- Opowiadanie: Rex87 - Santa Compaña

Santa Compaña

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Santa Compaña

Płomień ogarka dogorywał z wolna na komodzie, kiedy stary Thomaz przykrył Aleksandra po uszy kołdrą. Chłopak, przypominający teraz bardziej figurkę ulaną z wosku, niż wesołego młodziana wymachującego drewnianym mieczem, od kilku tygodni kaszlał krwawą wydzieliną i gorączkował. Sytuacja wyglądała beznadziejnie. Miejscowy znachor wypłynął z resztą mężczyzn w sile wieku bronić cieśniny, a ksiądz odprawiał jedynie swoje modły, co chwila marszcząc nos i kręcąc głową.

Stary miał już wychodzić z pokoiku, kiedy coś dosłyszał.

– Kiedy… wróci tata?

Głosik chłopaka brzmiał tak żałośnie, że Thomazowi mimowolnie zadrżały wargi. Pogłaskał chłopaka po złocistych włosach, próbując nie uronić łez. Mały miał tylko ojca i jego.

– Już niedługo, Aleksandrze – szepnął. – Musisz teraz odpoczywać.

– Dziadku… czy tata walczy na morzu? Tak jak ty kiedyś?

– Twój ojciec obroni nas wszystkich.

 

***

 

Tak naprawdę wcale nie był tego pewien. Teraz nie było już tak jak wcześniej, kiedy dowódcy królewskiej floty pokpili sprawę, przystępując do bitwy bez żadnego przygotowania. Po sromotnej klęsce, władca chcąc nie chcąc podpisał pakt uznający autonomię mieszkańców i na jakiś czas zapanował względny spokój, potwierdzony nowopowstałym szlakiem handlowym. Z czasem, wyspa stała się bezpieczną przystanią dla wszelkiej maści uchodźców, politycznie niewygodnych i innych niepożądanych elementów społeczeństwa, którym, wbrew wszelkim oczekiwaniom, udało się zbudować tu silną społeczność.

Ale teraz było inaczej.

Ze strategicznego punktu widzenia, leżąca na samym krańcu znanych wód Syrenia Wyspa, była idealnym przyczółkiem dla przyszłej ekspansji. Otaczająca ją formacja skalna stanowiła naturalny mur obronny, a jedyny prowadzący do środka zatoki przesmyk powodował, że przy odrobinie szczęścia, dwa średniej wielkości statki mogły stawić tu opór całej flotylli. Wewnątrz z kolei, rozwinął się niemal odrębny ekosystem z własnymi gatunkami fauny i flory, pozwalający na nieustanne uzupełnianie zasobów w wypadku oblężenia. Nic więc dziwnego, że w chwilę po śmierci króla, jego ambitny sukcesor zerwał wszelkie traktaty handlowe i wzorem poprzednika, postanowił przypuścić szturm.

 Na samej wyspie długo mówiło się o całej armadzie Korony, wyposażonej w broń zdolną kruszyć mury, wyruszającej ku przystani. Jako doświadczony marynarz, Thomaz z reguły traktował takie opowieści z przymrużeniem oka, jednak tym razem musiał przyznać, że rzeczywistość przerosła wyobrażenia. O ile Syrenia Wyspa dysponowała kilkoma dobrze wyposażonymi statkami bojowymi, przewaga Korony wynosiła dwadzieścia do jednego. Dla starego było jasne, że jeśli statki Wyspy nie zdołają jakimś cudem stawić czoła armadzie na otwartym morzu, królewskie okręty tak czy inaczej, dosłownie wyrąbią sobie drogę do wewnątrz.

 

***

 

– Oni wszyscy umrą, prawda? – cieniutki głosik chłopca wyrwał starego z rozmyślań. Mały kaszlnął znowu, zraszając czerwonymi drobinkami pościel.

– Nie umrą – starzec chwycił mocno dłoń Aleksandra. – Mają sprzymierzeńców, o jakich flota mogłaby tylko pomarzyć. Chyba nie opowiadałem Ci nigdy o Aristinguiecie i jego dzielnej załodze?

Mały spojrzał na niego oczyma pełnymi łez. Zawsze lubił słuchać tych marynarskich opowieści, w których mógł choć przez chwilę poczuć zapach morskiej bryzy, stojąc na dziobie własnego okrętu.

Mężczyzna przysiadł na skraju łóżka.

– Teraz nasze mury zdobi cały szereg latarń, wskazujących zagubionym bezpieczną drogę przez zdradliwe skały dookoła cieśniny. Ale nie zawsze tak było. Kiedyś, mieliśmy tylko jedną.

– Tę która już nigdy nie zapłonie – wyszeptał chłopiec.

Stary pokiwał głową.

– Musisz wiedzieć, że założyciele wyspy byli odkrywcami w służbie króla. Wysłani z misją zbadania krańców ówczesnej mapy, zgubili drogę. Ich kompasy przestały wskazywać północ, a słońce zdawało się wschodzić na zachodzie. Z kończącymi się zapasami byli pewni, że nie przetrwają podróży, kiedy zauważyli na horyzoncie stały ląd. Kiedy przybili do brzegu, uznali to miejsce za raj. Postanowili już nigdy nie wrócić do dawnego życia. Udomowili zwierzęta, nauczyli się uprawiać nieznane rośliny, a na końcu wybudowali maleńką portową osadę, tę samą w której jesteśmy dziś. Trwało to jakiś czas, aż wieści o Syreniej Wyspie, mitycznym azylu dla zabłąkanych dusz, obiegły królestwo. – Stary zasępił się, spoglądając gdzieś w dal. – W tamtych czasach wody nie były spokojne. Na morzu trwała nieustanna walka pomiędzy statkami armady, a kapitanami chcącymi żyć według własnych zasad. Wielu dowódców okrętów buntowało się przeciwko jarzmu króla, kierując się ku obietnicy bezpiecznej przystani. W taki sposób, do Syreniej Wyspy zawitała Santa Compaña.

– Piraci! – Aleksander uśmiechnął się szeroko.

– I to jedni z najsłynniejszych. Ich dowódcę, Fernando Aristinguietę ścigało pół królewskiej flotylli i gdyby Syrenia Wyspa nie udzieliła mu schronienia, niechybnie by jej się to udało.

– Ale dlaczego tak bardzo ich ścigali?

– Aristinguieta, był wcześniej znany jako jeden z najlepszych taktyków królewskiej floty. Służył w randze Admirała i cieszył się zaufaniem króla, mając pod sobą kilkanaście okrętów bojowych. Trwało to tak do czasu, gdy wybuchł bunt we wschodnich koloniach. Santa Compañę wysłano tam, by pomogła w stłumieniu zamieszek. Pod dowództwem Aristinguiety, Korona odniosła szybkie i pewne zwycięstwo, jednak gdy okazało się, że kolejnym krokiem ma być zrównanie tubylczych wiosek z ziemią, Admirał uznał że to dla niego zbyt wiele. Próbował przekonać innych dowódców, ale gdy ci otworzyli ogień do bezbronnej ludności, zrozumiał, że nic nie wskóra. Uratował tubylców, niszcząc przy tym jedenaście jednostek królewskiej floty. Król nigdy mu tego nie wybaczył, wyznaczając nagrodę za jego głowę. Od tego czasu Aristinguieta i jego wyjęta spod prawa załoga stali się postrachami mórz, łupiąc statki Korony i pomagając buntownikom. Mówiono, że kapitan zawarł pakt z diabłem, a za samym galeonem kroczył piekielny sztorm. – Stary uśmiechnął się tajemniczo. – Jednak wbrew temu co niektórzy twierdzą, nie ma niezatapialnych statków. W końcu Santa Compaña wpadła w zasadzkę. Udało jej się uciec, ale mając wrogie jednostki kilka mil za rufą i poważnie uszkodzony statek, Aristiguieta zdał sobie sprawę, że jeśli nie uda znaleźć się mu schronienia, wszyscy niechybnie zginą.

 

W oddali rozległ się huk pierwszych wystrzałów. Stary wstał z łóżka i podszedł do niewielkiego okienka. Skromna chatka w jakiej mieszkali znajdowała się przy samym brzegu, z pokoiku na poddaszu miał więc doskonały widok na całą zatokę. Zaczynało już z wolna zmierzchać, ale wciąż mógł dostrzec całe pięć okrętów bojowych Syreniej Wyspy, ustawionych burtami w kierunku wąskiego przejścia na otwarte morze. Trzy pozostałe pod dowództwem jego syna, próbowały związać jak największą liczbę jednostek wroga walką między ostrymi niczym sztylety skałami po zewnętrznej stronie muru.

Jeśli zawiodą, nikt nie przeżyje do następnego poranka.

– Co było dalej dziadku?

Thomaz spojrzał na Aleksandra. Cieszyło go, że choć przez chwilę pozwolił mu zapomnieć o ojcu i chorobie. Oczy chłopaka błyszczały, na policzkach pojawił się rumieniec. Wyglądał jakby na nowo wstępowało w niego życie.

Boże, jak bardzo był podobny do swego ojca.

– Kiedy Aristinguieta dotarł do Syreniej Wyspy – podjął opowieść stary – Santa Compaña była tak podziurawiona, że ledwie utrzymywała się na wodzie. Marynarze wybierali wodę z dolnych pokładów wiadrami, a i tak od zatonięcia dzieliły ich w najlepszym wypadku godziny. Dla mieszkańców Syreniej Wyspy wybór był jasny – jeśli udzielą zbuntowanemu dowódcy schronienia, rozpoczną wojnę z Koroną. Mogli więc zostawić go, dryfującego pod ich murami na pewną śmierć, zapewniając tym samym sobie wdzięczność Króla i dozgonny spokój.

– Ale go uratowali.

– Dokładnie tak. Naprawili jego statek, opatrzyli rany załodze. Właśnie w taki sposób, okazując litość jednej zabłąkanej duszy, doprowadzili do wielkiej bitwy o Syrenią Wyspę – odchrząknął, po czym kontynuował. – W krótkim czasie później, do murów dobiły pierwsze królewskie okręty. Ich przewaga była miażdżąca – Syrenia Wyspa nie dysponowała żadnymi statkami bojowymi…

– … oprócz Santa Compañii – dokończył chłopak z poważną miną.

Thomaz pokiwał głową.

– Aristinguieta wiedział, że tej bitwy nie może wygrać. Postanowił jednak zrobić wszystko, by odwdzięczyć się ludziom, którzy uratowali mu życie. Stanął do walki. Aż do zapadnięcia zmroku zwabiał królewskie okręty w pobliże zdradliwych skał przesmyku zatapiając jednego po drugim. Przewaga wroga była jednak zbyt duża i w końcu, któryś z królewskich galeonów dotkliwie uszkodził Santę. – Thomaz wstał. – Statek nabierał wody w szybkim tempie i zanosiło się na to, że walka jest skończona. Z tego samego założenia wyszedł także dowódca królewskiej floty i posłał do boju pozostałe okręty, zamierzając zgnieść opór ostatecznym uderzeniem. Naraz jednak, stało się coś niespodziewanego. Zupełnie znikąd rozległ się potężny grzmot, a nad pustym niebem zaczęły gromadzić się chmury.

Wiedząc, że nie będzie w stanie przetrwać nadchodzącego sztormu, Aristinguieta podjął decyzję, która uratowała wszystkich mieszkańców . Wysłał jedną tylko szalupę z jednym marynarzem, by ten zgasił punkt orientacyjny na formacji skalnej. Tego królewscy dowódcy nie przewidzieli. Bez światła latarni, w kompletnych ciemnościach całkowicie stracili orientację na rozszalałych wodach. Koniec końców, fale skierowały ich na skały. Nazajutrz okazało się, że królewska flotylla została niemal w całości zniszczona, a statki którym udało umknąć się zdradliwym wodom, nigdy juz nie zbliżyły się do Syreniej Wyspy.

– A więc Aristinguieta ocalił wszystkich! – rozpogodził się Aleksander.

– Niestety ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Podobnie jak większość floty Króla, Santa Compaña zaginęła bez wieści pośród sztormu. Nigdy nie udało nam się odnaleźć jej szczątków. Aristinguieta i jego załoga poświęcili życie, by uratować tych, którzy dali im schronienie.

 

Thomaz ponownie wyjrzał przez okno. Rozstawione w równych odstępach na skalnym murze latarnie gasły jedna po drugiej, pozwalając by mrok opadł na portowe miasto niczym całun. Zaczynała się decydująca faza bitwy.

Jedna odważna dusza za tysiące istnień – zwrócił się do chłopaka. – Od tamtej pory nigdy już nie zapaliliśmy latarni, którą polecił ugasić Aristinguieta. Co roku zbieramy się na pustych grobach załogi Santa Compañii, modląc się o przychylne wiatry dla garstki dzielnych marynarzy, żeglujących teraz po nieznanych wodach – zamilkł na chwilę – Niektórzy mówią, że gdy światło latarni zapłonie ponownie, dzielny kapitan powróci ze swoją załogą by bronić jedynego domu, jaki kiedykolwiek posiadał.

Pogrzebał w kieszeni spodni.

– Oczywiście to tylko opowieść, taka jakich wiele usłyszysz zanim dorośniesz. Ale – mrugnął porozumiewawczo i rzucił chłopakowi błyszczącą złotem bransoletkę – w każdej z takich opowieści jest jakaś część prawdy.

Aleksander złapał ją w locie i przyglądał się całkowicie oniemiały. Z pozoru wyglądała na całkiem zwyczajną błyskotkę. Po chwili jednak dostrzegł coś po wewnętrznej stronie i przyjrzał się uważniej. Widniał na niej wyskrobany zapewne kiedyś sztyletem maleńki napis: COMPAÑA.

– Dziadku! – spojrzał na starego wytrzeszczonymi oczyma – To ty byłe..

Łoskot był tak przerażający, jakby niebo postanowiło nagle spaść na ziemię. Chatka zatrzęsła się gwałtownie i stary przewrócił się na podłogę, boleśnie wykręcając stopę. Z wysiłkiem podniósł się na nogi i spojrzał na chłopaka z przestrachem.

– Nie ruszaj się stąd, Aleksandrze.

Zakluczył zamek i stękając z bólu, czym prędzej skierował się ku frontowym drzwiom.

 

***

 

Na zewnątrz panował chaos. Ci, którzy stali na brzegu usiłując wcześniej dostrzec skrawek bitwy, biegali teraz bezładnie, wymachując rękoma.

– Przełamali mur! – krzyczał ktoś.

Stary spojrzał w stronę przesmyku. Broniące przejścia statki rozpierzchły się i teraz zostały tylko dwa, odpowiadające co chwila salwą z armat w kierunku otwartego morza. Nie mógł jednak dostrzec pozostałych okrętów. Wodził wzrokiem dookoła , aż w końcu to zobaczył.

W południowej części muru zionęła wielka dziura. Tumany pyłu unosiły się nieco nad wodą, ale można było dostrzec zbliżające się do wyłomu wrogie jednostki. Pozostałe trzy okręty Syreniej Wyspy mknęły już z odsieczą, ale Thomaz wiedział, że to na nic. Wyrwa była przynajmniej trzykrotnych rozmiarów cieśniny. Jeżeli przewaga liczebna królewskiej floty miała gdziekolwiek mieć znaczenie, to właśnie tutaj.

W tej samej chwili jeden z blokujących przesmyk statków eksplodował krwawym płomieniem, wyrzucając w powietrze odłamki drewna.

A więc to już naprawdę koniec, pomyślał stary.

Z tłukącym się w piersi sercem i rażącym z siłą pioruna bólem w stopie, pokuśtykał z powrotem do chatki. Szybciej stary durniu, ponaglał się w myślach, przedzierając się przez gąszcz ludzkich sylwetek. Korona z pewnością nie oszczędzi nikogo na wyspie.

W domu odszukał niewielki kufer, jaki kiedyś zabierał ze sobą na wyprawy. Skupił się na najpotrzebniejszych rzeczach. Ubrania, suchy prowiant, kompas. Nie było tego wiele, ale dopiero dwukrotnie upewniwszy się, że o niczym nie zapomniał, dysząc z wysiłku ruszył na górę. Chłopak pewnie nie przeżyje trudów wędrówki, ale musieli zaryzykować. Jeśli tylko znajdą tę szalupę, którą skrzętnie ukrył swego czasu i przeczekają moment szturmu ukryci w cieniu skał, to może… Nacisnął klamkę i stanął jak wryty.

Małe okienko było otwarte na oścież. Aleksander zniknął.

 

***

 

Stary Thomaz wiosłował ile sił w rękach, zostawiając za sobą ogarnięty pożarem port. Syrenia Wyspa jeszcze się broniła, ale przypominało to bardziej agonalny jęk niż bojowe szanty. Ostatni okręt, z wyłamanym masztem i podziurawionymi burtami stawiał jeszcze opór, z wolna wycofując się do wewnątrz zatoki. Przez wyrwę z drugiej strony, niczym fala wlewały się kolejne statki Korony.

Cholerny stary dureń, mężczyzna przeklinał się w myślach. Co sobie niby myślał kiedy opowiadał małemu tę bajkę o latarni? I to podrabiane świecidełko… Miał ochotę bić głową w ścianę, aż pęknie mu czaszka.

Do podnóża skalnego muru dotarł skrajnie wyczerpany, zmusił się jednak do kolejnego wysiłku i podciągnął na wykute w granicie stopnie.

Szansa, że chłopak dotarł aż tutaj była mniejsza niż możliwość złapania prawdziwej syreny. Dystans który stary pokonał w rozlatującej się szalupie, Aleksander musiał przepłynąć wpław, a następnie wdrapać się na stromych schodach na sam szczyt. Stary marynarz był jednak przekonany, że jeśli istniało jakieś miejsce do którego mały mógł się udać, to było właśnie tutaj.

Wspinaczka po niedbale ociosanych skalnych występach zdawała się trwać bez końca, a zwiotczałe mięśnie ramion paliły żywym ogniem przypominając o latach spędzonych na lądzie, jednak gdy pokonał ostatni stopień i jego oczom ukazała się podniszczała znakiem czasu wieża, Thomaz puścił się biegiem.

Ale to było o wiele za późno.

Znalazł Aleksandra na samej górze, leżącego na zimnej kamiennej podłodze, z plecami opartymi o ścianę. Pochylił się nad nim i wziął na ramiona. Wątłe ciałko chłopca było leciutkie jak puch. W jego zaciśniętej piąstce dostrzegł coś małego, pobłyskującego złocistym blaskiem.

Mój Boże, co ja narobiłem?

– Aleksandrze… – głos uwiązł mu w gardle i stary upadł na kolana, wybuchając rzewnym płaczem.

I właśnie wtedy, zupełnie niespodziewanie, niebo przecięła pierwsza błyskawica.

 

***

 

Słońce świeciło nisko nad horyzontem, barwiąc delikatną taflę oceanu na wszystkie kolory tęczy. Gdzieś w górze krążyły ptaki, jakby obwieszczając swoim śpiewem nadejście nowego poranka.

Aleksander stał na pokładzie olbrzymiego galeonu, takiego, jaki do tej pory jawił mu się jedynie w wyobraźni, kiedy słuchał opowieści dziadka. Wspaniałe, śnieżnobiałe żagle łopotały na wietrze, świeżo wypolerowany pokład lśnił czystością. Krzątający się po pokładzie marynarze pozdrawiali go skinieniami głowy i chłopiec zorientował się nagle, że nie jest już ubrany w bladoniebieską nocną koszulę, a ma na sobie skórzaną kamizelkę, spodnie i wysokie buty z cholewami. Do pasa miał przytroczoną pochwę na miecz.

Przepełniony uczuciem niezwykłej lekkości ruszył przed siebie.

Kiedy dotarł na dziób, spostrzegł w oddali statek. Miał podziurawione, błękitne żagle, a na maszcie wznosił się proporzec z wizerunkiem syreny. Na jego pokładzie ludzie wiwatowali, ściskali się i tańczyli bez końca. Nawet stąd mógł dosłyszeć ich radosny śpiew. Po królewskiej flocie nie pozostał nawet ślad.

Oszołomiony widokiem, prawie nie dosłyszał stukających za sobą obcasów. Odwrócił się zaskoczony, dopiero gdy cień jakiejś postaci zamajaczył mu pod stopami.

Mężczyzna był bardzo wysoki, może nawet wyższy niż ojciec chłopaka. Na głowie nosił podziurawiony kapelusz z wielkim rondem, z wetkniętymi weń kolorowymi piórami. Na ramieniu przysiadła mu biała papuga z czarnym dzióbkiem. Długa broda i włosy, poorana bruzdami twarz, badawcze spojrzenie i luźny ubiór sprawiły, że Aleksandrowi z miejsca zaświtała w głowie jedna myśl: Miał przed sobą najprawdziwszego pirata!

Nieznajomy ukłonił się przed nim kurtuazyjnie. Ptak sfrunął z ramienia i usiadł na ręce chłopaka.

– Jedna odważna dusza za tysiące istnień. – Aristinguieta wyciągnął dłoń w jego kierunku. – Gotów na służbę pod piracką banderą?

Aleksander wziął głęboki oddech, nie czując żadnego bólu w piersi. Rozkoszował się tym, jak bardzo powietrze pachniało morzem i wolnością. Pomyślał o dziadku i ojcu, radujących się teraz ze zwycięstwa i spojrzał w dal.  

Jeszcze tak wiele było do odkrycia. Otarł łzy z policzków i roześmiał się radośnie.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Może to przesyt piratami, ale opowiadanie do mnie nie przemówiło. Ani postępowania dziadka nie rozumiem, ani zakończenie takie jasne nie jest…

Interpunkcja niekiedy kuleje.

Babska logika rządzi!

Okay, dzięki za wpis.

Co wydało Ci się niejasne w postępowaniu dziadka, Finklo?

 

Co do zakończenia jeszcze się nie wypowiem jaki efekt plus/minus chciałem uzyskać, poczekam co powiedzą inni ;)

And one day, the dream shall lead the way

To, o czym sam wspomina – “Mój Boże, co ja narobiłem?!”. Wcześniej nie pomyślał? Nie lubię, kiedy bohaterowie głupio postępują.

Babska logika rządzi!

No cóż, stary dureń i tyle :D

And one day, the dream shall lead the way

Podobało mi się.

Jest trochę błędów w zapisie dialogów, np.

– Już niedługo, Aleksandrze – szepnął – Musisz teraz odpoczywać.

Kropka po “szepnął”.

Brakuję nieco przecinków. Pojawiło się też bardzo brzydkie “schodzić w dół” :P 

Ale całość ma fajny klimat. [spoiler] Końcówka też mi się podobała, a właściwie zasmuciła, bo zinterpretowałem to sobie, nie wiem, czy słusznie, że bohater umarł.

Dzięki zygfrydzie! To co wyłapię, poprawiam natychmiast, łącznie z tym szpetnym “czymś”. Brr…

 

Co do końcówki zaś… Krzycząc, ochrypłym, pijacki głosem:

SPOILER, SPOILER, SPOILER!!! napiszę jedną wskazówkę odnośnie moich inspiracji do stworzenia takiego, a nie innego zakończenia – i myślę, że już będziesz pewien, czy dobrze zinterpretowałeś to co siedziało w mojej głowie:  “Labirynt Fauna”^^. Do tego też poniekąd miał troszeczkę nawiązywać sam tytuł, ale to już takie odautorskie ple, ple, ple. ;)

And one day, the dream shall lead the way

Jest w tej historii trochę nieprawdopodobieństw, ale to nic nie przeszkadza – bajki mają swoje prawa. Znaczy, w tym przypadku – opowieści ubajecznione, że tak nazwę. Czyta się takie nie bez przyjemności…

Szkoda tylko, że po tekście błąka się stadko byczków interpunkcyjnych i kilka niezręcznie sformułowanych zdań.

Dj Jajko daje 5 i punkcik, AdamKB chwali, myślę sobie: co się, kurczę, dzieje… Dzieki! :)

 

Zerknę do tej interpunkcji szczególnie bo wiecznie mam z tym problem, ale dopiero jutro, jak uwolnię się od korporacyjnych obowiązków… ech, praca nie radość.

And one day, the dream shall lead the way

Ale ładna bajka;-) Legenda, która po raz wtóry ocala mieszkańców Syreniej Wyspy, Dawid przeciw Goliatowi, w imię swabody, samostanowienia, niezależności… No nic, tylko bić w pokładowy dzwon, ująć rękojeśc kordelasa i czekać na komendę…

 

Klimat i pomysł przypadły mi do gustu. Tylko to przełamanie muru… Chryste, ty wiesz jak trudno działem skałę rozwalić? Tu trzeba precyzyjnie umieszczonych ładunków wybuchowych, w przeciwnym wypadku nawet salwa stu okrętów nie podoła…

 

No, ale takie to jedno z nieprawdopodobieństw. Inspirująca opowiastka o wiarze w wyższe wartości,

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki PsychoRybko. Kurdę myślałem nad wytłumaczeniem tej tajemniczej broni zdolnej kruszyć mury w tekście, ale ostatecznie wyszło mi na tyle nieporadnie i podobnie do Dzikiego Ognia z "GoT", ze uznalem, ze nie ma co przeginac z kombinacjami, a lekkie niedopowiedzenie wpasowuje mi się w przyjętą konwencję.

And one day, the dream shall lead the way

Opowieść dziadka znudziła mnie, ale końcówka zacna.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

A dziękuję jerohu :)

And one day, the dream shall lead the way

Ha! Piękne! Gdzieś tam widziałem jakiś lekki litrówek, a za to nie widziałem kilku przecinków, (i innych niepożądanych elementów społeczeństwa, którym(,+) wbrew wszelkim oczekiwaniom, udało się zbudować tu silną społeczność. – Pomogę chociaż tyle), ale to nie ważne.

Reksie, napisałeś bajkę. Ale jakże piękną, klimatyczną, lekką i, poniekąd, wzruszającą bajkę. Ta konwencja, jak dla mnie, po całości usprawiedliwia rozwalony mur, dobrego pirata, i inne nierealności. Dziadek dający wnukowi bransoletkę, a razem z nią nadzieję i odwagę, tak bardzo potrzebne tej burzowej nocy, jest po prostu świetny. Uwielbiam takie klimaty, więc dla mnie magia.

Widać skazany jestem na własne interpretacyjne domysły (a te idą ręka w rękę z Zygfrydowymi), bo nie pamiętam zakończenia “Labiryntu”, a sam film średnio mi się podobał, więc nie wrócę do niego. Ale to też nie szkodzi.

 

Peace!

 

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Aż się zaczerwieniłem :) Dzięki serdeczne. Pomyśleć, że w wersji pre-alpha, że tak to nazwę, tekst miał być horrorem na wzór Carpenterowej “Mgły”… ;)

Nie wiem co tu napisać. No naprawdę, olbrzymie dzięki. Nigdy bym się nie spodziewał, że tak pozytywnie odbierzecie ten tekst.

 

EDIT. Zmiany uwzględnione + kilka rzeczy które sam wyłapałem. Pewnie całe mnóstwo robali się jeszcze po tekście błąka, jak znam życie i moje pisanie. Doceniam, współczuję i jednocześnie podziwiam osoby zajmujące się zawodowo korektą. Poważnie.

 

And one day, the dream shall lead the way

obiegły królestwo. – stary zasępił się, spoglądając gdzieś w dal – W tamtych czasach

Kropki i małe litery tutaj szaleją. Albo kropka albo mała litera. A jak kropka, to potem kolejna kropka…

być zrównanie tubylczych wiosek ziemią,

z ziemią

piekielny sztorm – stary uśmiechnął się tajemniczo.

kropka + duża litera

uszkodził Santę – Thomaz wstał – Statek nabierał

kropki!

Ale – mrugnął porozumiewawczo i rzucił chłopakowi błyszczącą złotem bransoletkę. – W każ

Znowu kropki i wielkości liter. Brzydko, brzydko.

Małe okienko był otwarte na oścież.

było

Szansa, że mały dotarł aż tutaj była mniejsza

powtórzenie

– Jedna odważna dusza za tysiące istnień – Aristinguieta wyciągnął dłoń w jego kierunku – Gotów na służbę pod piracką banderą?

I znowu. Albo kropki i duża litera albo bez i mała…

 

Wprowadź poprawki to pogadamy o Bibliotece.

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, twe słowo dla mnie rozkazem! :) Wieczorem się odezwę co jak się temat posunął. ;)

And one day, the dream shall lead the way

Obiecałam sobie przeczytać wszystkie wyróżnione opowiadania i, co prawda dopiero dzisiaj, ale za to z prawdziwą przyjemnością, zrealizowałam zamiar. ;-)

Pragnę jeszcze nadmienić, że jest sporo niezręcznych zdań, które wymagają małego remontu, np.: Miej­sco­wy zna­chor wy­pły­nął z resz­tą męż­czyzn w sile wieku bro­nić cie­śni­ny… – Zrozumiałam, że znachor w sile wieku broni cieśniny, a wolałabym: Miej­sco­wy zna­chor, z resz­tą męż­czyzn w sile wieku, wypłynął bro­nić cie­śni­ny… Lub zamiast: Ma­ry­na­rze wy­bie­ra­li wodę z dol­nych po­kła­dów wia­dra­mi…, proponuję: Ma­ry­na­rze wiadrami wy­bie­ra­li wodę z dol­nych po­kła­dów

 

…a ksiądz od­pra­wiał je­dy­nie swoje modły… – Czy ksiądz mógł odprawiać także cudze modły?

 

Tak na­praw­dę wcale nie był tego pe­wien. Teraz nie było już tak jak wcze­śniej… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: Tak na­praw­dę wcale nie miał takiej pe­wności.

 

Chyba nie opo­wia­da­łem Ci nigdy o Ari­stin­gu­ie­cie…Chyba nie opo­wia­da­łem ci nigdy o Ari­stin­gu­ie­cie…

Zaimki piszemy wielką literą, gdy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Z koń­czą­cy­mi się za­pa­sa­mi byli pewni, że nie prze­trwa­ją po­dró­ży, kiedy za­uwa­ży­li na ho­ry­zon­cie stały ląd. Kiedy przy­bi­li do brze­gu… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: …ale wtedy za­uwa­ży­li na ho­ry­zon­cie stały ląd.

 

Udo­mo­wi­li zwie­rzę­ta, na­uczy­li się upra­wiać nie­zna­ne ro­śli­ny, a na końcu wy­bu­do­wa­li ma­leń­ką por­to­wą osadę, tę samą w któ­rej je­ste­śmy dziś. – Myślę, że najpierw wybudowali sobie domostwa, a potem zajęli się hodowlą i uprawami. ;-)

 

Skrom­na chat­ka w ja­kiej miesz­ka­li znaj­do­wa­ła się przy samym brze­gu…Skrom­na chat­ka w której miesz­ka­li znaj­do­wa­ła się przy samym brze­gu

 

…ale wciąż mógł do­strzec całe pięć okrę­tów bo­jo­wych Sy­re­niej Wyspy… – Wolałabym: …ale wciąż mógł do­strzec pięć okrę­tów bo­jo­wych Sy­re­niej Wyspy

 

W krót­kim cza­sie póź­niej, do murów do­bi­ły pierw­sze kró­lew­skie okrę­ty. – Wolałabym: Niedługo póź­niej/ Niebawem/ Niedługo potem, do murów do­bi­ły pierw­sze kró­lew­skie okrę­ty.

 

Aż do za­pad­nię­cia zmro­ku zwa­biał kró­lew­skie okrę­ty w po­bli­że zdra­dli­wych skał prze­smy­ku za­ta­pia­jąc jed­ne­go po dru­gim.Aż do za­pad­nię­cia zmro­ku zwa­biał kró­lew­skie okrę­ty w po­bli­że zdra­dli­wych skał prze­smy­ku, za­ta­pia­jąc jeden po dru­gim.

 

Ko­niec koń­ców, fale skie­ro­wa­ły ich na skały. – Wolałabym: Ko­niec koń­ców, fale zniosły ich na skały.

 

…a stat­ki któ­rym udało umknąć się zdra­dli­wym wodom, nigdy juz nie zbli­ży­ły się do Sy­re­niej Wyspy. – Wolałabym:  …a stat­ki, któ­re zdołały ujść ze zdradliwych wód, już nigdy nie zbli­ży­ły się do Sy­re­niej Wyspy.

 

…nigdy już nie za­pa­li­li­śmy la­tar­ni, którą po­le­cił uga­sić Ari­stin­gu­ie­ta. – W latarni nie było pożaru, więc: …nigdy już nie za­pa­li­li­śmy la­tar­ni, którą po­le­cił zga­sić Ari­stin­gu­ie­ta.

 

Za­klu­czył zamek i stę­ka­jąc z bólu… – Czy zamknął drzwi na klucz?

Kluczenie kojarzy mi się wyłącznie z ostrożnym podążaniem dokądś, ciągłym zmienianiem kierunku i zacieraniem śladów.

 

Ci, któ­rzy stali na brze­gu usi­łu­jąc wcze­śniej do­strzec skra­wek bitwy…Skrawek bitwy nie istnieje, choć bitwa może się toczyć na skrawku pola.

Może: Ci, któ­rzy wcześniej stali na brze­gu, usi­łu­jąc do­strzec przebieg bitwy

 

Wo­dził wzro­kiem do­oko­ła , aż w końcu to zo­ba­czył. – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

Wyrwa była przy­naj­mniej trzy­krot­nych roz­mia­rów cie­śni­ny. – Wolałabym: Wyrwa była przy­naj­mniej trzy­krot­nie większa od cie­śni­ny.

 

W domu od­szu­kał nie­wiel­ki kufer, jaki kie­dyś za­bie­rał ze sobą na wy­pra­wy.W domu od­szu­kał nie­wiel­ki kufer, który kie­dyś za­bie­rał ze sobą na wy­pra­wy.

 

…świe­żo wy­po­le­ro­wa­ny po­kład lśnił czy­sto­ścią. Krzą­ta­ją­cy się po po­kła­dzie ma­ry­narze… – Powtórzenie.

Proponuję: …świe­żo wy­po­le­ro­wa­ny po­kład lśnił czy­sto­ścią. Krzą­ta­ją­cy się po nim ma­ry­narze

 

Alek­san­der wziął głę­bo­ki od­dech – Oddech to wdech i wydech, nie można wziąć głębokiego oddechu. Można głęboko oddychać/ głęboko nabrać powietrza/ zrobić głęboki wdech.

 

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka