- Opowiadanie: RogerRedeye - Gra w kości

Gra w kości

Kiedyś napisałem miniaturę “Wyspa” – znajduje się w moim profilu. Jednakże motyw, wymyślony przeze mnie dla “Wyspy”, trochę mnie męczył. Zastanawiałem się, czy nie można go przedstawić w innym ujęciu.  W pewnej chwili pomyślałem – co by było, gdybym bohaterem albo bohaterami nowej miniatury uczynił gejów?   Reszta okazała się banalnie prosta... 

“Grę w kości” pisałem z przeznaczeniem dla konkretnego adresata – “Szortalu”. Na tym portalu miniatura nie może przekroczyć pięciu tysięcy znaków – i tak właśnie jest.  “Gra w kości” została  tam opublikowana całkiem niedawno –   http://szortal.com/node/6593

Pewnie też tekst ukaże się w styczniowym numerze “Szortalu na Wynos”. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

ryszard, Marianna

Oceny

Gra w kości

– Ustalmy stawkę… – Cavendish oblizał wargi. – Rozstrzygnijmy też, czy znowu gramy w kości. Zapewne zgodzisz się, że na partię szachów jest zdecydowanie za gorąco.

Z widoczną na twarzy satysfakcją pociągnął łyk zimnej whisky ze szklaneczki. 

Wybierając się rankiem na plażę, on i Masterson zabierali metalowy kufereczek pełen lodu. W środku pojemnika, oprócz napojów chłodzących, tkwiła butelka Johnny’ego Walkera.

Cavendish dolał sobie alkoholu. Nagle rzucił, z niespodziewanie brzmiącą w głosie irytacją:

– George, przestań gapić się w morze! Chłopcze, przypływ jest sprawą najzwyklejszą w świecie – nic nadzwyczajnego. Potem następuje odpływ.  

Jego kochanek i towarzysz życia, George Masterson, wygodniej wyciągnął się na leżaku. Koncentrował swoją uwagę na wpatrywaniu w brzeg złocistej plaży. Niekiedy odwracał wzrok i przyglądał się paznokciom stóp. Wczoraj wieczorem dokładnie je opiłował i pomalował karminowym lakierem.

John Cavendish, trzy lata starszy od Masterstona, często zachowywał się jak opiekun nieopierzonego młokosa. George zbywał te próby śmiechem, przypominając, że nauczyciel fizyki nie może pouczać jego, znanego maklera giełdowego – i świetnego pokerzystę. A także oszusta w grze w kości, posługującego się perfekcyjnie przygotowanymi kostkami, z przemyślnie wtopionymi w środku grudkami ołowiu. Latami wypracowywane ułożenie dłoni powodowało, że zawsze uzyskiwał taką ilość oczek, jaką chciał.

John niekiedy straszył kochanka, że ktoś kiedyś pogruchocze mu palce młotem kowalskim.

– W szachy grają stare pryki, jeśli kutas już im nie staje – bez wahania odpowiedział Masterson. – Możemy powalczyć o to, kto dzisiaj przygotuje obiad. Użyjemy niefałszowanych kości – zabrałem je. Cztery rzuty. Najwyższa uzyskana ilość oczek wygrywa, pokonany szykuje ucztę. Przegrasz – nie masz szczęścia w grze… Potem możemy rzucać o to, kto dziś w nocy będzie aktywny.

Zęby znanego maklera błysnęły w uśmiechu.

– Przyglądam się palikom, bo chcę sprawdzić, dokąd dojdzie przypływ – dodał niepodziewanie poważnym tonem. – Zdaje się, że za każdym razem jest większy. Sięga coraz dalej i dalej… Dziwne. 

– Przypuszczasz, że w końcu nas zaleje? – Cavendish pokręcił głową z wyraźnym niesmakiem. – Pewnie obserwujesz dalekie echo jakiegoś tsunami. Za parę dni wszystko wróci do normy. Niepotrzebnie fatygowałeś się z wbijaniem tych zakichanych tyczek.  

Starannie przeczesał długie włosy. Wczoraj ufarbował je na żółto, starając się uzyskać taką barwę, jaką osiągnął Van Gogh, malując „Słoneczniki”.

Masterson i Cavendish poznali się dawno temu – i szaleńczo w sobie zakochali. Każdego roku spędzali urlop na małej wyspie Morza Karaibskiego, w niewielkiej willi, wynajmowanej przez agencję turystyczną osobom, pragnącym samotności. Nigdy nie kryli, że są gejami, ale tutaj mogli zrzucić maski przejętego swoją pracą nauczyciela i ciągle głodnego sukcesów byznesmena. Raz w roku ubierali się tak, jak pragnęli, i zachowywali, jak chcieli. Bez przerwy oddawali się temu, co stanowiło esencję ich życia – wzajemnej miłości. Wynajdywali nowe sposoby kochania, smakowali je, a potem o nich dyskutowali.

Przez miesiąc czuli się naprawdę wolni.

– Wyjątkowo wielkiego tsunami… – George pomachał palcem wskazującym lewej dłoni. Ten gest oznaczał namysł. – Nie zauważyłeś, ale ciągle dodaję nowe paliki. Pierwsze dawno zalała już woda – chyba na stałe. Wiesz, że nie działają nasze telefony? Zniknęły też mewy. Dzieje się coś dziwnego…

– Anomalia magnetyczna spowodowała brak zasięgu. – Cavendish wzruszył ramionami. – Nie sądzę, żeby w naszej samotni dopadł nas niespodziewany koniec świata… Bzdura. Jednakże możemy o to zagrać – czy mamy do czynienia z końcem świata, czy nie. Chłopcze, obstawiam, że tak.

– Doskonale. – George uśmiechnął się szeroko. – Jeden rzut. Zagramy niefałszowanymi kośćmi. Nie zostawiłeś mi wyboru – twierdzę, że narastające fale są zjawiskiem naturalnym.

Dłonią o pięknych palcach potrząsnął kubkiem z kostkami. Te palce każdej nocy przyprawiały Cavendisha o spazm rozkoszy.

– Dwie szóstki i piątka. – Masterson zatarł dłonie. – Nie wygrasz. Nigdy nie wygrywasz.

Cavendish pogardliwie prychnął. Kości ponownie potoczyły się po blacie stolika.

– Trzy szóstki… – W głosie George’a zabrzmiało zdziwienie. – Odkąd się znamy, pierwszy raz zwyciężyłeś. Spróbujmy ponownie.  

Nie czekając na odpowiedź, rzucił kości.  

– Chryste, trzy jedynki! – Masterson pokręcił głową. –Jeszcze raz!

Rzucali raz za razem, ciągle uzyskując ten sam wynik: trzy jedynki i trzy szóstki.

– Ciekawe, czy ktoś gdzieś indziej też nie zagrał w kości, a potem o czymś zadecydował. – Twarz Johna stężała w grymasie zastanowienia. – Teraz pokazuje nam, że wynik jest już ustalony… George, może dzisiaj zrobię obiad nieco wcześniej.

– Tak, bo dzieje się coś dziwnego. – Masterson otarł pot z czoła. – Graliśmy fałszowanymi kośćmi.

Ruszyli do willi, po drodze namiętnie się całując.

Nie odwracali głów i nie widzieli, że fala przypływu minęła ostatni palik i niepowstrzymanie prze naprzód.  

 

30 września 2014 r.  Roger Redeye

 

Ilustracja – Michał Wywiórski (Gorstkin)Rozbita fala” (Pejzaż morski z kamienistym brzegiem)

 

Źródło ilustracji: http://www.pinakoteka.zascianek.pl/Wywiorski/Wywiorski_2.htm

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo dobrze napisane.

Zastanawia mnie związek rzutów kostek i narastającego przypływu.

 

Fałszywe kości przestające nimi być, mogą być symbolem prawdy, długo skrywanej i funkcjonującej, która w końcu dojdzie do głosu.

 

Podnoszący się poziom morza to zapewne alegoria zmian – uzupełnienie kostek – zmian, które zaleją bohaterów.

 

Według mnie jeden z bohaterów oszukuje drugiego. Nie kocha go i zamierza tę prawdę wyjawić, mimo iż oznacza to, że całe ich życie zabierze i zniszczy woda (zmiana).

Jeden z bohaterów boi się poziomu morza. Przeczuwa zbliżającą się zmianę.

 

To opowieść o końcu gejowskiej miłości, opowiedziana przez metafory.

 Tekst oceniam na 7. Bo jak najbardziej zasługuje na bibliotekę.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Bardzo ładnie napisane (drażni mnie tylko ociupineczkę ten kufereczek, ale to bardzie wyraz mojej niechęci do zdrobnień niż faktyczny zarzut). Nie spodobało mi się zamienne wykorzystanie imion i nazwisk bohaterów (tutaj z kolei wina leży po stronie mojej niemożności do utrzymania uwagi na czymkolwiek na dłużej niż kilkanaście sekund, ale wydaje mi się, że w tekście tej długości spokojnie wystarczyłyby same imiona). Wyśmienity popis sprawności warsztatowej, odwracający uwagę od fabularnych braków (czy raczej braku fabuły).

 

@Nazgul

Nie wydaje Ci się, że masz lekkie ciągoty do nadinterpretacji?

 

na emeryturze

Mam;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ja tam Nazgulu zupełnie inaczej widzę ten tekst. Ktoś na górze (Bóg) zagrał w kości o to, czy zatopić  wyspę/świat, czy nie. A obaj panowie – czego by nie zrobili – nie mają wpływu.

Według mnie tekst można by o połowę skrócić.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Według mnie kluczowa jest tutaj miłość. Autor za dużo jej tekstu poświęca. Choć przyznam, że ciekawa interpretacja. Zastanowię się jeszcze nad nią…

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Ależ bemik, bóg nie gra w kości.

na emeryturze

Rogerze, pierwsza moja myśl po przeczytaniu tego tekstu, to czy znasz jakiegoś geja? Opowiadanie niesie w sobie jakiś niepokój, kwestia przypływu jest ładnie rozegrana, ale groteskowo stereotypowy opis gejów, których główną cechą charakterystyczną są pomalowane paznokcie, pofarbowane włosy i rozmowy o seksie, mocno mnie zniechęcił.

Napisane jest sprawnie, ale Ty przecież zawsze jesteś warsztatowo dobry.

 

Tekst oceniam na pięć.

Gary, a skąd wiesz, że nie gra? wink

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dobra. Przeczytałem “Wyspę”. Mamy tam typowy restart świata, co skłaniałoby do akceptacji interpretacji… bemik (Cholera! Nazgul się pomylił?! ;)).

 

Choć ja dodałbym jednak do tej teorii trochę własnej.

Bóg tutaj nie chce zatopić świata, tylko grzeszników (tu gejów), a w kości przegrali własne życia.

 

? ;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Zebrało się sporo komentarzy… Bardzo ciekawych. Dzięki. Muszę przygotować zbiorczą odpowiedź. 

Ale, jeśli idzie o komentarz Ochy  – z tekstu  wynika, ze Masterson i Cavendish w czasie wakacji na wyspie chcieli być sobą. Wynika także, że ich zajęcia zawodowe  męczyły ich. Oni chyba po prostu buntowali się przeciwko swoim profesjom.  Więc – robili to, czego zwykle w ciągu roku nigdy nie robili. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś łaził do poważnej pracy z czupryną  ufarbowaną na żółto, obojętnie,, czy jest gejem, czy nie. Albo z pomalowanymi paznokciami… Chyba po prostu byli nonkoformistami, ale musieli to kryć.  Jak wielu innych ludzi… A na wyspie mogli się zbuntować, być może, trochę dziecinnie, ale im się to podobało. .  

I to sygnalizuję.

Pozdrówka.

PS. Jestem ciekaw, czy w “Szortalu  na Wynos” tekst zostanie zilustrowany. 

Rogerze, zwróciłam uwagę na to, że ten fakt zasygnalizowałeś.

Przeczytałem z zainteresowaniem. Apokalipsa w tle pozornie banalnego wypoczynku to interesujący pomysł literacki. Pozdrawiam.

Dzięki, Ryszardzie. Cóż, własnie o coś takiego mi chodziło, zapewne instynktownie, choć pomysł miałem od samego początku jasno sprecyzowany.

Nie przewiduje rozwiniecie “Gry w kości” w dłuższe opowiadanie, ale…  

Ale – przeprowadziłem eksperyment, polegający na tym, ze miniaturę – też do pięciu tysięcy  znaków – rozwinąłem w opowiadanie  o objętości lekko ponad trzydzieści trzy tysiące znaków. Oba teksty są gotowe. Ciekawy jestem, czy trafią do publikacji, bo tematyka taka trochę  lekko religijna w tonacji s-f…

Pozdrawiam.  

Pomysł oklepany, ale mimo to udało się stworzyć pewną atmosferę.  

Kulejąca narracja oraz liczne błędy stylistyczne sprawiły jednak,  że jestem niemile zaskoczony pierwszym opiniowanym przeze mnie, profesora nauk nieścisłych, tekstem. 

Buziaki. 

Nie biegam, bo nie lubię

Dostrzegłam tylko dość schludnie napisaną scenkę, w niezwykle schematyczny i krzywdzący sposób ukazującą epizod z pobytu gejów na wakacjach. :-(

Bardziej od podnoszącej się wody zastanowiło mnie, dlaczego panowie taszczyli na plażę metalowy kufereczek z lodem, zamiast lód i trunki włożyć do stosownego termosu.

 

Sta­ran­nie prze­cze­sał dłu­gie włosy. Wczo­raj ufar­bo­wał je na żółto, sta­ra­jąc się uzy­skać taką barwę, jaką osią­gnął Van Gogh, ma­lu­jąc „Sło­necz­ni­ki”. – Nie miałam pojęcia, że Van Gogh, malując Słoneczniki, miał włosy ufarbowane na specyficzny, trudny do powtórzenia, żółty kolor. ;-)

 

Tekst oceniam na 6.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Każdego roku spędzali urlop na małej wyspie Morza Karaibskiego, w niewielkiej willi, wynajmowanej przez agencję turystyczną osobom, pragnącym samotności.

Nie jestem ekspertem Ci ja, ale dałbym sobie pomalować na żółto wszystkie włosy na lewej ręce, że tego ostatniego przecinka być nie powinno.

 

Mam mieszane uczucia. Klimat opowiadania jest niesamowicie wyrazisty, ale też i niezwykle melancholijny; nie ma w tym wszystkim za grosz radości, ekscytacji i szczęścia, które – teoretycznie – powinny aż kipieć z bohaterów; miesiąc wakacji w raju, prywatna willa, niczym nieskrępowana wolność obyczajowa (której tak bardzo potrzebowali) i seksualna, ukochana osoba tuż obok, schłodzony Johny Walker… A mimo wszystko z każdego napisanego przez Ciebie zdania i każdego wypowiedzianego przez Twoich bohaterów słowa tchnie granicząca z depresją melancholia. Zupełnie, jakby akcja zaczynała się w chwili, kiedy obaj wiedzą już, co ich czeka i powoli godzą się z losem, umilając sobie ostatnie chwile trywialnymi rozrywkami. Nie czytałem “Wyspy” i nie miałem pojęcia, co mnie czeka podczas lektury, a mimo to od samego początku wyczułem wiszącą nad bohaterami katastrofę. I, doprawdy, nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony jest przesyt; za dużo i zbyt wcześnie, a z drugiej – rewelacyjnie oddałeś klimat, który zawsze lubiłem.

Co do krzywdzącego obrazu gejów, nie jestem skłonny się zgodzić z przedmówcami. Na świecie pełno jest zniewieściałych gejów. Żeby nie szukać daleko, za przykład można podać pewnego znanego polskiego pisarza, który jest zdeklarowanym homoseksualistą i wcale nie kryje się z upodobaniem do kobiecych ciuchów czy biżuterii. Skoro więc z łatwością można w realnym świecie znaleźć taką postać, ba – skoro ta postać jest promowana przez media, to dlaczego postaci fikcyjne o podobnych upodobaniach miałyby stanowić obraz wypaczony i krzywdzący?

 

Opowiadanie oceniam na 6.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nazgulu. ciekawa interpretacja – i coś w niej jest bardzo na rzeczy… Niby najbardziej oczywista jest interpretacja Bemik. Tylko – dlaczego, gdy oni obaj zaczynają się domyślać,  o co idzie w tej grze fałszowanymi kośćmi, fala przypływu ruszyła niepowstrzymanie naprzód? Moim zamiarem było wskazanie, ze oni zdawali sobie sprawę, co ich czeka. Pewnie z tego powodu nie odwracali głów i namiętnie całowali się.. To po pierwsze. A po drugie – dlaczego właśnie  oni? I  czy dotyczy to tylko ich?

Chciałem w tekście przywołać  jakąś przypowieść biblijną, i nawet sobie wybrałem, ale limit znaków mnie mocno ograniczał, więc zrezygnowałem. Zresztą, chyba tak jest lepiej, bo wtedy opowiadanie musiałoby być dłuższe. 

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, ze opowiadanie bardzo się podobało i oddałeś głos za biblioteką. Chyba teraz tak to należy rozumieć.

Pozdrówka.

Corcoranie, a cóż to niby za błędy stylistyczne? Łaskawco, może byś je wskazał? Byłoby dobrze…  Powiedział, co wiedział,  a że mało wiedział, nic nie powiedział…

Sorry, na pozostałe komentarze odpowiem następnym razem.

 

Twoje… Hmmm,  użyjmy eufemizmu, twoja arogancja dowodzi, że wskazywanie błędów jest li tylko stratą czasu. Poza tym nie zwykłem konwersować z łaskawcoszastaczami. Pozostań zatem z koszmarkami jak ten:

– Ciekawe, czy ktoś gdzieś indziej też nie zagrał w kości, a potem o czymś zadecydował.

 

Choć przyznaję, że  w tekście doszukałem się pewnej, zawoalowanej, mądrości: 

Potem możemy rzucać o to, kto dziś w nocy będzie aktywny. (…) – Chryste, trzy jedynki! – Masterson pokręcił głową. –Jeszcze raz! Rzucali raz za razem, ciągle uzyskując ten sam wynik: trzy jedynki i trzy szóstki.

Rzeczywiście, tak to już w życiu bywa… 

 

Buziaczki. 

 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Gary_joiner, dzięki za przeczytanie i komentarz.  Piszę swoim stylem, a każdy tekst staram się dopracować. 

Jeśli idzie o podawanie nazwisk bohaterów – uczyniłem tak z dwóch powodów. Raz, mieli być w miarę konkretni. Realni… I chyba są. Dużo o nich wiemy. Dwa – zrobiłem tak ze względów technicznych, bo inaczej ciągle byłby George na przemian z Johnem.

Jeśli  idzie o kufereczek – chodziło mi o zaakcentowanie, że pojemnik jest  niewielki, ale dość spory. No i określonego kształtu.  Kufer, kuferek, kufereczek… Ostatni wyraz dobrze oddaje wielkość pojemnika. Ktoś zauważył, ze właściwszy  byłby wyraz “termos”. Nie, bo oni zabierali nie tylko butelkę whisku. zabierali także napoje chłodzące, no i lód.  Sporo tego mieli. 

Brak fabuły? Brak linearnej akcji – tak, a to jest świadomy zamiar, ale nie brak fabuły… W tej miniaturze opowiedziana jest cala historia… Tak mi się wydaje.  

Pozdrówka. 

PS. Corcoranie, ale nie wskazałeś, na czym polegać mają w tych dwóch zadaniach błędy stylistyczne…  

Trzeba przyznać, że udało Ci się wytworzyć nastrój oczekiwania na koniec. Udane wykorzystanie motywu przypływu. Zabrakło mi natomiast kroku naprzód w kreacji bohaterów – zdania czy dwóch, które by im dodały trzeciego wymiaru. Wiem – czegoś, co by wyrwało te postaci poza ramy tej konkretnej scenki.

Tekst oceniam na 6.

I po co to było?

Ocho, Bemik – dzięki za komentarze. Bemik, nie wydaje mi się, żeby można było skrócić tekst o połowę… Wtedy nie wykreowałbym takiego klimatu.

Cieniu Burzy  – dzięki za przeczytanie i obszerny komentarz.  No cóż – to nie jest opowieść o udanych wakacjach…. Wytęsknionych, tak, na pewno.  Masz rację – chwytam moment, kiedy George i John zaczynają zdawać sobie sprawę, ze coś jest nie tak. George pierwszy, i to chyba od dłuższego czasu, bo wbija paliki. W czasie gry w kości  odkrywają, że zdecydowanie nie tak… Masz racje w twierdzeniu, ze to nie jest miniatura nasycona pogodnym klimatem. Wręcz przeciwnie, choć świadomie go tonowałem.  A co do gejów, masz racje. Są bardzo różni, jak wszyscy ludzie zresztą….

Regulatorzy –  termos na pewno nie. Oni zabierali ze sobą nie tylko butelkę whisky, ale i napoje chłodzące, co wyraźnie wynika z tekstu. Gdzieś to wszystko musieli wkładać – do lodu w pojemniku, alias kufereczku, bo pewnie miał uchwyt..

Oczywiście, ze w inkryminowanym zdaniu idzie o włosy Cavendisha – to jasno z tego zdania wynika. W tym fragmencie tekstu zastosowałem podmiot domyślny – on.Nie musiałem pisać “Cavendish”, bo cały fragment właśnie jego dotyczy. Zdanie jest od wcięcia akapitowego dlatego, że  to jest kolejna czynność Cavendisha, a wcięcie sygnalizuje następstwo czasu.

Takie sprawy należy znać…

Syf.ie – dzięki za przeczytanie i komentarz.  Nie sądzę, żeby “Gra w kości” była sceną  albo scenką.  Scena nie epatuje klimatem, co sam podkreślasz.  I  nie tylko ty.

Pozdrówka.

Powiedziałbym tak: na pierwszym planie stoi scenka, z tej scenki wychodzą odnogi, które prowadzą do (domyślnego) świata. Klimat unosi się między scenką a światem, kreacja bohaterów natomiast nie wychodzi poza scenkę. Reasumując, bohaterowie są jednym z elementów budujących klimat, natomiast nie uczestniczą w świecie. Brakuje czegoś, co zindywidualizowałoby chociaż jednego w świecie.

Tak na marginesie – to mógłby być ciekawy zabieg, jeden bohater dążący do rzeczywistości, drugi  ograniczony i będący tylko przedmiotem w scence. 

Również pozdrawiam.

I po co to było?

Skoro nie termos, to termoizolacyjny pojemnik, czyli lodówka turystyczna – lekka, pojemna i poręczna, z uchwytem. Bo metalowy kufereczek sugeruje coś raczej malutkiego, więc jak mieścili w nim sporą ilość napojów.

Ależ ja doskonale rozumiem, że w zdaniu jest mowa o długich, wczoraj ufarbowanych włosach Cavendisha. Mnie tylko zdumiało to, co zrozumiałam ze zdania – że Van Gogh, kiedy malował Słoneczniki, też miał żółte włosy. ;-D

Parę spraw, takich i innych, znam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dłon o pięknym palcach potrząsnął kubkiem. 

 

Czepiasz się, regulatorzy. Termos termosem –  czepianie się o przewodnictwo cieplne, jest, uważam nie na miejscu ;)  Dualizm deklinacyjno–liczbowy,  zaskakując,  urzeka niczego niespodziewającego się czytelnika.

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Uważasz, Corcoranie, że powinnam przeprosić? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jakowóż, niechybnie czytelnikom owe przeprosiny się należą. 

Przede wszystkim za brak wzmianki, ostrzagającej przed megalodualohiperkich@, gdyż owa może, przy bliższym kontakcie być zgubna dla nieoszliwowanego diamentu. 

 

No,  choćby owe mniemanie :

dopadł nas niespodziewany koniec świata… Bzdura. Jednakże możemy o to zagrać – czy mamy do czynienia z końcem świata

Mnożenie końców światów jest już nudne, a tu, mimo Metro’wego przesytu , dodatkowo nabiera sydromu  choroby stylistycznej… Apokalipsa się, a juści, zbliża. 

 

Buziaczki. 

Nie biegam, bo nie lubię

Roger, chyba trudno nam nawzajem zachwycać się naszymi tekstami. To, co Ty uważasz za budowanie nastroju (przy wielu czytelnikach skuteczne), na mnie nie działa, wręcz nudzi. I pewnie na odwrót – to, co bawi mnie, nuży Ciebie.

Ten szort bazuje na nastroju, więc do mnie nie mógł trafić.

Tekst oceniam na 5.

Babska logika rządzi!

Sorry za opóźnienie w odpowiedzi, ale dostałem z “Esensji” korektę “Przeistoczenia”, więc musiałem się nią zająć. Pewnie opowiadanie ukaże się na początku stycznia.

Zapraszam do lektury. 

Corcoranie, dłonią o pięknych palcach – tak jest w tekście, a nie  “Dłon o pięknym palcach potrząsnął kubkiem” .  Chyba  marudzisz,  w dodatku niedokładnie cytując. Miał dłoń o pięknych palcach – to się zdarza, zarówno mężczyznom, jak i kobietom. Co do drugiego zdania – wyraziłeś opinię, ale nie wskazałeś  błędu stylistycznego.  

Regulatorzy – matko… Ależ oni nie chcieli zabierać  na plażę  ani termosu, ani lodówki turystycznej… Ja cie kręcę… Mieli metalowy kufereczek, wypełniali lodem, wkładali butelkę whisky i kilka butelek napojów chłodzących. I już. Lód najprawdopodobniej brali z zamrażarki. Sądzę jednak, ze w lodowce  produkowali kostki lodu. Ma to ten walor, ze kostki można też wrzucić do szklaneczki. 

A co do tego zdania – pojęcia nie mam, czemu odniosłaś takie wrażenie.  On wczoraj ufarbował je (włosy), starając się,(on się starał) uzyskać taką barwę, jaką uzyskał VanGogh, malując “Słoneczniki”. 

VanGogh, malując”Słoneczniki”, uzyskał określony odcień żółci. Cavendisch chciał uzyskać taki sam. Dlaczego własnie taki,  pojęcia nie mam. Może lubił “Słoneczniki”? 

Co prawda, zdanie jest podrzędnie złożone, z użyciem dwóch imiesłowów, ale jakoś nikomu jego zrozumienie nie sprawiło trudności… 

Pozdrówka.

Van Gogh, malując Słoneczniki, a stworzył wszak kilkanaście obrazów tak zatytułowanych, używał mnóstwa odcieni różnych żółci. Dlatego, moim zdaniem, o czyichś żółtych włosach, chyba nie można powiedzieć, że mają „…barwę jaką osiągnął Van Gogh, malując „Słoneczniki”.

I właśnie z tego powodu przyszła mi do głowy śmiała myśl, że może to artysta, w końcu znany z dość ekstrawaganckich zachowań, miał wonczas żółte włosy.

To wszystko. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Po prostu – bardzo nieprecyzyjnie napisałaś komentarz. Z poprzednich komentarzy w sprawie tego zdania wynika, że zostało źle sformułowane – pomylono podmiot albo użyto niewłaściwego podmiotu. Albo tez autor, alias ja, nie zwrócił uwagi, że z podmiotem w zdaniu podrzędnym jest coś mocno nie tak. Takie przypadki zdarzają się często. i sam zwracam na nie – dla jasności: na takie przypadki – uwagę… Ale czym innym jest wyraźnie sugerowana niepoprawność gramatyczna, a zupełnie czym innym luźne spostrzeżenie, że VanGogh namalował kilka czy kilkanaście wersji “Słoneczników”, więc  mi się kojarzy,  że miał wtedy – dla jasności: przy malowaniu – ufarbowane na żółto włosy…

Podobnie jest czy też było  z tym termosem, przemienionym  potem w lodówkę turystyczną. Równie dobrze mogli używać pojemnika – i używali – ale określiłem go jako kufereczek.

Spotkałem się już kilkakrotnie z opinią, że na portalu “Fantastyka.pl” komentatorzy mocno dziwaczą. Ostrzejsza wersja tej opinii jest taka, ze zaczynają  dziecinnieć.  I patrząc na kilka komentarzy – w tym ten o termosie i włosach – odnoszę wrażenie, ze w tej  opinii jest sporo racji.  

Dj jeszcze nie przeczytał, ale przeczyta, ale zdanie o słonecznikach jest dla mnie jasne – chodzi o barwę słoneczników a nie włosów VG:)

 

I nie dziecinniejmy już więcej, proszę :)

 

/edit

co oznacza, żebyśmy nie czynili uwag o dziecinnieniu innym, że tak sprecyzuję tego słonecznika

 

/edit

dj przeczytał, spoko historyjka o końcu świata ale czytając Twój tekst automatycznie nastawiałem się na więcej więc czuję niedosyt

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj Jajko, zapraszam. Ciekaw jestem komentarza. 

Cóż począć – naprawdę spotykam takie opinie.  Na tym portalu też, co prawda łagodniej wyrażone… 

Pozdrówka. 

Co tam, Ryszardzie, chciałeś powiedzieć?

Co do  zdziecinniałych, a szczególnie  zdziwaczałych komentarzy,  to coś w tym jest. 

Mnie na przykład wpadło, by z gór(y) przeprosić górali i napisać tak:

 

Raz Jendruś Zbuc, co zbójctwem parał się w afekcie 

Marzył wielce, by wyonacyć malućką owiecke.

A że bejdok w zasadzie nie wiedział co to znacy

Gdy razu pewngo z niecym zamiarem zakradł się na halę, 

w romantycnej miesioncka poświacie, to baran Zbuca wyonacył.

 

Trzeba spojrzeć pradziwe w oczy, Roger…  może… mieć… rację… :O

:D

 

Nie biegam, bo nie lubię

A ja bym się przez sekundę zastanowił jednak zanim zacząłbym szafować na prawo i lewo podejrzeniami o zdziecinniałe komentarze.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Gdy piszę opinię, aż cierpnie mi skóra

kiedy znowu mnie dopadnie – cenzura.

Pozdrawiam uśmiechnięty.

Napiszę w takim razie jaśniej i prościej.

Niektórzy z Was starają się w subtelny sposób podkręcić literacką atmosferę (czytaj: delikatnie prowokują z trollowaniem na horyzoncie).

 

Nie czyńcie tego, upraszam, nie ma powodu, nie ma potrzeby.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj Jajko – ani na lewo, ani na prawo, tylko w tym  wątku – i w sumie łagodnie. Teraz, gdy przeczytałem ponownie niektóre  komentarze, myślę tak samo. 

Ryszardzie  – dobrze, ze nie prewencyjna…

Pozdrówka. 

Dłonią o pięknym palcach potrząsnął kubkiem z kostkami.

Literówka. 

Dobrze się czyta, ale nie przemówiło do mnie. 

Tekst oceniam na 5. 

Corcoranie,  dłonią o pięknych palcach– tak jest w tekście, a nie  “Dłon o pięknym palcach potrząsnął kubkiem” . Chyba  marudzisz,  w dodatku niedokładnie cytując.

YYY, to nie ja cytowałem, lecz aparat kopiuj-wklej, do niego miej zastrzeżenia.  Wychodzi na to, że to ty niedokładnie, jak zauważył niejaki pan domek, poprawiasz :) 

Ta z pozoru niewinna manipulacja “marudzisz, w dodatku niedokładnie cytując” wiele mówi o autorze.  Przyjrzyjmy się jej zatem z bliska :)

 

Otóż autor RogerRedeye,  po wskazaniu mu ewidentnych błędów przez komentatora, 

owe błedy poprawia i to, mimo wskazań, niedokładnie. Następnie odpowiada,  sugerując, że to komentator jest niedokładny,  a samych błedów nie było…

 

Gdyby ktoś mnie spytał o ocenę takiego zachowania na portalu pisarskim,  to w pierwszej chwili użyłbym terminu: prymitywne lub głupie lub bezczelne. Być może niewłaściwe ;) 

 

Z drugiej strony, tak sobie myślę przecież: czyż można winić kurę za to,  że tylko gdaka rozpaczliwie, gdy zabierają jej  jaja? Zamiast założyć związek zawodowy, uzyskać procent z każdej sprzedanej sztuki, a z  uzbieranych pieniędzy wynająć  kancelarię prawniczą, która wniesie sprawę  do sądu rodzinnego? 

 

Zatem z powodu pewnych ograniczeń,  pozostańmy przy przyjętej raz nomenklaturze i określmy to postępowanie jako: dziecinne :) 

 

 

Buziaczki, 

 

 

Nie biegam, bo nie lubię

Domku, dzięki za przeczytanie i komentarz, a także za wskazanie literówki. Muszę napisać do redakcji “Szortalu”, żeby ją usunęła, bo tekst w “Szortalu na wynos” nie wyglądałby dostatecznie dobrze.

Pozdrówka.

Corcoranie, niemożebnie rozpisujesz się… Nic nie poprawiałem w tekście, dopiero dzisiaj usunąłem literówkę.  A literówka nie jest błędem stylistycznym… Mimo obfitości i obszerności wypowiedzi, znowu go nie wskazałeś…

Ale – to było do przewidzenia. 

Miniatura jest zgrabna i ma fajny klimat. Sprawa malowanych paznokci mnie nie bulwersuje, bo to akurat część wizji autorskiej danej postaci, która to postać może mieć swoje dziwactwa. Włosy w oryginalnym kolorze – też raczej zrozumiałam intencję piszącego.

Mnie frapuje w tekście co innego: panowie zachowują się tak, jakby o końcu świata nie chcieli wiedzieć. Albo inaczej – jakby o nim wiedzieli, ale wypierali go ze świadomości. Pada wzmianka o tsunami, i o anomaliach magnetycznych, niedziałających telefonach. Czyli – w moim rozumieniu – obaj wiedzą, co się dzieje. Zanim przestały działać urządzenia, na pewno coś niecoś usłyszeli. I dziwi mnie ich stoicki spokój. W tym kontekście zdanie "Ruszyli do willi, po drodze namiętnie się całując" i "Nie odwracali głów i nie widzieli, że fala…" z lekka mi zgrzyta. Być może to wiedza, i świadomość, że i tak nic nie poradzą, sprowadza na nich ten spokój, ale – w mojej ocenie – bardziej prawdopodobny psychologicznie byłby jednak niepokój.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Też bym wypierał koniec świata :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Ma­rian­no –  dzięki za przeczytanie i komentarz.  No cóż, staram się dopracowywać teksty – pewnie dlatego czyta się je dobrze i wychodzą “zgrabnie”. Ale tak powinno być. 

Jeśli idzie o sprawę zachowania bohaterów… Starałem się być precyzyjny.  Skąd wiesz, ze oni wiedzą na pewno, ze to koniec świata? Z tekstu wynika wyraźnie, ze jeden z bohaterów coś przeczuwa. I traktuję sprawę poważnie. W tekście jest w zdaniu takie mniej więcej stwierdzenie – z nieoczekiwaną powagą w glosie…. Ale drugi to całkowicie lekceważy. Znajduje natychmiast  racjonalne wyjaśnienia dziwnych zjawisk.  Traktuje sprawę żartobliwie. Dopiero gra w kości uświadamia im obu, ze coś jest jednak nie tak. 

Tylko dwa zdania  sygnalizują, że  coś  przeczuwają –  to o zrobieniu wcześniej obiadu i to, ze się namiętnie całowali.

Oni wcale nie musieli być pewni, ze to finał ich życia. Może nie chcieli  o tym myśleć? To tylko czytelnik wyciąga takie wnioski …

A mnie  tu piszą, ze “Gra w kości” jest sceną….

Pozdrówka.

P{ś.  Druga czy trzecia publikacja Twojego tekstu w znanym sieciowym miesięczniku literackim?

Dj Jajko, Roger,

 

ja tam bym nie potrafiła wyprzeć :) Skręcałoby mnie z niepokoju, niepewności, a dwa – człowiek jest ciekawski, lubi wiedzieć, co się dzieje. Podobno na teren objęty zniszczeniami po tsunami w 2004 roku zachodni turyści urządzali sobie wycieczki i obserwowali akcję ratunkową jak ciekawy spektakl. Ale pewnie jest tak, że różni ludzie, różne postawy.

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Tak, ale, jak na razie. tylko wynik  gry w kości  wskazywał na coś dziwnego.  Oni na pewno mocno się przestraszyli, bo jeden z nich ociera pot z czoła. Pewnie, ze ludzie są ciekawscy, jednakże czym innym jest być widzem post  factum, a czym innym uczestnikiem. Jak ktoś tak miesza kośćmi w kubku, chyba można się wystraszyć…

Pozdrówka. 

Rosenkranz i ten drugi też się zastanawiali ale brnęli w temat :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj Jajko – co dla obu preceptorów młodziutkiego Hamleta smutnie się skończyło…  Cóż, Marianna napisała jeszcze jeden komentarz z ciekawym spostrzeżeniem. Należało odpowiedzieć, więc odpowiedziałem.  A Marianna jest autorką coraz bardziej znaną… 

Pozdrówka. 

Każdego roku spędzali urlop na małej wyspie Morza Karaibskiego, w niewielkiej willi, wynajmowanej przez agencję turystyczną osobom, pragnącym samotności

Nie czuję się bardzo pewnie w temacie przecinków, ale czy w tym zdaniu jeden nie jest zbędny?

 

Opowiadanie raczej nie w moich klimatach, natomiast co do jego nastroju zgodzę się z komentarzem Cienia Burzy. Nie dotarła do mnie radość bohaterów z pobytu na wyspie, natomiast przeczucie zbliżającego się finału wisiało w powietrzu.

 

Gra w kości o koniec świata. To chyba nawet bardziej ambitne niż gra w szachy o własne życie.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nevaz – jak na portal, trochę już starawy tekst… Jak go znalazłeś?

Ano, jeden z bohaterów namiętnie grał w kości – i przy okazji oszukiwał.  Grał tez w pokera – i był świetnym pokerzystą. Wśród maklerów giełdowych zamiłowanie do gier hazardowych podobno dość często  się zdarza. 

Z dłuższych, oczywiścieie nowych  tekstów możesz zerknąć na to – jeśli cię zainteresuje… http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=19834

A z opowiadań grozy na “Drzwi” w ostatnim numerze “Histerii”→ http://magazynhisteria.pl/czytajpobierz/

Dzięki za przeczytanie.

Pozdrówka.

Znalazłem chyba przypadkiem.

Starawy jak starawy, osobiście zawsze lubiłem historię ;).

Pozdrawiam!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Historię? Nie za bardzo łapię, o co idzie… To raczej nie jest tekst historyczny.

No, ale…

Pozdrówka.

Nowa Fantastyka