- Opowiadanie: Dinos - To, co zostało

To, co zostało

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

To, co zostało

Wokół niego rozpościerał się lodowy krajobraz. Nie było w okolicy żadnych drzew, tylko same śnieżne zaspy. Szedł przez śnieżyce opierając się na dzidzie. Robił to z coraz większym trudem brnąc w białym puchu sięgającym mu do kolan.

Od czapy na głowie do futrzanych butów był cały zaśnieżony. Powoli przypominał chodzącego na dwóch nogach białego niedźwiedzia. Zbliżał się zmrok i mróz pomału przedzierał się przez jego futro. Płaszcz sięgający kolan był przepięty na wysokości bioder pasem z bronią. Do niego do troczone były szabla, ładownica, nóż i kabura z rewolwerem. Przez prawe ramię miał przewieszoną torbę. Za pazuchą schował manierkę. Twarz miał osłoniętą kominiarką. Okulary przeciwsłoneczne chroniły mu oczy przed oślepieniem. Szyję zdobił mu rzemyk z busolą.

Od potyczki minęło raptem sześć godzin. Uciekał przed Czerwonogłowymi. Jedyną szansą na przeżycie było dotarcie do osady. Przystanął na chwilę i zerknął na kompas. Szedł na wschód i to go ucieszyło. W tej zamieci nie zgubił kierunku do domu. Zajrzał także do sakwy kapitana, którą zdjął z jego trupa. W środku były naboje do rewolweru, krzesiwo, kawałek placka, cztery kiełbasy, trochę tłuszczu i opatrunki. Wyciągnął jedną wędlinę i zjadł. Poczuł się mniej głodny. Od śniadania nic nie miał w ustach. Sięgnął do kabury na prawym udzie i wyciągnął rewolwer. Wyrzucił z niego łuski i spróbował go załadować pociskami kapitana. Pasowały jak ulał do komór. Przeliczył naboje. Sześć w bębenku i siedem w torbie. Przełożył je z sakwy do pustej ładownicy. Puste łuski zapakował do napełnienia.

 

***

 

Było ich na patrolu dwudziestu. Nie spodziewali się, że zaatakuje ich oddział sześćdziesięciu Czerwonogłowych. Zabili czternastu zanim ich otoczyli. W sześciu przebili się z okrążenia uciekając na południe. Nieśli rannego kapitana na zmianę przez sześćset kroków dopóki nie skonał. Szary Wilk przejął dowództwo. Jego pierwszą komendą był marsz na wschód. Dopadli ich po następnych siedmiuset krokach, idąc po ich śladach. Dostał rozkaz zaniesienia starszyźnie informacje o ataku Czerwonogłowych na granicy. Pozostała czwórka stanęła do walki z dwudziestoma napastnikami. Śnieżyca rozpoczęła się tuż po jego ucieczce i zatarła po nim ślady.

 

***

 

W tej zawiei nie wiedział ile już przeszedł. Stracił rachubę czasu i przestrzeni. Czarne okulary uniemożliwiały dokładne rozejrzenie się w tundrze. Nagle znikąd wyrósł przed nim pordzewiały, metalowy szkielet budynku. Znalazł się na zakazanym terenie. Przodkowie mówili o tym miasto. Słowo to znaczyło przeklęte, opuszczone miejsce przez ludzi i bogów, przypomniał sobie. Szedł przez opuszczone gruzowiska, które kiedyś były ceglanymi namiotami. Chciał się schować do rana przed śnieżycą w którymś z nich.

Na chwilę zdjął okulary by dokładnie się przyjrzeć wejściu do kamiennej jaskini z napisem na ścianie „Muze tori Na r lne”. Nie wiedział, co znaczą te litery. Dla niego był to obcy ciąg znaków. W środku złożył binokle i przygotował pochodnie z natłuszczonych opatrunków i znalezionego w wejściu kawałka drewna. Podpalił ją krzesiwem kapitana i wszedł do mrocznego holu. Nagle przed nim ukazały się wielkie kości przedlodowcowego potwora. Jego myśl popłynęła w kierunku dawnych lat. W czasach Pradawnych te stworzenia musiały siać przerażenie. Widać władca tego miasta zabił go i popisywał się swoją odwagą przed innymi. Dobrze, że nasze lwy, tygrysy, lamparty, wilki i białe niedźwiedzie nie są tak duże, pomyślał.

Przeszedł hol i wchodził coraz głębiej. Przechodził między nie ruszającymi się zwierzętami w dziwnych pozach w zapomnianych korytarzach. Był ich bezruchem zaniepokojony. Zauważył kątem oka lwa gotowego do ataku. Podniósł dzidę i odwracając się do niego przodem, rzucił. Trafił go w prawy bok, ale nie zrobiło to na kocie wrażenia. Podszedł do niego bliżej i wsadził rękę do jego rozwartej paszczy. Nic się nie stało. Złapał dzidę i wyszarpnął z cielska bestii. Ze środka wyleciały trociny. Zdziwił się. Skóra lwa była naciągnięta na drewniany stelaż, opasany tkaniną i wypchany wiórami. Dźgnął jeszcze kilka zwierząt. Wszystkie były podobnie zbudowane. Wiem dlaczego to przeklęta ziemia. Pradawni byli zdegenerowanym ludem potworów. Dobrze, że zginęli, pomyślał.

Pozbierał trociny i drewno. Rozpalił ogień. Kiedy ognisko rozgorzało na dobre zgasił pochodnie. Z kilku sztucznych zwierząt ściągnął skórę i ułożył na kamiennym gruncie jako posłanie. Dzidę oparł o ścianę. Rozpiął pas i odłożył na bok. Usiadł na skórach. Czapę zdjął i położył, aby wykorzystać jako poduszkę. Z torby wyciągnął placek, lekko podgrzał nad ogniem i zjadł. Wyciągnął manierkę i trochę upił wody. Zdjął płaszcz, aby użyć za kołdrę. Pod nim miał futrzaną koszule, spodnie i zwykły skórzany pasek. Dorzucił drwa do ognia. Bukłak podłożył pod posłaniem. Położył się i przykrył pelisą. Rewolwer położył obok głowy i zasnął. Po starych, zakurzonych korytarzach niósł się odgłos śnieżycy.

 

***

 

Budził się i co jakiś czas doglądał do ognia. W końcu wstał. Ubrał się, zjadł śniadanie, zapalił nową pochodnię i zgasił ognisko. Powoli ciemnymi korytarzami za pomocą kompasu kierował się na północ. Od tego miasta na północny-zachód znajdowała się jego osada. Doszedł do następnego wyjścia. Różniło się od pierwszego tym, że cały otwór był poszarpany. U wejścia plecami do niego stał Czerwonogłowy. Czarne futro z szarymi i żółtymi pasami wyraźnie kontrastowało z bielą i szarością zasypanego miasta. Dodatkowym symbolem rozpoznawczym był czerwony kask. Jego wzrost i brak napisu na plecach „Straż” sugerowała młodzika. Był uzbrojony w oszczep, miecz, jakiś pistolet i karabin. Przypomniał sobie jak Ostry Orzeł opowiadał o teście jaki musi przechodzić każdy dziecko z plemienia Czerwonogłowych. Dają im nóż i oszczep oraz rozkazują zabić piętnastu wrogów. Jako dowód na wykonanie zadania, każą obcinać im lewe uszy i robić z nich naszyjnik. Bez namysłu rzucił w niego dzidą. Trafił w okolice serca. Podbiegł by go dobić. Wyciągnął broń z jego pleców i jeszcze kilka raz pchnął. Odwrócił go brzuchem do góry. Po podniesieniu przyłbicy i zdjęciu kominiarki dopiero teraz przyjrzał się jego twarzy. Na oko miał jedenaście lat. Był w wieku jego najmłodszego brata. Zrobiło mu się go żal, zabił dzieciaka. Kiedy jednak spojrzał niżej zobaczył nawleczone na sznur czternaście uszu. Zbladł na sam widok. Zrozumiał, że ledwo uratował swoje życie.

 

Odpiął jego pas z bronią. Rozpiął jego futro by sprawdzić, czy coś jest pod spodem. W wewnętrznych kieszeniach odkrył słoik z kiszonymi ogórkami. Przeszukał spodnie na szelkach, ale niczego nie znalazł. Podniósł z ziemi pas z bronią. W kaburze znalazł glocka. Wyciągnął z niego magazynek. W środku było piętnaście naboi. Załadował pistolet ponownie i przyjrzał się karabinowi. Rozpoznał go od razu. Poczuł w ręce znajomy ciężar kałacha. Odłożył broń i otworzył ładownicę. W środku były cztery pełne magazynki do pistoletu i trzy puste do kałasznikowa. Przypiął patronarz wroga do pasa. Glocka schował do torby, a karabin powiesił na lewym ramieniu. Zwłoki wraz z resztą ekwipunku schował do jaskini Pradawnych. Otarł ostrze dzidy o futro wroga i wyruszył do domu.

 

***

 

Szedł cały dzień. Był wykończony, zmarznięty i głodny. Marzył już tylko o lodowych namiotach, w których jest ciepło. Chciał położyć się tylko w swoim łóżku i zasnąć. I spać przez kilka dni. Wchodząc na szczyt zaspy zobaczył światła swojej osady. Przyśpieszył kroku. Po pokonaniu połowy drogi do domu usłyszał psi zaprzęg. Zaczął krzyczeć. Woźnica dosłyszał go i skierował sanie w jego kierunku. Gdy podjechał rozpoznał kierowcę. Był to jego wuj Szybki Pies.

– Jestem szczęśliwy, że cię widzę – rzekł.

– Musimy szybko jechać do wioski. Czerwonogłowi zaatakowały mój oddział. Tylko ja się uratowałem – odpowiedział bratanek.

– Wsiadaj Odważny Rosomaku, zawiozę cię do domu – powiedział.

Krewniak usadowił się na saniach i przykrył futrem. Warstwa włosia zmniejszyła odczucie mrozu. Ruszyli w drogę. Gdy mijali razem znak ich plemienia uśmiechnął się. Z powrotem wrócił do domu, do osady Wartian. Do Warty.

Koniec

Komentarze

Dla mnie to fragment.

 

Budujesz świat raczej na znanych (kultowych!) motywach, ale, cholercia, efekt finalny jest niezły!

 

Podobało mi się. Wciągnąłem się w tą prostą, ale jakże magnetyczną opowieść. Niby nic wielkiego, a cieszy;)

Czekam na kontynuację!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Hmmm. Mnie nie wciągnęło. Pewnie dlatego, że nie rozpoznałam tych kultowych motywów. Bo chyba nie chodziło o odniesienia do kultury indiańskiej?

Jeszcze trochę pracy nad warsztatem przed Tobą.

Pisząc zdanie z imiesłowem, zawsze umieszczaj w nim przecinek. Trochę literówek.

To w końcu miał kompas czy busolę?

Trochę mnie dziwił kontrast między zapomnianą wiedzą a zachowaną bronią.

Babska logika rządzi!

Podstawowym problemem tego tekstu jest budowa zdań, a raczej jej brak. Są krótkie, urywane, w zasadzie same oznajmiające. Bohater zrobił to, zdjął tamto, położył się tam, spojrzał hen. Było tak, on szedł tak, potem tak… Cholernie źle czyta się coś takiego. Jak serię z karabinu. Takie zdania są dobre, gdy opisujemy coś dynamicznego. Pościg, walkę itp. Do opisywania np. krajobrazu lepiej użyć tych bardziej rozbudowanych. 

 

Co do fabuły, to nic specjalnie interesującego tu nie ma. W połączeniu z kiepskim wykonaniem całość plasuje się poniżej średniej. 

 

 

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

Odniosłam wrażenie, że ten tekst powstał po to, aby opisać ubiór postaci, posiadaną broń i okoliczności udania się na wieczorny spoczynek. No, i jeszcze trochę wędrówki w zamieci, i wspomnienie potyczki. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mogłabym się podpisać pod komentarzem Fasolettiego. Przez sposób, w jaki budujesz zdania, nie sposób poczuć historii. Poszedł, wszedł, znalazł, zabił, wyszedł, spotkał…

 

Od strony językowej tekst jest słaby. Musisz porządnie popracować nad budową zdań, plastycznością obrazu i tak dalej. No i oderwać się od postrzegania rzeczywistości przez pryzmat gier, tj. jak trup, to itemy i broń do zszabrowania. Znaczy się – sama czynność szabrowania jest jakoś tam zrozumiała w świecie postapo, ale wyliczanie wszystkiego, co bohater znalazł nie musi budzić czytelniczego zainteresowania (choć dla gracza w np. Falloucie jest to ważne). 

Ja lubię postapo, stąd mogę powiedzieć, że klimat, który się tli w utworze, przypadł mi do gustu. Nie zmienia to jednak faktu, że opisy wykonywania prostych czynności nie powinny raczej być rdzeniem tekstu. Nie mówiąc o fragmentaryczności całego opowiadania. 

Chyba lepiej następnym razem spróbować napisać tekst na jakieś 15-20.000 znaków, ale taki, na podstawie którego każdy czytelnik będzie mógł zrozumieć: kto, co, dlaczego, z kim i jak – a przede wszystkim, żeby zrozumiały był świat przedstawiony ; )

I po co to było?

Nowa Fantastyka