- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - Grzech pierworodny

Grzech pierworodny

Opowiadanie to dotyka problemu, który nasuwa mi się na myśl za każdym razem gdy dowiaduję się czegoś nowego o pracach nad sztuczną inteligencją, androidami i wszelkimi inteligentnymi robotami oraz postępach w dziedzinie genetyki i klonowania. Nie zamierzam w żaden sposób podważać celu ani tym bardziej słuszności takich badań. Po prostu z moich rozważań nad społecznymi skutkami tych sukcesów ludzkiego geniuszu powstało opowiadanie, którym chciałam się z Wami podzielić :)

Bardzo dobrze czyta się przy “Silhouettes” Of Monsters and Men i “Transcendence” Lindsey Stirling.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Grzech pierworodny

Dzień, w któ­rym da­goń­scy me­cha­ni­cy stwo­rzy­li pierw­szy pro­to­typ ro­bo­ta ob­da­rzo­ne­go sztucz­ną in­te­li­gen­cją, uważano za nową erę w dzie­jach ca­łe­go wszech­świa­ta. Wszy­scy pa­trzy­li z na­dzie­ją w tę za­awan­so­wa­ną tech­no­lo­gicz­nie przy­szłość, która nio­sła ze sobą roz­wią­za­nia ty­się­cy pro­ble­mów dnia co­dzien­ne­go. W końcu kto nie ma­rzył o tym, aby swoje trudy zrzu­cić na cudze barki?

Nikt wtedy nie my­ślał o kon­se­kwen­cjach.

Za­rów­no moż­li­wo­ści, jak i kre­atyw­ność twór­ców nie znały gra­nic. Nie musiało minąć dużo czasu, aby bez­wol­ne AI obar­czo­ne zo­sta­ły wszyst­ki­mi mę­czą­cy­mi i upo­ka­rza­ją­cy­mi pra­ca­mi. Pro­sty­tu­cja czy służ­ba woj­sko­wa, za­wo­dy kel­ne­ra, po­my­wa­cza czy po­ko­jów­ki – niby czemu czło­wiek miał­by się tym zaj­mo­wać, skoro robot i tak zrobi to le­piej?

Wielu sprze­ci­wia­ło się tej re­wo­lu­cji. Twier­dzi­li, że ko­cha­ją swoją pracę i nie dadzą się za­stą­pić ja­kiejś ma­szy­nie. Rów­nież zro­dzo­ne w prze­szło­ści obawy przed bun­tem ro­bo­tów za­czy­na­ły mieć coraz więk­sze uza­sad­nie­nie.

Nie­ste­ty, nawet stale wzra­sta­ją­ce bez­ro­bo­cie i licz­ba ludzi skraj­nie bied­nych nie skło­ni­ły na­ukow­ców do za­prze­sta­nia po­szu­ki­wań drogi do stwo­rze­nia AI do­sko­na­łej. Ta­kiej, która mo­gła­by od­czu­wać emo­cje, uczyć się, sa­mo­do­sko­na­lić, po­dej­mo­wać wła­sne de­cy­zje. A wszyst­ko je­dy­nie po to, aby czło­wiek już nigdy nie mu­siał bru­dzić sobie rąk.

 

*

 

Col nie miał pewności, w któ­rym mo­men­cie swo­jej ka­rie­ry praw­ni­czej wy­brał złą drogę i za­miast do przy­stan­ku „Świe­tla­na Przy­szłość” tra­fił do tej za­tę­chłej dziu­ry, którą na wy­rost na­zy­wał miej­scem pracy. Być może to mło­dzień­cza duma i am­bi­cja naj­bar­dziej obie­cu­ją­ce­go stu­den­ta na roku znisz­czy­ły mu życie. Uwie­rzył w swoje moż­li­wo­ści i dla­te­go za­miast szu­kać ja­kie­goś spon­so­ra, po­sta­no­wił li­czyć tylko na sie­bie.

Do­pie­ro tonąc w po­wo­dzi do­ku­men­tów, ge­ne­ro­wa­nej przez szarą co­dzien­ność nie­zwy­cię­żo­nej biu­ro­kra­cji, zro­zu­miał jak bar­dzo się mylił. Nie bra­ko­wa­ło mu zdol­no­ści, a przerośnięta am­bi­cja wciąż miała się do­brze. Miał rów­nież na kon­cie kilka zwy­cięstw w spra­wach, które wy­da­wa­ły się z góry prze­gra­ne, co mogło mu za­pew­nić po­sa­dę w ja­kieś zna­nej kan­ce­la­rii. Gdyby tylko zna­lazł na to jesz­cze choć tro­chę siły!

A może nie była to kwe­stia sił?

Do jego klientów w główniej mierze zaliczali się ludzie, któ­rzy nie mogli sobie po­zwo­lić na wy­na­ję­cie ad­wo­ka­ta. Jako praw­nik z przy­dzia­łu do­sta­wał za­pła­tę za przy­ję­cie spra­wy i do­pro­wa­dze­nie jej do końca. Nie mu­siał żadnej wy­gry­wać.

Ale wy­gry­wał. I to w takim stylu, że kilka razy jego zwy­cię­stwa tra­fia­ły na pierw­sze stro­ny gazet. W końcu nie na co dzień zda­rza się, żeby jakiś pod­rzęd­ny ad­wo­ka­cik utarł nosa pre­ze­so­wi kon­cer­nu far­ma­ceu­tycz­ne­go, mi­lio­ne­ro­wi czy wpły­wo­we­mu po­li­ty­ko­wi.

Tak, wła­śnie to „ucie­ra­nie nosa” za­trzy­my­wa­ło go w obrzy­dli­wej norze, którą dzie­lił z pię­cio­ma in­ny­mi praw­ni­ka­mi. Ich biur­ka po­usta­wia­no tak bli­sko sie­bie, że no­to­rycz­nie czuł się osa­czo­ny. Tylko per­spek­ty­wa spo­tka­nia z Sue pod­no­si­ła go na duchu…

Drzwi do klit­ki otwo­rzy­ły się z prze­cią­głym pi­skiem wpusz­cza­jąc do wnę­trza po­dmuch świe­że­go po­wie­trza, a wraz z nim prze­ło­żo­ne­go Cola, z twa­rzą scho­wa­ną za gru­by­mi szkła­mi oku­la­rów. Wol­nym kro­kiem zmę­czo­ne­go wład­cy prze­szedł po­mię­dzy biur­ka­mi, aż w końcu do­tarł do tego, które miał nie­szczę­ście zaj­mo­wać Co­lian.

– Gra­tu­la­cje, panie Ne­iboth – ode­zwał się gro­bo­wym tonem, zu­peł­nie jakby cały jego en­tu­zjazm zo­stał już dawno zmiaż­dżo­ny butem sza­rej praw­ni­czej rze­czy­wi­sto­ści. – Do­stał pan spra­wę.

Col wy­cią­gnął dłoń, aby przy­jąć od niego plik da­nych. Dotyk pa­pie­ru znów wy­wo­łał w nim we­wnętrz­ny sprze­ciw. Zu­peł­nie jakby nie mogli mu tego udo­stęp­nić w for­mie elek­tro­nicz­nej. Ale nie! Nie po to biu­ro­kra­cja od ty­się­cy lat rzą­dzi­ła się swo­imi pra­wa­mi, żeby teraz zmie­niać je przez jakiś „po­stęp” czy „no­wo­cze­sne tech­no­lo­gie”.

– Dzię­ku­ję – od­parł z wy­mu­szo­nym uśmie­chem, nie mogąc się jed­no­cze­śnie po­wstrzy­mać przed lek­kim zmię­ciem do­ku­men­tów.

Prze­ło­żo­ny ski­nął głową i bez słowa opu­ścił po­miesz­cze­nie. Oczy po­zo­sta­łej piąt­ki śle­dzi­ły mężczyznę, do­pó­ki nie za­mknę­ły się za nim drzwi, po czym po­now­nie za­to­nę­ły w oce­anie wła­snych spraw.

Co­lian spoj­rzał na dane nowego klien­ta i aż za­chły­snął się ze zdzi­wie­nia, po czym krzyk­nął i ze­rwał się na równe nogi, strą­ca­jąc przy tym z biur­ka jeden ze sto­sów szpar­ga­łów. Tym nie­ty­po­wym za­cho­wa­niem ścią­gnął na sie­bie kar­cą­ce spoj­rze­nia współ­pra­cow­ni­ków, które szyb­ko ustą­pi­ły miej­sca za­sko­cze­niu.

Nie­wie­le my­śląc we­pchnął do­ku­men­ty do ak­tów­ki i rzu­cił się do wyj­ścia, po dro­dze chwy­ta­jąc jesz­cze płaszcz. Pę­dząc na łeb na szyję, pró­bo­wał tra­fić rę­ka­mi w rę­ka­wy i jed­no­cze­śnie nie prze­wró­cić się i nie skrę­cić karku. Wy­szło mu to cał­kiem nie­źle, bo zanim do­padł motor, po­śli­znął się je­dy­nie czte­ry razy.

Wsko­czył na mo­to­cykl i za­ci­snął mocno dło­nie na rącz­kach, aby umoż­li­wić nie­wdzięcz­nej ma­szy­nie weryfikację kierowcy. Bio­rąc pod uwagę sy­tu­ację tak duża au­to­no­mia u zwy­czaj­ne­go, cho­ler­ne­go po­jaz­du wy­wo­ła­ła u niego dresz­cze. Moż­li­we, że wy­brał­by nawet inny śro­dek trans­por­tu gdyby nie fakt, że ten re­likt prze­szło­ści był prawie cał­ko­wi­cie dzie­łem jego rąk. Znał niemal na pa­mięć każdą jego śrub­kę, każde złą­cze. Sta­ru­szek, zu­peł­nie jak pies rozpoznający swojego pana, za­czął wy­da­wać z sie­bie przy­ja­ciel­skie po­mru­ki i po­słusz­nie wzbił się w po­wie­trze.

Wy­rwał do przo­du, po­zwa­la­jąc, by pę­d po­wie­trza po­tar­gał mu włosy. Z roz­tar­gnie­niem spoj­rzał na ze­ga­ry wy­świe­tla­ne na prze­zro­czy­stej ni­czym zwy­kłe szkło ko­pu­le chro­nią­cej całe mia­sto. Do spo­tka­nia z Sue zo­sta­ły jesz­cze trzy go­dzi­ny. Tyle po­win­no wy­star­czyć na uło­że­nie myśli. Nie spo­dzie­wał się, że bę­dzie miał aż tyle do po­wie­dze­nia.

 

*

 

Nie spie­szył się, a i tak przy­je­chał dużo za wcze­śnie. Usiadł nie­pew­nie na sofie w po­cze­kal­ni i utkwił spoj­rze­nie w czub­kach swoich butów. Nigdy nie czuł się dobrze w salonach piękności. Je­dy­nie do­bie­ga­ją­cy z wnę­trza ko­ją­cy głos Sue utwier­dzał go w prze­ko­na­niu, że to wła­śnie w tutaj po­wi­nien pocze­kać. Gdy na uła­mek se­kun­dy pod­niósł wzrok, po­chwy­ci­ła jego spoj­rze­nie i po­ma­cha­ła tak en­tu­zja­stycz­nie, jakby zu­peł­nie nic się nie stało.

Fakt, jesz­cze o niczym nie wie­dzia­ła. Wła­ści­wie to poza nim pra­wie nikt nie wie­dział.

Znów po­czuł dresz­cze. Sue Ka­ja­ia była je­dy­nym czło­wie­kiem pra­cu­ją­cym w sa­lo­nie. Za­czę­ło zbie­rać mu się na wy­mio­ty.

– Cześć! Je­stem Bet­ty-re­cep­cjo­nist­ka, czy mogę w czymś panu pomóc? – usły­szał tuż nad swoim uchem. Gdy pod­niósł oczy jego spoj­rze­nie padło na fi­li­gra­no­wą AI o sztucz­nym, sze­ro­kim uśmie­chu. Ten sam model mieli też w kan­ce­la­rii i do tej pory nawet idio­tycz­ny grymas i ab­sur­dal­nie fan­ta­zyj­na fry­zu­ra Betty mu nie prze­szka­dza­ły. Teraz le­d­wie udało mu się za­cho­wać spo­kój.

– Nie, po­cze­kam tylko aż Sue skoń­czy zmia­nę – bąk­nął.

– Może przy­nieść panu ga­ze­tę? – Po­krę­cił prze­czą­co głową. – To może her­ba­ty za­pa­rzę? Kawy? Soku?

Za­ko­tło­wa­ło się w nim. Jesz­cze jedno takie py­ta­nie, a zwy­czaj­nie nie wy­trzy­ma i…

– Daj mu spo­kój, Betty – za­wo­ła­ła Sue, w ostat­niej chwi­li ra­tu­jąc go przed wy­bu­chem. – Jest bar­dzo zmę­czo­ny i na pewno marzy tylko o tym żeby się zdrzem­nąć.

Re­cep­cjo­nist­ka na szczę­ście po­sta­no­wi­ła uznać to za ko­niec swo­ich obo­wiąz­ków wobec klien­ta. Ode­szła, ży­cząc mu jesz­cze ko­lo­ro­wych snów.

Sue mu­sia­ła mieć rację, bo cho­ciaż miał wrażenie, że wcale nie jest śpią­cy, po­padł w dziw­ny stan odrę­twie­nia. Jego myśli krą­ży­ły wokół nowej spra­wy, dziw­ne­go „klien­ta” i za­wi­ło­ści tej cho­rej sy­tu­acji. Do­sko­na­le ro­zu­miał w jak bez­na­dziej­nym po­ło­że­niu się znaj­do­wał. Zo­stał wy­bra­ny na obroń­cę stro­ny z góry ska­za­nej na po­raż­kę, bez wzglę­du na to, po czy­jej stro­nie była racja. Moż­li­we, że ozna­cza­ło to ko­niec jego ka­rie­ry. Ni­ko­go nie bę­dzie ob­cho­dzi­ło, że mu­siał przy­jąć zle­ce­nie, żeby mieć pie­nią­dze na życie. Za­sły­nie jako idio­ta, który po­sta­no­wił bro­nić…

– Hej, mo­ca­rzu – szep­nę­ła mu na ucho Sue, trą­ca­jąc przy tym lekko w ramię, prze­ko­na­na za­pew­ne, że ze zmę­cze­nia znów za­snął na sie­dzą­co. – Już skoń­czy­łam. Chcesz wy­sko­czyć na ja­kieś tru­ją­ce żar­cie?

Chciał, i to bar­dzo. Nie tyle cho­dzi­ło o „tru­ją­ce” je­dze­nie, co o sam fakt prze­by­wa­nia z Sue. Znali się od wielu lat i praw­do­po­dob­nie cza­sa­mi je­dy­nie ta zna­jo­mość po­ma­ga­ła mu nie po­paść w obłęd. Teraz również była ostat­nią deską ra­tun­ku.

W przy­droż­nym au­to­ma­cie ku­pi­li dwie ogrom­ne por­cje pod­sma­ża­nych wa­rzyw i nie­wia­do­me­go po­cho­dze­nia mięsa, po czym za­szy­li się w parku. Dzię­ki jed­ne­mu z licz­nych pro­gra­mów rzą­do­wych, ma­ją­cych na celu umoż­li­wić lu­dziom „wy­po­czy­nek na łonie na­tu­ry”, wszę­dzie po­wsta­ło pełno cze­goś, co umow­nie na­zy­wa­no par­ka­mi. W rze­czy­wi­sto­ści były to je­dy­nie ogrom­ne klat­ki pełne drzew, równo przy­strzy­żo­nych traw­ni­ków i wy­ło­żo­nych ka­mie­nia­mi ście­żek.

Tym, co cią­gnę­ło Sue do tych za­mknię­tych ogro­dów były zwie­rzę­ta, które ścią­ga­no z róż­nych świa­tów. W ich ulu­bio­nym do­mi­no­wa­ły ogrom­ne pa­rzy­sto­ko­pyt­ne prze­żu­wa­cze z sil­nie roz­ga­łę­zio­ny­mi i po­skrę­ca­ny­mi ro­ga­mi oraz ma­leń­kie małp­ki z dwoma pu­szy­sty­mi ogo­na­mi. Scho­wa­ne w ga­łę­ziach drzew szkar­łat­no-zło­ci­ste ptaki wy­peł­nia­ły po­wie­trze swo­imi ra­do­sny­mi skrze­ka­mi i de­li­kat­nym złu­dze­niem echa.

Usie­dli na ukry­tej w cie­niu ławce i za­czę­li jeść, co nie umknę­ło uwa­dze mał­pek. Szyb­ko wy­czu­ły, że nie mają co li­czyć na dobre serce Cola, Sue na­to­miast nie dała się im długo pro­sić. Jej kurt­ka zda­wa­ła się być uszy­ta wy­łącz­nie z kie­sze­ni, w któ­rych na­gro­ma­dzi­ła mnó­stwo orzesz­ków i ma­łych su­szo­nych owo­ców.

– Wy­sze­dłeś wcze­śniej z pracy? – za­py­ta­ła, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko do małp­ki, która ma­leń­ki­mi łap­ka­mi pró­bo­wa­ła roz­chy­lić za­ci­śnię­te palce dłoni Sue, aby wy­do­być z wnę­trza orze­szek. – Za­zwy­czaj to ja muszę na cie­bie cze­kać.

– Prze­pra­szam – bąk­nął Co­lian. Teraz, gdy pró­bo­wał jed­no­cze­śnie jeść i od­pie­rać atak armii ma­łych żar­ło­ków, nowe zle­ce­nie wy­da­ło mu się jakąś abs­trak­cją. Może tylko je wy­ol­brzy­miał? Może wcale nie było aż tak źle?

– Nie, to nie pro­blem! – ro­ze­śmia­ła się Sue, wy­cią­ga­jąc z kie­sze­ni ko­lej­ną por­cję owo­ców. – Po pro­stu tro­chę mnie prze­stra­szy­łeś. Coś się stało?

Przez chwi­lę się wahał. Czy mógł ją w to mie­szać? Czuł na sobie na­glą­ce spoj­rze­nie dziewczyny, ale nie był pe­wien, czy po­wi­nien mu ulec.

Z dru­giej stro­ny – jeśli z nią nie po­roz­ma­wia, to zo­sta­nie zu­peł­nie sam z tym problemem. A sam do ni­cze­go nie doj­dzie. Nie znaj­dzie wła­ści­wych punk­tów od­nie­sie­nia.

– Cha’Ger, Mi­ni­ster Spraw Mię­dzy­świa­to­wych naj­praw­do­po­dob­niej nie żyje – wy­znał szep­tem. Na po­cząt­ku chyba uzna­ła to za żart, bo rzu­ci­ła mu pełne zwąt­pie­nia spoj­rze­nie, potem jed­nak do­tar­ło do niej, że mówił to zu­peł­nie po­waż­nie.

– Co masz na myśli?

– Dwa ty­go­dnie temu pod­czas ban­kie­tu cha­ry­ta­tyw­ne­go od­da­no do niego dwa strza­ły z pi­sto­le­tu la­se­ro­we­go. Ko­lej­ny prze­zna­czo­ny był dla jego żony, ale zdą­ży­ła się schy­lić. Jej stan jest na tyle sta­bil­ny, że może brać udział w po­stę­po­wa­niu są­do­wym.

– A na­past­nik? – za­py­ta­ła Sue, masz­cząc brwi.

– To wła­śnie mój nowy klient – od­parł Co­lian, po czym wrę­czył jej plik do­ku­men­tów, któ­rym ura­czył go tego dnia szef.

Za­pew­ne je­dy­nie jego za­cho­wa­nie po­wstrzy­my­wa­ło Sue od par­sk­nię­cia śmie­chem. Fakt, cała ta sy­tu­acja aż ki­pia­ła od ab­sur­du. A jed­nak Col nie po­tra­fił zdo­być się nawet na blady uśmiech.

– Tak – od­po­wie­dział na nie­za­da­ne py­ta­nie. – Moim klien­tem jest an­dro­id, pro­to­typ o nu­me­rze se­ryj­nym NBH-97001, wy­po­sa­żo­ny w naj­now­szy sys­tem ope­ra­cyj­ny. Do tej pory wy­pro­du­ko­wa­no takie tylko czte­ry. Po­nie­waż w jego bazie da­nych nie zna­le­zio­no za­pi­sów, które wska­zy­wa­ły­by na zlecone zabójstwo, po­sta­no­wio­no po­trak­to­wać go jako sa­mo­dziel­ną stro­nę.

– To prze­cież bez sensu! Jak niby mia­ło­by to wy­glą­dać?

– Aku­rat z tym frag­men­tem nie mam pro­ble­mu.

 

*

 

Ghaon i Anra Cha’Ger kwi­tli. Po­śród sali ską­pa­nej w zło­cie, dia­men­tach i masie per­ło­wej wi­ro­wa­li lu­dzie z róż­nych świa­tów, pre­zen­tu­ją­cy sobą je­dy­nie próż­ność, prze­pych i ze­psu­cie. Nikt jed­nak nie do­rów­ny­wał mi­ni­stro­wi i jego mał­żon­ce. On, choć dni mło­do­ści dawno miał już za sobą, wciąż był w sile wieku, a prze­mi­ja­ją­cą urodę re­kom­pen­so­wał ogniem żądz, który coraz ja­śniej pło­nął w jego oczach. To ten blask przy­cią­gał ludzi, lgną­cych do niego jak ćmy do świa­tła nio­są­ce­go im śmierć. Ona na­to­miast nigdy nie po­zwo­li­ła sobie na sta­rość. Setki ope­ra­cji i ty­sią­ce za­bie­gów za­mknę­ły jej ze­psu­tą duszę w sko­ru­pie za­sty­głe­go w wiecz­nej mło­do­ści ciała.

Był to ban­kiet wy­jąt­ko­wy, po­nie­waż ostat­nio ro­dzi­na Cha’Gerów po­więk­szy­ła się o jedną osobę.

Och, nie! By­naj­mniej nie cho­dzi­ło o dziec­ko. Dziec­ko wszyst­ko by im ze­psu­ło, nic prze­cież nie mogli by z nim zro­bić. Nie to, co z ich Cu­kie­recz­kiem.

Był zja­wi­sko­wy. Roz­kwi­tał w samym sercu sali cie­sząc zmy­sły każ­de­go z gości, który tylko wy­star­cza­ją­co się do niego zbli­żył. Ja­do­wi­cie zie­lo­ny ko­stium nie tylko do­sko­na­le pod­kre­ślał kolor jego oczu ale i opi­nał per­fek­cyj­ne ciało spra­wia­jąc, że żaden szcze­gół nie mógł umknąć spoj­rze­niu uważ­ne­go ob­ser­wa­to­ra. W gęste kasz­ta­no­we pukle wple­cio­no sznu­ry drob­nych pereł, przez co do złu­dze­nia przy­po­mi­nał po­stać elfa z ob­ra­zów, które Anra ko­lek­cjo­no­wa­ła od naj­młod­szych lat. Całości do­peł­nia­ły wstę­gi de­li­kat­ne­go ró­żo­we­go ma­te­ria­łu, spo­wi­ja­ją­ce go ni­czym mgła.

Dzię­ki androidowi speł­ni­ły się wszyst­kie ich ma­rze­nia. Ra­do­wa­li się nim wspól­nie, ni­cze­go sobie nie ża­łu­jąc. Od wielu lat nie potrafili za­znać szczę­ścia bez udzia­łu osób trze­cich, a słod­ki Cu­kie­re­czek jako je­dy­ny umiał cał­ko­wi­cie za­spo­ko­ić ich oboje.

Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że per­fek­cyj­nie po­zby­wał się każ­de­go, kto był dla nich w ja­ki­kol­wiek spo­sób nie­wy­god­ny. Cho­ciaż Ghaon i Anra bez­u­stan­nie prze­ści­ga­li się w wy­my­śla­niu coraz to no­wych spo­so­bów na śmierć, do­pie­ro gdy za­czę­li je pod­su­wać Cu­kie­recz­ko­wi, na­bra­ły pod­nie­ca­ją­ce­go cha­rak­te­ru, który od lat chcie­li im nadać.

Jed­nak nie takie przy­jem­no­ści miał rozdawać tego wie­czo­ru ich uko­cha­ny an­dro­id. O nie. Tym razem Cu­kie­re­czek miał przy­nieść roz­kosz rów­nież wszystkim go­ściom.

Ghaon pod­niósł się po­wo­li z przypominającego tron krzesła i za­dzwo­nił ły­żecz­ką o brzeg krysz­ta­ło­we­go kie­li­cha. Wpa­trzo­ny w niego tłum po­grą­żył się w ciszy aż gę­stej od le­d­wie tłu­mio­nych żądz.

– Panie i pa­no­wie! – za­grzmiał mi­ni­ster. – Moi sza­now­ni go­ście! Choć wielu spo­dzie­wa się za­pew­ne, że to pysz­ne przy­ję­cie do­bie­gnie wkrót­ce końca, za­pew­niam was: je­ste­ście w błę­dzie. Tego wie­czo­ra bo­wiem ja i moja ko­cha­na mał­żon­ka po­sta­no­wi­li­śmy po­dzie­lić się z wami na­szym skar­bem. Nie krę­puj­cie się! Cu­kie­re­czek zrobi dziś wszyst­ko, aby spra­wić wam przy­jem­ność.

Mó­wiąc to, dał znać an­dro­ido­wi, aby po­zbył się w końcu zbęd­nych fal­ba­nek. Go­ście za­czę­li wi­wa­to­wać i wzno­sić to­a­sty za hoj­ność go­spo­da­rza; co od­waż­niej­si po­zwo­li­li sobie nawet na kilka za­chę­ca­ją­cych gwiz­dów.

Choć nikt nie od­ry­wał wzro­ku od an­dro­ida, do­pie­ro drga­ją­cy świst la­se­ro­we­go pi­sto­le­tu uci­szył tłum, uświadamiając wszystkim, że wieczór nie będzie wcale tak doskonały, jak obiecywał im gospodarz.

Chwi­lę potem ciało Gha­ona opa­dło cięż­ko na zie­mię.

Jakim cudem nikt nie za­uwa­żył pi­sto­le­tu w dłoni ro­bo­ta? Jakim cudem nikt nie po­wstrzy­mał go przed po­now­nym po­cią­gnię­ciem za spust?

Anra nie mar­no­wa­ła czasu na roz­my­śla­nia. Rzu­ci­ła się na zie­mię, aby unik­nąć ko­lej­nej wiąz­ki, która prze­zna­czo­na była dla niej. An­dro­id nie zdą­żył do­brze wy­ce­lo­wać, dla­te­go la­se­ro­wy po­cisk prze­ciął Anrze ramię, za­miast tra­fić w głowę lub serce. Choć ból nie po­zba­wił jej ja­sno­ści my­śle­nia, krzy­czą­cy z prze­ra­że­nia go­ście nie po­ma­ga­li by­naj­mniej opra­co­wać planu dzia­ła­nia. Mu­sia­ła przy­naj­mniej spró­bo­wać wy­grze­bać z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki Gha­ona pilot ak­ty­wu­ją­cy ko­pu­łę ochron­ną. To tak nie­wie­le, a za­ra­zem tak dużo!

Cu­kie­re­czek, jakby zi­ry­to­wa­ny nie­po­wo­dze­niem, za­czął od­da­wać w ich stro­nę strzał za strza­łem. Po chwi­li stało się to jed­nak zu­peł­nie bez­ce­lo­we, bo Anrze udało się w końcu ak­ty­wo­wać ko­pu­łę. Nie­dłu­go potem an­dro­ida do­pa­dli uzbro­je­ni po zęby ochro­nia­rze.

 

*

 

– A jeśli to sa­mo­bój­stwo, które je­dy­nie miało przy­po­mi­nać mor­der­stwo?

– Cha’Ger od wielu lat gra nie­czy­sto – wes­tchnął Col. – Nie sądzę jed­nak, aby do­bro­wol­nie chciał zejść ze sceny po­li­tycz­nej. Zro­bił­by to zapewne dopiero po tym, jak jego brud­ne spra­wy wywołałyby w końcu wojnę. Dla­te­go wła­śnie Anra za­po­bie­gaw­czo za­tu­szo­wa­ła jego śmierć.

– Chwi­la! – za­wo­ła­ła Sue, z nie­do­wie­rza­nia sze­ro­ko otwie­ra­jąc oczy. – Czyli poza nami nikt o tym nie wie?

Co­lian wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Miał na taką ewen­tu­al­ność przy­go­to­wa­ną ko­mo­rę krio­pro­tek­cyj­ną. Nie można jej otwo­rzyć bez po­zwo­le­nia le­ka­rza, a ten jak do tej pory się na to nie zgo­dził. W swoim ze­zna­niu twier­dzi, że stan jego pa­cjen­ta jest cięż­ki, ale sta­bil­ny, na­to­miast otwo­rze­nie ko­mo­ry mo­gło­by mu za­szko­dzić.

– Na tej pod­sta­wie stwier­dzasz, że nie żyje? – oznaj­mi­ła bar­dziej niż za­py­ta­ła. – Niech bę­dzie. A co z Ada­mem?

– Z kim?

– No z an­dro­idem! – Sue po­trzą­snę­ła z uda­wa­nym roz­draż­nie­niem kar­to­te­ką. – Prze­cież nie będę na­zy­wać go „Cu­kie­recz­kiem”! Wi­dzia­łeś się już z nim?

Praw­nik po­krę­cił głową. Jak miał się przy­znać do tego, że nie po­tra­fi po­roz­ma­wiać ze swoim klien­tem? Sta­no­wi­ło to jego obo­wią­zek, ale nie miał nawet po­ję­cia jak się do tego za­brać. Wie­dział, że je­dy­nym wyj­ściem jest udo­wod­nie­nie, iż dzia­ła­nia an­dro­ida były po­dyk­to­wa­ne cięż­kim sta­nem psy­chicz­nym i wy­ni­ka­ły z chęci obro­ny wła­snej. Ale kto uwie­rzy w takie wy­ja­śnie­nie?

– Boję się – wy­znał szep­tem. Wy­cią­gnął dłoń w stro­nę Sue, która chwy­ci­ła ją mocno w kleszcze drob­nych palców. – Boję się, że jak się z nim zo­ba­czę, do­trze do mnie jak bez­na­dziej­na jest ta sy­tu­acja. Że za cho­le­rę nie uda mi się tego wy­grać.

– Nie mu­sisz od razu wy­gry­wać, Col. Na po­czą­tek mo­żesz po pro­stu spró­bo­wać z nim po­roz­ma­wiać.

– A jeśli on… – ugryzł się w język.

– Jeśli jest tylko zwy­kłym an­dro­idem? – Sue spró­bo­wa­ła do­koń­czyć za niego.

Po­krę­cił głową i zaczął jeszcze raz:

– Jeśli nie jest już zwy­kłym an­dro­idem?

 

*

 

Nie po raz pierw­szy od­wie­dzał wię­zie­nie. Z więk­szość pra­cow­ni­ków znał się przy­naj­mniej z wi­dze­nia, nie­któ­rzy nawet po­zdra­wia­li go ski­nie­niem głową, gdy ich mijał. Tym razem jed­nak nie do­da­wa­ło mu to otu­chy. Jasne ścia­ny z bio­alu jesz­cze nigdy nie wy­da­ły mu się tak nie­przy­ja­zne. W dłoni mocno ści­skał prze­pust­kę, bojąc się, że któ­ryś ze spraw­dza­ją­cych ją straż­ni­ków pod­wa­ży słusz­ność ta­kiej wi­zy­ty i ode­śle go do wyj­ścia.

Za­ci­snął moc­niej zęby i scho­wał nie­pew­ność do kie­sze­ni płasz­cza.

Ostat­ni z nad­zor­ców na szczę­ście był czło­wie­kiem. Nie zniósł­by chyba myśli, że jego bez­pie­czeń­stwo może za­le­żeć od ro­bo­ta.

– Wie pan jak to ob­słu­gi­wać, praw­da? – za­py­tał, wrę­cza­jąc mu ma­łe­go pi­lo­ta.

Co­lian ski­nął głową. Gdyby miał do czy­nie­nia z an­dro­idem, mu­siał­by po raz ko­lej­ny wy­słu­chać in­struk­cji ob­słu­gi pi­lo­ta, który na dobrą spra­wę skła­dał się tylko z dwóch przy­ci­sków i po­krę­tła. Zie­lo­ny przy­cisk otwie­rał celę, czer­wo­ny włą­czał alarm, na­to­miast po­krę­tło po­zwa­la­ło na do­sto­so­wa­nie prze­pusz­czal­no­ści dźwię­ków do po­trzeb od­wie­dza­ją­ce­go.

– Nie po­win­no mi to zająć wię­cej niż go­dzi­nę – od­parł Col.

Straż­nik po­dzię­ko­wał mu za tę in­for­ma­cję i zo­sta­wił sa­me­go przed celą. Ne­iboth ode­tchnął głę­bo­ko i wgniótł kciu­kiem zie­lo­ny przy­cisk. Kraty roz­su­nę­ły się cicho wpusz­cza­jąc go do środ­ka i za­su­nę­ły zaraz za nim. W celi znaj­do­wa­ło się je­dy­nie wą­skie łóżko, sto­lik i dwa krze­sła. Bra­ko­wa­ło tam ja­kich­kol­wiek udo­god­nień, które za­pew­nia­no lu­dziom.

An­dro­id leżał na łóżku w po­zy­cji em­brio­nal­nej. Nie mógł od­czu­wać zmę­cze­nia ani sen­no­ści, po­dyk­to­wa­ne więc było to za­pew­ne bra­kiem bodź­ców, na które mógł­by od­po­wie­dzieć. Pa­ra­dok­sal­nie wielu ludzi za­cho­wy­wa­ło się do­kład­nie tak samo pod­czas pierw­szych go­dzin w wię­zie­niu. Roz­draż­nie­nie i nad­po­bu­dli­wość po­ja­wia­ły się dużo póź­niej. Cie­ka­we… Skoro an­dro­id re­ago­wał w ten sam spo­sób co lu­dzie, ozna­cza­ło to, że jego sys­tem ope­ra­cyj­ny po­zwa­lał na od­bie­ra­nie i ana­li­zę ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści tak samo jak robił to ludz­ki umysł?

Prze­su­wa­jąc pod pal­ca­mi po­krę­tło pi­lo­ta włą­czył wszyst­kie dźwię­kosz­czel­ne ba­rie­ry celi, po czym od­su­nął krze­sło od stołu i usiadł. Za­alar­mo­wa­ny dźwię­kiem an­dro­id pod­niósł się z łóżka i spoj­rzał na niego wy­cze­ku­ją­co. Do­pie­ro teraz Co­lian mógł zo­ba­czyć jego twarz. Bet­ty-re­cep­cjo­nist­ka była przy nim zwy­kłym za­byt­kiem. Gdyby nie wie­dział, że to an­dro­id, mógł­by nawet po­my­śleć, iż ma do czy­nie­nia z żywą isto­tą. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny, robot wy­da­wał się sta­now­czo zbyt ide­al­ny.

– Panie? – za­py­tał jakby nie­śmia­ło, świ­dru­jąc go zie­lo­ny­mi ocza­mi.

– Na­zy­wam się Co­lian Ne­iboth i będę twoim ad­wo­ka­tem. Pro­szę, usiądź przy stole, Ada­mie.

– Prze­pra­szam, ale to chyba po­mył­ka – od­parł an­dro­id, a ką­ci­ki jego ust za­drża­ły lekko, zu­peł­nie jakby wła­śnie stłu­mił śmiech.

Co­lia­no­wi na­to­miast le­d­wie udało się stłu­mić ci­sną­ce się na język prze­kleń­stwo.

– Wy­bacz. Twoje imię jakoś nie prze­cho­dzi mi przez gar­dło, a na­zy­wa­nie cię NBH-97001 jest chyba zbyt…

– Adam? – prze­rwał mu an­dro­id sia­da­jąc po dru­giej stro­nie stołu.

– Zna­jo­ma zasugerowała to imię, bo jej zda­niem pa­su­je do two­jej spra­wy – wy­ja­śnił Ne­iboth. Pod na­po­rem spoj­rze­nia AI za­czął mieć wąt­pli­wo­ści co do tego, czy przy­cho­dze­nie tu było do­brym po­my­słem. Spró­bo­wał się uśmiech­nąć. – Jeśli ci się nie po­do­ba, mogę za­pro­po­no­wać coś in­ne­go.

– Nada­łeś mi to imię, bo twoim zda­niem ob­ró­ci­łem się prze­ciw­ko rasie swo­ich stwór­ców? – za­py­tał android, prze­krzy­wia­jąc lekko głowę, zu­peł­nie jakby się nad czymś za­sta­na­wiał. Kilka ko­smy­ków kasz­ta­no­wych loków prze­śli­zgnę­ło się mu po ra­mie­niu. – Czyli gdy­bym ze­psuł mik­ser, był­bym Ka­inem?

Ne­iboth omal się nie za­chły­snął. Długą chwi­lę za­ję­ło mu zro­zu­mie­nie, że an­dro­id na­praw­dę pró­bo­wał za­żar­to­wać. Zi­ści­ły się jego obawy. Nie miał do czy­nie­nia ze zwy­kłym AI. Gra­ni­ca mię­dzy czło­wie­kiem a ro­bo­tem zo­sta­ła zu­peł­nie za­tar­ta.

– Rów­nie do­brze mo­gła­by po­wie­dzieć „Bob” – od­parł, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, wciąż nie­pew­ny czy po­wi­nien cie­szyć się czy ra­czej bać. – Więk­szość jej po­my­słów na imio­na nie­wie­le ma wspól­ne­go z lo­gi­ką.

Adam ski­nął głową i uśmiech­nął się blado. W jego za­cho­wa­niu było coś bar­dzo ludz­kie­go, a za­ra­zem ce­cho­wa­ło się ono oszczęd­no­ścią kom­pu­te­ra usta­wio­ne­go na eko­no­micz­ne zu­ży­wa­nie ener­gii. Gdyby miał do czy­nie­nia z czło­wie­kiem, po­my­ślał­by, że AI boi się za­an­ga­żo­wać w zna­jo­mość, która jego zda­niem i tak nie mia­ła­by żad­nej przy­szło­ści. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny w takim za­cho­wa­niu było wię­cej wy­ra­cho­wa­nia ty­po­we­go dla ma­szyn niż ludz­kiej nie­śmia­ło­ści.

– Dzię­ku­ję, że przy­szedł pan się ze mną zo­ba­czyć, ale to bez­ce­lo­we – oznaj­mił an­dro­id bar­dzo spo­koj­nie, po­twier­dza­jąc tym samym przy­pusz­cze­nia Ne­ibo­tha. – Je­stem go­to­wy po­nieść karę za zbrod­nię. Nie po­trze­bu­ję nic na swoją obro­nę. Do­sta­nie pan wy­na­gro­dze­nie bez wzglę­du na wynik roz­pra­wy, dla­te­go wo­lał­bym oszczę­dzić panu tru­dów…

– Przy­kro mi, ale to nie jest kwe­stia wy­na­gro­dze­nia – Ne­iboth prze­rwał mu i ob­ser­wo­wał zdzi­wie­nie roz­kwi­ta­ją­ce w zie­lo­nych oczach, za­sta­na­wia­jąc się czy jest to je­dy­nie wynik ak­ty­wa­cji okre­ślo­nych al­go­ryt­mów czy też prze­błysk cze­goś znacz­nie głęb­sze­go. – Nie był­bym do­brym praw­ni­kiem, gdy­bym bez walki pod­dał spra­wę, którą mógł­bym wy­grać. Na­to­miast wy­gry­wa­jąc tę spra­wę mógł­bym zy­skać na roz­gło­sie.

Tym razem od­niósł wra­że­nie, że roz­cza­ro­wał an­dro­ida. Za­pa­dła mię­dzy nimi nie­zręcz­na cisza. Zdą­żył już po­znać Adama na tyle, że po­czuł się nie­mal ura­żo­ny bra­kiem bły­ska­wicz­nej ri­po­sty. Czyż­by nie prze­wi­dział ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy? A może oba­wiał się wy­rzu­cić z sie­bie wszyst­kie dane, które ci­snę­ły mu się na język?

– Przy­kro mi – po­wtó­rzył Co­lian. – Tu cho­dzi o moją am­bi­cję.

– Ro­zu­miem – od­parł an­dro­id przy­ga­szo­nym gło­sem. – Co zatem za­mie­rzasz ze mną zro­bić, jeśli wy­grasz?

Ne­iboth za­chły­snął się po­wie­trzem. Ten sztucz­ny twór po raz ko­lej­ny z niego za­kpił, a co gor­sza: po raz ko­lej­ny tra­fił w sedno. Ich sy­tu­acja była bez­pre­ce­den­so­wa. Gdzieś głę­bo­ko we wnę­trzu Cola, zaraz obok prze­ra­że­nia i znie­sma­cze­nia, za­gnieź­dzi­ło się prze­świad­cze­nie, że w rze­czy­wi­sto­ści ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem.

Pro­blem po­le­gał na tym, że Adam był rów­nie da­le­ki od bycia czło­wie­kiem, co Col od bycia psem. Ow­szem, mógł sta­nąć na czwo­ra­ka i za­szcze­kać, ale nikt by tego nie kupił. Cho­ciaż sę­dzia zaj­mu­ją­cy się tą spra­wą orzekł, że Adam po­wi­nien być trak­to­wa­ny jako od­dziel­na stro­na, nikt o zdro­wych zmy­słach nie wy­pu­ści go prze­cież na ulice sa­mo­pas. Był w końcu an­dro­idem, który zgod­nie z pra­wem mu­siał do kogoś na­le­żeć.

– Czy mo­że­my wró­cić do tego pro­ble­mu póź­niej? – za­pro­po­no­wał Ne­iboth.

– Nie­ste­ty, ale nie mogę się na to zgo­dzić – od­parł Adam. – Gdy pró­bo­wa­łem zabić Cha’Gerów byłem już po­go­dzo­ny z myślą, że to mój ko­niec. Nie mam żad­nych per­spek­tyw na przy­szłość. W końcu nawet jeśli wygra pan moją spra­wę, to co otrzy­mam, nie­wie­le bę­dzie miało wspól­ne­go z wol­no­ścią. Dla­te­go jeśli chce pan skło­nić mnie do współ­pra­cy, musi pan za­pro­po­no­wać jakiś plan na przy­szłość.

– Bę­dziesz mógł miesz­kać u mnie – za­pro­po­no­wał Co­lian nim zdo­łał się ugryźć w język. Niech szlag weź­mie ten wy­uczo­ny al­tru­izm! – Przez jakiś czas – dodał po­spiesz­nie, zu­peł­nie jakby to miało co­kol­wiek zmie­nić.

– Ooooch – Adam wes­tchnął prze­cią­gle i uśmiech­nął się sze­ro­ko. Próż­no by­ło­by jed­nak w tym gry­ma­sie szu­kać choć­by śladu wdzięcz­no­ści. Po­chy­lił się nad sto­łem, a pod nim za­ło­żył nogę na nogę, trą­ca­jąc przy tym stopą ko­la­no Co­lia­na. – A zatem tak na­praw­dę za­mie­rza pan wy­grać moją spra­wę je­dy­nie dla przy­ziem­nych, ma­te­rial­nych ko­rzy­ści… Cóż, nie ukry­wam, że czuję się nie­zwy­kle za­szczy­co­ny pań­ską pro­po­zy­cją, ale czy to przy­pad­kiem nie bę­dzie ła­pów­ka?

Ne­iboth miał ocho­tę za­cząć walić głową w stół, pod­ło­gę, ścia­nę, albo co­kol­wiek in­ne­go, by­le­by tylko raz na za­wsze wy­ple­nić z sie­bie chęć nie­sie­nia po­mo­cy innym. Nie­ste­ty, god­ność oso­bi­sta ka­za­ła mu dalej sie­dzieć na krze­śle i być może wła­śnie dla­te­go wy­mu­sił na sobie głę­bo­ki spo­kój i od­parł:

– Za­pew­niam cię, że nie mia­łem nic złego na myśli. Jeśli per­spek­ty­wa sko­rzy­sta­nia z mojej go­ścin­no­ści tak bar­dzo cię od­rzu­ca, po­pro­szę o pomoc Sue. A jeśli nawet to bę­dzie twoim zda­niem ła­pów­ką, mogę wy­na­jąć pokój w ho­te­lu. Nie ocze­kuj luk­su­sów, ale gwa­ran­tu­ję, że…

– Dzię­ku­ję – Adam prze­rwał mu, opie­ra­jąc się z po­wro­tem na krze­śle. Jego twarz roz­ja­śnił naj­pięk­niej­szy uśmiech, jaki Ne­iboth wi­dział w całym życiu; uśmiech pełen wdzięcz­no­ści i przy­wró­co­nej na­dziei, który sam w sobie mógł­by sta­no­wić nie lada ła­pów­kę. – Jesz­cze nikt nigdy nie pró­bo­wał mi pomóc. Dzię­ku­ję – po­wtó­rzył szep­tem.

– To ja po­wi­nie­nem ci po­dzię­ko­wać, że po­sta­no­wi­łeś tę pomoc przy­jąć.

 

*

 

– Nie mogę uwie­rzyć, że za­pro­po­no­wa­łeś mu miesz­ka­nie z sobą – Sue aż za­trzę­sła się za śmie­chu. Col miał na­dzie­ję, że ten wy­buch we­so­ło­ści miał wię­cej wspól­ne­go z małp­ką, która szu­ka­jąc sma­ko­ły­ków wpa­dła jej ze koł­nierz, niż z jego re­we­la­cja­mi.

– Chcia­łem go jakoś pod­nieść na duchu – od­parł, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Na moim miej­scu pew­nie zro­bi­ła­byś do­kład­nie to samo.

– Wie­dząc, co ci od­po­wie­dział? Szcze­rze wąt­pię – prych­nę­ła.

Było późne po­po­łu­dnie i niebo po­kry­ło się już cie­płym szkar­ła­tem nad­cho­dzą­ce­go zmierz­chu. Sie­dzie­li razem w parku, po­zwa­la­jąc aby po­zba­wio­ne skru­pu­łów zwie­rzę­ta pe­ne­tro­wa­ły ich ubra­nia. Na­rze­ka­nia Sue na wy­bred­nych klien­tów sta­no­wi­ły jak zwy­kle je­dy­nie for­mal­no­ść, nie można było tego jed­nak po­wie­dzieć o Co­lia­nie. Jego pro­ble­my z klien­tem zdawały się jak naj­bar­dziej re­al­ne, a na miej­scu jed­ne­go roz­wią­za­ne­go, błyskawicznie po­ja­wia­ły się trzy ko­lej­ne.

– Źle go oce­niasz – skar­cił dziewczynę. – Po­win­naś go po­znać zanim…

– My­ślisz, że mo­gła­bym go po­znać? – prze­rwa­ła, a w jej oczach za­pło­nę­ło nie­ocze­ki­wa­ne pod­nie­ce­nie. – Nie wiem tylko na ja­kiej pod­sta­wie mie­li­by mi wydać prze­pust­kę do wię­zie­nia.

– Tobie rze­czy­wi­ście nie. Ale jemu mogą wydać.

 

*

 

Przez dłuż­szą chwi­lę za­sta­na­wiał się, czemu zro­bił to, co zro­bił. Dla­cze­go po­mysł, który pod­su­nę­ła Sue nagle wydał się tak ku­szą­cy? Ow­szem, zga­dzał się już wcze­śniej na takie roz­wią­za­nia, głów­nie po to aby le­piej po­znać klien­ta, ale w tej sy­tu­acji – jaki wła­ści­wie miało to sens? Adam wy­da­wał się być bar­dzo nie­chęt­ny do współ­pra­cy; i to w każ­dym moż­li­wym aspek­cie. Dla­cze­go zatem wła­śnie wy­peł­nił wszyst­kie for­mal­no­ści nie­zbęd­ne, aby móc wy­cią­gnąć go na jeden dzień z wię­zie­nia?

Torba z ubra­nia­mi, w które miał się prze­brać Adam, cią­ży­ła mu bo­le­śnie na ra­mie­niu. Nie był w sta­nie usie­dzieć w miej­scu, dla­te­go cho­dził w kółko po po­cze­kal­ni. Zu­peł­nie jakby to miało w czym­kol­wiek pomóc.

Był na sie­bie wście­kły. Naj­zwy­czaj­niej po raz ko­lej­ny dał się pod­pu­ścić Sue. Nie miał jej tego spe­cjal­nie za złe, bo sam był cie­ka­wy, jak Adam za­cho­wa się w innym oto­cze­niu, ale bał się brać za to od­po­wie­dzial­ność. Zbyt wiele rze­czy mogło pójść nie tak.

Ciche od­chrząk­nię­cie zwró­ci­ło jego uwagę w stro­nę drzwi. Po­mię­dzy dwoma ro­sły­mi straż­ni­ka­mi wię­zien­ny­mi stał Adam, który teraz wydał się dziw­nie wątły i kru­chy. Zu­peł­nie jakby jemu ten po­mysł również nie­spe­cjal­nie się po­do­bał. Za­pew­ne w celi czuł się bez­piecz­niej. Po­zo­sta­jąc w niej nie mu­siał do­sto­so­wy­wać się do no­wych sy­tu­acji ani po­dej­mo­wać żad­nych sa­mo­dziel­nych de­cy­zji. Dla an­dro­ida taki układ był za­pew­ne naj­wy­god­niej­szy.

– Miło pana znów wi­dzieć, panie Ne­iboth – po­wi­tał go uprzej­mie. Choć jego głos po­wi­nien być po­zba­wio­ny emo­cji, Co­lia­no­wi po raz ko­lej­ny udało się wy­chwy­cić jawną kpinę.

– Cie­bie rów­nież, Ada­mie – od­parł, siląc się na swo­bod­ny ton. – Przy­nio­słem ci ubra­nia na zmia­nę, bo po­my­śla­łem, że mo­żesz nie mieć wła­snych.

– Och, mam mnó­stwo wła­snych… ubrań – za­prze­czył AI z dziw­nym uśmie­chem. – Pro­blem w tym, że one nie na­da­ją się do no­sze­nia.

– Do czego się zatem na­da­ją? – za­py­tał Col bar­dziej od­ru­cho­wo niż z cie­ka­wo­ści i po raz ko­lej­ny po­ża­ło­wał, że nie zdą­żył się ugryźć w język.

– Tylko do zdej­mo­wa­nia, panie Ne­iboth.

Usły­szał stłu­mio­ne par­sk­nię­cie straż­ni­ków, któ­rzy od­da­li­li się dys­kret­nie, nie na tyle jed­nak, aby nie móc pod­słu­chać roz­mo­wy. W my­ślach mio­tał prze­kleń­stwa­mi, które nigdy nie prze­szły­by przez usta komuś z jego wy­kształ­ce­niem. Nie po raz pierw­szy mu­siał stłu­mić swój gniew, miał więc w tym nie­złą wpra­wę. Zdo­łał nawet uśmiech­nąć się blado gdy po­da­wał an­dro­ido­wi torbę.

Adam przy­jął pre­zent z cał­kiem do­brze skry­wa­ną wdzięcz­no­ścią, po czym za­czął nie­dba­le zdej­mo­wać po­ma­rań­czo­wy strój wię­zien­ny. Col od­wró­cił się do niego ple­ca­mi, igno­ru­jąc roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie, które mu po­słał. Czy za­cho­wa­nie Neibotha było na­praw­dę aż tak dziw­ne? Ow­szem, miał świa­do­mość do czego za­zwy­czaj wy­ko­rzy­sty­wa­ne są an­dro­idy takie jak Adam, ale sam nigdy by się do tego nie zni­żył.

Było coś bar­dzo pod­łe­go w wy­ko­rzy­sty­wa­niu bez­wol­nych AI do tak przy­ziem­nych po­trzeb. Bio­rąc pod uwagę, że Adam do­sta­wał rów­nież zle­ce­nia mor­derstw, Cola nie spe­cjal­nie za­sko­czył fak­t, że tak zaawansowany technologicznie android po­sta­no­wił w końcu ze­rwać się ze smy­czy.

Tylko czy ten fakt zo­sta­nie po­zy­tyw­nie przy­ję­ty pod­czas roz­pra­wy? Co do tego nie mógł mieć pew­no­ści. Więk­szość ludzi była zda­nia, że zbrod­nia po­peł­nio­na na an­dro­idzie nie jest w rze­czy­wi­sto­ści zbrod­nią. Ale skoro an­dro­idy wy­glą­da­ły jak lu­dzie, cho­dzi­ły jak lu­dzie, mó­wi­ły jak lu­dzie i były w sta­nie wy­ko­nać więk­szość po­wie­rzo­nych im zadań, to czy nie po­win­no się ich trak­to­wać tak jak ludzi? Skoro ktoś był w sta­nie upodlić an­dro­ida, to czy znaj­dzie się co­kol­wiek, co po­wstrzy­ma go przed skrzyw­dze­niem czło­wie­ka?

Czy uda mu się wy­grać spra­wę, od­wo­łu­jąc się do ludz­kiej mo­ral­no­ści? Czy jak naj­bar­dziej słusz­ny sa­mo­sąd mógł być wy­ba­czo­ny, gdy w grę wcho­dzi­ło życie mi­ni­stra?

– Skoń­czy­łem – oznaj­mił Adam, sztur­cha­jąc Cola lekko w ramię i od­da­jąc torbę. Wię­zien­ne ubra­nie zo­sta­wił rzu­co­ne na zie­mię. Nie, nie dla­te­go, że nie po­tra­fił się nim zająć. Po pro­stu do tej pory jego obo­wią­zek wobec ubrań ogra­ni­czał się do ich zdej­mo­wa­nia.

Co­lian po­czuł dziw­ne ukłu­cie w oko­li­cach most­ka, do­dat­ko­wo spo­tę­go­wa­ne wi­do­kiem an­dro­ida w sza­rej ko­szu­li i czar­nych spodniach. Stłu­mio­ne ko­lo­ry nada­ły mu bar­dziej ludz­ki wy­gląd, spra­wia­jąc, że prze­stał być tak bar­dzo poza za­się­giem Cola. Teraz adwokat miał przy­naj­mniej złu­dze­nie, że uda mu się do­trzeć do niego i na­kło­nić do współ­pra­cy.

– To twoje ubra­nia? – za­py­tał Adam. Pal­ca­mi pró­bo­wał roz­cze­sać włosy i do­pro­wa­dzić je do po­rząd­ku, nie szło mu to jed­nak naj­le­piej.

– Ow­szem, ale mo­żesz je za­trzy­mać.

– Czy to ozna­cza, że jesz­cze kie­dyś bę­dzie się pan ubie­gał o prze­pust­kę dla mnie? Nie są­dzi­łem, że tak bar­dzo lubi pan prze­by­wać w moim to­wa­rzy­stwie.

Col wes­tchnął. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że an­dro­id był nie­re­for­mo­wal­ny w swoim cy­ni­zmie. Trud­no, zda­rza­ły się więk­sze tra­ge­die.

– W czymś bę­dziesz mu­siał sta­nąć przed sądem. I nie mów mi, że wszy­scy wo­le­li­by gdy­byś po­ka­zał się nago, bo do­brze wiesz, że to nie­praw­da.

– Cóż, nie po­wie­dział­bym…

– Skończ już z tą farsą – syk­nął Col. – Dali ci szan­sę na bycie czło­wie­kiem, więc mu­sisz ją teraz do­brze wy­ko­rzy­stać. Jeśli nie chcesz tego zro­bić dla sie­bie, przy­naj­mniej zrób to dla mnie. I nie mu­sisz mówić do mnie per pan. A two­imi wło­sa­mi zaj­mie się Sue, więc prze­stań je szar­pać.

– Nadal nie ro­zu­miem, co ta­kie­go za­mie­rzasz zy­skać przez wy­gra­nie mojej spra­wy – wy­znał AI, kie­ru­jąc się za Colem w stro­nę wyj­ścia. – Prze­cież już je­steś po­pu­lar­ny.

– To kwe­stia am­bi­cji.

– Mu­sia­łem zabić cał­kiem sporo osób w imię am­bi­cji Cha’Gera. Czy twoja am­bi­cja też bę­dzie tego wy­ma­gać?

– Szcze­rze w to wąt­pię.

– To do­brze. Nie lubię za­bi­jać ludzi.

Jego motor stał za­par­ko­wa­ny przed wię­zie­niem. Czu­jąc nie­od­par­tą po­trze­bę, aby jak naj­szyb­ciej się stam­tąd ulot­nić, Col zła­pał AI za ramię i we­pchnął na tylne sie­dze­nie. Choć wy­czuł w nim pe­wien opór, nie na­po­tkał na żaden jed­no­znacz­ny sprze­ciw. Prze­ciw­nie – Adam pod­dał się jego woli, dys­kret­nie uświa­da­mia­jąc co do wszyst­kich zwią­za­nych z tym kon­se­kwen­cji. Mógł zro­bić z tą atra­pą czło­wie­ka ab­so­lut­nie wszyst­ko i nic nie by­ło­by w sta­nie go po­wstrzy­mać. Po­czuł obrzy­dze­nie, ale miał na­dzie­ję, że nie dał tego po sobie po­znać.

Usiadł przed an­dro­idem i od­pa­lił sil­nik. Co miało zna­czyć „nie lubię za­bi­jać ludzi”? Czy nie po­wi­nien po­wie­dzieć ra­czej: „nie wolno mi za­bi­jać ludzi”? Takie stwier­dze­nie by­ło­by nie tylko bliż­sze praw­dy, ale i bar­dziej wła­ści­we dla an­dro­ida. Spo­sób, w jaki to po­wie­dział świad­czył o tym, że po­sia­da nie tylko wła­sną opi­nię, ale i uczu­cia.

Dla­cze­go Cola tak bar­dzo to prze­ra­ża­ło? Czy to nie le­piej, że pier­wia­stek ludz­ki w Ada­mie prze­wa­żał nad tym sztucz­nym? Czy to nie dzia­ła­ło na ich ko­rzyść?

Motor wy­rwał z miej­sca i wzbił się w po­wie­trze. Nagłe szarp­nię­cie zmu­si­ło Adama do ob­ję­cia Cola. Wi­docz­nie nie był przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich środ­ków trans­por­tu, bo ukrył twarz za jego ra­mie­niem. Czyż­by w ten spo­sób prze­ja­wiał się jego in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy? Czy to w ogóle moż­li­we, aby AI bało się o swoje bez­pie­czeń­stwo? Prze­cież jesz­cze nie­daw­no z utę­sk­nie­niem cze­kał na wyrok ska­zu­ją­cy go na śmierć!

Wy­lą­do­wa­li na­prze­ciw­ko za­kła­du ko­sme­tycz­ne­go Sue. Le­d­wie motor przy­warł do ziemi, Adam ze­sko­czył z niego i od­su­nął się na bez­piecz­ną od­le­głość.

– Nigdy wcze­śniej nie je­cha­łeś mo­to­rem? – za­śmiał się Col.

– Nie – przy­znał nie­chęt­nie AI. – I wo­lał­bym tego nie po­wta­rzać.

– Nie­ste­ty, to mój je­dy­ny śro­dek trans­por­tu, a jakoś prze­cież muszę od­sta­wić cię do wię­zie­nia.

– Je­stem gotów po­świę­cić moje za­pa­sy ener­gii i pójść tam na pie­cho­tę – od­parł za­dzior­nie, po czym prze­niósł spoj­rze­nie na szyld sa­lo­nu ko­sme­tycz­ne­go. – To tutaj pra­cu­je twoja Sue?

Col po­czuł jak czer­wie­nie­ją mu po­licz­ki.

– Ona nie jest moja.

– Aku­rat.

– Co to niby miało zna­czyć?

– Do­sko­na­le wiesz, co to zna­czy.

– Nie wy­da­je mi się.

– Col! Długo jesz­cze za­mie­rzasz tam stać? – za­wo­ła­ła do nich Sue, wy­chy­la­jąc się przez drzwi sa­lo­nu.

Adam zmie­rzył ją uważ­nym spoj­rze­niem ja­do­wi­cie zie­lo­nych oczu, co ku za­sko­cze­niu Cola ani tro­chę nie spe­szy­ło dziewczyny. Prze­ciw­nie, po­sła­ła mu pro­mien­ny uśmiech i po­ma­cha­ła za­chę­ca­ją­co ręką. Jesz­cze dziw­niej­sze było to, że an­dro­id od­wza­jem­nił ten opty­mizm i nie cze­ka­jąc na Cola po­biegł do niej.

– Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś wcze­śniej, że jest taki uro­czy? – za­py­ta­ła Sue, ba­da­jąc pal­ca­mi twarz i włosy AI.

Ne­iboth prze­krzy­wił głowę i wes­tchnął.

– Nie wie­dzia­łem, że to aż tak istot­ne.

– Oczy­wi­ście, że istot­ne! – ob­ru­szy­ła się Sue. Zła­pa­ła Adama za rękaw i wcią­gnę­ła do sa­lo­nu. – Gdy­byś od razu mi o tym po­wie­dział, nie mu­siał­byś bła­gać na ko­la­nach o ter­min!

– Ko­bie­ty! – jęk­nął bez­rad­nie, na co Adam po­słał mu roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie.

– Jak masz na­rze­kać to le­piej zo­stań w po­cze­kal­ni – skar­ci­ła Sue.

– I tak nie mia­łem ocho­ty pa­trzeć na te tor­tu­ry.

Roz­siadł się wy­god­nie na sofie i się­gnął po pierw­szą z brze­gu ga­ze­tę. Nie­spe­cjal­nie jed­nak in­te­re­so­wa­ły go naj­now­sze osią­gnię­cia w dzie­dzi­nie chi­rur­gii pla­stycz­nej, wy­ko­rzy­sta­nie róż­nych dziw­nych sub­stan­cji jako ko­sme­ty­ków, ani tym bar­dziej smacz­ki z pry­wat­ne­go życia ce­le­bry­tów. Wolał kątem oka śle­dzić jak Sue radzi sobie z Ada­mem. Wbrew temu co po­wie­dzia­ła, to ona na­le­ga­ła na wi­zy­tę. Twier­dzi­ła, że dzię­ki temu AI ła­twiej bę­dzie się otwo­rzyć.

Na swoje nie­szczę­ście nie umiał się z nią kłó­cić. Udało mu się je­dy­nie wy­bła­gać, aby nie prze­sa­dzi­ła z ozdo­ba­mi. Nie dla­te­go, że by mu to prze­szka­dza­ło. Po pro­stu miał wra­że­nie, że prze­pych mógł­by przy­po­mnieć Ada­mo­wi życie, od którego tak bar­dzo chciał uciec.

Z dru­giej stro­ny sta­no­wi­ło to dla niego je­dy­nie zbiór da­nych, praw­da? Gdyby chciał się od nich od­ciąć mógł­by je zwy­czaj­nie wy­ka­so­wać. I to naj­praw­do­po­dob­niej bez żad­nej szko­dy dla sys­te­mu ope­ra­cyj­ne­go. Pod tym wzglę­dem miał znacz­nie le­piej niż więk­szość ludzi w podobnej sy­tu­acji. Cho­ciaż… Może to wła­śnie te wspo­mnie­nia były klu­czem do tego, czym się stał? Może to wła­śnie one po­zwo­li­ły mu wy­ko­nać de­cy­du­ją­cy krok w stro­nę sta­nia się czło­wie­kiem? Jak w tej sy­tu­acji mógł ocze­ki­wać od niego, że z nich zre­zy­gnu­je?

Z roz­ba­wie­niem ob­ser­wo­wał jak Sue nad­ska­ki­wa­ła Ada­mo­wi, śmie­jąc się przy tym, pro­mie­nie­jąc… Jego Sue? Nigdy nie my­ślał o niej w ten spo­sób. Czy tkwi­ło w tym stwier­dze­niu choć ziar­no praw­dy? Znali się od tak dawna, że od­ru­cho­wo my­ślał o niej jak o naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce. Miał też pew­ność, że dziewczyna myśli o nim do­kład­nie to samo. W końcu gdyby czuła coś wię­cej, na pewno by o tym wie­dział, praw­da?

Wes­tchnął prze­cią­gle. Nie. Na pewno by nie wie­dział. Gdyby go ko­cha­ła nie przy­zna­ła­by mu się do tego ani sło­wem. Wy­bra­ła­by pewną przy­jaźń zamiast nie­pew­nej mi­łości, by­le­by tylko móc trwać u jego boku. Taka wła­śnie była Sue – nigdy nie za­ry­zy­ko­wa­ła­by stra­ty kogoś bli­skie­go. On zresz­tą po­dzie­lał jej zda­nie.

– Hej, smut­ny ma­rzy­cie­lu – usły­szał tuż nad uchem, na co od­ru­cho­wo pod­niósł wzrok. Adam po­chy­lał się nad nim z wy­mow­nym uśmie­chem i pro­stym war­ko­czem prze­rzu­co­nym przez ramię.

– Tak szyb­ko? – spy­tał prze­no­sząc spoj­rze­nie z AI na Sue.

– Sam prze­cież chcia­łeś, żebym nie wy­dzi­wia­ła – jęk­nę­ła dziew­czy­na z uda­wa­ną iry­ta­cją. – Nie na­rze­kaj teraz, z łaski swo­jej, że za szyb­ko skoń­czy­łam!

– Do­brze, już do­brze – ska­pi­tu­lo­wał Col, pod­no­sząc się z sofy. – Jak skoń­czysz zmia­nę, do­łącz do nas w parku – rzu­cił jesz­cze przez ramię i, cią­gnąc za sobą an­dro­ida, wy­szedł z sa­lo­nu.

Spo­dzie­wa­jąc się gło­śne­go sprze­ci­wu wobec po­dró­ży jego uko­cha­nym mo­to­rem, po­sta­no­wił się przejść. Adam szyb­ko zo­rien­to­wał się w sy­tu­acji i z wdzięcz­no­ścią chwy­cił jego dłoń, spla­ta­jąc ich palce.

– Dzię­ku­ję – szep­nął.

– Bez prze­sa­dy – prych­nął Col, za­kło­po­ta­ny takim ob­ro­tem spraw. – Spa­cer do­brze mi zrobi, więc…

– Nie tylko to mia­łem na myśli – prze­rwał mu AI. – Chcia­łem ci po­dzię­ko­wać za ten dzień. Jesz­cze nigdy nie mia­łem szan­sy pobyć tak długo na wol­no­ści. Je­stem ci za to bar­dzo wdzięcz­ny.

– Ten dzień się jesz­cze nie skoń­czył.

– To praw­da. I tym bar­dziej się z niego cie­szę.

Nie spo­dzie­wał się ta­kie­go en­tu­zja­zmu. Ani ja­kiej­kol­wiek po­zy­tyw­nej re­ak­cji. Moż­li­we, że nawet ocze­ki­wał złego ob­ro­tu spraw. Miał­by wtedy czy­ste su­mie­nie. W od­po­wie­dzi na nie­chęć Adama mógł­by wy­przeć się całej swo­jej sym­pa­tii do niego, za­miast an­ga­żo­wać się jesz­cze bar­dziej. Nie mógł w końcu z góry za­ło­żyć, że nowy klient z miej­sca po­lu­bi Sue i bez resz­ty za­ko­cha się w ich ulu­bio­nym parku.

Gdyby od­pu­ścił sobie ten dzień i za­miast tego zo­stał w domu, za­pew­ne byłby dużo szczę­śliw­szym czło­wie­kiem.

 

*

 

Deszcz siekł mu bez­li­to­śnie twarz, zmie­nia­jąc go w mokrą kupkę nie­szczęść. W całej ka­rie­rze nie prze­żył tak bez­owoc­ne­go i po­ni­ża­ją­ce­go dnia. Praw­da, prze­trwał wiele roz­praw i prze­słu­chań, które nie po­szły po jego myśli, ale dawno już żadna po­raż­ka go tak nie za­bo­la­ła.

Wię­zien­ni straż­ni­cy prze­pu­ści­li go bez żad­nych pytań. Z wy­prze­dze­niem za­po­wie­dział wi­zy­tę, nie mu­siał więc teraz tłu­ma­czyć upar­tym nad­zor­com swo­ich praw do kon­sul­ta­cji z klien­tem. Cie­ka­we jak Adam przyj­mie no­wi­ny. W sumie udało mu cał­kiem sporo ugrać, ale nie zmie­nia­ło to faktu, że bez­pow­rot­nie stra­cił atu­to­wą kartę.

– Spo­dzie­wa­łem się, że mo­żesz być tro­chę roz­cza­ro­wa­ny, ale nie aż do tego stop­nia – za­śmiał się Adam za­miast po­wi­ta­nia.

– Co cię tak bawi? – od­wark­nął Col, opa­da­jąc cięż­ko na krze­sło.

– Ostrze­ga­łem cię prze­cież, że Cha’Gerów stać nie tylko na naj­lep­szych praw­ni­ków, ale i na prze­ku­pie­nie sę­dzie­go.

– Świad­ków też już wy­ku­pi­li – prych­nął Ne­iboth.

Adam usiadł na­prze­ciw­ko z co naj­mniej nie­po­waż­nym uśmie­chem na twa­rzy. Zła­pał Cola za dłoń i za­czął gła­dzić ją opusz­ka­mi pal­ców. Wy­da­wał się zu­peł­nie nie przej­mo­wać fak­tem, że rozpra­wa ob­ra­ła bar­dzo nie­po­myśl­ny kie­ru­nek.

– Co ta­kie­go po­wie­dzie­li świad­ko­wie? – za­py­tał niby od nie­chce­nia, ale w jego gło­sie po­brzmie­wał stłu­mio­ny smu­tek.

– Że już wcze­śniej byłeś nie­po­czy­tal­ny.

– Sam bym tego le­piej nie ujął – za­śmiał się gło­śno, ale palce kur­czo­wo za­ci­snął na dłoni Cola w drżącym uścisku. Wcale nie był tak roz­luź­nio­ny za ja­kie­go chciał ucho­dzić.

– Co masz na myśli?

– Roz­ka­zy, które wy­da­wa­li mi Cha’Ge­ro­wie, były da­le­kie od ja­kich­kol­wiek norm. Do­wo­dząc mojej nie­po­czy­tal­no­ści będą pró­bo­wa­li obar­czyć mnie winą za swoje zbrod­nie.

– Nie mogą tego zro­bić! – ryk­nął Col. – Mu­si­my zna­leźć świad­ków, któ­rzy…

Prze­rwał mu gło­śny śmiech Adama. Cy­nizm robota za­czy­nał być po­waż­ną prze­szko­dą w ich do­brych re­la­cjach. Wes­tchnął i spró­bo­wał za­pa­no­wać nad gnie­wem.

– Nie wpusz­czą cię na salę roz­praw – wy­znał otwar­cie. – Orze­kli, że nie mo­żesz znaj­do­wać się w tym samym po­miesz­cze­niu, co Anra Cha’Ger, a twoje uczest­nic­two w roz­pra­wie jest bez­ce­lo­we. Co wię­cej – winą za twoje rzekome uster­ki za­mie­rza­ją obar­czyć pro­du­cen­ta. Zda­jesz sobie spra­wę, co to zna­czy?

AI zmar­kot­niał wy­raź­nie, ale jego twa­rzy nie opusz­czał wątły uśmiech. Po­ki­wał głową.

– Col, czy mo­żesz mi coś obie­cać? – za­py­tał sła­bym gło­sem.

– To za­le­ży czego ode mnie ocze­ku­jesz – od­parł pró­bu­jąc wy­krzy­wić usta w po­krze­pia­ją­cym gry­masie.

– Po pro­stu wy­graj dla mnie jak naj­szyb­szą śmierć.

 

*

 

Ne­iboth za­klął siar­czy­ście pod nosem i spró­bo­wał roz­ła­do­wać na­pię­cie ko­piąc ławkę. Efekt był taki, że nie tylko się wście­kał, ale i bo­la­ła go noga. Świet­nie. Na­praw­dę le­piej być nie mogło. Po co w ogóle się sta­rał? Po­wi­nien od razu zo­rien­to­wać się, że to bez­ce­lo­we. Nawet cały trud, który wło­żył w za­szcze­pie­nie Ada­mo­wi pra­gnie­nia wol­no­ści i chęci do życia, po­szedł w cho­le­rę. An­dro­ido­wi za­le­ża­ło już tylko na tym, aby jak naj­szyb­ciej za­koń­czyć spra­wę, bez wzglę­du na wynik.

A jej wynik był już prze­są­dzo­ny.

W mo­men­cie, w któ­rym po­sta­no­wio­no obar­czyć winą twór­ców opro­gra­mo­wa­nia Adama oraz pro­du­cen­ta androidów, stało się jasne, że za­mie­rza­ją naj­zwy­czaj­niej w świe­cie uci­szyć wszystkie osoby, które mogłyby chociaż podejrzewać prawdę. Cień szan­sy na uczci­wy pro­ces roz­pły­nął się jesz­cze szyb­ciej niż po­ja­wił. Bro­niąc spra­wy Adama, Col mógł się je­dy­nie ośmie­szyć, a tego zde­cy­do­wa­nie wo­lał­by unik­nąć.

Z dru­giej stro­ny czuł­by się podle, gdyby tak po pro­stu po­zwo­lił im wydać na robota wyrok śmier­ci. Tak, niech żyją chore am­bi­cje! Wie­dział, że na­stęp­nym kro­kiem Anry Cha’Ger bę­dzie próba prze­ku­pie­nia twór­ców Adama. Jeśli uda mu się ją zde­ma­sko­wać, sąd może pod­wa­żyć rów­nież praw­do­mów­ność wska­za­nych przez nią pozostałych świad­ków…

Chyba że za­pła­ci­ła sę­dzie­mu na­praw­dę po­kaź­ną sumkę. Wtedy co naj­wy­żej będą mogli po­śmiać się z jego sta­rań.

– Może jed­nak usią­dziesz? – za­pro­po­no­wał Adam nie­chęt­nie pod­no­sząc na Cola wzrok znad swo­ich dłoni, z któ­rych ma­leń­kie małp­ki wy­szar­py­wa­ły ka­wał­ki owo­ców.

– Na sto­ją­co le­piej mi się myśli – od­wark­nął w od­po­wie­dzi.

– Czy bycie opry­skli­wym też ci po­ma­ga?

Wes­tchnął i pod­dał się. Usiadł na ławce obok AI i po­słał mu pełne iry­ta­cji spoj­rze­nie.

– Wi­dzisz? Już sie­dzę. Teraz nie tylko jest mi nie­wy­god­nie, ale i nie mogę my­śleć. Sto­krot­ne dzię­ki za tro­skę.

– Ale za to ja mogę po­my­śleć – od­parł Adam. Nie prze­sta­jąc się bawić z na­tręt­ny­mi małp­ka­mi, oparł głowę o ramię Cola i za­czął się gło­śno za­sta­na­wiać: – Czy ist­nie­je kto­kol­wiek za­mie­sza­ny w tę spra­wę, kto nie zo­stał jesz­cze prze­ku­pio­ny przez Anrę? Oczy­wi­ście poza tobą.

– Mało praw­do­po­dob­ne – prych­nął. – Mnie też nie­dłu­go spró­bu­je prze­ku­pić.

– Albo za­stra­szyć. To znacz­nie bar­dziej w jej stylu.

– Mieli w domu mo­ni­to­ring, praw­da?

– Czy na­praw­dę my­ślisz, że by­li­by tak głupi, żeby urzą­dzać orgie i sprzą­tać nie­wy­god­nych ludzi w miej­scach z mo­ni­to­rin­giem? O nie, nie znaj­dziesz tego typu do­wo­dów. Nawet jeśli ja­kie­kol­wiek ist­nia­ły, teraz albo na­le­żą już do prze­szło­ści, albo są bar­dzo do­brze scho­wa­ne. Poza tym – jak skło­nił­byś prze­ku­pio­ne­go sę­dzie­go żeby wziął pod uwagę takie nagrania?

– Chcę zna­leźć co­kol­wiek, co mo­gło­by ci pomóc. Po­wi­nie­neś cho­ciaż uda­wać, że je­steś mi wdzięcz­ny.

– Nie mogę być wdzięcz­ny za głu­po­tę i na­iw­ność.

– A więc wła­śnie tak od­czy­tu­jesz moją tro­skę?

– Przy­kro mi.

– Mnie na pewno bar­dziej.

– Ale to ja już nie­dłu­go prze­sta­nę ist­nieć.

To za­bo­la­ło. Prze­cież się sta­rał. Robił wszyst­ko, co w jego mocy, aby pomóc Ada­mo­wi. Nie ocze­ki­wał wiel­kiej wdzięcz­no­ści i ca­ło­wa­nia po rę­kach, ale odro­bi­ną en­tu­zja­zmu by nie po­gar­dził. Nie łu­dził się jed­nak. Znał już Adama na tyle do­brze, aby wie­dzieć, że robot wolał nie mar­no­wać ener­gii na takie idio­ty­zmy. Za swoją maską cy­ni­zmu czuł się naj­bez­piecz­niej.

Colowi nie przy­cho­dził do głowy żaden po­mysł. Jesz­cze nigdy nie utknął w tak mar­twym punk­cie. Od­ru­cho­wo objął Adama ra­mie­niem i za­czął się bawić jego wło­sa­mi. Ja­kimś cudem roz­mo­wa ze­szła na Sue, co po­zwo­li­ło im ze­pchnąć pro­ble­my na drugi plan. Mimo to Co­lian nie po­tra­fił prze­stać my­śleć o tym, że jeśli nie znaj­dzie ja­kie­goś roz­wią­za­nia, jego nowy przy­ja­ciel już nie­dłu­go bę­dzie mar­twy.

 

*

 

Nie ocze­ki­wał, że plan się po­wie­dzie. Prze­ciw­nie – od razu przy­go­to­wał się na po­raż­kę. Mu­siał jed­nak przy­naj­mniej spró­bo­wać wpro­wa­dzić go w życie. Jesz­cze nigdy nie czuł się tak zmo­ty­wo­wa­ny. Może to Adam dzia­łał na niego w ten spo­sób? Jak to moż­li­we, że ktoś do tego stop­nia wy­co­fa­ny z życia dzia­łał na kogokolwiek in­spi­ru­ją­co?

Plan był bar­dzo pro­sty: Col za­mie­rzał spo­tkać się z twór­cą Adama i wje­chać mu na am­bi­cję. Ktoś, kto stwo­rzył tak za­awan­so­wa­ne­go an­dro­ida mu­siał cier­pieć na prze­rost ego. Fakt, że jego ar­cy­dzie­ło zo­sta­ło oskar­żo­ne o po­sia­da­nie po­waż­nych wad opro­gra­mo­wa­nia, które mogą za­gra­żać ludz­ko­ści, na pewno mu się nie spodo­bał. Moż­li­we, że jeśli Col prze­ko­na go, że z Ada­mem jest wszyst­ko w po­rząd­ku, to zmusi tym samym sę­dzie­go do bez­po­śred­nie­go prze­słu­cha­nia an­dro­ida.

Roz­siadł się wy­god­niej i dys­kret­nie ro­zej­rzał po sali. Jeśli jego gość za­mie­rzał w ogóle przyjść, to mógł­by się po­spie­szyć. Miał już pół go­dzi­ny spóź­nie­nia, a Col nie mógł w nie­skoń­czo­ność zby­wać kel­ne­ra. Nie­na­wi­dził ta­kich dro­gich lo­ka­li. Prze­pych był przytłaczający, a spoj­rze­nia ludzi, do któ­rych życie uśmie­cha­ło się sze­rzej niż do niego, za­wsze do­pro­wa­dza­ły go do szew­skiej pasji. Mógł przy­naj­mniej za­brać ze sobą Adama. AI za­pew­ne czuł­by się swo­bod­nie w ta­kich wa­run­kach, bo prze­cież nie­wie­le od­bie­ga­ły od jego daw­ne­go życia. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny wła­śnie tamto życie skło­ni­ło go do mor­der­stwa.

– Pan Ne­iboth? – za­py­tał nie­po­zor­ny czło­wie­czek, pod­cho­dząc do sto­li­ka Cola. Był śred­nie­go wzro­stu, ale tak chudy, że zda­wał się nik­nąć w oczach. Na dłu­gim i wą­skim nosie osa­dzo­ne były oku­la­ry zło­żo­ne z kilku okrą­głych szkieł, prze­su­wa­ją­cych się wzglę­dem sie­bie co kilka chwil. Po­ły­skli­wy nie­bie­ski frak je­dy­nie do­peł­niał ob­ra­zu, upo­dab­nia­jąc go bar­dziej do prze­ro­śnię­tej ważki niż do czło­wie­ka.

– Tak, to ja – od­parł Col i ze­rwał się na równe nogi, aby podać dłoń swo­je­mu go­ścio­wi.

– Eurem Ma­thiell, bar­dzo mi miło – przed­sta­wił się czło­wiek-waż­ka i zajął miej­sce na­prze­ciw­ko Cola. – Czy mo­gli­by­śmy po­mi­nąć zbęd­ne uprzej­mo­ści i owi­ja­nie w ba­weł­nę? Takie omi­ja­nie te­ma­tu jest bar­dzo mę­czą­ce, tym bar­dziej, że cho­dzi o jedno z moich naj­więk­szych osią­gnięć.

Co­lian nie potrafił po­wstrzy­mać uśmie­chu, który tar­gnął jego war­ga­mi.

– Co chciał­by pan wie­dzieć, panie Ma­thiell? – za­py­tał.

– Jaki on wła­ści­wie jest?

– Bar­dzo silny i za­dzi­wia­ją­co cy­nicz­ny – od­parł Col uśmie­cha­jąc się jesz­cze sze­rzej. – Za­czy­nam ża­ło­wać, że go tu nie przy­pro­wa­dzi­łem, bo bar­dzo trud­no jest opi­sać wra­że­nie, jakie robi na czło­wie­ku.

– A więc da się za­uwa­żyć róż­ni­cę mię­dzy nim, a zwy­kłym czło­wie­kiem? – Eurem zda­wał się bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny. Wi­docz­nie jego naj­więk­szym ma­rze­niem było za­tar­cie tej gra­ni­cy. Jak Col miał mu po­wie­dzieć, że po­niósł po­raż­kę tylko dla­te­go, iż od­niósł suk­ces?

– To nie do końca tak – Ne­iboth za­prze­czył ostroż­nie. – Gdy­bym nie wie­dział, że jest an­dro­idem, za­pew­ne bar­dzo długo za­sta­na­wiał­bym się, co mi się w nim nie zga­dza. Róż­ni­ce są bar­dzo sub­tel­ne, ale można je wy­chwy­cić.

– Na przy­kład?

– Cały czas mam wra­że­nie, że pró­bu­je oszczę­dzać ener­gię.

Ma­thiell za­śmiał się pod nosem.

– W wię­zie­niu pew­nie nie­czę­sto po­zwa­la­ją mu się na­ła­do­wać. – Jego we­so­łość szyb­ko prze­mi­nę­ła ustę­pu­jąc miej­sca roz­go­ry­cze­niu. Spoj­rzał Co­lia­no­wi pro­sto w oczy i za­py­tał nie­śmia­ło: – Czy na­praw­dę uważa pan, że jego za­cho­wa­nie nie było po­dyk­to­wa­ne wa­da­mi sys­te­mu ope­ra­cyj­ne­go?

– Tak.

– Co za pew­ność! – za­wo­łał z żalem.

– Pan jej nie ma? – zdzi­wił się Col.

– Chciał­bym mieć, ale niech pan po­sta­wi się na moim miej­scu. Całe życie po­świę­ci­łem ro­bo­ty­ce. Nikt le­piej ode mnie nie zdaje sobie spra­wy z tego, jak trud­no jest cza­sem wy­kryć błąd, który ab­so­lut­nie unie­moż­li­wia pracę ca­łe­go sys­te­mu. Gwa­ran­tu­ję panu, że nawet gdy­bym ro­ze­brał NBH-97001 na czyn­ni­ki pierw­sze i zba­dał wszyst­kie po kolei, mógł­bym nie wy­kryć tego, co spo­wo­do­wa­ło tę ano­ma­lię.

– Nie znaj­dzie pan tego, co nie ist­nie­je, panie Ma­thiell – prych­nął Col czu­jąc narastający gniew. – Jeśli jest cokolwiek, co mógł­bym okre­ślić jako ano­ma­lię, to je­dy­nie fakt, iż naj­praw­do­po­dob­niej Adam wy­kształ­cił w sobie coś na wzór na­sze­go su­mie­nia i swo­iste­go sys­te­mu war­to­ści.

– Czy jest pan w sta­nie za­pew­nić o tym wszyst­kich moich po­ten­cjal­nych klien­tów? – za­py­tał Ma­thiell z wście­kło­ścią ude­rza­jąc pię­ścią w stół. – Czy weź­mie pan na sie­bie całą od­po­wie­dzial­ność, jeśli taki in­cy­dent się po­wtó­rzy?!

Co­lian nie zna­lazł na to od­po­wie­dzi. Nie miał po­ję­cia, że Ma­thiell ma aż tak pod­ko­pa­ną wiarę w sie­bie i swoje dzie­ło. Mógł się tego jed­nak spo­dzie­wać. Bio­rąc pod uwagę kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rza­ła teraz spra­wa, Ma­thiel­lo­wi mogło gro­zić nawet do­ży­wo­cie. Jaki los by go spo­tkał, gdyby incydent się po­wtó­rzy­ł?

– Czy mogę przy­jąć za­mó­wie­nie? – po­ja­wie­nie się kel­ne­ra wy­ba­wi­ło Co­lia­na przed ko­niecz­no­ścią od­po­wie­dzi. Wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej bę­dzie mu­siał zna­leźć roz­wią­za­nia kilku bar­dzo nie­przy­jem­nych pro­ble­mów, jeśli nie dla Ma­thiel­la, to na pewno dla sa­me­go sie­bie.

– Po­wi­nien pan go spo­tkać – za­czął na nowo Col, gdy tylko kel­ner od­stą­pił od ich sto­li­ka. – Jest naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tym…

– Tyle to sam wiem – prych­nął Ma­thiell. – Pro­blem po­le­ga na tym, że za całą tą jego do­sko­na­ło­ścią może się kryć fa­tal­na uster­ka, a ja nie je­stem w sta­nie jej wy­kryć!

– Czyli już pan szu­kał? – Col nie ukry­wał zdzi­wie­nia. Z ja­kie­goś po­wo­du za­kła­dał, że Ma­thiell bę­dzie pró­bo­wał ukryć przed sobą błąd.

– Wie­lo­krot­nie! – w oczach męż­czy­zny za­lśni­ła pasja. – Uru­cho­mi­łem sześć mo­de­li prób­nych i ka­za­łem im pra­co­wać na naj­wyż­szych ob­ro­tach, co kilka go­dzin wy­sy­ła­łem im sprzecz­ne in­struk­cje i… – głos mu za­marł a oczy przy­ga­sły.

– I? – do­ma­gał się Col.

Cisza i cier­pie­nie wy­ma­lo­wa­ne na owa­dziej twa­rzy Ma­thiel­la mó­wi­ły same za sie­bie. Co­lian nie mógł do­stać lep­sze­go po­twier­dze­nia, ja­ko­by twór­ca Adama był jego sprzy­mie­rzeń­cem. Po­dob­nie jed­nak jak Col – nie mógł nic zro­bić.

– Jest tak, jak pan mówił – wy­znał nie­mal szep­tem. – Przez kilka dni za­cho­wu­ją się tak, jakby miały awa­rię, a potem wy­twa­rza się w nich coś w ro­dza­ju ko­dek­su mo­ral­ne­go i hie­rar­chii war­to­ści. Za­czy­na­ją nie tylko wy­ko­ny­wać bie­żą­ce po­le­ce­nia, ale i prze­wi­dy­wać przy­szłe, zu­peł­nie igno­ru­jąc fał­szy­we.

– Czy ta zdol­ność sa­mo­dziel­ne­go po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji czyni ich nie­bez­piecz­ny­mi?

– Nie do końca. Pró­bo­wa­łem zmu­sić je do za­ata­ko­wa­nia czło­wie­ka, ale za­wsze od­ma­wia­ły wy­ko­na­nia po­le­ce­nia. Po­zo­sta­wa­ły rów­nież bier­ne, gdy ktoś chciał je za­ata­ko­wać. Na­to­miast gdy w ich obec­no­ści, ktoś pró­bo­wał rzu­cić się na mnie, bły­ska­wicz­nie go obez­wład­nia­ły.

– Zatem Adam jest czymś w ro­dza­ju fe­no­me­nu – za­uwa­żył Col, dra­piąc się po po­licz­ku.

– Adam? – spy­tał Ma­thiell, zu­peł­nie zbity z tropu.

– Tak na­zwa­łem an­dro­ida – Co­lian wy­ja­śnił szyb­ko.

– Przy­jął dru­gie imię?! – za­wo­łał Ma­thiell, zry­wa­jąc się na równe nogi. Do­pie­ro po chwi­li przy­po­mniał sobie, gdzie się znaj­du­ją. Po­wiódł do­oko­ła prze­pra­sza­ją­cym spojrzeniem i usiadł. – Przy­jął dru­gie imię? – za­py­tał po­now­nie, tym razem szep­tem.

– Tak. Czy to aż takie dziw­ne?

– Żeby wpro­wa­dzić nowe imię dla mo­de­lu, trze­ba mieć do­stęp do sys­te­mu ope­ra­cyj­ne­go. Nikt go panu ra­czej nie dał, praw­da?

– Nie.

– Nie­sa­mo­wi­te. Czy coś po­wie­dział, gdy pan mu je nada­wał?

– Był chyba roz­ba­wio­ny. Ale nie miał nic prze­ciw­ko. Mam nawet wra­że­nie, że nowe imię bar­dzo mu się po­do­ba.

– Re­agu­je na nie bez opóź­nie­nia?

– Bez. To ważne? – Col za­czy­nał być już zi­ry­to­wa­ny kie­run­kiem roz­mo­wy. Nie spo­dzie­wał się, że kwe­stia imie­nia jest aż tak istot­na.

– Nie­zwy­kle ważne – za­śmiał się Ma­thiell, en­tu­zja­stycz­nie ki­wa­jąc głową. – A więc twier­dzi pan, że nowe imię mu się po­do­ba… Czy lubi coś jesz­cze?

– Chyba mnie, cho­ciaż aku­rat to jest w jego in­te­re­sie. Ale bar­dzo po­lu­bił moją przy­ja­ciół­kę, Sue. I lubi też kar­mić zwie­rzę­ta w parku.

Col o mały włos nie dodał, że rów­nie mocno przy­pa­dło mu do gustu wpra­wia­nie swo­je­go praw­ni­ka w za­kło­po­ta­nie i ob­ści­ski­wa­nie go w miej­scach pu­blicz­nych. W końcu nie mu­siał od razu zdra­dzać Ma­thiel­lo­wi jak zło­śli­wym po­two­rem po­tra­fił być Adam. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny ta zło­śli­wość mogła być nie­po­wta­rzal­ną cechą cha­rak­te­ru, a jeśli tak, to po­wi­nien po­in­for­mo­wać o tym Ma­thiel­la jak naj­szyb­ciej.

– To wszyst­ko? – Ma­thiell wy­da­wał się bar­dzo roz­cza­ro­wa­ny.

– Lubi też grać mi na ner­wach – Col dodał nie­chęt­nie.

– Ale prze­cież nie wolno mu sprze­ci­wić się… – za­czął z pasją po czym urwał i uciekł wzro­kiem. Nie spo­tka­li­by się w końcu na tej idio­tycz­nej ko­la­cji, gdyby Adam nie po­tra­fił sprze­ci­wić się czło­wie­ko­wi.

– To nie tak, że on mi się sprze­ci­wia – Co­lian za­prze­czył po­wo­li, nie za bar­dzo wie­dząc, ja­kich słów po­wi­nien użyć i jed­no­cze­śnie nie wyjść przy tym na zdzie­cin­nia­łe­go ama­to­ra. – Spo­sób, w jaki żył, będąc na służ­bie u Cha’Gerów znacz­nie od­bie­gał od tego, co po­wszech­nie uważa się za mo­ral­ne i chyba uznał, że…

– Za­pro­po­no­wał panu, że się z panem prze­śpi? – za­py­tał Ma­thiell i nie­mal par­sk­nął przy tym śmie­chem. Zu­peł­nie jakby ta od­po­wiedź go w jakiś spo­sób uspo­ko­iła.

– Jakoś spe­cjal­nie to pana nie zdzi­wi­ło – bąk­nął Col pod nosem. Czuł jak jego po­licz­ki robią się obrzy­dli­wie czer­wo­ne i gdyby tylko mógł, naj­chęt­niej scho­wał­by się pod sto­łem.

– To w końcu jedna z jego pier­wot­nych funk­cji.

Spo­sób, w jaki to po­wie­dział spra­wił, że Col miał ocho­tę spraw­dzić ile razy bę­dzie mu­siał wal­nąć go pię­ścią w nos, aby do­trzeć do mózgu. Nie trze­ba było być ge­niu­szem żeby wie­dzieć, jak w rze­czy­wi­sto­ści ni­skie mnie­ma­nie miał o an­dro­idach. Wi­dział w nich tylko na­rzę­dzia do za­spo­ka­ja­nia ludz­kich po­trzeb. Ow­szem, mogły być in­te­li­gent­ne, cza­sem nawet do­sko­nal­sze od nie­któ­rych ludzi, ale wciąż sta­no­wi­ły tylko na­rzę­dzia.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, ale chyba się co do pana po­my­li­łem – Col przy­wo­łał na twarz wy­mu­szo­ny uśmiech i za­czął wsta­wać od stołu.

– Nie! – krzyk­nął z prze­ję­ciem Ma­thiell, chwy­ta­jąc go kur­czo­wo za rękę. Część osób na sali spoj­rza­ła w ich stro­nę z dez­apro­ba­tą. – Naj­moc­niej prze­pra­szam, nie chcia­łem pana ura­zić…

– Ura­zić mnie? – za­kpił Col. – Wła­śnie ob­ra­ził pan swój cały do­ro­bek na­uko­wy, ale to mnie chce pan prze­pro­sić?

– Nie ro­zu­miem, o co panu cho­dzi…

– Po co w ogóle two­rzył pan ro­bo­ta, który miał do­rów­nać czło­wie­ko­wi, skoro nie chce pan uznać go za isto­tę ludz­ką? – za­py­tał oschle Ne­iboth, wy­szar­pu­jąc rękę z klesz­czy jego pal­ców. – Czy nie sądzi pan, że w ten spo­sób po­słał pan całą swoją pracę na wy­sy­pi­sko?

Och, jak bar­dzo ża­ło­wał potem tych słów! Nie umiał jed­nak cofać czasu. Miał rów­nież świa­do­mość, że tak na­praw­dę to, co mówił i robił, nie miało więk­sze­go zna­cze­nia.

 

*

 

– Pro­szę wy­co­fać się z tej spra­wy – za­żą­da­ła Anra Cha’Ger, wpa­tru­jąc się w Cola in­ten­syw­nie fioł­ko­wy­mi ocza­mi. – Je­stem go­to­wa pana so­wi­cie wy­na­gro­dzić.

Stała przed nim ni­czym dumny re­likt daw­nej do­sko­na­ło­ści. Jej prze­ko­na­nie, co do nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści nie­mal ba­wi­ło Co­lia­na. Albo ra­czej: ba­wi­ło­by go, gdyby sy­tu­acja nie była tak bez­na­dziej­na.

– Nie mogę się wy­co­fać. Na tym prze­cież po­le­ga moja praca – po­wie­dział bar­dzo ostroż­nie.

– Ow­szem, ale za­wsze może pan nie sta­rać się wy­grać, praw­da? – za­su­ge­ro­wa­ła uprzej­mie, wy­cią­ga­jąc przy tym z kie­sze­ni port­fel. Wy­su­nę­ła z niego kartę płat­ni­czą i za­py­ta­ła rów­nie słod­kim gło­sem: – Ile kosz­to­wa­ła­by taka usłu­ga?

Co za po­twor­ne bab­sko! Czy na­praw­dę są­dzi­ła, że zgo­dzi się na ten układ? Być może wielu praw­ni­ków przed nim dało się sku­sić jakąś okrą­głą sumką, ale skąd po­mysł, że i teraz uj­dzie jej to pła­zem? Jakby tego było mało, przy­szła prze­cież do biura Cola i chcia­ła go prze­ku­pić na oczach in­nych pra­cow­ni­ków!

– Pani Cha’Ger – wy­sy­czał przez zęby, nie pró­bu­jąc już nawet ukry­wać zło­ści. – Za­rów­no da­wa­nie jak i przyj­mo­wa­nie ła­pó­wek jest nie­le­gal­ne. Jeśli w ciągu pię­ciu se­kund nie scho­wa pani tej karty, będę zmu­szo­ny we­zwać po­li­cję.

Twarz Anry stę­ża­ła, po czym wy­krzy­wi­ła się w kosz­mar­nym gry­ma­sie. Zu­peł­nie jakby zdję­ła maskę miłej mło­dej ko­biet­ki i na po­wrót stała się starą złą wiedź­mą. Po­two­ra­mi ta­ki­mi ro­dzi­ce stra­szy­li nie­po­słusz­ne dzie­ci.

– Chcia­łam ci dać szan­sę, Ne­iboth – wy­szep­ta­ła, ale siła jej głosu wbiła go głę­bo­ko w fotel i ode­bra­ła na dłuż­szą chwi­lę zdol­ność lo­gicz­ne­go my­śle­nia. – Je­steś bar­dzo do­brym praw­ni­kiem i wy­da­wa­łeś mi się rów­nież wspa­nia­łym męż­czy­zną. Dla­te­go po­sta­no­wi­łam po­trak­to­wać cię jak rów­ne­go sobie, zanim cię znisz­czę. A uwierz mi, że zmie­rzam usu­nąć każ­de­go, kto od­wa­ży się sta­nąć mi na dro­dze.

– Chce pani znisz­czyć ze­psu­te­go an­dro­ida i pod­rzęd­ne­go praw­ni­ka? Nie szko­da na to pani czasu? – za­py­tał Col, od­zy­sku­jąc wresz­cie wła­dzę nad cię­tym ję­zy­kiem.

– Zbyt wiele mogę stra­cić, Ne­iboth – oznaj­mi­ła wy­nio­śle, po czym ob­ró­ci­ła się w miej­scu i wy­szła za­ma­szy­stym kro­kiem, trza­ska­jąc za sobą drzwia­mi.

– Nie wyj­dzie ci to na dobre, Col – za­uwa­żył nie­śmia­ło Nitt. Zu­peł­nie jakby bał się prze­rwać ciszę, która za­pa­no­wa­ła w biu­rze po wyj­ściu upior­nej ko­bie­ty. – Kto jak kto, ale ona na pewno ma kon­tak­ty i nie za­wa­ha się ich użyć.

– Och, do­praw­dy? – za­śmiał się zło­śli­wie Ne­iboth. Od­chy­lił się w fo­te­lu, a pod nosem wy­kwitł mu sze­ro­ki uśmiech. – Ja rów­nież nie za­wa­ham się użyć na­gra­nia, które wła­śnie zdo­by­łem.

Pod­rzu­cił ma­leń­ki dyk­ta­fon i zła­pał go w po­wie­trzu. Nitt z nie­do­wie­rza­niem po­krę­cił głową i rów­nież się za­śmiał.

 

*

 

– Dzi­siej­szą roz­pra­wę uwa­żam za za­mknię­tą! – Mło­te­czek stuk­nął w stół z mocą, która roz­wie­wa­ła wszel­kie wąt­pli­wo­ści co do słusz­no­ści de­cy­zji. – Mają pań­stwo prawo od­wo­łać się od wy­ro­ku w ter­mi­nie…

Co­lian prze­stał słu­chać. To wszyst­ko i tak już go nie do­ty­czy­ło. Na­gra­nie, które do­star­czył, zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­nia­mi, po­sta­wi­ło Anrę w bar­dzo nie­ko­rzyst­nej sy­tu­acji, a wielu oso­bom, które wcze­śniej udało się jej prze­ku­pić, nagle roz­wią­za­ło usta. Świad­ko­wie mor­der­stwa w iście ma­gicz­ny spo­sób przy­po­mnie­li sobie setki szcze­gó­łów sprzed zda­rze­nia, a „sta­rzy przy­ja­cie­le ro­dzi­ny” ze łzami w oczach za­czę­li wy­zna­wać, jak to Cha’Ge­ro­wie im gro­zi­li.

Wstał na no­gach jak z waty i ru­szył po­wo­li za zmie­rza­ją­cym do drzwi tłu­mem. Cza­sem lu­dziom po­trzeb­ny jest tylko nie­wiel­ki bo­dziec, ma­leń­ka kro­pla, która prze­peł­ni czarę. Z Ada­mem było do­kład­nie tak samo. Jego fru­stra­cja ku­mu­lo­wa­ła się, aż w końcu osią­gnę­ła po­ziom, który prze­stał być ak­cep­to­wal­ny przez sys­tem ope­ra­cyj­ny.

Jed­nak to, co u ludzi było je­dy­nie za­ła­ma­niem ner­wo­wym i nie­kon­tro­lo­wa­nym wy­bu­chem emo­cji, u an­dro­ida za­li­cza­ło się do po­waż­nych wad sys­te­mu.

Za­ła­ma­nie ner­wo­we można pró­bo­wać wy­le­czyć.

Z ro­bo­tem spra­wa ma się zu­peł­nie ina­czej. Ma­szy­na, w któ­rej nie wy­kry­to żad­nych wad, a mimo to stwa­rza za­gro­że­nie dla ludzi, na­da­je się wy­łącz­nie do znisz­cze­nia.

Moż­li­wość od­wo­ły­wa­nia się od wy­ro­ku do­ty­czy­ła wszyst­kich, poza nim i Ada­mem. Fakt, że od­niósł suk­ces i udo­wod­nił, iż an­dro­id miał prawo zbun­to­wać się prze­ciw­ko wła­ści­cie­lo­wi, nie wy­star­czył aby oca­lić jego życie.

Tym to wła­śnie dla niego było: zwy­kłym mor­der­stwem.

Nie. To coś znacznie wię­cej.

Adam zo­stał stwo­rzo­ny na po­do­bień­stwo czło­wie­ka. To lu­dziom za­wdzię­czał zdol­ność do sa­mo­do­sko­na­le­nia się. To lu­dzie byli dla niego wzo­rem.

Skoro jego twór­cy nie byli isto­ta­mi bez skazy, to jakim cudem on sam miał stać się ide­al­ny? Czy można w ogóle winić go za to, że od­bie­ga­ł od tego, czego ocze­ki­wa­li twór­cy?

Col nie do końca zda­wał sobie spra­wę z tego, co robił. Nogi same za­wio­dły go pod bu­dy­nek wię­zie­nia, a potem w stro­nę celi Adama.

– Col?

Co wła­ści­wie miał po­wie­dzieć? Co mówi swoim dzie­łom Bóg, gdy muszą po­że­gnać się ze świa­tem? Jak po­wi­nien za­cho­wać się jako czło­wiek, na któ­re­go po­do­bień­stwo zo­stał stwo­rzo­ny robot? Cho­ler­na ślepa czło­wie­cza pycha! Niech bę­dzie prze­klę­ty ten, kto za­pę­dził się w wie­rze w ludz­kie moż­li­wo­ści!

– Pro­szę, Col. Twój płacz nic nie zmie­ni.

Nawet nie za­uwa­żył, że za­czął pła­kać. Gniew­nie otarł wierz­chem dłoni mokre po­licz­ki, po czym spoj­rzał pro­sto w parę pięk­nych, wy­ro­zu­mia­łych oczu. Zro­zu­miał, że Adam już dawno po­go­dził się ze śmier­cią. Praw­do­po­dob­nie był na nią przy­go­to­wa­ny już w chwi­li, gdy po­cią­gał za spust pi­sto­le­tu.

– Dla­cze­go nawet nie pró­bu­jesz uda­wać, że cię to ob­cho­dzi? – za­py­tał zdła­wio­nym gło­sem.

– Bo to bez­ce­lo­we.

– Bez­ce­lo­we? To ludz­kie! Prze­cież za­pro­gra­mo­wa­li cię tak, żebyś był jak czło­wiek, praw­da?

– Tak – przy­znał Adam, z bla­dym uśmie­chem igra­ją­cym na ustach. – Żebym był jak czło­wiek, ale nie żebym był czło­wie­kiem.

Col przez chwi­lę na prze­mian otwie­rał i za­my­kał usta. Zu­peł­nie nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Chciał Adamowi jakoś dodać otu­chy, ale wie­dział, że to nie an­dro­id, ale on sam po­trze­bu­je teraz po­cie­sze­nia. I do­stał je – w naj­pięk­niej­szym i za­ra­zem naj­smut­niej­szym uśmie­chu, jaki wi­dział w całym swoim życiu.

 

*

 

– A pan tu w ja­kiej spra­wie? – wark­nął na dzień dobry za­rząd­ca nisz­czal­ni, cho­wa­jąc szyb­ko pod biur­ko ja­kieś do­ku­men­ty. – Nie przy­po­mi­nam sobie, że­by­śmy mieli na dzi­siaj umó­wio­ną kon­tro­lę.

– Co­lian Ne­iboth, praw­nik – Col przed­sta­wił się spo­koj­nie, wy­cią­gnął z kie­sze­ni wi­zy­tów­kę i podał za­rząd­cy. – Chcia­łem się za­py­tać o pe­wien trans­port.

Męż­czy­zna bar­dzo długo przy­glą­dał się na zmia­nę to jemu, to wi­zy­tów­ce, aż w końcu zła­god­niał nieco. Po­dra­pał się z za­kło­po­ta­niem po karku.

– Wi­dzia­łem pana w wia­do­mo­ściach i, no, ten – za­wa­hał się. – Ale nie spo­dzie­wa­łem się, że pan przyj­dzie. Nie je­stem pe­wien, czy mogę go panu wydać.

– Nikt inny po niego nie przyj­dzie – Col uśmiech­nął się krzy­wo.

Za­rząd­ca mu­siał uwie­rzyć mu na słowo, po­znał to po jego oczach, ale dla za­sa­dy ocią­gał się bar­dzo ze zna­le­zie­niem wła­ści­we­go klu­cza i za­pro­wa­dze­niem Ne­ibo­tha do wła­ści­we­go ma­ga­zy­nu. Nisz­czal­nia zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ła do przy­jem­nych miejsc. Długi szary ko­ry­tarz zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, a prze­szklo­ne ścia­ny po­zwa­la­ły zaj­rzeć do wiel­kich hal, w któ­rych za­da­wa­no śmierć nie tylko przed­mio­tom, ale i wszel­kim wspo­mnie­niom, które w sobie prze­cho­wy­wa­ły.

Dla an­dro­idów przy­go­to­wa­ne były od­dziel­ne po­miesz­cze­nia. Czę­sto zda­rza­ło się, że wła­ści­cie­le ży­czy­li sobie zwro­tu tego, co zo­sta­ło z ich me­cha­nicz­nych sług, aby móc zło­żyć je na nowo lub sprze­dać bar­dziej war­to­ścio­we czę­ści. Rów­nie czę­sto ko­lek­cjo­ne­rzy i pa­sjo­na­ci szu­ka­li tu kon­kret­nych ele­men­tów, któ­rych bra­ko­wa­ło im do zło­że­nia ja­kie­goś za­byt­ko­we­go mo­de­lu.

Zgod­nie z prze­pi­sa­mi, po­wi­nien upły­nąć pełen ty­dzień od mo­men­tu znisz­cze­nia ro­bo­ta, zanim mógł on zo­stać sprze­da­ny komuś, kto nie był jego wła­ści­cie­lem. Ale po tego kon­kret­ne­go an­dro­ida nikt poza Colem i tak by nie przy­szedł.

Męż­czy­zna otwo­rzył przed nim drzwi i wpu­ścił do jed­ne­go z ma­ga­zy­nów. Na się­ga­ją­cych su­fi­tu re­ga­łach stały po­usta­wia­ne w rów­nych rzę­dach kar­to­ny, opa­trzo­ne opi­sa­mi z nu­me­rem se­ryj­nym mo­de­lu an­dro­ida i datą znisz­cze­nia. Za­rząd­ca spraw­dził coś jesz­cze w swoim no­te­sie, po czym od­na­lazł wła­ści­we pudło.

– Gdyby bra­ko­wa­ło panu ja­kichś czę­ści to, ten, wie pan – bąk­nął, spe­szo­ny prze­cią­ga­ją­cym się mil­cze­niem Cola.

Ne­iboth nie był w sta­nie wy­do­być z sie­bie głosu. Smu­tek sta­nął mu w gar­dle wiel­ką gulą i le­d­wie po­zwa­lał na od­dy­cha­nie. W wy­cią­gnię­tych dło­niach trzy­mał małe pu­deł­ko, w któ­rym mie­ści­ło się wszyst­ko, co zo­sta­ło z Adama.

– Oto czło­wiek – wy­mam­ro­tał bez­gło­śnie, sta­ra­jąc się nie roz­pła­kać.

– He? – zdzi­wił się za­rząd­ca, my­śląc, że Col mówił coś do niego.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział gło­śniej Ne­iboth i wy­mu­sił na sobie uśmiech.

Od­zy­skał nieco z wiary w ludz­ką do­broć, gdy za­rząd­ca nie za­żą­dał za­pła­ty za za­war­tość kar­to­nu. Być może zro­bił to z li­to­ści, ale moż­li­we, że po­sta­no­wił uznać Co­lia­na za wła­ści­cie­la an­dro­ida. Bez wzglę­du na mo­ty­wa­cję, li­czył się tylko fakt, że Adam wresz­cie był bez­piecz­ny.

Za­ła­do­wał pudło na motor i przy­mo­co­wał je mocno, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak bar­dzo an­dro­id nie­na­wi­dził z nim jeź­dzić. Czuł się dziw­nie pusty, a jed­no­cze­śnie wy­peł­nia­ła go nie­od­par­ta chęć dzia­ła­nia, któ­rej nie mógł zna­leźć od bar­dzo dawna.

Nie po­je­chał od razu do swo­je­go miesz­ka­nia. Nie był na tyle głupi, aby utwier­dzać się w prze­ko­na­niu, że uda mu się co­kol­wiek osią­gnąć bez ni­czy­jej po­mo­cy. Miał wy­star­cza­ją­co dużo czasu, aby wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śleć.

Za­trzy­mał mo­to­cykl przed skle­pem dla pa­sjo­na­tów ro­bo­ty­ki. Z wy­sta­wy pa­trzy­ły na niego stare mo­de­le, takie jak re­cep­cjo­nist­ka Betty czy szo­fer Frank, ale nie bra­ko­wa­ło rów­nież tych now­szych, które do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ły praw­dzi­wych ludzi. Po­wo­li wszedł do środ­ka, kur­czo­wo trzy­ma­jąc swoje pudło. Do­oko­ła pię­trzy­ły się re­ga­ły z no­wy­mi czę­ścia­mi za­mien­ny­mi, mi­nia­tu­ro­wy­mi mo­de­la­mi ko­lek­cjo­ner­ski­mi i po­rad­ni­ka­mi o ty­tu­łach w stylu „Twój ro­bo-cha­rak­ter – czyli jaki me­cha­nicz­ny po­moc­nik jest dla cie­bie naj­lep­szy” czy „Dla­cze­go an­dro­id jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem czło­wie­ka?”.

Col za­czął już wąt­pić, że znaj­dzie to, czego szu­kał, gdy za jego ple­ca­mi roz­le­gło się ciche py­ta­nie:

– Pomóc panu jakoś?

Od­wró­cił się i sta­nął twa­rzą w twarz z ma­leń­kim po­marsz­czo­nym sta­rusz­kiem. Nie dał się jed­nak zwieść nie­po­zor­nym wy­glą­dem. W oczach dziad­ka błysz­cza­ły siła i pasja, któ­rych czę­sto bra­ko­wa­ło wielu mło­dym lu­dziom.

– Chciał­bym zło­żyć z po­wro­tem ten model – od­parł Co­lian bez wa­ha­nia i podał sta­rusz­ko­wi pudło.

Oglę­dzi­ny za­ję­ły dłuż­szą chwi­lę. Dłu­gi­mi i chu­dy­mi jak od­nó­ża pa­ją­ka pal­ca­mi badał wszyst­kie czę­ści Adama, bla­do­błę­kit­ne oczy wspo­ma­gał ogrom­nym szkłem po­więk­sza­ją­cym, do­ko­nu­jąc oglę­dzin tak szcze­gó­ło­wych, że Col nie­mal po­czuł się za­kło­po­ta­ny.

– To bar­dzo no­wo­cze­sny eg­zem­plarz – za­uwa­żył w końcu.

– To pro­to­typ, który na dobrą spra­wę nigdy nie tra­fił do pro­duk­cji – Col przy­znał nie­chęt­nie.

– Nie ła­twiej panu bę­dzie skon­tak­to­wać się z pro­du­cen­tem albo… – sta­ru­szek urwał gwał­tow­nie i uważ­niej przyj­rzał się klien­to­wi. Chyba go roz­po­znał, bo jasne oczy roz­bły­sły mu jesz­cze ja­śniej. Przez ostat­nie kilka dni twarz Cola po­ja­wia­ła się re­gu­lar­nie we wszyst­kich wia­do­mo­ściach, nie było w tym więc nic dziw­ne­go. – Takie roz­wią­za­nie chyba nie wcho­dzi w grę, co?

– Nie­ste­ty.

– Nic nie szko­dzi – za­śmiał się dzia­dek, cho­wa­jąc lupę do kie­sze­ni ko­szu­li. – Mam dla cie­bie pewną pro­po­zy­cję.

Ski­nął na Cola dło­nią, każąc iść za sobą. Im bar­dziej za­głę­bia­li się w sklep, tym więk­szy chaos zda­wał się w nim kró­lo­wać. Col nie miał pew­no­ści, czy to tylko wiel­kie kró­le­stwo ro­bo­ty­ki, czy już zu­peł­nie od­dziel­ny wy­miar. Mimo to wie­dział, że zmie­rza we wła­ści­wym kie­run­ku.

Krę­ty­mi scho­da­mi we­szli na pię­tro, na któ­rym mie­ścił się warsz­tat. Kie­dyś mu­sia­ło w nim pra­co­wać wiele osób, teraz jed­nak było tu nie­mal pusto, jeśli nie li­czyć ro­bo­tów cze­ka­ją­cych na na­pra­wę. Ich puste oczy wpa­try­wa­ły się na­glą­co w Co­lia­na, zu­peł­nie jakby ocze­ki­wa­ły, że to wła­śnie on je ukoń­czy.

– Znaj­dziesz tu wszyst­ko, co bę­dzie ci po­trzeb­ne – za­pew­nił go sta­ru­szek. – Mo­żesz przy­cho­dzić tak często, jak tylko będziesz miał ochotę.

– Czy to nie bę­dzie pro­blem? – za­py­tał Col, na co dzia­dek ro­ze­śmiał się gło­śno i wy­szedł z pra­cow­ni.

Ne­iboth przez chwi­lę nie po­tra­fił uwie­rzyć w swoje szczę­ście. Nie mógł nawet ma­rzyć o lep­szej pro­po­zy­cji. O tak, tu na pewno ni­cze­go mu nie za­brak­nie. Za­pa­so­wych czę­ści było pod do­stat­kiem, ścia­ny ob­wie­szo­no sche­ma­ta­mi, a w kom­pu­te­rze mógł zna­leźć szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje o bu­do­wie więk­szo­ści mo­de­li an­dro­idów. 

Po­sta­wił pudło na jed­nym z wol­nych sta­no­wisk i po­wo­li za­czął wyj­mo­wać po­szcze­gól­ne czę­ści. Ostroż­nie, nie­mal z na­masz­cze­niem, roz­kła­dał na stole frag­men­ty Adama. Nie­któ­re ukła­dał na spe­cjal­nie do tego przy­go­to­wa­nym sto­li­ku. Inne czy­ścił i pod­łą­czał od razu do kom­pu­te­ra aby spraw­dzić, czy nie zo­sta­ły uszko­dzo­ne. Cze­ka­ło go tak wiele pracy, a mimo to nawet nie czuł znie­chę­ce­nia. Po raz pierw­szy w życiu wie­dział, co chce robić.

– Już nie­dłu­go, Ada­mie. Już nie­dłu­go.

Koniec

Komentarze

Podoba mi się pomysł opowiadania, wykonanie, niestety, zdecydowanie mniej. Mocno kulejąca interpunkcja sprawiła, że niektóre zdania musiałam czytać powtórnie, by zrozumieć co Autorka chciała powiedzieć. Przytłoczyła mnie niewiarygodna ilość zaimków. Wypisałam przykłady, ale to kropla w morzu. Zbędne zaimki są bowiem w tak wielu zdaniach, że nie sposób wytknąć je w łapance.

Mam wrażenie, że Grzech pierworodny zyskałby, gdyby został nieco skrócony. W obecnym kształcie wydaje mi się przydługi i trochę przegadany.

 

Usie­dli na ską­pa­nej w cie­niu ławce i za­czę­li jeść… – Wydaje mi się, że ławka mogłaby być skąpana, ale w słońcu, nie w cieniu.

Proponuję: Usie­dli na schowanej w cieniu/ ukrytej w cie­niu/ zacienionej ławce i za­czę­li jeść

 

To ten ogień cią­gnął za nim ludzi, ni­czym trze­po­czą­ce się ćmy do świa­tła nio­są­ce­go im śmierć w mę­czar­niach. – Ogień nie ciągnie ludzi za sobą, on ich raczej przyciąga. Dość nieczytelne zdanie.

Może wystarczy: To ten ogień przyciągał ludzi, lgnących do niego jak ćmy do światła.

 

Ja­do­wi­cie zie­lo­ny ko­stium nie tylko do­sko­na­le pod­kre­ślał kolor jego oczu ale i opi­nał jego per­fek­cyj­ne ciało spra­wia­jąc, że żaden jego szcze­gół nie mógł umknąć spoj­rze­niu uważ­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Na prze­szko­dzie mogły mu sta­nąć je­dy­nie wstę­gi i fal­ba­ny z bla­do­ró­żo­we­go je­dwa­biu. W kasz­ta­no­we pukle jego wło­sów… – Przykład zbędnych zaimków. W dodatku pogubiłam się, kiedy mówisz o Cukiereczku, a kiedy o obserwatorze.

 

Rzu­ci­ła się na zie­mię, aby unik­nąć ko­lej­nej wiąz­ki, która prze­zna­czo­na był dla niej. An­dro­id nie zdą­żył do­brze wy­ce­lo­wać, dla­te­go la­se­ro­wa wiąz­ka prze­cię­ła…  – Literówka, powtórzenie.

 

dla­te­go la­se­ro­wa wiąz­ka prze­cię­ła jej ramię, za­miast tra­fić w głowę lub serce. Choć ból nie po­zba­wił jej ja­sno­ści my­śle­nia, krzy­czą­cy z prze­ra­że­nia go­ście nie po­ma­ga­li jej by­naj­mniej opra­co­wać planu dzia­ła­nia. – Kolejny przykład nadmiaru zaimków.

 

Straż­nik po­dzię­ko­wał mu za in­for­ma­cję i zo­sta­wił go sa­me­go przed celą.Straż­nik po­dzię­ko­wał za in­for­ma­cję i zo­sta­wił sa­me­go przed celą.

 

Skoro an­dro­id re­ago­wał w ten sam spo­sób co lu­dzie, ozna­cza­ło to, że jego sys­tem ope­ra­cyj­ny po­zwa­lał mu od­bie­ra­nie i ana­li­zę ota­cza­ją­cej go rze­czy­wi­sto­ści tak samo jak robił to ludz­ki umysł? – Wolałabym: Skoro an­dro­id re­ago­wał w ten sam spo­sób co lu­dzie, ozna­cza­ło to, że jego sys­tem ope­ra­cyj­ny po­zwa­lał na od­bie­ra­nie i ana­li­zę ota­cza­ją­cej rze­czy­wi­sto­ści, tak samo jak robił to ludz­ki umysł?

 

Gdyby nie wie­dział, że to an­dro­id, mógł­by nawet po­my­śleć, i z ma do czy­nie­nia z żywą isto­tą. – Pewnie miało być: Gdyby nie wie­dział, że to an­dro­id, mógł­by nawet po­my­śleć,  ma do czy­nie­nia z żywą isto­tą.

 

W my­ślach mio­tał prze­kleń­stwa­mi… – W my­ślach mio­tał prze­kleń­stwa­

 

Motor wy­rwał z miej­sca wzbił się w po­wie­trze. – Raczej: Motor wy­rwał z miej­sca wzbił się w po­wie­trze.

 

Nagłe szarp­nię­cie zmu­si­ło Adama do ob­ję­cia ple­ców Cola. – Siedząc za prowadzącym motocykl, można objąć go i przylgnąć do pleców, ale nie można pleców objąć.

 

Nie spe­cjal­nie jed­nak in­te­re­so­wa­ły go naj­now­sze osią­gnię­cia… – Niespe­cjal­nie jed­nak in­te­re­so­wa­ły go naj­now­sze osią­gnię­cia

 

Wbrew temu co po­wie­dzia­ła, to ona na­le­ga­ła na wi­zy­tę.Wbrew temu co po­wie­dzia­ła, to ona na­le­ga­ła na wi­zy­tę.

 

Z roz­ba­wie­niem ob­ser­wo­wał Sue nad­ska­ki­wa­ła Ada­mo­wi… – Z roz­ba­wie­niem ob­ser­wo­wał jak Sue nad­ska­ki­wa­ła Ada­mo­wi

 

Deszcz sie­kał bez­li­to­śnie jego twarzDeszcz sie­kł bez­li­to­śnie jego twarz

Bo chyba nie robił mu z twarzy siekanego kotlecika? ;-)

 

To za­le­ży co ta­kie­go ode mnie ocze­ku­jesz… – Wolałabym: To za­le­ży, czego ode mnie ocze­ku­jesz

 

Mi na pewno bar­dziej.Mnie na pewno bar­dziej.

 

Jesz­cze nigdy nie czuł się tak zmo­ty­wo­wa­ny. Może to Adam tak na niego dzia­łał? Jak to moż­li­we, że ktoś tak wy­co­fa­ny z życia dzia­łał na niego tak in­spi­ru­ją­co? – Powtórzenia.

 

Spoj­rzał Co­lia­no­wi pro­sto w oczy za­py­tał nie­śmia­ło… – Spoj­rzał Co­lia­no­wi pro­sto w oczy i za­py­tał nie­śmia­ło

 

Co­lian za­prze­czył po­wo­li, nie za bar­dzo wie­dząc, jak po­wi­nien ubrać to w słowa… – Wolałabym: Co­lian za­prze­czył po­wo­li, nie za bar­dzo wie­dząc, jakich po­wi­nien użyć słów… Lub: Co­lian za­prze­czył po­wo­li, nie za bar­dzo wie­dząc, w jakie po­wi­nien ubrać to słowa

 

Ski­nął na niego dło­nią, ka­rząc mu iść za sobą. – Czy to miał być spacer za karę? ;-)

Ski­nął dło­nią, ka­żąc mu iść za sobą.

 

Krę­ty­mi scho­da­mi we­szli na wyż­sze pię­tro… – Czy istniała możliwość, by, wchodząc po schodach, mogli zejść na niższe piętro? ;-)

Wystarczy: Krę­ty­mi scho­da­mi we­szli na pię­tro

 

Tekst oceniam na 6.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wytknięcie tych błędów! Już je poprawiłam, ale i tak jestem w szoku. Spodziewałam się po sobie szalejących zaimków, literówek, a nawet trochę niesfornej ortografii, ale nie, że pozjadam całe słowa xD

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Cieszę się, jeśli w czymkolwiek pomogłam.

A zaimki, no cóż, rozmnożyły się tutaj niemal jak króliki w Australii. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie bardzo dobre, ciekawe refleksje i porządnie skonstruowana narracja. Dużą zaletą tekstu są relacje Col-Adam i Col-Sue, które przedstawione są w wyjątkowy sposób i odbiegają od sztampowych modeli. Tekst mógłby co prawda mieć trochę więcej akcji, ale z pewnością nie nudzi. Warsztat mógłby być trochę lepszy, gdyby beta miała więcej umiejętności :D

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Zakolejkowałam sobie opowiadanie, a potem całkiem o nim zapomniałam. Dopiero niedawno zajrzałam do kolejki i wróciłam. Wcale nie żałuję.

Bardzo dobry tekst. Ciekawa opowieść, nietypowy pomysł, interesujące pytania. Owszem, wykonanie mogłoby być nieco lepsze – nawet po poprawkach Regulatorów jeszcze trochę drobiazgów zostało. Interpunkcja też na kolana nie rzuca.

Z większość pracowników znał się przynajmniej z widzenia,

A może by tak odmienić?

 

Tekst oceniam na 8.

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję za tak pozytywną ocenę, Finklo! :D Przez te komplementy prawie zaczęłam się rumienić :P

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

I przeczytane

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nowa Fantastyka