- Opowiadanie: ambroziak - Płomyk

Płomyk

Pi­sząc “Smy­czek”, obie­ca­łem sobie, że to mój pierw­szy i ostat­ni, po­dob­ny wy­stęp. Stary już chyba je­stem? Sta­re­mu czło­wie­ko­wi trud­no uciec od pew­nych hi­sto­rii.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Płomyk

 

1.

 

Re­be­ka pła­ka­ła, a Kuźma nie umiał osu­szyć jej łez. Nawet Josek i Sal­cie, dzie­cia­ki, które za­wsze cze­pia­ły się jego ko­żu­cha, gdy tylko sta­nął na progu skle­pu, teraz tkwi­ły po­sęp­ne, roz­sta­wio­ne po ciem­nych ką­tach, wle­pia­jąc wiel­kie oczy w przy­ku­rzo­ne deski pod­ło­gi. Nie cie­szy­ły ich też cu­da­ki, przy­nie­sio­ne przez Kuźmę. Josek le­d­wie raz dmuch­nął w gwiz­daw­kę-ko­gu­ta, wy­stru­ga­ne­go z osi­ko­we­go kołka. Sal­cie le­d­wie raz za­krę­ci­ła ło­pat­ką wia­tracz­ka z brzo­zo­wej kory, osa­dzo­ne­go na lesz­czy­no­wym pa­ty­ku.

– Da­wi­da za­bra­li, po­wia­dasz… – Kuźma prawą dło­nią ze­rwał fu­trza­ną czap­kę, lewą dra­pał nie­fo­rem­ny cze­rep i czo­chrał skoł­tu­nio­ną czu­pry­nę. – Niem­cy za­bra­li… Ojjj, ojjj… Bie­eeda, bie­eeda… Ty­dzień przej­dzie, mó­wisz… Są­sie­dzi nie za­cho­dzo, nie ku­pu­jo, bojo sie. Do Wi­śni­cy jeż­dżo. Par­ty­zant­ka sie za­wią­za­ła, leśni konia za­bra­li, na do­kład­ke. Na pie­cho­te z wy­ku­pem nie pój­dziesz, bo dro­bia­zgu po mro­zie nie po­go­nisz, a i sa­me­go w cha­łu­pie nie zo­sta­wisz. Pra­aaw­da… Oj, bieda, bieda, bieda! – Chłop aż się zapowietrzył; potrzebował chwilkę odsapnąć, pomyśleć. – Wiem! Pie­nią­dze na wykup daj mie. A tych z Fran­kli­nem nie żałuj. Sanie zo­sta­wie w sto­do­le, na ra­kie­tach po­pę­dze, na wie­czór stane w Wi­śni­cy. Kuma tam mam, to prze­no­cu­je. Rano do Niem­ca pójde. Trans­por­tu pew­nie jesz­cze nie uszy­ko­wa­li, bo za­dym­ki były. Da­wi­da wy­ku­pie, przy­pro­wa­dze. Na sanie za­pa­sy wrzu­cim, do sie­bie was za­bio­re. Śnieg za­sy­pie, nikt nie trafi. Na wio­sne bagna od­ta­jo, Nie­miec sie tam nie za­pu­ści. Mąki, kaszy i gro­chu star­czy. Jak nie, to na bo­bro­wych ogo­nach prze­ży­jem. Wio­sno gęsi i kacz­ki wróco: jajko i mięso be­dzie. Sa­ren­ka, za­ją­czek się tra­fio, ryby na­ło­wim. A latem – ło­chy­ni, bo­rów­ki, żu­ra­wi­ny, że… Je­sie­nią – rydza, pod­grzyb­ka, bo­ro­wi­ka… koso by kosić. Prze­ży­jem… Nie­miec jak przy­szedł, tak pój­dzie. Nasi go kie­dyś prze­go­nio.

 

2.

 

Kuźma we­pchnął sanie pod strze­chę i za­trza­snął za nimi wie­rze­je sto­do­ły. Za­ci­snął moc­niej pasek u ko­żu­cha, ob­ma­cał kar­man na pier­si – spraw­dził, czy rulon zie­lo­nych pa­pier­ków spo­czy­wa w bez­piecz­nym ukry­ciu. Przy­siadł cięż­ko na ni­skim pień­ku, by upiąć do wiel­kich bu­cio­rów śnież­ne ra­kie­ty, mi­ster­nie uple­cio­ne je­sie­nią z gięt­kich ga­łą­zek wi­kli­ny. Re­be­ka że­gna­ła sta­re­go wzro­kiem peł­nym nie­mej po­dzię­ki, sto­jąc bez wierzch­nie­go okry­cia na ganku, na mro­zie. Kuźma usły­szał war­kot mo­to­ru, nie­sio­ny mar­kot­nym po­mru­kiem wia­tru. Kryta plan­de­ką cię­ża­rów­ka wje­cha­ła na po­dwó­rze. Opa­dła tylna klapa, roz­pro­szy­ła się po obej­ściu gro­mad­ka wro­nich mun­du­rów. Żoł­nierz w ofi­cer­skiej czap­ce wy­ma­chi­wał pa­ra­bel­ką. Pod­biegł do Beki i we­pchnął ko­bie­tę do środ­ka. Czar­ne pion­ki ry­glo­wa­ły drzwi i okien­ni­ce. Jeden lał ben­zy­nę z ka­ni­stra: chlu­stał po ścia­nach, po ganku, po dachu. Kuźma rzu­cił ra­kie­ty w śnieg…

– Lu­dzie, lu­dzie! – krzy­czał, ile sił w pier­si; biegł, ile sił w no­gach. Szar­pał za rękaw jed­ne­go z żoł­nie­rzy. – Co ro­bi­ta?! Boga w sercu nie mata?! Dyć baba, przy­chó­wek… Jezus Maria! 

– Schwe­ini­gel! – Tyle tylko usły­szał, nim runął w ciem­ną ot­chłań bez­den­nej stud­ni. Ma­syw­na kolba cięż­kie­go mau­ze­ra zde­rzy­ła się z jego czo­łem.

 

Mokry śnieg chło­dził skrwa­wio­ne ob­li­cze. Kuźma sza­mo­tał się jesz­cze w mrocz­nej cze­lu­ści, piął się już jed­nak ku świa­tłu: przy­tom­ność wra­ca­ła. Od­da­lał się war­kot mo­to­ru. Przed za­snu­tym mgłą wzro­kiem stały ję­zy­ki pło­mie­ni. Sko­czył na równe nogi, ale te gięły się jak wierz­bo­we witki. Ujął głowę w dło­nie, sil­nie osa­dził w ziemi wiel­gach­ne bu­cio­ry. Odbił się mocno, ru­szył, roz­pę­dził… Sze­ro­ki bark wy­rwał drzwi z za­wia­sów, razem z drza­zga­mi świer­ko­wej oścież­ni­cy. Szar­pał sku­lo­ne syl­wet­ki, przy­cup­nię­te pod ladą. Krzy­czał! Nie do­strzegł oznak życia. Z su­fi­tu spa­da­ły ogni­ste głow­nie. „Dym po­du­sił. Jezus Maria!” Objął całą trój­kę dłu­gi­mi, mu­sku­lar­ny­mi ra­mio­na­mi. Dźwi­gał przed sobą pę­ka­ty to­bo­łek, choć krzyż wy­gi­nał się w pałąk jak skła­da­ny scy­zo­ryk. Le­d­wie się zmie­ścił w otwo­rze po drzwiach. Na­cie­rał szorst­kim śnie­giem po­si­nia­łe twa­rze. Trzy razy sły­szał świst wra­ca­ją­ce­go od­de­chu. „Żywi! Chwa­ła Bogu!”

 

3.

 

Dzie­ci prze­mar­z­ły na kość, skąpo odzia­ne, okry­te jed­nym, kuź­mo­wym ko­żu­chem. Beka cią­gnę­ła sanie razem z Kuźmą. Stary wpadł do cha­łu­py i rzu­cił kilka szczap w tlące się jesz­cze pa­le­ni­sko. Drzwi pieca zo­sta­wił otwar­te na oścież. Przy­taszczył sze­ro­ką ławę, Beka usa­dzi­ła na niej prze­mar­z­nię­te po­cie­chy. Sal­cie wsunęła sine stóp­ki niemal w czer­wo­ne ję­zy­ki, matka chu­cha­ła, roz­cie­ra­ła skost­nia­łe dło­nie có­recz­ki. Josek, gdy tylko dźwi­gnął cią­żą­ce od szro­nu po­wie­ki, krzyk­nął, za­niósł się pła­czem i uciekł w naj­dal­szy kąt izby.

– Pożar, pożar! – krzy­czał, szloch od­bie­rał od­dech, po­wódź łez su­nę­ła nie­prze­rwa­nym po­to­kiem. 

– Ogień po­stra­szył. – Stary spoj­rzał w kie­run­ku za­trwo­żo­nej matki. – To minie. Oga­rek w siano padł, ja­kiem był szcze­nia­kiem. Też ogniam sie stra­chał. Dłu­gie lata nie szło w pło­mień zer­kać. Prze­szło. To minie. 

Kuźma kuc­nął przy Josku, oplótł dzie­cia­ka nie­zgrab­nym ra­mie­niem.

– Ogień zły, gdy parzy. Gdy grze­je, dobry. Ogień spla­ta wszyst­ko we świe­cie. Dla na­szych dzia­dów był bo­giem. Sia­dasz, pa­trzysz w pło­mie­nie, pra­gniesz, a ogień speł­nia ma­rze­nie.

– Twoje speł­nił? – Josek jesz­cze chli­pał, ale pierś uno­si­ła się już spo­koj­nie i mia­ro­wo.

– Wprzó­dy ma­rzy­łem, by wszy­scy dali mi świę­ty pokój. Potem, by Bóg po­da­rzył ro­dzi­no. I po­patrz… i sie speł­ni­ło.

– Kuźma, ty dobry czło­wiek, ale ty nigdy nie bę­dziesz tate.

– Eee, wuja ci brak. Wujem ci bede. A ociec… wró­ó­ó­co. (…) Hajda… do pieca! W ogień sie gap…

 

4.

 

Od­na­la­zła ich grup­ka par­ty­zan­tów. Chłop­cy od­bi­li od głów­ne­go od­dzia­łu, by przy­pro­wa­dzić, dla bez­pie­czeń­stwa, żony i dzia­twę zu­chów, któ­rzy po­szli do le­śnych. Fru­wa­ły sie­kie­ry, Kuźma dwoił się i troił, po­ma­gał. W ty­dzień sta­nę­ła kurna chata, z wiel­kim pa­le­ni­skiem po­środ­ku ob­szer­nej izby. Leśni po­gna­li w bór, baby z przy­chów­kiem zo­sta­ły. Ożyła sa­dy­ba Kuźmy, za­gu­bio­na po­śród ba­gien i tor­fo­wisk, ukry­ta w sercu ma­tecz­ni­ka pusz­czy. Za­mar­z­nię­te, po­sęp­ne trzę­sa­wi­sko hu­cza­ło śmie­chem, dzie­cię­cym szcze­bio­tem, tu­po­tem ma­łych bu­ci­ków. Sal­cie ga­nia­ła za dzia­twą: le­pi­ła bał­wa­ny, ci­ska­ła śnież­ka­mi, zdzie­ra­ła po­de­szwy na dłu­giej śli­zgaw­ce. Josek wpa­try­wał się go­dzi­na­mi w ska­czą­ce po drza­zgach pło­mie­nie.

 

Ko­bie­ty uszy­ko­wa­ły Wi­gi­lię w cha­łu­pie Kuźmy. Usa­do­wio­ną w kącie jo­deł­kę zdo­bi­ły czer­wo­ne bomb­ki wy­su­szo­nych, dzi­kich ja­błu­szek, opla­ta­ły sznu­ry ka­li­no­wych i ja­rzę­bi­no­wych ko­ra­li. Dzie­ci za­pa­mię­ta­le wci­na­ły kutię i klu­ski z ma­kiem, ba­wi­ły się wy­stru­ga­ny­mi przez Kuźmę pre­zen­ta­mi, śpie­wa­ły ko­lę­dy. Josek wle­piał gały w otwar­te drzwi pieca.

 – Ostaw… – Kuźma szep­tał w ucho zmar­twio­nej Re­be­ki. – Dla niego to więk­sza fraj­da. Wilia, pierw­sza gwiaz­da, ogień… Ma­rze­nia sie speł­nia­jo.  

Błogo pły­nę­ły słod­kie chwi­le świą­tecz­nej ra­do­ści. W senne stro­fy ko­lę­dy wdarł się głu­chy łomot: ktoś walił pię­ścią w drzwi. Josek po­de­rwał się z ławy…

 

5.

 

– Wiele trza siły, synku…? – py­ta­niem na py­ta­nie od­po­wie­dział Jo­sko­wi oj­ciec, gdy tylko od­kle­ił ucze­pio­ne płasz­cza dzie­cia­ki i Re­be­kę, i wy­rwał kark z niedź­wie­dzie­go uści­sku Kuźmy. A py­ta­nie brzmia­ło: „Wiele to trza siły, tatko, by czmych­nąć Niem­cu z wa­go­nu?” – Wiele, nie­wie­le… Długo by gadać. Daj tate, smyku, pod­jeść, popić, od­ta­jać… o wszyst­kim opo­wie. Tera ci czasu do­sta­tek…

 

Jak o tym mówić…? Jak opo­wie­dzieć, że stał wgnie­cio­ny w ścia­nę wa­go­nu, że lu­dzie mdle­li, pa­da­li w to, co wcze­śniej z nich wy­le­cia­ło. On krze­sał siłę życia: w pół­śnie, pół­ja­wie, tulił dzie­cia­ki i Bekę, sprzącz­ką od paska wy­krę­cał śruby. Jedna, druga… trze­cia deska. Dał radę prze­ci­snąć się przez otwór. Sto­ją­cy na dachu war­tow­nik wy­ce­lo­wał lufą mau­ze­ra. Dawid chwy­cił za metal i po­cią­gnął. Dwa ciała ru­nę­ły w zaspę, w czerń nocy. To­czy­ły się chwi­lę po na­sy­pie a potem zwar­ły w mor­der­czym uści­sku. Nie­miec za­ci­snął dło­nie na szyi Żyda. Dawid od­wdzię­czył się po­dob­nym ge­stem. Po­ciem­nia­ło w oczach, za­bra­kło po­wie­trza, od­pły­wa­ją­ca jaźń wy­ło­wi­ła Bekę i dzie­ci, palce nie­mal za­pię­ły się na szkop­skiej krta­ni w kon­wul­syj­nym skur­czu. Żoł­nierz zlu­zo­wał uścisk, nie dawał znaku życia. Dawid ścią­gnął z trupa woj­sko­wy płaszcz i zi­mo­wą czap­kę, wy­szarp­nął z ka­bu­ry pa­ra­bel­kę. Biegł na oślep, przed sie­bie, byle dalej od torów. Mróz ode­brał od­dech. Sta­nął. Zro­zu­miał: po­ciąg po­je­chał, nikt nie ru­szył w po­ścig. Do domu, do domu, do domu! Któ­rę­dy? Wo­ko­ło – drze­wa po­środ­ku ciem­no­ści nocy. I wtedy go zo­ba­czył… Ułuda…? Pło­myk! Mały, mgli­sty, pa­ste­lo­wy, ale żywy, we­so­ły, roz­tań­czo­ny. Pło­myk przy­bli­żał się i od­da­lał, jakby wska­zy­wał kie­ru­nek, jakby za­chę­cał do drogi.  

 

Gdy minął pa­śnik z so­lan­ką, wie­dział, że do wio­ski zo­sta­ło le­d­wie pół wior­sty. Zimny brzask roz­świe­tlił niebo sta­lo­wą po­świa­tą. Wieś wy­glą­da­ła jak pole kur­ha­nów, szczel­nie opa­tu­lo­ne pier­na­tem bia­łej pie­rzy­ny. Gdzie­nie­gdzie roz­war­to już skrzy­dła okien­nic, a pierw­sze pro­mie­nie gru­dnio­we­go słoń­ca ką­pa­ły się w ta­flach szyb, to­piąc ma­leń­kie otwo­ry w po­wo­dzi zło­te­go bla­sku. Nikt tutaj nie witał Da­wi­da, nikt nie biegł Ży­do­wi na spo­tka­nie. Opo­dal roz­sz­cze­kał się tylko stary kun­del.

 

Tam, gdzie nie­daw­no stał jesz­cze jego dom, strze­lał w niebo osmo­lo­ny komin, czer­ni­ła się smut­na hałda, le­d­wie przy­pró­szo­na si­wi­zną świe­że­go puchu. Dawid sta­nął po­środ­ku po­go­rze­li­ska. To, co zo­ba­czył, za­mro­zi­ło serce. Przy­ło­żył lo­do­wa­tą lufę pa­ra­bel­ki do roz­pa­lo­nej skro­ni. A Kuźma leżał w śnie­gu, w atra­men­to­wej ka­łu­ży skrzep­nię­tej krwi, z roz­łu­pa­ną czasz­ką. „Wiele trza siły, synku…?” Ile po­trze­ba siły, by palec za­ci­snąć na spu­ście? Pa­ste­lo­wy pło­myk, po­ma­rań­czo­wą mgieł­ką, za­tań­czył na po­sadz­ce cha­bro­we­go nieba.

 

Kie­dyś im o tym opo­wie. Teraz już mają dużo… bar­dzo dużo czasu. Przed nimi cała… cała długa wiecz­ność.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

A wiesz Ambroziaku, że ten tekst chyba bardziej mi się podoba. Czuć w nim zimę i ciepło ognia, i miłość, i przyjaźń. Pięknie malujesz obrazy słowem.

Piękny ten płomyk, co do domu prowadzi.

Powiedz mi tylko, skąd u Żydów Wigilia, a jeśli wszyscy życie stracili, kto śnił?

Tekst oceniam na 8

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Stylizacja porządna, ale klimaty raczej nie moje. Nie wiem tylko jak rozumieć ostatni fragment. (UWAGA, SPOILER!)

 

 

 

 

 

 

 

To jakiś równoległy świat, w którym Kuźma się nie ocknąl i Beka zginęła razem z dziećmi ?

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Jest jakiś pomysł. Też mnie zaskoczyła ta wigilia obchodzona przez żydów.

teraz tkwiły posępne, rozstawione po ciemnych kątach,

Ciągle nie wiem, czy stały tam za karę, czy nie.

Dla naszych dziadów był bogiem.

Aj waj! Dobry żyd by tak nie powiedział.

Chajda… do pieca!

Oj, paskudny ortograf.

Tekst oceniam na 5.

Babska logika rządzi!

Kochani, przecież Żydzi goszczą u Polaka. Rodziny są polskie. Jest Wigilia, więc Żydom, zżytym z Polakami, głupio się wyłamać. Świętują wszyscy razem.

Kuźma jest Polakiem, więc wspomina pogańskich Bogów. Zresztą, jak dowodzi genealogia genetyczna, europejscy Żydzi też to też Słowinie; różni nas tylko kultura i tradycja.

 

Bemik, cieszę się, że opowiadanko się spodobało. Szkoda, że brakuje ósemki w tutejszej skali ocen.

 

Finklo, dzięki za piątkę. Dzięki za wyłapanie byka. Paskudna sprawa… Wyobraź sobie, że mój stary program korektorski nie podkreślił mi tego… 

Wicked, dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Wicked, Bemik, powiem może w ten sposób: oglądaliście takie filmy, jak “Fiesta” czy “Inni”? Czytaliście opowiadanie Ambrose’a Bierce: “Przy moście nad Sowim Potokiem”? Tu twister opiera się o podobny mechanizm.

Świetne. Bije z tego opowiadania taka ognisto-chabrowa atmosfera, zroszona krwią. :-)

Zakończenie pierwsza klasa.

"składny scyzoryk" – literówka, albo tak miało być.

Tekst oceniam na 8.

.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Niestety nie, Ambroziaku ;)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Lordzie, dzięki za tak wysoką notę. Widzę, że zakończenie było dla Ciebie jasne. Klimat też próbowałem tu stworzyć, chociaż skąpy limit znaków nie dawał się rozpędzić. To była literówka. Dzięki za wyłapanie. 

 

Cieniu, widziałem te Twoje kropki w innych komentarzach, ale nie mam pojęcia – co one znaczą. Poinstruujesz kolegę…?

 

Wicked, wiesz, wytłumaczyłbym Ci to wszystko, ale nie chcę psuć frajdy tym, którzy zaczynają lekturę od komentarzy. Mam propozycję: przeczytaj “Przym moście nad Sowim Potokiem”. To krótkie opowiadanko. Albo chwilkę poczekaj: wytłumaczę to w jednym z końcowych komentarzy.

Ambroziaku, ja Ci wytłumaczę zamiast Cienia – to tylko znaczek, że był i czytał. KOmentarza nie może zostawić teraz, bo jest w komisji.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A, Bemiku, dzięki! Teraz wszystko jasne: komentarz Cienia pojawi się przy rozstrzygnięciu konkursu.

Oj, bieda, bieda, bieda! (…) Wiem!

Po co ten nawias? Z tego co wiem, stosuje się go w cytatach i zastępuje on nieistotny fragment przytaczanego tekstu. A u Ciebie pojawia się dwukrotnie w wypowiedziach bohatera. 

 

Nie widzę w opowiadaniu strachu. Na szczęście nie jestem w jury i nie muszę oceniać pod tym kątem. Bo sama opowieść pięknie odmalowana. 

 

Tekst oceniam na 7

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śpioszko (przepraszam, za przeinaczenie Twojego nicka, ale Śniąca brzydko odmienia się w wołaczu, a wołacze brzmią przecież serdeczniej), taki nawias stosujesz w dialogu lub monologu, jeżeli chcesz zakomunikować, że bohater wypowiada dalszą część kwestii po pewnym czasie, np. po chwili refleksji czy zastanowienia.

 

A strach – to arsonfobia, zwana też pirofobią – strach przed ogniem.

 

Serdeczne dzięki za ciepły komentarz i wysoką ocenę!

W tamtych czasach strach przed ogniem to było coś normalnego. Wcale nie dziwię się, że ludzie się bali. Wiele rodzin tego strachu doświadczyło.

 

Mnie opowiadanie wciągnęło. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję za wyjaśnienie nawiasów. Chociaż (może za dużo ma do czynienia z innego typu tekstami) ten nawias jednak mi psuje efekt, bo jednak nie pasuje. W tekście literackim wolałabym np. dopowiedzenie narratora, że po chwili podjął…

 

Domyśliłam się, że chodzi o pirofobię :) Za mało precyzyjnie się wyraziłam. Chodziło mi o to, że nie ma (ja nie znajduję – więc to moje osobiste odczucie) strachu jako takiego mocnego czynnika. Ot, gdzieś tam lekko wspomniany, w jednym okrzyku dziecka.  

Chyba, że głównym celem było dla Ciebie w tym opowiadaniu oswojenie tego strachu, bo to wyszło świetnie.  

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Morgiano, jeżeli opowiadanie Cię wciągnęło, to bardzo się cieszę. Fakt – w tamtych czasach płonęło dokoła.

 

Śpioszko, w ostatnim zdaniu byłaś najbliżej prawdy… Chodziło o strach, który zamienia się w siłę. I w takim ujęciu – strach jest wiodącym motywem tego opowiadania. 

Bemik dobrze gada, polać jej!

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

OK! Jasne, Cieniu. Poczekam na Twój komentarz przy rozdaniu Oskarów.

A, Bemiku, dzięki za głos na Bibliotekę. Dopiero teraz się zorientowałem… 

 

Och, ambroziak, Ty weź, Ty pisz radośniejsze teksty. Ty wiesz, od takich to się serducho kraja…

 

Tekst oceniam na 8.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Serdecznie dziękuję za ósemkę!

 

Emelkali, po tej recydywie, obiecałem sobie, że już nigdy więcej… Sprawdzimy – na ile silna jest moja wola.

Napisane, jak zwykle, bardzo porządnie, ale do tego zdążyłeś nas już przyzwyczaić. ;-)

Historia opowiedziana w zaskakujący sposób i mam nadzieję, że zrozumiałam, jak sprawy się rozegrały. Pewność zyskam, kiedy moje domysły potwierdzisz własnymi słowami, ale wiem, że muszę wykazać nieco cierpliwości, więc poczekam. ;-)

 

Josek le­d­wie raz dmuch­nął w gwiz­daw­kę-ko­gu­ta, wy­stru­ga­ne­go z osi­ko­we­go kołka. Sal­cie le­d­wie raz za­krę­ci­ła… – Czy to celowe powtórzenie?

 

Kuźma ze­rwał prawą dło­nią fu­trza­ną czap­kę, lewą dra­pał i czo­chrał skoł­tu­nio­ną czu­pry­nę. – Wolałabym: Kuźma prawą dło­nią zerwał fu­trza­ną czap­kę, lewą czo­chrał skoł­tu­nio­ną czu­pry­nę.

Włosów na da się drapać. ;-)

 

– Schwe­ini­gel – tyle tylko usły­szał… – – Schwe­ini­gel.Tyle tylko usły­szał

 

Kuźma kuc­nął przy Josku, oplótł dzie­cia­ka nie­zgrab­nym ra­mie­niem. – A gdyby: Kuźma kuc­nął przy Josku, niezgrabnie oplótł dzie­cia­ka ra­mie­niem.

Chyba że miał nieforemne ramię? ;-)

 

Tekst oceniam na 8.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, Twoja ocena – i do tego aż tak wysoka – ma dla mnie wartość podwójną. Serdeczne dzięki!

Na tyle, na ile zdążyłem poznać przenikliwość Twojego umysłu, mam pewność, że puentę zrozumiałaś znakomicie. Oczywiście, jak obiecałem, wkrótce to wszystko precyzyjnie wyjaśnię.

 

Powtórzenie było w tym miejscu zabiegiem celowym. Chodziło mi o stworzenie rytmu, który oddałby nastrój smutku, spowolnienia, otępienia, beznadziei.

 

Co do drapania czupryny – zgoda! Kolejny raz powtórzę – nic nie ukryje się przed celnością Twojego spojrzenia. 

 

Chodziło mi dokładnie o “niezgrabne ramię”. Widzisz: rysuję kilku miejscach sylwetkę Kuźmy, jako dobrodusznego, wielkiego, silnego, niezgrabnego chłopa.

 

“Tyle tylko usłyszał” – Regulatorzy, a powiedz mi: “słuchowych” nie obowiązuje przypadkiem ta sama zasada, co “paszczowych”…

Super! Dzięki za linka. Ale i tak już to poprawiłem, jak sugerowałaś.

 

Co do drapania, to napisałem: “lewą drapał nieforemny czerep i czochrał skołtunioną czuprynę”. To jeszcze wyraźniej rysuje niezgrabną sylwetkę Kuźmy.

 

Dzięki za porady!

Istotnie.

Moje wyobrażenie Kuźmy niemal dokładnie pokrywa się z tym, co o nim mówisz.

I cieszę się, jeśli w czymkolwiek pomogłam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, to się udało. Najgorzej, jak autor się stara, a guzik z tego wychodzi.

Wybacz, Ambroziaku, ale strasznie mnie męczy ten wielokropek w nawiasie. Naprawdę w żadnym tekście literackim, który czytałam, nie spotkałam takiej figury. I zajrzałam do SJP PWN i cytuję: 

Za pomocą wielokropka umieszczonego w nawiasie kwadratowym (czasem okrągłym, a sporadycznie również w ostrokątnym) oznaczamy opuszczenie fragmentu cytowanego tekstu, np.

Wiele elementów gwarowych znajduje się w utworach A. Dygasińskiego, M. Konopnickiej, H. Sienkiewicza […], jednakże właściwe wprowadzenie gwary do literatury jest dopiero zasługą pisarzy okresu Młodej Polski […].

(Encyklopedia języka polskiego)

Będę więc trzymać się swojej wersji – w opowiadaniu, w wypowiedzi bohatera razi bardzo. Przynajmniej mnie. 

 

Swoją ocenę podtrzymuję :) 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bardzo klimatyczny, pięknie napisany tekst. Trudno mi powiedzieć, czy bardziej podobał mi się “Smyczek”, czy “Płomyk”. 

Tekst oceniam na 7. 

Śpioszko, wydaje mi się, że technika zapisu narracji czy dialogu w utworach literackich nie jest generalnie nigdzie, oficjalnie skodyfikowana. Obowiązujące tutaj zasady są chyba raczej zwyczajowe. Wyobraź sobie, że opublikowałem cztery opowiadania w czasopismach i nigdy nie poprawiono mi zapisu w obszarze dialogowym, zgodnie z zasadą: paszczowe/niepaszczowe. Mankament mojego sposobu zapisu wskazała mi dopiero moderatorka z Forum NF (LadyBlack), gdy puściłem tam jeden z tych tekstów. Na portalu też wszyscy posługują się poradnikiem, do którego link wrzuciła wyżej Regulatorzy, porady te nie są jednak oparte na źródłach, które można by uznać za kanon.

Przyznaję, że wielokropek w nawiasie rzadko pojawia się w beletrystyce, natomiast częściej stosują go dramatopisarze czy scenarzyści. Przyjmuję z ukłonem do wiadomości, że taki sposób zapisu może nie podobać się czytelnikom. Obiecuję, że w kolejnych opowiadaniach postaram się unikać tej techniki zapisu.

 

Dzięki za podtrzymanie oceny!

 

Domku, bardzo mi miło, że tutaj zajrzałeś. Ciszę się, że opowiadanko przypadło Ci do gustu. Faktycznie – Płomyk jest niejako kontynuacją tematyki Smyczka.

 

Bardzo, bardzo dziękuję za siódemkę i za głos na Bibliotekę! Pozdrawiam!

Podobało mi się. I chyba wszystko zrozumiałem i dobrze zinterpretowałem, i tego się trzymajmy :) Tego typu teksty zawsze mają pokaźny ładunek emocjonalny.

Ale po tematyce konkursu to się jedynie prześlizgnąłeś :)

 

Tekst oceniam na 7.

Zygfrydzie, serdeczne dzięki za wizytę, siódemkę i nominację do biblioteki.

 

Jeżeli chodzi o tematykę konkursu… zobacz, Zygfrydzie… Wyjaśniałem to już Śniącej: pirofobia Joska zamienia się w siłę płomienia, a ten pełni przecież funkcję motoru tego opowiadania. Zresztą, jak już gdzieś kiedyś pisałem – konkurs trwa kilka tygodni, a sztuka jest wieczna.

No, że ten tekst musiał tyle czekać, żeby dostać się do biblioteki… Na szczęście wreszcie przybyłam i sprawę naprawiłam. :)

Mnie się ten tekst bardziej podobał od “Smyczka”, pewnie dlatego, że – mimo iż piękny – jest bardziej “przyziemny”. Ależ Ty potrafisz pisać, Ambroziaku! Tylko pozazdrościć. Stylizacja, atmosfera, zakończenie, bohaterowie – wszystko jest tak, jak być powinno.

Piękne, smutne opowiadanie.

Tekst oceniam na 9. 

 

Pozdrawiam pozostając pod wrażeniem.

 

Ocho, najpierw mnie przytkało, potem zacząłem się czerwienić. Tyle pochwał od Takiej Mistrzyni Pióra… Dzięki! Serdeczne dzięki za bardzo wysoką ocenę i Bibliotekę!

Najbardziej jednak mnie cieszy, że opowiadanie Ci się spodobało. 

Z moich obliczeń wynika, że jeszcze komuś winny jestem podziękowania za nominację tekstu do Biblioteki. Nie mam jednak pojęcia – komu. Pasek z nickami głosujących znika, niestety, po przeniesieniu opowiadania do Biblioteki.

Niemniej, drogi Anonimie – serdeczne dzięki!

Pochwały jak najbardziej zasłużone. A Ty byś wziął i przeczytał wreszcie moją "Osadę". Naprzykrzać się nie chcę (chociaż i tak robię to na prawo i lewo) ale myślę, że mogłaby Ci się spodobać. ;)

Zapracowany byłem ostatnio, bo kończyliśmy w redakcji styczniowy numer magazynu Perfect Body. Teraz odrobię zaległości. “Osada” kusi mnie od dłuższego czasu.

Kuźwa, niezłe, niezłe, sam bym dodał do biblioteki ale uprzedzili.

To dobrze.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Tekst oceniam na 7.

Czyli uważam, że biblioteka zasłużona, głównie za stylizację, która jest tak umiejętnie poprowadzona, że aż bym zazdrościła, gdyby mnie te klimaty kręciły. Ale nie kręcą :P Tekst przeczytałam bez bólu, ale jednak to nie dla mnie… ja mam jakąś awersję do tekstów o II WŚ. Ale staram się, by na ocenę, ta awersja nie wpłynęła zbyt mocno.

Tylko nie "Tęcza"!

Dżeju, dzięki za odwiedziny i dobre chęci. Skoro opowiadanko spodobało się tak wymagającemu czytelnikowi, jak Ty, to chyba faktycznie znaczy, że niezłe.

 

Tenszo, urzekłaś mnie takim profesjonalnym podejściem. Wydaje mi się, że wszyscy komentatorzy, a przynajmniej Bibliotekarze, powinni właśnie w ten sposób podchodzić do sprawy: opowiadanie akurat nie z mojej bajki, ale szacun dla autora, za kawałek dobrej roboty. 

Ambroziaku, przeczytałam ten tekst w czwartek wieczorem, w piątek rano obudziłam się i dalej myślałam o tym opowiadaniu, zdając sobie dopiero wtedy sprawę z tego, jak zgrabnie poprowadziłeś fabułę, jak sprytnie powstawiałeś tropy na temat tego, co się właściwie wydarzyło, i jak logicznie zamknąłeś całość w finale. 

Przemyślałam więc sprawę jeszcze raz, zaraz edytuję swój poprzedni komentarz, podwyższając ocenę tak, bym mogła z czystym sumieniem w naszym superhipertajnym lożowym wątku nominować Twoje opowiadanie do piórka.

Ocho, niezmiernie mi miło, że wyłapałaś te subtelności. One w dużej mierze wyznaczają standardy, autorowi głupio o nich przypominać, a nie wszyscy wczytują się uważnie w teksty.

Serdeczne dzięki za nominację do piórka.

Przeczytałem. Komentarz po zakończeniu konkursu.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Dzięki! Pozdrowionka!

Nie lubię tematyki (wyeksploatowana mi się już strasznie wydaje) i przez większość tekstu czytałam ot tak, byle doczytać do końca i odhaczyć – ale zakończenie zmieniło moje podejście, bo zakończenie jest bardzo chwackie. Zaskoczyło mnie i zasmutało.

 

Tekst oceniam na 7.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim, dzięki za wizytę i wysoką ocenę.

Faktycznie, ta tematyka też wydaje mi się wyeksploatowana, nawet na naszym portalu. Będę więc chyba trzymał się swojego postanowienia – nigdy więcej recydywy.

Ładnie zagrałeś zakończeniem, ładnie to wszystko opisałeś; stworzyłeś klimat. Podobało mi się, bardzo.

Tekst oceniam na 8. 

Sorry, taki mamy klimat.

Sethraelu, dziękuję za tak wysoką ocenę. Niezmiernie mnie ucieszyło, że opowiadanie Ci się spodobało.

Pięknie napisane, mimo całego dramatu jest w tym szorcie takie swojskie ciepło. Podejrzewam, że to zasługa Kuźmy. Warsztat masz wspaniały, czuć ten ogień i śnieg, historia z bolesnym twistem – dla mnie niczego tu nie zabrakło.

Tekst oceniam na 9.

Rooms, byłem niemal pewny, że ten tekst zagra na strunach Twego wrażliwego ducha. Niemniej czekałem z drżeniem serca na Twój komentarz. Bardzo się cieszę, że utrafiłem w gust tak wymagającego czytelnika.

 

Serdeczne dzięki za tak wysoką notę! Pozdrowienia!

Sporo plusów. Stylizacja jest bez zarzutu. Są emocje. Jest nastrój. Jest strach. Niestety, nie ma fobii… Albo inaczej: jest, lecz jeno wspomniana. Występuje raczej jako ciekawostka, smaczek, dodatek, na pewno nie stenowi głównej osi opowiadania. Pod kątem konkursowym tekst oceniam zatem jako niespełniający warunków. Poza konkursem:

Tekst oceniam na 8.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

ambroziaku, naprawdę pięknie napisałeś naprawdę piękną opowieść. Nie pierwszy raz zresztą.

Pomysł, choć przecież nie oryginalny, wykorzystałeś bardzo dobrze. Realia opowiadania w żaden sposób mi nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie, a klimat i wykonanie… Może ujmę to tak: Patrzę na “Płomyk“ i zastanawiam się, czy odczucia które we mnie wzbudza Twój talent, to jeszcze podziw, czy już zazdrość…

Do czego mogę się przyczepić, to początkowy monolog Kuźmy, jakoby powtarzającego już zasłyszane od Beki wiadomości, na podobieństwo pstrokatej papugi. Naprawdę nie cierpię, kiedy w taki sposób Autor przekazuje czytelnikowi informacje o świecie przedstawionym. Dużo, dużo, DUŻO lepiej by to wyglądało, gdybyś to rozpisał na dialog. A i limitu byś pewnie przy tym nie uszczknął, bo przecież i tak już jest wszystko powiedziane. Kilka myślników w tę czy w tamtą stronę wielkiej różnicy by nie zrobiło, a tekst – w moich oczach – zyskałby bardzo.

Zakończenie też wydało mi się takie trochę… zbyt nagłe, zupełnie oderwane od reszty opowiadania. Żyją sobie, żyją, świętują, nagle BĘC! – nie żyją. Przeczytałem opowiadanie po trzykroć: pierwszy raz, poniekąd, z obowiązku – drugi i trzeci raz dla przyjemności, oraz szukając tropów, wskazujących na to, co naprawdę spotkało bohaterów. I, niestety, nie znalazłem.

Te wstawione w nawias wielokropki też wprawiły mnie w pewną konsternację, ale raczej zaintrygowały niż przeszkadzały (choć opowiadanie spokojnie mogło by się bez nich obejść).

 

Fantastyka bezdyskusyjna, a fobia… No cóż – jest. Dzięki Bogu.

 

Tekst oceniam na 9.

 

I niech mnie szlag jasny trafi, jeśli i tym razem się nie przemogę i nie złożę swoich nominacji do Piórka.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, bardzo Ci jestem wdzięczny, za wielokrotną lekturę, wnikliwą analizę i tak wysoką ocenę.

 

Widzisz, znowu będę tłumaczył się limitem znaków… Generalnie masz rację – opis zastanej przez Kuźmę sytuacji mogłem rozpisać na dialogi. Tylko, widzisz – ponieważ jest to początkowy fragment opowiadania – próbowałem ująć go w jak najmniejszą objętości, aby mieć pewność, że zmieszczę się w limicie. Kończąc i widząc, że się mieszczę, mogłem oczywiście powrócić do początku i próbować przeróbek, ale tutaj z kolei czas gonił. Zresztą, jak masz już gotową formę, która spina się nieźle w sensowną całość, to takie powrót, takie odgrzewanie kotleta, robi się męczące i ryzykowne.

 

A zakończenie musiało być nagłe, bo to twist czy twister (jak kto woli), a zarówno taniec, jak też wicher, kręci się przecież w zawrotnym tempie.

 

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

Fobia – jest, a przynajmniej ja ją dostrzegam. Może nie bardzo mocno zarysowana, ale jest.

Fantastyka – jest.

 

Uwagi ogólne – Świetnie napisane, doskonale stworzyłeś atmosferę, bohaterowie są z krwi i kości, historia i zakończenie naprawdę dobre. I cóż więcej mogę napisać…

 

Tekst oceniam na 8.

Iluzjo, serdeczne dzięki odwiedziny i wysoką ocenę.

 

Przy okazji innych konkursów pisałem, że konkurs trwa kilka tygodni, a sztuka jest wieczna. Dlatego opowiadania konkursowe staram się pisać w ten sposób (namawiam do tego też innych), by temat konkursowy stanowił jedynie tło i nigdy nie wysuwał się na plan pierwszy.

 

Bardzo fajnie odmalowany klimat. Bardzo fajnie napisane. (ale te wielokropki w nawiasach w dialogach raziły i trochę wybijały z rytmu) Jeżeli chodzi o fobię, chodziło tu o ogień, tak? O. Podobały mi się dialogi – nie do końca przepadam za stylizacją, ale tutaj wyszło to, wydaje mi się, bardzo fajnie. 7/10

Mee!

ambroziaku, nie musisz się tłumaczyć, bo i nie masz z czego. Wszystkim i we wszystkim nie dogodzisz, ale mnie, cholibka, “Płomyk” i tak wbił w krzesło. Literatura piękna nie tylko z nazwy, ot co.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Juniorze, dzięki za lekturę, komentarz i wysoką ocenę.

 

Dzięki wszystkim członkom wysokiego jury za mozół nad moim tekstem i uhonorowanie go wysokim miejscem na podium.

 

Cieniu, kurde, aż się zaczerwieniłem. Dzięki!

Przeczytałem jeszcze raz i wszystko stało się jasne.  Puenta rzeczywiście bardzo zaskakująca, nadaje utworowi mocno emocjonalny wydźwięk. O doskonałej stylizacji już wspominałem :)

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Wicked, fajnie, że chciało ci się powrócić do lektury tego opowiadania.

Pozdrowienia!

Stylistycznie i językowo – ekstraklasa. Jestem pod dużym wrażeniem, że udało ci się zawrzeć tak konkretną i kompletną historię w tak niewielkiej ilości słów. No i jeszcze zaskoczyłeś mnie zakończeniem, które pozostawiło po sobie bardzo wyraźny posmak. 

Tekst oceniam na 8.

Co do stylizacji języka – poza “ajwaj” brak charakterystycznych dla Żydów odmienności w składni i gramatyce. Poza tym kwestia trzech kropek w nawiasie jako znaku dłuższej przerwy w wypowiedzi – to, że nikt w redakcjach czasopism nie zmienił tego, nie poprawił, świadczy nie o poprawności oznaczenia, lecz o braku wrażliwości i, przykro mi to pisać, wiedzy… Są lepsze i ładniejsze typograficznie sposoby na zaznaczenie…

Salcie niemal wepchnęła sine stópki w czerwone języki, […]. ---> niemal wepchnęła czy wepchnęła niemal w czerwone języki ognia? Samo określenie “wepchnęła” też dyskusyjne…

Reszta na plus. Że temat eksploatowany jak mało który? Furda, Panie Bracie, bo ważne, jak przedstawiony, w jakiej konwencji i tonacji. Popieram nominację.

Vyzartdzie, aż mnie przytkało… Tyle pochwał w komentarzu tak wymagającego czytelnika i surowego krytyka… Dzięki!

 

Serdeczne dzięki za bardzo wysoką ocenę!

 

Wydaje mi się, że wyłapałem zawartą w tej nocie aluzję: “Kawał dobrej roboty, Panie, ale – jak na piórko – odrobinkę za cienko”.

Adamie, niezmiernie miło mi gościć Cię w moim wątku. Bardzo się cieszę, że tutaj wpadłeś. Wiesz, że wysoko cenię Twoje opinie i uwagi.

 

Ponieważ “nie robię” w gwarze żydowskiej (przyznaję się bez bicia), dlatego też kwestie, wypowiadane przed przedstawicieli tej starożytnej nacji, ograniczyłem do niezbędnego minimum. Stylizacja dotyczy więc głównie kwestii polskiego chłopa – Kuźmy. Gwary ludowe Podlasia są mi znacznie bliższe, gdyż trzy letnie miesiące spędzam zwykle na Suwalszczyźnie. Chyba najbardziej rozpoznawalną cechą takiej mowy jest, obok śpiewności, zaciągania i “śledzikowania”, brak udźwięcznienia końcowych samogłosek:

 

“Tak, o… na pole zajade, siano wrzuce, na wieczór obróce. Poradze!”

 

Adamie, widzę, że wielokropek w nawiasie razi. Już po konkursie, więc mogę gwizdać na limit znaków; chyba więc to zmienię, faktycznie.

 

Adamie, a może takie zadnie…

 

“Salcie wsunęła sine stópki niemal w czerwone języki ognia”.

 

Serdeczne dzięki za poparcie nominacji do piórka!

Pozdrowienia!  

 

 

Dziękuję wszystkim za cenne sugestie.

 

Zamieniłem ten wielokropek zdaniem. Zmieniłem też fragment zdania, dotyczący zmarzniętych stópek Salcie. Teraz jest chyba perfect… 

:-) Od razu perfekcja? Doskonałość to za mało? :-)

Jasne, duuużo lepiej.

Adamie, “perfect” mi się wymknęło. Zostańmy przy Twoim – “dużo lepiej”. “Doskonałość” brzmi wręcz obrazoburczo. Dzięki!  

Nowa Fantastyka