- Opowiadanie: amadeo - Ostatni czarny smok

Ostatni czarny smok

Witam, to moje pierwsze opowiadanie publikowane na tym portalu – proszę o konstruktywną krytykę i zachęcam do czytania!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ostatni czarny smok

Uwielbiał je, prawdziwie kochał i zachwycał się nimi w każdej sekundzie swojego życia, nawet zanim wiedział, że istnieją naprawdę. Te małe, o rozpiętości skrzydeł nie przekraczającej trzydziestu centymetrów, których łuski lśniły w słońcu wszystkimi możliwymi kolorami, ich zęby ostre jak szpilki, a zwrotne i szybkie niczym wiatr. Uwielbiał te większe, które rozmiarami przypominały dorosłego człowieka, o mocno rozbudowanych tylnych kończynach i skrzydłach zakończonych okrutnymi hakami, drącymi ciało jakby było wykonane z papieru. Jednak najwspanialsze były duże, najrzadsze i najniebezpieczniejsze, o gigantycznych paszczach, łuskach wielkości męskiej pięści, rozłożonymi skrzydłami zdolne zasłonić słońce. Dorian stał przy ścianie w swojej pracowni i patrzył, jak to miał w zwyczaju, gdy się nad czymś zastanawiał, na smoczy łeb powieszony na ścianie – musiał do tego użyć stalowych łańcuchów, ten fragment bestii ważył ponad pół tony.

Na ekranie po jego prawej stronie widniała twarz eleganckiego mężczyzny pod krawatem, w ciemnoniebieskim garniturze, oczy mężczyzny zdradzały niepokój, pomimo pozornie spokojnej mimiki.

-Czyli to, co jest na mojej ziemi to smok?

-Na to wygląda, najprawdziwszy draconis majoris, smok właściwy. Okaz tak niespotykany, że zazdroszczę panu, że miał tyle okazji na niego patrzeć.

-On zabił już trzech moich pracowników! Miałem się tam budować, a ta bestia…

-Pluje kwasem? Cóż, taki jest właśnie oddech czarnej łuski. Łuska jest stricte powiązana z naturą smoka, czerń poza elegancką barwą sugeruje afiliacje kwasową, tu typowa broń ołowiowa nie zda egzaminu. Ale pewnie tego już pan próbował.

Kąt ust mężczyzny drgnął.

-Da pan sobie z nim radę?

-Oczywiście, dlatego rozmawiamy.

-Ile to będzie mnie kosztować?

-Dwa i pół miliona dolarów plus koszty operacyjne. Powinny zamknąć się w stu tysiącach. A, ciało zostaje dla mnie.

-Nie dysponujemy teraz takimi środkami.

-W takim razie proszę wezwać armię! Z pewnością będą zachwyceni obecnością draconis majoris, z chęcią zajmą pana posesje, wypiorą wam mózgi i pozbawią wspomnień, nie mówiąc o stratach finansowych. Mam przypomnieć panu o tym, że oficjalnie smoki nie istnieją?

-Możemy dać panu milion pięćset teraz…

-A reszta?

-Rozłożona na raty w ciągu najbliższych trzech lat.

-Dwa lata, oprocentowanie trzy procent w skali miesiąca. Pasuje?

-Pasuje, kiedy może się pan zjawić?

-Proszę podesłać dokładne koordynaty spotkania, będę jutro z samego rana.

Dorian zerwał połączenie, pogłaskał po twardym pysku zakonserwowany łeb i udał się do swojej zbrojowni, znajdującej się w pomieszczeniu obok. Na trzech ścianach znajdowała się niemal cała broń, jaką posiadał. Pistolety, karabiny i strzelby na jednej ścianie, na drugiej ostrza, pałki i elektroniczne bronie do obsługi w zwarciu, na trzeciej rakietnice i przenośne materiały wybuchowe. Tak, Dorian kochał smoki, uwielbiał je w każdym calu i zachwycał się nimi jak niczym innym na świecie. A najpiękniejsze co mógł z nimi zrobić to zabić, poćwiartować i oprawić, wyrwać kości a z łusek zrobić pancerz lub buty. Ktoś powiedział mu kiedyś: „naturą ludzką nie jest tworzenie, tylko destrukcja” a on w pełni się z tym zgadzał.

-Spróbujmy tak: naboje na nic, więc miotacz płomieni, rakietnica i kusza. Pistolet z elektryzującymi strzałkami? Trzeba dostosować napięcia, acz powinien zadziałać – wszystko wrzucił do koszyka podobnego tym, jakie są w supermarketach.

Z czułością pogładził ostrze zawieszone na ścianie, była to katana wykonana z zaostrzonej smoczej kości, trofeum jego ostatniego spotkania z czerwonym draconis majoris.

-Nie powinieneś dotykać ostrza, traci na sprawności – powiedziała wchodząca do sali kobieta.

Miała rude włosy, wysportowaną sylwetkę ze sporymi krągłościami i bystre spojrzenie.

-Gdyby było wykonane z metalu, miałabyś rację. Smocza kość nie stępi się od dotyku.

-Ale pokryłam ją specjalną substancją, moim nowym impregnatem, dzięki któremu kwas nic mu nie zrobi.

Dorian podszedł do niej i dotknął jej policzka.

-Głupia, ten miecz wykonany jest z kości czerwonego draconis majoris, króla wszystkich smoków. Nic go nie uszkodzi, a na pewno nie kwas słabszego gatunku, jakim jest czarny.

-Wolę dmuchać na zimne. Przecież nie walczyłeś jeszcze z czarnym, zachowujesz się czasem jak dzieciak, który pozjadał wszystkie rozumy… – naburmuszyła się trochę. – Uważam, że powinieneś wziąć kogoś do pomocy.

Dorian obrócił się do niej z twarzą wykrzywioną nagłym gniewem – nie należał do spokojnych ludzi, a wspomnienie współpracy od razu przywodziło mu na myśl Ligę, specjalną organizację zrzeszającą ludzi walczących ze stworzeniami „magicznymi”.

-Może jeszcze z Ligi? – jego niechęć uzasadniona, Liga zajmowała większość wynagrodzenia, do tego utylizowała pozostałości bestii, co dla Doriana było zbrodnią

-Nie mówię o Lidze, przestań – podeszła do niego i pocałowała w policzek, była odrobinę wyższa, jednak znacznie drobniejsza, przy jego szerokich barkach zdawała się drobna. – Ja się po prostu martwię, sama nie wiem, czego można się po nim spodziewać.

-Nic się nie stanie – złość przeszła mu równie szybko, co się pojawiła. – Najpierw nakieruję go zdalnymi robotami, rozłożę sprzęt i wykończę z bliska, nie będzie większych problemów.

-Ostatnim razem też tak mówiłeś…

-Ostatnim razem, miałem do czynienia z czerwonym! Wiesz ile on miał lat? Ponad tysiąc. Tysiącletni smok, król wśród drapieżników, ostateczna bestia, która swoim spojrzeniem wpływa na ludzkie umysły, a oddechem topi stal! I gdzie teraz wisi jej głowa?

Dorian zrzucił z siebie szlafrok, odsłaniając opatrunki, elastyczne bandaże przykrywające jego tors od szyi, po samą pachwinę.

-Niemal zaleczone, a wiesz co mi to dało? Nauczkę, teraz wiem, że równie ważna co ofensywa, jest obrona – przeszedł do następnej sali sprężystym krokiem, ona za nim, jakby niechętnie, jakby chciała opóźnić całą prezentację.

Pośrodku sali stała szklana tuba, pojemnik wypełniony przezroczystą substancją, w niej unosił się jednoczęściowy kostium, przypominający skafandry noszone przez nurków. Dorian obszedł go dookoła i pogłaskał szybę, zadowolony.

-To nad tym pracowałeś całe noce? – spytała lekko karcącym tonem. – Mogłeś mi powiedzieć, chętnie bym pomogła.

-Nie twoja działka Kochanie. To syntetyczna smocza łuska, wyprodukowana na podstawie próbek pobranych z czerwonego, jest znacznie lżejsza i cieńsza, niż jej naturalny odpowiednik, a ma wszystkie zalety prawdziwego smoczego pancerza.

-Trzymasz ją w płynie dla zachowania giętkości?

-Problem jest w tym, że zakładać i zdejmować ją mogę jedynie w tej zawiesinie, ona momentalnie dopasowuje się do skóry i z niej czerpie wilgoć. Dlatego też muszę walkę zakończyć maksymalnie w dwie, trzy godziny, inaczej narażam się na poważne odwodnienie.

-Nie podoba mi się to, testowałeś już w walce z mniejszymi okazami?

-Kiedy? Nie, nie było czasu.

-Pozwól mi jechać z tobą, będę zabezpieczeniem.

Przez chwilę zastanawiał się, po czym poszedł do poprzedniej sali i przyniósł z niej dwa drewniane bokkeny, mieczy ćwiczebne.

-Jeśli wytrzymasz dwie minut sparingu, wtedy możesz jechać ze mną – rzucił jej długi przedmiot.

Ona złapała go w locie, zerwała z siebie kraciastą koszulę, odsłaniając spore piersi ubrane w przyległe do ciała, sportowe body.

-Chcesz mnie rozproszyć? – nie odpowiedziała mu, tylko zaatakowała z uśmiechem.

Bez trudu odbił jej atak i sam natarł, bez litości czy taryfy ulgowej, natarł tak, jak nacierał gdy chciał kogoś zabić, celując prosto w głowę. Uniknęła jego cięcia o długość włosa, zwinęła się i zbliżyła, momentalnie znaleźli się w zwarciu.

-Wybacz – szepnęła, po czym sprzedała mu kuksańca w bok, tam gdzie pod opatrunkiem znajdowały się najgorsze oparzenia.

Zawył z bólu, jednak nie opuścił miecza, sparował jej następny atak i już miał wystosować potężne cięcie, gdy ona padła na ziemię, co mocno Doriana zdezorientowało. Ten ułamek sekundy dał jej przewagę, kopnęła go w kostkę i oboje leżeli na ziemi, tylko jej miecz znajdował się nagle przy jego szyi.

-Wybacz, nie minęły jeszcze dwie minuty?

-Trenowałaś – wydyszał.

-To nie zbrodnia. A ty jesteś wolniejszy, jeszcze nie wyzdrowiałeś. Naprawdę proszę cię, weź kogoś ze sobą, kogoś lepszego niż ja.

-Jesteś świetna – przytulił ją ostrożnie. – Naprawdę jesteś najlepsza.

 

O świcie wylecieli helikopterem, ona pilotowała a on z tyłu uzbrajał drony: miał ich sześć, zdalnie sterowanych bądź programowalnych, szybkich i zwrotnych maszyn, które można było wyposażyć w różnego rodzaju uzbrojenie i ekwipunek. W szklanym pojemniku na ziemi znajdowała się zamoczona w miksturze jego najnowsza zabawka, niesamowita zbroja – na myśl o jej użyciu po plecach przechodziły mu zimne dreszcze.

-Lądujemy za piętnaście minut.

Przeszedł do kabiny pilota.

-Wchodzisz tylko wtedy, gdy dam ci znak. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z moim planem, to rozprawię się z nim w dwadzieścia minut.

-Pamiętasz, że musisz jeszcze rozmówić się z CEO?

-Ja pierdolę, nie mam najmniejszej ochoty.

Ona doskonale o tym wiedziała, znała go już zbyt długo – opętany swoją pasją nie myślał o niczym innym, tylko o walce. A pomyśleć, że to ona go uświadomiła o istnieniu smoków, że wcale nie chciał jej uwierzyć – był jednym z najgorszych sceptyków, jakich w życiu spotkała. Ale to właśnie były cechy Doriana: nieludzki upór i wytrwałość ponad miarę, jego determinacja i niezłomność czyniły z niego trudnego rozmówcę, ale idealnego wojownika.

Wylądowali na metalowej platformie, pozornie przygotowanej pośrodku niczego. U podnóża już czekał na nich szpakowaty mężczyzna i jego dwóch goryli, wszyscy w identycznych garniturach i z minami zimnego profesjonalizmu. Wiedziała, że nie wzbudzi to sympatii Doriana, jednak tak wyglądały te transakcje, a stawka, jaką żądał za swoje usługi ograniczała mocno grupę odbiorców.

-Pan Dorian? Miło wreszcie pana spotkać osobiście.

Dorian był ubrany w skórzaną kurtkę i dżinsowe spodnie oraz kawaleryjki z żelaznymi ostrogami, przy mężczyznach prezentował się jak dopakowany członek gangu motocyklistów.

-Witam, witam. Rozpoznałem już teren, jaskinia znajduje się nad urwiskiem, obiekt zgodnie z prognozą znajduje się w środku?

-Dokładnie, może zechce pan wypić z nami kawę?

-Po pracy, wszystko po pracy. Rozstawiam się ze sprzętem i zaczynam.

Mężczyzna zbladł.

-Pozwoli pan, że najpierw…

-Się wycofacie? Jasne, nie mam nic przeciwko – uśmiech na jego twarzy jednoznacznie pokazywał pogardę, jaką darzył tchórzy. – Panowie też?

-Panowie są moimi ochroniarzami.

-Ach, no tak, rozumiem, lepiej niech ochraniają pana z daleka od niebezpieczeństwa.

Obrócił się do nich tyłem, nie czekając na reakcję i podszedł do helikoptera. Ona wyszła na zewnątrz, w rękach trzymając gotowego do startu drona: nie były ciężkie, wprost przeciwnie, z całym osprzętem żaden z nich nie przekraczał dwudziestu kilogramów. Dzięki temu były zwrotne i mogły służyć za przynętę w walce z bestią.

-Przygotuj je, ja się ubiorę.

Rozebrał się do naga, zdjął warstwy opatrunków, spoglądając na swoją ledwo gojącą się, wściekło czerwoną, poparzoną skórę. Przez myśli przebiegł mu potwór o karmazynowej łusce, prawdziwa, wiekowa bestia, która zrobiła wszystko co mogła, by go uśmiercić. Nigdy wcześniej nie czuł takiego żaru, pomimo dwa razy grubszej zbroi i specjalnych zabezpieczeń, po raz pierwszy był o krok od śmierci. A jednak dał radę go pokonać – dziś powinno być łatwiej, jednak nie mniejsze emocje targały jego sercem. Był wrażliwy.

Zakładanie kostiumu przyszło mu zadziwiająco lekko, pomimo ostrego bólu, jaki generowały jego rany. Spojrzał na swoje odbicie w szybie, wyglądał dziwnie, przyzwyczajony do dużych i kanciastych zbroi, w kostiumie ciasno opinającym jego umięśnione ciało czuł się nagi. Chropowata powierzchnia przypominała znacznie drobniejszą smoczą łuskę, a kolor nazwałby karmazynowym, gdyby tak dobrze się znał na kolorach. Na wierzch założył pas przebiegający przez jego brzuch i zabezpieczający pod pachą. Do pleców przyczepił pochwę z kościanym mieczem, do butów – jedynej części stroju nie wykonanej z syntetycznej smoczej skóry, a prawdziwej łuski – przytroczył podobny mu nóż. Przy pasie miał pistolet z elektryzującymi strzałkami, nie był jednak pewny, co do ich skuteczności, nie miał pojęcia, jak na wysokie napięcie zareaguje czarny smok. Do ręki wziął granatnik załadowany zamrażającymi pociskami, do drugiej stacjonarne działko w postaci walizki. Po naciśnięciu czerwonego przycisku rozkładało się, umożliwiając miotanie gigantycznej sieci pod napięciem – sieć nie miała szans zatrzymać zdrowej bestii, jednak odpowiednio osłabiona powinna ulec jej sile. Na głowę założył kask obity prawdziwymi łuskami, z wbudowanym systemem celowniczym i filtrami, z zapasem powietrza na piętnaście minut. Tak uzbrojony wyszedł na zewnątrz – po jego pracodawcy i ochroniarzach nie było już śladu, pozostał on, jego kobieta i zieleń, wszechobecna zieleń dookoła.

Smoki kochały naturę, nigdy nie można ich było spotkać w otoczeniu przekształconym przez człowieka. Dorian nie był pewny, czy chodziło o samą ingerencję, czy po prostu nie znosiły naszej obecności, jednak oczywiste było to, że stroniły od uwagi uciekając w najpiękniejsze, najbardziej malownicze zakątki ziemi. Tu roślinność kwitła w dzikim szale, jak zawsze w obecności smoków – musiało się tak dziać, przecież ich naturalne zapotrzebowanie na jedzenie zniszczyłoby roślinność i zwierzęta, ich wpływ uzupełniał żywotność przyrody. Ponoć sekwoje powstały właśnie dzięki smoczej obecności, jednak brak było badań potwierdzających te tezy, głównie przez usilne starania rządu, by wszystko zachować w tajemnicy.

-Halo, sprawdzam komunikację, raz dwa – hełm zabrzęczał przyprawiając go o ból głowy.

-Słyszę cię wyraźnie, inicjować drony?

-Tak, zajmuję pozycję i biorę rakietnicę zero jeden.

Szedł przez łąkę, wprost do urwiska, gigantycznego urwiska, niemal w całości pokrytego dziką roślinnością – większość biologów i botaników zabiłaby za próbki z tej okolicy. Nad jego głową przeleciały cztery drony, zdalnie kierowane z helikoptera. Uśmiechnął się, zostawił walizkę w połowie drogi i chwycił za wyrzutnię rakiet, dotychczas przewieszoną przez jego plecy – zabrał ją z płóż helikoptera, nie mieściła się w środku.

Czekał, oddychał i czekał.

Było pięknie: idealna pogoda, idealny nastrój i idealny czas, by zabić najlepszego z drapieżników. Nie, poprawka – skoro on był w stanie go zabić, to nie był to idealny drapieżnik, to na szczycie drabiny pokarmowej stał Dorian, człowiek nad ludźmi. Idealne dzieło sztuki, arcydzieło Boga, tryumf człowieka nad nieistniejącym strachem! Podniecony przebierał palcami po zakrzywionym spuście rakietnicy.

-Jaskinia pusta, melduje.

-Jak to? A prosiłem, żeby go monitorowali! Dobra, zostawiam rakietnicę zero jeden i miotacz siatki, biorę zestaw wspinaczkowy i schodzę.

-Rozumiem.

Wrócił do helikoptera, z bocznej skrytki odczepił plecak, katanę przepiął do pasa i szybko powrócił nad brzeg urwiska. Łącznie wszystko zajęło niemal pół godziny, i co prawda miał też swój stary pancerz, ale nie chciał się teraz przebierać – poza czysto funkcjonalną przewagą nowego, pozostawał podekscytowany tym, jak sprawdzi się na polu bitwy.

Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do wejścia do jaskini. Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do ogromnej jamy, wygładzonego wejścia do jaskini. Ze środka bił ostry zapach kwasu, już nie miał wątpliwości co do koloru smoka, wszystko się zgadzało: przerośnięta roślinność dookoła kończyła się w miejscu, gdzie zaczynał się tunel, idealnie gładkie wnętrze zostało ukształtowane przy pomocy toksycznego oddechu bestii. Powoli przesuwał się do środka, ostrożnie stawiając stopy w obawie przed zagłębieniami wypełnionymi kwasem. Nigdy wcześniej nie miał okazji walczyć z czarnym smokiem, za to dobrze przygotował się czytając wszystkie związane z nimi legendy i podania – większość z nich była czystą brednią, nie ugruntowanym w niczym mitem i ludową baśnią, jednak w każdej baśni znajdował się pierwiastek prawdy.

Ludzie pamiętali trzęsienia ziemi, pożary i wielkie katastrofy, zapominali o smokach – to była ich podstawowa cecha, smoki potrafiły zmienić wspomnienia osób, które ich widziały. Jednak nie potrafiły usunąć strachu i przerażenia, śladów swojego niszczycielskiego szału. Prędzej czy później pojawiały się w podaniach, raz w wersji bliższej swojej prawdziwej naturze, raz w kompletnie odmiennej, innymi razy pozostawał sam efekt, racjonalizacja ich działań. Tak, Godzilla była wspomnieniem o smokach, wyolbrzymionym i pozbawionym swojej esencji, jednak wciąż odnoszącym się do tego samego.

-Jestem głęboko, ani śladu obiektu, gdzie są drony? – jego mikrofon szumiał, musiał znajdować się już daleko od wejścia.

-Na końcu… korytarz…

-Raz, raz, raz, tracę cię!

-Po… stronie… lewej…

Obrócił głowę i zobaczył mniejszy tunel, odchodzący od głównej sali, w której obecnie się znajdował. Włączył wizję nocną i zagłębił się w odnodze jaskini, która nie była wyższa niż trzy metry – prawdziwy draconis majoris nigdy by się tu nie zmieścił, Dorian miał chwilę zawahania, czy rzeczywiście ma tu do czynienia z tym, czego się spodziewał. W tunelu unosiły się trzy drony, na końcu zagłębienia nie dłuższego niż pięć metrów, znajdowała się sterta kamieni, najwyraźniej nie rozpuszczonych jak w pozostałej części jaskini, tylko ukruszonych.

Dorian pochylił się i odgarnął wierzchnią warstwę gruzu.

-Nie uwierzysz! Znalazłem jego jaja! Są… ogromne.

Pierwszy raz widział smocze jaja, a był to piękny widok: wielkie na ponad metr, o średnicy przekraczającej sześćdziesiąt centymetrów, miały powierzchnię podobną cennym minerałom, zarazem chropowatą i mieniącą się milionem barw, niczym najpiękniejsza perła. Od razu zaświerzbiły go ręce, żeby je roztrzaskać, rozwalić w milion maleńkich kawałeczków, a znajdujący się w środku zarodek, początek wiekowego życia rozmazać pod podeszwami swoich ciężkich butów. Jego ręka spoczęła na tsuka jego katany.

-Zabijesz je zanim zakosztują powietrza? – donośny głos wypełnił jego głowę, nie był na to gotowy, niemal nie zemdlał od impaktu psychicznej wiadomości.

-Gdzie jesteś potworze?

Śmiech smoka wypełnił jego głowę, upadł na kolana i krzyknął mając nadzieję, że komunikator działa.

-Zainicjuj drony!

-Dorianie, nikogo tam nie ma…

-Jest ukryty…

-Mnie nazywasz potworem? – głos zagłuszał jego wszystkie myśli, odbierał siły i wprawiał kości w drganie. – Wchodzisz do mojego domu nieproszony, wnosisz do niego broń i chcesz zabić moje dzieci? Ludzkość naprawdę nisko upadła.

Drony zastartowały, wyleciały do wielkiej sali, w której przed chwilą znajdował się Dorian.

-Strzelać!

Jeden z nich, z przyczepionym do niego miotaczem ognia wystrzelił jasnym płomieniem, na co jedna ze ścian się poruszyła i nagle Dorian zrozumiał – czarny smok nie ukrywał się przed nimi przy pomocy mentalnych sztuczek.

Z jego przybrudzonymi pyłem łuskami przypominającymi czarne, wypolerowane kamienie, nie przypominał reszty jaskini, a jednak naturalnie z nią się stapiał, jakby od zawsze był jej integralną częścią. Błyskawiczny ruch ogon zmienił unoszący się mechanizm w bezużyteczny złom.

-Siedem! – wykrzyknął Dorian.

Drugi dron podleciał do ogromnej paszczy bestii, która w równym stopniu składała się z wielkich niczym nagrobki zębów, co z ostrych i czarnych rogów, sterczących groźnie w każdym kierunku. Oczy bestii gorzały wrogim światłem, a spomiędzy kłów wydobywała się zielonkawa para, jedyny akcent koloru w grobowej czerni smoczego pancerza.

Dron eksplodował, a Dorian jak wściekły rzucił się do przodu, odbezpieczając granatnik. Wybuch zdał się nie odnieść efektu, jednak cudów po tym nie oczekiwał za to granat wypełniony konstrukcją bazującą na ciekłym azocie trafił prosto w piersi bestii czyli tam, gdzie pancerz był najcieńszy.

Pomimo zbroi, Dorian poczuł chłód, obrażeń nie był w stanie ocenić przez mgłę, która podniosła się po wybuchu. Zamiast zastanawiać się nad sytuacją, wystrzelił kolejny pocisk w kierunku jaj, mając głęboką nadzieję, że ich nie zniszczył – nędzne byłoby trofeum z rozbitych, no chyba, że rozbiłby je własnymi pięściami dla czystej radości. Strzał oddał samozapobiegawczo, nie mógł ryzykować wyklucia młodych podczas walki, a żadne źródła nie podawały nic o terminie wyklucia czy sprawności młodych draconis majoris.

Wycofywał się w kierunku urwiska, walka ze smokiem w jego jaskini była trudniejsza, niż na otwartym powietrzu, gdzie dysponował kilkoma sztuczkami.

-To ty zabiłeś – tu wydał z siebie dźwięk, prawdziwy ryk, który nie był komunikatem mentalnym, jednak w głowie Doriana od razu pojawiła się rubinowa łuska smoka, który dotkliwie pokaleczył jego ciało. – Znam cię, zabójco, zginiesz w mojej paszczy!

Nie był nawet w połowie drogi do wyjścia, gdy z chmury wyleciała czarna śmierć, zdecydowanie za szybka, jak na swoje gargantuiczne rozmiary. Z skrzydłami ledwo rozłożonymi, szczelnie wypełniał jaskinię, a z każdym ruchem opadał z niego szron i kawałki lodu. Dorian obrócił się i wystrzelił dwa kolejne granaty, mniej więcej w tej samej chwili bestia otworzyła paszczę, a z wnętrza popłynął jasnozielony płyn, trysnął gęstą rzeką. W zetknięciu kwasu z pociskiem, ten eksplodował zatrzymując substancje, zbrylając ją w dziwne niemal sople, które opadł na ziemię z ciężkim trzaśnięciem. Drugi granat trafił w bok głowy, urywając jeden ze sterczących rogów i zarzucając bestią o ścianę jaskini.

-Bingo!

-Żyjesz?

-Tak, jak wydostanę się, inicjuj jedenastkę!

Dorian wiedział, że dobrze wybrał broń względem swojego przeciwnika – mróz zadawał mu realne obrażenia, dlatego też pewnie skrył się w tak ciepłym regionie. Radość była przedwczesna, ponieważ bestia wcale nie zamierzała się poddać, cztery łapy zazgrzytały o kamień i kolejny kwasowy pocisk poleciał prosto w kierunku Doriana. Tym razem nie zdążył wystrzelić dopóki nie było za późno – pomimo syntetycznej smoczej łuski nie chciał ryzykować znalezienia się w strefie wybuchu własnego granatu.

Kwas uderzył go ze sporym impaktem, odrzucając na pół metra do tyłu. Dorian odrzucił granatnik, który do niczego już się nie nadawał – kwas zżerał go jakby był kostką cukru wrzuconą do gorącej herbaty. Zbroja zdawała się trzymać, jednak on poczuł kwasowy zapach: wizjer! Wizjer jego hełmu topił się, jako jedyny nie wykonany ze smoczej łuski element jego stroju.

-Bez odbioru! – zdążył jeszcze wykrzyczeć, zanim zerwał ze swojej głowy hełm i cisnął go w kat.

Niedobrze, był pozbawiony ochrony w najwrażliwszym miejscu swojego ciała. Nagle wpadł na pomysł, chwycił wyrzutnię kotwiczki, która przytroczona była do jego plecaka i wystrzelił w kierunku wyjścia – zaczepiła się krawędź, on uruchomił kołowrotek, który z zawrotną prędkością zaczął przyciągać go do wyjścia. Przez chwilę bał się, że pasy podtrzymujące plecak nie wytrzymają, lekko nadżarte przez frontowy strzał kwasu, jednak udało mu się dostać do krawędzi, nad którą unosiły się już trzy drony, wszystkie obciążone kriobombami.

Dorian rzucił okiem na bestię, która był niewiele za nim, już nie szybowała a biegła na czterech łapach, dziwnie przypominając w swoim ruchu ogromnego, pokrytego łuską kota.

-Widzę twoją twarz zabójco! – tym razem był przygotowany na mentalny cios, jednak zaskoczyła go siła, jaką miał ten smok.

-Sayonara – powiedział Dorian i rzucił się w dół urwiska.

Dwie sekundy później usłyszał odgłos wybuchu, to jego drony eksplodowały zimnem, podmuch był tak silny, że zmienił jego trajektorię lotu. Gdy tylko poczuł że zbliża się do ziemi, rozpiął spadochron, odrzucając część balastu, jakim był sprzęt do wspinaczki, wyrzutnia kotwiczek i kołowrotek, Dorian wylądował wśród gigantycznych grzybów i porostów, otoczony kwiatami sięgającymi mu do bioder. Odrzucił i spadochron, szukając miejsca upadku smoka – tak jak myślał, zbyt daleko nie pociągnął, wylądował niemal pod samym urwiskiem.

Obnażył katanę i pobiegł, czując gwałtowny przypływ adrenaliny rozsadzający jego żyły, to był jego żywioł, jego praca i jego pasja, czas najwyższy dokonać żywotu tego potwora.

Dystans okazał się większy, niż sądził, w połowie zwolnił kroku, czając się pomiędzy niewielkimi drzewami, które najprawdopodobniej powinny być nie większe, niż parędziesiąt centymetrów.

Krater, który zrobiła spadająca bestia był pusty, Dorian wychynął zza drzewa by spojrzeć w którą stronę odeszła, po czym poczuł, jak cały świat wiruje, gdy przeleciał trzy metry po uderzeniu smoczym ogonem prosto w jego żebra.

Kolejny raz, smok po prostu tam był, jakby zlał się ze swoim otoczeniem.

-Oszuście… – wyjęczał przez krwawiące usta Dorian.

-Ja oszukuję? Natura dała mi to błogosławieństwo – smok wyglądał okropnie, część łusek z jego głowy odpadła, ukazując czarne, pulsujące mięso pod spodem, poprzetykane zielonymi żyłami. Jedno jego skrzydło było naderwane, pozostawiając podobny onyksowi szkielet.

-Dawniej mieliście styl i honor, potrafiliście wyzwać nas na pojedynek! Jeden na jeden, żadnych sztuczek, nawet i my nie używaliśmy naszych. Teraz nie macie niczego, jesteście podłą rasą wszy, która przetrwa dzięki swojej małości.

Dorian ledwo się podniósł, a poczuł kolejne uderzenie, tym razem łapą, które zmiotło go na znajdujące się za plecami drzewa. Musiał mieć połamane żebra, bo ból klatce piersiowej był nie do zniesienia – jaką siłą musiał dysponować olbrzym! Jego zbroja była w stanie ochronić go przed zderzeniem z minivanem, a nie dała rady ciosom osłabionego potwora.

Wtem usłyszał znajomy szum helikoptera, to ona, pomimo jego wyraźnego zakazu, opuściła się za nim i zaczęła ostrzeliwać smoka. Ten obrócił się i prychnął, jakby coś utkwiło w jego wiekowym gardle.

-Wysyłasz przeciwko mnie samicę w żelazie? Czego innego spodziewać się mogłem po dzieciobójcy – pogarda w głosie smoka nie była piękna, Dorian potrzebował jego agonii, potrzebował widzieć, jak cudownie będzie umierał.

-Pociskiem kriogenicznym, głupia! – nagle zrozumiał, ona nie była głupia.

Sam opowiadał jej o swoich badaniach nad Draconomiconem, doskonale wiedziała, że ołowiane pociski nie zadziałają. Ona nie chciała używać kriogenicznego bo bała się, że zabije przy tym i Doriana.

Zebrał w sobie całą siłę i zerwał z biodra dotychczas nie używany pistolet, wymierzył w odsłonięte ciało bestii i wystrzelił.

Bez efektu, jednak ładunek elektryczny był zbyt słaby.

Za to smok otrząsnął się, w jego gardle ponownie zafurczało, po czym splunął kwasem wprost na helikopter. Ten w ułamku sekundy zaczął spadać.

Dorian już biegł, już był tuż, tuż, już miał wbić swoją katanę aż po tsubę w miękki brzuch smoka, gdy ten obrócił się i złapał go w swoją łapę, przygwożdżając do ziemi.

-Zginęła ona, teraz czas na…

-Wątpię – Dorian przeładował baterie pistoletu, trzymane w swojej dłoni.

Czerwony smok ma znacznie większą tolerancję, znacznie większą odporność na obrażenia niż jego czarny kuzyn, dlatego zbroja Doriana odizolowała go od większości napięcia, pozostawiając tylko elektryczny smak w ustach. O smoku nie można było tego powiedzieć, zwłaszcza, że miejscem kontaktu była łapa z oderwaną łuską – targnął się jak dziki i przewrócił, miotając po ziemi. Dorian podniósł się i resztką sił wbił miecz w odsłoniętą szyję bestii, a zielona, kwasowa krew trysnęła w górę, tworząc groteskową fontannę.

Dorian opadł obok truchła smoka i zrozumiał, że nie jest w stanie się ruszyć. Całkiem go to rozbawiło – ile już był w swojej zbroi? Czy jego krew nie była aby zbyt gęsta i ciemna? Najprawdopodobniej dla niego było już za późno. Umierał pięknie, umierał z krwią czarnego smoka rozbryzganą u jego stóp.

 

Koniec

Komentarze

Uwielbiał je, prawdziwie kochał i zachwycał się nimi w każdej sekundzie swojego życia, nawet zanim wiedział, że istnieją naprawdę. – raczej: zanim dowiedział się

 

-Nic się nie stanie – złość przeszła mu równie szybko, co się pojawiła. – jak się pojawiła

 

-Nie twoja działka Kochanie. – dlaczego kochanie z wielkiej litery? To nie jest list.

 

To tylko próbka, bo błędów jest dużo więcej: zapis dialogów, interpunkcja, brak spacji przy myślnikach, literówki.

Pomysł na opowiadanie jest niezły, ale zrealizowany jakoś mało ciekawie. Czytałem, czytałem, a póżniej to już tylko czekałem na koniec, zresztą dość przewidywalny. To tylko moja opinia, może ktoś bardziej doceni Twój tekst.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Według mnie opowiadanie prezentuje przeciętny poziom.  Nie spodobała mi się kreacja świata, a fabuła jest dosyć przewidywalna, zwłaszcza uwzględniając tytuł.

 

Liczne błędy:

 

Czyli to, co jest na mojej ziemi to smok?

Brakuje przecinka po “ziemi”

broń ołowiowa 

Pierwszy raz spotykam się z takim terminem. Chodziło o broń palną, czy to coś wymyślonego na potrzeby utworu?

 

na trzeciej rakietnice

Rakietnica to wbrew pozorom nie wyrzutnia rakiet czy też granatnik przeciwpancerny, tylko pistolet sygnałowy. Wątpię, żeby coś takiego mogło zrobić krzywdę smokowi.

 

Pistolet z elektryzującymi strzałkami?

“Taser” brzmi lepiej.

 

Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do wejścia do jaskini. Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do ogromnej jamy, wygładzonego wejścia do jaskini

Powtórzenie.

 

konstrukcją bazującą na ciekłym azocie

Konstrukcja z cieczy, tego to jeszcze nie grali… Nie chodziło przypadkiem o “substancję”?

 

Kwas uderzył go ze sporym impaktem

Powinno być “impetem”. “Impakt” to inaczej zderzenie.

 

Widzę twoją twarz zabójco!

Przecinek po “twarz”.

 

nie używany

“nieużywany”

 

elektryczny smak w ustach

To poza słodkim, słonym, kwaśnym, gorzkim i umami jest jeszcze elektryczny?

 

Aha, i tak przy okazji to witamy na portalu, Amadeo :) Nie zrażaj się, próbuj dalej, a na pewno będzie lepiej. Ja sam też dopiero zaczynam przygodę z pisaniem.

 

Pozdrawiam.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Pomysł był, smok był, nad warsztatem musisz jeszcze popracować. Przedpiścy wymienili już sporo błędów. Mogę dorzucić, że nazwy gatunków zapisuje się dużą literą i najlepiej kursywą.

Tak na przyszłość – pewnie by się czytelnicy ucieszyli, gdybyś dorzucił jakieś zwroty akcji, coś nieprzewidzianego.

Ale jak na debiut, całkiem przyzwoicie. Witamy na portalu. :-)

Babska logika rządzi!

“Bez trudu odbił jej atak i sam natarł, bez litości czy taryfy ulgowej, natarł tak, jak nacierał gdy chciał kogoś zabić” 

“Było pięknie: idealna pogoda, idealny nastrój i idealny czas”, “…to nie był to idealny drapieżnik, …Idealne dzieło sztuki…”

“Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do wejścia do jaskini. Zaczepił linę u szczytu urwiska i powoli opuścił się do ogromnej jamy, wygładzonego wejścia do jaskini.”

 

To mi się najbardziej rzuciło w oczy. A co do reszty. Pomysł świetny. Wykorzystanie dronów bardzo mi się podobało. Smok też ciekawie opisany– wiemy z czym mamy do czynienia. Jedyne, co mi nie pasuje (oprócz wymienionych), to końcówka.  Czuję niedosyt. Co z jajkami i rudą? Pozdrówki i witam :D

 

Śmiech smoka wypełnił jego głowę, upadł na kolana i krzyknął mając nadzieję, że komunikator działa. ---> nie potrafię wyobrazić sobie padającego na kolana smoczego śmiechu. Krzyczącego – też nie… Podmioty to podstępne bestie.

Oficjalnie smoki nie istnieją? Więc armia nie powinna przyjmować zleceń na ich likwidację.

<><>

Pomysł prosty jak promień lasera, realizacja takoż, w sumie klasyka. Tylko to wykonanie…

 

Dzięki za komentarze, postaram się, by następnym razem było lepiej!

Przeczytałam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytane. 

JAk na debiut bardzo porządne opowiadanie. Mi pomysł się spodobał, wykonanie, choć jest dużo błędów i nawet ja je widzę – też. Jest takie… filmowe. Wiem, to celowy zabieg autora, niemniej sceny są bardzo plastyczne i miejscowe niedociągnięcia czy nielogiczności mi całościowego odbioru nie popsuły. Gdyby to wyszło spod pióra doświadczonego Fantasty oceniłbym na trójkę. ALe, że to debiut zasługuje na spokojną czwóreczkę.

Przed czytaniem skonsultuj się z lekarzem bądź farmaceutą. Lub psychologiem.

Podobał mi się pomysł na opowiadanie. Udało ci się też, Autorze, stworzyć fajnie odpychającą postać głównego bohatera. Na plus też to, że nie wiedziałem, jak się to skończy. Co prawda możliwe zakończenia dało się policzyć na placach jednej ręki, ale do końca nie wiedział, które wybierzesz.

Jest trochę usterek, a samo starcie mogłoby być dramatyczniej opisane, ale teraz pójdzie już z górki.

 

znajdującej się w pomieszczeniu obok. Na trzech ścianach znajdował – powtórzenie

broń, jaką posiał – którą

Ligę, specjalną organizację zrzeszającą ludzi walczących ze stworzeniami „magicznymi”.

-Może jeszcze z Ligi? – jego niechęć uzasadniona, Liga zajmowała większość wynagrodzenia, do tego utylizowała pozostałości bestii, co dla Doriana było zbrodnią

-Nie mówię o Lidze – powtórzenia

Wiesz ile on miał lat?, wiesz co mi to dało? – przecinki po “wiesz”

cieńsza, niż jej naturalny – zbędny przecinek, “niż” nie wprowadza zadania podrzędnego 

ona pilotowała a on z tyłu uzbrajał – przecinek przed “a”

 

stawka, jaką żądał za swoje usługi ograniczała mocno grupę odbiorców.  – Mogę się mylić, ale ja bym napisał: “Stawka, której żądał za swe usługi, mocno ograniczała grupę odbiorców”.

ubiorę.

Rozebrał

pomimo ostrego bólu, jaki generowały – który

przez jego brzuch – zbędny zaimek, ale zauważyłem tylko jeden w całym tekście, więc nie jest źle

która był niewiele za nim – była

Widzę twoją twarz zabójco – przecinek przed wołaczem

 

-Dwa lata, oprocentowanie trzy procent w skali miesiąca. Pasuje?

 

Chyba dużo  ; )

 

Estetyka nawet fajna – uwspółcześnienie pogromcy smoków. Gorzej z wykonaniem, bo a) tekst zajmuje prawie w całości opis walki, a można by dorobić jakieś tło, coś więcej – pogłębić bohatera, nadać jakiś bardziej konkretny rys smokowi, uczynić pannę ciekawszą; b) pałętają się buble. 

Trzeba jednak przyznać, że – jak na debiut – nieźle.

I po co to było?

Nie obiecuj, nie obiecuj, tylko zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550 i poprawiaj ;-)

 

mieczy ćwiczebne

miecze ?

 

odsłaniając spore piersi ubrane w przyległe do ciała, sportowe body.

Dobrze rozumiem, że piersi najpierw były odsłonięte, a potem ubrane? :-D Piersi, generalnie, chyba są nagie, krągłe, jędrne, obwisłe, pomarszczone, zakryte, okryte, zasłonięte, odsłonięte, falujące – ale ubrane? Ubrana to chyba jest właścicielka tych piersi… :-)

 

Masz sporo zdań, które należałoby podzielić na krótsze i/lub przeredagować.

 

 

 

Niestety, strasznie przewidywalne. To faktycznie jest tylko opis walki. Mógłbyś np, wykorzystac dwie minuty walki na miecze ćwiczebne, by pokazać relację między mężczyzną a kobietą. Mógłbyś wsadzić głównego bohatera w kilka sytuacji lub dialogów, gdzie przez jego zachowanie lub to co mówi da sie narysować głebszy portret tego zakichanego dupka… :-)

 

Jak na debiut – nieźle, ale przez brak fabuły nie wciągasz czytelnika.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo źle napisane opowiadanie. Wszechobecne zaimki i liczne powtórzenia skutecznie wpłynęły na jakość tekstu. Nie najlepiej skonstruowane zdania, często nie przekazywały treści zamierzonej przez Autora.

Mam wrażenie, że Autor napisał Ostatniego czarnego smoka, głównie po to, aby móc opisać uzbrojenie bohatera. Opis walki ze smokiem stał się okazją do zaprezentowania arsenału.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka