- Opowiadanie: Prada - La France. Le Paris. La Bastille

La France. Le Paris. La Bastille

Prada. Lat 16. Bio-chem 2b, celuję w medycynę. Kocham pisanie, a to opowiadanie jest jednym z moich literackich dzieci. Mam nadzieję, że dacie mi mnóstwo ciekawych rad. Lubię obiektywną krytykę :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

vyzart

Oceny

La France. Le Paris. La Bastille

***

11 lipca, roku pańskiego 1789

 

 – Stój, łachmyto!

Stukot obcasów na nierównym bruku paryskich uliczek. Palące ogniem mięśnie. Krew pulsująca w uszach. Serce łopocące pod rozdartą koszulą. Krzyki oficerów, huk wystrzałów. Zapach prochu.

Czy tak miało wyglądać moje życie? Ucieczka przed tymi, którzy mieli chronić obywateli, a stali się ich katami? Zbóje. Bandyci. Mordercy!

Ostry ból w stopie. Rozmyty świat. Potłuczone kolana. Obdarte ze skóry dłonie. Triumfalny rechot oficera. Ech… Piekielne kocie łby!

Szarpnięcie za ramię i brutalne pchnięcie na zimy bruk. Dopadli mnie! Granatowy mundur. Bezlitosne oczy oficera. Ciężki bucior na mojej szyi. Lufa karabinu wycelowana w twarz.  

Zaciśnięte powieki. Donośny strzał. Zapach prochu. Przez moment istniało tylko bicie mojego serca. Rozpaczliwy trzepot uwięzionego słowika… Słowiki! Ach, jak pięknie śpiewały! Pamiętam ich delikatne, przejęte głosiki, kiedy siedząc na kołyszących się gałązkach opowiadały sobie nawzajem o ciepłych krajach, o błękicie nieba! Ach, pamiętam ten błękit! Czyste niebo, bez jednej chmurki. Utkane z delikatnego światła promienie słońca, grzejące twarze podczas długich spacerów przez rodzinną wieś. Ach, pamiętam i tę wieś! Złociste pola, szumiące lasy, pachnące wrzosowiska. Drewniany domek, zapach bzu. Uśmiechnięta, złotowłosa matula!

Ciężar na piersi. Ciemność.

A więc tak wygląda śmierć? Słyszysz strzał? Czujesz proch? Ogarnia cię mrok? Tylko dlaczego wciąż słyszę krzyki? Dlaczego wciąż czuję zapach prochu? Dlaczego ten przeklęty bruk wbija mi się w plecy? Dlaczego mrok nie jest czarny, tylko… Granatowy? I dlaczego ten mrok ma… Guziki? Z całej siły naparłem na tę granatową ciemność i zerwałem się na nogi. U moich stóp leżał oficer. Jego zaskoczoną twarz zdobiły strugi krwi.

– Ej, ty, z chustą na ustach! Wszystko w porządku?

Wyrośnięty brunet stał tuż za mną z zatroskanym spojrzeniem. Opuścił dymiącą lufę karabinu. Wolno pokiwałem głową i spojrzałem mu przez ramię. Związani oficerowie leżeli na bruku, a jakaś pulchna kobieta wymyślała im, wymachując rumianą bagietką. Uliczka powoli wypełniała się tłumem ludzi. Wielu Paryżan wyległo tego dnia na ulicę. Z zaciętymi minami obnosili dumne popiersia Jacques’a Neckera i Filipa Orleańskiego. Niektórzy kurczowo ściskali karabiny.

– Za co cię ścigali?– zapytał brunet.– Kradzież, pobicie? Morderstwo?

Wzruszyłem ramionami i wskazałem głową na majaczącą w oddali twierdzę. Chłodne mury la Bastille niknęły w porannej mgle. Cztery wieże wschodniej fasady patrzyły z wyższością na miasto. Kiedyś symbol bezpieczeństwa, dziś alegoria ucisku. Ech…

– Polityczny?– Zgadł brunet.– Bądź spokojny przyjacielu. To już nie potrwa zbyt długo.

 

***

Niski, porośnięty mchem murek nad brzegiem szumiącej Sekwany. Trzaskające w oddali płomienie, tworzące pomarańczową łunę nad skąpanym w mroku Paryżem. Strzały w oddali, skandujący tłum. Siedzący na murku człowiek z maską na ustach. Zmarszczone brwi, chmurne spojrzenie wpatrzone we własne odbicie.

Trzy dni życia. Tyle, ile człowiek wytrzyma bez wody. Zbyt mało czasu na spełnienie wielkich marzeń. Zbyt mało czasu na podróż dookoła świata. Zbyt mało czasu na przeczytanie najwspanialszych ksiąg paryskiej biblioteki. Zbyt mało czasu na wybudowanie domku na wsi i zasadzenie drzewa. Zbyt mało…

Echo dzwonów wyrwało mnie z zamyślenia. Miedziane serce Paryża wybijało północ. Księżyc wyjrzał zza chmur, oświetlając gotyckie mury katedry Notre-Dame. Kiedy rozbrzmiało dwunaste uderzenie, wstałem z gotowym planem w głowie.

 

***

12 lipca roku pańskiego 1789

 

Szybkie kroki zadudniły na moście Pont Neuf. Brnąłem przez mlecznobiałą mgłę. Woda wokół wyspy Île de la Cité lśniła delikatnie w promieniach świtu. Oparty o halabardę strażnik chrapał cichutko. Pff! Przemknąłem obok niego bez problemu.

Katedra Notre-Dame znajdowała się na drugim końcu podłużnej wyspy. Niespiesznie szedłem wzdłuż południowego brzegu, podziwiając budzący się do życia Paryż. Trzaskały otwierane okiennice. Końskie kopyta uderzały w kamienny bruk w rytm stępa. Terkotały drewniane koła wozów. Mleczarz roznosił pobrzękujące butle, stary szewc zachwalał towar, a na rogu ulicy tańczyła piękna cyganka. Rumiany piekarz w bielutkim fartuchu otworzył drzwi zakładu i rześkie powietrze wypełniło się zapachem pieczywa. Palce lizać! Niemal słyszałem chrupanie bagietek, niemal czułem ciepło świeżego bochenka! Paryżanie wypiekają najlepszy chleb we Francji! Ech… Jaka szkoda, że już nigdy go nie spróbuję…

Potężna sylwetka katedry powoli wyłaniała się z mgły. Gotyckie wieże ze strzelistymi oknami, szare gzymsy, piękna rozeta tuż nad głównym wejściem… Najwspanialsza świątynia świata stała przede mną otworem! Nieśmiało przekroczyłem próg, uczyniłem znak krzyża i przyklęknąłem przed ostatnią ławą. Modliłem się. Prosiłem o łaski dla Francji. O przebaczenie za grzechy. O zbawienie.

Bóg milczał.

 Msza skończyła się, gdy słońce dotarło do najwyższego punktu swojej wędrówki. Dzwony uderzyły dwunastokrotnie, a Paryżanie powoli opuszczali świątynie. Może nie zdążę zobaczyć cheopsowego grobowca czy pachnących plantacji kakaowca. Nie zdążę spełnić wielkich marzeń. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, by spełnić choćby to drobne i nic nieznaczące…

Z duszą na ramieniu przeszedłem do nawy bocznej. Nie oglądając się za siebie, wbiegłem na schody. Prowadziły do dzwonnicy.

Zakurzona, drewniana podłoga. Wysokie, żebrowe sklepienie. Mnóstwo przestrzeni. Aż się echo niesie! Oblepione pajęczynami bale wspierające strop.  Rzucone w kąt zwoje lin i brudne szmaty. Mętne światło wpadające przez brudne szyby… I ona. Piękna. Dumna. Szlachetna. Monumentalna. Maria. Miedziane serce Paryża. 

Usłyszałem echo swoich kroków. Maria rzuciła na mnie urok.

– Przestań Hugo. Uspokój się, Victor!

Zatrzymałem się w pół kroku. Głos dochodził zza uchylonych drzwi. Wstrzymany oddech. Kilka delikatnych kroków. Rzut okiem przez szczelinę. Balkon. Zielona tunika zarzucona na garb jednookiego rudzielca. Żywo gestykulując, tłumaczył coś kamiennym gargulcom. Szaleniec! Zatrzasnąłem drzwi i podparłem je kulawym krzesłem. Randka z Marią. I nawet pięści garbusa uderzające w ścianę nam nie przeszkodzą.

Paryskie dzwony nigdy nie biły tak przejmująco.

 

***

13 lipca, roku pańskiego 1789

 

– Do broni!

Znajomy brunet zdzierał gardło, biegając po ulicach stolicy. Ale on był tylko mrówką na tle setek wrzeszczących obywateli. Gwardia mieszczańska gromadziła broń i rekrutów. Bunt wisiał w powietrzu. I wcale się nie dziwię! Wszyscy mieliśmy już dosyć polityki Louisa Augusta. Sam król prowadził dostatnie życie na dworze, a za ścianą jego wspaniałego pałacu prości ludzie cierpieli. Głód. Nędza. Coraz to nowe podatki. Wojsko brutalnie rozpędzające zgromadzenia. Tortury w więzieniach. Władcy nic to nie obchodziło. Robaki mają pracować. A jak nie chcą, to zmiażdżyć je obcasem! Gdybym mógł, ryknąłbym. Koniec ancien regime! Gilotyna dla Bourbona! To się musi skończyć!

– Ty tam, w chuście na ustach! Łap za karabin! Do broni!

Wychudzony rudzielec wyciągał w moim kierunku broń. Zwyczajny, nieco staroświecki karabin skałkowy. Pokręciłem tylko głową i odszedłem. Kluczyłem bocznymi uliczkami, idąc w stronę Île-de-France. Myśli krążyły swobodnie, nogi niosły mnie same. Słyszałem odległe wołania młodych wojowników. Trzaskające płomienie, wystrzały. Kobiecy krzyk.

Stanąłem jak wryty i nadstawiłem ucha. Wołania kobiety! Gdzieś w pobliżu! Biegłem, najszybciej jak mogłem. Sam nie wiem dlaczego. Może w jej głosie było coś znajomego?

Wypadłem na niewielki placyk na skrzyżowaniu ulic. Młoda, jasnowłosa kobieta szarpała się z rechoczącymi oficerami. Jeannette! Krew zawrzała i zadudniła w uszach. Dlaczego nie wziąłem tego karabinu?

Ale to już nieważne… Chwyciłem opartą o ścianę kamienicy deskę i skoczyłem w kierunku granatowych mundurów. Potężne uderzenie spadło na tył głowy jednego z nich. Osunął się na ziemię z cichym jękiem. Pozostali zdążyli już otrząsnąć się z szoku. Nim zamachnąłem się ponownie, ołowiana kula trafiła w ramię.

– Nie zabijaj go, kapralu!

Pogardliwy uśmiech błąkał się na twarzy oficera.

– To nasz niemy przyjaciel.

 

***

14 lipca, roku pańskiego 1789

 

La France. Le Paris. La Bastille. Zimna, mroczna cela. Smród stęchlizny. Woda kapiąca z sufitu. Żelazne kraty w oknie, żelazne kraty w drzwiach. Wychudzone szczury w kącie. Twarda, drewniana ława. Jasnowłosa miłość w moich ramionach. Jeannette! Jeannette! Wtuliłem twarz w jej włosy… Pachnące wrzosami. Złociste jak pszenica, lśniące nawet w słabym świetle wpadającym przez zakratowane okno. Jej cichutki, słodki oddech… Jak szum ulotnych chwil w naszej rodzinnej wsi!

Stukot oficerskich obcasów na korytarzu. Przerażone głosy strażników. Syczące płomienie za oknem, trzaskające belki domów. Pomarańczowa łuna odbija się na ścianie celi. Paryż płonie. Nie obchodzi mnie to. I tak umrę. Chciałbym jeszcze tylko mieć prawo do ostatniego życzenia. Ale ono nie może się spełnić. Może w innym życiu.

– Kapitanie! Buntownicy zdobyli arsenał Les Invalides! Teraz idą tutaj! Mają karabiny! Armaty!

Uśmiecham się do Jeannette. Patrzy na mnie tymi wielkimi, pięknymi oczami. Są błękitne jak niebo. Niebo, które wisiało nad naszymi głowami. Kiedyś. W innej epoce. Szczęśliwe czasy zasnuły się mgłą. Niemal zniknęły w zakamarkach mojej pamięci. Zasnuł je dym. Dym! Dym z mojego płonącego domu. I dym z cygara oficera, który mnie aresztował. Żołdaka, który zamordował moją rodzinę. Tego samego, który mnie potem przesłuchiwał. Który kazał przyznać mi się do tych wszystkich okropieństw z aktu oskarżenia. Kłamliwy donosiciel! Niech będzie przeklęty!

– Kapitanie, są już pod murami!

Obejmuję Jeannette ramieniem. Tuż poniżej łokcia dostrzegam okrągłe blizny. Ślady wypalone przez cygaro oficera. Próbuję sobie przypomnieć czułe słowa, które szeptałem mojej miłości w cieniu szumiącego dębu. Ale nic nie pamiętam. Wszystko rozmyło przez lata tortur. Utonęło. W bólu. W krzyku. W cierpieniu. Okrutny kat! Niech będzie przeklęty!

– Kapitanie, wdarli się do twierdzy! Kapitanie! BASTYLIA PŁONIE!

Z całych sił przytulam Jeannette do piersi. Z naszych oczu płyną łzy. Nie każde łzy są złe. Żałuję, że nie mogę spełnić ostatniego życzenia.

– Kapitanie…

Blask. Dym. Huk jak stu gromów! Charczący kapral siedzi, oparty o kraty naszej celi. Bastylia płonie. Odgłosy walki z sąsiedniego korytarza.

Łzy ciekną mi po policzku. Ostanie życzenie! Boże! Panie mój, dlaczego nie może się spełnić?! Dlaczego nie mogę pocałować Jeannette? Przeklęty kat i te jego wymyślne tortury!

Drzwi wyleciały z zawiasów. Buntownicy wpadli na korytarz. Wystrzały. Strażnicy padli bez życia na zimną podłogę. Szczęk kluczy w kratach naszej celi. Na tle pochodni pojawił się znajomy brunet. Umazany we krwi. Szeroki uśmiech na twarzy. Porusza ustami. Strasznie bełkoce. Chyba coś o uwalnianiu więźniów. O rewolucji. O wolnym, szczęśliwym Paryżu. A my nie chcemy stąd uciekać. A my nie chcemy uciekać stąd!

Brunet kręci głową i odchodzi. A my siedzimy wtuleni w siebie. Romeo i Julia. François i Jeannette! Czekamy na śmierć. I tak byśmy umarli. Ci przeklęci żołdacy już o to zadbali.

Żałuję tylko, że nie mogę ten ostatni raz pocałować mojej ukochanej. Nie mogę, bo nie chciałem się przyznać do zbrodni. A rechoczący, szalony oficer zaszył mi usta szewską dratwą.

 

***

Koniec

Komentarze

Przed “Paris” nie powinno być rodzajnika ; )

I po co to było?

Jestem zaskoczony. Spodziewałem się tekstu co najwyżej średniego, a znalazłem małą perełkę. Podoba mi się częste wykorzystanie równoważników zdań. Budują dynamikę i klimat. Sama historia jest trochę postrzępiona i nie aspiruje chyba do rangi pełnoprawnego opowiadania, ale napisana jest ciekawie. Jest trochę błędów technicznych, ale takich – powiedzmy – drobiazgowych. Krew generalnie pulsuje w skroni, nie uszach. Serce łopocze w piersi pod koszulą, a nie pod samą koszulą. Rozumiesz, drobiazgi. Niemniej całościowy obraz jest niczym więcej niż sumą takich właśnie drobiazgów, więc o nie również warto zadbać.

Całkiem przyzwoicie napisany tekst, szczególnie zaskakujący w takim młodym wieku. Prosiłaś o krytykę, więc się czepiałam. :-)

brutalne pchnięcie na zimy bruk.

Literówka.

kiedy siedząc na kołyszących się gałązkach opowiadały sobie nawzajem o ciepłych krajach,

Przecinek po gałązkach – zawsze w zdaniach z imiesłowem.

Czy mleczarz i szewc zaczynają pracę równocześnie?

przyklęknąłem przed ostatnią ławą.

Czyli wcisnął się między ostatnią a przedostatnią, czy przykląkł w ławce?

Przestań Hugo

Wołacze, Autorko, oddzielamy przecinkami od reszty zdania.

a za ścianą jego wspaniałego pałacu

Król nie mieszkał w bloku. Wydaje mi się, że cierpienie zwykłych ludzi zaczynało się dopiero za płotem ogrodów królewskich.

Dlaczego bohater nie mógł poprzecinać dratwy?

Babska logika rządzi!

Udany debiut. ;-)

Mam nadzieję, że kolejne opowiadania będą jeszcze lepsze i staranniej dopracowane.

 

Krew pul­su­ją­ca w uszach. – Wolałabym: Szum krwi w uszach.

 

Serce ło­po­cą­ce pod roz­dar­tą ko­szu­lą. – Wolałabym: Serce ło­po­cą­ce w piersi.

 

Czy tak miało wy­glą­dać moje życie? Uciecz­ka przed tymi, któ­rzy mieli chro­nić oby­wa­te­li… – Powtórzenie. Może w drugim zdaniu: Uciecz­ka przed tymi, któ­rzy powinni chro­nić oby­wa­te­li

 

Szarp­nię­cie za ramię i bru­tal­ne pchnię­cie na zimy bruk. – Literówka.

 

– Za co cię ści­ga­li?– za­py­tał bru­net.– Kra­dzież, po­bi­cie? – Brak spacji po znaku zapytania i po kropce.

 

Ka­te­dra No­tre-Da­me znaj­do­wa­ła się na dru­gim końcu po­dłuż­nej wyspy. Nie­spiesz­nie sze­dłem wzdłuż po­łu­dnio­we­go brze­gu… – Powtórzenia

 

…a na rogu ulicy tań­czy­ła pięk­na cy­gan­ka. – …a na rogu ulicy tań­czy­ła pięk­na Cy­gan­ka.

 

Dzwo­ny ude­rzy­ły dwu­na­sto­krot­nie, a Pa­ry­ża­nie po­wo­li opusz­cza­li świą­ty­nie.Dzwo­ny ude­rzy­ły dwu­na­sto­krot­nie, a pa­ry­ża­nie po­wo­li opusz­cza­li świą­ty­nię.

 

Nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wbie­głem na scho­dy. – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie? ;-)

Proponuję: Nie oglą­da­jąc się, wbie­głem na scho­dy. Lub: Nie patrząc za sie­bie, wbie­głem na scho­dy.

 

Rzut okiem przez szcze­li­nę. – Nie rzucamy okiem. ;-)

Wolałabym: Spojrzenie/ zerknięcie przez szczelinę.

 

Pa­trzy na mnie tymi wiel­ki­mi, pięk­ny­mi ocza­mi. – Czy mogła patrzeć tamtymi oczami? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Noooo, ładnie to tak, na temat wieku? Ładnie? Debiut faktycznie udany. Jak rozumiem, glowny bohater, niemy, to zarazem Victor Hugo? Ten Hugo? Bo jeśli tak, to urodzil się faktycznie bodajze w 1803 roku… A poza tym: bohater wiozacy przez treść jest, klimat i tlo są, historia jest szczatkowa – ucieka, łapią go, uwalniają, myśli, dzwoni, znów biegnie, jak diabeł z pudełka pojawia się zestaw stara miłość + żołdacy, rzuca się ratować starą miłość, lądują w Bastylii – a mnie cały czas chodzi po głowie pytanie: dlaczego? Ani slowem nie zdradzasz motywacji, no chyba, że mialby być powodowany torturami, ktorych doznal…? To jest dobrze napisany tekst, ma kilka drobiazgow – wyzej wskazanych – i być może lukę fabularną do załatania. A być może to ja czegoś nie zrozumiałem :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo dziękuję za wszystkie rady. Z pewnością pozwolą mi udoskonalić warsztat :-)

 

Główny bohater jest całkowicie zmyślony. Nawiązanie do Victora Hugo pojawiło się w kontekście Dzwonnika z Notre Dame. Nie wszyscy to wiedzą, ale to właśnie autor Nędzników napisał powieść o garbatym, jednookim dzwonniku z Paryża :-)

 

Motywacja głównego bohatera rzeczywiście odrobinkę kuleje. Następnym razem postaram się to zasygnalizować o wiele czytelniej ;-)

 

 

 

Jak dla mnie: fraza za bardzo poszatkowana krótkimi zdaniami. Nie wiem jak innych, ale mnie przy czytaniu mocno to zmęczyło. Może to taka maniera, może próba stylizacji. Oby, bo na dłuższą metę taki styl nakładania kolejnych warstw zdań na elektroniczne płótno – ryzykowne.

Potencjał masz. Teraz trzeba trenować. Bo… – bo wiemy, co ; ) Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Przeczytam później, ale pierwsze, co rzuca się w oczy, to błąd w tytule. Przed miastami nie dajemy rodzajników. (;

,,Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu." ~ Ken Kesey

“pulchna kobieta wymyślała im, wymachując rumianą bagietką”

Nie. Bagietka to wymysł dziewiętnastowieczny, najwcześniej z czasów napoleońskich.

 

paryżanie małą literą. Do wcześniejszych komentarzy: przed Paris zdecydowanie nie powinno być rodzajnika, rozumiem, że chodzi o to, żeby za każdym razem był, ale istotnie gramatycznie jest to błąd. Le może być przed nazwą miasta wyłącznie, kiedy mowa o jakimś “konkretnym” Paryżu czy dowolnym innym mieście (Le Paris de Balzac, la Cracovie du 18e siecle, itd)

 

Jacques’a Neckera → Jacquesa

 

“Niektórzy kurczowo ściskali karabiny.”

Zwykli paryżanie nie mieli karabinów, to broń wojskowa, w tym okresie na dodatek głównie kawaleryjska.

 

“Końskie kopyta uderzały w kamienny bruk w rytm stępa.”

Kamienny bruk to o ile pamiętam w Paryżu zasadniczo norma dopiero za Drugiego Cesarstwa i przebudowy Hausmanna (czytałam coś o tym ostatnio, ale nie zapamiętałam szczegółów, jakie konkretnie problemy były wcześniej, bo eksperymentowano z różnymi nawierzchniami)

 

“Może nie zdążę zobaczyć cheopsowego grobowca” To jest jeszcze przed erą egiptomanii, więc nie byłoby to typowym skojarzeniem nawet kogoś wykształconego. Najprędzej coś z terenów Italii, jakieś rzymskie zabytki.

 

W żadnym tekście z epoki nie spotkałam się z określeniem Louis-Auguste, mimo że król miał tak na imiona. Oraz po polsku raczej “dla Burbona”.

 

“Żywo gestykulując, tłumaczył coś kamiennym gargulcom.”

Większość słynnych gargulców na Notre Dame to dodatki z przebudowy w połowie XIX w., ale mogę założyć, ze chodzi o te nieliczne, które były wcześniej.

 

“idąc w stronę Île-de-France”

To jest region, w którym znajduje się m.in. Paryż, a za ancien-regime’u i jeszcze w XIX w. tej nazwy używano głównie dla… Mauritiusa

 

W lipcu 1789 nikt nie domagał się śmierci króla. Bardzo długo nie brano takiej opcji pod uwagę.

Poza tym szansa, że kogoś zamknęli w Bastylii 13 lipca ot tak, bo walnął oficera po łbie – zerowa. To jednak wymagało wyroku.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Sympatyczne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka