- Opowiadanie: ambroziak - Święto much

Święto much

Stylizacja dialogów nie jest oczywiście językiem używanym w Hiszpanii, w siedemnastym wieku, tylko wydumaną przeze mnie protezą, wprowadzającą (mam nadzieję) czytelnika w klimat epoki. Klimat baroku ma też przybliżać nieco teatralny sposób zapisu dialogów, nawiązujący do czasów, w których królował dramat, a powieść dopiero nieśmiało kiełkowała w jego cieniu.  

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Święto much

 

1.

 

Prawe ramię unosiło się i opadało, toledańska stal kreśliła szerokie łuki, coś tnąc, coś odcinając. Lewa dłoń strzelała celnie wąskim ostrzem kąśliwej mizerykordii. Podkute buty tonęły we krwi po cholewy, śliski pokład nie dawał należytego oparcia niesfornym obcasom. Sztywny kaftan z łosiowej skóry dzielnie odpierał co lżejsze kłucia, roztańczona klinga zręcznie parowała mordercze cięcia i sztychy. Czy poczuł ból? Bólem chyba by tego nie nazwał: ot, jakby mocniejsze szturchnięcie, w miejscu powyżej łopatki. Z tym większym zdziwieniem obserwował stal, wynurzającą się ze skorupy kaftana, poniżej linii obojczyka: okapywała czarno-czerwoną posoką. Pot, lepiący ciało pod łosiową skórą, zgęstniał: właśnie wymieszał się z krwią. Nogi ugięły się niczym łozowe witki, odmawiając ciału dźwigania ciężaru. Runął piersią na pokład, uderzył twarzą o deski. Tumult bitewny przewalał się gdzieś nad głową. Odgłosy walki cichły: jeszcze jeden krzyk, drący nieznośnie powietrze, jeszcze jedno przekleństwo, jeszcze jeden wystrzał. Dziki wiwat zwycięstwa, dobyty z kilkudziesięciu, bisurmańskich gardeł. Szelest miękkiego obuwia, zamiatającego deski pokładu. Chrapliwa, przypominająca szczekanie psów, mowa Maurów. A w tle – chichot mew, ciche jęki rannych i konających. Silne dłonie ujęły go pod pachy i cisnęły na stertę trupów. Wtulał twarz w rozpruty brzuch Manuela, żywe oczy wciąż jednak błądziły dokoła. Widział, jak piraci wiążą jeńców przeznaczonych na sprzedaż, jak plądrują, jak ganiają, gorączkowo szukając łupów. Berberzy dobrali się do zapasów wina: kilka skrzynek stuknęło o pokład. „A, pogańskie ścierwa zakłamane! Mahomet pić broni wiernemu na ziemi, więc na morzu chleje.” Ten najszykowniejszy, najsrożej uzbrojony, co wygląda na herszta, bawi się jego fajansową flaszą. „Ooo, nie tkniesz tego trunku, berberyjska gnido! Ten godniejszej czeka okazji.” Girlandy oślizłych wnętrzności Manuela spowijały zatknięty za pas pistolet. Silnie zacisnął dłoń na jego rękojeści, wyszarpnął broń z powoju flaków, wyprostował ramię i pewnie wymierzył: miał gada na odległość trzech kroków. Celował w gardło, ale Maur uniósł akurat butlę, próbując wyrwać zębami lakowany szpunt. Nim ołów przeszył krtań, wcześniej rozłupał fajans. Psy rozszczekały się niczym wściekłe, dwie dziesiątki miękkich łapci zamiatały pokład. Do szmeru szurających butów dołączył szczęk dobywanych z pochew szabel. Poczuł… 

 

2.

 

Poczuł kopnięcie w podeszwę. „Nie, jeszcze nie teraz.” Nie chciał, nie mógł otworzyć oczu: powieki tak słodko ciążyły. Dzwonnicę nadbrzeżnej misji minął bladym świtem. Kilka worków suszonego mięsa i parę pęków skór wołowych sprzedał na pniu. Spiął konia ostrogą, a już po chwili wiązał go do żerdki przed traktiernią starego Ramireza. Nim wtrząchnął wielki placek kukurydziany i pełną miskę fasoli – dawno niekosztowane rarytasy – zwilżył wyschnięte gardło, pochłaniając dzbanek słodkiego wina z Jerezu. Teraz mu było dobrze: słodko, chłodno i miło. Leżał na pożółkłej trawie z siodłem pod głową, w cieniu, oddzielony od wrzącej kuli porannego słońca, zachodnią ścianą gospody. W snach odżywały wspomnienia. I tak już od wielu lat. I teraz nie miał pewności: czy już śni, czy jeszcze wspomina, czy śni na jawie, czy jawią się w snach wspomnienia? Drugie kopnięcie w podeszwę było jakby mocniejsze. Z wielkim wysiłkiem uchylił kotarę prawej powieki.

– Skłujesz dla nas byka, dzielny pasterzu?  

– Skąd wiesz, jegomość, że potrafię?

Jegomość przeniósł wzrok na długą lancę, opartą o bieloną ścianę traktierni. Gest zastąpił tu słowa. Teraz i pasterz rzucił okiem na pikę (lewym, z którego ściągnął właśnie ciężar sennej powieki).

– No, przystańmy na tym, że potrafię. Inne pytanie się rodzi: czy mam ku temu afekt jakowyś?

– Och, dumny vaquero, gadają, że afekt kroczy za trzosem. Srebra nie poskąpię.

Vaquero wynurzył ogorzałe oblicze z przepastnego cienia, rzucanego przez postrzępione rondo starego kapelusza. Oceniał okiem znawcy sylwetkę nieznajomego przybysza. Szacował wiek i pozycję, smakował elegancję i bogactwo stroju. Oględziny wypadły pomyślnie: jegomość dobiegający czterdziestej wiosny życia, szykowny, grzeczny, dobrze urodzony – caballero, bez wątpienia. Muślinowa bryza, ciągnąca od wybrzeża, poderwała połę podróżnej peleryny. Oczom, śledzącym przestrzeń z perspektywy głowy złożonej na siodle, dopiero teraz ukazała się druga postać. Wyrostek, chłopię niemal jeszcze, trzymał się kilka kroków z tyłu, ściskając w drobnych dłoniach luźne lejce, więżące zdobne wędzidła dwóch andaluzyjskich rumaków.

– Na byka się wyprawiasz, waszecie, a takie wątłe pacholę bierzesz za pomocnika?

– Ależ, dobry człowieku, toż to ów młodzian będzie właśnie borykać się z bykiem! Uwierz, uwierz, sztukę zna pierwszorzędnie, pola dotrzyma. Widzisz tę sakwę przy końskim boku…? Pełna bydlęcych ogonów i uszu.

– Gdzie i na jaką okoliczność zapasy?

– Tyś synem tutejszych stron, a mnie, przyjezdnego, o takie rzeczy pytasz? Don Rafael de Correira y Maca rodeo właśnie wyprawia, a jutro kończy rozrachunek huczną korridą. Każdego roku dwie przednie szpady prosi, by honor świętu czyniły, stając z bykami w szranki. Fortuną dla zwycięzcy kusi. Zwą to tu ponoć: fiesta de los charros. My goście proszeni, tyle że nam się pikador w przydrożnej karczmie, w gorączce, z jakowymś kawalerem poturbował, a że przez łeb był cięty, tośmy go musieli medykowi do opatrzenia ostawić. I dla takiej oto przyczyny, ośmielam się was, dzielny pasterzu, o pomoc i honor prosić.  

– Ta misja to nie mój dom. Moje mieszkanie… hen… w dalekiej prerii. Tu jeno czasem dla przemysłu staję. O fiesta de los charros słyszałem, ni jednak słowa jednego dobrego. Gadają, że zapaśnicy kończą zwykle marnie. Nie trafisz tam na byka chowanego do walki; same dzikie buhaje. Trzymaj ty lepiej małego, wielmożny panie, daleko od onej imprezy.

– Honor nie daje, a i podszewkę mieszka prawie już widać. Korrida to nasze utrzymanie. Ten mały to zrodzony matador.

Vaquero usiadł, jeszcze raz omiótł wzrokiem niepozorną sylwetkę – postać matadora, zabójcy. Młodziak nie budził respektu, a na zabójcę to już na pewno nie wyglądał; był za to piękny – niby malowana, porcelanowa laleczka. I taki kruchy… jak filigranowa filiżaneczka. Na białych niczym ściana gospody policzkach pąsowiały dwa koliste wypieki. Może to twarz jego syna? Tak, przybłęda mógł przecież być jego synem… Mało to zgubił nasienia po portach całego świata? Może warto strzec tego młodego życia? Dobrze skłuje byka: niby go najpierw rozjuszy, ale potem solidnie wykrwawi i zmęczy, a mały dobije tylko – ot tak, dla parady, padnięte bydle pchnie wąską szpadą. I ten pajac, Correira, też go mierzi: panoszy się po całej prerii jak po swoim. Jego pachołki dzikie bydło znaczą. Pognał ich batem, gdy próbowali odebrać mu mięso i skóry, wmawiając, że to pożytki z cieląt seniora Correiry. I pomyśleć, że ten rzeźnik, co w starym kraju za świniami ganiał, tutaj, w Nowej Hiszpanii, dwa nazwiska sobie przywłaszczył, dochrapał się bogactw i zaszczytów. Ile nieczystych sprawek ma na sumieniu (?) – to jeden Bóg, a drugi szatan, raczą wiedzieć.

– Z kim mam honor, jeżeli waszmościowie pozwolą?  

– Alexandro de Mendoza y Sotomayor. Do waszych usług, panie. A ten tutaj młodzieniec to Diego Enrico Manzana, dzielny torreador, niezmordowany zabójca byków. Kogo miałbym zaszczyt mianować naszym pikadorem…?

 

3.

 

– Pantera! Okoliczni wołają na tego hultaja: Pantera. 

Wystawna, zaprzężona w cztery muły kareta zatrzymała się przed frontonem traktierni. Smukła, blada dłoń uchyliła koronkową zasłonkę, skrywającą dotąd wstążeczki ołowianych brwi i węgielki gagatowych oczu, zgrabny nosek i obrys karminowych ust, a wszystko to obleczone niebiańskim owalem twarzy, spowite lokami kruczoczarnych włosów. I to właśnie te słodkie usta zdradziły imię dumnego vaquera.

 

Pąsowe wypieki na policzkach Diega przyjęły barwę karmazynu. Chłopak wypuścił lejce, a posłuszne konie oddaliły się jedynie o kilka kroków, schylając wielkie łby i skubiąc kępki pożółkłych krzewinek. Czy to widok, czy słowa były źródłem dziwnego wzburzenia? Widok pięknej kobiety zapierał dech w piersi, ale to dźwięk imienia pasterza odebrał mowę chłopcu. Podszedł do karety, odwrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków w kierunku vaquera. Ściągnął z głowy kapelusz, nisko się pokłonił i tak długo machał ręką, aż omiótł piórami połowę podwórza.

– Czy żeś ty, panie, Pantera, w rzeczy samej? Czy żeś kaper ów słynny, co czasu dawnego po Śródziemnomorzu grasował? Jako drobne pacholę, jam się z kamratami w załogę twoją zabawiał. Za herszta zawsze brać siebie kazałem i wołać na mnie prosiłem: Pantera. Zawsze do usług, senior…

 

– Gdzież…? Ten z tamtym tyle, co i nic ma wspólnego. Tego peoni Panterą przezwali, bo i widzieli, jak kotu górskiemu dał radę. A ręki przy tym tylko i sztyletu użył. Pięść na grdyce bestii zacisnął, mizerykordią drogi do serca poszukał.

W otwartych na oścież drzwiach gospody ukazał się wielki brzuch starego Ramireza. Karczmarz objaśnił chłopcu pochodzenie przezwiska pasterza i rozstrzygnął o braku jego związku z pseudonimem słynnego korsarza.

 

Wystrojony w liberię, czarnoskóry woźnica cmoknął na muły: zaskrzypiała uprząż, jęknęły skórzane resory, zapiszczały żałośnie ośki kół karety. Piękne oczy, ukryte za koronką zasłony, dokąd zdolne były ogarniać pejzaż, roztaczający się przed gankiem traktierni, raz badały każdy szczegół fizjonomii Diega, raz Pantery, pozostając całkowicie ślepe na sylwetki dwóch, pozostałych aktorów spektaklu: szykownego Mendozy i grubego Ramireza. Rozpalona kobieta nie potrafiła odpowiedzieć swojej wyuzdanej jaźni, czy godne większego namaszczenia byłyby pieszczoty zadawane pięknemu, młodemu, niewinnemu stworzeniu, czy doznawane – szybkie, brutalne i dzikie – od doświadczonego, dojrzałego, charakternego hultaja i prostaka? Jutro korrida: jutro byki, jutro krew na arenie. Ona będzie nagrodą dla zwycięzcy – tak sobie to ubzdurała.

 

Pantera stał teraz przed gankiem, trzepiąc wielgaśnym rondem wyświechtanego kapelusza zakurzone czapsy.

– Czym żem sobie na taki honor zasłużył, że sama seniorita Mercedes de Correira mnie, prostego pastucha, po przezwisku woła.  

– Tego ci nie powiem, bo nie wiem. Jedno jeno wiem i tyle ci powiem: nie wtykaj ty nosa, Pantera, w sprawy pana Correiry, bo nie tylko sam kinol, ale i głowę calutką utracisz. Zabieraj bukłaki z winem, worki z mąką i cukrem, wianki tytoniu i kiełbasy, i zmykaj w tę swoją prerię. Chcę cię tu znowu obaczyć, o ludzkich sprawach podeliberować. A was, mości panowie, na suty traktament proszę, jeżeli niezbyt niskie zdają się me progi.

Ramirez zatoczył ręką szeroki łuk, prosząc przyjezdnych do środka. Pantera właśnie teraz podjął ostateczna decyzję. Walczyły w nim dwie dusze: jedna, chwaląca sobie nade wszystko spokój, słodkie wino, mocny tytoń, niewieście wdzięki i proste, obfite jadło, i druga, rogata, rycerska, z lubością wtykająca nos w nie swoje sprawy, gotowa gonić na koniec świata, by mścić się za krzywdę niewinnych czy plątać w romantyczną przygodę.

– Ot, i masz pikadora, senior Mendoza. Mieszka jeno nie tykaj! Srebra mi nie trzeba. Tego u mnie dostatek.

 

4.

 

Zbocza dwóch niewielkich pagórków, wznoszących się opodal misji, łagodnie opadały, ścieląc szmaragdowe kobierce traw, ożywiane wilgocią strumieni, malujące cudowny pejzaż przed oknami hacjendy Correiry. Ostatni dzień rodeo, jutro fiesta: robota pali się w rękach. W pobliżu zabudowań gospodarczych, w znacznym oddaleniu od pałacyku właściciela, peoni obdzierali ze skór zarżnięte buhaje. Rzucali krwawe płachty na wielki stos, a indiańskie kobiety przenosiły pożytek do pomieszczeń garbarni. Inne brygady peonów ćwiartowały tusze. Mięso cięto na wąskie pasy, obtaczano w soli i wieszano na drewnianych rusztowaniach, pod którymi płonęły ogniska. Wkoło wałęsały się hordy bezpańskich kundli. Ktoś rzucił ochłap pociesznemu szczeniakowi, ktoś pognał kijem starego basiora. Okrzyki zlewały się ze skomleniem i ujadaniem. Bzyczały roje much. Much było najwięcej. Zapach bydła, krwi i ludzkiego potu wabił miliony wirujących punkcików.

 

Gospodarz ugościł bohaterów jutrzejszych zapasów kameralną, aczkolwiek wystawną kolacją. Za plecami każdego uczestnika biesiady tkwił wielki Murzyn, wystrojony w złocistą liberię i pudrowaną perukę, oganiający z much pierzastą miotełką półmiski i talerze. Niewiele padało słów: goście z apetytem smakowali wykwintne potrawy. Dopiero, gdy wjechały smoliste cygara i gliniane fajeczki i raźniej zabrzęczały kieliszki i karafki, gęściej posypały się słowa. Biesiadnicy zaspokajali głównie ciekawość seniority de Correira. To dziewczyna wypytywała ich o losy, pochodzenie. Podochoceni winem panowie paplali jak na spowiedzi, prześcigając się wzajemnie w przechwałkach. Jedno i drugie nazwisko Alexandra, zarówno ojcowskie, jak też matczyne, Mendoza czy Sotomayor, budziłoby pewnie szacunek i respekt, gdyby nie znany powszechnie fakt, że na obczyźnie byle kastylijska dziwka przedstawiała się jako Mendoza, a co drugi, andaluzyjski hultaj – jako Sotomayor. Alexandro uparcie dowodził jednak swojego wysokiego pochodzenia. Opowiadał, że w Sewilli, w karczemnej sprzeczce, na śmierć poturbował jakiegoś szlachetkę i czmychnął przed ogarami corregidora. Ukrywał się czas jakiś w Asturii, gdzie, odwiedzając z nudów rzeźnie, poznał Diega i docenił jego kunszt. Mianował się jego patronem, obwożąc chłopaka po wiejskich korridach. A że szlachetki, z którymi zadarł, byli niskiego rodu, ale rogatego ducha, i o wykupie za śmierć krewniaka nawet nie chcieli gadać, spakował manatki, zabrał Diega i ruszył do Nowej Hiszpanii. Zasoby, pochodzące ze zgarniętych w noc ucieczki kosztowności, kiedyś się skończą, więc obaj kawalerzy szukają utrzymania przy korridzie.  

Jeden Pantera nie wypowiedział słowa. Suto zapijał: często chował twarz za kryształem pucharu, którego rubinowa zawartość skutecznie filtrowała czasami przenikliwe, czasami zalotne spojrzenia Mercedes. (Ślicznotka zerkała też nieraz na Diega, a młodzieniec pochłaniał każde spojrzenie tak łapczywie, jak słodką leguminę.) Milczał uparcie i wtedy, gdy – w zgodzie z logiką, zgodnie z kolejnością – nadciągnął czas na jego opowieść. Milczenie vaquera wyraźnie wadziło dziewczynie.

– A wy, senior Pantera, nie macie swojej historii? Bocian was tu, ot tak, podrzucił? Tak w pełnej, dzisiejszej krasie, tak w dojrzałości witalnej siły? 

– Mowa jest srebrem…

– Zmilknijże…! Gęś głupia! Bywają historie, co ich na jeden łeb spowiednika siła, więc nie trza nimi głów bliźnich frasować. A kiedy gość pragnie taką dla swego tylko serca zachować, tedy naciskać niegrzecznie, nie honor. 

Kto jak kto, ale akurat Rafael de Correira znał doskonale podobne historie, chociażby z własnego doświadczenia, dlatego nie szczędził ostrych słów reprymendy rozpieszczonej latorośli.

 

5.

 

Czasami, gdy nieźle miał w czubie, gdy wkoło huczeli radośnie podchmieleni współbiesiadnicy, jedna dusza Pantery strofowała, druga judziła jednak, by wszystkim wszystko wygadał. By opowiedział o tym, o czym wiedział jedynie on i stary Ramirez. Teraz też tylko siedział, popijał, popalał i słuchał, w duchu jednak gadał, gadał i gadał…

Niemiłosiernie gnębił Berberów na morzu Śródziemnym, a gdy ci się na niego srodze zasadzili, widząc w jego kaprze wroga numer jeden, pożeglował ku Karaibom. Wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł: angielscy piraci łupili hiszpańskie galeony, Pantera okradał ze złota i srebra Anglików. Część tego powracała do skarbca korony, ale większość trafiała do skrytki pod skałą, na jakiejś bezludnej wyspie. Początkowo szło nawet całkiem nieźle, potem znowu zrobiło się jakoś dziwnie gorąco. Teraz uwzięli się na niego Anglicy, a skarbnicy koronni skalkulowali, że coś się w tych wszystkich rachunkach nie zgadza. Ta druga dusza, ta gnuśna, ciągnęła go usilnie ku spokojniejszej profesji. Uczciwie podzielił łupy i przepisał listy kaperskie na najzdolniejszego kamrata – drugiego oficera. Kazał się wysadzić na jednej z tych bezludnych, karaibskich wysepek, gdzie to Hiszpanie najpierw wymordowali Indian, a później sami porzucili dobytek, goniąc za srebrem odkrytym w Potosi. Na takich wysepkach roiło się od dzikiego bydła. Brali je w posiadanie bukanierzy – myśliwi, kupczący skórami i suszonym mięsem. Głównie dzięki nim piraci mieli co jeść, w co się przyodziać i obuć. Pantera często aprowizował swój statek u bukanierów, a teraz sam zapragnął zostać myśliwym. Ot, taka spokojna profesja – cicha przystań na stare lata. Na wyspie pojawili się jednak Francuzi – ta wszędobylska swołocz, co najmniejszemu skrawkowi lądu nie przepuści. Najpierw dążyli do zgody: wspólnie podzielono niewielkie gospodarstwo na obszar wpływów hiszpańskich i francuskich. Później pojawiły się rozmaite nieporozumienia. Francuzi uknuli spisek i zaplanowali skryte morderstwo, ale Pantera ich uprzedził: uwędził, ususzył i sprzedał pasy francuskiego mięsiwa, starannie wymieszane z wieprzowiną, wołowiną i koniną. Francuzi byli dokuczliwsi od much: kolejni się pojawili. Pantera obiecał darmową aprowizację hiszpańskiemu kaprowi, za bilet do brzegów Meksyku. Słyszał, że tam, w głębi kraju, wolni vaquerzy pędzą bukanierski żywot – chwytają dzikie bydło, chadzają na wybrzeże, gdzie sprzedają piratom rogi, skóry i mięso.  

 

6.

 

Żarcie tu było paskudne, a zwietrzale wino ni smaku nie miało, ni mocy. Tęsknił za prostym, obfitym jadłem, za słodkim, mocnym winem, za ciepłem niewieścich wdzięków. Tu było ciemno, wilgotno i duszno. Z góry spływała jakaś srebrzysta poświata, ledwie rozświetlając mroczne pomieszczenie. Wilgoć starych murów przeszywała duszę. Od ściany do ściany – trzy lub cztery kroki. W tę i z powrotem maszerował po ciasnej izbie, mierząc tymi krokami dni, miesiące, lata swojego więzienia. Często przystawał przy wilgotnej ścianie, głaszcząc ją dłonią, zaciskając pięści i pieszcząc pomiędzy palcami kropelki cuchnącej cieczy. Oceniał grubość muru i ubolewał nad brakiem narzędzia, którym mógłby go przebić, podkopać, przeskrobać. Filozofował: rozmyślał nad doczesnością każdej rzeczy. Dochodził w takich chwilach do wniosku, że nic na tym świecie wiecznego, że i ten mur kiedyś w pył się rozsypie, a jego wolność w zasadzie jest pewna, jeżeli dusza przetrwa tylko tę ścianę.

 

7.

 

Na arenę wyznaczono corral ogrodzony żerdziami. Mieszkańcy okolicznych wiosek ściągnęli tu tłumnie wraz z pierwszym promieniem słońca. Stoły biesiadne rozstawiono już w nocy, obżarstwa i pijatyki rozpoczęły się więc bladym świtem. Wiejska orkiestra cięła od ucha do ucha, dokoła szybowały roztańczone, kolorowe pary. Muchy wtórowały tancerzom. Roje much, jak się zadawało, wirowały w rytmie muzyki. Około południa wieśniacy byli już solidnie utrudzeni, obżarci i opici. Słońce właśnie minęło zenit i nieznośnie paliło, spocone ciała szukały wytchnienia na wąskich żerdkach i kępkach traw wokół areny. „Torros, torros, torros…!” (Byki, byki, byki…!) – syty chleba lud wołał o igrzyska.

 

Pierwsza kompania długo zmagała się ze swoim buhajem. Najpierw pikador kłuł byka z konia, potem wkroczyli do akcji piesi zapaśnicy. Pantera chciał koniecznie obejrzeć ten spektakl. Chował się i dorastał na ganaderii ojca, więc młode lata pędził jako vaquero. Możni walczyli tylko z konia i nikt nie poważał pieszych zapasów. Owszem, zdarzało się, że róg powalił rumaka, a wtedy dzielny hidalgo dotrzymał placu na nogach: zwykle podcinał mieczem pęciny i gardło buhaja. Biedota nie miała koni, ale rodziła zdolnych zabójców. Ci, faktycznie, stawali z bykami w szranki, ale jedynie w rzeźniach. Pantera widział coś takiego dawnymi laty, gdy przygnał bydło do Sewilli, na mięsną jatkę. Po śmierci matki ojciec roztrwonił majątek – karty, kości, wino, dziwki – Pantera ruszył na morze a upadły hidalgo zmarł na syfilis w jakimś kościelnym przytułku. To, co widział teraz stary korsarz, niewiele różniło się od spektaklu oglądanego w rzeźni: torreador podjudzał i omiatał byka czerwoną płachtą, a matador próbował ugodzić go w serce długim, rzeźnickim kozikiem. Sztuka nie udała się kilkukrotnie: róg mijał o cal pierś matadora, pijana publika szalała. Nóż utknął w końcu, w boku, po żółtą rękojeść, aplauz sięgnął zenitu. Pantera nie znalazł w tym krztyny ekscytacji.

 

8.

 

Pomiędzy walkami zaplanowano przerwę, wypełnioną muzyką, obżarstwem i opilstwem. Mercedes zajęła miejsce na zaimprowizowanej z desek trybunie, wskazując zydel po prawej swojej ręce ojcu, zaś po lewej – przeorowi jezuitów – zwierzchnikowi tutejszej misji. Pantera prezentował się godnie na grzbiecie zwinnej trzylatki, Jaskółki, Alexandro i Diego tonęli po kostki w piasku. Gawiedź obsiadła żerdki dokoła areny. Słońce toczyło wolno czerwoną kulę ku linii horyzontu. Miedziana tarcza utkwiła za plecami czcigodnego prezydium. Trzy nieruchome sylwetki znaczyły majestatyczne cienie na białym piasku areny. Ten piasek przywieziono tu z plaży, z nabrzeża. Wlot bydlęcego traku, wyznaczonego drewnianymi opłotkami, umiejscowiono dokładnie naprzeciw trybuny. Gawiedź, obsiadająca również opłotki, rozsypała się raptem na boki. Trakt skrył się w tumanie kurzu. Tętent ciężkich kopyt zagłuszył pijackie sprzeczki i babskie pomruki. Środkiem ścieżki pędził potężny buhaj, tłuczony po zadzie długą lancą vaquera. Panterze nie podobał się ten byk: dziki, wielki, muskularny dwulatek, dopiero co wycięty ze stada, rozwścieczony chwilę wcześniej sztychami pik przez pastuchów Correiry. Stary wyga widział w oczach bestii obłęd i strach. Byk przeorał racicami piasek areny, rozkopując przesypane nim, świeże kałuże krwi. Razem z tumanem kurzu podniosły się roje much. Natrętne owady cisnęły się do oczu, uszu i nozdrzy. Pantera ściągnął kapelusz, omiótł rondem spoconą twarz i włochaty łeb Jaskółki. Rzucił w kierunku kompanów:

– Fiesta de los charros…? (Święto kowbojów…?) Fiesta de las moscas! (Święto much!)  

“Torro, torro, torro…!” Pijany motłoch nie mógł doczekać się krwi.

 

9.

 

Zwinna Jaskółka z gracją unikała ostrzy rogów. Zahartowana w bojach, wyłączając źrebięce lata, nic w swoim krótkim życiu innego nie robiła. Pantera nakłuwał byczy kark, raz przy razie, by przygiąć łeb bestii do ziemi. Mocno dzierżył przy tym lancę w dłoni, unosił nogi w strzemionach, naciskał drzewce całym ciężarem ciała. Każda wolta Jaskółki budziła burzę aplauzu. Byk ledwie już zipał, wlokąc mokry pysk po skrwawionym piasku areny. Diego zaczynał się niepokoić:

– Ejże, senior Pantera, ostaw krztynę życia dla matadora!

„Pieszo, pieszo, pieszo…!” – skandował rozgrzany tłum.

 

Pantera raz jeszcze okrążył byka, szarpnął jednak wodze i odbił do lewej flanki: tym razem nie atakował. Z wysokości końskiego grzbietu miał sposobność podziwiać kunszt Diega. Sztuka młodego matadora nie miała nic wspólnego z rzemiosłem tamtego rzeźnika. Byk był solidnie zmordowany i nisko chylił łeb. Chłopak wachlował przed jego nosem czerwoną płachtą. Zwierzę toczyło pianę z pyska, zamarło jednak w bezruchu. Wtedy, jak spod ziemi, wrósł Alexandro: dwa harpuny, zakończone pstrymi drzewcami, zagłębiły się w kłębie bydlęcia, naciągając ciężarem kołków skórę, rozszarpując rany i zadając zwierzęciu widoczny, wściekły ból. Bestia wystrzeliła jak kamień z procy: natarła na płachtę, Diego przepuścił rogi o cal od dumnej piersi. Płachta falowała, byk atakował – i tak dziesiątki razy. Za każdym razem brzuch Diega witał się niemal z ostrym rogiem byka, publiczność szalała, matador mijał jednak zmorę śmiertelnego sztychu, zręcznym balansem sprężystego ciała. „Matar, matar, matar…!” (Zabij, zabij, zabij…!) – motłoch błagał o finał.

 

Czerwona kula tonęła w bałwanach łagodnych wzgórz. Ciągnąca od brzegu bryza rozcieńczyła ulepek skwarnego powietrza. Gasnący dzień przesycał przestrzeń rubinowym światłem. Stado zbłąkanych wron wznosiło się i opadało, szukając pośród kęp niskich krzewów miejsca na nocny spoczynek. Matador przejął z rąk Alexandra długą, wąską szpadę. Tłum zamilkł, muchy jakby posnęły, ciche poświsty wiatru i nieśmiałe pokrakiwania czarnych straszydeł malowały subtelne tło wszechobecnej, przenikliwej, przedśmiertnej akwareli. Diego zostawił byka zupełnie z boku, samemu sobie. Stanął na wprost trybuny, dumnie unosząc głowę. Zatoczył płachtą szeroki łuk, a rękojeść szpady przycisnął do serca. Pokłonił się nisko i ponownie wyprostował, cedząc przez zęby patetyczne słowa:

– Na ołtarzu twych stóp, seniorita Mercedes, kładę tego cielca. Błogosław swojemu kapłanowi.

Dziewczyna nakreśliła w powietrzu znak krzyża, wypięła z włosów białą różę i cisnęła kwiat pod nogi matadora. Lodowate spojrzenie kobiety roztopiło się w gorącym blasku oczu zabójcy.

 

10.

 

Prawą, zbrojną w szpadę dłoń Diego wysunął daleko do przodu na wyciągniętym ramieniu. Lewa dłoń pewnie dzierżyła płachtę: sztuka czerwonej materii łagodnie falowała, zgarniając piasek przy nodze. Rubinowe światło zachodu oblało nieruchome sylwetki, rozesłało koralowy kobierzec na białym piasku areny, zabójcę i ofiarę zmieniło w dwa krwawe posągi – uosobienie młodości i piękna, esencję pierwotnej siły natury. Nie była to rzeczywistość… Pantera podziwiał obraz – arcydzieło pędzla wybitnego malarza. Cisza, nieznośnym swym krzykiem, wdzierała się w jądro jestestwa.

 

Diego winien był skupić uwagę na przeciwniku. Bestia teraz się czai, ale za chwilę ruszy: supeł mięśni wystrzeli jak kula z arkebuza. Impet weźmie na siebie płachta, klinga szpady odnajdzie maleńkie jak rewers dublona miejsce nad lewą łopatką, otwierające zimnej stali prostą drogę do samego serca byka. Ale Diego krzyżował spojrzenia z Mercedes. Sycił się chłodem niebiańskich ocząt, wiedząc, że teraz skupia jedynie na sobie te sporadyczne przejawy zainteresowania. Kobieta, faktycznie, mroziła wzrokiem dzieciaka. Jej natrętne spojrzenie nie było jednak wyrazem podziwu, jak sądził naiwny młodzieniec: ona toczyła walkę. Była kobietą, była więc elementem najpierwotniejszych instynktów przyrody, a skazana na śmierć bestia była jej towarzyszem broni. To, co widziała przed chwilą, utwierdziło ją w przekonaniu, że zapaśnik da radę bykowi. Czy da jednak radę kobiecie? 

 

Diego nie widział pędzącego buhaja. Unik i sztych wykonał raczej intuicyjnie. Ostrze trafiło na twardą kość łopatki. Klinga ugięła się, napięła jak sprężyna, wyrwała z dłoni rękojeść i poszybowała wysoko w górę. Biodrom, do fortunnego manewru, zabrakło ledwie pół kroku. Diego nie czuł bólu, nie mógł jedynie zrozumieć, dlaczego widzi twarz Mercedes jakby odbitą w gładkiej tafli wody – do góry nogami. A potem tylko to obezwładniające ciepło, rozlewające się poniżej pasa, gdzieś w okolicy lewej pachwiny.

„Achchch…!” – wyraz przerażenia oszołomionej gawiedzi rósł niemal pionowo. Urwał się jednak nagle, tonąc w bezdennej studni głuchej, grobowej ciszy.

 

Byk rzucał łbem, Diego obracał się na rogu, jak na rożnie, jak na karuzeli. Pozostali uczestnicy spektaklu zamarli w bezruchu, pogrążeni w posępnym milczeniu. Jedyny Pantera nie uległ zbiorowej hipnozie: dał Jaskółce ostrogę, zrównał konia z bykiem, zsunął się zręcznie z siodła, zaplótł kolana i łokcie na rogach, morderczym uściskiem i ciężarem ciała docisnął łeb do ziemi. Czując, że dysząca bestia wali się na piasek, krzyknął:

– Brać mi go! A żywo..! 

Alexandro, z pomocą jakiegoś vaquera, ściągnął Diega z rogu. Szarpiąc za ręce i nogi, wywlekli ciało chłopca za ogrodzenie corralu. Dopiero wtedy Pantera zluzował uścisk. Uskoczył, byk dźwignął się ciężko. Nie atakował: szeroko rozstawione nogi gięły się w pęcinach. Wciąż królowała dokuczliwa cisza: teraz niezmącona choćby pomrukiem wiatru, krzykiem ptaszyny czy bzyczeniem muchy. Ciszę przerwało dalekie ujadanie psa: kundle posprzeczały się o wyniuchany pod stołami gnat. Kot spłoszył wrony, stadko wzbiło się ponad kępę krzewów, rozdzierając powietrze przeraźliwym wrzaskiem. Kilku wieśniaków komentowało półgłosem niedawny wypadek. Wmieszały się w to wszystko indiańskie kobiety, ze swoim świszczącym jazgotem. Szanowny ojczulek dźwignął tłusty zadek z siedziska zydelka, chwiał się teraz na podeście trybuny i wskazywał serdelkowatym palcem rozciągniętą na ziemi sylwetkę Diega; uparcie coś tłumaczył członkom rodziny Correria. Ponad tonią ogólnego pomruku płynęło żałosne wołanie Alexandra:

– Medyka, medyka!

„Medyka, medyka!” Przekazywana z ust do ust prośba brzmiała jak odbijane od górskich zboczy echo. 

 

11.

 

Pantera widział, jak pasterze przybiegli z wołową skórą. Rozciągnęli na niej rannego zabójcę i ponieśli młode, bezsilne ciało ku zabudowaniom garbarni. Pantera szykował się właśnie, by przesadzić ogrodzenie corralu, gdy drogę zastąpiło mu kilku rosłych vaquerów. Ten, który – z racji postawy i wzrostu – wyglądał na nadzorcę pasterzy, zaprotestował:

– Don Correira mówi, że godzi się wam, senior Pantera, sprawę dokończyć.

Bukanier wskazał palcem niosących Diega vaquerów. Po chwili jednak opuścił rękę, co wyglądało na gest rezygnacji, przyzwolenia. Pochwycił uzdę Jaskółki i wcisnął stopę w strzemię.

„Pieszo, pieszo, pieszo…!” Upity pierwszą krwią motłoch nie ustępował.

Zimne oczy Mercedes płonęły teraz żywym ogniem. Zsiniałe usta wypluły rozpaczliwy okrzyk:

– Nie!!!

Pantera odwzajemnił spojrzenie, ale we wzroku pirata nie było nic ponad oskarżenie i wzgardę. Odszukał w piachu i uniósł szpadę i płachtę. Zbudziły się muchy. Opędził twarz strzępem czerwonego sukna. Energiczny ruch szmaty tchnął w bestię nowe życie. Byk zaatakował – konwulsyjnie, panicznie, błyskawicznie. Pantera wiedział znakomicie, gdzie dźgnąć, tyle że zawsze kłuł lancą, z wysokości końskiego grzbietu. Klinga wbiła się w kość i pękła. Płachta zebrała impet rogów, biodra korsarza zatoczyły łuk wokół osi ciała. Rozpędzona bryła muskułów ciągle parła naprzód. Pantera biegł równolegle, szukając udem kontaktu ze skrwawionym karkiem. Odbił się silnie i wskoczył zwierzęciu na łeb. Zgięte w kolanach nogi szczelnie zasupłał na grdyce, zgiętą w łokciu, lewą rękę zaplótł na jednym rogu, a dłonią tej samej ręki silnie pochwycił drugi. Byk rzucał łbem na wszystkie strony, nijak nie mógł pozbyć się jednak jeźdźca. Prawą dłoń zanurzył Pantera w szerokiej cholewie, namacał rękojeść i wyszarpnął mizerykordię. Po chwili ostrze tkwiło już w tętnicy, jasnoczerwona posoka bluzgała wysoką fontanną. Tłum zawrzał i oszalał. Mercedes dopiero teraz nabrała w płuca powietrza.  

 

12.

 

Ciemność bezksiężycowej nocy była gęsta jak smoła. Jak smoła było lepkie powietrze nocy letniej; wieczorna bryza zdechła. Lampka na czele konduktu rozświetlała ścieżkę, wiodącą do cmentarnej kaplicy. Diego już nie żył, kiedy Pantera przekraczał próg garbarni. Leżał na skórze, na stole, a gesty rój much kłębił się nad rozprutym brzuchem. Ojczulek zaopatrywał ciało w ostatnie sakramenty. Pikador i dwaj torreadorzy konkurencyjnej ekipy oraz zgromadzeni w izbie pasterze wspomagali duchowo jezuitę, bezmyślnie klepiąc za nim słowa modlitwy. Alexandro trzymał się z boku i milczał. Medyk rzygał siarczyście na ścianę, przyciskając do piersi opasły sakwojaż, skrywający stalowe instrumenty chirurgiczne. Pasterze obsypali ciało kwiatami białych róż, owinęli wołową skórą i złożyli rulon na barkach dwóch krzepkich towarzyszy. Correira dał znak do wymarszu. Kondukt brnął pośród ciemności nocy, a lampka bujała się w jego awangardzie. Chybotliwe światło wyławiało na zmianę z mroku – raz przegięty, drewniany krzyż, raz niski wzgórek mogiły. Samotny, strzelający w czerń nieba cyprys wyglądał jak strażnik Hadesu. Jakiś drapieżny ptak, jakiś nocny łowca, jak potępiony duch, krzyknął pomiędzy grobami. Przewodnik mocował się chwilę z furtą kaplicy, świetlny punkcik rysował złote wstęgi na tle mroku nocy. Solidny, sakralny przybytek wzniesiono na dziwnie wysokiej podmurówce. Zwaliste drzwi nareszcie ustąpiły, płaczliwie poskrzypując, wydając głuche jęki. Niebo zapłonęło feeriami bengalskich ogni. Do uszu żałobników dobiegły dalekie śmiechy i krzyki. Zabawa trwała w najlepsze. Kondukt zniknął we wnętrzu kaplicy.

 

Ponury rulon spoczął na katafalku, zrzucając z ładunku skórzaną zasłonę. Ktoś przeniósł drzazgą płomień lampki na rozstawione wokół podwyższenia świece. Skąpe, ciepłe światło rozlało się po ciasnym pomieszczeniu. Mdlący aromat róż mieszał się z zapachem kopcącego łoju, z odorem zakrzepłej krwi i otwartych wnętrzności. Śmierć wyostrzyła rysy Diega, nie dała jednak rady zetrzeć znamion piękna. Chłopak leżał na skórze, otoczony niby ciżbą ludzką, a jednak jakiś taki samotny, w tej swojej ostatniej podróży. Nad ciałem krążyło majestatycznie kilka opasłych much, a jedna rozsiadła się bezczelnie na czubku zimnego nosa. Wnętrzem przybytku wstrząsnął dudniący łoskot: rosły vaquero zatrzasnął drzwi kaplicy, opuścił ciężki skobel, szeroką piersią zatarasował furtę. Przeważający liczebnie pasterze rzucili się na zapaśników, obezwładniając ich w mgnieniu oka, wiążąc grubymi rzemieniami i kładąc pokotem na zimnej posadzce. Atak był tak niespodziewany i błyskawiczny, że zwykle czujny Pantera nie zdążył zmrużyć powieki. Po chwili podniósł się lament: torreadorzy z konkurencyjnej ekipy domagali się głośno wyjaśnień i obiecanej nagrody, sarkali na niezasadne uwięzienie i niegodne potraktowanie. Correira uniósł ramię i gestem dłoni nakazał milczenie. Przemówił… Pantera nie wsłuchiwał się pilnie w orację. Nie zastanawiał się nawet dogłębnie nad przyczynami dziwnego traktowania gości. Rozmyślał raczej nad kruchością życia ludzkiego, przywołując w pamięci tych, którzy polegli na jego oczach – czy to przyjaciół, czy wrogów, czy tych, co padli z jego ręki, czy z ręki nieprzyjaciela. Porównywał to wszystko z dzisiejszą, bezsensowną i głupią, zesłaną na życzenie gawiedzi, zawinioną przez kobiecą próżność, śmiercią młodego człowieka. Z przydługiego przemówienia Correiry dotarło do niego tyle: kaplica stoi na szczycie azteckiej piramidy, pogrzebanej przez piaski, pogańscy bogowie darzą obfitością nowego gospodarza tej ziemi, ale żądają ofiar, a ofiary przyjmują tylko z serc zwycięzców.

 

13.

 

Ten, który wyglądał na naczelnika pasterzy, a którego Pantera poznał bliżej przy próbie opuszczenia corralu, zrzucił z grzbietu wzorzyste poncho. Jego pierś zdobił aztecki talizman, zawieszony na szyi, na grubym łańcuchu ze szczerego złota. Teraz wyglądał na szamana lub kapłana. Bezceremonialnie zrzucił ciało Diega na posadzkę. Czterej pasterze rozciągnęli na katafalku wrzeszczącego i szamoczącego się torreadora, zatrzaskując na przegubach rąk i nóg mosiężne klamry. Jeden ściągnął z karku wyświechtaną chustę, zgniótł ją w dłoni i wepchnął brutalnie w gardło hałaśliwego zapaśnika. Kapłan, przeżuwając w ustach słowa zaklęcia czy modlitwy, uniósł ponad głowę sztylet o obsydianowym ostrzu. Przebrzmiał szelest ostatnich szeptów, ostrze spadło, rozcinając unoszący się w rytmie oddechów mostek. Prawa dłoń szamana zanurzyła się w ranie, szarpnęła, powędrowała w górę, zwolniła uścisk i pokazała ciągle bijące serce. Ceremonia powtórzyła się jeszcze dwukrotnie, trzy serca spoczęły w zdobnej, granitowej misie. Wreszcie przyszedł czas na Alexandra. Szlachcic nie krzyczał, nie wierzgał, nie miotał się jak jego poprzednicy. Sam stanął na skrępowanych nogach, dumnie wypiął pierś i uniósł głowę. Przeniósł wzrok na Panterę, rzucając w jego kierunku butnie wypowiedziane słowa:

– Obacz, mości Pantera, jak kroczy śmierci na spotkanie prawdziwy syn Hiszpanii. 

Rzemienie na kostkach opadły pod sztychem rzeźnickiego noża, dwóch pasterzy ujęło ofiarę pod łokcie, prowadząc w kierunku ołtarza. Podchodząc do katafalku, cała trojka potknęła się o ciało Diega. Oprawcy wielokrotnie przekraczali już zwłoki, potknęli się jednak dopiero tym razem. Diego dźwignął się właśnie z posadzki. Wyprostował grzbiet i podniósł ręce, przeciągając się, jakby budząc z głębokiego uśpienia. Grobowa cisza zmroziła pomieszczenie. Co o tym myśleć? Czyżby się wszyscy mylili? Czyżby postawiono błędną diagnozę? Czyżby w chłopcu tliło się życie? Diego patrzył, z wyrazem zażenowania na twarzy, na wiszące u pasa wnętrzności. Zebrał je w dłonie i wepchnął do brzucha. Na ranie zacisnął palce. Gdy zwolnił uścisk, po cięciu nie było już śladu. I wtedy zaczął się rumor:

„Vampiro, vampiro, vampiro” – krzyczeli przerażeni vaquerzy, przepychając się i tratując na drodze do furty, nie szczędząc przy tym dostojnej osoby kapłana i seniora Correiry.

Rosły pasterz, tarasujący do niedawna ciężkie wierzeje, leżał teraz na posadzce, cały skąpany we krwi. Wyjścia bronił natomiast kto inny: ocierający rękawem usta Alexandro.

 

14.

 

Diego i Alexandro pomogli powstać zdezorientowanemu i lekko zszokowanemu Panterze. Chyba za wiele tego wszystkiego, nawet jak na jego bitewne doświadczenie i zbójecką przeszłość. Wkoło walały się trupy, roiły muchy, kaplica tonęła we krwi. Oprawcy tarli twarze wzorzystym poncho kapłana. Alexandro przemówił, gdy tylko zakończył makabryczną ablucję:

– Uważ tedy, senior Pantera, żeś całkiem bezpieczny. Juchy my już syci, a pikadora nam trzeba. Kamrat nasz lancą przebity, a czego jak czego, ale kołka to ciało wampira nie znosi.

Pantera był teraz całkiem spokojny, chociaż i wcześniej nie wydawał się szczególnie zaniepokojony; raczej – zdziwiony. A że w głowie rodziły się kłopotliwe pytania, próbował wyjaśnić wątpliwości:

– Tak samo i słońca nie lubi, i świętych przybytków, a wy, mości panowie, to i za dnia, i po kaplicy ganiacie. Ni jadła, ni wina wampir nie tyka, jeno posoką się żywi, a wyście to, kawalerzy, niezgorzej sobie przy stole folgowali.

– Bajki to wszystko, senior Pantera, przez lud ciemny zmyślane. Krwi jeno nam trzeba! Krwi łakniem! Krew naszym lekarstwem, kordiałem, zbawieniem. Do naszej kompanii prosim. Sztukę taką odprawię, że was, mości Pantera, w krwiopijcę przemienię, jako i Diega zmieniłem.

Tutaj Alexandro opowiedział w kilku słowach, jak to Diego, faktycznie, na jego oczach, lat temu bodaj dwadzieścia, podobną walkę stoczył i podobną, śmiertelną odniósł ranę. On chłopaka przemienił i od śmierci wybawił. (Krew odmładza, starość omija wampira.) Od tego czasu, najpierw po rodzimej, teraz po Nowej Hiszpanii grasują, wszędzie podobny wystawiając spektakl. Gdzie dużo gawiedzi, tam i krwi dużo.

– Raz jeszcze, senior Pantera, grzecznie do naszej kompanii prosim.

– A do kurwiej matki z tą waszą kompanią!

– Nie warto się gniewać, kawalerze, ni myśleć ci o obronie. Wampir siłą dziesięciu mężów włada. Patrzaj na tych to, tutaj… Na co im się obrona przydała…? Po dobroci nie pójdziesz, weźmiem siłą.

Diego i Alexandro ujęli Panterę za nadgarstki. Pirat rozstawił nogi i rozwarł szeroko dłonie: rzemienne postronki pękały jak jedwabne niteczki. Uniósł ręce: uściski wampirów nie zdzierżyły siły ramion Pantery. Korsarz oplótł palcami dwie grdyki i zacisnął pięści. Usłyszał suchy trzask miażdżonych tchawic i gardłowe rzężenie siniejących ust. Szarpnął. Otworzył pięści i oglądał przez chwilę makabryczną zawartość dłoni. Muchy obsiadły skrwawione strzępy materii. Pantera strzepnął z obrzydzeniem ścierwo, odszukał wzorzyste poncho i w ostatni, niepowalany skrawek sukna wytarł dokładnie dłonie. „Kołka ciało wampira nie znosi, ale i bez gardła, widać, nie czuje się dobrze.” Potykając się o trupy, brodząc po kostki we krwi, dotarł do furty. Dźwignął ciężki skobel, otworzył na oścież drzwi i odetchnął głęboko rześką bryzą brzasku.

 

15.

 

Poczuł… Poczuł, jak wracają moce witalne, jak życiowa siła podźwiga wszystkie członki. Chwycił pierwszą, walającą się po pokładzie szablę i w tej samej chwili stał już pewnie na nogach, gotowy do walki. Odparł pierwszy impet, położył kilku przeciwników, zdobył drugą klingę. Wywijał śmiercionośne młynki skrwawionym żelazem. Pantera przeistoczył się w istnego kosiarza śmierci. I dotąd trwało jego krwawe żniwo, dokąd ducha nie oddał ostatni Berber. Uwolnił pozostałych przy życiu towarzyszy, pojmanych przez Maurów. Przysiadł na beczce prochu. Zapomniał o zmęczeniu i ranach. Pragnął teraz jedynie trzech rzeczy: jadła, wina i baby. Ładownia bisurmańskiej galery pełna była branek chrześcijańskich…

 

16.

 

Ponad bladą kreską wschodniego horyzontu, obleczona różowawą poświatą, omijając mogiły i krzyże, sunęła sennie eteryczna postać Mercedes. Pantera, chcąc oszczędzić dziewczynie przykrego widoku, przymknął nieco rozwarte na oścież wierzeje. Kobieta przystanęła dwa kroki przed kaplicą, omiatając korsarza powłóczystym, rozmarzonym spojrzeniem.

– Ojca przybywam obaczyć, senior Pantera. Gadali, że za konduktem pobieżył.

– Lękam się, senorita, że widok takowy nie będzie ci miłym.

– Głupstwa pleciecie, Pantera… Zajęty…?

– Nieżywy.

– Ha! Inna to sprawa. Tyś go ukatrupił?

– Padł z ręki własnej chciwości.

– Mniejsza o to. Nie był mi ojcem. Wziął moją matkę, jakem już po tym świecie biegała. Jak matka odumarła, moją sypialnię nawiedzał.

– Kanalia! Niegodziwiec!

– Nie większy, jak wy, mości Pantera. Kaper, zbójca, grasant. Ojjj, wiem ci ja więcej, niż chciałbyś to, waćpan, swym bliźnim wyjawić.

– Zabójczyni pacholąt!

– Kaper!

– Niecnota!

– Zbójca!

– Dziewka!

– Grasant!

– Gęś głu…

Ostatnie słowo uwięziła Mercedes pocałunkiem w ustach Pantery.

 

Gorąca kula zawrzała, gdy tylko minęła horyzont. Zbudziły go muchy, baraszkujące po spoconym czole. Pantera otworzył oczy, ale osłonił je dłonią przed promieniami wschodzącego słońca. Mogiła okazała się tak samo wygodną poduszką, jak siodło. Mercedes jeszcze spała, oddychając miarowo, wtulając rumiany policzek w szeroką pierś kochanka. Pantera rozejrzał się wkoło: przewrócone krzyże, zdeptane mogiły – wszystko przypomniało o szaleństwie ich niedawnego, miłosnego uniesienia. Odsunął delikatnie głowę dziewczyny, składając rumiany policzek na jedwabnej, zrolowanej halce. Wstał, pozapinał rozdarty na piersi kaftan, wciągnął koszulę w spodnie. W kieszeni kaftana znalazł długie cygaro. Przygryzał je tylko zębami i rozgniatał w ustach: zabrakło pod ręką łuczywa. Spojrzał przed siebie. Dalekie zabudowania hacjendy wyglądały jak opuszczone: peoni odsypiali całonocną hulankę. Jaskółka szczypała soczystą trawę, rysującą turkusową wstęgę, wzdłuż srebrnej nitki strumienia. Ruszył wolnym krokiem ku ukochanemu stworzeniu. Pochwycił aksamitny tembr, płynący spomiędzy nagrobków:

– Wrócisz, Pantera? Jam teraz tu panią. Co moje, to i do ciebie należy. 

– Skór i mięsiwa naskładam, i wrócę. Wkrótce się pewnie, waćpanna, obaczym. Bywaj zdrowa!

Tyle powiedział Pantera. Pomachał tylko ręką, nie racząc nawet odwrócić głowy. Wracał do domu. Szedł na spotkanie z Jaskółką. Do jego uszu, przez czas jeszcze jakiś, dolatywały cichnące z każdym krokiem słowa: „kaper, zbójca, grasant, niecnota…”

 

17.

 

Jego wolność w zasadzie jest pewna, jeżeli dusza przetrwa tylko tę ścianę: powtarzał swoją maksymę tysiące razy. Ściana pękła, mur rozsypał się w drobny gruz. Całe jestestwo przeniknął słoneczny blask, przesączył słony szkwał. Stary dżin uniósł zgrabiałe ręce i wzbił się wysoko w powietrze, w przypływie świętej ekstazy. Wolność! Unikać przebiegłych czarnoksiężników, więżących dżiny w butelkach – pierwsza myśl oswobodzonego demona. Druga skupiła się wokół poszukiwań godnego na pomieszkanie ciała: po kilku postnych wiekach, spieszno mu było do uciech życia cielesnego. Niczego teraz goręcej nie pragnął, jak smaku jadła, słodyczy wina i ciepła niewieścich pośladków. Z perspektywy swojej wysokości znakomicie widział cały pokład i walające się po nim, gotowe do wzięcia ciała, pozbawione ducha. Zewłok, dzierżący pistolet w dłoni, wyglądał mu na mocarny – na taki, w którym czułby się pewnie, statecznie i… wygodnie… 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Mam nadzieję, że  nie tylko wytrzymasz chwilę w ogniu krytyki, ale szybko poprawisz tekst. 

To co zabija czytelniczy zapał to pierwsze linijki zapodanej opowieści. Jeśli zgrzyta , rzęzi i ledwo dyszy, wtedy masz zapewnioną absencję czytelnika w dalszej części opowiadania. 

Dlatego pierwszy akapit musi być śliczny, jak buzia noworodka, aż się chce przytulić, pogłaskać i uronić łezkę. 

Niestety, nie udało się. Mamy rozczłonkowane przez prowadzenie opisu ciało i przedmioty martwe. Prawa ręka do góry, lewa strzela, zamiast nogi mamy żywe, podkute buty po cholewy oraz sztywny kaftan co się opierał i na koniec klingę, co tańczyła…

Brakowało lewej i prawej nogi, głowy, być może też części intymnych lub odstających od ciała.  Prawda, ze absurd? Abstrahuje tez styl, który jest suchy, jakby dziennikarski. 

Reasumując, początek do gruntownej przebudowy. Inaczej zniechęcisz każdego do ulubionego ciągu dalszego. 

Oraz z zaimkozy da się wyleczyć, bo na razie tekst choruje od pierwszego wiersza. 

 

 

O, ciekawe doświadczenie. Dzięki za komentarz. Tekstu jednak nie zmienię. Opowiadanie jest, jakie jest. Zresztą, odnoszę wrażenie, że przeczytałeś jedynie początek. Suchym stylem (dziennikarskim) relacjonuję przebieg bitwy (jak korespondent wojenny), dalej zaczyna się poezja.

I znowu wypada mi wdać się w polemikę z iHomerem, jako że ani trochę nie zgadzam się z jego stwierdzeniem, że:

…początek do gruntownej przebudowy. Inaczej zniechęcisz każdego do ulubionego ciągu dalszego. 

Mnie początek nie dość, że się spodobał, to jeszcze zachęcił do dalszego czytania, tym samym zmuszając do lekkiej zmiany planów na popołudnie. Nie żałuję jednak, bo opowiedziana historia… No cóż, urzeka. Piękny, bynajmniej nie sztuczny ani nużący styl, bogactwo szczegółów znamionujące głęboką wiedzę Autora, błędy w interpunkcji i stylistyce tak nieliczne, że w żaden sposób nie wadzące w czytaniu, a za tym wszystkim nadzwyczaj zajmująca opowieść, której finał jest nie tylko wspaniały, ale też i całkowicie ratuje utwór przed zarzutem, że motyw piractwa zdaje się być tu na siłę wrzucony, byle tylko całość wkomponowywała się w ramy konkursu, co było wielkim, a miłym zaskoczeniem.

Słowem, mości Ambroziak, świetne Wam wyszło to opowiadanie, choć oczywiście nie doskonałe: Całkowicie pogubiłem się na początku drugiego rozdziału, gdzie misja stawała się karczmą, bohaterowie pojawiali się jakby znikąd, a karczmarz – choć zdaje się postacią blisko związaną z głównym bohaterem – pozostaje strącony w czeluści zapomnienia i niewiedzy, co nawet bardziej drażni niż smuci. Zasadniczo przez całą opowieść zgrzytały mi przejścia między scenami i bohaterami, co zasadniczo jest chyba najgorszym mankamentem tekstu.

Dziękuję za kawałek naprawdę dobrej prozy i powodzenia w konkursie.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Cieniu, dziękuję za odwiedziny i komentarz. Ciszę się, że opowiadanko nie zanudziło. Wiesz, te przejścia pomiędzy scenami i bohaterami, które Ci tak zgrzytały, były zamierzeniem celowym i miały wyjść teatralnie. Tłumaczyłem się z tego w słowie wstępnym. Chodziło mi o przybliżenie klimatu baroku, kiedy to powieść kiełkowała dopiero w cieniu dramatu. Generalnie, wszystko to – to takie moje eksperymenty z narracją.  

Każdy eksperyment powinien zakończyć się wnioskami, więc mam nadzieję, że mój poprzedni komentarz pomoże Ci dojść do tych właściwych.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Twoje odczucie jest oczywiście bardzo cennym doświadczeniem, ale poczekam jeszcze na opinie innych czytelników. Wiesz, ja na przykład rozczytywałem się starej noweli (i powieści) hiszpańskiej, i te pierwsze eksperymenty pisarzy z narracją uznaję za jej dyskretny urok.

Nawet nieźle się czytało, bo opowiadanie napisane jest bardzo porządnie, ale doznałam pewnego rozczarowania – jak na tekst konkursowy o piratach, dla mnie zbyt wiele tu korridy, za mało korsarstwa. Pierwsze skrzypce grają uczestnicy i wielbiciele barbarzyńskiego widowiska, piraci zostali zepchnięci na dalszy plan, stali się zaledwie tłem wydarzeń.

 

Pot, le­pią­cy ciało po ło­sio­wą skórą, zgęst­niał… – Literówka.  

 

„A, po­gań­skie ścier­wa za­kła­ma­ne! Ma­ho­met pić broni wier­ne­mu na ziemi, więc na morzu chle­je.…więc na morzu chle­je”.

Kropka po zamknięciu cudzysłowu.

 

No, przy­stań­my na tym, że po­tra­fię. – Pewnie miało być: No, poprze­stań­my na tym, że po­tra­fię.

 

I taki kru­chy… jak fi­li­żan­ka z fi­li­gra­nu.I taki kru­chy… jak fi­ligranowa filiżanka.

O filiżance z bardzo cieniutkiej, niemal przejrzystej porcelany, można powiedzieć filigranowa, tak jak o innych kruchych, misternych i bardzo delikatnych przedmiotach. Nie można mówić o filiżance z filigranu, bowiem filigran jest wyrobem złotniczym. Co prawda z filigranu można wykonać naczynie, ale z takiej filiżanki nikt niczego się nie napije.

 

Ra­mi­rez za­to­czył ręką szor­ki łuk, pro­sząc przy­jezd­nych do środ­ka. – Tu chyba nie chodzi o szeleczki, do prowadzenia pieska na smyczy. ;-)

 

…z lu­bo­ścią wty­ka­ją­ca nos w nie­swo­je spra­wy… – A czemuż to sprawy były markotne i osowiałe? ;-)

z lu­bo­ścią wty­ka­ją­ca nos w nie ­swo­je spra­wy

 

Mięso cięto na wą­skie pasy, ob­ta­cza­no w soli i wie­sza­no na drew­nia­nych rusz­to­wa­niach, po któ­ry­mi pło­nę­ły ogni­ska. – Literówka.

Czy płomienie nie imały się drewnianych rusztowań nad ogniskami?

 

Za ple­ca­mi każ­de­go uczest­ni­ka bie­sia­dy tkwił wiel­ki mu­rzyn –  Za ple­ca­mi każ­de­go uczest­ni­ka bie­sia­dy tkwił wiel­ki Mu­rzyn

 

…mie­rząc tymi kro­ka­mi dni, mie­sią­ce, lata swo­je­go wizie­nia. – Literówka.

 

…tor­re­ador pod­ju­dzał i oga­niał byka czer­wo­ną płach­tą… – Wolałabym: …tor­re­ador pod­ju­dzał i omiatał byka czer­wo­ną płach­tą

 

Pirat roz­sta­wił nogi i roz­warł sze­ro­ko dło­nie: rze­mie­nie po­stron­ki pę­ka­ły jak je­dwab­ne ni­tecz­ki. – Chyba miało być: Pirat roz­sta­wił nogi i roz­warł sze­ro­ko dło­nie: rze­mie­nne po­stron­ki/ rzemienie i postronki pę­ka­ły jak je­dwab­ne ni­tecz­ki.

 

…ob­le­czo­na ró­żo­wa­wą po­świa­tą, omi­ja­jąc mogły i krzy­że, su­nę­ła sen­nie ete­rycz­na po­stać Mer­ce­des.  – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale masz oko! Podziwiam! Wyłapałem kilka literówek przy autokorekcie, potem jeszcze kilka po publikacji, a tutaj – proszę. Dzięki!

A, Regulatorzy, jak już kiedyś napisałem komuś w komentarzu: konkurs trwa kilka tygodni, a literatura jest wieczna. Chodziło mi raczej o to, aby napisać coś ładnego, a konkurs był tylko pretekstem.

Tak, mam nawet dwoje oczu! Jeśli pomogłam, miło mi.

Czy gdybyś nie miał pretekstu, nie napisałbyś nic ładnego? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wiesz, chodzi o ten element motywacyjny… Chodzi ci po głowie pomysł na dobre opowiadanie, ale pracę nad nim spychasz na dalszy plan – obowiązki zawodowe, życie rodzinne, itp. A tutaj ogłaszają konkurs, wyznaczają termin nadsyłania prac – jest pretekst, jest zapał.

 

A na literówki masz jakiś patent, czy to wrodzona przypadłość? 

Poprawione.

 

Jeżeli chodzi o te ogniska pod drewnianymi rusztowaniami, to w ten sposób wytwarzano właśnie bukany, od których przezywano bukanierów. Rusztowania były wysokie, a ogniska raczej się tliły – w ten sposób mięso jednocześnie suszyło się, podpiekało i wędziło, czyli konserwowało, zyskując długą trwałość.

 

Co do kropki po cudzysłowie – to wiem, że reguły języka polskiego są sztywne. Podzielam jednak opinię tych językoznawców, którzy uznają niezłomność tej reguły za nielogiczną. Jeżeli cytujemy bowiem całe zdanie (lub dłuższy, złożony z wielu zdań, fragment tekstu, myśli czy wypowiedzi) i nie jest ono częścią zdania złożonego, to – logicznie – powinniśmy cytować je literalnie, w całości, gdzie kropka jest elementem cytatu. Pozwalam więc sobie pozostawić to tak, jak jest, jako drobną manifestację mojego buntu przeciwko nielogicznym zasadom interpunkcji.  

Przykład stylizacji z XVII wieku:

"Aż tam już radzą, jako się podszańcować, jako mury rąbać, a czym rąbać, nie wspomnieli. A siekiery kędy? Dopiero zaraz kazał strażnik spod chorągwie, żeby się rozjechali po wsiach o mil dwie albo trzy o przyczynie siekier. Jeszcze nie świtało, a już pięćset siekier na kupie nakładziono. Po owej robocie, jak się wojsko dorwało do ciepłej izby, kto kogo mógł złapać, lubo chłopa, lubo też kobietę, to zaraz odarł z koszuli, żeby się przewlec". 

Stylizację zastosowałem jedynie w dialogach. W mim odczuciu, stylizacja całego tekstu utrudnia odbiór utworu. No, chyba że mamy do czynienia z takimi mistrzami pióra, jak Sienkiewicz czy Łobodziński.

Czytało się miło i przyjemnie.

O, to miłe. Cieszę się, że udało mi się dostarczyć Ci kilku chwil przyjemności.

No, Ambroziaku, to jest niezły Meksyk… ;-) więcej – gdy będę przy komputerze. Soon.

 

EDIT:

Jestem przy komputerze, ha, szatańska maszinu!

 

Podobało mi się:

a) Klamra. Lubię takie klamry. No, prawie jaku Hitchcocka, gdzie (UWAGA! PRAWIE SPOILER) butelka zawieszona na ścianie w pierwszej scenie – w końcówce wybucha.

b) Pomysł. Przede wszystkim ta myśl przewodnia, porzucenia pirackiej tułaczki na rzecz innego życia, to zmęczenie materiału, ta chęć dotarcia dobrze do kresu. Bardzo melancholijna, tęsknota za zgodą ze sobą samym w cichości, pokoju ze światem. Ujmujące. Żre wątrobę. Gryzie za flaki. Ta emocja aż bije, w kontraście z wewnętrzną przekorą, niezgodą na narażenie młodego Diego…

c) Po dłuuugim (całe jedno piwo) zastanowieniu: poetyckie opisy. Z początku przeszkadzały mi w odbiorze, ale mimo wszystko wprowadzają leniwy, gorący klimat, rodem z meksykańskich upałów. Fakt, na początku musiałem się zmusić, by przebrnąć, ale potem… Potem wszystkie elementy znalazły swoje miejsce.

d) Przeplatana narracja – retrospekcja z teraźniejszością.

e) Zwycięzca bierze wszystko, w tym noc z piękną, rozpuszczoną damulką. Mniam. Życie boli. Przegranych. Smutne, ale prawdziwe :-)

 

Nie podobało mi się:

a) szczyt (spoiler alert! SPOILER RED ALERT!!!) azteckiej piramidy i wampiry. Mam automatyczne skojarzenie z “Od zmierzchu do świtu” i poczucie, że poszedłeś na łatwiznę. Szczególnie, że ożywienie Diego i propozycja Alexandra, moim skromnym zdaniem, w niczym w tej fabule nie są potrzebne, zważywszy na końcówkę. Niezwykłość Pantery i tak mogłeś podkreślić. Zepsułeś dramatyzm. Gdybyś został przy samym rytuale ofiarnym…

 

 

Faktycznie, więcej tu corridy niż piractwa, ale to jest bardzo dobry kawałek opowieści. Slap, sru, klepu klepu – masz mój głos na Bibliotekę.

 

DO poprawy literówka:

 

gospody ukazał się wielki brzuch satarego Ramireza

starego?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, dzięki za bibliotekę i za spojrzenie na to opowiadanko okiem wytrawnego konesera. (Dziękuję też za literówkę; zaraz poprawię.) Dałem tu odrobinę poezji, bo chciałem stworzyć nastrój. Skoro to wyłapałeś – znaczy, że się udało. Już się tłumaczę z rozwiązania fabularnego… Po pierwsze: nawiedzenie przez dżina nie miałoby należytego wymiaru, gdyby nie skutkowało zwycięstwem nad czymś niemal równie mocarnym i tak samo nadprzyrodzonym – na wampirami. Po drugie (co nawet może ważniejsze): wykorzystuję tutaj (nie przeczę, że inspirowany częściowo Tarantino) konwencję klasycznego westernu: “jeden przeciwko wszystkim”. 

Zapewne masz rację, tylko, wiesz, kultura aztecka nie wprowadziła do masowej świadomości żadnej charyzmatycznej postaci legendarnej, na mirę wampira czy dżina. Chodziła mi po głowie chupacabra, ale mam pomysł na inne opowiadanie z udziałem tego stwora.

Ambroziaku, to absolutnie twoje opowiadanie i ty decydujesz. Ja tylko “marudzę” z punktu widzenia konsumenta tekstu. To mi wydaje się, że nie musisz sięgać po ograny motyw wampira, by pokazać nadnaturalną zdolność Pantery. Dlatego wspominałem, że można nadać więcej lokalnego kolorytu opowieści, sięgając po mniej znany “bestiariusz” aztecki i nadal osiągniesz zamierzony efekt. Podkreślam, to moja, być może odosobniona, opinia. 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zgadzam się. Masz absolutnie rację! Też nad tym myślałem, hamowała mnie jednak obawa o nikłą rozpoznawalność herosów azteckiego panteonu. Mam jednak zamiar pociągnąć meksykańską tematykę, a wtedy będzie jeszcze więcej miejscowego kolorytu: chupacabra i azteccy bogowie.  

Di Jajko, dzięki za ocenę i głos na Bibliotekę! Jestem pod wrażeniem.

No i miałam tylko zacząć czytać, a wciągnęłam się jak w bagno. Jest w tym tekście coś hipnotycznego. Uwielbiam taką narrację, pozornie spokojną, a w rzeczywistości pulsującą emocjami, plastyczną, a w scenie corridy – doskonale oddającą chaos. Nie przepadam za prozą poetycką, ale Tobie, za pomocą właśnie tych plastycznych opisów, tych teatralnych, pozornie kiczowatych czasami zdań – udało się stworzyć magnetyczne opowiadanie. 

Trochę, w moim przypadku, napięcie siadło w momencie pojawienia się wampira. Miałam wrażenie, że stało się tak trochę na siłę. Portal fantastyczny, więc fantastyka potrzebna. I wydaje mi się, że można to było zrobić nieco subtelniej, bardziej w klimacie całego tekstu. Bo ten wampir to takie trochę walnięcie pięścią między oczy.

Ale, Ambroziaku, podobało mi się bardzo.

Ocho, dziękuję serdecznie za odwiedziny i lekturę!

 

Liczyłem po cichu na Twoją wizytę tutaj, wiedziałem bowiem, że opowiadanie przypadnie Ci do gustu. Nazwałem Cię kiedyś “autorem klimatycznym”; malujesz w swoich historiach nastój. Tu właśnie usiłowałem stworzyć klimat. Zrozumiałaś to dokładnie: kiczowaty, a jednak poetycki, klimat obrazów Goi – z bykami i zapaśnikami korridy w rolach głównych. Teatralność narracji, jak pisałem we wstępie, też jest efektem zamierzonym: nawiązuje klimatem do literatury barokowej, kiedy to królował dramat, a powieść kiełkowała dopiero, nieśmiało w jego cieniu.

Wampir (względnie podobna postać) był tutaj niezbędny do zaserwowania czytelnikowi twistera i czytelności puenty. Z jaką bowiem mocarniejszą istotą miałby się zmierzyć demon, dżin? To po pierwsze! A po drugie – końcowy twister osadza opowiadanie w kanwie westernu, gdzie główny bohater toczy samotną walkę przeciwko wszystkim.

 

Jeszcze raz – serdeczne dzięki! 

Bardzo ładnie napisane. Jest  klimat i imponująca dbałość o realia (a przynajmniej tak mi się zdaje, nie znam się na tamtych realiach). Pozdrawiam.

Z jaką bowiem mocarniejszą istotą miałby się zmierzyć demon, dżin?

Z azteckim bogiem, ambroziaku… Mówię ci, ten wampir jak pięść do nosa w tym tekście ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zygfrydzie, dzięki!

Pochłaniałem i pochłaniam pasjami literaturę iberyjską i latynoamerykańską. Zawsze pasjonowały mnie, jako zjawisko historyczne i fenomen kulturowy, “bycze sporty” – rodeo i korrida. Kiedyś opublikowałem nawet artykuł na ten temat. Starałem się tak odmalować realia tamtego życia, tamtych miejsc i czasów, jak sobie je wyobrażam. 

 

 

Pscho, masz rację, bez wątpienia. Tylko, zobacz: co powie szeregowemu czytelnikowi imię – Chalmecatecuhtli – azteckiego boga, przyjmującego ofiary z ludzkich serc? Przecież tego nie da się nawet wymówić!

 

Chociaż wampir to indywiduum z mitologii słowiańskiej, vampiro pozostaje powszechnym elementem kultury iberyjskiej. Wszyscy znamy też dżiny. Demony te też są głęboko zakorzenione w kulturze iberyjskiej, z uwagi na wielowiekową islamizację Półwyspu Iberyjskiego. 

 

Mam już na rozkładówce kolejne opowiadanie z serii meksykańskiej. Tam znajdziesz postać typową dla koloryty latynoamerykańskiego. Planuję wrzucić to pod koniec grudnia; zarobiony chwilowo jestem.

W tym przypadku zgadzam się z PsychoFishem, nie z Tobą, Ambroziaku. To nie jest rodzaj tekstu, który wymaga wprowadzenia elementu tak znanego czytelnikom, również z popkultury. W ogóle dla mnie ten tekst nie wymaga żadnego twistu, żadnego zaskoczenia – wystarczyłaby mi po prostu opowieść. Ale rozumiem, że coś trzeba było wprowadzić – i wampir pasuje niestety jak wół do karety. 

Och, Ambroziaku, oczywiście, że mówi! Mieszka na dziewiątym, od powierzchni licząc, z jakąś cizią i codziennie o jedenastej wyciska ludzkie serce do herbatki. Przecież to każdy przedszkolak wie, bo wiki jest o dwa kliknięcia sąd, wystarczy wkleić gościa w wyszukiwarkę… ;-) Ocho, tak tylko podpowiem, że nominowałem ten tekst, by zareklamować historię reszcie odwiedzających, ale głos jeszcze może mu się przydać…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W kwestii wprowadzania azteckiego boga, jestem jednak na nie. Owszem, wpuścić na scenę jakiegoś Chalmecatecuhtli i ozdobić opisem w stylu: “Cześć, jestem sobie Chalmecatecuhtli, starożytny aztecki bóg i chcę zjeść twoje serce” to nie sztuka. Problem polega na tym, że wampiry i dżiny już walczą ze sługami starożytnego azteckiego boga, więc nie kleiłoby się to kupy. Sługi boga, kontra ichni bóg, a na koniec i tak wygrywa dżinn. To może wprowadzić jeszcze innego boga? Za dużo zamieszania. A tak, to przynajmniej wiadomo, kto jest kim.

 

Poza tym Ocha ma rację – i bez twista ten tekst jest fenomenalny.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Kochani, Ocho i Psycho, cała ta dyskusja tylko mi uświadamia – jak czułym narządem jest wprawne oko wymagającego czytelnika. Dzięki Wam, innym koleżankom i kolegom, i aktywności na tym portalu, dowiaduję się rzeczy, o których autor nie ma bladego pojęcia, siadając do pisania. Obiecuję, że w innych opowiadaniach doprecyzuję szczegóły – tak, aby wszystkie elementy układanki pasowały idealnie do siebie, a nawet do kolorytu lokalnego.

 

Muszę się jednak wytłumaczyć… Zwróćcie uwagę, że twister robi tu trzy obroty. Z gospodarzem korridy już od początku jest coś “nie tak” i czytelnik ma prawo podejrzewać, że ten wywinie pod koniec jakiegoś psikusa. Łatwy łup dla czytelnika; niech się chłopak nacieszy! Potem – nagły zwrot akcji: oprawca staje się ofiarą. Ale to trick wyeksploatowany w literaturze i sztuce filmowej. Byłby do bani, gdyby nie trzeci obrót twistera: Pantera morduje wampiry. Totalna konsternacja – i puenta: nawiedzenie Pantery przez dżina.

Gdybym pominął jeden szczebel tej układanki, nie byłoby końcowego zaskoczenia, a puenta pozostałaby bez motywu.

No i ostatni aspekt, o którym mówiłem już wyżej: klasyczna konwencja westernu – jeden samotny przeciwko wszystkim niesprawiedliwym.  

– Co to jest potrójny agent?

 – To taki lepszy niż podwójny…

 

A u ciebie – no proszę – poczwórny ;-)

 

Ambroziaku, chyba pan sygnujący swoje książki godłem F. W. Kres pisał kiedyś: “Pamiętaj: słuchaj czytelników. Ale ich – nie słuchaj”. Czy coś w ten deseń. Co jeden, to nieco inna opinia, a kształt opowiadania i tak zależy od Ciebie i to ty podejmujesz decyzje.

 

Ale fakt, na nielogicznościach różnych punktują tutaj ostro… :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ambroziaku, kiedy pisałam, że ten tekst mógłby dla mnie istnieć bez twistów i takich tam, nie pisałam tego w formie sugestii tylko komplementu. Bo dla mnie on mógł się tak po prostu snuć. Ale rozumiem, że miałeś inne rozwiązania fabularne – i bardzo dobrze. Nie pasuje mi tylko i wyłącznie to, że nadprzyrodzona istota, którą wybrałeś, jest wampirem. Chyba zgadzam się po prostu z PsychoFishem – mogłeś wybrać coś bardziej pasującego do klimatu.

I tyle.

Jasne, jasne, Psycho. Co czytelnik – to gust. Jakby autor próbował uwzględnić każdą sugestię, we łbie by mu się pomieszało.

Na nielogiczności, na szczęście, nie dałem się tutaj przyłapać. Jedyne, co można zrzucić, to nietrafienie detalem w koloryt. 

 

Ocho, wiem, wiem… kochasz klimaty. Ja też za nimi przepadam, ale uwielbiam jednocześnie twistery.

 

Ocho, Psycho, zobaczcie: wampiry są żywym (nieźle to tutaj brzmi… “żywym”) elementem kultury latynoamerykańskiej. No, tyle że może w swojej bliźniaczej postaci – zombie (generalnie chodzi o żywe trupy). Oglądaliście “Węża i tęczę”?

Ambroziaku, piękne! Moim zdaniem to Twój najlepszy tekst, jaki opublikowałeś na NF. Teraz muszę już lecieć, ale dopiszę parę zdań później.

Dzięki, Rooms!

Ale ciepłe słowa. Aż się zaczerwieniłem – jak sztubak.

Duży plus za stylizację, do mnie przemawia, może barok nie jest moją ulubioną epoką, ale doceniam zabieg (osobiście kocham literaturę XIX wieku). Czytałam jednym tchem: poetyckie opisy mnie urzekły, a sceny akcji – wciągnęły (to pędzące na złamanie karku tempo!). Nie jestem wielbicielką corridy (wręcz przeciwnie), a udało Ci się przyciągnąć moją uwagę. Odnoszę wrażenie, że lubisz motyw wampira, bo dosyć często pojawia się w Twoich tekstach. Moim zdaniem mocno się zużył, jednak po części rozumiem, bo sama mam do tego motywu sentyment. Kompozycja świetna. Liczę na więcej tekstów w podobnym klimacie!

Mignęły mi w trzecim rozdziale “gagatowe oczy”, które miały być chyba agatowe.

"Węża i Tęczy" nie odnotowałem, więc pewnie nie. Dobre to?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rooms, serdeczne, serdeczne, serdeczne dzięki!

Teraz ja muszę lecieć, więc odpiszę coś sensownego po południu.

 

Psycho, film – super!

Pogadamy wieczorem.

Rooms, jeszcze raz dziękuję!

Też kocham literaturę dziewiętnastowieczną. W tym klimacie też pisuję i pewnie wrzucę coś z tego na portal. Jednocześnie pasjonuję się starą nowelą i powieścią hiszpańską. Gdzieś już pisałem, że zawsze fascynowały mnie (jako fenomen kulturowy) tzw. “bycze sporty” – korrida i rodeo. Opublikowałem nawet w prasie felieton na ten temat. Mój ukochany gatunek literacki i filmowy – to western. Tak więc i “Święto much” – to takie pokłosie tych moich wszystkich fascynacji. Nie pierwsze i nie ostatnie. Na mojej stronce internetowej (www.fantazja-sensacja-przygoda.pl) znajdziesz np. opowiadanie “Sprawiedliwi i nikczemnicy”. Tutaj też wrzucę kilka opowiadań w podobnym klimacie. Będzie sposobność poczytać – zapewniam.

 

Rooms, chodziło mi w tym zadaniu, dokładnie, o gagat. Agat jest kolorowy. Istnieje niby czarno-biała odmiana agatu, tę zwykło się jednak nazywać onyksem. Gagat to forma węgla brunatnego o jednolitej strukturze i czarnej barwie, wykorzystywana jako materiał zdobniczy. 

 

Jeszcze raz serdecznie dziękuję i pozdrawiam!

Psycho, “Wąż i tęcza” to jeden z najlepszych horrorów, jakie oglądałem. Ambitny, psychologiczny. Młody, amerykański naukowiec przybywa na Karaiby, by badać fenomen zombifikacji. No i się zaczyna… 

O, brzmi bardzo dobrze ;-) 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Widzisz, człowiek to się przy Tobie jeszcze czegoś nauczy… Czy w innym fragmencie Mercedes nie miała niebieskich oczu? Trochę się zamotałam :) Dziękuję za miłą lekturę i liczę na więcej.

Nie. Na pewno nie. Czarne oczy rasowej kreolki. Tak mi się zdaje, ale jeszcze raz przejrzę tekst – na wszelki wypadek.

W starej literaturze cenię właśnie też aspekt edukacyjny. Historii, geografii, etnografii nauczyłem się z książek, nim jeszcze dotknąłem tych przedmiotów w szkole.

 

Psycho, polecam. Bardzo dobry film! Wydaje mi się, że powinien być na “zalukaj”.

Ponieważ jestem okropną paplą i utrzymanie tajemnicy wiążę się u mnie z fizycznym i psychicznym cierpieniem, to wypapluję, że nominowałam w wątku loży ten tekst do wyróżnienia piórkiem.

Ocho, serdeczne dzięki! A, serdeczne podziękowania dla Rooms i Psycho, wszystkim za to samo – za nominację do piórka.

 

Słuchajcie, dopiero po tym ostatnim wpisie Ochy pogrzebałem w portalu i odszukałem wątek, w którym nominuje się do tych piórek. Wcześniej jakoś się tym nie interesowałem. Myślałem, że decydują o tym członkowie loży lub Michał Cetnarowski, lub może jeszcze ktoś inny. Dopiero teraz skumałem jeden z wcześniejszych wpisów Psycho.

 

Bardzo Wam dziękuję!

Ambroziaku, gdybyś to ty napisał Sagę Zmierzch, nie stałaby się ona synonimem tandety :) Doskonałe opowiadanie. Jak zwykle świetnie poprowadzona fabuła, ciekawy zwrot akcji na końcu (aż mi się przypomniało “Z mroku” D. Webera). W interesujący sposób wykreowałeś swoje postaci. Pochwały należą się również za stylizacje i odwzorowanie realiów kulturowych, widać, że mocno się do tego przyłożyłeś. Nie pasowała mi tylko ta “impreza”, nie kojarzę zbytnio etymologii tego słowa, ale jak dla mnie jest zbyt nowoczesne. Opisy są bardzo plastyczne i mocno działają na wyobraźnię.

 

Przeniósł wzrok na Panterę, rzucając w jego kierunku butenie wypowiedziane słowa

Chodziło o but-1-en, cis but-2-en czy trans but-2-en? A może "butnie"? ;)

 

Ode mnie 6 gwiazdek.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Cóż za ciepłe słowa. Bardzo mi miło. Serdeczne dzięki, Wicked! Ciszę się, gdy trafiam moimi wypocinami w gust wymagającego czytelnika. Wiesz, cieszy autora, gdy z jego mozołu wynika dla kogoś radość.

 

Impreza to słowo zapożyczone z włoskiego. W dosłownym znaczeniu – przedsięwzięcie. Dzisiaj raczej – przedsiębiorstwo. Bardzo często używane w literaturze barokowej, zarówno w znaczeniu widowiska, jak też jakiegokolwiek przedsięwzięcia. Współczesny slang młodzieżowy zawęził semantykę tego słowa do hulanki, z czego też wynika pewnie jego popularność i nowoczesne brzmienie.

 

Butnie – nie chodziło o gaz, oczywiście. Dzięki za bystre oko! Poprawione!

 

A, Wicked, serdeczne dzięki za szóstkę i zgłoszenie do piórka! Pozdrowienia!  

 

 

Ambroziaku, nie przepadam za piratami i korridą, ale to opowiadanie uważam za intersujące. Przeczytałem je z przyjemnością i przykuło moją uwagę, a to nie jest codziennością, bo ostatnio czytam sporo horrorów/dark fantasy.

W kwestii pojedynku wampir vs aztecki bóg będę milczał. Uważam, że autor sam wie kogo wita i kogo gości w swojej wyobraźni. Dla mnie było okej, choć odczuwam znużenie wampirami (i zombiakami). Dżin to fajny pomysł . ;)

 

My typewriter had turned mute as a tomb.

Brusie (pozwól, że tak Cię będę nazywał, gdyż Twojego nicka nie idzie, za żadne skarby, zapamiętać), serdeczne dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Przypomniałem sobie Twoją osobę i Twoje opowiadanie… Pytałeś o postać, wzbudzającą sympatię i wartą zapamiętania. Zapamiętałem tego pół-wampira, pół-idiotę – fajny pomysł. Widzisz, obaj mamy słabość do wampirów. 

Haha… Może być i Brus. To mnie uradowałeś. Cieszy mnie, że zapamiętałeś mojego bohatera.

U mnie ten pół-wampir był efektem znużenia wampirami w stylu Edwarda ze “Zmierzchu“ (profanacja!).

My typewriter had turned mute as a tomb.

Faktycznie: literatura romantyczna, a za nią – popkultura, przedstawia wampira najczęściej jako istotę dostojną i wybitnie inteligentną. Jego durnowatą permutacją ma być chyba zombie. Ale Twój pomysł musiał być udany i oryginalny, skoro czytelnik zapamiętuje postać.  

Hmmm. Nie nazwałabym tego horrorem. Dwóch wampirów gatunku nie czyni.

Początkowo miałam wrażenie, że przez dwie trzecie tekstu nic się nie dzieje (nie, ja nie jestem klimatyczna), ale końcówką uratowałeś opowiadanie, okazało się, że te wszystkie opisy były sensowne, a może nawet potrzebne.

Ja tam byłabym za azteckim bogiem.

Słonce toczyło wolno czerwona kulę

Literówka.

kundle posprzeczały się wyniuchany pod stołami gnat.

Czegoś tu brakło.

Nijak nie mogłam sobie wyobrazić, jak bohater zdołał łokciami i kolanami opleść rogi byka i jeszcze go przy tym ścisnąć.

Po długim namyśle jestem na tak.

Babska logika rządzi!

Finklo, nie masz pojęcia, jak mi miło, że tutaj wpadłaś.

 

Wiem, że nienawidzisz horrorów i westernów. Nie przepadasz też za klimatami. Niedawno to sobie wyjaśnialiśmy. Dlatego nawet nie próbowałem, jak widzisz, zwrócić Twojej uwagi na ten tekst. Bardzo mi miło, że sama tutaj trafiłaś. Tym bardziej więc się cieszę, że nie znudziłem Cię tym opowiadaniem. Twoje “tak” liczy się dla mnie podwójnie.

Podobne sztuczki, z zaplataniem łokci i kolan na rogach, pokazują nieraz kowboje podczas rodeo, gdy powalają byka, skacząc na niego z siodła.

Dzięki za literówkę. W tym zdaniu brakowało “o”.

 

 

Tekst nominowany, to musiałam. ;-)

Kowbojskich sztuczek też nie oglądałam. Dałoby się to opisać tak, żeby nawet ktoś nie znający tematu załapał? Bo nijak nie potrafię sobie wyobrazić, co ten facet z bykiem zrobił.

Babska logika rządzi!

Fakt! Kto oglądał spektakl rodeo, ten wie. Kurcze! Zabiłaś mi ćwieka. Nie mam pojęcia, jak opisać to bardziej obrazowo…

Narracja tegoż opowiadania to już naprawdę wysoka półka. Dlatego lektura każdego zdania była ucztą. Trochę gorzej – ale to pewnie mój gust, a o gustach… wiadomo:) – było z treścią. Po namyśle postanowiłem, że wezmę pod uwagę tylko Twój kunszt pisarski i dlatego jestem na tak.

Pozdrawiam

Mastiff

Bohdanie, serdeczne dzięki za “tak” i wyjątkowo cieple słowa!

 

Staram się. Wiesz, nie Ty jeden nie przepadasz za podobną treścią. Finkla np. nienawidzi westernów i horrorów. Co ja biedny zrobię, że kocham Dziki Zachód i wampiry? Eee, może te moje westernowe opowiadanka stworzą tu jakaś niszę? Zresztą, nie tylko westerny pisuję – i zamierzam publikować tutaj rozmaite moje eksperymenty literackie.

 

Podziękowania i pozdrowienia. 

Finklo, napisałem “horrów/dark fantasy”. Święto much ulokowałbym po stronie dark fantasy. Również zgadzam się z tym, że przysłowiowe “dwa wampiry” horroru nie czynią, jednak klimat opowiadania i “dwa wampiry“ (w tym przypadku) czynią dark fantasy.

Przykładowo “Wywiad z Wampirem“ to dla mnie właśnie dark fantasy, a nie horror.

My typewriter had turned mute as a tomb.

Wiesz, Brusie, generalnie wiele utworów wymyka się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. Zgodzę się, że “Wywiad z wampierem” nie jest horrorem. Faktycznie – to raczej dark fantasy. A to z tego powodu, że w filmie tym (czy książce) nic nas nie straszy, a odnajdujemy tam tylko (lub aż) uroczą historię trójki istot fantastycznych, z ciemnego obszaru mocy. W “Święcie much” próbowałem troszeczkę postraszyć, więc mamy tutaj elementy horroru, chociaż nie wiem – na ile mi się to udało.  

Ambroziaku to jak zaklasyfikujesz swój tekst to oczywiście Twoje prawo. Myślę, że dark fantasy również zawiera element straszenia. Osobiście mam wiele dystansu do klasyfikacji, więc nie będę w tym miejscu kruszył kopii o to. Chciałem tylko wyjaśnić jak widzę tę sprawę odnosząc się do komentarza Finkli, która zapewne uznała, że dla mnie “dwa wampiry“ = horror. Na mojej podziałce “Święcie much“ bliżej do dark fantasy niż horroru. Bliżej nie oznacza, że jest to w 100% dark fantasy (niech przykładem wzorcowym będzie tu saga o Kane’ie pióra Karla Wagnera). Skoro sam napisałem o klimatach, w których się poruszam, to uznałem za stosowne doprecyzowanie własnego stanowiska w tym kontekście.

Od czasu do czasu lubię podywagować sobie na temat tych podziałów, aczkolwiek bez nadętego “prze-sadyzmu”. Kończąc pisać ten komentarz przypomniałem sobie słowa Stephena Kinga. O ile dobrze pamiętam to powiedział kiedyś, że nie ma znaczenia jak on sam postrzega swój utwór… i tak w bibliotece wyląduje na półce “horror”.

Zainteresowanych klasyfikacjami odsyłam do wątku na forum nt. Dukaja, gdzie podrzuciłem link do jego świeżego tekstu dotyczącego sci-fi i podziałów gatunkowych w kinie i literaturze. Punktem wyjścia dla tej refleksji jest Interstellar Nolana.

My typewriter had turned mute as a tomb.

Cholera, ten komentarz miał być zwięzły. :/

My typewriter had turned mute as a tomb.

Ch4y01ia2, o swoich wątpliwościach co do klasyfikacji pisałam do Autora.

Babska logika rządzi!

O, był zwięzły: w kilku słowach udało Ci się wyartykułować niezwykle szeroką kwestię.

 

Należy się zgodzić z Kingiem, że każda klasyfikacja jest tylko przypięciem etykiety. Natomiast wydaje mi się, że Finkli chodziło o to, iż te dwa wampiry wcale jej nie przestraszyły. A horror, z definicji, powinien straszyć, za pomocą jakichś mocy nadprzyrodzonych. (Może Finkla tu jeszcze wpadnie i nam to doprecyzuje…)

Literatura to nie film, więc trudno w niej straszyć, przynajmniej w powszechnym rozumieniu tego zjawiska. Nie mamy tutaj dźwięku i obrazu; dźwięki musimy opisać, obrazy odmalować piórem. Chodzi raczej o stworzenie klimatu napięcia i niepokoju, wyczekiwania… Autor próbuje, a czytelnik – albo się boi, albo tylko uśmiecha. 

O, Finklo, jesteś… Dzięki!

Tak, horror powinien straszyć być strasznie nudny. I dwa wampiry nie gwarantują tego efektu.

Babska logika rządzi!

Hm, może troszeczkę nadinterpretuję, Finklo, ale wydaje mi się, że mogę potraktować Twoje słowa jako komplement…  

Osiągnąłeś, Ambroziaku, coś niebagatelnego – napisałeś tekst, który jest jednocześnie absolutnie świetny i absolutnie fatalny. 

Z jednej strony mamy świetną kreację świata, po której widać, że jest konsekwentna, przemyślana i dopracowana. Mamy ciekawą stylizację, która nie jest może idealnym odzwierciedleniem mowy tamtego okresu, ale bardzo dobrze wpasowuje się w klimat opowiadania. Mamy też również świetny styl, który czyta się z przyjemnością i bez zgrzytów.

Z drugiej strony mamy konstrukcję tekstu, która leży na ziemi i obficie krwawi. Z akapitów korzystasz w sposób absolutnie dla mnie niezrozumiały, a przejścia akcji pomiędzy poszczególnymi punktami są momentami bardzo niefortunne. No i te retrospekcje. Rozumiem, że mamy de facto trzy wątki fabularne w opowiadaniu i rozumiem, że są pofragmentaryzowane – to jest ok, fragmentaryzacja jest fajna i też jestem jej zwolennikiem. Nie rozumiem natomiast, dlaczego wstawki retrospekcyjne powtykane są pomiędzy części głównego wątku właściwie losowo i dlaczego nie są wyróżnione w żaden sposób. To bardzo wybija z rytmu czytania, a wystarczyłoby zaznaczyć retrospekcje kursywą, oddzielić kropkami, lub stosować w nich inny czas narracji.

No i jeszcze historia. Ech. Zaczyna się fajnie, kończy fajnie. Mamy klamrę narracyjną, wszystko zostaje wyjaśnione – pięknie. Ale na bogów, po cóż ci właściwie były te wampiry? Po co wprowadzasz jakiś element fabularny, by pozbyć się go jeszcze w tym samym niemal akapicie? Rozumiesz, akcja toczy się swoim rytmem i nagle – szast prast – wampiry, a po chwili – szast prasy – nadludzka siła głównego bohatera. To zgrzyta, zwłaszcza że Bogiem a prawdą skoro Pantera był mocarnym dżinem, sam mógł przecież wykaraskać się z opałów w kaplicy. 

No ale nic to, wrażenie tak czy inaczej pozostaje pozytywne.

Vyzart’dzie, serdeczne dzięki za lekturę, wnikliwą analizę, trafne spostrzeżenia i tak obszerny komentarz.

 

Dostrzegłeś dokładnie to, co chciałem, aby zobaczył czytelnik, tyle że wyraziłeś wątpliwości, co do celowości owego zabiegu. Spieszę więc z wyjaśnieniami…

 

Przede wszystkim – są to moje eksperymenty z narracją i fabułą, wynikające ze znudzenia szablonami i schematami. Podobno nie ma nieciekawych historii, są tylko nieciekawie opowiedziane. Próbuję wymyślać ciekawe historie i ciekawie je opowiadać. Czy to się udaje? Tego autor nie jest w stanie ocenić…

Ta historia miała, z założenia, trzymać się w mirę daleko od schematów i szablonów. Zwykle mamy do czynienia z budowaniem fabuły w układzie dramatycznym, gdzie część wstępna charakteryzuje nam sylwetki bohaterów, rozwinięcie zawiązuje i gmatwa fabułę, punkt kulminacyjny owocuje jakimś zaskoczeniem (twisterem), a zakończenie wycisza podniesione do zenitu emocje. Tutaj mieszałem w utartym ordynku, dając pogmatwane spojlery do końcowego twistera, a samemu twisterowi nadałem kilka obrotów, w opozycji do konserwatywnych twisterów, obracających akcję nawet o sto osiemdziesiąt stopni, ale tylko jeden raz. Gospodarz jest od początku podejrzany, więc czytelnik spodziewa się kłopotów z jego strony. To pierwszy obrót, a zarazem łatwy łup dla czytelnika. Potem drugi obrót – oprawca staje się ofiarą. I trzeci obrót – główny bohater wychodzi z kłopotów. I właśnie do tych dwóch tricków potrzebowałem wampirów. A zakończenie wyjaśnia nam źródło nadludzkiej siły Pantery, a do tego dwa wyżej pokazane obrazy (spojlery), pozornie nie związane z głównym nurtem fabularnym, a faktycznie tworzące jego fundament.

I jeszcze jedna rzecz, o której też wyżej pisałem: wyznawcy azteckich bogów i wampiry były mi potrzebne do osadzenia opowiadania na klasycznej kanwie westernu – samotny sprawiedliwy przeciwko zgrai nikczemników. 

Dlaczego Pantera od razu nie wykaraskał się z opałów w kaplicy? Tekst to dokładnie wyjaśnia: nie bardzo interesowało go w danej chwili to, co działo się wokół. Przeżywał śmierć młodego torreadora i rozmyślał nad nicością bytu ludzkiego. Nie czuł się specjalnie zagrożony, świadom swoich mocy. 

 

Jak zawsze troszkę spóźniony, ale u celu. Jak i obiecałem, ambroziaku, tak przeczytałem.

Cóż, przyznam szczerze, że językowy to majstersztyk. Fabularnie nie odnalazłem się zbytnio, albowiem walki byków to nie do końca moje klimaty. Brew uniosła się lekko, kiedy trup zaczął ścielić się gęsto, a do gry wkroczyły wampiry. Nie przypadł mi jednak do gustu, dość deus ex machinowe wyjaśnienie nadludzkiej siły Pantery. Ogólnie rzecz biorąc – opowiadanko na poziomie, chociaż raczej nie moje klimaty.

Udzielasz może korepetycji z zasobu słownictwa? ;)

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Gnoomie, stary druhu, dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Rozumiem, że opowiadanie nie porwało rasowego czytelnika fantastyki, bo to raczej coś dla miłośników westernów.

 

Wiesz, piszę raczej intuicyjnie, a zasób słów zostaje w głowie po tonach literatury barokowej i sentymentalnej. Michał Cetnarowski zarzucił mi nawet, że – z uwagi na ilość przymiotników – “Święto much” zahacza o manieryzm. Tłumaczyłem, że to zabieg zamierzony, mający na celu przybliżenie klimatu epoki. Manieryzm jest bodaj najbardziej rozpoznawalną cechą baroku. Ale nie czuję się na siłach, udzielać korepetycji. Farmaceutą jestem z wykształcenia.

 

Pozdrowienia.  

 

 

Udzielasz może korepetycji z zasobu słownictwa? ;)

Rzeczywiście rzecz warta podkreślenia i naśladowania: Ambroziaku, masz bardzo bogaty zasób słów i z finezją z niego korzystasz.

To posłodziłam i pogłaskałam, aż strach, jakie będą tego konsekwencje :-)

Rooms, aż się zaczerwieniłem… Dziękuję!

 

Eee, w wirtualnym świecie to możemy się głaskać bez konsekwencji.

To i ja dosłodzę trochę i powiem, że chciałbym choć w połowie tak biegle posługiwać się mową ojczystą, co niektórzy farmaceuci. ;)

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Gnoomie, dzięki!

 

Ale posłodziliście… Jeszcze od tych słodkości dostanę diabetes mellitus. Chodzi oczywiście o cukrzycę typu drugiego. Uprawiam woltyżerkę polskim, a zapominam łaciny. Ta przydatniejsza w moim zawodzie. No, chyba że zmienię zawód lub przynajmniej poszerzę kompetencje.

Och, ambroziaku, jedna drobna usterka, której się dopatrzyłem w rozdziale siódmym:

wraz (z+) pierwszym promieniem Słońca.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

OK! Dzięki. Przyjrzę się temu.

Gnoomie, faktycznie – zet brakowało. Poprawione. Dzięki!

Bardzo dobry tekst. Byłam w Hiszpanii i klimat Twojej opowieści jak dla mnie idealnie oddaje nastrój tego kraju. Język, nazwiska, morze (choć w nie dużej ililości) pobudziło wyobraźnię. Ach, no i korrida oczywiście. :) Piórko jak najbardziej zasłużone. Żałuję, że tak późno do tego tekstu dotarłam. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Najbardziej lubię pisać coś, czego klimat czuję. Szczególnie mi miło, gdy klimat ten czuje też potem czytelnik. Też jestem rozkochany w hiszpańskich klimatach i generalnie kulturze iberyjskiej. Cieszę się, że trafiłem do Twego serca, Morgiano, tym tekstem. Pozdrawiam! 

klimat ten czyje

 

Czyje? Nie wiem. Może moje?

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Eee… “y” i “u” egzystują na klawiaturze zgodnie, obok siebie. Palec się omsknął. Poprawione. Dzięki!

Nowa Fantastyka