- Opowiadanie: Cień Burzy - Wicher

Wicher

“Zgrzeszyłem. Opowiadaniem. Próbowałem się przed tym bronić, naprawdę. Ale jestem tylko człowiekiem; słabym i pełnym defektów natury zarówno duchowej jak i moralnej (resztę niechaj spowije całun milczenia), a Dj okazał się fenomenalny w roli Szatana-Kusiciela. Tak więc uległem i zgrzeszyłem.

A nie dość, że zgrzeszyłem, to jeszcze – co bardzo dla mnie typowe – zgrzeszyłem bezmyślnie; byle jak i zbyt późno(...) a teraz... Nie mam czasu, żeby nabrać do tego opowiadania na tyle dystansu, by z czystym sumieniem wywalić je do kosza...“

Jest to fragment wiadomości, którą napisałem wczoraj do jednego z Aniołów, niestrudzenie dzień po dniu czyniących Nową Fantastykę lepszym “miejscem” i sprawiających, że największy jej skarb – literatura – staje się jeszcze piękniejszy i cenniejszy. To właśnie dzięki ludziom jej pokroju – bo to jest Ona – człowiek tak chętnie tutaj wraca.

W jakim celu przeciętny głupek zwraca się do Sił Wyższych? By prosić o pomoc, oczywiście. I nie jestem tutaj  chlubnym wyjątkiem. Może pod tym tylko względem, że ja tę pomoc otrzymałem.

A piszę o tym wszystkim z dwóch powodów. Pierwszym jest ostrzeżenie dla każdego, kto zechce pochylić się nad tekstem – byłem jak najbardziej poważny, mówiąc o bylejakości i pośpiechu.

Drugi – o wiele ważniejszy – powód, to pragnienie, by publicznie pokłonić się wspomnianemu już Aniołowi.

Mowa oczywiście o regulatorzy.

Nie umiałbym wyrazić, jak wielka jest moja wdzięczność za czas i pracę, które poświęciła “Wichrowi”, nie bacząc przy tym na własne plany i wrodzoną bezczelność autora, więc nawet nie podejmuję się tego zadania. Zamiast tego powiem po prostu “dziękuję“:

Dziękuję.

 

Peace!

 

P.S.

Przypiąłem “Wichrowi” metkę horroru, jednak sugerowałbym nie przypisywać jej większego znaczenia.

 

P.P.S.

(14.11.14)

Szanowny Czytelniku płci dowolnej, jeśli wybaczysz mi zuchwałość ingerowania w Twoją przygodę ze spisaną poniżej opowieścią, to pozwolę sobie dać Ci pewną radę: Jeżeli faktycznie zdecydujesz się poświęcić “Wichrowi” swój czas i uwagę, to NIE ZACZYNAJ OD KOMENTARZY. Wiem, że tekstu jest dosyć sporo i kusi, by przed podjęciem decyzji, czy tracić nań fragment swojego bezcennego życia, zasięgnąć opinii tych, którzy już się na to zdecydowali. Zazwyczaj, choć ryzykowne, jest to też i pomocne. Jednak w tym wypadku, jak przypuszczam, może Ci tylko zaszkodzić, gdyż, od pewnego momentu, komentarze – z mojej własnej winy, przyznaję – stają się jednym wielkim spoilerem. A obdarty ze swoich tajemnic, “Wicher” jest już zupełnie do niczego.

 

P.P.P.S.

(19.11.14)

Zakończenie, za sugestią pewnego Jajka, uległo drobnym modyfikacjom. Na tyle, na ile mogłem sobie pozwolić, nie obrażając logiki, a przy okazji wszystkich jej fanów, starałem się wzorować na pomyśle samego Dj’a, co zasadniczo czyni go, jeśli nie współautorem, to przynajmniej drugim beta-czytelnikiem, a moje opowiadanie dowodem na to, że jeśli Dobro (Aniołek regulatorzy) i Zło (Dj Kusiciel – jeszcze sobie piwo wytargował, Bestia ;) połączą siły, by pomóc człowiekowi, może on stworzyć coś naprawdę... interesującego.

Natomiast moją odautorską cegiełką w nowym zakończeniu jest kilka dodatkowych wskazówek, mających pomóc Ci, Czytelniku w rozwiązaniu zagadki “Wichru”.

 

Edit:

(17.12.2014)

Kolejna edycja i kolejne zmiany w sposobie ujęcia zakończenia (choć nie w samym zakończeniu – ono od samego początku jest takie samo), tym razem inspirowane rozmową z Ochą.

Dziękuję, Ocho.

 

P.P.P.P.S.

Tak, to była tylko przedmowa. Właściwe opowiadanie znajdziesz poniżej.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wicher

Liny zrefowanych żagli zaskrzypiały cicho, a mlecznobiała mgła, panująca niepodzielnie nad martwymi wodami, niemal natychmiast pochłonęła ten dźwięk.

– Brrr… Co za pogoda… – Elen wzdrygnęła się i oderwała dłonie od barierki, o którą była oparta, gdy spoglądała za burtę „Wichru”. Mimo usilnych starań nie zdołała dostrzec fal delikatnie kołyszących statkiem. Ani aksamitna suknia barwy świeżej krwi, ani gruby, obszyty futrem płaszcz nie chroniły jej przed zimnem i wszędobylską wilgocią. – Panie Pumpkin, skąd pewność, że płyniemy we właściwym kierunku?

– Zbyt panienka łaskawa dla naszego „Wichru” – odparł stojący obok niej bosman. – Prawda jest taka, że nie płyniemy wcale, a jedynie dryfujemy. Na tych wodach mgły nie są niczym niezwykłym, ale takiej flauty nie widziałem od bez mała dwudziestu lat. Jeszcze kilka dni bez wiatru, a znajdziemy się w prawdziwych tarapatach…

– Pumpkin, do diabła…! Ekhem, pani wybaczy… – Simon Troy, pierwszy oficer, ukłonił się lekko przed dziewczyną. – A ty przestań gadać bzdury, Charlie, tylko weź się do uczciwej roboty.

– Tak jest, panie Troy! – odparł Pumpkin i odszedł, podśpiewując niemelodyjnie.

– Proszę się nie przejmować takim gadaniem. „Wicher” jest doskonale zaopatrzony, więc nawet, gdyby bezwietrzna pogoda utrzymała się jeszcze przez kilka tygodni, co oczywiście jest nieprawdopodobne, nie umrzemy z głodu. Choć panience zapewne już dawno zbrzydła marynarska dieta… Ale teraz może zechce pani wrócić do swojej kajuty? Takie mgły są bardzo zdradzieckie; ziąb bardzo łatwo przenika do samych kości. A gdy już do tego dojdzie, nie puści do końca życia, wracając raz po raz w postaci dokuczliwego bólu i drżączek. Poza tym matka na pewno wolałaby mieć panią przy sobie.

– Dziękuję, panie oficerze. Sądzę, że ma pan rację; tak będzie najlepiej. – Elen ukłoniła się i odeszła. Wyczuła oczywisty fałsz w słowach Troya, ale nie miała do niego żalu, wręcz przeciwnie; wiedziała, że stary marynarz naprawdę próbuje ją chronić. I to nie tylko przed zimnem i wilgocią, ale też przed krzywymi spojrzeniami załogi, obwiniającej ją i jej matkę o każde, nawet najdrobniejsze nieszczęścia, które spotykały „Wicher”, a osobliwie o tę fatalną pogodę.

– Jedna baba na pokładzie zwiastuje nieszczęście, dwie: katastrofę – mruknął Pumpkin do kilku marynarzy, gdy tylko żona i córka Hotstone'a zakwaterowały się na „Wichrze”. Czy powiedział to zbyt głośno z rozmysłem, czy też nie, Elen wyraźnie usłyszała jego słowa. I od tej pory bała się nie tylko tego ponurego człowieka o wielkich, kosmatych łapach, ale też i pozostałych członków załogi, posłusznych wobec bosmana niczym wierne, dobrze wytresowane psy.

Jedni patrzyli na nią jak na wroga, inni – i tych bała się najbardziej – jak na ofiarę. Nikt nie poważył się napastować dziewczyny, ale czasami, kiedy w pobliżu nie było żadnego oficera, rozlegały się obelżywe gwizdy albo ciche, grubiańskie śmiechy.

Elen nienawidziła wychodzić na pokład, gdzie czuła się osaczona, zbrukana i naga, a jednocześnie dusiła się w ciasnej kajucie, którą dzieliła z cierpiącą na morską chorobę matką. Ciemne, śmierdzące wymiocinami pomieszczenie i stara kobieta, której sił starczało wyłącznie na to, by zrzędzić i jęczeć, doprowadzały Elen do rozpaczy. Szukała więc zajęcia i namiastki rozrywek gdziekolwiek indziej, jednak bezskutecznie; kapitan, sir Jonathan Kunt – przystojny, dystyngowany mężczyzna po pięćdziesiątce – opuszczał swoją kabinę niemal tak samo rzadko jak matka Elen swoją, a gdy już to robił, głównie po to, by zasiąść z Troyem, pozostałymi oficerami i Elen do wieczornego posiłku (od którego Helena, matka dziewczyny, zazwyczaj wymawiała się złym samopoczuciem), okazał się człowiekiem śmiertelnie poważnym i nadzwyczaj nudnym.

Kuk, niejaki Hanson, z którym dziewczyna również próbowała się zaprzyjaźnić, by móc spędzać czas w niewielkim, ale zawsze ciepłym i pachnącym przyprawami kambuzie, oraz – w miarę potrzeb i możliwości – by być do czegoś przydatna i mieć wreszcie jakieś zajęcie, okazał się złośliwym prostakiem, który nie zamierzał z nikim dzielić władzy w swoim małym królestwie.

Do pozostałych pomieszczeń dziewczyna albo nie chciała zaglądać, albo miała surowy zakaz wstępu. A najczęściej jedno i drugie.

Jedynym prawdziwym przyjacielem i obrońcą Elen był pierwszy oficer. Tylko on zdawał się stać między córką armatora, a Pumpkinem i resztą załogi „Wichru”, która – gdyby tylko mogła – najprawdopodobniej wyrzuciłaby obie kobiety za burtę, a wcześniej zapewne zgwałciła. Jednak Simon Troy, zasuszony starzec o wciąż gęstych, ale zupełnie białych włosach, pogodnym uśmiechu kochającego dziadka i mądrych, choć na wpół już ślepych oczach, kryjących się za grubymi szkłami, wydawał się dziewczynie bardzo wątłą osłoną przed tym przeklętym oceanem i wszystkimi jego niebezpieczeństwami. Poza tym Troy, niemal bez przerwy wypełniający obowiązki kapitana, nigdy nie miał dla niej czasu.

Podczas tego rejsu Elen czuła się nieszczęśliwa jak jeszcze nigdy w życiu i marzyła tak naprawdę tylko o tym, by wreszcie poczuć pod stopami ziemię Nowego Świata. A tu, jak na złość, pogoda zupełnie się zepsuła  i fregata, której nazwa – “Wicher” – wydawała się dziewczynie jawnym szyderstwem, od niemal tygodnia błąkała się bezradnie we mgle.

 

Elen Hotstone szykowała się właśnie do kolejnej ponurej kolacji w towarzystwie kapitana Kunta i jego oficerów, gdy okręt zadrżał potężnie, jakby od nagłego uderzenia. Wstrząs był zupełnie niespodziewany, a przy tym tak silny, że dziewczyna upadła, obijając sobie ramię.

Kilka uderzeń serca później rozległo się bicie pokładowego dzwonu; jego przerażające posłannictwo było tym bardziej złowieszcze, że w gęstej mgle brzmiało zupełnie nienaturalnie – zimno i skrzekliwie.

– Elen? Na Boga, co się dzieje? – wymamrotała na wpół przytomna Helena, próbując wygrzebać się spod pierzyny.

– Nie wiem, mamo. Nic ci się nie stało? – dziewczyna wstała niezgrabnie i pomogła matce usiąść na koi.

– Nie, nie… Ja tylko… Czy ten dzwon musi bić tak głośno? Boli mnie głowa…

– Zaczekaj tutaj. Pójdę sprawdzić, co się stało.

– Nie! Elen, stój, słyszysz!? Wracaj tutaj natychmiast!

Ale dziewczyna już wybiegła z kajuty.

Gdy tylko Elen opuściła kasztel, wpadł na nią marynarz, zwany Chudonogą Rose.

– Co się…? – zaczęła, ale mężczyzna przerwał jej ostro:

– Z drogi, przeklęta łajzo! – warknął i pobiegł w stronę ponaglającego go dzwonu.

Elen poczuła się, jakby ktoś wymierzył jej policzek i omal nie wybuchła płaczem. Przywarła do drzwi kasztelu, by nie zostać stratowaną przez innych marynarzy i zaczęła szukać wzrokiem Troya. Jednak, wśród panującego zamieszania i biegających we wszystkie strony mężczyzn, nie mogła go nigdzie dostrzec. Za to niemal natychmiast wyłowiła głos rozwścieczonego bosmana, który klął na swoich podwładnych:

– Ruszać się, do cholery! Przynosicie wstyd nawet waszym kurwom matkom, pieprzone nieroby! Co wy sobie myślicie, zasrańcy? Że ten dzwon to zaproszenie na niedzielną herbatkę u pani admirałowej, pies ją w dupę jebał!? Gdzie ten chuj, który miał wachtę na bocianim gnieździe? Jeśli jeszcze nie powiesił się na rei, ukatrupię go własnymi rękami…

Zszokowana Elen nie słuchała dalej, tylko uciekła z powrotem do kasztelu. Nie skierowała się jednak do swojej kajuty – nie wytrzymałaby z matką ani chwili. Zastanawiała się, czy nie pójść do kabiny kapitana, ale szybko odrzuciła ten pomysł. Kunt na pewno był już na górnym pokładzie razem ze swoimi ludźmi. A jeśli nadal tkwi w kajucie, pewnie i tak nie będzie umiał jej powiedzieć, co się właściwie stało.

Dalsze rozważania dziewczyny przerwał potężny huk i trzask rozrywanego na kawałki drewna, oraz towarzyszący tym dźwiękom wstrząs. Nie tak silny jak poprzednio, ale o wiele bardziej przerażający.

Elen nigdy nie przeżyła niczego podobnego, ale i tak wiedziała, co się właśnie stało – ktoś wystrzelił do nich z armaty.

Nim dziewczyna jasno sformułowała tę myśl i w pełni pojęła jej znaczenie, równą kanonadą zagrały kolejne działa, dziurawiąc niemiłosiernie „Wicher” od bakburty.

– Jezu Miłosierny! – jęknęła Elen i upadła na podłogę. – Błagam cię, zmiłuj się nad nami!

Czekała przez chwilę, aż świat się skończy, a gdy to nie nastąpiło, podniosła głowę i rozejrzała się dookoła.

– Mama… – szepnęła bezgłośnie, jakby zdumiona brzmieniem tego słowa. Po jej policzkach spłynęły pierwsze łzy. – MAMA! O Boże…!

Elen zerwała z się na równe nogi i popędziła wąskim korytarzem do swojej kajuty. Szarpnęła drzwi, krzycząc „MAMO!”, i stanęła jak wryta.

– Nie, nie… NIEEE! Błagam…

Kula armatnia przecięła kajutę po skosie, wchodząc przez burtę i znikając w morzu za rufą. Po drodze zdemolowała zdobne biurko, niewielki stół i obszerną koję, na której spały obie kobiety. Helena, rozszarpana ogromnym pociskiem, leżała bezwładnie na zasypanej drzazgami podłodze.

Elen stała jak sparaliżowana, spoglądając w martwe oczy matki. Nie zareagowała, kiedy rozległa się kolejna, tym razem dużo głośniejsza salwa – to „Wicher” odpowiedział – ani kiedy jakiś głos zawołał ją po imieniu.

– Panno Elen!? Nic panience nie jest!? Panno Elen!

Otrząsnęła się dopiero, gdy poczuła, że ktoś szarpie ją za ramię. Odwróciła wolno twarz w stronę Simona Troya, zamrugała kilka razy, jakby go nie rozpoznawała, a potem rzuciła się w jego ramiona i rozszlochała histerycznie. Pierwszy oficer tulił ją z niezgrabną czułością, jednocześnie zaglądając do zniszczonego pomieszczenia.

– Jezu Chryste… – jęknął i jeszcze mocniej przycisnął dziewczynę do piersi. Pozwolił dziewczynie rozpaczać przez krótką chwilę, potem jednak zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. – Posłuchaj mnie, moje dziecko. Jeśli nie zdarzy się cud, „Wicher” jest stracony. Druga salwa pośle go na dno.

– Kto nas zaatakował? Francuzi? – zapytała Elen, starając się opanować drżenie głosu.

Simon pokręcił głową.

– Gdyby to byli Francuzi albo chociaż korsarze na patencie Ludwika, mógłbym w ostateczności poddać statek. „Wicher” co prawda poszedłby w pryz, a załoga w niewolę, ale przynajmniej panienka byłaby bezpieczna i mogła się wkrótce wykupić, a to przecież najważniejsze. Jesteśmy jednak zbyt daleko od stałego lądu, by pozwolić sobie na tak płonną nadzieję. Zresztą nawet Francuzi nie zaatakowaliby nieznanej jednostki bez ostrzeżenia…

– A więc piraci?

– Tego właśnie się obawiam. Jesteśmy w pobliżu Bermudów, a tam, między dzikimi wysepkami, aż roi się od tej hołoty. Jeżeli zatopią statek, albo, co gorsza, dostanie się w ich ręce, a pani razem z nim, panno Hotstone… – Oficer nie dokończył, ale dziewczyna i tak zrozumiała, co miał na myśli. Ani nazwisko, ani pieniądze ojca w niczym jej nie pomogą. Zostanie zgwałcona i, jeśli będzie miała szczęście, zamordowana jeszcze tej nocy. – Nie możemy ryzykować – podjął Troy. – Musi panienka uciekać. Kazałem przyszykować dla pani łódź. W tej mgle szalupa z pewnością przemknie się obok wroga niezauważona. Dotrze pani na wyspy, a stamtąd…

– A pan? – przerwała mu Elen. – Pan popłynie z nami, prawda?

– Nie, moje dziecko. – Troy pokręcił smutno głową. – Kunt nie żyje. Kula porwała również i jego duszę, więc teraz ja dowodzę „Wichrem”. A kapitan nie może opuścić statku, dopóki jest na nim choć jeden członek załogi.

– Ale…

– Nie ma żadnego „ale”, panno Elen. Nie może panienka tutaj zostać, a ja nie mogę odejść. Pumpkin się panienką zaopiekuje.

– Pumpkin? – zapytała przestraszona nie na żarty Elen. Znalezienie się całkowicie w mocy tego człowieka nie wydało jej się o wiele lepszym losem niż piracka niewola. – Wolałabym…

– Przykro mi, ale nie mamy czasu na jałowe dyskusje. Jest coś, co chciałaby panienka zabrać ze swojej kajuty? Tylko proszę się pośpieszyć, bo za chwilę armaty odezwą się znowu, a to nie jest odpowiednie miejsce, by słuchać ich śpiewu.

Elen już chciała zaprotestować, ale coś, być może szorstka nuta w głosie łagodnego zazwyczaj starca, powstrzymało ją przed tym. Zrezygnowana zlustrowała pomieszczenie i pomyślała o bezwartościowych teraz sukniach i biżuterii, a potem jej wzrok znów zatrzymał się na doczesnych szczątkach Heleny. Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy i zdecydowanie pokręciła głową.

– Rozumiem… W takim razie proszę za mną. – Troy ujął dziewczynę pod rękę i pociągnął za sobą, ale ona nie ruszyła się z miejsca. Ostatni raz spojrzała na matkę, wyszeptała jakąś bezgłośną modlitwę, wykonała znak krzyża i dopiero potem dała się poprowadzić staremu marynarzowi na pokład.

 

Załoga, teraz już w większości uzbrojona, czaiła się przy burcie i wpatrywała intensywnie we mgłę, usiłując dostrzec wroga. Nie brakowało również i takich, którzy nadal gorączkowo krzątali się po pokładzie; jedni ładowali armaty, inni usuwali zniszczone sprzęty, pomagali rannym albo rozdawali broń. Kilku marynarzy zbierało trupy poległych towarzyszy i znosiło je do mesy, by nie przeszkadzały podczas pracy i walki. Miarowe skrzypienie pomp desperacko próbujących usunąć nadmiar wody z zęzy, świadczyło o tym, że i pod pokładem znajdują się ludzie. Oni utoną pierwsi, pomyślała ze smutkiem Elen, podczas gdy Troy prowadził ją na sterburtę, gdzie bosman i kilku jego ludzi szykowali szalupę.

– Czy łódź już gotowa, panie Pumpkin?

– Nie, sir. Wciąż czekamy na zapasy wody i prowiantu. Nikt nie może znaleźć tego pieprzonego kuka. Pewnie skrył się, skurwiel, w jakiejś dziurze i jęczy jak…

– Pumpkin, na Boga, proszę się zachowywać w obecności damy! – Przerwał mu Troy. Charlie obrzucił Elen krzywym spojrzeniem, ale nic nie odpowiedział. Oficer mówił więc dalej: – Gdy wszystko będzie gotowe, weźmie pan tylu ludzi, ilu tylko zdoła i odpłynie z panną Hotstone.

– Z całym szacunkiem, panie kapitanie, ale odmawiam wykonania rozkazu! Moje miejsce jest na „Wichrze”!

– Czyżby zapomniał pan, panie Pumpkin, jaki jest cel naszej wyprawy? Mamy bezpiecznie dowieźć żonę i córkę pana Hotsone'a do portu w Nowej Anglii. Wobec pani Heleny, Bóg, niestety, miał inne plany, ale panienka Elen wciąż znajduje się pod naszą opieką, więc musimy zrobić absolutnie wszystko, co w naszej mocy, by dotarła bezpiecznie do domu. Dopóki się to nie stanie, zarówno „Wicher” jak i życie całej jego załogi należą wyłącznie do panny Hotstone. Właśnie dlatego powierzam pieczę nad nią panu, Charlie. Pan jesteś moim najbardziej zaufanym człowiekiem i wierzę, że zdołasz do końca wypełnić powierzone „Wichrowi” zadanie. Rozumiemy się?

– Tak jest, panie kapitanie! – odparł bosman, jednak bez większego przekonania.

– Doskonale! A więc proszę wykonać rozkaz. I niech pan pamięta, że odpowiada życiem za bezpieczeństwo panny Elen.

– Ay, Ay, sir!

Troy uściskał Elen jeszcze raz, pocałował ją w czoło, szepnął: „Bóg z tobą, dziecko!” i odszedł dopilnować przygotowań do walki.

Pumpkin pomógł dziewczynie usadowić się w wiszącej tuż obok burty łodzi, a ktoś inny podał jej gruby, marynarski płaszcz.

– Derek, leć no po Speedy'ego i bierzcie ze spiżarni wszystko jak leci, nie oglądajcie się już na tę pokrakę, Hansona. Nie ma na to czasu – zaordynował bosman.

Jakby na potwierdzenie tych słów, od strony bakburty mgłę rozdarły błyskawice żółto-czerwonego ognia, oddalone od „Wichru” najwyżej o jakieś ćwierć kabla. Towarzyszył im ogłuszający huk i świst pędzących pocisków.

– Kryj się! – rozkazał Pumpkin, jednocześnie łapiąc Elen za kark. Przycisnął jej głowę do dna łodzi i zasłonił dziewczynę własnym ciałem.

– Na Boga, oni mają tam chyba ze sto armat! – zawołał jakiś marynarz, gdy salwa ucichła. – Kurwa, to jakiś smok, a nie statek!

– Gdzie ty masz oczy, durniu? – odparł inny. – Cokolwiek kryje się w tej mgle, na pewno nie jest większe od naszego „Wichru”! Widziałem, że wypaliły tylko dwa pokłady dział, więc najpewniej mamy do czynienia z fregatą albo małym galeonem.

– A niechby to sobie był i zasrany „Latający Holender” z tysiącem armat! – mruknął Pumpkin. – Wszystkie kule przeszły bokiem, a to znaczy, że nas nie widzą, skurwysyny zaplute!

– Ha! A więc równie dobrze mogą wsadzić teraz te wszystkie działa kapitanowi w dupę i go nimi ruchać aż do rana, bo innego pożytku mieć z nich nie będą! – zaśmiał się jakiś głos we mgle.

– No, chyba że jeszcze głośniej będziesz darł mordę! – warknął bosman i spojrzał tęsknie na kanonierów czekających rozkazu, by odpłacić wrogowi pięknym za nadobne, potem na sternika, bezskutecznie usiłującego ustawić statek równolegle do linii ognia, który zdradził pozycję wroga, a wreszcie na bezużyteczne teraz żagle. Zmełł w ustach kolejne przekleństwo i skupił się na swojej podopiecznej.

– Nic się panience nie stało?

– Boli mnie szyja – odparła Elen – ale poza tym jestem cała. Dziękuję, że narażał pan dla mnie życie. Zdaje się, że źle pana oceniłam, Charlie.

Bosman zmarszczył brwi, zdumiony słowami dziewczyny i najwyraźniej nie mógł wymyślić jakiejś stosownej odpowiedzi. Z kłopotu wybawił go chłopiec okrętowy, który wyrósł z mgły jak widmo.

– Panie Pumpkin, kapitan prosi! – powiedział i na powrót rozpłynął się za mleczną zasłoną.

– Panienka wybaczy – rzekł bosman i ze źle skrywaną ulgą odszedł.

 

– Do cholery, co się dzieje? – zapytał Chudonoga Rose po kilku minutach, podczas których działa „Wichru” uparcie milczały. Do brzucha przyciskał zakrwawioną szmatę, a jego twarz mimowolnie wykrzywiała się w paroksyzmach bólu. – Czemu nie atakujemy tych… nicponi? – dokończył, uśmiechając się przepraszająco do Elen. – Mam nadzieję, że się panienka nie gniewa o tych kilku ostrych słów przedtem? Kiedy biją w dzwonek, uczciwy marynarz nie ma czasu na pogawędki z pięknymi damami, rozumie panna?

– Tak, oczywiście…

– To dobrze, bardzo dobrze! Ach, no i wyrazy współczucia z powodu matuli. Jeśli to panienkę pocieszy, miała dobrą, szybką śmierć. Pewnie nawet nie zauważyła…

– Dziękuję… Został pan ranny? – Elen szybko zmieniła nieprzyjemny dla niej temat.

– Co? Aaa, to! – Rose spojrzał z dezaprobatą na swój brzuch. – To nic takiego. Drzazga mi weszła. Od takich rzeczy się nie umiera.

– Ale od mojego kordelasa owszem, a jak mi Bóg miły, pchnę cię nim pod żebra, Chudonoga, jeśli natychmiast się nie zamkniesz! – warknął bosman, wyłaniając się ze spowijających pokład oparów. – Nowe rozkazy, chłopcy. Kapitan chce pod osłoną mgły uciec piratom. Szykujcie łodzie, weźmiemy łajbę na hol. I macie być cicho jak podczas niedzielnego kazania!

– Mamy uciekać? – zaperzył się jakiś marynarz. – A taki chuj! Poślijmy im kilka kulek w…

– Jeszcze słowo, a zawiśniesz za niesubordynację, Atkinson! Albo od razu wrzucę cię do morza… Szykować łodzie, mówiłem! Nie, tę zostawcie! – Pumpkin odepchnął marynarza próbującego wgramolić się do szalupy, w której siedziała Elen. – Ta przez cały czas ma być gotowa do natychmiastowej ewakuacji panny Hotstone, zrozumiano? – Marynarze pokiwali skwapliwie głowami, a bosman zwrócił się do dziewczyny: – Panienko, kapitan życzy sobie, żeby tymczasowo zajęła pani jego kajutę. Tam będzie panienka bezpieczna… – Wskazał na najbliższego marynarza. – Atkinson panią odprowadzi.

Elen z ulgą wysiadła z rozkołysanej na linach łódki i poszła do kajuty pierwszego oficera. Kabina Troya znajdowała się przy sterburcie, a więc tak daleko od wrogich dział, jak to tylko obecnie możliwe.

Podczas gdy „Wicher” powoli odpływał z miejsca niefortunnego spotkania z nieznanym statkiem, dziewczyna w ciemnościach opłakiwała matkę, wyrzucając sobie, że była dla niej tak szorstka w czasie tego przeklętego rejsu, i że nawet się z nią nie pożegnała.

Nie umiałaby powiedzieć, kiedy zmorzył ją sen, ale gdy się obudziła, w kajucie nadal było ciemno, a przez bulaje nie można było dostrzec zupełnie nic. Nie miała odwagi zapalać wiszącej pod powałą lampy, by przypadkiem nie ściągnąć na statek nowego nieszczęścia, więc wyszła z kajuty, a potem z kasztelu po omacku. Z przyjemnością odetchnęła zimnym, wilgotnym powietrzem, a gdy jej oczy przyzwyczaiły się do osnutej mgłą ciemności, dostrzegła marynarza pełniącego wachtę na kasztelu.

– Gdzie znajdę oficera… kapitana Troya? – zapytała.

– Kapitan śpi, proszę pani. Wachtę ma pan oficer Jackson. Życzy sobie panienka, żebym go zawołał?

– Nie, nie, nie trzeba. – Elen gorączkowo pokręciła głową. – A bosman, pan Pumpkin?

– Pan Pumpkin wciąż znajduje się na łodzi. Mają rozkaz holować „Wicher” aż do świtu.

– A ile czasu zostało do wschodu słońca?

– Niespełna dwie godziny.

– Dziękuję panu, panie…

– Trone, jeśli łaska. Poul Trone.

– Dziękuję, panie Trone. – Elen uśmiechnęła się słabo do marynarza. – Jak pan myśli, uciekliśmy im?

– Po ostatniej kanonadzie wszystko się uspokoiło. Widać zmądrzeli i przestali marnować proch. Ale czy im uciekliśmy, jeden Bóg raczy wiedzieć.

 

Dzień, choć przesycony pełną złowrogiego napięcia, nienaturalną ciszą, minął spokojnie. Uprzątnięto statek i wykonano wszystkie możliwe w tych warunkach naprawy. Uszkodzenia okazały się mniej groźne, niż obiecywała to pierwsza plotka, ale „Wicher” i tak powoli nabierał wody.

Pod wieczór ciała ośmiu poległych, w tym kapitana Kunta, kuka i Heleny Hotstone, oddano morzu. Ceremonię, jak nakazywał obyczaj, poprowadził Troy. Odmówił krótką modlitwę za zmarłych i powiedział kilka ciepłych zdań o każdym z nich. Tylko o Helenie nie wspomniał ani słowem, pozostawiając ten obowiązek córce zmarłej. Elen zabrakło jednak sił, by powiedzieć coś więcej, niż tylko: „Kocham cię, mamo!”.

Nie było wspólnych śpiewów ani modlitw. Kiedy fale zabrały ciała, chłopiec okrętowy zaprowadził rozpaczającą dziewczynę do kajuty, a reszta załogi, w ciszy rozeszła się do swoich obowiązków.

 

Niespełna dobę później, pogoda uległa zmianie. Flauta trwała nadal, ale mgła wyraźnie zaczęła się strzępić, co wszystkich napawało zarówno radością, jak i strachem. Troy niezwłocznie wydał rozkazy, by ci, którzy akurat nie mają wachty ani nie pracują przy pompach, ponownie zeszli do szalup i ciągnęli statek do domu. Większość marynarzy była już skrajnie wyczerpana, ale nawet jeśli buntowali się przeciw tym zarządzeniom, to tylko w duchu. Zaciskali zęby i robili wszystko, co tylko było w ich mocy, by wydostać się z białego piekła.

Elen, nie mogąc znieść bezczynności, również zabrała się do pracy. Wymogła na Troyu, by powierzył jej pieczę nad kambuzem, tłumacząc, że oddelegowani do tego zadania marynarze bardziej przydadzą się na pokładzie, a ona – jak każda kobieta – zna się na gotowaniu lepiej od mężczyzn. Kapitan, choć niechętnie, uległ jej prośbie.

Ilość pracy z początku zupełnie ją przytłoczyła, ale dziewczyna obiecała sobie, że nie przyniesie wstydu nazwisku swojego ojca, jednego z największych armatorów w Nowym Świecie, ani pamięci matki. Krzątała się więc cały dzień bez wytchnienia, a gdy wreszcie nadeszła noc, usnęła na taborecie, z głową opartą o stół i Pumpkin musiał zanieść ją do kajuty.

 

Ranek następnego dnia nie przyniósł większych zmian; wiatru nadal nie było, a mgła, choć wyraźnie rzadsza, wciąż spowijała ocean zimnym całunem. Jedyną dobrą wiadomością było to, że niemal całkowicie udało się załatać dziury w kadłubie i „Wichrowi” nie groziło już zatonięcie.

– Nie ukrywam jednak, sir, że dla własnego dobra, jak najszybciej powinniśmy znaleźć się na lądzie – rzekł cieśla okrętowy. – JAKIMKOLWIEK lądzie. Niechby to była jedna z tych bermudzkich wysepek, bylebym mógł na spokojnie obejrzeć sobie statek z zewnątrz i trochę go wzmocnić. W przeciwnym razie pierwszy lepszy sztorm może okazać się dla nas ostatnim. O cudzym żelastwie nawet nie ma co gadać.

Kapitan skinął tylko głową.

 

Pod wieczór mgła znów zgęstniała, a wraz z nią panujące na statku napięcie. Niemal trzy dni tytanicznych wysiłków i grobowej ciszy, którą przerywały wyłącznie krótkie rozkazy, wydawane głosem niewiele głośniejszym od szeptu, złamały ducha nawet najbardziej zahartowanych marynarzy.

Kiedy unoszące się nad wodą opary wessały resztki dziennego światła, na pokładzie „Wichru” nie było już nikogo, kto nie dławiłby się niewytłumaczalnym, a przez to jeszcze bardziej przytłaczającym lękiem. Nawet Pumpkin raz za razem z niepokojem rozglądał się na wszystkie strony.

Elen nie odnajdywała już ukojenia w bezgłośnych modlitwach ani w ciężkiej pracy, którą wykonywała z desperackim uporem, póki zupełnie nie opadła sił. Kończyła właśnie czyścić ogromny gar, w którym wcześniej gotowała zupę dla całej załogi, gdy przytłaczającą ciszę zmąciły ciężkie kroki dudniące po pokładzie – ktoś biegł w stronę rufy, jakby goniła go sama śmierć. Zaalarmowana dziewczyna porzuciła swoje dotychczasowe zajęcie i wyszła ze znajdującego się w kasztelu dziobowym kambuza. Większa część pokładu ginęła za mglistą zasłoną, więc Elen ruszyła przed siebie, w nadziei, że na rufie zdoła się czegoś dowiedzieć. Gdy tylko dostrzegła sternika, zrozumiała, że dzieje się coś złego; mężczyzna z całych sił kręcił kołem sterowniczym, najwyraźniej usilnie starając zmienić się kurs „Wichru”. Kapitan Troy i Jakson, mianowany teraz na pierwszego oficera, stali obok marynarza, ale zupełnie nie zwracali uwagi na jego heroiczne wysiłki. Wpatrywali się za to jak urzeczeni w jakiś punkt za sterburtą. Elen spojrzała w tym samym kierunku i na chwilę zamarło jej serce; poprzez mgłę przebijały się punkciki żółtego światła. Znajdowały się nie dalej niż o kilka sążni od burty „Wichru” i wyraźnie się zbliżały, a mimo to były tak słabo widoczne, że można by je uznać za złudzenie.

– Niech to wszyscy diabli, wygląda na to, że znowu się do nich przytulimy… Lepiej złap się czegoś, panienko! – wychrypiał jej do ucha głos, w którym ledwo rozpoznała baryton Chudonogiej Rose.

Elen zdała sobie sprawę, że mężczyzna ma rację; holowany przez najwyraźniej niczego nieświadomych marynarzy „Wicher” był zbyt blisko obcego statku, by go bezpiecznie wyminąć. Co prawda nie groziło im wbicie się dziobem w kadłub nieznanej jednostki, ale oba okręty otarły się o siebie z głośnym trzaskiem, rzucając część załogi na kolana. Rose zdążył jedną ręką pochwycić wantę podtrzymującą maszt, a drugą objął Elen w pasie, dzięki czemu oboje utrzymali na nogach. Marynarz syknął jednak z bólu, a jego koszulę zabarwiła krew z na nowo otwartej rany. Elen wyciągnęła ręce, żeby go opatrzyć, ale Rose burknął tylko, zniecierpliwiony:

– Nic mi nie jest, panienko. Naprawdę. Proszę się nie kłopotać.

W tej samej chwili ciszę rozpruł okrętowy dzwon, wzywając załogę drugiego statku do pełnej mobilizacji. Elen przebiegły ciarki po plecach, gdy znów usłyszała ten wynaturzony przez mgłę lament.

Uderzenie było tak silne, że oba okręty odbiły się od siebie i na powrót pogrążyły we mgle, a bicie dzwonu słabło z każdą chwilą. Chudonoga Rose odszedł, wzywany oczywistym obowiązkiem, a zostawiona sama sobie Elen, po chwili wahania, ruszyła w stronę kasztelu rufowego. Wyminęła resztki szalupy, którą Pumpkin kazał zatrzymać na pokładzie specjalnie dla niej, a która została całkowicie zmiażdżona podczas uderzenia, i wspięła się na mostek kapitański. Znajdujący się tam mężczyźni byli zbyt mocno pogrążeni w gorączkowej dyskusji, by zwrócić na nią uwagę, a ona nie miała odwagi im przeszkadzać. Zresztą sama nie bardzo wiedziała, po co tu w ogóle przyszła. Stanęła więc z boku i przysłuchiwała się naradzie.

– Jesteś pewien?

– Jak kutasa między nogami, panie kapitanie! – gorliwie zapewnił marynarz, którego Elen nie znała z imienia. – To na pewno oni!

– Niech to szlag! – zaklął Jackson.

– Jakie mamy straty, panie Pumpkin? – zapytał spokojnie Troy.

– Wygląda na to, że „Wicher” praktycznie nie ucierpiał – zameldował Pumpkin. – Ale urwały nam się wszystkie łodzie, a ta jedna, która była na pokładzie, poszła w drzazgi. Na tę chwilę straciliśmy dwudziestu ludzi i nie mamy żadnych możliwości manewru. Jednym słowem, mamy przesrane.

– Jakie rozkazy, kapitanie? – zapytał pierwszy oficer.

Troy milczał przez chwilę, rozważając wszelkie opcje.

– Za pozwoleniem – przerwał ciszę bosman. – Uważam, że naszą jedyną szansą jest atak. Wróg ma nas w zasięgu swoich dział, więc walki i tak już nie unikniemy. Albo uderzymy pierwsi i poślemy tych skurwieli na dno, albo sami się tam znajdziemy. „Wicher” i tak już ledwo unosi się na wodzie.

Kapitan spojrzał w oczy bosmana, a potem na swoich oficerów, sternika i marynarza, który zameldował, że rozpoznał wroga. Każdy z mężczyzn w milczeniu skinął głową.

– Szykować armaty! – rozkazał Troy. – Załoga pod broń.

– Ay, ay, sir! – odparł Pumpkin i pobiegł wydać polecenia swoim ludziom. Pozostali marynarze również opuścili mostek i Elen została sama z kapitanem. W milczeniu obserwowała przygotowania do ataku.

Pumpkin, wraz z kilkoma ludźmi, kręcił się przy jednym z dział na górnym pokładzie. Pozostałe armaty, również te na pokładzie artyleryjskim – o czym świadczyło skrzypienie i trzaski towarzyszące unoszeniu klap zasłaniających furty działowe – także były gotowe do odpalenia.

– Co pan Pumpkin robi z tą armatą? – zapytała cicho Elen.

– A skąd ty się tu wzięłaś, dziecko? – odpowiedział pytaniem Troy, który dopiero teraz zauważył jej obecność. – Tu nie jest bezpiecznie.

– Przepraszam, ale słyszałam waszą rozmowę. Jeśli bosman ma rację, już nigdzie nie jest bezpiecznie.

– Ech… – westchnął Simon, a potem na chwilę zapadła cisza. – Bardzo mi przykro, panno Hotstone…

– Niepotrzebnie – dziewczyna posłała kapitanowi smutny uśmiech. – Zrobił pan, co było w ludzkiej mocy, by ocalić załogę, statek i mnie. Jestem panu niewypowiedzianie wdzięczna za wszystko i wierzę, że Bóg wynagrodzi pańskie wysiłki.

Troy już otworzył usta, by coś powiedzieć, ale Elen nie dała mu dojść do głosu.

– Nie mówmy już o tym, proszę. Będzie, co Bóg da – rzekła, a kapitan z wdzięcznością zacisnął dłoń na jej ramieniu. W milczeniu obserwowali poczynania Pumpkina, aż Elen poczuła, że musi coś powiedzieć, bo cisza doprowadzała ją do obłędu. Zapytała więc ponownie: – Co zamierza bosman?

– Żeby nie marnować po próżnicy wszystkich kul, wypali z jednej armaty, by sprawdzić, czy wróg znajduje się na linii strzału. – wyjaśnił starzec.

Nim Elen zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Pumpkin przyłożył zapaloną lontownicę do panewki i działo wypaliło. W rozbłysku ognia dziewczyna ujrzała, jak kula pod ostrym kątem trafia w bok oddalonego najwyżej o dwadzieścia sążni statku, rozrywa tylną część jego kadłuba i wychodzi przez rufę, zostawiając za sobą deszcz drzazg.

Nim wroga fregata zdążyła na powrót pogrążyć się w ciemności, tę rozświetliły kolejne rozbłyski ostrego światła. Huk kilkunastu armat zmieszał się z trzaskiem rozrywanego drewna i zupełnie zagłuszył Elen, która krzyknęła:

– O mój Boże! To przecież… Nie, to niemożliwe!

Dziewczyna puściła się biegiem w stronę sterburty. Zbiegła po schodach, w kilka kroków pokonała pokład, przypadła do barierki między dwoma działami i – ze wszystkich sił starając się przebić wzrokiem przez noc, mgłę i wciąż unoszący się nad pokładem, gryzący dym – wychyliła tak bardzo, że omal nie wypadła.

– Do jasnej cholery, co panienka wyprawia!? – zrugał ją Pumpkin, łapiąc jednocześnie za ramię. – Chce panienka zginąć?

– Niech mnie pan puści! – krzyknęła, gdy siłą zaczął ją odciągać od barierki.

– Nie ma mowy! – warknął marynarz. – Nie wolno tu panience przebywać! To istne szaleństwo!

– Nie, pan nie rozumie! – broniła się dziewczyna. – Ten statek…

W tym momencie rozbrzmiał kolejny, spotęgowany wielokrotnie huk, a powietrze zaroiło się od ożywionych na krótką chwilę armatnich kul. Część z nich przeleciała nad „Wichrem” ze złowrogim bzyczeniem, niczym rój rozwścieczonych szerszeni, nie czyniąc mu jednak najmniejszej krzywdy. Inne natomiast trafiły, wgryzając się w burtę i wymiatając z pokładu część dział oraz załogi. Okręt zatrząsł się od impetu uderzenia, a deski pokładu uciekły Elen spod stóp. Jednak, nim upadła i straciła przytomność, w blasku spalającego się prochu, dostrzegła to, czego wypatrywała. I czego najbardziej się bała.

 

Ocknęła się nagle i zaczęła kaszleć, desperacko próbując złapać oddech, który lodowata woda dosłownie wydarła z jej piersi. Kiedy wreszcie zdołała zaczerpnąć tchu, powiodła przytomniejszym już wzrokiem dookoła, by wreszcie skupić spojrzenie na Chudonogiej Rose. Marynarz pochylał się nad nią z pustym wiadrem w dłoniach. Na jego rzeźbionej wiatrami i słońcem twarzy malowała się prawdziwa troska.

– Nic panience nie jest? – zapytał.

Jak mogłam kiedykolwiek bać się tego poczciwca? – pomyślała zgnębiona. – Jak mogłam bać się któregokolwiek z tych ludzi? Ogarnęła ją rozpacz, na myśl o tym, jak bardzo grzeszyła, przez cały rejs żywiąc wobec załogi tylko pogardę, wstręt i strach. Oby Bóg mi wybaczył…

– Nie, chyba nie… Dziękuję panu. A co z „Wichrem”? – Dopiero teraz zauważyła, że pokład przechylił się nieznacznie ku dziobowi.

Rose wymownie pokręcił głową.

– Ale jest jeszcze nadzieja. Kapitan kazał zbijać tratwy. Jeżeli chłopakom w łodziach nic się nie stało i znajdą nas w tej przeklętej mgle, to może wyjdziemy z tego cało… – Marynarz próbował pocieszyć dziewczynę, ale ton jego głosu przeczył słowom.

– Rozumiem… Gdzie jest kapitan? – Elen stłumiła szloch i rozejrzała się po pokładzie, szukając Troya, lecz jej uwagę przykuło co innego. – Co robi Pumpkin? – spytała, widząc, że bosman nadal komenderuje kanonierami.

– Zawziął się, szelma – odparł Rose. – Chce posłać przeklętych piratów na dno razem z nami.

W tym momencie wszystkie przerażające wspomnienia wróciły i dziewczynę na nowo ogarnęła panika.

– O mój Boże! Więc nie było jeszcze drugiej salwy!? – zapytała niespodziewanie ostro, wbijając wzrok w zdumionego Rose. A potem, nie czekając na odpowiedź, poderwała się na równe nogi i pobiegła do bosmana.

– Niech pan nie strzela! – krzyknęła. – Musi pan natychmiast przerwać ogień!

– A pani czego znowu chce? – zapytał rozeźlony Pumpkin, odrywając się od swoich zajęć. – Niby dlaczego, do ciężkiej cholery, miałbym nie strzelać?

– Bo… Bo to nie są żadni piraci, panie Pumpkin… – Elen zawahała się na moment: – Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale… To my! Tamten statek to „Wicher”!

– “Wicher”? – Marynarz spojrzał na dziewczynę badawczo. A potem, nie kryjąc ironii, dodał: – No cóż, ja chyba potrafię wyjaśnić tę zagadkę, w dodatku bardzo łatwo: Najwyraźniej rozum się panience pomieszał podczas upadku i…

– Nie! Ja nie oszalałam! – przerwała Elen gwałtownie, szarpiąc bosmana za klapy marynarki. – Widziałam go, przysięgam! To był “Wicher”! Musi mi pan uwierzyć!

– Dosyć! – warknął Bosman. – Nie mam czasu na bzdury! Poślę ten cholerny statek do wszystkich diabłów, a panią razem z nim, jeśli nie da mi pani spokoju! – Pumpkin odepchnął dziewczynę, a potem wrzasnął na załogę: – Na co czekacie, wy pieprzone skurwysyny!? Pokażmy im, jak giną prawdziwi marynarze!

– Na Boga, przecież i tak nie traficie! Wszystko będzie dokładnie tak samo jak wtedy! Naprawdę pan tego nie rozumie!? – krzyknęła zdesperowana Elen, ponownie przypadając do bosmana. A potem, niespodziewanie, osunęła się na kolana i załkała: – Błagam, panie Pumpkin! Może jeszcze uda się coś zmienić, tylko niech pan nie strzela…

–O czym panienka… – Stary marynarz zmarszczył brwi. Nagle w jego głowie pojawiło się wspomnienie sprzed paru dni i cała krew odpłynęła mu z twarzy.

 

Stał obok szalupy, w której miał odpłynąć razem z Elen, i mówił:

– Wszystkie kule przeszły bokiem, a to znaczy, że nas nie widzą, skurwysyny zaplute!

 

– Święty Boże…! – jęknął, a potem odwrócił się w stronę załogi i wrzasnął desperacko: – Wstrzymać ogień! NIE STRZELAĆ, psie syny!

O sekundę, o całe życie za późno. Zwielokrotniony grzmot rozdarł ciężkie, wilgotne powietrze, a ambrazury okrętu rozbłysły ogniem, wyłaniając z mgły zarys drugiego statku, dryfującego w oddali.

Trwało to zaledwie chwilę, ale w zupełności wystarczyło, by Pumpkin rozróżnił kształty burt i takielunku, które doskonale znał od lat.

Koniec

Komentarze

Przesadzasz, Cieniu. Przesadzasz, ale szalenie wzruszająco. ;-)

Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc i wcale nie żałuję, że zrezygnowałam z wcześniejszych planów. Dla lektury Wichru, naprawdę warto było!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A jeśli nadal tkwi w kajucie, pewnie i tak będzie umiał jej powiedzieć, co się właściwie stało. – chyba zabrakło słówka nie

 

Kula armatnia przecięła kajutę pod ostrym kątem, wchodząc przez burtę i znikając w morzu za rufą. Po drodze zdemolowała zdobne biurko, niewielki stół i obszerną koję, na której spały obie kobiety. Helena, rozszarpana ogromnym pociskiem, leżała bezwładnie na zasypanej drzazgami podłodze – To tylko takie moje zdanie, ale ciężko mi sobie taką scenę wyobrazić. Jeśli pocisk rozszarpał kobietę, to jak przeleciał dalej na wylot, zostawiając ciało?

 

Miarowe skrzypienie pomp desperacku próbujących – literówka

 

Krzywonoga Rose – raz się pojawia Krzywonoga, w pozostałych przypadkach Chudonoga

 

Pomysł – świetny, podobało mi się. Dobrze rozumiem, że akcja rozgrywa się w Trójkącie Bermudzkim?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Bez cytatu: Z ołowiu odlewano kule do broni strzeleckiej, ręcznej; artyleria okrętowa strzelała kulami kamiennymi, żeliwnymi – zależy od stopnia rozwoju techniki.

:-) Jutro sprawdzę, czy zniknęło kilka drobnych pomyłek różnego rodzaju… :-) Dziś z przyjemnością powiadamiam Autora, że zręcznie wykorzystał “aurę” wiadomego trójkąta.

A ja znalazłam jeszcze:  Ale teraz może zechce pani wrócić teraz do swojej kajuty? 

, dwie: Katastrofę – dlaczego Katastrofa dużą?

Podczas tego rejsu, Elen czuła się nieszczęśliwa – zbędny przecinek

Kilka uderzeń serca później, rozległo się bicie pokładowego dzwonu – tu też

że w zimnej mgle brzmiało zupełnie nienaturalnie – zimno i skrzekliwie. 

Gdyby to byli Francuzi, albo chociaż korsarze – zbędny przecinek

pomagali rannym, albo rozdawali broń – zbędny przecinek

bezgłośnych modlitwach, ani w ciężkiej pracy – zbędny przecinek

Ciekawe opowiadanie, ale zastanawia mnie jak doszło do pierwszego strzału? I kto strzelał? Widmo “Wichru”?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Przeczytałem z zainteresowaniem. W lekturze przeszkadzały dosyć liczne drobne błędy. Nigdy dotąd nie czytałem o pojedynku artyleryjskim przy flaucie i podczas mgły. W czasach dawnych żaglowców nie strzelano raczej kulami z ołowiu, z uwagi, między innymi, na cenę tego metalu. Jak okręty mogły manewrować podczas oddawania salw, jeżeli w ogóle nie było wiatru? Pomysł z “Trójkątem bermudzkim”, wydaje mi się nieprzekonujący. Zakończenie opowiadania moim zdaniem jest rozczarowujące.Tym niemniej daje się zauważyć tzw. “nerw pisarski”, u autora i pewną znajomość realiów panujących podczas epoki żaglowców. Pozdrawiam.

Ciekawy pomysł, zaskoczenie na końcu było. Żeby tak się zderzyć z [autocenzura], to się nie zdarza codziennie. ;-) Fajna przemiana bohaterki. No i niech jeszcze ktoś powie, że kobiety na morzu przynoszą pecha! To przesądni i uparci faceci stanowią problem! ;-)

Oj, coś dzisiaj piraci strasznie gwałcą…

Widzę, że niektóre moje uwagi pokrywają się z przedpiścami (czemuś dotąd nie poprawił?), ale skoro już wypisałam…

posłusznych wobec bosmana

Nie wiem, czy jest się posłusznym wobec kogoś, czy raczej posłusznym komuś.

A jeśli nadal tkwi w kajucie, pewnie i tak będzie umiał jej powiedzieć, co się właściwie stało.

Coś tu się sypnęło.

Pumkin?

Literówka.

skrzypienie pomp desperacku próbujących

Tu też.

Dwa razy masz “pieczę” niedaleko od siebie.

a jago koszulę

I tu.

Krzywonoga Rose odszedł

Przechrzcił się czy to jego brat?

– Bo ten statek… Bo..

Kropek się doliczyłeś.

Babska logika rządzi!

Na początku pragnę zaznaczyć, że wszystkie wymienione wyżej błędy są wynikiem mojej ignorancji wobec rad i geniuszu mojej beta-testerki (i nie, Reg, nie przesadzam). Zadanie domowe już odrobiłem, dziękuję wszystkim za zwrócenie uwagi na te drobne niedoskonałości.

Śniąca, dziękuję. I bardzo się cieszę, że Ci się podobało.

To tylko takie moje zdanie, ale ciężko mi sobie taką scenę wyobrazić. Jeśli pocisk rozszarpał kobietę, to jak przeleciał dalej na wylot, zostawiając ciało?

Oba statki były oddalone od siebie nie więcej niż o ćwierć kabla, czyli jakieś 40-45 metrów. Dla kuli armatniej to naprawdę niewielka odległość, więc miała więcej niż dość impetu, by przelecieć przez cały statek i – w gruncie rzeczy – miękkie ciało. A jeśli pytasz, jakim cudem coś z biedaczki w ogóle zostało, to zwróć proszę uwagę, że kula armatnia nie jest taka znowu wielka – takie, którymi strzelano z armat okrętowych, zazwyczaj mieściły się w obu dłoniach dorosłego mężczyzny – są więc dość duże, by oderwać i rozszarpać jakiś fragment ludzkiego ciała, ale za małe, by w całości zrobić z niego Whiskas. Oczywiście wiadomo, są rozmiary i rozmiary, niemniej na “Wichrze” nikt nie taskał kolubryn.

 

Rose, jak na starego marynarza przystało, miał krzywe nogi. Stąd ta pomyłka.

 

Pomysł – świetny, podobało mi się. Dobrze rozumiem, że akcja rozgrywa się w Trójkącie Bermudzkim?

Da.

 

Adamie, cieszę się, że dałem Ci powód do zrobienia czegoś przyjemnego. Polecam się na przyszłość. Natomiast jeśli chodzi o kule, to sam zastanawiałem się, co z tym ołowiem, ale – po krótkich studiach uzupełniających i znalezieniu obrazka na tej stronie (pierwszy z prawej), doszedłem do wniosku, że to jednak przejdzie (tym bardziej, że wzmiankowana w opisie karaka, Mary Rose, ma metrykę z XVI w). Nie jest to więc błąd. A skoro nie jest to błąd, to zostawiłem. Ale, jeśli “Wicher” faktycznie ma na tym ucierpieć, to jestem gotów negocjować^^.

 

Bemik, dla Ciebie szczególne podziękowania za trud uzmysławiania mi, iż jestem cieńszy niż przecinek. Obiecuję postarać się wyciągnąć z tego wnioski. Za głos do biblioteki także.

Co do Twojego pytania, to nie było żadnego “widma” – tyle (z obawy, by zawczasu nie zepsuć komuś zabawy) mogę Ci na razie powiedzieć.

 

Ryszardzie, dziękuję za tak obszerny komentarz – poczytuję to sobie za prawdziwy zaszczyt – i dobre słowo w nim zawarte, mimo rozczarowania zakończeniem. Mam nadzieję, że, z pomocą czuwających nade mną pań, udało mi się wyeliminować… pewnie nie wszystkie, ale przynajmniej większość tych błędów, które Ci przeszkadzały.

Jak okręty mogły manewrować podczas oddawania salw, jeżeli w ogóle nie było wiatru?

Nigdzie nie pisze, że one manewrowały. Zmieniały położenie, owszem, ale to głównie za sprawą odbijania się od siebie na wzajem i popychających je kulek. Można by polemizować, czy kilkanaście armat jest zdolnych do przesunięcia takiej góry, ale ja jestem pewien, że tak – na wodzie dynamika działa inaczej. Pojedynczy człowiek spokojnie jest w stanie pchnąć ważący nawet kilkaset kilogramów jacht tak, że ten odpłynie hen, Panie, za horyzont, a “Wicher” został, nazwijmy to, “pchnięty” z ogromną siłą. Pewnie, że nie poleciał jak dmuchana piłka, ale to uderzenie na pewno nadało jego dryfowi inny kierunek (a hamulców niet), a trzeba pamiętać, że salwy nie następowały natychmiast po sobie, więc statki miał dość czasu, by zejść sobie z linii ognia.

 

Finklo, Tobie również dzięki za łapankę i za magiczne kliknięcie.

(czemuś dotąd nie poprawił?)

 Bo na piwie byłem.

 

Nie wiem, czy jest się posłusznym wobec kogoś, czy raczej posłusznym komuś.

regulatorzy również zwróciła mi uwagę na ten fragment, ale zostawiłem tę wersję, bo bosman na statku jest nie dość – zdaje się – trzeci po Bogu i kapitanie, to jeszcze robi za prawdziwy autorytet, a posłuszeństwo wobec Boga i wobec autorytetów to… no, taki standardzik, nie?

 

Dwa razy masz “pieczę” niedaleko od siebie.

Sprawdziłem. Między jedną a drugą “pieczą” (tylko tyle jest w tekście) znajduje się 7749 (słownie: siedem tysięcy siedemset czterdzieści dziewięć) znaków i 1230 (słownie: tysiąc dwieście trzydzieści) wyrazów. Myślę, że to jednak dosyć, by uniknąć oskarżenia o powtórzenie. (Ale fakt, trzech kropek doliczyć się nie umiem).

 

Mam nadzieję, że mój komentarz okazał się pomocny podczas rozwiewania niektórych wątpliwości i skutecznie wybronił tekst przed zarzucanymi mu nieścisłościami.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Wobec pani Heleny, Bóg, niestety, miał inne plany, ale panienka Elen wciąż znajduje się pod naszą pieczą, więc musimy zrobić absolutnie wszystko, co w naszej mocy, by dotarła bezpiecznie do domu. Dopóki się to nie stanie, zarówno „Wicher” jak i życie całej jego załogi należą wyłącznie do panny Hotstone. Właśnie dlatego powierzam pieczę nad nią panu, Charlie.

Cieniu drogi, ile tych piw było, skoro znaki i wyrazy tak okrutnie Ci się mnożą? ;-p

Babska logika rządzi!

Cieniu, napisałeś, że kula armatnia przeszła przez kabinę “pod ostrym kątem”. Pytam uprzejmie – w stosunku do czego pod “ostrym kątem? Kabina jest “bryłą”, a określenie “kąt” między torem pocisku a bryłą jest nie do określenia. To błąd logiczny. Zakończenie wydaje mi się na siłę tak skonstruowane, aby było coś z fantastyki, ale, niestety, ten zabieg psuje spójność tekstu. Pozdrawiam.

Uznałam, że we fragmencie, zacytowanym przez Finklę, piecza nie jest rażącym powtórzeniem. Kwestię wypowiada kapitan Troy, z pewnością zdenerwowany istniejącą sytuacją. Raczej nie dobierał słów i nie zwracał uwagi na to, czy wyraża się poprawnie. I tak, zważywszy okoliczności, niezwykle oględnie opieprzył niesubordynowanego Pumpkina, który odmówił wykonania rozkazu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie no, rażące nie jest. Ale że słowo rzadko obecnie używane, to rzuca się w oczy.

Babska logika rządzi!

Ale że zdarzenie ma miejsce w czasach, gdy piecza była na porządku dziennym, moim zdaniem, aż tak się nie rzuca.

Przynajmniej moje oczy zostały oszczędzone, co, rzecz jasna, o niczym nie świadczy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nie upieram się, że trzeba to poprawić. Tak tylko, zameldowałam Cieniowi o wrażeniach czytelniczych. Ale jak zaczął pyskować, to nie mogłam się powstrzymać przed lekkim ponabijaniem. Sam się o to prosił. ;-)

Babska logika rządzi!

Wciągające, mimo błędów, które wynikały z pośpiechu i których jako mało doświadczony pisarz nie dostrzegłam, podobało mi się. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

W kwestii ołowianych kul: zamiast do Wikipedii sięgnij do jakiejś podpisanej imieniem i nazwiskiem historii rozwoju artylerii morskiej. Albo do cyklu artykułów na ten temat w czasopiśmie shiploverskim. Są takie…

Tak, dobrze myślisz – wpuszczony kilka razy w maliny dość podejrzliwie traktuję to źródło informacji.

Tak… Bardzo sprawnie napisana, bardzo ciekawa historia. Zaskakujące zakończenie. Znakomity pomysł: trójkąt bermudzki, statek walczy ze swoim sobowtórem. Nie daje czytelnikowi łatwego łupu w postaci przewidywalności puenty. Niedawno w jednej z dyskusji napisałem, że historia bez brawurowej puenty – to jak żołnierz bez karabinu lub kobieta bez kuciapki. Ta puenta jest fundamentem tego opowiadania. Może jedynie, w moim odczuciu, zbyt dużo kroków prowadzących do tego zakończenia. Ale że tekst znakomicie skomponowany, czyta się to z wielką przyjemnością. Podobało mi się. Bardzo dobre!

O Cieniu… J

estem kontent z lektury. Pointa przypadła mi do gustu.

 

Co do, ołowiu, to przedpiścy mają rację. Co do kalibru, to z tego co pamiętam, historia "poważnej" artylerii morskiej zaczęła się od tzw. dwunastofuntówek, czyli armat miotających kule o tym ciężarze.  Taka kula raczej nie rozszarpałaby Heleny, jeśli trafiła w korpus, a zmiażdżyła ją paskudnie.

Kompozycja cacy, piraci czają się w tle jako zły sobowtór, w tajemniczej, bermudzkiej mgle…  Dopiero w finale czytelnik domyśla się (SPOILER!), że załoga “Wichra” wpłynęła do słynnego Trójkąta. Co więcej, nie wiem czy słusznie, dwuznaczny tytuł – nazwa statku i załogi pragnienie, by jednak zawiało…

Mam jednak wątpliwość, a właściwie pytanie: czy pierwsza salwa nieznanego statku, która dosięgła “Wicher”, jest zarazem finałową salwą “naszego” punktu narracyjnego? Czy tutaj czas kręci statkami, a przy okazji czytelnikiem?

 

No, ale po całości to tak nieźle, naprawdę nieźle! Łyknąłem jak młody pelikan, na jeden raz.

Powiedz mi: kok czy kuk? Popraw jeszcze "Pumkin", a ja, męskim zwyczajem, poklepię to i owo. ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Piw było dosyć, by nie pomyśleć o tym, że wyszukiwarka zignoruje “pieczę” odmienioną przez różne przypadki. Mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa. Cóż więcej mogę dodać? Może tyle, że należał mi się ten kop od Fifi, a tekst zubożał o jedną “pieczę”. Niemniej, regulatorzy, jeśli jeszcze nie znudziły Ci się i/lub nie zbrzydły moje podziękowania, to mam dla Ciebie kolejną ich dawkę.

 

Cieniu, napisałeś, że kula armatnia przeszła przez kabinę “pod ostrym kątem”. Pytam uprzejmie – w stosunku do czego pod “ostrym kątem? Kabina jest “bryłą”, a określenie “kąt” między torem pocisku a bryłą jest nie do określenia.

Ryszardzie, jeśli przyjmiemy, że określamy kąt między lotem pocisku a “bryłą”, to oczywiście masz rację. Nie powinno się jednak rozpatrywać tego “kąta” w całkowitym oderwaniu od kontekstu. A z kontekstu – moim zdaniem – dość jasno wynika, że chodzi nie o bryłę, a o jej boki. Scena jest uzupełniona o dodatkowe szczegóły, tak, by całość była jak najbardziej klarowna; pocisk wpadł przez burtę (jeden bok bryły) i wypadł rufą (bok prostopadły do tego pierwszego), ergo – przeleciał przez kajutę po skosie. Stąd ten “ostry kąt”.

Wiem, wiem – powinienem od razu zmienić kontrowersyjny fragment tak, by nie budził wątpliwości (done), ale skoro zapytałeś, to odpowiadam. Najlepiej, jak potrafię.

 

Zakończenie wydaje mi się na siłę tak skonstruowane, aby było coś z fantastyki

Z całym szacunkiem, ale źle Ci się wydaje. Zakończenie jest spójną częścią i żelazną konsekwencją całej fabuły i od samego początku (a uściślając – od chwili, gdy w końcu wyklarował mi się pomysł na to opowiadanie) tak właśnie miało wyglądać. Nie ma tu żadnej przypadkowości.

 

Morgiano89, bardzo dziękuję za dobre słowo. A nawet słowa. Spuchłaś mi ego^^. I nie umniejszaj samej siebie, bo nie masz ku temu powodów; błędów nie dostrzegłaś prawdopodobnie dlatego, że regulatorzy, bemik i Finkla były tu przed Tobą.

 

Adamie, przywykłem zakładać, że hasła z Wiki posiadające źródła są wiarygodne, ale Twoje ostrzeżenie nie zostanie zignorowane. Dla porządku zapytam jednak o wiarygodność Twoich źródeł?^^

 

Ambroziaku, Rybko, i Wam dzięki za ciepłe, bogate i konkretne komentarze (oraz wkład w rozwój biblioteki). Aż mi się spąsowiało od tej lektury.

Dobra, ołów out! Skoro trzy mądre głowy sugerują, że to błąd, jedna głupia nie będzie się przy nim upierać. Żeliwo też świszczy.

Pumkin? Znowu? i to nie raz, jak widzę… Zaraza na tego cholernego Charliego i jego męskich przodków! Musieli się, skubańce, wydurniać z tym nazwiskiem, jakby w “Smithcie” było coś złego… A potem ja, biedny autorzyna, muszę przez to cierpieć…

Co do kucharza okrętowego natomiast, to – na stan mojej obecnej wiedzy – równo kok jak i kuk są prawidłowymi jego określeniami. Przyznaję jednak, że w opowiadaniu zamienne użycie tych nazw było niezamierzone, w związku z czym – dla zwiększenie przejrzystości tekstu – ujednoliciłem słownik. Został bardziej popularny kuk. Dzięki za zwrócenie uwagi na te błędy.

 

Dwunastofuntówki może i były na samym początku, ale na nich wagomiar się przecież nie zamykał. Wręcz przeciwnie: ludzie uwielbiają tworzyć i modyfikować broń. W mało której sztuce z takim uporem dążymy do perfekcji, więc naszych przodków haratały kule przeróżnej wielkości i wagi. Resztę pozostawmy może wyobraźni czytelników.

Mam jednak wątpliwość, a właściwie pytanie: czy pierwsza salwa nieznanego statku, która dosięgła “Wicher”, jest zarazem finałową salwą “naszego” punktu narracyjnego? Czy tutaj czas kręci statkami, a przy okazji czytelnikiem?

Uwaga, Spoiler: Tak, tak, TAK!

To czasem, a nie materią, się zabawiłem.

Boże(,) Rybo, nawet nie wiesz, jak wielką ulgę przyniosło mi Twoje pytanie. Bardzo nie chciałem donkichotować na rzecz tego tekstu, a z drugiej strony paliło mnie oczywiste pragnienie, by mój zamysł został w pełni zrozumiany (to znaczy: by mieć pewność, że został w pełni zrozumiany, bo tak naprawdę nie wiem, jak zinterpretowali go Czytelnicy i Czytelniczki, którzy – i które – ograniczyli się w komentarzach do “ACH!”, bądź “BLE!”). Normalnie w tym roku nie tknę karpia na wigilii w Twojej intencji, Psycho. (I nie, nie chciałem napisać: Normalnie, w Twojej intencji, Psycho, nie tknę w tym roku karpia na wigilii).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Proponowałbym ci, Cieniu, jakiś drobny szczególik, bardziej naprowadzający… Jakieś charakterystyczne uszkodzenie? Po czymś ta babinka przeca poznała, że oni to nasi… :-)

 

Karpia szamaj, na zdrowie, najlepiej takiego na miodzie z musztardą, goździkami i rodzynkami ;-) Tylko mnie, w intencji mej, nie tykaj i do ust nie bierz, bo nigdy sie z tego nie wytłumaczę… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Proponowałbym ci, Cieniu, jakiś drobny szczególik, bardziej naprowadzający… Jakieś charakterystyczne uszkodzenie? Po czymś ta babinka przeca poznała, że oni to nasi… :-)

Cytatem Ci odpowiem, mój Ty Rybku Złoty, a nietykalny i niewytłumaczalny. Potem pytanie zadam jedno i spać pójdę nareszcie:

 

Nim Elen zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Pumpkin przyłożył zapaloną lontownicę do panewki i działo wypaliło. W rozbłysku ognia dziewczyna ujrzała, jak kula trafia w bok oddalonego najwyżej o dwadzieścia sążni statku, rozrywa tylną część jego kadłuba i wychodzi przez rufę, zostawiając za sobą deszcz drzazg.

Nim wroga fregata zdążyła na powrót pogrążyć się w ciemności, tę rozświetliły kolejne rozbłyski ostrego światła. Huk kilkunastu armat zmieszał się z trzaskiem rozrywanego drewna i zupełnie zagłuszył Elen, która krzyknęła:

– O mój Boże!

Dziewczyna puściła się biegiem w stronę sterburty. Zbiegła po schodach, w kilka kroków pokonała pokład, przypadła do barierki między dwoma działami i – ze wszystkich sił starając się przebić wzrokiem przez noc, mgłę i wciąż unoszący się nad pokładem, gryzący dym – wychyliła tak bardzo, że omal nie wypadła.

A teraz pytanie: Mało li to?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Zupełnie mało, bo na początku masz tak:

 

Nim dziewczyna jasno sformułowała tę myśl i w pełni pojęła jej znaczenie, równą kanonadą zagrały kolejne działa, dziurawiąc niemiłosiernie „Wicher” od bakburty. (…) Kula armatnia przecięła kajutę po skosie, wchodząc przez burtę i znikając w morzu za rufą.

Musiałem dwa razy czytać, zanim złapałem, że o tę samą część statku chodzi i że bawisz się czasem, a i tak dla pewności pytałem w komentarzu. Ale może to ja, moje zmęczenie i późna pora. Po prostu wydało mi się mało… bo ja wiem… czytelne? W miejscu “(…)” masz spory kawałek narracji i dialogu, gubi mi się gdzieś ten związek.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oby tylko twe spuchnięte ego nabrało pokory do kolejnego opowiadania. Bo zbyt spuchnięte wpłynie na jakość tekstu. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

I ch…, spać nie mogę.

 

Wiesz, Fishu, ja naprawdę myślałem, że w finale wszystko stanie się wręcz oślepiająco jasne. I to nie tylko dlatego, że Elen ujrzała jak kula dziurawi wroga w identyczny sposób, w jaki kilka dni wcześniej wróg trafił w kajutę, w której była jej matka. To był tak naprawdę tylko jeden z tropów, do których czytelnik miał wrócić już PO ROZWIĄZANIU ZAGADKI. Najważniejsza jest ostatnia scena, finał, w którym wszystko – przynajmniej w intencji autora – staje się oczywiste. Tam jest znacznie więcej poszlak wskazujących na to, że chodzi o czas. Zwróć uwagę, na to, co mówi Elen:

 

– Więc nie było jeszcze drugiej salwy!?

– Nie! Nie może pan strzelić! Może uda się jeszcze coś zmienić, tylko błagam, niech pan nie strzela!

I tak pan nie trafi! Proszę, to nie są…

– O czym ty mówisz, dziewczyno? – zapytał rozeźlony Pumpkin. – Dlaczego miałem nie strzelać? I skąd, do wszystkich diabłów, wiedziałaś, że spudłujemy?

…To my, panie Pumpkin… Tamten statek, to „Wicher”! – “Wicher“, a nie “sobowtór”, czy “widmo”.

 

Noż kurczaczek, jak – nie stwierdzając tego otwarcie – wyraźniej miałem dać do zrozumienia, o co w tym wszystkim be?

Cała reszta to już miała być dla Czytelnika zabawa w odkrywanie poszlak, potwierdzających ten domysł. Cofasz się w czasie, patrzysz na wszystko z innej perspektywy i nagle dostrzegasz, że to rzeczywiście historia tego samego starcia, ale ukazana z dwóch różnych stron.

“Wicher” z przeszłości na coś wpada. Albo coś wpada na niego. Po chwili tajemnicza, osnuta ciszą i mrokiem jednostka bez ostrzeżenia atakuje – na bank piraci. Wicher z przyszłości próbuje uciec przed piratami; na pokładzie nie palą się więc żadne światła i panuje cisza. Przez przypadek wpadają jednak na owych “piratów” we mgle (znowu, jak zauważa Rose). Statek jest już zmasakrowany, więc, widząc jedyną szansę w ataku, Pumpkin wali bez ostrzeżenia… Wszystko się zazębia, staje logiczne i oczywiste, a Czytelnik wpada w zachwyt, toczy pianę, wynosi autora pod niebiosa, w szantach opiewając jego geniusz, o autograf prosząc, nagie zdjęcia podsyłając (panom dziękujemy), obsypując pierzem złotym…

 

Ech, i tak oto autorska duma przeminęła z wiatrem… pardon: z “Wichrem”. A ego z nią razem, co może chociaż koleżankę Morgianę uspokoić raczy.

 

Przypomnijta mi, co bych zdelejtował jutro ten komentarz.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, ja też zauważyłam, że bawisz się czasem, ale nie wiem dlaczego nie powiedziałam Ci o tym. Pewnie byłam zmęczona i zapomniałam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pewnie byłam zmęczona i zapomniałam. ;-)

Ja tam wolę wersje, że to jednak zbyt oczywiste, by deliberować po próżnicy ;) ([edit] No i [/edit]) nie jestem ani trochę zaskoczony tym faktem (za to bardzo pocieszony). A wnosząc z jej komentarza, Finkla gra w tej samej drużynie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, finał jest jasny – tylko pierwszy odruch interpretacyjny to: “sobowtór”. A dopiero po dłuższym zastanowieniu (jakieś pół kufla do kufla) napadło mnie – a przecież, w naturze nic się nie klonuje samo z się, no może poza pierwotniakami niektórymi, toż to chyba CZAS! 

No, ale ja pewnie jestem bardziej tępy niż dziewczyny ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wczoraj pytanie, dziś odpowiedź. :-)

Autora nie pamiętam, przekopywać “archiwum” nie mam czasu; “Morze, statki i okręty” zamieściło przed kilku laty serię artykułów o artylerii okrętowej z epoki żaglowców. Koncepcje, drogi rozwoju, bariery technologiczne i materiałowe na danym etapie. W skrócie, jeśli chodzi o kule ołowiane, chodziło o to, że po pierwsze wraz ze wzrostem wagomiaru malała prędkość wylotowa takiego pocisku – ograniczenie ze strony materiałów miotających i wytrzymałości komory spalania, też limitowanej materiałami – po drugie wady odlewów kul prowadziły do deformacji pocisków takich, że występowały zakleszczenia w przewodach lufy i rozerwania luf – na co miała też duży wpływ geometria przewodów luf, bo nie od razu opanowano techniki ich rozwiercania.

Cieniu Burzy, ja też od razu zrozumiałam, że Wicher sam strzela do siebie. Może źle wyraziłam myśl, ale o to mi chodziło!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja tam wolę wersje, że to jednak zbyt oczywiste, by deliberować po próżnicy ;) Nie jestem ani trochę zaskoczony tym faktem (za to bardzo pocieszony), a wnosząc z jej komentarza, Finkla gra w tej samej drużynie.

Nie wiem, która to drużyna, ale tak – nie widziałam powodu, żeby tłumaczyć Autorowi, jak się jego tekst skończył.

Babska logika rządzi!

Autorze.

Dobry, naprawdę dobry tekst nie powinien potrzebować obrony i wyjaśnień autora w komentarzach. Ja piszę jasno, że nie zrozumiałem zamysłu literackiego dotyczącego zabawy autora z czasem. Jestem po lekturze ośmiu opowiadań o piratach i tego jednego nie odebrałem zgodnie z życzeniem autora. Czasami tak bywa, że czytelnik jest bardziej tępy, niż tego by sobie życzył autor. Pozdrawiam.

Nie sądzę, żeby chodziło o “tępotę” czytelnika (brr, zabrzmiało okropnie). Raczej jest to po prostu inność spojrzenia – każdy patrzy pod jakimś tam swoim kątem, poprzez pryzmat swoich własnych doświadczeń życiowych, swoich osobistych gustów itd. (wszystkie swoje – zamierzone :)). 

I czasem bywa, że czytelnik zrozumie coś innego i zobaczy coś innego, niż autor miał na myśli tworząc swoje dzieło, a że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, to i usiłujemy swoje racje innym wyłuszczyć :) 

Ja złapałam w lot o co chodzi, ale nie dlatego, że jakoś szczególnie bystra jestem, ale dlatego, że sama popełniłam kilka historii z dziwnym zapętlaniem czasu, bo lubię taki zabieg.  

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nazbierało Ci się, Cieniu komentarzy… I pewnie wszystkie pochlebne, więc, kurcze, nie będę innych powielać.

 

Albo dobra, niech będzie.

Niezłe, oj, niezłe :)

 

Zaczynam współczuć dj’owi. Co opek, to dobry :D

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Cieniu, finał jest jasny – tylko pierwszy odruch interpretacyjny to: “sobowtór”.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie wiem, skąd ten “sobowtór”. Widać sam nie rozumiem tego opowiadania.

A dopiero po dłuższym zastanowieniu (jakieś pół kufla do kufla)

Czuję się zaszczycony, że zechciałeś poświęcić mojemu opowiadanku aż tyle czasu. Że o piwie nie wspominam. Jedno, czego mnie w tej idyllicznej scenie brakuje, to ja.

 

No, ale ja pewnie jestem bardziej tępy niż dziewczyny ;-)

Tego ja komentował nie będę, bo w ten czy inny sposób, zrobiłbym sobie wrogów. A wrógów mieć nie chce – naprawdę już mi się nie mieszczą w ogródku.

 

Adamie, dziękuję za inspirujący wykład i chylę czoła przed Twoją wiedzą. Wstawiłem sobie w zakładki link do Twojego profilu, tuż nad Wikipedią.

 

Bemik, biorąc pod uwagę to, co sobą reprezentujesz na tym portalu, całkowicie przemawia do mnie ten wykrzyknik.

 

Finklo:

 

Nie wiem, która to drużyna

LKS “Jolly Roger” Nibylandia.

 

ale tak – nie widziałam powodu, żeby tłumaczyć Autorowi, jak się jego tekst skończył.

A szkoda (patrz debata z Fishem).

 

Czytelniku Ryszardzie

Dobry, naprawdę dobry tekst nie powinien potrzebować obrony i wyjaśnień autora w komentarzach.

Masz rację. Ale powoli uczę się z tym żyć ;)

No i, z drugiej strony, jak się tu nie cieszyć, że moje opowiadanie – mające przecież zmusić do myślenia – stało się polem do rozważań i, było nie było, inteligentnej dysputy z Czytelnikami; Czytelnikami w większości ukontentowanymi lekturą?

Twoje komentarze trochę mną zamotały, bo w końcu nie wiem, czy nie “załapałeś” puenty – o czym świadczyłby Twój wczorajszy komentarz, ten o z dupy zakończeniu – czy po prostu cała historia Ci nie podeszła. Zresztą, jakby nie było, Śniąca ma rację, zwalając wszystko na “pryzmat życiowych doświadczeń”. Jedynie z tym tłumaczeniem racji miałbym ochotę polemizować – ja raczej staram się zrozumieć, co poszło nie tak, niż wmawiać ludziom, że są głupi. Tak mi się przynajmniej wydaje.

 

Dzięki, Emi. Komentarzy się nazbierało, owszem, ale dziel je przez dwa, bo połowa to moje. I tak, w każdym odnajduję dla siebie coś dobrego.

Dj’owi natomiast nic, tylko zazdrościć. Taaaaaaakie przechyły go tutaj czekają. Są i mielizny, fakt, ale takie już pirackie życie – raz na fali, raz na dnie.

 

I dzięki wszystkim za Bibliotekę.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

LKS “Joly Roger” Nibylandia.

:-)

Przemyślałam sprawę. W nic z Wami nie gram, bo jak znam Psycho, to na pewno po meczu będzie się domagał wymiany koszulek. Nawet, gdyby chodziło tylko o partyjkę warcabów. A jestem pewna, że moje koszulki są fajniejsze niż jego. ;-)

Babska logika rządzi!

bo jak znam Psycho, to na pewno po meczu będzie się domagał wymiany koszulek

Odpowiem cycatem:

 

Replay! Replay! No, no… No nie dały z tego replaya…

Ale, Finklo, peem ci, zachwyciłaś mnie ostrością spojrzenia, szczególnie w kwestii warcabów :-D

 

Cieniu:

 

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie wiem, skąd ten “sobowtór”. Widać sam nie rozumiem tego opowiadania.

Cieniu, ze stereotypu, że najtrudniejszym przeciwnikiem dla siebie jestem ja sam, moje lustrzane odbicie, moje takie samo ja. Jak oszukać samego siebie, jak siebie zwieść, jaką fintę przeciwko sobie wyprowadzić…? Stąd to się wzięło. A potem dopiero bursztyn w płynie wyszeptał do mnie: “Ty kretynie! To jest Cień! Cień kocha czas! A czas, jak wiadomo, dla nas łaskawy!” ;-)

 

EDIT: A koszulki mam takie zajebiaszcze z Ajron Mejden i z Jarocina… Ty niedobra, łódzka prowokatorko!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nigdy, ale to przenigdy nie pomyślałbym, że można dojść do prawdy patrząc na tekst przez pryzmat mojej osoby. Póki o tym nie wspomniałeś, Fishu, nawet nie przeszło mi przez myśl, że Trójkąt to portal do Ezero. Ale może faktycznie coś w tym jest?

No i powinienem się już przyzwyczaić do niesztampowości toków Twojego rozumowania.

 

No właśnie byłem Ci ja w Łodzi dzisiaj i się rozglądałem uważnie, ale – nad czym ubolewam, tym bardziej, że miałem ze sobą warcaby (serio) – nie widziałem Finkli, choć to pewnikiem dlatego, że siedziała w domu i pisała nowe dzieło arcy. Regulatorów, która, jak przypuszczam, również siedziała w domu i ratowała kolejne opowiadanie, też niestety nigdzie nie spotkałem. Za to miasto interesujące. I nawet niebrzydkie, jeśli w odpowiednie zabłądzić miejsca.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O! Byłeś w Łodzi i mówisz o tym po fakcie!

Należy uprzedzać o wizycie. Byłby czerwony chodnik, a dzieci w łowickich strojach wręczyłyby Tobie wiązanki goździków…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Trójkąt bermudzki niezmiennie inspiruje. Twoje wykonanie jest wysokich lotów.

Jezusicku! Co ja głupi jestem, to niesłychane! Zmarnować taką okazję na party hard!

Zaprosiłbym dwie miłe panie na obiad, przy okazji wręczając im całe naręcza kwiatów ładnych i pachnących, a dziatwa kolorowa umilałaby nam posiłek, przyśpiewki ludowe chórkiem zacnym wyśpiewując, piwa (koniecznie miejscowego) polewając szczodrze i kordonem zwartym chroniąc naszą prywatność przed polityków miejscowych rzeszą, co to – na poczet trwającej kampanii wyborczej – opromienić chwałą naszą starałaby się ze wszystkich sił niechybnie, na kolanach o słodko-fotko błagając i żebrząc. A my, w Loży zasiadając Szyderców, znad pleców dzielnej młodzieży obserwowalibyśmy trud ich daremny, i, drinki sącząc, oraz o sprawach prawdziwie poważnych – jak literatura na ten przykład – dysputy srogie prowadząc, podśmiewalibyśmy się z tego kabaretu ukradkiem. A do tego warcabów partyjek bezmiar i bezlik, z finałem w postaci wymiany koszulek, co i ja odnajduję pomysłem w takich okolicznościach nadzwyczaj udatnym. A że akurat miałem przy sobie kilka, i to w rozmiarach różnych; A4 i A5…

 

Peace!

 

Edit: Ambroziaku, dziękuję po raz kolejny. Podwójnie jest mi miłą pochwała od osoby o tak wielkim talencie.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

nie widziałem Finkli, choć to pewnikiem dlatego, że siedziała w domu i pisała nowe dzieło arcy.

Pudło! Finkla hep! balowała.

Właście, Cieniu, Ty uprzedzaj. Dołączyłoby się Ciebie do imprezki…

Babska logika rządzi!

Podobało się. Co prawda jakoś specjalnie mnie to opowiadanie nie wciągnęło. Jednak, mimo jego długości, nie ziewałem podczas czytania – to zasługa dobrego stylu i żywego języka. Końcówka – od razu wszystko jasne, przynajmniej dla kogoś, kto sam machnął tekst o pętli czasowej. Zresztą większość czytelników chyba się jednak połapała, o co chodzi.

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

No i co, modyfikujesz zakończenie na bardziej filmowe?

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Jest kilka argumentów na nie i kilka na: czemu nie? I te drugie, podparte życiowym doświadczeniem, mówiącym mi, że ignorowanie rad i/lub sugestii udzielanych przez mądrzejszych od siebie, jest głupie, zdecydowanie przeważają – to już tak na chłodno, po przemyśleniu całej sprawy z odpowiedniego dystansu. Opowiadanie na tym nie straci, a może tylko zyskać.

 

Tak więc owszem, zmienię zakończenie. Da Bóg, jeszcze dzisiaj.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Daję.

 

 

;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ot, megaloman… :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

HAHAHAHAHAHAHAHA-CHRUM-HAHAHAHA-CHRUM!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ja was też ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Komentarzy więcej niż tekstu, więc sobie je darowałam. No i mogę się powtarzać.

Napisane sprawnie, wkradło się kilka błędów w stylu brak spójnika początku Wichru” albo Tro’y ni stąd ni zowąd. Poza tym postać Chudonogiej Rose mi nie pasi., W sensie odmiana. To jest facet, więc czemu wszędzie jest Chudonoga? Nie powinien być Chudonogiiiiii? On?

Teksty dobry. Zakończenie trochę urwane. W sensie puenta jednozdaniowa zaskakuje a jednak pozostawia niedosyt. A mnie zaskoczyła głównie ze względu na element sobowtóra/widma. Bo zasadniczo ja stawiałam na to, że oni się zderzyli po prostu z jakimś statkiem kupieckim i oni wzięli tamtych za piratów i vice versa. Wiem, moja interpretacja nudniejsza była :P

Ogólnie – dobrze skonstruowany tekst, podziwiam wiedzę oraz pracę wyraźnie włożoną w research,

Tylko nie "Tęcza"!

W sensie puenta jednozdaniowa…

Eeeeee…?

A mnie zaskoczyła głównie ze względu na element sobowtóra/widma

Eeeeee…?

 

Do stu beczek zgniłego śledzia! Więc finałowa scena nadal jest nieczytelna… Cóż za spektakularna klęska…

(Depresja)

 

Tenszo, Rose, to Róża. Imię typowo kobiece, u Anglosasów również.

 

Dzięki, że przeczytałaś i znalazłaś jednak coś in plus. Będę jeszcze bardziej wdzięczny za wskazanie mi tego zaginionego spójnika.

 

Peace!

 

P.S.

Jerohu, spóźnione, ale szczere – dziękuję za wizytę i komentarz, zwłaszcza, że przyjemny w odbiorze.

 

P.P.S.

Finklo, następnym razem, jeśli tylko będę w okolicy i starczy mi czasu, to się wproszę na imprezę.

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

O, ale teraz dobre zakończenie yes

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dziękować, dziękować. To jest zakończenie “na Dj’a”, więc wypadałoby, żeby było dobre. Szkoda tylko, że nadal nieczytelne…

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

się zepsuła  i fregata, której nazwa – Wicher” – wydawała

Wskazuję :)

 

Poza tym – może ja zwyczajnie głupia jestem i czegoś nie załapałam. Życie.

 

Tenszo, Rose, to Róża. Imię typowo kobiece, u Anglosasów również.

No tak. Ale to był facet. W wielu miejscach jest wyraźne napisane to to facet.

U nas mężczyzna potrafi mieć na imię Maria. Imie kobiece, ale przecieć nie mówisz na kolesia ta Maria, tylko ten Maria. I pewnie dodajesz nieme “n” na końcu :P

Tylko nie "Tęcza"!

No, nowe zakończenie mniam ;;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki Ci, Tenszo. Już za moment ta bestia, co oczy Twe razi i kala, w niepamięć odejdzie i zapomnienie, a w Królestwie na powrót zapanuje ład i porządek i szczęście. I radość do tego. Najpierw jednak dopiszę komentarz.

Chudonoga Rose, to przezwisko, nie imię. W dodatku wyraźnie złośliwe, więc odmienianie go byłoby nie tylko błędne, ale stanowiłoby pewną łaskę dla skazanego na nie marynarza.

 

Poza tym – może ja zwyczajnie głupia jestem i czegoś nie załapałam. Życie.

Nie. To zdecydowanie nie to. Zbyt wiele osób, co do inteligencji których nie mam najmniejszych zastrzeżeń, także wpadło tutaj na mieliznę. A więc, jeśli gdzieś w tym wszystkim faktycznie czai się głupota, to raczej moja.

Życie życiem, ale szkoda by było, żebyś odeszła stąd z wielkim WTF? wyrytym zmarszczkami na czole. Zmarszczki postarzają. Nie będę Cię zmuszał do studiowania komentarzy (zwłaszcza moich), ale tak tego zostawić przecież nie mogę. Dlatego też wyobraź sobie, tak czysto hipotetycznie i tylko na chwilę, że wśród tagów do opowiadania znajduje się “pętla czasowa”.

 

Peace!

 

P.S.

Cieszę się, że Ci Fishu, smakowało. Jedz na zdrowie – Święta blisko…

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ha! Jestę redaktorę!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Życie życiem, ale szkoda by było, żebyś odeszła stąd z wielkim WTF?

Ja jestem adminem. Mi WTF z twarzy nigdy nie schodzi…

 

Ale ta pętla sporo pomaga ;)

Tylko nie "Tęcza"!

O rany, to ktoś patrz na tagi?

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

O rany, to ktoś patrz na tagi?

Jo nie wiem, jo tu tylko baźgrom.

 

Mam nadzieję, że teraz już ten supełek naprawdę obejdzie się bez pętelki, Pani Admin.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dobre opowiadanie. Zakończenie zaskakujące – zawirowania w czasie od razu mi się nasunęły, co znaczy, że Autor stanął na wysokości zadania (często w tutejszych opowiadaniach nie wyłapuję, niewyłożonych wprost intencji autora, ale może powinienem czytać dokładniej :P). Podobał mi się klimat na statku.

 

Druga salwa pośle go na dno.

Gdzieś kiedyś czytałem, że okręty podczas walk morskich nie tak łatwo było zatopić salwami z armat i w większości przypadków dochodziło do abordażu, ale ekspertem nie jestem.

 

Ani aksamitna suknia barwy świeżej krwi ani gruby – przecinek przed ani, bo się powtarza

zostawiona sama sobie Elen, po chwili wahania ruszyła w stronę kasztelu rufowego – tu przecinek niepotrzebny, chyba żeby dołożyć drugi po “wahania”

Dziękuję, Zygfrydzie, za przeczytanie i komentarz. Oraz za wsparcie w walce z przecinkozą. Ale najbardziej, za to, że przywracasz mi wiarę w siebie, bo wciąż mam wrażenie, że gdzieś coś jednak skichałem i zakończenie jest nieczytelne. Dobrze jest się czasami mylić.

 

Co do salw, to możesz mieć oczywiście rację. Tutaj opierałem się bardziej na własnym wyczuciu niż twardej wiedzy, niemniej jestem przekonany, że dwie pełne salwy z kilkudziesięciu dział, w dodatku z tak niewielkiej odległości, mogą stanowić realne zagrożenie dla okrętu.

 

Dzięki raz jeszcze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cudów nie ma, jednostki o podobnym tonażu raczej nie idą wzajemnie na dno po jednej salwie, nawet z przystawienia.

Ale po dwóch? Kto wie, kto wie…

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nadrabiam zaległości, więc nie załapałam się na pierwsze zakończenie. I tak mi się podobało – lubię pętle czasowe. Zmiana nastawienia bohaterki też fajnie wyszła.

Dziękuję, rooms. Pętla czasowa była tu od początku, pierwsze zakończenie tego nie zmieniało. Zdecydowałem się wprowadzić zmiany, gdyż po zabawie z Dj’a propozycją na opis finału, wyszło mi, że jest wcale nie gorzej, a przy tym ciut bardziej dramatycznie i – co chyba przeważyło – czytelniej; dało mi to możliwość wprowadzenia nowych wskazówek i uwypuklenia starych. Nadal chyba nie jest to tak jak trzeba, ale, ogólnie, zmiana na plus. Niemniej pierwsze zakończenie nie przepadło, więc gdybyś miała ochotę zrobić sobie porównanie, to wystarczy dać znać (np. nogą).

 

Dj’u nie wiem Ci ja, kto wie – choć chyba się domyślam – ale chyba wolałbym, żeby to pozostało niedomówieniem. Jeszcze się okaże, że nie ma opcji i co wtedy? Opowiadanie do kosza.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A to poproszę. (daję znać nogą)

Aż mi głupio tu wchodzić z buciorami, ale i tak wejdę. ;)

Przeczytałam z zainteresowaniem, bo pomysł (jak się okazało w finale) ciekawy, a opowiadanie napisane dobrze i sprawnie.

To, co – według mnie – zaszkodziło temu tekstowi, to nadmierne przegadanie (a naprawdę rzadko stosuję ten zarzut, bo też rzadko jest to dla mnie wada). I to dosłowne przegadanie – bo w dialogach. Celuje w tym zwłaszcza Troy – jego statek jest w niebezpieczeństwie, załoga przygotowuje się do odparcia ataku, a ten gada, gada, gada… O płonnych nadziejach, o śpiewie armat… To obniża dynamikę tekstu, ja nie poczułam grozy i napięcia.

EDIT: To samo jest z końcowym dialogiem między Elen a Pumpkinem. Gadają przez bitą stronę, bosman się wkurza, Elen łka, zamiast wykrzyczeć jedno zdanie, które powstrzymałoby dramat. Nic dziwnego, że czas się skończył. ;)

Unikałabym też takich zwrotów jak: Elen wyciągnęła ręce z zamiarem opatrzenia go – to jest bardzo niezręczna, sztuczna konstrukcja. Nie napiszę oczywiście, że stosujesz to nagminnie, bo tak nie jest, ale nawet jedna wybija z rytmu.

Nie zrozumiałam też, dlaczego tak nagle i całkowicie zmienił się stosunek załogi do Elen.

Podsumowując – całkiem dobre opowiadanie, zachwytów jednak niestety nie podzielam.

Wyciągnęłaś klawiaturę z zamiarem skomentowania go…

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dj-u, nie napisałam, że ten zwrot jest niepoprawny, tylko niezręczny. Podobno w języku urzędowym nawet dzień dzisiejszy przejdzie, w tekstach fabularnych już dużo gorzej brzmi. Moim zdaniem, dodam grzecznie. :)

dj zapomniał napisać, że nie wyciągnął tego komentarza z zamiarem przysrania a jedynie dla lekkiej krotochwili :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

No, no dj-u – Z ZAMIAREM KROTOCHWILOWANIA! ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lekka krotochwila może zaciążyć nad całym dniem dzisiejszym! ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dj-u, przyznaję, że miałam takie słabe podejrzenia, były one jednak na tyle słabe, że postanowiłam komentarz potraktować z niemal całą powagą. Przełamując jednak ową powagę – tak zupełnie na wszelki wypadek – małym uśmieszkiem. O, takim – :).

Godne to stać się mą sygnaturką :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Kurczę, ubiegł mnie… ;-)

Ciąża dnia dzisiejszego może narodzić lekkość dnia jutrzejszego, o! ;-) Nawet z najmniejszym uśmieszkiem :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Może też położyć się cieniem, zapowiadającym burzę… ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Toż to burza wzbudzająca wielkie achy i Ochy, a może nawet wymagająca regulacji toczonym, krotochwilnym jajkiem ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Po wytoczeniu obłego argumentu, na krotochwilę obecną, nie można wykluczyć i tej możliwości. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-) Jedno zdanie z zamiarem, a ileż krotochwil ulotnych, co to w serce żółć zapadają! Winniśmy wszyscy Oszce podziękować po troszce, a nawet bardziej i od skorupki twardziej. Jej to bowiem zasługa, że myśl “Krotochwilo, trwaj!” pcha pyszczkiem kaprawym psychiczna bieługa ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O kurde, co ja patrzę, no, no – nowa czytelniczka. W dodatku nawet jako tako usatysfakcjonowana (ale i tak proszę się zgłosić do majtka po szmatę i wiadro – pełno błota na pokładzie widzę od tych Twoich buciorów. Że wrak? I co z tego, że wrak? Pokład ma lśnić i tyle!)

 No i stała ekipa na krotochwilę wpadła. Jak miło, jak miło, witamy, witamy, rozgośćcie się, przeczekajcie poniedziałek, wszystkim raźniej i weselej będzie.

 

Ochu Ocho, pierwsze pytanie, jakie się mnie na usta ciśnie, to skąd żeś Ty jeszcze wygrzebała ten dziejowy manuskrypt? Wżdy pod tonami liter, zdań i tekstów sprasowany został już dokumentnie.

Teraz autorska polemika z uważną czytelniczką, choć obrony tekstu jako takiej się nie podejmuję, bo raz, że to już zahaczanie o gusta, a nie mam powodów sądzić, iż Twój gorszy jest od mojego, a dwa, że – generalnie – to się jednak z Tobą zgadzam. Choć też i nie do końca.

Troy był (a przynajmniej starałem się, żeby był) typem angielskiego oficera-gentlemana. Grzeczny, uprzejmy, dobrze wychowany, a przy tym – jak to Anglik – trochę flegmatyczny. A do tego wszystkiego poniekąd romantyk, celujący w kwiecistych wypowiedziach. Czy jego zachowanie wobec krytycznej sytuacji było niewłaściwe? Do pewnego stopnia na pewno. Ale czy zaskakujące? Śmiem twierdzić, że nie. Po pierwsze, załoga zazwyczaj sama doskonale wie, jak ma wykonywać swoje obowiązki, więc te kilka (a nawet mniej niż kilka) minut można ich zostawić bez nadzoru (co też do końca nie jest prawdą, bo na pokładzie był bosman). Po drugie, na pewno kojarzysz, że angielska flegma i opanowanie w obliczu zagrożeń w tamtych czasach (a akcja dzieje się mniej więcej w XVIII w.) naprawdę przybierała znamiona absurdu. Za dobry przykład tego fenomenu może nam posłużyć schemat walk piechoty, choćby w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, gdzie wojska obu stron były wyszkolone na modłę angielską. Spotykają się na polu bitwy dwa wrogie oddziały i co robią? Zamiast kryć się gdzie popadnie i chronić własne dupska, kombinując przy tym, jak odstrzelić cudze, stają na przeciwko siebie, ustawiają się w karnym szyku, oko w oko z wrogiem i jego kulami, pierwsze szeregi klękają, pozostałe celują z muszkietów ponad ich głowami i… GOTUJ BROŃ! CEL! PAL! Obie strony walą mniej więcej jednocześnie, trup się kładzie pokotem jak krojona szynka z Lidla, a ci co przeżyli, zaczynają całą zabawę od nowa, umierając na rozkaz stojących z boku, oficerów-gentlemanów: GOTUJ BROŃ! CEL! PAL!

Tak więc Troya, wraz z jego manierą, zdaje się bronić sama historia. Z Pumpkinem niestety jest już gorzej. Zgadzam się w pełni, że końcówka jest przegadana (co zresztą nie jest jedynym zarzutem, który byłbym skłonny jej postawić, ale cicho sza – w stopę sobie strzelał nie będę przecież, zwłaszcza, że – choć ciągle szukam, zapewniam – do tej pory nie znalazłem sposobu, jak by to obejść, więc… No cóż, na razie wmawiam sobie, że pewna ignorancja, to po prostu mniejsze zło), ale obawiam się, że ta wersja zakończenia jest skazana na ów mankament. No chyba, żebym zdecydował się łopatologicznie wyjaśnić czytelnikowi sytuację, na przykład zmuszając Elen do wykrzyczenia, że: “tam są my!”, zamiast robić z niej Jęczącą Martę. Tak było by rozsądnie i logicznie, ale… Po pierwsze, czy to ucięłoby dyskusje, pozwalając im zaoszczędzić tak cenny czas? Mało prawdopodobne. Ja miałbym całą masę pytań. Choć pewnie zadawanie ich mogłoby powstrzymać ostatnią salwę. Po drugie, od samego początku chciałem, i nadal chcę, żeby czytelnik sam doszedł do prawdy o tym, co spotkało “Wicher”. Łopatologii mówimy stanowcze: NIET I CHUI! (chociaż sam nie wiem, dlaczego tak bardzo się przy tym upieram, zwłaszcza, że jakbym nie kombinował, i tak brakuje w tym wszystkim czegoś, co zamieniłoby chóralne zmarszczenie brwi większości czytelników na szeroki wytrzeszcz zdumienia i uśmiech wynikający z pełnej satysfakcji z lektury). Co jeszcze? Ano zasugerowana przez Dj’a zmiana zakończenia na takie, które było by bardziej dramatyczne i “filmowe”. Nie, nie zrzucam na Bogu ducha winne Jajko winy za cokolwiek, bo pomysł sam w sobie był rewelacyjny. No i był krokiem do przodu na drodze do stworzenia bardziej zrozumiałego zakończenia (wciąż zbyt małym, ale jednak). Tyle, że wymagał wprowadzenia właśnie takiej “paplaniny”. Oczywiście próbowałem różnych wariantów, by ją skrócić, ale generalnie to nie ma sensu, póki będę się upierał przy zmuszaniu czytelnika do myślenia i nie wprowadzę tego jednego, krótkiego zdania.

Jeśli wola, podeślę Ci pierwsze zakończenie. Było trochę bardziej… dynamiczne.

Nie zrozumiałam też, dlaczego tak nagle i całkowicie zmienił się stosunek załogi do Elen.

Morski przesąd o kobiecie na pokładzie robił swoje, a bosman dolał jeszcze oliwy do ognia, ale nikt tam przecież dziewczynie nie zrobił krzywdy. Prawda jest taka, że Elen również była uprzedzona do załogi (kto wie, czy nie bardziej niż załoga do niej), i się jej bała. A strach, jak wiadomo, ma wielkie oczy. Potem, między pierwszym a drugim starciem, kiedy Elen pracowała równie ciężko jak pozostali marynarze, z którymi połączyła ją wspólna niedola, przepaść między nimi – wyimaginowana, czy też nie – zaczęła się zmniejszać. Gdybym planował zrobić z “Wichru” powieść, uwydatniłbym ten wątek na pewno. Ale w takim wydaniu byłoby to niepotrzebne wodolejstwo.

 

A co do zamiarów, to chyba edytuję tekst z zamiarem edytowania go.

 

zachwytów jednak niestety nie podzielam

Spokojnie, ja też nie. Powiedziałbym wręcz, że to jedna wielka lipa. Poległem totalnie z tym opowiadaniem (zakończeniem) i dręczy mnie to po nocach (niemal dosłownie).

 

Dziękuję za przeczytanie, komentarz, uwagi i – było nie było – dobre słowo.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, jam ona, nie on, to wołacz byłby jednak “ocho”, nie “ochu”. ;) Ale wiem, że mój nick sprawia problemy, więc nie jesteś jedyny. :)

Skąd się tu wzięłam? Tekst został nominowany do piórka i chociaż będzie głosowany razem z opowiadaniami zgłoszonymi w grudniu, to nie lubię mieć więcej zaległości niż muszę. No to przylazłam.

Hm, co do końcowej rozmowy Elen z Pumpkinem nie czuję się przekonana nic a nic. Jeżeli potrzebowałeś napięcia, można to było rozegrać inaczej. Biegnie, krzyczy, ale bosman jej nie słyszy, przewraca się bidula, rozbija sobie głowę, krew zalewa jej oczy, ale powstaje, biegnie dalej i krzyczy. A gdy bosman wreszcie ją usłyszy i dozna iluminacji – jest już za późno. Ta ich paplanina naprawdę jest mało wiarygodna.

Co do Troya – no tu mi zabiłeś ćwieka. W głowie mi się nie mieści, że to rzeczywiście tak wyglądało, uważałam, że to w znacznej mierze nasze współczesne wyobrażenia ukształtowane tym, co nam do mózgów chciał wbić Monty Python. Jakby nie było – trochę kiepsko to przysłużyło dynamice tego właśnie tekstu. Moim zdaniem. ;)

Pozdrawiam.

Nominacja? Za to? Dworujesz sobie ze mnie, prawda?

A nie, to jednak true story jest. Masakra.

Bemik, Rybko, Zygfrydzie, dziękuję Wam – spóźnione, ale szczere. You make my day.

Ocho, Tobie dzięki za uświadomienie mnie.

 

Z tą “Ochą“ to chyba właśnie ja mam największy problem, już któryś raz się na to nadziewam. Ale poprawiłem i teraz już zapamiętam. A jak nadal będę miał wątpliwości, to wiem, gdzie szukać podpowiedzi.

 

Z wielu różnych źródeł czerpałem wiedzę, dającą mi całościowy obraz o manierze angielskich oficerów – przy czym oczywiście nie dam sobie nawet paznokci obciąć, że jest to obraz prawdziwy – ale Monthy Pythona wśród nich raczej nie było. Tak czy inaczej nie celowałem też w tekst stricte dynamiczny, więc Troy będzie musiał znieść Twoje “nie” jak gentleman.

Hm, co do końcowej rozmowy Elen z Pumpkinem nie czuję się przekonana nic a nic.

I słusznie, bo wcale nie próbowałem Cię przekonywać. Zwłaszcza, że sam nie jestem przekonany.

Powiem Ci, że Twój pomysł na rozwiązanie odnajduję ciekawym. Obawiam się, że gorzej będzie z wykonaniem, bo zwyczajnie nie byłoby to wiarygodne, że babka tak sobie wrzeszczy, niechby i przez cały pokład (co oczywiście nie jest prawdą, bo Pumpkin był najdalej kilka metrów od niej, więc nawet nie bardzo miałaby gdzie biec, upadać i powstawać) a bosman jej nie słyszy. Raz, że na pokładzie nadal panowała względna cisza, a dwa, że na wodzie dźwięki niosą się daleko, więc krzyki Elen na pewno byłyby “wyróżniające się”. Niemniej jakiś pomysł to jest. Wezmę go na warsztat i zobaczymy, co uda mi się z niego wyciągnąć. Kto wie, może wreszcie znajdę to, czego szukam i wreszcie będę mógł uznać tekst za kompletny i skończony?

 

Dzięki raz jeszcze.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Angielska flegma – anegdota fantastyczna, gdyby nie mackontekst mająca pozory wiarygodności:

 

Zbliża się 17 godzina, angielski lord zasiada do herbaty i późnego śniadania. Wtem – pukanie do drzwi. Lokaj idzie otworzyć, po chwili wraca.

– Sir, jakiś dżentelmen do Pana

– Hmm, czy powiedział jak się nazywa?

– Tak sir, powiedział, że nazywa się Chthulu.

– Chthulu? Obawiam się, że nie znam. A jak wygląda?

– Sir, ma trzydzieści stóp wzrostu i macki zamiast twarzy.

– A czy był umówiony?

– Nie, sir.

– W takim razie James, podaj jeszcze jedną herbatę.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Nie no, fantastyka. Z pewnością fantastyka – przecież każdy zna Chthulu.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jaka fantastyka, Cthulhu to u mnie na osiedlu hydraulizę robi… ;-)

Prąciem uprzejmie Cieniu. Numer konta znasz, przelewaj wyrazy wdzięczności ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czytałam jakiś czas temu. Podobało mi się – takie mgliste, mokre i flegmatyczne. I choć ciut przegadane, to ze względu na klimat można darować;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Kłaniam się pięknie a nisko, że aż perełki od spodka podziwić mogę.

 

Da Bóg (i insze instytucje, o ile je przegadam, choć nie wiem nawet, czy mam coś do gadania), to jeszcze będziemy się przegadywać, czy nadal nazbyt przegadane to przegadanie. Na razie jednak trwa nie-gadanie (cisza), więc nie ma co gadać po próżnicy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

I tak oto, zmobilizowany do działania przez Ochę i własne sumienie, postawiłem kolejny krok na drodze ku doskonałości. Mam tylko nadzieję, że nie jest to krok wstecz.

 

Jestem jednak optymistą i myślę, że mój trud skończony. Nareszcie.

 

Peace!

 

P.S. Wiem, wiem, komentarz pod komentarzem – ble!, fuj!, łeee!. Tym razem jednak tak być musi; zmiany trzeba jakoś zaznaczyć.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tego właśnie się obawiam. Jesteśmy w pobliżu Bermudów, a tam, między dzikimi wysepkami, aż roi się od tej hołoty.

Po tej wypowiedzi zaczęło mi coś świtać, a gdy padły pierwsze salwy, domyśliłem się końcowego twistu, co wcale nie wpłynęło negatywnie na mój odbiór całości. Opowiadanie nie należy do najkrótszych (a wstęp jeszcze potęguje to wrażenie), jednak, czytając, zupełniej tego nie odczułem. Wiele się tu dzieje i czytelnik nie ma czasu się nudzić, a wolniejsze fragmenty, miast nużyć, dają mu moment wytchnienia. W całym tekście czuć klimat żeglugi wykreowany przez opisy, sugerującą znajomość tematu nomenklaturę, oraz kulturę osobistą załogantów – wszystkie te “kurwy” i “kutasy” kolą w oczy, fakt, niemniej są tutaj jak najbardziej na miejscu, bo słyszał to kto, by wilk morski, szykując się na dokonanie abordażu względnie na rychłą śmierć, krzyczał “motyla noga”? ;) Podsumowując: podobało się bardzo!

Pozdrawiam. 

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Po tej wypowiedzi zaczęło mi coś świtać, a gdy padły pierwsze salwy, domyśliłem się końcowego twistu…

I świetnie! Po stokroć wolę zostać rozgryziony zbyt łatwo, niż nie zostać rozgryziony wcale. Autor powinien być partnerem czytelnika, a nie jego przeciwnikiem.

 

Kłaniam się nisko, po samo klepisko – że sobie zacytuję zasłyszany gdzieś, bodaj w jakimś kabarecie, ładny tekścik.

Dziękuję za wizytę, przeczytanie, bardzo konkretny – a przy tym jakże budujący – komentarz i ocenę. Cieszę się niezmiernie, że opowiadanie trafiło w Twój wysublimowany gust.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mocną stroną tego tekstu są dialogi; troszkę raziło mnie jednak kajanie się marynarzy przed Elen, kiedy używali wulgarnych słów, zważywszy na fakt, iż w opisanych okolicznościach chyba nie zawracaliby sobie głowy takimi rzeczami. 

Spodobało mi się “zabranie na pokład” kobiecej postaci, wokół której koncentrują się wydarzenia; daje się odczuć zagubienie Elen w obcych jej warunkach. Fajnie pokazana metamorfoza załogi w obliczu niebezpieczeństwa. 

Klimacik dość wyrazisty – mgła, przez która płynie Wicher i czające się wśród niej tajemnice i zagrożenia.

Takiego zakończenia się nie spodziewałem, ale nie uważam go za najlepszy punkt programu – tym, jak już wspomniałem, są dialogi. 

Przeczytałem z zainteresowaniem.  

Przynajmniej jeden nie uważa, że opowiadanie jest przegadane.

Zważ, domku, że kiedy coś naprawdę się działo, nikt – może prócz Troya, gentlemana z krwi i kości – nie zawracał sobie głowy tym co mówi i jak mówi.

 

Mogę się mylić, ale jest to chyba jedna z najdłuższych Twoich wypowiedzi, jakie przeczytałem. I, choć tu również mogę się mylić, odnajduję w tym fakcie większą nawet pochwałę, niż w samej treści komentarza.

 

Dziękuję i cieszę się, że obowiązek przeczytania “Wichru” nie był Ci przykrym.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

No tak, chodzi o Troya. Tak mi się to rzuciło w oczy, ale jednego gentelmana mogę przeżyć ; )

Co do objętości komentarza – na pewno uzależnione jest to od długości i jakości tekstu, chociaż nieraz po prostu tak się zdarza, że nie mam nic ciekawego do napisania. Ale wierz mi, ten komentarz nie jest moim najdłuższym ;-)

 

Treści oraz tony komentarzy nie pozostawiają wątpliwości: tekst należy jeśli nie do wybitnych, to do intrygujących czytelnika na pewno. Już ta jego cecha wystarczyłaby do nominowania, ale nie jest tak minimalistycznie – dialogi, zróżnicowanie rysunków kluczowych postaci, sam pomysł na spotkanie sobowtóra, minimalnie przesuniętego w czasie i miejscu także się liczą.

domku, wierzę. Ale i tak implikuję obszerności Twojego komentarza pochwałę w pochwale.

 

Adamie, gdziekolwiek bywałeś, witaj z powrotem.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Żeby facet tyle gadał… i to nie tylko o bitwach, pierońskich hukach, a w początkowo leniwej, wręcz nieznośnie ładnie napisanej historii… Nawet potwornie długie zdania są urokliwe. Za styl, opowiadanie powinno być zwieńczone tęczą, a pomiędzy akapitami winien wędrować cukierkowo różowy jednorożec ze złotym rogiem. Człowiek chce kopnąć w coś ze złością i krzyknąć: niechże tu coś zgrzyta! Ale wszystko brzmi tak sympatycznie, że budzę kota i przytulam do piersi, bo się czuję kompletnie załatwiona ;)

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Można się zakochać w komentarzu? Można! I to nie tylko dlatego, że się w nim piersi (mam nadzieję, że nie zabrzmiało to seksistowsko?).

Dziękuję Ci, Naz. Takie słowa spod pióra Autorki raz, że bezsprzecznie i wszechstronnie utalentowanej, a dwa, że wydającej – Magia!

Kłaniam się tak nisko, że czuję zapach własnych stóp (lawenda, ma się rozumieć).

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Do seksizmu tu daleko ;) Poczytałabym więcej, ale rzucają tymi konkursami jak nawiedzeni i zmieniam się powoli w oderwaną od rzeczywistości maszynę do płodzenia światów… Jak będzie luźniej, poczytam twoje historie i nie omieszkam wyrazić zdania :)  

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Doskonale Cię rozumiem, przy czym ja nie płodzę tych moich światów, a po prostu, za Pani przeproszeniem, pieprzę się z nimi jak prawdziwe zwierzę; to znaczy zabieram się do tego jak pies do jeża…

 

Cieszę się, że nie zostałem odebrany opacznie. Ostatnio wszyscy kojarzą mnie tu z cyckomanią. Co prawda na własne moje życzenie, niemniej kryje się za tym znacznie więcej niż wskazywałby na to ordynarny pozór.

 

Z niecierpliwością czekam, aż znajdziesz luźniejszą chwilę, ale obiecuję, że nie będę Cię więcej poganiał (choć nie żałuję tego jednego razu – warto było); sam zbyt dobrze wiem, jaka jest róznica między “chcieć” a “móc”. Jest tu wielu autorów i pierdyliard tekstów, z którymi chciałbym i zamierzam zapoznać się elementarnie, ale jakoś to nie idzie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

*Komentarz ocenzurowany* (usunięta wypowiedź)

Nie zabieraj się jak pies do jeża, tylko jak facet do piersi… ;) Powodzenia!

"Ateny są jak ospały koń, a ja jak giez, który próbuje go ożywić". Sokrates

Eeee… To mówisz, że kiedy masz czas się spotkać i przedyskutować kwestię czczenia Twoich piersi?

Dostawałem w pysk już za różne rzeczy – żadnej nie żałuję! (zresztą tak wiele tego też znowu nie było) – ale za obłapianie cudzych cycków jeszcze nie. Czy to dlatego, że mam szczęście do koleżanek, czy też zbyt skromną liczbę prób podjąłem, nie wiem. Jestem jednak pewien, że w tej intencji warto by oberwać.

 

Dobra, to od dzisiaj ja jestem facet a moje opowiadania to piersi!

Kurna, tylko że przy takim podejściu, to ja dalej będę je dopieszczał całymi dniami…

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Jeszcze jest pytanie, co w ten pysk dostawałeś… :-D A dopieszczanie piersi, obawiam się, u ciebie przeciągnie się także na długie noce – i niewyspany będziesz ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho – dziś, po latach dwóch i piersi liczbie zbliżonej (ale po wielu, wielu więcej nocach) do powiedzenia mam tylko jedno: coś miał rację, to moje!

A com w pysk dostał, to też moje. I niechaj tak już pozostanie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Tematyka żeglarska jest czymś ważnym dla Counta, więc co jakiś czas (już trzeci! :P) zagląda do tego konkursu i czyta. Tym razem na tapetę padł Twój Wicher.

Opowiadanie piórkowe, więc oczekiwania miałem dość duże, niestety zaspokojone tylko częściowo. Na pewno plus za pomysł (końcowy twist zaskoczył) i klimat przewijający się przez akapity. Czuć nastrój zagrożenia, a czyta się szybko i sprawnie. Szczerze mówiąc, zdziwiłem się widząc napis “koniec” – z jednej strony te 30 tysi znaków minęło jak 10, z drugiej – myślałem, że będzie coś dalej :P

Z minusów, przede wszystkim immersja. Hmm… Po tym tekście wydaje mi się, że nie miałeś styczności z morzem, Cieniu. Przede wszystkim – co to za pomysł z holowaniem okrętu SZALUPAMI? Dziwaczne, w takim wypadku chyba raczej załoga ustawia żagle do tych resztek wiatru, próbując łapać szkwały i ile pary w łapach macha pagajami.

Tutaj trochę się zmarszczyłem, podobnie w scenie, gdy marynarze nie dziwią się, że zostali zaatakowani podczas flauty. Jak ci piraci/Francuzi do nich podpłynęli – na silniku? Jak ich znaleźli? Te kwestie trochę burzą (hehe, ale żarcik sytuacyjny :PP) mi odbiór. Podobnie dialogi. Z jednej strony dobre (kwestia “jak kutas między nogami, panie kapitanie!” ubawiła), z drugiej: czasem zbyt śpiewne, bogate. To nie pasuje do klimatu, ale wnioskuję, że masz podobny problem co ja: postacie gadają jak Cień :P

Oczywiście to zarzut dotyczący tylko tego opowiadania, nie licujący z Twoją aktualną formą.

 

No i jeszcze taka kwestia na koniec:

Nikt nie poważył się napastować dziewczyny, ale czasami, kiedy w pobliżu nie było żadnego oficera, rozlegały się obelżywe gwizdy albo ciche, grubiańskie śmiechy.

Generalnie, za gwizdanie na pokładzie może spotkać sroga kara, z przeciąganiem po kilem włącznie (wiadomo, wyjątkowe przypadki). Gwizdami nieraz wydawano polecenia, więc naśladowanie tego dźwięku na pokładzie może dezinformować. To taka uwaga ogólna, może kiedyś się przyda.

 

Reasumując, fajne opowiadanie, trochę cierpiące na nieznajomość realiów. Niemniej, można przy nim spędzić miłą chwilę. Klimacik, bohaterowie, zakończenie… To się udało.

 

Trzym się.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Powiem Ci, że Ty też mnie zaskoczyłeś – nie spodziewałem się, że ktoś jeszcze kiedyś wzbudzi ten Wicher. Ale fajnie, fajnie, zwłaszcza że, koniec końców, Ci się podobało.

Co do Twoich uwag:

Po tym tekście wydaje mi się, że nie miałeś styczności z morzem, Cieniu. Przede wszystkim – co to za pomysł z holowaniem okrętu SZALUPAMI? Dziwaczne, w takim wypadku chyba raczej załoga ustawia żagle do tych resztek wiatru, próbując łapać szkwały i ile pary w łapach macha pagajami.

Z morzem miałem styczność, i owszem: maczałem w takim dzidkę, budowałem zamki z piasku, zbierałem bursztyn i takie tam (z podkreśleniem takich tam). Pływać łajbą po morzu też pływałem, i owszem, ale, niestety, nie tak, jak bym sobie życzył. Ale cóż zrobić, gdy mieszka się tak bardzo na południu, że właściwie już tylko Słowacy uważają, że to jednak północ, z urodzenia jest się góralem (błotnym), dwa morskie motywy, do których człowiekowi najbliżej, to, kolejno: Święto Morza – coroczny festyn organizowany dwie wioski obok (serio! Na usprawiedliwienie tego dziwactwa moich ziomków mam tylko ładne, pławne jezioro, nad którym owa wieś leży), i Morskie Oko.

Ale bliskość tego jeziora (właściwie, to dwóch jezior) oraz fartowna znajomość z kapitanem Kapera i ze mnie uczyniły coś na kształt marynarza. Śródlądowego co prawda i – wciąż jeszcze – bez patentu, ale zakochanego w przechyłach jak Jacek w Ewie. Więc coś tam tematu liznąłem.

Co do tych szalup natomiast, to powiem Ci, że mam w głowie dosyć wyraźną scenę przedstawiającą dokładnie coś takiego. Nie dam sobie nawet wąsa przyciąć, czy to było w jakimś filmie, czy może w Moby Dicku (serdecznie nie znoszę tej powieści – niewiele rzeczy w życiu tak mnie wymęczyło – więc podejrzewam u siebie jakiś system wyparcia), czy też po prostu w filmie pod tytułem Moby Dick.^^ W każdym razie to już było w mojej głowie, kiedy pisałem tę scenę. Tego akurat jestem pewien (co nie znaczy oczywiście, że nie jest to bzdura; choć mi wydaje się zupełnie logiczne, prawdę mówiąc).

Nie jestem natomiast pewien, jak wyglądały dialogi w tym opowiadaniu, ani czy mam jak usprawiedliwić brak zdziwienia, że Francuzy, czy tam piraci, płynęli mimo flauty. Kompletnie bowiem niezbyt nie pamiętam za dobrze^^, jak to wszystko wyglądało, a że jakoś nie jestem entuzjastą wesołej twórczości własnej (no i godzina już nie ta, nawet dla mnie), to uznam pokornie, że mnie przyłapałeś i wyciągam łapy do bicia linijką.

 

Z tym gwizdaniem, to tutaj już cała dyskusja była, o ile pamiętam, ale potępiono ten aspekt opowiadania głównie skuli tego, że gwizdanie na pokładzie podobno miało przynosić pecha. O wydawaniu w ten sposób rozkazów pierwsze słyszę – albo po prostu zapomniałem, czego też wykluczyć nie można – choć kojarzę, że doczytywałem sobie później o przesądach związanych z gwizdaniem na statku. A i chyba żadna mądrala tutaj o tym nie wspominała.^^ Niemniej przyznać muszę, że jest to interesujące zagadnienie i cieszę się, że teraz już to wiem. Myślę, że się przyda. Dziękuje.

 

Bardzo dziękuję i za wizytę oraz ślad po niej, i cieszę się niezmiernie, że miło Ci było zagościć na pokładzie Wichru.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

maczałem w takim dzidkę

XD

 

Góral, ale nad Morskim Okiem był – to się chwali ;) Słyszałem, że sporo tamtejszej ludności góry traktuje jedynie jako element krajobrazu, co jest zresztą poniekąd zrozumiałe…

Jeziorka też spoko. Ja pływałem raczej po morzach, choć odgrywanie autorytetu byłoby ogromnym nadużyciem. Ot, pojedyncze przygody, podczas których zdarzyło się holować jachcik, ale z użyciem silnika. Moby Dick, powiadasz? Niestety jeszcze nie czytałem, może rzeczywiście coś jest w tych szalupach…

 

Natomiast w kwestii gwizdania – teraz zwątpiłem :/ Swoją wiedzę wynoszę ze słów kapitana Poloneza (ale nie Krzycha Baranowskiego; swoją drogą ten dopiero musiał mieć cojones – przepłynął świat na tej łupinie ;O ), kiedy to prawie zdzielił Counta po gębie, kiedy usłyszał pogwizdywanie. No i powiedział, że tak się czasem wydaje komendy…

 

No nic, do następnego.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka