- Opowiadanie: merag - Dziedzictwo

Dziedzictwo

Tekst jest po­cząt­kiem więk­szej ca­ło­ści. Nie jest to ty­po­wy tekst o su­per­bo­ha­te­ach prze­mie­rza­ją­cych i ra­tu­ja­cych świat jak to jest np u Tol­kie­na. Hi­sto­ria tu się za­czy­na­ją­ca jest spoj­rze­niem od dru­giej stro­ny, od stro­ny “czar­nych cha­rak­te­rów“

Oceny

Dziedzictwo

Szkar­łat­ny blask do­ga­sa­ją­ce­go słoń­ca bar­wił ka­mien­ne ścia­ny zig­gu­ra­tów na kolor ognia. Pło­mie­nie tań­czy­ły na rdza­wych pla­mach krwi, które wgry­zły się w struk­tu­rę oł­ta­rzy ofiar­nych. Zbli­ża­ła się noc z po­zo­ru taka jak po­zo­sta­łe, tylko nie­licz­ni wie­dzie­li, że dziś doj­dzie do waż­ne­go wy­da­rze­nia nad­cią­ga­ła, bo­wiem Go­dzi­na Przyj­ścia. Na­ro­dzić się miał po­to­mek Wiel­kie­go Pana. Całe Mia­sto Świą­tyń było wy­lud­nio­ne i choć więk­szość miesz­kań­ców nie zda­wa­ła sobie spra­wy, co ma się dziś wy­da­rzyć pod­po­rząd­ko­wa­li się na­ka­zom Rady.

Głów­ne trak­ty pa­tro­lo­wa­ne były przez eli­tar­ną gwar­dię Straż Świą­tyn­ną.

Dwu­me­tro­wa syl­wet­ka, błę­kit­ne łuski i kost­ny koł­nierz na gło­wie świad­czy­ły jed­no­znacz­nie o przy­na­leż­no­ści do Ts'rukh. Każdy z nich nosił po­zła­ca­ny na­pier­śnik, choć ich łuski były wy­star­cza­ją­co twar­de, żeby ode­przeć więk­szość ata­ków. Mie­dzia­ne ta­blicz­ki z ru­nicz­ny­mi sym­bo­la­mi i sło­wa­mi przy­twier­dzo­ne były do żu­chwy za po­mo­cą sta­lo­wych pier­ście­ni.  W dło­niach ozdo­bio­nych zło­ty­mi pier­ście­nia­mi dzier­ży­li ogrom­ne ha­la­bar­dy. Za­da­niem Gwar­dii tego wie­czo­ru było poza ochro­ną świą­tyn­ne­go kom­plek­su wy­ła­py­wa­nie wszyst­kich, któ­rzy nie do­sto­so­wa­li się do po­le­ceń rzą­dzą­cych i prze­by­wa­li poza do­ma­mi. Zmo­bi­li­zo­wa­no całą Straż Świą­tyn­ną. Ponad sześć ty­się­cy ostrzy. Wszyst­kich zła­pa­nych za­my­ka­no w lo­chach, a sta­wia­ją­cych opór ści­na­no na miej­scu. Kiedy słoń­ce znik­nę­ło już za ho­ry­zon­tem murów Za­ka­za­ne­go Mia­sta we wszyst­kich ka­pli­cach roz­legł się ogłu­sza­ją­cy dźwięk trąb. Głów­nym trak­tem nad­cho­dził po­chód zmie­rza­ją­cy do Świą­ty­ni Boga Smoka po­świę­co­nej Szma­rag­do­wo­okie­mu Ty­ra­no­wi. Dzie­więć istot.

 Za­krzy­wio­ne pa­zu­ry na rę­kach i no­gach, po­kry­te zie­lo­no-brą­zo­wy­mi łu­ska­mi ciała, wi­ją­ce się ogony i pełne ostrych zębów pasz­cze, ponad któ­ry­mi fa­lo­wa­ły bło­nia­ste koł­nie­rze świad­czy­ły o tym, że byli dra­ko­dia­na­mi, hu­ma­no­idal­ny­mi ga­da­mi. W środ­ku po­cho­du szła bo­ga­to przy­ozdo­bio­na przed­sta­wi­ciel­ka tej rasy. Już na pierw­szy rzut oka widać było, że owa sa­mi­ca nie jest ty­po­wym dra­ko­dia­ni­nem.

Prze­wyż­sza­ła po­zo­sta­łych o prze­szło pół metra, jej koł­nierz biegł aż do po­ło­wy ple­ców i miał nie­ty­po­wy dla samic czer­wo­ny kolor. Rów­nież ja­sno­zie­lo­ny kolor oczu wy­róż­niał sa­mi­cę spo­śród jej żół­to­okich po­bra­tym­ców. Do­sko­na­le umię­śnio­ne ciało Ar­cy­ka­płan­ki świad­czy­ło o jej wiel­kiej sile i krzep­ko­ści. Naj­dziw­niej­sze były jed­nak łuski – więk­sze niż u in­nych miały nie­spo­ty­ka­ny, gra­na­to­wy kolor. No­si­ła czer­wo­no-zło­tą szatę prze­pa­sa­ną czar­ną szar­fą. Wi­szą­cy na szyi cza­row­ni­cy amu­let wień­czył do­sko­na­le oszli­fo­wa­ny sza­fir. W szpo­nia­stej ręce trzy­ma­ła za­koń­czo­ny ga­dzią czasz­ką ko­stur. Grupa prze­mie­rza­ła mia­sto szyb­kim kro­kiem i po kilku klep­sy­drach za­trzy­ma­ła się pod głów­ną Świą­ty­nią. Przez chwi­lę Ar­cy­cza­row­ni­ca mo­dli­ła się cicho, po czym po­czę­ła wspi­nać się na szczyt ogrom­nej bu­dow­li, resz­ta po­cho­du ru­szy­ła za nią.

 Świą­ty­nia Boga Smoka była wiel­kim zig­gu­ra­tem zbu­do­wa­nym u pod­nó­ża góry, część kom­plek­su świą­tyn­ne­go znaj­do­wa­ła się w głę­bo­kich ja­ski­niach, przez co ka­te­dra wy­glą­da­ła jakby wy­ra­sta­ła z samej góry. Wej­ścia pil­no­wa­ło czte­rech świę­tych straż­ni­ków, któ­rzy wi­dząc zbli­ża­ją­cą się ka­płan­kę przy­klę­kli i po­chy­li­li głowy. Przy­wód­czy­ni grupy wy­szep­ta­ła kilka słów bło­go­sła­wień­stwa, po czym we­szła do świą­ty­ni.

 Bo­ga­to zdo­bio­ne fi­gu­ry, pła­sko­rzeź­by zo­sta­ły wy­ko­na­ne przez mi­strzów rze­mieśl­ni­ków. Po­chód prze­mie­rzał sze­ro­kie ko­ry­ta­rze pro­wa­dzą­ce do Ka­pli­cy Ob­ja­wień. Mie­ści­ła się ona w samym sercu góry. Kiedy prze­szli przez ma­syw­ne wzmac­nia­ne stalą i ada­man­ty­tem wrota zna­leź­li się w ogrom­nej ja­ski­ni, wnę­trze ja­śnia­ło zgni­ło­zie­lo­nym bla­skiem po­chod­ni, po­wie­trze prze­sy­co­ne było za­pa­chem stę­chli­zny i roz­kła­da­ją­cych się ciał.

Środ­ko­wą część po­miesz­cze­nia zaj­mo­wa­ło je­zio­ro bul­go­czą­cej cie­czy i chmu­ra uno­szą­cych się z niej opa­rów. Z pię­ciu brze­gów wzno­si­ły się ka­mien­ne stop­nie, które łą­czy­ły się w oł­tarz ozdo­bio­ny fio­le­to­wym żył­ko­wa­niem.

 Ca­łość ka­mien­nej płyty po­kry­wa­ły ta­jem­ni­cze sym­bo­le, runy i li­te­ry ja­kiejś sta­ro­żyt­nej rasy. Na skle­pie­niu groty tuż nad oł­ta­rzem wid­nia­ło prze­pięk­ne ma­lo­wi­dło przed­sta­wia­ją­ce wal­czą­ce ze sobą czar­ne i złote smoki. Do­oko­ła zbior­ni­ka pa­lą­ce się świe­ce two­rzy­ły kształt pen­ta­gra­mu. W miej­scach wska­zy­wa­nych przez ra­mio­na pię­cio­ra­mien­nej gwiaz­dy znaj­do­wa­ły się za­mknię­te ka­mien­ne drzwi. Górne ramię pen­ta­gra­mu zwró­co­ne było w kie­run­ku wiel­kich, ma­syw­nych, po­zła­ca­nych i in­kru­sto­wa­nych klej­no­ta­mi wrót sta­no­wią­cych wej­ście do pry­wat­nych kom­nat Ar­cy­cza­row­ni­cy.

Kiedy po­chód za­trzy­mał się przed je­zio­rem do ka­płan­ki pod­szedł stary sa­miec, w pod­nisz­czo­nej zbroi pły­to­wej z na­ra­mien­ni­ka­mi w kształ­cie cza­szek  i wy­szczer­bio­nym, wiel­kim mie­czem przy­tro­czo­nym do ple­ców.

Ode­zwał się ni­skim sy­czą­cym gło­sem

– Je­steś go­to­wa Wy­bra­na?

Sa­mi­ca kiw­nę­ła od nie­chce­nia głową po­ka­zu­jąc tym po­gar­dę do obec­nych w sank­tu­arium sam­ców, po czym wstą­pi­ła na po­kry­te zie­lo­ną tka­ni­ną scho­dy pro­wa­dzą­ce do oł­ta­rza. Za nią po­dą­ży­ło po­zo­sta­łych pięć cza­row­nic wcho­dząc na każde z pię­ciu ra­mion gwiaz­dy, na któ­rych szczy­cie znaj­do­wa­ły się małe po­de­sty łą­czą­ce się z głów­nym oł­ta­rzem. W każ­dym z nich wid­nia­ły otwo­ry, do któ­rych sa­mi­ce wło­ży­ły nie­sio­ne ze sobą ru­bi­ny.

Naj­wyż­sza Cza­row­ni­ca po­gła­dzi­ła de­li­kat­nie, nie­mal z mat­czy­ną czu­ło­ścią wi­szą­cy na jej szyi sza­fir, po czym po­ło­ży­ła się na oł­ta­rzu i po­zwo­li­ła przy­kuć, so­lid­ny­mi, sta­lo­wy­mi łań­cu­cha­mi. Łą­czy­ły się ze sobą małą złotą ob­rę­czą, we­wnątrz któ­rej Ar­cy­cza­row­ni­ca umie­ści­ła od­cze­pio­ny od amu­le­tu sza­fir bę­dą­cy tak na­praw­dę bramą dla Iskry Życia. Ko­lej­nym kiw­nię­ciem głowy na­ka­za­ła roz­po­cząć od dawna przy­go­to­wy­wa­ną ce­re­mo­nie.

Do sto­ją­ce­go na brze­gu roz­le­wi­ska sta­re­go samca pod­szedł Straż­nik Ka­pli­cy uzbro­jo­ny w ha­la­bar­dę, cięż­ką kuszę i sze­ro­ki miecz z za­dzio­ra­mi oraz sta­lo­wą tar­czę. Obro­na świę­te­go sank­tu­arium była trud­nym za­da­niem, ale także ol­brzy­mim za­szczy­tem, dla­te­go też na to sta­no­wi­sko wy­bie­ra­no naj­lep­szych spo­śród Ts'rukh

– Wodzu po­wi­niś­śmy opuś­ścić ka­pli­ce

Czer­wo­ne Oko od­wró­cił głowę w stro­nę tem­pla­riu­sza, do­pie­ro teraz widać było, ze wódz ma wy­łu­pio­ne jedno oko, za­stą­pio­ne do­sko­na­le do­pa­so­wa­nym ru­bi­nem, od któ­re­go po­cho­dzi­ło jego imię.

Sa­miec po­wo­li kiwną łbem, po czym opu­ścił sank­tu­arium, a gwar­dzi­ści ka­pli­cy za­mknę­li i za­pie­czę­to­wa­li wrota.

Z wnę­trza sły­chać było tylko ciche głosy cza­row­nic wy­po­wia­da­ją­cych nie­zro­zu­mia­łe słowa za­klęć.

***

Po­ra­nek był sło­necz­ny, lecz chłod­ny, więk­szość nie­wol­ni­ków pra­co­wa­ła nad wzno­sze­niem murów Świę­te­go Mia­sta już od pierw­sze­go pro­mie­nia słoń­ca. Nad­zor­cy skwa­pli­wie pil­no­wa­li czy plany bu­do­wy są do­kład­nie wy­ko­ny­wa­ne okła­da­jąc przy tym mniej pra­co­wi­tych słu­żą­cych kol­cza­sty­mi łań­cu­cha­mi.

Wódz Czer­wo­ne Oko przy­sta­nął na chwi­le i z za­in­te­re­so­wa­niem pa­trzył na mro­wie sług uwi­ja­ją­cych się przy pracy, głów­ny straż­nik wi­dząc go schy­lił głowę w ge­ście sza­cun­ku dla sta­re­go samca, który ru­szył w stro­nę wschod­niej czę­ści mia­sta, le­żą­cej bez­po­śred­nio pod ścia­ną gór.

Swój wiel­ki miecz zo­sta­wił w leżu, nie spo­dzie­wał się żad­nej walki w samym sercu Mia­sta Świą­tyń, a poza tym tak cięż­ki kawał stali mógł­by przy­pad­ko­wo uszko­dzić wy­sa­dza­ną szma­rag­da­mi szka­tu­łę nie­sio­ną w szpo­nia­stych ła­pach, gdyby coś stało się z jej za­war­to­ścią zo­stał­by po­wie­szo­ny po­mi­mo swo­jej po­zy­cji. Zaraz za pla­cem głów­nym wszedł mie­dzy domy, bocz­ny­mi ulicz­ka­mi po­szedł do opusz­czo­nej od dawna Kró­lew­skiej czę­ści mia­sta. Ogrom­ne pa­ła­ce, pra­daw­ne świą­ty­nie ze wspa­nia­ły­mi po­mni­ka­mi i rzeź­ba­mi były od dawna po­rzu­co­ne, po­nie­waż w Świę­tym Mie­ście od czte­rech setek lat nie było wład­cy a rządy spra­wo­wa­ła w jego imie­niu Rada zło­żo­na z naj­wy­żej po­sta­wio­nych urzęd­ni­ków i cza­row­nic. Wczo­raj­sza ce­re­mo­nia miała to zmie­nić

Na skra­ju ma­łe­go placu, za znisz­czo­ną bramą re­zy­den­cji stał posąg przed­sta­wia­ją­cy sie­dzą­ce­go na tro­nie z brązu czło­wie­ka w mi­ster­nie zdo­bio­nej zbroi pły­to­wej. Czer­wo­ne Oko mi­nąw­szy wy­rwa­ną bramę pod­szedł do po­ro­śnię­tej mchem ścia­ny bu­dyn­ku i za­czął ją gła­dzić szu­ka­jąc ukry­tej szcze­li­ny. Nagle usły­szał od­głos prze­su­wa­ne­go ka­mie­nia, wie­dział ze budzi się straż­nik. Po­wo­li od­wró­cił się w stro­nę oży­wio­ne­go tworu, z sakwy za­wie­szo­nej na szyi wy­cią­gnął oszli­fo­wa­ny onyks wiel­ko­ści pię­ści, na kra­wę­dzi znaj­do­wał się nie­wi­docz­ny dla oczu znak ozna­cza­ją­cy "sługę"

Golem przy­glą­dał się klej­no­to­wi przez dłuż­szą chwi­le, stał w bez­ru­chu go­to­wy do za­da­nia ciosu, lecz wresz­cie od­wró­cił się i po­wol­nym kro­kiem wró­cił na swoje miej­sce. Kiedy usa­do­wił się z po­wro­tem na tro­nie ro­śli­ny i mech opla­ta­ją­ce re­zy­den­cje roz­stą­pi­ły się uka­zu­jąc zarys taj­nych drzwi.

W cen­tral­nej czę­ści na wy­so­ko­ści oczu dra­ko­dia­ni­na znaj­do­wa­ło się za­głę­bie­nie, gdy wło­żył w nie onyks roz­legł się cichy od­głos otwie­ra­ją­cych się wrót. Czer­wo­ne Oko wszedł do środ­ka bez stra­chu, lecz z wy­raź­nym sza­cun­kiem.

Wnę­trze było cał­ko­wi­cie ciem­ne, nie pa­li­ła się żadna po­chod­nia, nie do­cho­dzi­ły pro­mie­nie słoń­ca. Je­dy­ne świa­tło po­cho­dzi­ło z otwar­tych drzwi. Jego brak nie sta­no­wił pro­ble­mu dla sta­re­go samca, gdyż dzię­ki swo­je­mu sztucz­ne­mu oku do­strze­gał nawet naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły oto­cze­nia.

Znaj­do­wał się w roz­le­glej izbie wy­peł­nio­nej przed­mio­ta­mi ty­po­wy­mi dla wy­so­kie­go urzęd­ni­ka, tuż obok miej­sca, w któ­rym stał znaj­do­wa­ły się drzwi do pokoi służ­by oraz ochro­ny, z przed­sion­ka prze­cho­dzi­ło się do izby bę­dą­cej kie­dyś ga­bi­ne­tem. Wszyst­ko stało na swoim miej­scu nie ru­sza­ne od lat tak jakby dom cze­kał na po­wrót wła­ści­cie­li.

Czer­wo­ne Oko prze­do­stał się do znaj­du­ją­cej się na ty­łach domu spi­żar­ni, otwo­rzył uchy­lo­ną w pod­ło­dze klapę i wsko­czył do środ­ka. Wszech­ogar­nia­ją­ce ciem­no­ści nie po­wstrzy­ma­ły samca, który zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­szedł do za­chod­niej ścia­ny, tuż obok pu­stych be­czek znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne za­głę­bie­nie. Otwo­rzyw­szy i te ma­gicz­ne drzwi wódz ru­szył na spo­tka­nie z Pierw­szym. Kilka klep­sydr póź­niej do­szedł do roz­le­glej groty z bo­ga­to zdo­bio­nym zło­ty­mi nićmi oł­ta­rzem w środ­ku.

Po­wo­li bar­dzo de­li­kat­nie po­ło­żył szka­tuł­kę na ka­mie­niu, pod­niósł od­chy­lo­ne wieko. Wnę­trze wy­ło­żo­ne było czer­wo­nym ak­sa­mi­tem, po­środ­ku któ­re­go le­ża­ło przy­po­mi­na­ją­ce małą hy­bry­dę czło­wie­ka i gada nie­mow­lę, oraz bro­sza z sym­bo­lem Than­ga­ly­ii Naj­wyż­szej cza­row­ni­cy i matki dziec­ka. Dra­ko­dia­nin po­ło­żył na stole sakwę z onyk­sa­mi ulu­bio­ny­mi klej­no­ta­mi Pierw­sze­go, bez­po­śred­nie­go łącz­ni­ka ze Szma­rag­do­wo­okim Ty­ra­nem. Z głębi groty do­biegł wodza stłu­mio­ny szmer, w chwi­lę póź­niej uka­za­ły się świe­cą­ce czer­wie­nią oczy.

Z mroku wy­ło­nił się ciem­niej­szy niż naj­czar­niej­sza noc trzy­gło­wy jasz­czur. Smok ode­zwał się te­le­pa­tycz­nie.

– „Czy to jest jej dzie­cię?”

– Tak Pierw­szy

– „Czy jest silny?”

– Naj­sil­niej­szy ze wszyst­kich.

– „Imię?”

– Ra­gros.

– „Czar­ny Skała, bar­dzo cie­ka­we. Mo­żesz odejść przyj­mu­ję go.”

Czer­wo­ne oko po­kło­nił się z czcią, szyb­kim kro­kiem wy­szedł z groty, zmie­rza­jąc ciem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi w stro­nę wej­ścia do opusz­czo­nej willi. Kiedy dra­ko­dia­nin znik­nął La­gr­ru pod­szedł bli­żej do szka­tuł­ki, zni­żył jeden ze swo­ich łbów i jesz­cze raz przyj­rzał się nie­mow­lę­ciu.

Uży­wa­jąc wro­dzo­nych umie­jęt­no­ści prze­obra­ził się w wy­so­kie­go, przy­stoj­ne­go męż­czy­znę z do­brze utrzy­ma­ną brodą i dłu­gi­mi do ra­mion czar­ny­mi wło­sa­mi. Miał na sobie gra­na­to­wą je­dwab­ną ko­szu­lę, ele­ganc­kie spodnie w tym samym ko­lo­rze i skó­rza­ne wy­so­kie buty. Wy­cią­gnął nie­mow­lę ze szka­tuł­ki, drugą ręką chwy­cił sakwę z klej­no­ta­mi i po­dą­żył dłu­gim, wą­skim ko­ry­ta­rzem do swo­je­go le­go­wi­ska. Po chwi­li zna­lazł się w roz­le­głej gro­cie wy­peł­nio­nej po same brze­gi sto­sa­mi naj­róż­niej­szych klej­no­tów, ka­mie­ni szla­chet­nych i monet.

Środ­ko­wą część zaj­mo­wa­ły scho­dy pro­wa­dzą­ce do bo­ga­to zdo­bio­ne­go po­stu­men­tu, na któ­rym smok od­po­czy­wał. La­gr­ru wy­sy­pał za­war­tość sakwy na naj­bliż­szy stos monet i nie za­trzy­mu­jąc się pod­szedł do tyl­nej ścia­ny. Przy­tknął dłoń do skały wy­po­wia­da­jąc kilka nie­zro­zu­mia­łych słów. Ścia­na nagle po­kry­ła się ru­nicz­ny­mi sym­bo­la­mi uło­żo­ny­mi na kształt drzwi. Przej­ście wy­peł­nio­ne było błę­kit­ną pół płyn­ną ener­gią, w którą smok wszedł bez żad­nych za­ha­mo­wań. Znaj­do­wał się teraz w prze­ogrom­nej sali, któ­rej sufit i ścia­ny gi­nę­ły we wszech­obec­nej mgle.

W spe­cjal­nie wy­drą­żo­nych, prze­zro­czy­stych ko­lum­nach le­ża­ły ogrom­ne ilo­ści klej­no­tów, wszę­dzie na ka­mien­nej pod­ło­dze po­roz­rzu­ca­ne były mo­ne­ty wszel­kie­go ro­dza­ju i roz­mia­ru. La­gr­ru prze­mie­rzał kom­na­tę szyb­kim, sta­now­czym kro­kiem i w kilka chwil zna­lazł się na jej środ­ku. Czte­ry pary ka­mien­nych scho­dów wzno­si­ły się na wy­so­kość trzech me­trów, łą­cząc się tuż pod ogrom­ną płytą skal­ną po­kry­tą mi­stycz­ny­mi sym­bo­la­mi, któ­rych w trwa­ją­cym ponad czte­ry­sta lat życiu La­gr­ru nie znał i nie ro­zu­miał. Pierw­szy pod­niósł po­wo­li oczy i wtedy uj­rzał swo­je­go ojca.

Po­tęż­na pasz­cza wy­peł­nio­na ostry­mi jak brzy­twa zę­ba­mi gwa­ran­to­wa­ła śmierć każ­de­mu, kto znaj­dzie się w jej za­się­gu. Za ocza­mi wyła się para ogrom­nych, po­skrę­ca­nych rogów wy­gię­tych na kształt li­te­ry S. Broda oraz tylna część głowy po­kry­ta była licz­ny­mi gu­za­mi, wy­rost­ka­mi i mniej­szy­mi ro­ga­mi, nad kar­kiem wzno­sił się bło­nia­sty koł­nierz zie­lo­no­sza­re­go ko­lo­ru. Po­tęż­ne bło­nia­ste skrzy­dła uło­żo­ne były tak, aby przy­kry­wać nie­mal całe ciało Od­wiecz­ne­go, wy­sta­ją­ce z nich przed­nie łapy zwień­czo­ne były po­tęż­ny­mi pa­zu­ra­mi, w któ­rych znaj­do­wa­ły się ka­na­ły z nie­wy­obra­żal­ne silną tru­ci­zną.

Po­mi­mo wieku łuski wiel­kie­go gada lśni­ły nie­zwy­kłą po­chła­nia­ją­cą wszel­kie świa­tło czer­nią. Nagle za­mknię­te dotąd oczy otwo­rzy­ły się i zwró­ci­ły w stro­nę sto­ją­ce­go u pod­nó­ża scho­dów syna. Trzy­mał on wy­so­ko pod­nie­sio­ne ręce uka­zu­jąc nowo na­ro­dzo­ne­go po­tom­ka.

– „Imię”?– Za­brzmia­ło men­tal­ne py­ta­nie Pra­daw­ne­go.

– „Czar­ny Skała”

– „Ra­gros”– imię to za­wi­sło w po­wie­trzu.

-„Je­stem usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny, a teraz idź Pierw­szy, idź i wy­cho­waj mo­je­go syna tak, aby stał się po­tę­gą, którą będę mógł kie­dyś wy­ko­rzy­stać.”

Prze­mie­nio­ny w czło­wie­ka smok skło­nił głowę, chwy­cił pew­niej dziec­ko i szyb­kim kro­kiem po­dą­żył do wciąż otwar­te­go por­ta­lu. Kiedy jego syl­wet­ka znik­nę­ła w stru­mie­niu ener­gii Ar­cy­smok prze­mó­wił sam do sie­bie

– Już nie­dłu­go się po­że­gna­my mój drogi La­gr­ru.

 

Roz­dział 1

 

– Czy to jest on?

– Tak.

-Za­tem, czego ode mnie ocze­ku­jesz?

-Weź­miesz go ze sobą do Sor­gir­re, wy­cho­wasz na twar­de­go wo­jow­ni­ka nie szczę­dząc przy tym sil i środ­ków, każda suma pie­nię­dzy po­trzeb­nych na jego utrzy­ma­nie zo­sta­nie ci na­tych­miast do­star­czo­na. Ale pa­mię­taj po­tra­fię roz­po­znać krę­ta­czy wiec nie pró­buj wy­łu­dzać złota. Karć go i znie­wa­żaj przy każ­dej na­dą­ża­ją­cej się oka­zji, po­ni­żaj go, lecz wszyst­ko w od­po­wied­nich gra­ni­cach, to go za­har­tu­je i wzmoc­ni. Mo­żesz robić z nim co­kol­wiek ze­chcesz, ale ma żyć i być zdro­wy, a jeśli zo­ba­czę u niego brak choć­by jed­ne­go palca to bę­dziesz ża­ło­wał do końca swo­ich dni, ze wy­klu­łeś się z jaja!

Błę­kit­ne oczy dru­gie­go z roz­mów­ców spo­czę­ły na wy­sa­dza­nej klej­no­ta­mi szka­tuł­ce, tej samej, która wódz Czer­wo­ne Oko przy­niósł do le­go­wi­ska La­gr­ru. Le­żą­ce we­wnątrz nie­mow­lę po­ru­szy­ło się lekko, a potem bek­nę­ło po nie­daw­no skoń­czo­nym pierw­szym po­sił­ku.

Pan nie­wol­ni­ków już za­czął ob­li­czać zyski z po­sia­da­nia ko­lej­ne­go „pod­opiecz­ne­go”.

– Oczy­wi­ście wszyst­ko jest jasne– od­parł na za­da­ne wcze­śniej py­ta­nie.

-W takim razie szy­kuj się do drogi. Przy­dzie­lę ci ochro­nę, żebyś mógł spo­koj­nie wró­cić na szlak do tej two­jej za­py­zia­łej dziu­ry.

Odzia­ny w bo­ga­te zło­to-tur­ku­so­we szaty tłu­sty dra­ko­dia­nin kiw­nął tylko głową, chwy­cił cenną szka­tu­łę z dziec­kiem, po czym bijąc po­kło­ny wy­szedł z kom­na­ty au­dien­cyj­nej Pierw­sze­go.

Przy wej­ściu do Sali stało czte­rech straż­ni­ków świą­tyn­nych. Ssa­blih przyj­rzał się im ukrad­kiem. Wy­ra­sta­ją­cy z nosa róg i roz­sze­rzo­na czo­ło­wa część pyska po­kry­ta licz­ny­mi gu­za­mi oraz brak bło­nia­ste­go koł­nie­rza świad­czy­ło o tym, ze na­le­żą do Qu­anah kasty wo­jow­ni­ków, spe­cjal­nie wy­ho­do­wa­nych i szko­lo­nych do obro­ny Mia­sta Świą­tyń i kla­no­wych wo­dzów.

 Po opusz­cze­niu sto­li­cy Ssa­blih nadal miał wra­że­nie, ze jest ob­ser­wo­wa­ny, lecz ota­cza­ją­ca go zbita masa drzew po­zo­sta­wa­ła nie­prze­nik­nio­na, nic nie mą­ci­ło jej spo­ko­ju. Dra­ko­dia­nin ode­pchnął od sie­bie dziw­ne myśli i sku­pił się na ra­cho­wa­niu wy­dat­ków, jakie bę­dzie mu­siał po­świę­cić na nowy na­by­tek. Droga była długa i nu­żą­ca, nie dzia­ło się nic cie­ka­we­go nad­zor­ca wąt­pił, żeby kto­kol­wiek chciał ata­ko­wać jego ka­ra­wa­nę ochra­nia­na przez wła­snych nie­wol­ni­ków -gla­dia­to­rów i straż. Po­droż na drugi ko­niec im­pe­rium za­wsze była mo­zol­na, a on śpie­szył się, żeby prze­jąć swój in­te­res od za­rząd­cy. Za­brał ze sobą kilka słu­żek zaj­mu­ją­cych się nie­mow­lę­ciem w jego pry­wat­nym po­wo­zie.

Dal­sza cześć drogi prze­bie­ga­ła po­myśl­nie i Ssa­blih do­tarł do Sor­gir­re w wy­zna­czo­nym cza­sie. Jak było po­wszech­ne wśród dra­ko­dian lep­szych pod­ras dziec­ko rosło w za­dzi­wia­ją­cym tem­pie, po kilku mie­sią­cach po­tra­fi­ło już sa­mo­dziel­nie cho­dzić i jeść. Dom jego pana był z ze­wnątrz ob­skur­ny, zbu­do­wa­ny z czer­wo­nej cegły, wiel­ka krwi­sta bryła od­py­cha­ła swoim wy­glą­dem, wnę­trze zaś po­dzie­lo­ne było na dwa świa­ty. Na niż­szych po­zio­mach miesz­ka­ła służ­ba, po­zba­wio­na wygód tło­czy­ła się w wspól­nych izbach. Lochy prze­zna­czo­ne były dla nie­wol­ni­ków i gla­dia­to­rów po­za­my­ka­nych w klat­kach pod sta­łym nad­zo­rem stra­ży. Górne pię­tra do­mo­stwa zaj­mo­wa­ły wy­peł­nio­ne prze­py­chem, bo­gac­twem pry­wat­ne kwa­te­ry Ssa­bli­ha, dy­wa­ny, dra­pe­rie, lampy oliw­ne wszyst­ko ema­no­wa­ło do­sto­jeń­stwem i roz­ma­chem. Młody sa­miec, jako je­dy­ny po­sia­dał imię, resz­ta okre­śla­na była licz­ba­mi.

W wieku dwóch lat umiesz­czo­no po obu stro­nach żu­chwy no­we­go nie­wol­ni­ka mie­dzia­ne płyt­ki przy­mo­co­wa­ne pier­ście­nia­mi, na jed­nej wid­niał znak, Ssa­bli­ha, jako nie­pod­wa­żal­ny dowód, ze to on jest wła­ści­cie­lem tego osob­ni­ka, druga zaś była pusta, co świad­czy­ło o tym ze młody dra­ko­dia­nin jest tylko nie­wol­ni­kiem.

Osią­gnął już od­po­wied­nią masę i bu­do­wę, żeby można go było wy­sta­wić w wal­kach gla­dia­to­rów.

Po ja­kimś cza­sie do­rów­ny­wał już wzro­stem i pa­ra­me­tra­mi do­ro­słym osob­ni­kom i nadal rósł.

Kilka pierw­szych walk sto­czył ze słab­szy­mi od sie­bie prze­ciw­ni­ka­mi za­zwy­czaj ludz­ki­mi lub el­fi­mi nie­wol­ni­ka­mi. Prze­ja­wiał wro­dzo­ny ta­lent do walki, spo­so­by po­słu­gi­wa­nia się bro­nią przy­swa­jał przy­glą­da­jąc się innym po­je­dyn­kom. Przy­no­sił spore zyski, jako ze nie­zna­ny nie­wol­nik po­ko­ny­wał gla­dia­to­rów o ugrun­to­wa­nej po­zy­cji i sła­wie. Ssa­blih wie­dział jak ma­ni­pu­lo­wać mło­dym umy­słem, sys­tem po­chwal i kar za­po­bie­gał wzro­sto­wi wła­snej war­to­ści a co za tym idzie sa­mo­dziel­ne­go de­cy­do­wa­nia o swoim losie.

Życie mło­de­go samca to­czy­ło się sta­łym ryt­mem. O brza­sku pierw­sza walka, przed po­łu­dniem ko­lej­na, gdy słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi i tuz przed za­sta­niem nocy dwie ostat­nie. Po wy­gra­nych wal­kach za­wsze po­ja­wia­li się uzdro­wi­cie­le, pan mło­de­go nie­wol­ni­ka le­czył go nie z sym­pa­tii, lecz ko­niecz­no­ści. Po co miał­by mar­no­wać świe­ży do­pływ złota po­mi­mo ze otrzy­my­wał żą­da­ne kwoty na wy­cho­wa­nie tego nie­wol­ni­ka od wy­słan­ni­ków  z Mia­sta Świą­tyń.

Któ­re­goś dnia, po tym jak me­dy­cy opu­ści­li jego cele do klat­ki obok wrzu­co­no mi­zer­ne­go, chu­de­go dra­ko­dia­ni­na z nie­ty­po­wy­mi brą­zo­wy­mi łu­ska­mi. Pod­opiecz­ny Ssa­bli­ha sie­dział jak to miał w zwy­cza­ju w rogu celi przy­glą­da­jąc się roz­gar­dia­szo­wi pa­nu­ją­ce­mu w domu za­rząd­cy. Nowy nie­wol­nik ję­czał i bre­dził coś pod nosem, kiedy jego dziw­nie roz­my­ty wzrok spo­czął na czar­no­le­skim to­wa­rzy­szu nie­do­li pod­pełzł do krat i wpa­try­wał się w niego jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny

Ra­gros po­chwy­cił jego spoj­rze­nie.

-Na, co się ga­pisz po­kra­ko?

Wię­zień od­po­wie­dział beł­ko­tem

– Smo­cza krew spę­ta­na pod zie­mią, Smo­cza krew w kaj­da­nach spo­czy­wa… – dzi­wacz­na pa­pla­ni­na urwa­ła się, kiedy mło­dzie­niec chwy­cił obłą­kań­ca za gar­dło.

– Prze­stań bre­dzić! Nie ma tu żad­nej krwi – wy­sy­czał pusz­cza­jąc jego wy­chu­dzo­ną szyję.

Nie­wol­nik po­tarł zra­nio­ne miej­sce.

– Ty masz w sobie smo­czą krew, ty je­steś dzie­dzi­cem wiel­kich jasz­czu­rów, po­wi­nie­neś rzą­dzić, nie wal­czyć dla ucie­chy miej­skiej ho­ło­ty – słowa te za­brzmia­ły cał­ko­wi­cie nor­mal­nie, gdyby Ra­gros nie sły­szał wcze­śniej­sze­go beł­ko­tu nigdy by nie po­my­ślał, że ten dra­ko­dia­nin jest sza­lo­ny.

-Ze­rwij okowy kon­tro­li, po­zwól wy­peł­znąć furii, niech ro­śnie, pło­nie w każ­dym skraw­ku two­je­go ciała, niech ogar­nie cię żądza krwi, niech mord sta­nie się całym twoim świa­tem.

– Prze­stań bre­dzić błaź­nie! – ryk­nął gla­dia­tor.

Sza­le­niec sku­lił się w kon­cie celi, lecz po chwi­li znów za­czął ma­ja­czyć ba­zgrząc coś pa­zu­rem po ziemi. Dziw­ne po­wy­krę­ca­ne sym­bo­le wy­glą­da­ły dziw­nie zna­jo­mo. Młody dra­ko­dia­nin spoj­rzał na nie przez kraty swo­jej celi:

 – Ogni­sta be­stia w stali spę­ta­na…

Śmierć… chwa­ła… prze­po­wied­nia…

skrzy­dla­ty jasz­czur… pło­mień…

Kości… tron – czy­tał te po­je­dyn­cze słowa, choć wi­dział je pierw­szy raz w życiu, coś w jego pod­świa­do­mo­ści spra­wia­ło, że ro­zu­mie ten dziw­ny język. Współ­wię­zień po­pa­trzył na niego za­mglo­nym od sza­leń­stwa wzro­kiem i przez chwi­lę można było do­strzec błysk zro­zu­mie­nia. Wy­ry­so­wał ko­lej­ny sym­bol,  w który po­stu­kał pal­cem.

– Ro­zu­miesz, co to zna­czy praw­da? – Za­py­tał sza­le­niec

– Tak, choć nie wiem skąd, nigdy nie uczo­no mnie czy­tać, pierw­szy raz widzę te znaki, a jed­nak po­tra­fię je roz­szy­fro­wać – po­krę­cił z nie­do­wie­rza­nia głową.

– To część two­je­go dzie­dzic­twa, to dar two­je­go ojca, dar ro­zu­mie­nia, dar wie­dzy, która jest w tobie gdzieś głę­bo­ko, uśpio­na, cze­ka­ją­ca na od­po­wied­ni mo­ment żeby się ujaw­nić…

W pół­mro­ku roz­brzmiał od­głos gongu wzy­wa­ją­ce­go gla­dia­to­rów na arenę, ciche pod­zie­mia w jed­nej chwi­li od­ży­ły, cele otwie­ra­no, nie­wol­ni­ków wy­sy­ła­no do zbro­jow­ni, roz­po­czy­na­ły się igrzy­ska.

– Wy­bacz świ­rze, czas na mnie, muszę się tro­chę ro­ze­rwać od tego two­je­go glę­dze­nia ro­bi­ło mi się już nie­do­brze. Nie­wol­nik wstał z po­sła­nia, cze­ka­jąc na otwar­cie celi, ude­rzył pię­ścią w otwar­tą dłoń i po­tarł je o sie­bie. Kiedy nad­zor­ca w asy­ście trzech straż­ni­ków otwie­rał kraty gla­dia­tor po raz ostat­ni spoj­rzał na tego ża­ło­sne­go star­ca za­mknię­te­go obok, jego zło­śli­wy uśmiech uka­zał ostre, za­krzy­wio­ne zęby.

– Kie­ruj się in­stynk­tem, niech pro­wa­dzi cię furia – wy­mam­ro­tał sza­le­niec.

Gla­dia­to­rzy wy­pro­wa­dza­ni byli po­je­dyn­czo, przed zbro­jow­nią nie­ustan­nie stała straż. Dra­ko­dia­nin wy­brał pan­cerz, który sobie upodo­bał. Skó­rza­ne wzmac­nia­ne me­ta­lo­wy­mi płyt­ka­mi na­go­le­ni­ce, sze­ro­ki bo­jo­wy pas za­sła­nia­ją­cy brzuch, na­bi­ja­ne ćwie­ka­mi na­ra­mien­ni­ki i sta­lo­we opan­ce­rze­nie ręki z dłu­gim kar­wa­szem. Aby za­po­biec bun­tom i po­je­dyn­kom w ka­za­ma­tach broń trzy­ma­no w róż­nych czę­ściach areny.

Kiedy wy­szedł na ubity pia­sek placu, w jego uszy ude­rzył zna­jo­my wrzask roz­en­tu­zja­zmo­wa­nej ga­wie­dzi. Na­prze­ciw­ko wyj­ścia na pod­wyż­sze­niu umiesz­czo­no leża dla do­stoj­ni­ków i wład­ców mia­sta, młody nie­wol­nik do­strzegł wśród nich znie­na­wi­dzo­ne­go Ssa­bli­ha. Przy­po­mniał sobie dzi­wacz­ne słowa sza­lo­ne­go współ­więź­nia, prych­nął po­gar­dli­wie, po czym splu­nął. Kątem oka za­uwa­żył, że jego ślina bul­go­cze na pia­sku, za­sko­czo­ny ro­zej­rzał się. Wła­śnie uno­si­ły się kraty, za któ­ry­mi cze­kał pierw­szy prze­ciw­nik. Chwy­cił przy­twier­dzo­ny do pala długi, sze­ro­ki miecz.

Wy­zwa­niem miał być opan­ce­rzo­ny ogr… Co za głu­po­ta, ilu ta­kich już po­ko­nał? Za­wsze było to samo, zbro­ja wy­ko­na­na z pro­stych na­kła­da­ją­cych się płyt, ide­al­na do blo­ko­wa­nia cięć. Ogr za­ata­ko­wał prze­wi­dy­wal­nie, pierw­szy cios ogrom­nej ma­czu­gi spadł pio­no­wo w dół dając dra­ko­dia­ni­no­wi ide­al­ną oka­zję za­da­nia szyb­kie­go pchnię­cia pod paczę. Cios nie był silny, a rana głę­bo­ka, lecz de­ner­wu­ją­ca. Wiel­ko­lud po­de­rwał broń dol­nym za­ma­chem, na spo­tka­nie bu­ła­wy ru­szył miecz. Od­głos zde­rza­ją­cych się broni za­dźwię­czał w uszach ry­wa­li. Ol­brzym nie przy­pusz­czał, że ten dra­ko­dia­nin może być rów­nie silny jak on. Ostrze wgry­zło się głę­bo­ko w drew­nia­ną rę­ko­jeść bez­po­śred­nio pod gło­wi­cą ma­czu­gi. Na­stą­pił impas, oręż był za­blo­ko­wa­ny. Prze­ciw­ni­cy mie­rzy­li się spoj­rze­nia­mi, gdy ten wred­ny gad po­cią­gnął z całą siłą za miecz. Mię­śnie pod czar­ny­mi łu­ska­mi na­pię­ły się, jed­nym ru­chem łu­sko­wa­ty gla­dia­tor roz­bro­ił swo­je­go opo­nen­ta. Od­rzu­cił złą­czo­ne bro­nie na bok wy­ko­nu­jąc przy tym za­pra­sza­ją­cy gest wojna dło­nią.

– Może się tro­chę za­ba­wi­my? – za­py­tał kpią­co.

Dra­ko­dia­nin nie prze­wi­dział tak szyb­kiej re­ak­cji, pięść ol­brzy­ma ude­rzy­ła w pysk gada, który za­to­czył się do tyłu. Zaraz za pierw­szym ko­lej­ny atak spadł na głowę prze­ciw­ni­ka, gla­dia­tor starł krew wierz­chem dłoni, z głębi jego gar­dła wy­do­był się głę­bo­ki, dud­nią­cy po­mruk. Łu­sko­wa­ty wo­jow­nik po­de­rwał się, kil­ko­ma kro­ka­mi prze­biegł dzie­lą­cą go od celu od­le­głość i chla­snął pa­zu­ra­mi po­zo­sta­wia­jąc na gębie ol­brzy­ma dłu­gie bruz­dy. Z każdą chwi­lą wzra­sta­ła w nim furia, nie­po­ha­mo­wa­na, ale słod­ka za­ra­zem, upa­ja­ła go przy­sła­nia­jąc wszyst­ko poza jed­nym celem. Zabić. Bu­dzą­cy się w nim szał wy­ostrzył jego zmy­sły, spo­wal­nia­jąc jed­no­cze­śnie re­ak­cje oto­cze­nia.

Wy­mie­rzo­ny w niego cios obi­tej me­ta­lem pię­ści wy­da­wał się pły­nąć le­ni­wie w po­wie­trzu. Dra­ko­dia­nin chwy­cił nad­la­tu­ją­ce ramię, wy­krę­ca­jąc je do tyłu wsko­czył na plecy ogra. Pa­zu­ry dru­giej ręki wbił w żu­chwę ol­brzy­ma. Szarp­nął ra­mie­niem od­sła­nia­jąc kark prze­ciw­ni­ka, który szar­pał się i wrzesz­czał chcąc zrzu­cić z sie­bie dwu­stu­ki­lo­gra­mo­wy cię­żar. Za­opa­trzo­na w rzędy za­gię­tych, ostrych zębów pasz­cza wgry­zła się w od­kry­tą ogrzą szyję.

Prze­kleń­stwa prze­szły w głu­chy bul­got, któ­re­mu wtó­ro­wa­ła wy­cie­ka­ją­ca z pyska krew. Od­bi­ja­jąc się od ple­ców swo­jej ofia­ry Ra­gros wy­lą­do­wał obok po­rzu­co­nej broni, z tyłu sły­chać było od­głos upa­da­ją­ce­go ciała i zgrzyt me­ta­lo­wych płyt. Chwy­cił za­blo­ko­wa­ny miecz i jed­nym szarp­nię­ciem wy­rwał go z ma­czu­gi, ryk­nął po­tęż­nie ob­wiesz­cza­jąc swoje zwy­cię­stwo. Jego szma­rag­do­we oczy za­cho­dzi­ły coraz bar­dziej nie­wi­docz­ną mgieł­ką wzbie­ra­ją­ce­go sza­leń­stwa. Tłum wi­wa­to­wał, gdy krata po prze­ciw­nej stro­nie areny za­czę­ła się uno­sić.

Dra­ko­dia­nin ze­rwał się do biegu, po­ły­ka­jąc ko­lej­ne metry dzie­lą­ce go od no­we­go wy­zwa­nia, któ­rym oka­zał się ork. Jego głowa za­kry­ta była przez hełm z ko­szy­ko­wą osło­ną na twarz. Poza tym i na­ra­mien­ni­ka­mi z koł­nie­rzem nie miał na sobie żad­nej ochro­ny, jego owło­sio­na skóra po­kry­ta była licz­ny­mi ta­tu­aża­mi i to­te­micz­ny­mi zna­ka­mi. Wal­czył dwoma jed­no­ostrzo­wy­mi to­po­ra­mi.

Wy­pro­wa­dzo­ne przez mło­de­go samca ude­rze­nie ork za­trzy­mał krzy­żo­wym blo­kiem. Nowi prze­ciw­ni­cy spoj­rze­li na sie­bie ba­da­jąc swoje siły szu­ka­jąc po­ten­cjal­nych sła­bych punk­tów. Po chwi­li bez­ru­chu od­sko­czy­li od sie­bie uwal­nia­jąc broń. Dra­ko­dia­nin wie­dział, ze nie bę­dzie w sta­nie blo­ko­wać po­dwój­nych ata­ków, zda­wał sobie rów­nież spra­wę, że ork ma wy­star­cza­ją­co dużo siły, żeby prze­bić jego łuski. Mu­siał zna­leźć spo­sób, żeby szyb­ko go wy­eli­mi­no­wać, jeśli chce wal­czyć dalej. Ude­rzył lek­kim, lewym cię­ciem w ramię, miecz na­po­tkał sty­li­sko to­po­ra. Pod heł­mem or­ko­kr­wi­sty uśmiech­nął się wred­nie i za­mie­rzył się drugą bro­nią, nie zdą­żył jej jed­nak opu­ścić, gdy ko­szy­ko­wa osło­na twa­rzy wgię­ła się pod ude­rze­niem łu­sko­wa­tej pie­ści.

Gla­dia­tor za­chwiał się ro­biąc kilka kro­ków do tyłu, dając tym samym chwi­lę czasu dra­ko­dia­ni­no­wi. Co­fa­jąc się ude­rzył na odlew, topór za­głę­bił się w na­ra­mien­ni­ku prze­ciw­ni­ka. Młody sa­miec ryk­nął czu­jąc za­głę­bia­ją­ce się w ra­mie­niu ostrze. Na szczę­ście wzmoc­nio­na skóra prze­ję­ła więk­szą część ude­rze­nia za­po­bie­ga­jąc od­cię­ciu ręki. Po­mi­mo to ostrze prze­bi­ło się przez łuski, lecz nie na­ru­szy­ło mię­śni.

Ogłu­sza­ją­cy ryk wzbił się ponad głowy mo­tło­chu i szlach­ty Sor­gir­re. Ra­gros sko­czył na orka po­wa­la­jąc go na ubity piach areny samą swoją masą. Po­tęż­ne ude­rze­nie szpo­nia­stą łapą ro­ze­rwa­ło tęt­ni­ce szyj­ną, z ro­ze­rwa­ne­go na­czy­nia try­snę­ła stru­ga krwi, ko­lej­ne ude­rze­nie tym razem w od­sło­nię­tą pierś. Pa­zu­ry za­głę­bia­ły się w ciele ofia­ry, gla­dia­tor ude­rzał raz za razem ma­sa­kru­jąc i tak już nie­ży­ją­ce­go wroga. Sza­leń­stwo po­py­cha­ło go do cią­głe­go ataku.

Za­prze­stał bez­czesz­cze­nia zwłok do­pie­ro, kiedy całe jego ręce i pierś za­chla­pa­na była po­so­ką. Od­rzu­cił mar­twe ciało na bok i ro­zej­rzał się za ko­lej­nym ry­wa­lem, któ­rym oka­zał się szar­żu­ją­cy w jego stro­nę Mi­no­taur. Z opusz­czo­ne­go pyska uno­si­ły się kłęby pary, dla czar­no­łu­skie­go po­ru­szał się w żół­wim tem­pie, jego wy­ostrzo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści zmy­sły re­je­stro­wa­ły po­ru­sze­nie się każ­de­go mię­śnia by­ko­stwo­ra.

Ra­gros przy­kuc­nął bo­kiem do zbli­ża­ją­ce­go się wroga, opu­ścił głowę na pierś i w mo­men­cie, kiedy Mi­no­taur był pra­wie do­kład­nie nad nim chwy­cił go za nogę oraz bark i uży­wa­jąc całej swo­jej siły wy­ko­nał dźwi­gnię pod­no­sząc prze­ciw­ni­ka nad głowę ci­snął nim jak gła­zem. Hu­ma­no­idal­na be­stia po­szy­bo­wa­ła w stro­nę rogu areny i z gło­śnym, chra­pli­wym ry­kiem na­bi­ła się na wy­sta­ją­ce ze ścian za­ostrzo­ne pale.

Ra­gros ru­szył w stro­nę wi­szą­ce­go tru­chła zry­wa­jąc ze sto­ja­ka kor­bacz za­koń­czo­ny kol­cza­stą kulą, pod­bie­ga­jąc do końca areny sko­czył chwy­ta­jąc się za­krzy­wio­nych rogów mar­twe­go Mi­no­tau­ra. Pod­cią­gnął się, po czym za­czął się wspi­nać po kol­cach do pierw­szych rzę­dów wi­dow­ni. Zanim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać osza­la­ły gla­dia­tor prze­sko­czył przez ka­mien­ny murek i za­mach­nął się. Kol­cza­sta gło­wi­ca zmiaż­dży­ła trzech wi­dzów, roz­legł się prze­raź­li­wy ryk spa­ni­ko­wa­nej ga­wie­dzi, która rzu­ci­ła się do uciecz­ki.

Dra­ko­dia­nin do­padł jesz­cze kilka ofiar ocią­ga­ją­cych się z od­wro­tem.  W mo­men­cie, kiedy za­bra­kło mu pod ręką wi­dzów roz­sza­la­ły umysł nie­wol­ni­ka za­czął po­szu­ki­wać no­wych prze­ciw­ni­ków, jego wzrok spo­czął na loży szlach­ty. Za­mach­nął się i ci­snął kor­ba­czem w naj­bliż­sze­go wy­so­ko uro­dzo­ne­go, kol­cza­sta kula zmiaż­dży­ła głowę pe­chow­ca ni­czym doj­rza­ły owoc. Zaraz po rzu­cie po­pę­dził śla­dem le­cą­cej broni do­pa­da­jąc dru­gie­go dra­ko­dia­ni­na, odzia­ne­go w prze­pysz­ne złote szaty ocie­ka­ją­ce klej­no­ta­mi. Jego pulch­ne gar­dło nie sta­no­wi­ło żad­nej prze­szko­dy dla pa­zu­rów gla­dia­to­ra.

Pró­bu­ją­ce­go uciec tchó­rza prze­bił kost­ną kosa na końcu ogona. Jego spoj­rze­nie przy­kuł sie­dzą­cy na zdo­bio­nym tro­nie osob­nik. Miał dziw­ny czer­wo­no-brą­zo­wy kolor łusek, a jego głowę i pysk po­kry­wa­ły drob­ne guzy i wy­rost­ki. Sie­dział roz­par­ty na swoim miej­scu stu­ka­jąc o po­ręcz trzy­ma­ną w dłoni bu­ła­wą. Nie­wol­nik ru­szył w jego stro­nę i gdy dzie­li­ło ich kilka kro­ków znie­ru­cho­miał, jego umysł oplo­tły nie­wi­dzial­ne sieci za­my­ka­ją­cej się men­tal­nej klat­ki. Sza­leń­stwo z wolna ustę­po­wa­ło za­stą­pio­ne przez dziw­ną pust­kę, ostat­nie, co pa­mię­tał to jak pada na zie­mię obez­wład­nia­ny nie­zli­czo­ny­mi rę­ko­ma straż­ni­ków.

Ock­nął się na chwi­le, zbu­dzo­ny gar­dło­wy­mi krzy­ka­mi. To miej­scy do­stoj­ni­cy de­ba­to­wa­li, co z nim zro­bić. Wi­siał przy­ku­ty do ścia­ny masą łań­cu­chów pod pilna stra­żą. Przy mar­mu­ro­wym stole sie­dzia­ło dzie­się­ciu dy­gni­ta­rzy w tym jego pan Ssa­blih, mil­czą­cy i po­nu­ry. Ten dziw­ny brą­zo­wy gad jed­nym ge­stem dłoni uci­szył po­zo­sta­łych, naj­wi­docz­niej to on był wład­cą mia­sta.

„Do­brze będę wie­dział, kogo zabić, jako pierw­sze­go” – po­my­ślał były gla­dia­tor

– Je­dy­ną karą za jego zbrod­nie jest śmierć, nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści i do­ko­na się to jutro na głów­nym rynku – dziw­ny do­stoj­nik wy­ra­ził swoją opi­nię, która była naj­wi­docz­niej rów­no­znacz­na z roz­ka­zem.

Wy­pro­wa­dzo­ne­go nie­wol­ni­ka wrzu­co­no do cia­snej celi i odu­rzo­no ja­ki­miś zio­ła­mi, żeby nie miał się sta­wiać. Tak mi­nę­ła noc i wcze­sny ranek  i gdy pro­wa­dzo­no go na miej­sce eg­ze­ku­cji nadal od­czu­wał skut­ki po­da­nia leków, dla­te­go nie za­uwa­żył, że jeden z jego straż­ni­ków pada mar­twy  z po­de­rżnię­tym gar­dłem. Zaraz po nim upa­dli dwaj ko­lej­ni. Nim zbroj­ni zdo­ła­li się zo­rien­to­wać, za­ma­chow­cy zli­kwi­do­wa­li prak­tycz­nie całą eskor­tę Ra­gro­sa, jego sa­me­go po­zo­sta­wia­jąc przy życiu.

Jeden z mor­der­ców przy­tknął gla­dia­to­ro­wi pod nos pa­ru­ją­cą bu­tel­kę. In­ten­syw­ny za­pach prze­gnał reszt­ki nar­ko­ty­ków uwal­nia­jąc czar­no­łu­skie­go z odrę­twie­nia. Pięt­na­stu skry­to­bój­ców po­pa­trzy­ło na niego spod swo­ich kap­tu­rów, jeden z nich rzu­cił na zie­mię przed nie­wol­ni­ka zmię­ty pa­pier. W mo­men­cie, kiedy schy­lił się, żeby go pod­nieść za­bój­cy roz­pły­nę­li się ni­czym cie­nie. To był list, „ale prze­cież ja nie umiem czy­tać” – po­my­ślał wy­zwo­le­niec. Spoj­rzał na kart­kę, zgrab­nym sty­lem wy­ry­so­wa­ne były znaki tego dziw­ne­go ję­zy­ka, któ­re­go uży­wał stary sza­le­niec w celi obok.

„Jeśli czy­tasz tę wia­do­mość zna­czy, że moi na­jem­ni­cy do­brze się spi­sa­li, tak jak ty na ostat­nim tur­nie­ju. W prze­cią­gu kilku chwil zli­kwi­do­wa­łeś trzech moich naj­więk­szych ry­wa­li, cho­ciaż wiem, że nie byłeś tego świa­dom.

Uzna­łem, iż wy­świad­czy­łeś mi przy­słu­gę, która po­sta­no­wi­łem spła­cić ra­tu­jąc Cię przed nie­chyb­ną śmier­cią. Za­pew­ne będą cię szu­kać, a ja nie mogę sobie po­zwo­lić na ukry­wa­nie cię na swoim te­re­nie, bo o jed­no­znacz­nie do­wo­dzi­ło­by, że ci po­ma­gam. Udaj się do na­czel­ni­ka ko­pal­ni i pokaż mu do­łą­czo­ny do listu sy­gnet, bę­dzie wie­dział, co robić dalej. Liczę na twój roz­są­dek…”

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Samozaparcia wystarczyło mi tylko na tyle, aby przeczytać Dziedzictwo do pierwszych gwiazdek. Obawiam się, że dalszy ciąg Twojej opowieści pozostanie dla mnie tajemnicą – nie umiem czytać tekstu niedopracowanego, napisanego niechlujnie, w dodatku pozbawionego interpunkcji, a nic nie wskazuje, by dalszy ciąg prezentował się lepiej. :-(

Opis Straży Świątynnej i uczestników pochodu – ich wyglądu i uzbrojenia, wydał mi się dość monotonny.

 

Zbli­ża­ła się noc z po­zo­ru taka jak po­zo­sta­łe, tylko nie­licz­ni wie­dzie­li, ze dziś doj­dzie do waż­ne­go wy­da­rze­nia nad­cho­dzi­ła, bo­wiem Go­dzi­na Przyj­ścia. – Literówka. Powtórzenie.

Proponuję: Nadciągała noc, z po­zo­ru taka jak po­zo­sta­łe. Tylko nie­licz­ni wie­dzie­li, że dziś doj­dzie do waż­ne­go wy­da­rze­nia, zbliżała się bo­wiem Go­dzi­na Przyj­ścia.  

 

W dło­niach ozdo­bio­nych zło­ty­mi ob­rę­cza­mi dzier­ży­li ogrom­ne ha­la­bar­dy. – Jak można  cokolwiek dzierżyć w dłoni, która jest ozdobiona złotymi obręczami? Czy obręcze nie przeszkadzają w dzierżeniu? ;-)

 

…wy­ła­py­wa­nie wszyst­kich, któ­rzy nie­do­sto­so­wa­ni się do po­le­ceń rzą­dzą­cych… – Literówka.

 

Zmo­bi­li­zo­wa­no cala Straż Świą­tyn­ną. – Literówki.

 

Kiedy słoń­ce znik­nę­ło już za ho­ry­zon­tem przez wszyst­kie ka­pli­ce prze­to­czył się ogłu­sza­ją­cy dźwięk trąb. – Czy słońce zniknęło za horyzontem przez wszystkie kaplice, czy przez wszystkie kaplice przetoczył się dźwięk? ;-)

 

No­si­ła czer­wo­no-zło­tą szatę prze­pa­sa­ną czar­ną szar­fą. Wi­szą­cy na jej szyi amu­let wień­czył do­sko­na­le oszli­fo­wa­ny sza­fir. – Nie zrozumiałam – czy amulet wisiał na szyi szaty, czy na szyi szarfy? ;-)

 

W szpo­nia­stym ręku trzy­ma­ła za­koń­czo­ny ga­dzią czasz­ką ko­stur. – Wolałabym: W szpo­nia­stej ręce trzy­ma­ła za­koń­czo­ny ga­dzią czasz­ką ko­stur.

 

Przez chwi­le Ar­cy­cza­row­ni­ca mo­dli­ła się cicho… – Literówka.

 

…część kom­plek­su świą­tyn­ne­go znaj­do­wa­ło się w głę­bo­kich ja­ski­niach, przez co ba­zy­li­ka wy­glą­da­ła jakby wy­ra­sta­ła z samej góry. – …część kom­plek­su świą­tyn­ne­go znaj­do­wa­ła się w głę­bo­kich ja­ski­niach

Czy Autor jest pewien, że to była bazylika?

Za SJP: bazylika, to «wielonawowy kościół chrześcijański zbudowany na planie prostokąta»

 

Przy­wód­czy­ni grupy wy­szep­ta­ła kilka ci­chych słów bło­go­sła­wień­stwa… – Masło maślane. Czy można szeptać głośno? ;-)

 

 Bo­ga­to zdo­bio­ne fi­gu­ry, pła­sko­rzeź­by zo­sta­ły wy­ko­na­ne przez mi­strzów rze­mieśl­ni­ków. – Czy mistrzowie rzemieślniczy, m.in. tacy jak szewcy, krawcy albo folusznicy, także wykonywali figury i płaskorzeźby? ;-)

 

Po­chód prze­mie­rzał sze­ro­kie ko­ry­ta­rze zmie­rza­jąc do Ka­pli­cy Ob­ja­wień… – Powtórzenie.

 

Środ­ko­wą część po­miesz­cze­nia zaj­mo­wa­ło je­zio­ro bul­go­czą­cej cie­czy (…) Do­oko­ła sa­dzaw­ki pa­lą­ce się świe­ce… – Albo jezioro, albo sadzawka. Jezioro i sadzawka, nie są synonimami. ;-)

 

-Je­steś go­to­wa Wy­bra­na? – Brak spacji po dywizie. Kwestie dialogowe rozpoczynamy myślnikiem lub półpauzą, nie dywizem.

Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tu: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Straż­nik Ka­pli­cy uzbro­jo­ny w ha­la­bar­dę, cięż­ka kusze – Literówki.

 

-Wo­dzu po­wi­niś­śmy opuś­ścić ka­pli­ce – Brak spacji po dywizie. Literówka. Brak kropki na końcu zdania.

 

Sa­miec po­wo­li kiwną, po czym opu­ścił sank­tu­arium… – Kogo/ co kiwnął samiec? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Obawiam się, że opowieści dodanej jako komentarz, nikt nie przeczyta.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

edytować i dodawać do pierwszego postu?

Nie, dodaj tak jak zamieściłeś prolog i część pierwszą, Innymi słowy – po prostu dodaj opowiadanie, ale dołącz informację, że to jest kolejna część, kontynuacja.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka