- Opowiadanie: bzyk91 - Coś bezcennego

Coś bezcennego

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Coś bezcennego

Tuomas Haagard stał oparty o ścianę. Część zamku w której się znajdował, była wysunięta najdalej na zachód. Tuż przed południem panował tu przyjemny chłód, pozwalający władcy zebrać myśli. Teraz krążyły one wokół czarodzieja, który nie dalej jak kwadrans wcześniej, wyszedł z komnaty. Mag ubrany był w długą szatę, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Nosił farbowaną, śnieżnobiałą brodę. W opinii właściciela miała zapewne podkreślać inteligencję oraz doświadczenie. Królowi widok ten, uzupełniony licznymi pierścieniami i dziwacznym nakryciem głowy, przywodził na myśl teatralnego błazna.

Taka panowała teraz moda. Na ucztach, przyjęciach i innych spotkaniach towarzyskich tematem przewodnim były modowe nowości. Panie prześcigały się w dyskusjach, czyja suknia ma ładniejsze koronki, czyją suknię uszył bardziej znany krawiec, czy też, jaki nowy kosmetyk widziała, będąc w odwiedzinach u swojej kuzynki. Tuomas podejrzewał, iż ludzie chcą w ten sposób zamaskować swoje ograniczenie w znajomości pozostałych aspektów życia, brak zainteresowań lub wewnętrzną nijakość. Zaraza, co gorsza, coraz częściej trawiła również mężczyzn. Jeśli tylko tematem dyskusji były tuniki, lakiery, barwniki, tkaniny – wypowiadał się każdy. Gdy ktoś ośmielił się poruszyć jakąś kwestię spoza wymienionych, nagle mało kto się odzywał, a jeszcze rzadziej, ktokolwiek odzywał się mądrze. Haagard starał się unikać monotematycznych ludzi, gdyż mógł przyrzec: ma na nich alergię i, delikatnie mówiąc, nie darzy ich sympatią. Tym mocniej kochał swoją żonę. Derae wychodząc na rynek, oszczędzała mężowi szczegółów mówiąc tylko, że idzie kupić sobie coś ładnego. I zawsze tak było. We wszystkim wyglądała pięknie, ale najpiękniej wyglądała nago.

– Durniu! – skarcił się w myślach Tuomas – Twój syn od czterech miesięcy leży w śpiączce, a ty rozmyślasz, bogowie wiedzą o czym!

Król spojrzał na korytarz, gdzie za rogiem znajdowała się tymczasowa komnata Marko. W sen zapadł w noc swoich szesnastych urodzin. Kiedy nad ranem służący znaleźli go przed drzwiami spiżarni, myśleli, że następca tronu jest pijany. Zanieśli go do łóżka i tam zostawili, by w spokoju wytrzeźwiał. Władcy nic nie mówili, nie chcąc mu zawracać niepotrzebnie głowy. Sądzili, że Marko szybko dojdzie do siebie, a wtedy rozmówi się z ojcem. Kiedy jednak młodzieniec do następnego ranka nie wyszedł z komnaty, wszyscy zaczęli się poważnie martwić i zdecydowali się zawiadomić króla. Gdy Tuomas wszedł do pomieszczenia, zobaczył śpiącego w najlepsze chłopaka. Uderzył go lekko w policzek. Żadnej reakcji. Czym prędzej posłano po medyka rodziny królewskiej. Ten stwierdził puls, tętno i temperaturę ciała w normie. Nie znalazł żadnych ran na ciele. Nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego młodzieniec nadal śpi. Medyk uznał, że on nic więcej nie może na to poradzić. Od tamtej pory minęły już ponad cztery miesiące, a stan królewicza nie uległ najmniejszej poprawie. W Aresvil szukano kogoś, kto byłby w stanie wybudzić królewskiego syna z letargu, bądź przynajmniej podać przyczynę śpiączki. Stopniowo poszukiwania te rozszerzono na teren całego królestwa. Przez zamek przewinęła się niezliczona wręcz ilość medyków, magów, uczonych i innych jeszcze filozofów. Żaden z nich nie potrafił znaleźć odpowiedzi na stawiane mu pytanie. Część przybyłych – wśród nich był zapewne i ten, który zjawił się dzisiaj – była nikim więcej, niźli żądnymi złota przebierańcami. Jak świat długi i szeroki, ludzie bogacili się na krzywdzie i cierpieniu bliźnich. 

Derae coraz gorzej to znosiła. Z każdą wizytą kolejnego medyka w królowej odżywała nadzieja, że tym razem się uda. Gdy okazywało się, że nadzieje były płonne, jej zielone oczy wypełniały łzy, zawód, niewyobrażalny smutek i ból, który zrozumieć potrafi tylko matka. Toumas z całej siły wspierał ukochaną ale coraz częściej sam także czuł się bezsilny. Był królem, władcą Królestwa Południa, dowódcą niepokonanej armii, człowiekiem ze skarbcem wypełnionym po brzegi złotymi monetami i drogimi kamieniami, a kiedy przekraczał próg sypialni syna, stawał się bezsilnym czterdziestolatkiem, który nie jest w stanie pomóc swojemu jedynemu synowi. Nikim więcej.

– Panie?

– Tak, Marinosie? – Haagard poznał, idącego w jego kierunku Smoka.

– Słyszałem, że czarodziej, który wychodził stąd jakiś czas temu, również nie pomógł.

– Ano, dobrze słyszałeś.

– Czy zatem mam udać się do tego starca?

– Tak. Nie mamy nic do stracenia, możemy tylko zyskać.

 

 

* * *

 

Marinos szedł szybkim krokiem w kierunku dzielnicy biedoty. To tam znajdował się dom Sansiego, człowieka, którego kazał przyprowadzić król. Tuomas Haagard – zaiste, wyjątkowy był to człowiek. Potwierdzenia tych słów nie trzeba było daleko szukać. Wystarczyło przypomnieć, jak osiem lat temu powołał do życia Smoków – elitarną straż królewską. Było ich dziesięciu, a Marinos miał zaszczyt być jednym z nich. Mogłoby się wydawać, że są to najlepsi wojownicy pod słońcem, wybrani do elitarnego oddziału ze względu na swoje umiejętności. Prawda przedstawiała się odrobinę inaczej.

Najważniejszym kryterium było zaufanie. Jeśli król czuł, że danemu mężczyźnie może bezgranicznie ufać, nominował go na Smoka, choćby wojownik ten był zwykłym piechurem. Haagard przy podejmowaniu decyzji kierował się instynktem, przeczuciem. Często zdanie innych miał za nic. Z tego słynął. Doradcy mieli mu to za złe, ale królewskie decyzje zawsze się broniły. Od niepamiętnych czasów, każdego młodego królewicza uczono, by nigdy nie ufał nikomu, jak tylko  sobie. Dotychczas Królestwo Południa dobrze na tym wychodziło. Od początku istnienia nie zginął żaden ze Smoków. W wielu bitwach brali udział i z każdej zawsze wychodzili zwycięsko, czym zdobyli niewyobrażalne uznanie i szacunek społeczeństwa. Ludzie, na widok mężczyzny ze smokiem na napierśniku, kłaniali się w pas. Podobnym, jeśli nie większym szacunkiem darzono króla. Haagard każdego służącego znał z imienia i nazwiska, co nie zdarzało się na innych dworach. Jeśli ktoś z rodziny służących miał urodziny, był chory, miał jakiś problem, władca wiedział o tym i zawsze pamiętał, by złożyć życzenia, życzyć pomyślności, powrotu do zdrowia. Nie robił tego na pokaz, taki był i za to poddani go cenili. Skoro więc kazał przyprowadzić Sansiego – Marinos go przyprowadzi.

Kiedy dotarł na miejsce, bez zbędnego czekania wszedł do domu. Nie był to szczyt dobrego wychowania, ale nie było czasu na uprzejmości.

– Witaj starcze – odezwał się do gospodarza, który siedział przy misie pełnej zupy.

– Witaj Marinosie. Miło mi gościć cię w moim skromnym domu.

To prawda, dom był urządzony skromnie. Przy jednej ścianie leżał siennik, obok stała drewniana skrzynia, naprzeciwko stół i ława, dalej wisiały płócienne woreczki. W kącie palenisko, a obok niego naczynia z rozmaitymi płynami. Nad nimi zioła i najróżniejsze przyprawy. Skromnie, żeby nie powiedzieć ubogo, ale schludnie.

– Skąd znasz moje imię? – zdziwił się wojownik.– Nie przypominam sobie, abyśmy kiedykolwiek się spotkali.

Choć Marinos widywał czasami tego człowieka w mieście, nigdy z nim nie rozmawiał. Sansi był znany wśród biedniejszej części królestwa. Zajmował się różnymi dolegliwościami. Mówiono nawet, że potrafi przepędzać strachy, lęki swoich pacjentów. Wśród biedoty znany był jako Druid Sansi. Jako zapłatę przyjmował to, co mu ofiarowano. Lepiej wykształcona ludność kpiła z niego, uważając go za cudaka, wierzącego w duchy i demony.

– Nie doznałem tego zaszczytu ale wiem, że jesteś jednym z dziesięciu. Twoja sława cię wyprzedza.

Słowa o sławie wydawały się sarkazmem. Kiedy Marinos spojrzał w niebieskie oczy Sansiego, przekonał się, że ten mówił całkiem poważnie. Było to spojrzenie pewne i silne, lecz w żaden sposób aroganckie. Choć wojak przebywał w jego towarzystwie krótką chwilę, wiedział już, że druid nie jest szaleńcem. Nabrał do niego odrobinę więcej sympatii.

– Być może. Ale, o ile dobrze się orientuję, ty też nie jesteś anonimowy.

– Staram się pomagać, jeśli mogę. Dość już jednak o mnie. Co sprowadza takiego mężczyznę, jak ty, w moje skromne progi?

Marinos postanowił się nie przeciągać niepotrzebnie sprawy.

– Jak zapewne wiesz, Marko Haagard zapadł w śpiączkę i jest w niej pogrążony czwarty miesiąc. Król prosi Cię, abyś przybył na zamek i zbadał jego syna. Ma nadzieję, że odgadniesz, co mu dolega.

Królewska prośba równoznaczna jest z rozkazem. Każdy komu życie miłe, powinien tę prośbę bez zwłoki spełnić. Sansi wiedział o tym doskonale. Wstał i ruszył w kierunku wyjścia.

– Zatem prowadź, Smoku.

Bez zwłoki ruszyli w drogę. Marinos nagle zatrzymał się.

– Nie znam się na sztuce letniczej więcej, niż jest mi to potrzebne, ale czy nie powinieneś wziąć ze sobą jakichś narzędzi, maści, olejków, czegokolwiek?

– Aby leczyć, muszę wpierw wiedzieć, z czym walczę. By się tego dowiedzieć, nie potrzebuję jeszcze leków. A są i takie choroby, na które żadne medykamenty nie pomogą.

 

 

* * *

 

Królewska para przywitała druida w krużgankach, prowadzących do zachodniej części fortecy. Idąc w stronę komnaty Marko, Tuomas Haagard streścił mędrcowi całą historię związaną z synem. Królowa, oprócz zdawkowego przywitania, przez cały ten czas nie odezwała się ani słowem.

 Jakże inną była teraz kobietą. Zawsze pewna siebie, pełna życia i ochoty do działania. Dzisiaj jakby wiele lat starsza, z opuchniętymi od płaczu powiekami i nieobecnym wzrokiem. Jej oblicze było odbiciem serca. Serca, które w ciągu ostatnich miesięcy zbyt wiele razy wystawiano na próbę. Z każdą kolejną wizytą domniemanego uzdrowiciela w sercu Derae pojawiała się nadzieja. Po każdej z tych wizyt, nadzieja ustępowała miejsca niewyobrażalnemu cierpieniu. Wiele kobiet uważało, że nigdy nie będą w stanie uwierzyć żadnemu mężczyźnie, ponieważ w przeszłości, jeden z nich okazał się niegodzien zaufania. Niewątpliwie, ponowne zawierzenie wymaga odwagi i wielkiej wewnętrznej siły. Tym trudniej było sobie wyobrazić, jak wielką siłę musiała mieć w sobie Derae. Ona nadal wierzyła, choć z każdym kolejnym dniem przychodziło jej to z coraz większym trudem.

– Czy stan królewicza kiedykolwiek w ciągu tego okresu się zmieniał? Ulegał poprawie lub pogorszeniu? – zapytał Sansi, kiedy znaleźli się pod drzwiami komnaty.

– Nie. Cały czas jest tak samo. Wygląda jakby najzwyczajniej w świecie spał – odpowiedział król.

– Jeśli mogę, wolałbym wejść do środka sam.

Tuomas Haagard skinął głową na znak, że się zgadza. Starzec pchnął drzwi. Królowa niespodziewanie położyła dłoń na ramieniu druida.

– Błagam – powiedziała ledwo słyszalnym szeptem.

Jedni odpowiedzieliby, że zrobią wszystko, co w ich mocy. Inni, że niczego nie obiecują. Sansi nie odpowiedział nic, tylko wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.

Na łóżku spał młodzieniec o krótkich, jasnych włosach, pięknej twarzy i dobrze umięśnionym ciele. Prawdziwie królewska uroda. Doprawdy, wyglądał jakby śnił o najpiękniejszych miejscach na świecie. Starzec obszedł łoże pacjenta dookoła. Skoro królewski medyk i kilku innych przebadało już królewicza i nie znaleźli żadnego wytłumaczenia na taki stan rzeczy, przyczyny należało szukać w innym miejscu niż poprzednicy. Wziął głęboki wdech, zamknął oczy i skupił się najmocniej, jak tylko potrafił. Po chwili wprowadził się w stan, podczas którego nie myślał absolutnie o niczym. W skupieniu tym trwał ponad godzinę. Po upływie tego czasu poczuł jak powietrze gęstnieje, jego skóra mrowieje, a dookoła oplata go strach i cierpienie. Mędrzec mógłby przysiąc, że w pomieszczeniu ktoś się pojawił.

– Nie spodziewałem się. – Sansi usłyszał głos w swojej głowie. – Podziwiam i doceniam, ale radzę z tym skończyć, jeśli ci żywot miły.

– Kim jesteś? – zapytał w myślach starzec. Nie było sensu pytać na głos. Ten ktoś najprawdopodobniej potrafił czytać w myślach.

– Jestem, który jestem.

– Co zrobiłeś z młodzieńcem?!

– Otwórz oczy, a zobaczysz.

Sansi chwilę wahał się, jednak usłuchał rady. Otworzył oczy i… zamarł. Krzyknąłby, gdyby głos nie utknął mu w gardle. Oto na łożu spał już nie przystojny młodzieniec ale coś, co ledwie przypominało człowieka. Postać miała kończyny skute metalowymi łańcuchami. Gdzieniegdzie widać było gołe kości, a tam, gdzie jeszcze było ciało, pełzały i kąsały jadowite żmije i skorpiony. Z ran nieustannie sączyła się ropa. Z ust nie dobywał się żaden dźwięk, pewnie dlatego, że usta były… zaszyte. I tylko oczy zdradzały, że ta kreatura to rzeczywiście Marko Haagard. Były to oczy w pełni przytomne i świadome tego co się dzieje, co tylko potęgowało odczucie okrucieństwa i bólu.

– Dlaczego mu to robisz?!

– Nie zadawaj więcej pytań!

– Ale dla…

Nie dokończył pytania bo w tym momencie upadł na kolana, poczuł jak z nosa i uszu bucha mu krew, a w następnej chwili odniósł wrażenie, jakby jego dusza… chciała opuścić ciało. Nigdy czegoś takiego nie czuł, ale wiedział jedno: było to najbardziej przerażające uczucie, jakiego doświadczył w swoim, ponad siedemdziesięcioletnim życiu. Skręcając się z bólu, skomlał i prosił, aby to wszystko jak najszybciej minęło, albo jak najszybciej po prostu go zabiło. Jego prośby zostały wysłuchane. Atak, tak nagle jak się zaczął, tak samo ustąpił. W głowie usłyszał tylko:

– Wynoś się!

 Sansi nie uważał się za tchórza jednak w tym momencie myślał tylko, by znaleźć się jak najszybciej z dala od tego piekielnego pomiotu. Powoli, z wielkim wysiłkiem, wstał z kolan. Wewnętrzną stroną tuniki wytarł dokładnie krew z twarzy i wyszedł na korytarz. Parze królewskiej krótko oznajmił, że nie udało mu się nic nowego ustalić. Opuścił zamek, nie odebrawszy nawet sakiewki z zapłatą ze swe starania. Dopiero kiedy był w znacznej odległości od fortecy, zatrzymał się, usiadł pod drzewem próbując uporządkować myśli. Jego mózg nigdy nie pracował tak szybko.

Kim była ta istota, z którą miał do czynienia? Dlaczego na swą ofiarę wybrała właśnie Marko Haagarda? Czy miał na to wpływ fakt, iż chłopak był królewskiej krwi? Jakie byłe plany tej kreatury? Sansi czytywał księgi, według których, istoty spoza światów używały swych mocy, by przejąć kontrolę nad człowiekiem, by wkroczyć do świata ludzi. Jednak co innego zastanawiało starca najbardziej. Niewątpliwie, demon, jeżeli to w ogóle był demon, mógł pozbawić chłopaka życia w mgnieniu oka. Dlaczego więc nie zabił Marko, tylko utrzymywał go przy życiu, pozostałych łudząc iluzją? Wtedy mędrzec przypomniał sobie ogarniające go zewsząd strach i cierpienie, gdy demon pojawił się w sypialni królewicza. Czy możliwe było, by potwór oprócz sił witalnych ofiary, żywił się również uczuciami osób przebywających w pobliżu? Jeśli tak, to im dłużej ofiara pozostawała przy życiu, tym więcej zły duch czerpał mocy z bliskich ofiary. Im dłużej matka z ojcem czekali na ozdrowienie syna, tym bardziej cierpieli i żyli w strachu, że jednak się nie uda. Jakież to ludzkie. Ile to mogło trwać? Miesiące, lata? A demon rósł w siłę. Sansi nie był do końca pewny swych przypuszczeń ale wiedział jedno: jeśli chciał ulżyć w cierpieniu dziedzicowi, musiał działać szybko.

Pół godziny później druid stał pod domem Rugi Melo – handlarza jedwabiem. Panowała już noc, toteż przed wejściem na posesję stało trzech strażników.

– Czego tu szukasz o tej porze, biedaku? – zapytał ten, który wydawał się dowodzić pozostałymi.

– Chcę widzieć się z panem Melo.

 Strażnicy buchnęli śmiechem jak na zawołanie.

– Twoje chęci są, delikatnie mówiąc, mało istotne. Pomijając późną porę, niemożliwe jest, by pan Melo był łaskaw przyjąć kogoś takiego, jak ty.

– Myślę, że gospodarz może mieć inne zdanie w tej sprawie. Jednak jeśli będzie tak jak mówicie, wtedy będziecie mogli uczynić ze mną, co uważacie za słuszne.

Najmłodszemu z trójki widocznie bardzo przypadła do gustu wizja oporządzenia starca, wszedł więc do domu w celu zapytania gospodarza o zdanie. Miała to być tylko formalność. Jednak kiedy pojawił się na zewnątrz, minę miał nietęgą.

– Za mną. – rzucił oschle w kierunku przybysza.

Strażnik wprowadził gościa do salonu, w którym czekał już Ruga Melo okryty nocnym płaszczem.

– Witaj Druidzie Sansi. Czy mogę zaproponować ci coś do picia? Wino? Woda? Pora wszakże późna, ale jeśliś głodny, też coś się znajdzie.

– Nie kłopotaj się tym. Przychodzę do ciebie w konkretnej sprawie.

– Domyślam się. No dalej, nie przedłużajmy tego.

– Masz rację. – zgodził się starzec. – Nadszedł czas, byś spłacił swój dług.

 

 

* * *

 

Będąc małym chłopcem, razem z rówieśnikami wybrał się obejrzeć defiladę wojska. Wśród żołnierzy znajdował się ulubieniec tłumu – Tuomas Haagard. Królewski syn, szermierz idealny, był dla młodego Rugi niczym heros. Aby podczas przemarszu armii, lepiej widzieć swego boga, Melo wspiął się na drzewo, obok którego mieli przechodzić wojowie. Pech chciał, że w momencie, gdy Haagard znajdował się możliwie najbliżej chłopca, ten stracił równowagę i spadł tuż przed oblicze królewicza. Wojownik całe zdarzenie skwitował pytaniem, jak chłopak chce być dobrym wojownikiem. Skoro nie potrafi utrzymać się na drzewie, jak w przyszłości chce utrzymać równowagę na wierzchowcu podczas bitwy. Do tego nazwał małego Rugę sierotą. Licznie zebrana publiczność zaczęła się śmiać. Śmiech ten nieustannie prześladował Melo. Wśród rówieśników i niewiast cały czas uważany był za sierotę, która spadła z drzewa tuż przed przyszłego króla. Owe wydarzenia zdefiniowały przyszłość chłopaka. Ruga poprzysiągł sobie, że udowodni Haagardowi jak bardzo się mylił.

 W wieku lat osiemnastu, Ruga Melo próbował ukraść królewskiego wierzchowca, podczas gdy Tuomas Haagard zajęty był ważną czynnością, jaką było sranie w przerwie między polowaniem. Nie chodziło bynajmniej o wartość zwierzęcia. Chciał upokorzyć króla. Ależ ludzie mieliby ubaw wiedząc, że gdy król się wypróżniał, ktoś skradł mu wierzchowca. Niestety, w ostatniej chwili młodzian został zauważony, salwował się więc ucieczką. Kiedy wydawało się, że zakończy się ona powodzeniem, jedna ze strzał trafiła go tak niefortunnie w udo, że uszkodziła tętnicę. Ostatkiem sił ukrył się przed pościgiem w gęstych zaroślach ale nie miał czym zatamować obfitego krwawienia. Szybko opadał z sił i ani chybi skonałby. Miał to szczęście, że znalazł go właśnie Sansi. Starzec zatrzymał krwawienie i tylko sobie znanym sposobem wyleczył ranę złodzieja. Ukrywając go przed królewskim sądem, sam narażał się na niebezpieczeństwo. Mimo to, druid nie wypytywał rannego, co właściwie było przyczyną stanu, w jakim go znalazł. Po kilku dniach pobytu w chałupie druida, Ruga mógł o własnych siłach wrócić do domu, choć jeszcze kilka dni wcześniej witał się ze śmiercią. Na odchodne oznajmił, iż pamięta, komu zawdzięcza życie i jeśli kiedyś będzie miał ku temu okazję, spłaci swój dług. Od tamtego czasu nie widział uzdrowiciela.

Kilka lat treningu uczyniło z Rugi dobrego złodzieja. Wpadka z kradzieżą konia uzmysłowiła mu jednak, jak wiele brakuje do doskonałości i ile jeszcze pracy przed nim. Wiedział, że głupia kradzież to zdecydowanie za mało, by odpłacić się za wszystkie doznane krzywdy. Po przeżytym postrzale trenował z jeszcze większą motywacją. Większość obowiązków związanych z handlem, powierzył swoim wspólnikom. Osobiste kontakty z kupcami ograniczył do minimum. Każdą wolną chwilę poświęcił ćwiczeniom, hartując ciało i ducha. Ból w prawym udzie, powracający co jakiś czas, przypominał Rudze, po co to robi. Tysiące wypuszczonych strzał, tyleż samo pchnięć sztyletem, tygodnie wspinaczek i biegów, dni spędzone w chłodzie i głodzie – wszystko to sprawiło, że stał się kimś więcej, aniżeli tylko genialnym złodziejem. Całym sercem wierzył, że prędzej czy później nadejdzie dzień, w którym zada śmiertelny cios.

 

* * *

 

Nocna wizyta druida zaskoczyła Rugę, jednak sam jej cel wydawał się łatwy do przewidzenia. Kiedy dowiedział się, czego konkretnie dotyczy spłata długu, był jednocześnie zdziwiony i zadowolony. Nie dał tego po sobie poznać. Nie należał do ludzi, którzy tylko gardłują o dotrzymywaniu danego słowa. Spłaci dług, jak obiecał. Jednak tak naprawdę Sansi – choć o tym nie wiedział – po raz kolejny ofiarował Rudze Melo coś bezcennego.

Od ponad dwóch godzin czekał, aż się ściemni, by niezauważonym zacząć piąć się w górę. Spojrzał w niebo i spostrzegł, że chmury przysłoniły księżyc. Bogowie widocznie mu sprzyjali. Zeskoczył z drzewa i w mgnieniu oka znalazł się przy murze. Była to zachodnia jego część, a więc najmniej widoczna, najmniej reprezentatywna. Tutaj znajdowały się największe szczeliny między kamiennymi blokami. Krótką chwilę badał powierzchnię, po czym rozpoczął wspinaczkę. Czynił to tak cicho, jak cicho wchodzi młodzieniec w dziewczynę wiedząc, że za ścianą znajduje się jej ojciec. Nie mógł popełnić błędu. Im był wyżej, tym było coraz trudniej.  Dwa, czy trzy razy, kończyny traciły oparcie. Ruga doskonale zdawał sobie sprawę, że upadek z tej wysokości skutkował będzie natychmiastową śmiercią. Lata treningu i wyrzeczeń powodowały, że pozostałe mięśnie reagowały samoistnie, a Melo szybko znajdował nową szczelinę. Kiedy znalazł się tuż pod oknem komnaty, nie zwlekał, tylko błyskawicznie podciągnął się na rękach i wskoczył do środka. W fotelu przy łożu siedziała Derae. Nim zdążyła wydobyć z siebie choćby najmniejszy dźwięk, Ruga zacisnął jej jedną dłoń na ustach a drugą na szyi. Przez chwilę zastanawiał się czy jej nie zabić, ale doszedł do wniosku, że opłakiwanie syna na pogrzebie będzie większą karą. Kiedy królowa straciła przytomność, Ruga Melo podszedł do łóżka, w którym spał Marko Haagard.

Tak długo się do tego przygotowywał, a teraz wszystko wydawało się tak dziecinnie proste. Wystarczy jedno, szybkie, cięcie. Ruga wykonał je ruchem pełnym elegancji i poderżnął młodemu Haagardowi gardło.

Nie było czasu do stracenia. Jeszcze przyjdzie pora na smakowanie zemsty, pomyślał. Jeden koniec liny przywiązał do łoża, drugi przez okno opuścił po murze. Ostatni raz spojrzał na martwego królewicza i puścił się w dół po linie, co jakiś czas odpychając się nogami od muru. Wylądował zwinnie niczym kot i zniknął w ciemnościach. Zemsta dokonana, dług spłacony.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Na początku zastanawiałam się, czy fantasy jest dobrym medium dla tego, co chciałeś przekazać, bo opowieść jakby nie mieściła się w jego ramach; królowa nie chodzi na targ, żeby kupić sobie ubranie, one w ogóle zwykle nie dysponowały własnymi pieniędzmi. Kosmetyki też nie bardzo pasują.

Zamek powinien mieć na tyle grube ściany, żeby różnica temperatury między wschodnimi i zachodnimi komnatami nie była duża.

Językowo – nie jest źle, ale doskonale też nie. Wołacze, Bzyku, oddzielamy od reszty zdania przecinkami. Popełniasz błędy w zapisie dialogu. Zajrzyj tutaj.

Czym prędzej posłano po medyka rodziny królewskiej. Ten stwierdził puls, tętno i temperaturę ciała w normie.

I puls, i tętno zbadał? I znalazł jakąś różnicę? Jak zmierzył temperaturę? Bo dotknąć czoła to i rodzice mogli.

Po kilku dniach pobytu w chałupie druida, Ruga mógł o własnych siłach wrócić do domu, choć jeszcze kilka dni wcześniej

Powtórzenie.

Babska logika rządzi!

Zrozumiałam, że niejaki Ruga, który w dzieciństwie spadł z drzewa i został przez królewicza Tuomasa nazwany sierotą, postanowił się zemścić. Po latach, gdy Tuomas był królem i miał własnego syna, Ruga, tylko sobie wiadomym sposobem, wprowadził królewicza Marko w stan śpiączki a po kilku miesiącach zamordował.

Prawdę mówiąc, nie wiem, o co tu chodzi i nie mam pewności, czy wszystko dobrze zrozumiałam. :-(

 

…brak za­in­te­re­so­wań lNub we­wnętrz­ną ni­ja­kość. – ?

 

Król prosi Cię, abyś przy­był na zamek i zba­dał jego syna.Król prosi cię, abyś przy­był na zamek i zba­dał jego syna.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Na łóżku spał mło­dzie­niec o krót­kich, ja­snych wło­sach, pięk­nej twa­rzy i do­brze umię­śnio­nym ciele. – Obawiam się, że po czterech miesiącach bezruchu i niedożywienia, śpiący królewicz nie miał już dobrze umięśnionego ciała.

 

Po upły­wie tego czasu po­czuł jak po­wie­trze gęst­nie­je, jego skóra mro­wie­je – Co to znaczy, że skóra mrowieje?

 

Nie kło­po­taj się tym.Nie kło­po­cz się tym.

 

…cze­kał, aż się ściem­ni, by nie­zau­wa­żo­nym za­cząć piąć się w górę. – Masło maślane. Niechby spróbował piąć się w dół. ;-)

 

Była to za­chod­nia jego część, a więc naj­mniej wi­docz­na, naj­mniej re­pre­zen­ta­tyw­na. – Podejrzewam, że miało być: …naj­mniej re­pre­zen­ta­cyjna.

Reprezentatywny i reprezentacyjny, to dwie pary całkiem różnych kaloszy.

 

Dwa, czy trzy razy, koń­czy­ny tra­ci­ły opar­cie. – Kończyny traciły oparcie i nie spadał? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zwróć uwagę na przecinki i powtórzenia.

Nowa Fantastyka