewności czy wróg nie posłuży się podstępem.

Jedna z desek podtrzymujących strop urwała się z głośnym trzaskiem. Chłopiec podniósł głowę, by napotkać swoje przeznaczenie. Kiedy wielki kawał drewna rozłupał drobną czaszkę, fioletowa bańka ze znajdującym się wewnątrz Nośnikiem opuściła ciało Tommy'ego. Mały stwór wydał z siebie rozpaczliwy skrzek, jakby samo przebywanie w świetlistej sferze zadawało mu niewyobrażalny ból. W tym samym momencie Sariel poczuł, że coś za jego plecami zaczęło cuchnąć siarką. W ten charakterystyczny, niemożliwy do pomylenia sposób.

Zmaterializował miecz dosłownie w ostatniej chwili, by móc sparować lecące w kierunku pleców ostrze. Duch odskoczył i stale utrzymując gardę, przyjrzał się atakującemu.

Demon. Około metr sześćdziesiąt wzrostu. Czarna skóra, czerwone oczy. Krótkie szpiczaste rogi. Stopy z dwoma palcami z przodu i jednym tylnym. Pazury. Broń – hamidashi. Czyżby…

Sariel rzucił okiem na lewe ramię stwora. Zgodnie z podejrzeniami, widniało tam wytatuowane nieduże, czerwone „H”.

członek Hordy.

Rogaty, z początku zaskoczony szybkością reakcji przeciwnika, otrząsnął się i ponowił atak. Błękitnooki Duch zręcznie uniknął ciosu, po czym potężnym kopniakiem posłał wroga na płonące schody.

Sariel chwycił broń obiema rękami. Zawsze czuł się pewniej, trzymając ją w ten sposób. Odkąd pamiętał cenił sobie różnorodność i wszechstronne wykształcenie. Nie był zbyt szczęśliwy, gdy pierwszego dnia szkolenia otrzymał broń, która miała towarzyszyć mu przez resztę życia. Agora, bo takie nadał jej imię zgodnie z prastarą tradycją nazywania swych przypisanych broni, okazała się jednak wspaniałą towarzyszką. Jako półtorak nie sprawiałaby problemów komuś, kto preferował szybszą wersję szermierki. Niemniej, Duch zawsze wolał posługiwać się nią jak bronią dwuręczną.

Dwa najniższe stopnie pękły pod ciężarem spadającego na nie demona. Nie zrobiło to na nim jednak większego wrażenia. Momentalnie poderwał się na nogi, zasypując przeciwnika gradem ciosów. Walka przeniosła się z hallu do odgrodzonego cienką, drewnianą ścianą pomieszczenia, które pełniło jednocześnie rolę jadalni i kuchni. Duch rozważał opcję wykorzystania jednego z kuchennych przyrządów, jednak przeciwnik okazał się wyjątkowo zawzięty i skutecznie blokował dojście do nich. Długie ostrze pozwalało utrzymać piekielnego posłańca w bezpiecznej odległości. Ten sprawiał jednak wrażenie zbyt zdeterminowanego, by w ogóle odczuwać zmęczenie. Co gorsza, posługiwał się swą bronią nad wyraz sprawnie.

Irytująco uparty oraz szybki, a zatem bardzo niebezpieczny. Czas działa na moją niekorzyść.

Członek Hordy wykorzystał delikatne zamyślenie Upiora do perfekcji. Skoczył przed siebie i zadał niepozorny, lecz bardzo precyzyjny sztych od prawej. Jadeitowe hamidashi z pięknie rzeźbioną rękojeścią w kształcie smoka musnęło jednak jedynie policzek Sariela, zostawiając na nim krwawy ślad. Zdenerwowany sługa piekieł chciał jak najszybciej dokończyć dzieła. Kiedy tylko wylądował za plecami wroga, wykonał efektowny piruet i ciął na wysokości szyi Upiora. Ku wielkiemu zaskoczeniu stwora, Duch błyskawicznie sparował.

Wojownik Hordy skoczył do tyłu. W samą porę, ponieważ kolejna płonąca belka urwała się ze stropu, spadając dokładnie w miejsce, gdzie stał przed sekundą. Chwila rozdzielenia sprawiła, że przybysz przyjrzał się Sarielowi. I ten właśnie moment był punktem zwrotnym.

Z oblicza sługi Ponurego Żniwiarza zniknęły spokój i rozluźnienie. Jego twarz stężała i zbladła, nadając mu surowości charakterystycznej dla marmurowych posągów. Tylko jedna emocja malowała się w tamtej chwili na krwawiącej twarzy Ducha – bezlitosna, zimna żądza mordu. Tym, co najbardziej przeraziło demona były oczy. Okrutne, błękitne spojrzenie świdrowało ciało i duszę. Nikt i nic nie mogło się przed nim uchronić w momencie, kiedy obrało go na swoją ofiarę. Ten wzrok niósł ze sobą jedną wiadomość.

Jesteś martwy. To tylko kwestia czasu.

Nagły podmuch gorącego powietrza rozwiał Upiorowi jego sięgające połowy szyi włosy, sprawiając, że jego surowa, otoczona płomieniami sylwetka wyglądała jeszcze bardziej złowieszczo. W zasadzie, w oczach demona nie przypominał on już posłańca Śmierci, ale jej żywe wcielenie, które osobiście pofatygowało się tutaj, aby zakończyć jego żywot. Ubrany w szarą szatę Duch mocniej zacisnął dłonie na swym mieczu, po czym przypuścił atak.

Demon uniknął pierwszego ciosu zadanego Agorą, jednak z pozostałymi nie poszło mu już tak łatwo. Sariel, napędzany własnym gniewem, poruszał się z szybkością, której nie sposób było dorównać.

– Nigdy więcej nie próbuj atakować mojej twarzy, skurwysynu – powiedział głosem, którym mógłby zwiastować nadejście Armagedonu. W gruncie rzeczy to właśnie robił – dla posłańca piekieł był to moment jego osobistej apokalipsy.

Pora na Mróz, pomyślał Sariel.

Z początku demon poczuł coś przypominającego zimny podmuch wiatru. Sekundę później, kiedy miał wyprowadzić kolejny atak, dostrzegł, iż jego ręka pokryła się szronem. Kiedy spróbował się poruszyć, odkrył, że dziwaczny lód pokrył też jego nogi. Duch postąpił krok do tyłu i począł przyglądać się całemu procesowi z wyrazem okrutnego zadowolenia na twarzy. Szron tymczasem zaczął twardnieć i rozprzestrzeniać się po całym ciele. Chwilę później objął je całkowicie.

Upiór, nadal się uśmiechając, podszedł bliżej, aby przyjrzeć się swojemu dziełu. Po krótkiej ocenie skutego lodem przeciwnika obrócił się na pięcie, po czym wykonał pół-piruet i efektownym cięciem na wysokości brzucha rozbił lodową rzeźbę, w którą zamienił swojego wroga.

Pozostałości zamrożonego demona upadły na podłogę, po czym momentalnie spłonęły zielonym płomieniem, pozostawiając po sobie trudny do zniesienia smród piekielnej siarki. Sariel zasłonił nos rękawem, po czym podszedł do lewitującego nad trupem Nośnika. Wyglądał dokładnie tak, jak opisano go w podręczniku – mały, podobny do ptaka i odrażający. Stwór, jakby przewidując własny koniec, na widok zbliżającego się Ducha zaczął machać swoimi małymi kończynami i uderzać dziobem o ściankę sfery. Jego próby wydostania się ze swojego świetlistego więzienia nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Posłaniec Śmierci spokojnie podszedł do fioletowej bańki i chwycił ją w dłoń. Posłał małemu potworowi ostatnie zniesmaczone spojrzenie, a następnie jednym, szybkim ruchem zacisnął pięść, gniotąc kulkę wraz z zawartością.

Upiór skrzywił się odrobinę na dźwięk miażdżonego ciała i pękających kości. Wyciągnął fiolkę i przelał zawartość swojej dłoni do środka. Podręczniki nie kłamały – krew Nośników Wyższej Krwi faktycznie była ciemnoniebieska.

Ciekawe. Sariel rzucił ostatnie spojrzenie płonącemu domowi, po czym skierował się do wyjścia. Wyważone wcześniej drzwi płonęły obok framugi.

Duch wyszedł na zewnątrz. Wszystko co w przeciągu ostatnich paru minut wydarzyło się w domu Tommy'ego nie miało oczywiście żadnego znaczenia dla mieszkańców miasta. Nadal biegali, uciekali, krzyczeli, modlili się czy też starali ratować swój dobytek. Dalej walczyli.

Spojrzał w kierunku katedry. Dokładnie w tym momencie ze środka, korzystając z imponujących rozmiarów dziury w dachu, wyleciał anioł. Sariel dostrzegł, że zamiast lewego oka niebiański posłaniec posiadał jedynie krwawą dziurę po nim. Nie wyglądał jednak na zbyt przejętego swoją raną. Z wyrazem zadowolenia na twarzy otworzył w niebie świetlisty portal, aby po chwili w nim zniknąć.

Więc skończyłeś zanim na dobre zacząłeś, Mazri. Muszę przyznać, że jestem troszkę rozczarowany. Kolejna dusza bliżej do obudzenia potwora.

Nie było jednak sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Zadanie zostało wykonane, a dusza zabezpieczona. Pierwsza misja zakończona sukcesem.

Zadowolony z siebie Sariel rozpoczął inkantację zaklęcia powrotnego.

 

***

 

Czterysta lat podbierania Posłańcom i demonom magicznych stworów, byle tylko nie mogli przebudzić swych mrocznych bóstw. Cztery pieprzone wieki. Ale ten czas…

Zamyślenie Sariela przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi. Odczekał chwilkę. Jeśli po drugiej stronie stała dokładnie ta osoba, której się spodziewał, to po krótkiej przerwie powinna stuknąć w drzwi jeszcze raz. Tak też się stało.

Na twarzy Kandydata zagościł szczery, ciepły uśmiech.

– Możesz wejść, Rafaelu.

Zachęcony zaproszeniem, gość pewnie otworzył drzwi. Jego lśniące, kasztanowe włosy opadały kaskadą na smukłe ramiona. Długa, sięgająca kostek biała szata przepasana złotą, lnianą szarfą i pantofle koloru świeżego śniegu dobrze komponowały się z bladą cerą przybysza. Kiedy bystre, choć lekko przestraszone zielone oczy napotkały spojrzenie Sariela, młody Upiór również rozpromienił się w uśmiechu.

– Jesteś gotowy? – spytał delikatnym, melodyjnym głosem Rafael.

– Tak, właśnie wychodziłem. – Sariel wstał z krzesła i rzucił ostatnie spojrzenie swojemu odbiciu. Kiedy jego gość podszedł bliżej, kandydat pochwycił go i obdarzył spontanicznym pocałunkiem powitalnym.

Rafael zarumienił się, wyraźnie zmieszany. Jego nieśmiałość w tych kwestiach zawsze wydawała się Sarielowi niewyobrażalnie urocza.

– Widzę, że nastrój ci dopisuje – rzucił Upiór o kasztanowych włosach odrobinę oskarżycielskim tonem.

– Oczywiście. Jeśli mam wygrać te wybory, charyzma i dobra prezencja to podstawa – odparł radośnie kandydat. Zaraz jednak lekko się skrzywił. Przypomniał sobie o istotnym problemie, który mógłby pokrzyżować dzisiejsze plany. – Wspominając o dobrym wyglądzie: powinienem zostawić ten czerwony krawat czy jednak założyć niebieski? – zapytał z wyrazem zatroskania na twarzy, raz jeszcze obracając się w kierunku lustra.

Drugi z Upiorów zmarszczył teatralnie czoło, jakby odpowiedź na to pytanie wymagała dogłębnego zastanowienia się. Przez kilka sekund wpatrywał się w jasnozieloną ścianę gabinetu, jakby to tam znajdowało się rozwiązanie tej arcyważnej kwestii.

– Uważam, że obojętnie, który byś nie założył, to i tak mógłbyś wygrać z tamtą dwójką samym wyglądem – odpowiedział tonem pozbawionym odrobiny pochlebstwa.

Swoją deklaracją zdobył sobie kolejnego całusa.

– To jeden z powodów dlaczego cię kocham, Rafaelu – rzucił Sariel trochę poważniejszym tonem, po czym szybko dodał radośnie. – Zawsze wiesz, co powiedzieć.

– Potrzebujesz do tego „powodów”? – zapytał pozornie oburzony Duch, delikatnie zadzierając do góry nos. Zawsze tak robił, kiedy udawał obrażonego. – Dupek! – stwierdził kategorycznie, zakładając ręce na piersiach i teatralnie obracając się do rozmówcy plecami.

Sariel wybuchnął śmiechem. Podszedł do drzwi, po czym otworzył je kurtuazyjnym ruchem.

– Idziesz, księżniczko?

 

***

 

Oril stał na stanowisku, gotowy do działania. Otoczony przez grupkę rozmawiających Duchów, uważnie obserwował zamknięty szyb windy. Lada moment miał z niej wyjść jeden z trzech kandydatów, Sariel, i w towarzystwie swojego partnera, a jednocześnie najlepszego przyjaciela Rafaela, udać się do sali bankietowej. To właśnie on stanowił jego cel. Zgodnie z poleceniami Brata Barachiela pozostałymi kandydatami mieli zająć się osobiście Mikail i Anael. Raport tego pierwszego twierdził, że zadanie miało być proste.

Otruty przez „nowego Ramiela” Ponury Żniwiarz leżał martwy w swojej komnacie. „Martwy” nie było co prawda zbyt precyzyjnym określeniem, niemniej petryfikacja spowodowana podanym przez pozoranta eliksirem z czarnej lilii dawała praktycznie taki sam efekt. Z tego co twierdził alchemik, szanse na wybudzenie się ze śpiączki były w zasadzie zerowe. Pomimo tych zapewnień, Oril nie mógł pozbyć się paskudnego przeczucia, że podczas Ceremonii Wybrania Nowego Ponurego Żniwiarza wydarzy się coś, co zakłóci przygotowywaną od dawna operację.

Charakterystyczne „ding” obwieściło przybycie celu. Zgodnie z przypuszczeniami, Sariel wysiadł z windy wraz ze swoim brązowowłosym towarzyszem. Liczne grupki zgromadzonych na parterze Duchów natychmiast go obległy. Trzeci kandydat, wyraźnie zadowolony z zamieszania jakie wywołał, z uśmiechem odpowiadał na pozdrowienia i pytania, jednocześnie kierując się nieśpiesznym, acz stanowczym krokiem w kierunku sali.

Skrytobójca rzucił ostatnie spojrzenie schodom prowadzącym do strefy mieszkalnej budynku. Nikt już nie schodził, co znaczyło, że wszyscy zainteresowani znajdowali się w jednym miejscu. Zgromadzeni razem niczym pszczoły w ulu, całkowicie nieświadome ukrywających się pośród nich szerszeni.

Naznaczony podążył za tłumem. Zapowiadał się ciekawy wieczór.

 

***

 

Sala wieczorowa jak zwykle prezentowała się wspaniale.

Sariela zawsze najbardziej zachwycał widok ciemnofioletowego, nocnego nieba. Szczególnie tutaj. Srebrny blask księżyca wlewał się do środka przez ogromne okna, dodając do uroczystej aury tego miejsca nutkę tajemniczości. Beżowe ściany nadawały wnętrzu przytulności, a wypolerowana posadzka lśniła pomimo ogromnej ilości butów, które zdążyły już po niej deptać. Przez wielkie, prowadzące na taras szklane drzwi co chwilę wychodzili goście potrzebujący zaczerpnąć świeżego powietrza. Wielu z nich jednak pośpiesznie wracało, przepłoszonych przez panujący na zewnątrz chłód wieczoru.

Najmłodsi z początkujących Upiorów uwijali się całkiem sprawnie w przygotowaniach do mającej odbyć się po głosowaniu stypy. Większość zgromadzonych snuła się posępnie po parkiecie, wymieniając pojedyncze słowa i pozdrowienia. Część natomiast prowadziła ożywione rozmowy, spierała się i żartowała. Zupełnie, jakby zapomnieli, dlaczego zgromadzili się tego dnia, w tym miejscu i w tak licznej grupie. Jakby nie pamiętali o śmierci tego, który nie miał prawa umrzeć. Zachowanie tej grupki wydało się Sarielowi niestosowne i odrobinę dziwaczne.

Nagłe poruszenie wyrwało jednak kandydata z głębokiego zamyślenia.

Na końcu sali znajdował się podest, na którym ustawiona została mównica. Z usytuowanych za nimi drzwi do środka weszła niska i szczupła postać. Hell, jedna z dwójki bliźniaczek będących chlubą Akademii, zajęła miejsce na scenie. Jej czarna, obcisła suknia dobrze komponowała się ze śliwkową szminką, którą wybrała tego wieczoru. Drobna, odrobinę myszkowata twarz, która przeważnie była wyrazem spokoju i skromności, tego wieczoru promieniowała pewnością siebie i determinacją. Sugestia Sariela, żeby to właśnie ją obrać na Mistrzynię Ceremonii okazała się więc trafionym pomysłem.

Hell weszła z gracją na podium i stanęła przy mównicy. Na początek rozejrzała się po wszystkich zgromadzonych w sali bankietowej. Jej wzrok spoczął na chwilę na stojącym w pierwszym z tworzących się rzędów Sarielu. Posłała mu ciepły uśmiech, chyba odrobinę się przy tym rumieniąc, po czym przemówiła.

– Panie i panowie! Nadeszła wiekopomna chwila. Nigdy wcześniej od samych początków istnienia ci, którzy walczyli przed nami, jak i my sami, nie znaleźliśmy się w podobnej sytuacji. Oto nasz król niespodziewanie dla nas opuścił ten świat, aby połączyć się z Chaosem. Jego odejście było dla nas wszystkich szokiem i powodem głębokiego smutku. – Niesforny kosmyk włosów zasłonił Zjawie kawałek lewego oka. Z typową dla Bliźniaczek gracją odgarnęła go i kontynuowała. – W pamięci nas wszystkich Ponury Żniwiarz na zawsze pozostanie zapamiętany jako nasz oddany przywódca, opiekun i wzór do naśladowania. – W tym punkcie zrobiła krótką pauzę, jakby chciała dać sobie chwilę na odpoczynek i lepsze sformułowanie myśli. Szybko jednak podjęła.

– Nasz król uczył nas jednak również, że nie ma osób niezastąpionych. I choć w naszych myślach i wspomnieniach pozostanie on kimś takim na zawsze, to jego królestwo nie może obejść się bez władcy. Dlatego też dzisiaj muszą państwo w swoich sercach i sumieniach zadecydować o tym, kto spośród trójki kandydatów jest najgodniejszą personą do przejęcia jego dziedzictwa.

Klasnęła w dłonie. W rękach wszystkich zgromadzonych pojawiły się karty wyborcze, zaś z tyłu podestu zmaterializował się niewielki piedestał oraz stojąca na nim urna w kształcie czaszki wraz z długopisem przypominającym palec szkieletu. Trójka kandydatów, zgodnie z programem, zajęła miejsce obok Mistrzyni Ceremonii, aby zainaugurować głosowanie. Hell uśmiechnęła się z dumą, jakby samo przebywanie na tym samym podium co tak znamienite osobistości było jej osobistym sukcesem. Posłała ostatnie spojrzenie ustawiającym się w równoległych rzędach Duchom i Zjawom, po czym zakończyła uroczyście:

– Panie i panowie, głosowanie czas zacząć!

 

***

 

Z początku dryfował w pustce. Później zaczął dostrzegać różnorakie kształty i kolory. Gwiazdy, planety, góry, morza, lasy, łąki – wszystkie połączyły się w jedno, stając się swobodną grą przestrzeni. Słyszał dźwięki, czuł zapachy, a jego oczom nieustannie ukazywały się różne zakątki Wszechświata.

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, odkąd to wszystko się zaczęło. Minuty, godziny, tygodnie, miesiące i lata – w miejscu, w którym przebywał, czas z pewnością upływał inaczej. Może nawet nie miał w sobie żadnej regularności. W pewnym momencie wydarzyło się jednak coś, co przerwało ten stan.

Co robisz, Tanatosie?

Ponury Żniwiarz otworzył oczy, choć nie pamiętał, aby wcześniej je zamykał. Znajdował się pośrodku wielkiej, czarnej przestrzeni. Po krótkich oględzinach stwierdził, że nie potrafi dostrzec absolutnie niczego, poza obiektem, na którym leżał. Przypominał on odrobinę wielki, fioletowy kwiat, tu i ówdzie naznaczony granatowo–czarnymi plamami. Śmierć podparł się na łokciu i wstał. Odkrył przy tym, że dziwaczne „płatki” są przyjemne w dotyku i miękkie niczym puch.

– Kontemplowałem Wszechświat, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jakby na to nie patrzeć, przerwałaś coś naprawdę pięknego – odparł z wyrzutem, dokładniej oglądając miejsce swojego wcześniejszego spoczynku.

Po dokładniejszych oględzinach nabrał wątpliwości czy rzeczywiście ową rzecz można było nazwać „kwiatem”. To co z początku uznał za koronę składało się tak naprawdę z mnóstwa mocno ściśniętych ze sobą, cieniutkich włókien, przypominających odrobinę macki. W miejscach zalążni i pręcików widniały natomiast wyglądające jak stalagmity organiczne obiekty, każdy z nich zakończony czymś przywodzącym na myśl kulki z surowego mięsa. Tanatos poczuł obrzydzenie na myśl o tym, jak długo leżał, dotykając gołą skórą tego czegoś.

– Musisz mi wybaczyć – powiedział dobiegający z pustki głos. Żniwiarz odnosił wrażenie, jakby przemawiał do niego ze wszystkich stron jednocześnie. – Ale od bardzo długiego czasu nikt tu do mnie nie zaglądał. Jestem spragniona rozmowy. Podejrzewam też, że chciałbyś mi zadać kilka pytań. Ale najpierw zejdź z taty.

– O szlag!

Śmierć odskoczył od „kwiatu” jak oparzony, stając na litej skale z ciemności. Obrzydlistwo, pomyślał, po czym uśmiechnął się z przekąsem. Babcia zawsze miała specyficzne poczucie humoru.

W istocie, mam parę pytań, pomyślał. Od czego by tu zacząć? Ostatecznie zdecydował się zadać chyba najistotniejsze.

– Czy ja umarłem? – zapytał spokojnie i bez lęku.

Po chwili ciszy głos z ciemności przemówił.

– Nie ujęłabym tego w ten sposób. Niemniej, nikt z żyjących na tym czy na tamtym świecie nie wynalazł jeszcze antidotum na eliksir z czarnej lilii. Twoje ciało pozostanie w tym stanie jeszcze przez długi czas. A raczej pozostałoby, gdyby nie fakt, że po wyborze nowego przywódcy Upiory oddadzą twe ciało płomieniom. W końcu do mnie wrócisz i na powrót staniemy się jednym, wnusiu. Czy to nie piękne?

Ostateczny Sędzia zacisnął pięści. Po raz pierwszy w swoim długim życiu poczuł się bezsilny.

– Mogę chociaż dowiedzieć się co dokładnie się stało?

– Naturalnie – odparł głos z mogącą doprowadzić do furii uprzejmością. – Zgubił cię twój własny nałóg. Trucizna została podana w pucharze Nektaru, który tak uwielbiasz. Jako, że ekstrakt miał podobny smak nie poczułeś nawet różnicy.

– Remiel…

– Nie do końca. – W tonie przemawiającej pobrzmiewało zadowolenie. – Jedno z moich nowych dzieł zamordowało twojego przyjaciela na jednej z misji. Podszywał się pod niego przez jakiś czas, lecz ty nic nie zauważyłeś. Doprawdy Tanatosie, stałeś się naprawdę nieostrożny.

– Nowych dzieł? – spytał wyraźnie zdziwiony Śmierć.

– Tak, w rzeczy samej. Wasz ciągnący się w nieskończoność konflikt robił się monotonny, dlatego jakieś czterysta lat temu dodałam nowego gracza. Nazywają siebie Naznaczonymi i mają o sobie dość wysokie mniemanie. Nie bez powodu – przez cztery wieki wy, demony i Posłańcy nie zorientowaliście się, że ktoś podkrada wam dusze. To z pewnością zasługuje na szacunek.

– Czterysta lat to jednak dosyć sporo czasu. Trudno ich nazwać „nowymi” – zauważył Śmierć.

A czymże są cztery wieki, kiedy ma się tyle lat, co ja.

Po raz kolejny nastała cisza. W momencie, kiedy Ponury Żniwiarz otrząsnął się z szoku, jakby wyczuwając jego zmianę nastroju, Chaos przemówiła ponownie. Tym razem jej głos był znacznie poważniejszy. Czaił się w nim pradawny, złowieszczy gniew.

– Nie podoba mi się jednak, w jaki sposób potraktowali pierworodnego mojego jedynego syna. Podstęp i skrytobójstwo to bronie tchórzy, niedarzących swoich przeciwników należnym im szacunkiem. Ten zaś, kto znieważa moje zasady, znieważa mnie samą…

– Zakładam, że masz zamiar coś z tym zrobić? – wtrącił bezceremonialnie były Król Czyśćca. Wiedział, że Chaos nie wypuści czegoś, co już raz udało jej się uchwycić. Jeśli jednak istniała szansa, aby przeszkodzić spiskowcom musiał ją wykorzystać.

– Zgadza się. Nie pozwolę ci wrócić na stałe. Nie chcę tego, a poza tym sprzeniewierzyłabym się własnym regułom, pozwalając, abyś nie poniósł konsekwencji własnej nieostrożności. Mam jednak dla ciebie propozycję, która powinna cię zainteresować.

Śmierć przestąpił z nogi na nogę, niczym zniecierpliwione dziecko oczekujące na swój prezent.

– Słucham uważnie.

 

***

 

– Kochanie… – aksamitny głos Rafela przerwał zadumę wpatrującego się w gwiazdy Sariela. Kandydat rzucił swojemu towarzyszowi pytające spojrzenie. W odpowiedzi ubrany w biel Upiór wskazał delikatnym ruchem głowy w kierunku stojącego na końcu sali podestu.

Duch podążył wzrokiem za gestem kochanka. Zgodnie z oczekiwaniami, w niedalekiej odległości od podwyższenia stała pozostała dwójka kandydatów o miejsce na Hebanowym Tronie.

Jego Ekscelencja Remiel, Rektor Akademii, przyjaciel i najbardziej zaufany doradca Ponurego Żniwiarza… Wzrok Ducha powędrował w kierunku stojącej naprzeciwko wykładowcy bladej damy. Odziana w czarną aksamitną kieckę sięgającą kostek, z niedużym dekoltem, nie wyróżniałaby się tego wieczoru z tłumu.

… i Sybille, zwana Kochanką Śmierci – partnerka i najbliższa osoba Ostatecznego Sędziego.

Rektor zamachał w kierunku Upiora, uśmiechając się zapraszająco. Sariel skinął z podziękowaniem Rafaelowi, po czym udał się w ich kierunku.

Stojące z tyłu podium prezentowało się równie imponująco, co reszta sali bankietowej. Wykonane zostało z jego ulubionego materiału, kości słoniowej, podobnie jak stojący na nim piedestał oraz urna, do której Upiory i Zjawy oddały już swoje głosy. Na lewo od niej stała natomiast dębowa mównica, zza której Hell rozpoczęła ceremonię. To z niej właśnie swoje pierwsze przymówienie wygłosi tego wieczoru nowy władca Czyśćca.

Tylko które z nas nim zostanie?

– Sariel, przyjacielu – zagaił Remiel, kiedy trzeci kandydat dołączył do grona. Głos rektora sugerował delikatne upojenie alkoholowe. Mimo tego, zachowywał nadal charakterystyczną dla siebie uprzejmość i kurtuazję. – Dobrze, że szybko skończyli i możemy wrócić do picia, prawda? To całe stanie przypominało mi trochę zaprzysiężenie na Ducha te kilka mileniów temu. Brrrrr… – Wzdrygnął się starzec. – Dobrze się bawisz na naszym przyjęciu? – Z początku trudno było ocenić czy było to pytanie czy też stwierdzenie. Niezależnie od jego charakteru, Trzeci Kandydat wyczuł w nim delikatnie oskarżycielską nutę.

Przyjęciu? I co masz na myśli mówiąc „naszym”?

– Dziękuję, nie najgorzej – odpowiedział z rezerwą. Rzucił okiem na stojącą obok Sybille. Ta uśmiechnęła się do niego zmęczonym, pozbawionym autentycznej radości uśmiechem. Od czasu niespodziewanej utraty Żniwiarza jej apatia coraz bardziej się pogłębiała. Z dnia na dzień stawała się cieniem samej siebie. Dawniej energiczna i całkowicie oddana funkcji Skarbniczki, obecnie nie sprawiała wrażenia, jakby to co robiła miało dla niej nadal jakiekolwiek znaczenie. Wyglądało na to, że nominacja na nową przywódczynię jedynie pogłębiła ten stan.

– Cieszę się. W końcu po to tu jesteśmy, prawda? Tańczymy nad grobem – powiedział Remiel, dopijając zawartość trzymanego w dłoni kieliszka. Fakt, iż w zaledwie ułamku sekundy jego ton zmienił się z gościnnie-oficjalnego w nieprzyjemny i zgorzkniały bardzo zaniepokoił jego rozmówcę. – Ale to nic. Czemu miałbyś się tym przejmować, prawda? Raduj się, Sarielu. Być może dzisiaj twój wielki dzień. – Rektor popatrzył na czerwony krawat Ducha tak, jakby chciał za chwilę kogoś nim udusić, po czym przeniósł wzrok na pozostałą część sali. – Zresztą, za kilka chwil będziemy się w stanie przekonać, kogo ta hołota uznaje za godnego zajęcia tronu – nauczyciela, wdowę czy karierowicza-pederastę.

Rektor Akademii rzucił zgromadzonym ostatnie pogardliwe spojrzenie, a następnie ruszył w kierunku otwartego wyjścia na taras. Pozostała przy podium dwójka patrzyła za nim, dopóki nie zniknął im z oczu.

– Musisz mu wybaczyć – odezwała się niespodziewanie Sybille. Wyraźnie starała się zabrzmieć pocieszająco, ale jej niski, cichy głos pozostawał przepełniony smutkiem i bólem. – Zawsze był o ciebie zazdrosny.

Spośród wielu słów, które tego wieczoru Sariel spodziewał się usłyszeć, te do nich nie należały.

– Zazdrosny? – zapytał, nie kryjąc zdziwienia.

– Tak. Żniwiarz zawsze miał o tobie wysokie mniemanie. Byłeś jego faworytem, najlepszym wojownikiem i najzdolniejszym uczniem Akademii. Od samego początku wróżył ci wielką przyszłość.

Upiór przez chwilę nie był pewny czy oboje myśleli o tej samej osobie. Owszem, Król Czyśćca pochwalił go parę razy w trakcie jego kilkusetletniej służby, jednak słowa Sybille całkowicie go zaskoczyły. Nie uważał jednak, żeby uznanie zmarłego Przywódcy mu się nie należało.

– Przecież Remiel jako pierwszy został Upiorem. To on był pomysłodawcą Akademii i najbliższym przyjacielem Ponurego. Znali się od zawsze.

– I właśnie dlatego rektor tak ciężko przeżywa jego śmierć – odpowiedziała melancholijnie Kochanka Żniwiarza. – Ponadto, Tanatos zawsze stanowił dla niego wzór do naśladowania. To na jego aprobacie najbardziej mu zależało. Śmierć jednak nieustannie mówił o tobie. Czy teraz rozumiesz?

Pomimo irytacji wywołanej komentarzem Ramiela, Sariel poczuł ukłucie winy i odrobinę współczucia dla starego Upiora. Przez chwilę zastanawiał się czy nie powinien pójść na taras i porozmawiać z Pierwszym Kandydatem. Ponowne pojawienie się Mistrzyni Ceremonii uniemożliwiło mu jednak dalsze rozważanie tego planu.

Hell ponownie weszła na podium, gotowa do ogłoszenia werdyktu. Ku jej zdziwieniu, w okolicy podwyższenia stała jedynie dwójka kandydatów. Kątem oka dostrzegła jednak zbliżającego się w jej kierunku Rektora, jakby odrobinę poirytowanego faktem, że musiał powrócić na salę. Kurtuazyjnie zaczekała, aż najstarszy z Upiorów podejdzie. Kiedy już cała trójka utworzyła krótki rząd przed piedestałem z urną, postanowiła rozpocząć.

 

***

 

– Panie i panowie, po niecałej godzinie liczenie dobiegło końca…

Anael postąpił nieduży, ledwo zauważalny krok w tył i założył ręce za siebie. Zgodnie z ustaleniami w pierwszych rzędach stali zakamuflowani Oril i Mikail. Rafael, Sariel i Sybille – po wyeliminowaniu tej trójki likwidacja pozostałych powinna pozostać formalnością. Fałszywy rektor opuścił głowę, mamrocząc Inkantację.

– Ogółem oddano dwa tysiące trzydzieści sześć głosów. Dwudziestu z nas oddało puste karty. Pozostali natomiast niemal jednogłośnie wyłonili zwycięzcę.

Ostrze zmaterializowało się w dłoni zabójcy. Szyja stojącego po jego prawej Sariela czekała na zabójczy cios.

– Uroczyście ogłaszam, że tytuł Drugiego Ponurego Żniwiarza, Króla Czyśćca i Ostatecznego Sędziego…

 Naznaczony nagle dostrzegł, iż Upiór się mu przygląda. W jego oczach dojrzał niebezpieczny błysk.

– otrzymuje…

Atak nie dotarł do celu. Duch uchylił się, a następnie potężnym ciosem w splot słoneczny pozbawił napastnika tchu. Cholera – jest szybki, zdążył pomyśleć zgięty wpół Naznaczony zanim wyprowadzony prawy sierpowy posłał go wprost na stojących w pierwszych rzędach gości.

I wtedy zaczęła się zabawa.

Dwóch znajdujących się najbliżej podium widzów momentalnie przeistoczyło się i zaatakowało odpowiednio Kochankę Śmierci oraz Rafaela. Żadne z nich nie dało się jednak zaskoczyć. Sybille z gracją baletnicy wymierzyła atakującemu ją zamachowcowi potężne kopnięcie w głowę. Rafael prawdopodobnie nie miałby tyle szczęścia, gdyż napastnik stał dosłownie tuż za nim. Hell cisnęła jednak w kierunku zabójcy mikrofonem, co zmusiło go do uniku i na ułamek sekundy odwróciło jego uwagę. Rafael posłał Naznaczonemu lewego prostego, po czym uskoczył i stanął plecami do swojego rozpoczynającego inkantację chłopaka, w międzyczasie materializując w dłoni broń.

Cała sala wypełniła się okrzykami. Sariel szybko zauważył, iż niemal połowa zgromadzonych w pomieszczeniu Duchów to chowające się za iluzjami bestie. Co gorsza, wielu z nich udało się zlikwidować wyznaczone im cele. W tłumie nie potrafił również rozpoznać którzy ze zgromadzonych byli Upiorami i Zjawami, a którzy maskującymi się wrogami. Sala bankietowa zamieniła się w pole bitwy.

Postać, którą dotychczas brali za Remiela zrzuciła iluzję, ukazując swe prawdziwe, gadzie oblicze. Wszędzie w zasięgu wzroku zaroiło się od jemu podobnych potworów.

Hell momentalnie zeskoczyła z podium, stając ramię w ramię z Sarielem, Rafaelem i Sybille. Każde z nich zdążyło przywołać już swoje bronie, toteż oczekiwali jedynie na posunięcie ze strony przeciwników. Sariel dostrzegł, iż stwór, który wcześniej ukrywał się pod postacią Remiela nosił przepaskę na lewym oku. Z niewiadomych przyczyn odniósł wrażenie, że już go kiedyś widział.

– Zabić ich, bracia – rozkazał jednooki. Jego głos był syczący i paskudny, jednak wyraźnie dało się wyczuć w nim szlachetną i władczą nutę, charakterystyczną dla przywódców. Pozostałe jaszczury zaczęły obchodzić grupkę z obu stron. Sariel nie miał jednak zamiaru na to pozwolić. Rzucił szybkie spojrzenie swojemu kochankowi. Tamten odpowiedział jedynie porozumiewawczym uśmiechem.

Teraz.

Mróz zadziałał niemal perfekcyjnie. Niemal, bowiem zarówno stojący po prawej jednooki, jak i znajdujący się po lewej niedoszły zabójca Rafaela, jakby przeczuwając zbliżający się atak, skoczyli do przodu ścierając się ze stojącą po bokach dwójką. Tym samym, prawdopodobnie przez czysty przypadek, wyszli poza obszar działania zaklęcia. Potwory stojące naprzeciw Sariela nie miały jednak tyle szczęścia, co też skrzętnie wykorzystała posługująca się swoim lśniącym gladiusem Sybille. Kilkoma cięciami wyeliminowała sparaliżowane bestie z walki, po czym razem z Sarielem rzucili się wesprzeć walczących po bokach Rafaela i Hell. W międzyczasie uskrzydlone, przypominające smoki stworzenia z każdą chwilą zyskiwały przewagę nad walczącymi Duchami. Te z jaszczurów, które uporały się już ze swoimi wcześniejszymi celami ruszyły w kierunku urny i zgromadzonej tam czwórki.

Walczący rapierem partner Sariela nie radził sobie najlepiej. Kandydat od razu zauważył, że to posługujący się kordem jaszczur dyktował warunki w tym pojedynku. Pomimo niezaprzeczalnego talentu szermierczego Rafaela, wróg zdecydowanie przewyższał go umiejętnościami. Co więcej, broń potwora była wyraźnie dłuższa i choć znacznie cięższa, stwór nie miał problemów z dotrzymaniem tempa oponentowi.

Sariel zaatakował z flanki. W odpowiedzi z dolnej części pleców potwora wyłoniło się coś na kształt obdartego z futra małpiego ogona, które błyskawicznie pomknęło w kierunku odsłoniętej szyi Ducha. Zaskoczony wojownik zdążył jednak uniknąć ataku oślizgłej macki. Odskoczył w lewo, a następnie ciął Agorą od góry, próbując uciąć dziwaczną niby-kończynę mniej więcej w połowie jej długości. Ta jednak skutecznie uniknęła ciosu.

Fioletowoskóry gad z zaskakującą łatwością zaczął manewrować pomiędzy oboma przeciwnikami, skutecznie broniąc się przed nadlatującymi z dwóch stron ostrzami. Nierzadko kontrował, zmuszając walczących do defensywy. Kandydat z niepokojem zauważył, że jego ruchy są coraz wolniejsze i mniej zręczne. Ledwo sparował kolejny potężny cios zadany od prawej.

Użycie Mrozu o przyspieszonym działaniu na tak wczesnym etapie walki, szczególnie obszarowo, wiązało się ze sporym ryzykiem. Nie sądził jednak, że czar wyssie z niego aż tyle energii. Wyraźnie przecenił własne umiejętności.

Następny atak niemal zbił go z nóg. Impet z jakim broń wroga uderzyła w Agorę spowodował, że omal nie wypuścił jej z rąk. Sariel poczuł nagle, jak uginają się pod nim nogi. Świat zawirował i pociemniał. Trzymany w prawej ręce bastard stał się przytłaczająco ciężki i Duch nie potrafił utrzymać go ani chwili dłużej.

Jego opuszczona garda błyskawicznie została wykorzystana przez jednookiego, który ciął na odlew, celując w prawe ramię. Dosłownie w ostatniej chwili cios został zablokowany przez rapier o srebrnej rękojeści. Rafael wskoczył pomiędzy dwójkę, zagradzając zmiennokształtnemu drogę do swego ukochanego. Tym ruchem jednak poważnie się odsłonił. Stwór wyszedł ze zwarcia i zręczną fintą rozciął Duchowi lewy bok od biodra po pępek. Kiedy jego oponent z wyrazem zdziwienia na twarzy wypuścił swoją broń, potwór wyszarpnął miecz i ponownie sieknął od prawej – tym razem na wysokości szyi.

Sariel miał wrażenie, jakby czas nagle zwolnił. Spoglądał jedynie na całą scenę z przerażeniem, starając się wyprzeć ją ze świadomości. Obcy, niechciany obraz, który nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. Dopiero, kiedy ozdobiona pięknymi, kasztanowymi lokami głowa upadła razem z resztą ciała na posadzkę, wszystko powróciło do pierwotnego tempa. Zmęczenie zniknęło niczym kupka piasku, rozwiana przez wiatr ślepej furii i żądzy mordu.

Agora przecięła powietrze, lecąc w kierunku wykrzywionego w szerokim uśmiechu pyska.

Jego właściciel odskoczył do tyłu z zaskakującą gracją i błyskawicznie podjął pojedynek. W jego ruchach coś się jednak zmieniło. Walczył ostrożniej i bardziej zachowawczo, pozbawiony wcześniejszej pewności siebie. Tak jakby gdzieś głęboko, w kąciku gadziej świadomości pojawił się delikatny niepokój. Czy to przez błękitne tęczówki, które zdawały się świdrować go aż do najskrytszych zakamarków duszy, a może upiornie obojętną twarz oponenta, którego ciosy wydawały się znacznie agresywniejsze pomimo wcześniejszego zmęczenia? Jednej rzeczy Naznaczony był pewny – ten pojedynek należało zakończyć jak najszybciej.

Mimo to jaszczur walczył spokojnie. Wiedział, że zaklęcie bardzo osłabiło jednego z kandydatów. Wcześniej czy później musiał popełnić błąd. Po kolejnym ataku Upiór zamarł na chwilę, jakby w końcu jego bojowy szał się wyczerpał. Zachęcony przez nadarzającą się okazję, Anael ciął na wysokości twarzy.

Ku zaskoczeniu Naznaczonego, miecz zatrzymał się w połowie drogi. Spróbował poruszyć ręką, lecz odkrył, że nie może. Kiedy na nią spojrzał zauważył coś, co sprawiło, że po raz pierwszy od początku swojego istnienia zaczął się bać.

Jego ramię zaczęło pokrywać się szronem.

Wojownik Śmierci uniósł głowę. Błękit jego oczu pozostawał niezmiennie zimny i bezlitosny. Twarz Upiora wykrzywiła się w mściwym, pozbawionym wesołości uśmiechu.

Niemożliwe, pomyślał pośpiesznie hibernujący się Anael. Nikt nie jest dość potężny, aby pozostać przytomnym po użyciu dwóch tak silnych uroków, w tak krótkim czasie. Nikt nie powinien tego przeżyć.

Sariel pewniej złapał rękojeść półtoraka. Przez jedną dodatkową sekundę napawał się widokiem bezradności malującej się na obliczu zastygłego wroga. Zastanawiał się co też mogło dziać się w głowie jednookiego w tamtym momencie.

Z pewnością nic przyjemnego.

Postanowił więc oddzielić ją od reszty ciała, uwalniając tym samym jaszczura od wszelkich zmartwień i trosk. Kiedy jednooki łeb upadł na posadzkę, Duch obrócił się w kierunku sali. Sybille i Hell uporały się w międzyczasie ze znaczną grupą potworów. Jednak większość z nich przeżyła, nadciągając falą w kierunku pozostałej przy życiu trójki. Sytuacja nie wyglądała dobrze.

Pięknie zdobione drzwi do sali bankietowej otworzyły się nagle z głośnym hukiem. Do środka weszła białowłosa, trupio blada postać. Nie wyglądała ani staro ani młodo, zupełnie jakby czas nie należał do świata, z którego przybyła. Orli nos i szlachetne rysy twarzy nadawały nowo przybyłemu dostojności i powagi. Ubiór mężczyzny – śnieżnobiały garnitur, takiego samego koloru buty oraz kremowe rękawiczki nadawały wrażenia, jakby promieniował jakimś wewnętrznym blaskiem. Najbardziej charakterystyczną część rynsztunku przybysza stanowiła jednak oparta o jego ramię długa kosa z zadbanym, błyszczącym stalowym ostrzem i rękojeścią koloru kości słoniowej.

Walki na chwilę ustały. Obie strony obróciły się w kierunku drzwi, aby ujrzeć stojącego w nich Ponurego Żniwiarza. Ten, jakby odrobinę zdezorientowany, spojrzał na wszystkich zgromadzonych. Jego wzrok spoczął na najbliższym fioletowoskórym gadzie.

– Wynocha z mojego domu – przemówił niskim, złowrogim głosem przypominającym uderzenie płyty nagrobnej. Był cichy, choć jednocześnie słyszalny dla wszystkich.

Klinga kosy rozjarzyła się białym, oślepiającym światłem, jakby właśnie opuściła kowalski piec. Nikt nie śmiał się poruszyć.

– Nie to nie – rzucił beznamiętnie Tanatos.

Udało się, zdążył pomyśleć Sariel zanim nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Agora z brzękiem upadła na okrwawione marmurowe płytki. Ostatnią rzeczą, jaką widział były piękne, kasztanowe włosy leżące tuż przy jego twarzy.

 

***

 

Wszystko wydarzyło się szybko. Sybille jedynie oglądała to, co rozgrywało się przed nią, niezdolna poruszyć się choćby o milimetr.

Kosa poruszała się szybciej, niż potrafiło to dostrzec oko Zjawy. W przeciągu paru chwil, nie dłuższych niż kilka mrugnięć, jej ukochany stał tam gdzie wcześniej, z tą tylko różnicą, iż jego broń spływała szkarłatną posoką, zaś tam, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowały się jaszczury, leżały ich porozcinane zwłoki.

Kiedy fala radości, szoku i niedowierzania opadła, Kochanka Śmierci poczuła, że znów potrafi poruszyć członkami. Gladius wypadł jej z dłoni. Spojrzała przytomniej w kierunku tego, który miał już nigdy się nie obudzić i pozostawić ją na tym okrutnym świecie samą. Śmierć natomiast po raz kolejny rozejrzał się po całej sali, jakby starał się zapamiętać, gdzie się znajduje. Stalowe oczy spoczęły na niej, a jego twarz rozjaśniła się w słabym uśmiechu.

I wtedy upadł.

Stojący najbliżej oprzytomnieli – Hana i młody nowicjusz imieniem Aniel w porę zdążyli złapać upadającego przywódcę. Sybille pokonała niemal całą salę w mgnieniu oka.

Dopiero kiedy Ponury Żniwiarz znalazł się w jej objęciach poczuła, że jego życie powoli gasło. Tak samo jak ostatnim razem.

– Nie zrobisz mi tego ponownie, ty draniu. Nie wolno ci. – Poczuła, jak po jej policzkach zaczęły płynąć gorące łzy. On zaś jedynie się uśmiechnął i pogładził ją czule po włosach.

– Daj spokój, kochanie. Musisz być teraz silna. Ktoś będzie musiał przewodzić tej bandzie – odparł słabym głosem. Jego źrenice z sekundy na sekundę zachodziły mgłą.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też – zdążył jeszcze odpowiedzieć. W końcu powieki Ostatecznego Sędziego zamknęły się na zawsze.

Sybille zapłakała po raz ostatni nad ciałem Tanatosa. Następnie spojrzała na stojących nad nią Hanę i Aniela. Oni oboje również byli na granicy łez.

Popatrzyła na resztę sali. Sariel i Rafael leżeli nieżywi obok siebie. Hell szlochała niedaleko, tuląc w ramionach martwą siostrę. Nieliczni z tych, którzy przeżyli atak potworów wpatrywali się w nią z mieszaniną lęku i wyczekiwania.

Kochanka Śmierci odłożyła ostrożnie ciało na posadzkę, po czym chwyciła leżącą koło niego kosę. Oparła się na niej i wstała. Wiedziała, że musi.

Ta wojna dopiero się zaczyna.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Nie podeszło.

Dużo naparzanki i dużo zbędnych słów – jak na przykład przewodnik po siedemnastowiecznym Londynie.

Dość długo nie wiadomo, o co właściwie wszyscy walczą. Najciekawszy IMO kawałek to przebudzenie Tanatosa.

Napisane nieźle, ale trochę usterek Ci zostało.

Początkowo miał problemy z Manifestacją. Słyszał jednak, że to dość powszechny problem u początkujących Duchów, więc zbytnio się tym nie przejął.

Powtórzenie.

Jedynie trójka uczniów, nie licząc oczywiście Sariela, otrzymało wystarczająco wysokie oceny,

Trójka otrzymało?

Babska logika rządzi!

Błędy poprawione. Dziękuję za odwiedziny, Finklo, nawet jeśli opowiadanie nie przypadło Ci do gustu. Co do słów – cóż, ścinałem ile dałem rady, by nie zaburzyć treści. Dzięki jednak za cenny komentarz, wezmę go pod uwagę w kontekście przyszłych dzieł.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Pierwsze myśli po przeczytaniu to skojarzenia z Armią Boga i Bleachem. Ale pewnie jest wiele dzieł odwołujących się do niewidzialnej wojny istot nadnaturalnych.

Myślę, że sprawdziłoby się jako wstęp czegoś większego, acz mi z lekka przeszkadzało, że widzę z początku dwie walki, ale do końca nie ogarniam o co się naparzają i jaka jest różnicy między Upiorem, Duchem, demonem a aniołem. W książce bym to wybaczył, bo pewnie późniejsze rozdziały rzucą nań światło. W tekście będący teoretycznie zamkniętą całością – już trudnej nad tym przejść obojętnie. Po prostu za mało uniwersum zobaczyłem, by je zrozumieć.

Fragment o przebudzeniu Thanatosa najfajniejszy. Spodobał mi się tamtejszy klimat.

Walki przedstawione ciekawie, w miarę dynamiczne, ale znajdują się w nich miejsca na opisy.

Bohaterowie – no, nie odbiegają od akcyjniakowych standardów. Czyli ni ziębią, ni grzeją.

Podsumowując: ciekawy tekst, trochę żal, że będący raczej wstępem niż zamkniętą całością. 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dziękuję za odwiedziny, NoWhereManie i cenne uwagi. Prawdą jest, przyznam Ci się szczerze, że większość swego życia czytałem książki aniżeli zbiory opowiadań, toteż podejrzewam, iż belletrystyczny styl czasem ze mnie wychodzi. Tym bardziej, że opowiadanie faktycznie zostało poczynione z myślą o czymś większym, zapewne niedługiej powieści, która póki co pozostaje jednak nadal w fazie przygotowań. Mimo to starałem się, aby to opowiadanie pozostawało jako tako zamknięte. Tak żeby nakreśliło mniej więcej ogólną ideę na temat świata przedstawionego, czyniąc całość koherentną i potrafiącą się samodzielnie obronić. Sądząc po nominacji do biblioteki, chyba jednak mi się to udało, bo tekst generalnie Ci się spodobał. Z czego oczywiście bardzo się cieszę i zapraszam ponownie.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała intryga z odesłaniem Tanatosa na wieczną emeryturę była jeno pretekstem do opisania scen walki. Wyznam też, że nie do końca połapałam się kto jest kim, z kim walczy i po czyjej stoi stronie, a ponieważ nie przepadam za opowiadaniami wypełnionymi walką, Wybory, niestety, raczej nie przypadły mi do gustu.

 

oraz smu­kłą, lekko po­dłuż­ną twarz… –> Smukła bywa postać, a twarz może być pociągła.

 

Czer­wo­ny t–shirt z dość tan­det­nie wy­glą­da­ją­cą czasz­ką oraz czar­ne je­an­sy z luźno opa­da­ją­cy­mi no­gaw­ka­mi na… –> Czer­wo­ny T-shirt z dość tan­det­nie wy­glą­da­ją­cą czasz­ką oraz czar­ne dżinsy z no­gaw­ka­mi luźno opa­da­ją­cy­mi na

 

żył na do­brych lub po­praw­nych sto­sun­kach ze wszyst­ki­mi ko­le­ga­mi… –> …żył w do­brych lub po­praw­nych sto­sun­kach ze wszyst­ki­mi ko­le­ga­mi

 

w ogóle silił się na bycie miłym… –> …w ogóle nie silił się na bycie miłym

 

I nie to byle ja­kiej, ale Ka­te­dry Świę­te­go Pio­tra… –> I to nie byle ja­kiej, ale Ka­te­dry Świę­te­go Pio­tra

 

Czer­wo­ny miał jesz­cze chwi­lę czasu… –> Masło maślane. Chwila to czas.

Proponuję: Czer­wo­ny miał jesz­cze chwi­lę… Lub: Czer­wo­ny miał jesz­cze trochę czasu

 

W swym wy­glą­dzie przy­po­mi­na­ła… –> Swym wy­glą­dem przy­po­mi­na­ła

 

gdzie po­win­ny znaj­do­wać się wy­krzy­wio­ne w okrzy­ku usta, do­kład­nie na wy­so­ko­ści krzy­ża anio­ła, znaj­do­wał się… –> Powtórzenie.

 

Anael, za­miast roz­luź­nić uścisk wydał z sie­bie obrzy­dli­wy i bar­dzo nie­aniel­ski wrzask bólu, po czym ci­snął nim o naj­bliż­szą ścia­nę. – Czy dobrze rozumiem, że cisnął o ścianę wrzaskiem bólu?

 

skóra po­kry­ła się łuską o bar­wie lekko pod­gni­łe­go fio­le­tu. –> Czy barwy gniją?

 

W ostat­niej fazie me­ta­mor­fo­zy pięk­ne, przy­po­mi­na­ją­ce orle skrzy­dła opa­dły z piór… –> W ostat­niej fazie me­ta­mor­fo­zy z pięk­nych, przy­po­mi­na­ją­cych orle, skrzy­deł opa­dły pióra

 

Duch przez krót­ki uła­mek se­kun­dy miał wra­że­nie… –> Zbędne dookreślenie. Ułamek sekundy nie może być długi.

 

… członek Hordy. –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Sko­czył przed sie­bie i za­sko­czył Ducha… –> Brzmi to nie najlepiej.

 

syl­wet­ka wy­glą­da­ła jesz­cze bar­dziej zło­wiesz­czo. W za­sa­dzie, w oczach de­mo­na nie wy­glą­dał on… –> Powtórzenie.

 

gło­sem, któ­rym mógł­by zwia­sto­wać na­dej­ście ar­ma­ge­do­nu. –> …gło­sem, któ­rym mógł­by zwia­sto­wać na­dej­ście Ar­ma­ge­do­nu.

 

po czym efek­tow­nym pół-pi­ru­etem i cię­ciem na wy­so­ko­ści brzu­cha roz­bił lo­do­wą rzeź­bę… –>

Rozumiem, że rozbił rzeźbę cięciem, ale że półpiruetem…

 

Sa­riel rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie pło­ną­ce­mu do­mo­wi, po czym skie­ro­wał się do wyj­ścia. Wy­wa­żo­ne wcze­śniej drzwi pło­nę­ły obok fra­mu­gi. –> Powtórzenie.

 

szyb­ko dodał, wra­ca­jąc na po­wrót do ra­do­sne­go. –> Masło maślane.

 

Lada moment miał z niej wyjść jeden z trzech kandydatów, Sariel, i w towarzystwie swojego partnera… –> …Sariel, w towarzystwie swojego partnera

 

Po­nu­ry Żni­wiarz leżał mar­twy w swo­ich kom­na­tach. –> W ilu komnatach leżał?

 

kie­ru­jąc się nie­śpiesz­nym, acz sta­now­czym kro­kiem w kie­run­ku Sali. –> Dlaczego wielka litera?

 

– Panie i Pa­no­wie! –> – Panie i pa­no­wie!

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Po­nu­ry Żni­wiarz za­wsze po­zo­sta­nie za­pa­mię­ta­ny… –> …Po­nu­ry Żni­wiarz na za­wsze po­zo­sta­nie za­pa­mię­ta­ny

 

jakby samo sta­nie na tym samym po­dium… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Do­praw­dy Ta­na­to­sie, sta­łeś się na­praw­dę nie­ostroż­ny. –> Jak wyżej.

 

nie­da­le­kiej od­le­gło­ści od pod­wyż­sze­nia  stała po­zo­sta­ła dwój­ka kan­dy­da­tów o miej­sce na He­ba­no­wym Tro­nie. –> Raczej: …niewielkiej od­le­gło­ści od pod­wyż­sze­nia stała jeszcze dwój­ka kan­dy­da­tów do miej­sca na He­ba­no­wym Tro­nie.

 

… i Sy­bil­le, zwana Ko­chan­ką Śmier­ci… –> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Rektor zamachał w kierunku Upiora, uśmiechając się zapraszająco. Sariel skinął z podziękowaniem Rafaelowi, po czym udał się w ich kierunku. –> Powtórzenie.

 

To z niej wła­śnie swoje pierw­sze przy­mó­wie­nie wy­gło­si… –> Literówka.

 

– Dzię­ku­ję, nie­naj­go­rzej – od­po­wie­dział z re­zer­wą. –> – Dzię­ku­ję, nie­ naj­go­rzej – od­po­wie­dział z re­zer­wą.

 

Z resz­tą, za kilka chwil bę­dzie­my… –> Zresz­tą, za kilka chwil bę­dzie­my

 

kogo ta ho­ło­ta uzna­je za god­ne­go ob­ję­cia tronu na­uczy­cie­la… –> …kogo ta ho­ło­ta uzna­je za god­ne­go zajęcia tronu/ zasiadania na tronie na­uczy­cie­la

Można objąć np.: stanowisko, ale nie obejmuje się tronu.

 

Upiór przez chwi­lę nie był pewny czy na pewno… –> Brzmi to fatalnie.

 

Panie i Pa­no­wie, po nie­ca­łej go­dzi­nie… –> Panie i pa­no­wie, po nie­ca­łej go­dzi­nie

 

Na­zna­czo­ny spoj­rzał na twarz Upio­ra i uj­rzał… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

upo­ra­ły się w mię­dzy­cza­sie ze znacz­ną grupą po­two­rów. Jed­nak znacz­na więk­szość… –> Powtórzenie.

 

Hell szlo­cha­ła nie­da­le­ko, tuląc w rę­kach mar­twą sio­strę. –> Raczej: …tuląc w ramionach mar­twą sio­strę.

 

chwy­ci­ła le­żą­cą koło niego kosę. Pod­par­ła się na niej i wsta­ła. –> Pod­par­ła się nią i wsta­ła. Lub: O­par­ła się na niej i wsta­ła.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Błędy poprawione. Dziękuję za odwiedziny i cenne uwagi, regulatorzy, nawet jeśli tekst niespecjalnie ci przypadł do gustu. Jak już wspomniałem, ma on swoje lata, lecz mimo to wydał mi się dość interesujący i atrakcyjny, żeby się nim tu podzielić. Cóż, de gustibus itd.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Z obserwacji wnoszę, że piszący często darzą sentymentem własne, wczesne utwory. Potem, w miarę poprawiania warsztatu, innego spojrzenia na wiele spraw, a także różnych nowych zainteresowań, wczesną twórczość widzą inaczej, ale sentyment pozostaje, co jest dla mnie zrozumiałe.

Cieszę się, Gnoomie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Hej[+,] młody!

– Lubię wiedzieć[+,] kogo zabijam.

– Jesteś gotowy? – spytał Rafael swym delikatnym, melodyjnym głosem.

Nie spodziewałabym się, że mógłby przemówić cudzym głosem.

 

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło[+,] odkąd to wszystko się zaczęło. Minuty, godziny, tygodnie, miesiące i lata – w miejscu, w którym przebywał[+,] czas z pewnością upływał inaczej. 

Zwróć uwagę na przecinki tam, gdzie powinny rozdzielać czasowniki.

I przy wołaczach:

– Co robisz[+,] Tanatosie?

Po krótkich oględzinach stwierdził, że nie potrafi dostrzec absolutnie niczego, poza obiektem[+,] na którym leżał.

Ciekawe opowiadanie.

Sama walka Demonów z Upiorami w niedostrzegalnym świecie jest w porządku, ale najbardziej mi się podobał fragment, w którym Tanatos spotyka się z babcią. Jakoś tak szkoda mi się go zrobiło, gdy ostatecznie umarł.

Za to fajnie, że uśmierciłeś Mazriego, strasznie był irytujący ;)

Czytało mi się bardzo dobrze.

Podobało mi się :)

 

Przecinki poprawione zgodnie z wytycznymi, dziękuję też za sugestię, będę to miał na uwadze w przyszłości. Bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało i przede wszystkim, wzbudziło emocje. Wszak po tym można poznać dobrą literaturę fabularną, prawda? Nie pozostawia nas obojętnym na losy bohaterów. Miodem dla duszy jest zatem wieść, że podołałem zadaniu.

Bardzo dziękuję za odwiedziny.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Ja się cieszę, jak trafię na fajne opowiadanie ;)

Nowa Fantastyka