- Opowiadanie: jacek001 - Zew Minotaura

Zew Minotaura

Specjalne Podziękowania dla: BogusławaEryka, rooms, bemik, wiwi, Adama KB, thargone, S. Leiss – bez Was i bez Waszego szalonego głosowania pod szukanie/wołanie – nie byłoby tego tekstu.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Zew Minotaura

 

Nie lubił światła. Może dlatego, że wychował się w tej części świata, którą przez większą część roku skrywały jesienne mgły i zimowe zawieruchy. Klimat, choć łagodny, zbyt często oddany był na pastwę kapryśnych humorów oceanu, przynoszących niespodziewane zmiany pogody. Dorastał w wielkim, wiktoriańskim domu, który tylko przez przypadek nie uzyskał szacownego miana hacjendy. Budynek był stary i piękny. Podobno jego historia sięgała dwustu lat wstecz; wspomnienia przeszłości wsiąkły w drewno konstrukcji, w belki stropów i fundamenty. W ponad połowie pomieszczeń pozaciągane były grube kotary, przez które z rzadka przebijały się smętne poblaski słonecznego światła. W ponure, pochmurne dni dom tonął w całkowitym mroku, który zdawał się mieć własną wagę, temperaturę, zapach. Gdy przechodził długimi korytarzami z jednego skrzydła posiadłości do drugiego, wydawało się, że ciemna, duszna atmosfera wnętrz wiąże niewidzialne pęta wokół nóg, kładzie na karku okrutny i bolesny ciężar, przyginając kręgosłup do podłogi. Drewniane klepki skrzypiały pod naciskiem ciężkiego, apatycznego ciała, suchy kurz unosił się w snopach przyczajonego światła, przemykając pomiędzy na wpół przymkniętymi powiekami okiennic.

Nie lubił światła – nie znosił też mroku. Ciemność nigdy nie kojarzyła mu się z czymś dobrym. Zanadto ją znał, zbyt wiele od niej doświadczył, aby zachować wobec jej cichego majestatu choćby pozór obojętności. Odraza do cieni zalewających dom narastała w jego duszy wraz z nowymi doświadczeniami. Nie widział sensu w ucieczce przed aurą panującą w rodzinnych progach. Za dużo łączyło go z tym miejscem, zaczynając od dziadków i rodziców, skończywszy na ciemnych, olejnych portretach pradawnych przodków. Ciche świadectwa pamięci zawieszone na ścianach uważnie wpatrywały się w mrok. Cenił słodki zapach bibelotów zalegających zakurzone szuflady komód. Podświadomie wiedział, że im bardziej będzie pragnął wyrwać się stąd, tym mocniej willa zwiąże go ze sobą niewidzialną nicią tajemnych zależności. Czy to prawda, że nic tak mocno nie łączy ludzi jak wspólny sekret? Było w tym miejscu coś, co przyciągało, co nieustannie kazało być tu – i czekać na coś niesamowitego. Ten opuszczony, niegdyś tętniący życiem budynek, krył w sobie mroczną tajemnicę. A on, chcąc nie chcąc, stał się jej zakładnikiem i strażnikiem jednocześnie.

Wśród najbliższego sąsiedztwa dom uznawano za opuszczony. Lokator zachowywał się bardzo dyskretnie. Wyrobił sobie wiele nawyków, które umożliwiały mu bycie niemal niewidocznym dla postronnych obserwatorów. Geometryczny rozkład pokoi, korytarzy, strychu i piwnic dopasował swój mroczny charakter do jego upodobań, sympatii i antypatii. Tworzyli razem swoisty ekosystem, w którym pożerany był również konsumującym.

Nie znosił hałasu. Był dla niego udręką. Odczuwał go boleśnie. Każdy huk, nagły trzask przyprawiał o szybsze bicie serca, a w oczach pojawiał się strach, przeradzający się nieraz w nieuzasadnioną panikę. Nigdy nie nastawiał głośno muzyki, unikał zgiełku i rozentuzjazmowanych ludzkich skupisk. Wyczuwał blichtr takich zachowań – rozumiał jak mało wspólnego mają z prawdą o twardym życiu.

Nienawidził hałasu – nie przepadał za ciszą. A może zwyczajnie się jej bał. Martwota i bezgłos zawsze zwiastowały coś złego. Stanowiły zapowiedź tego, co może nadejść nieuchronnie. Teraz, będąc tu sam, w ogłuszającej cichości wnętrza wiktoriańskiego domu, zdawało mu się słyszeć własne lęki, które odbijane echem od każdej napotkanej przeszkody docierały do jego umysłu ze zwielokrotnioną mocą. Każdy dźwięk, szmer, szelest przywodził na myśl konkretne skojarzenia. Kawałek po kawałku, słowo po słowie, odtwarzał w pamięci wszystkie spędzone w tym miejscu lata, układając je w różnobarwną mozaikę wspomnień. Uczucia, z których w jednej chwili – jak po silnym podmuchu oceanicznego wiatru – zrzucony został pogrzebowy całun, odżyły teraz z potężną mocą, mieniąc się sepiowymi odcieniami zachodzącego słońca. Obraz dzieciństwa i wczesnej młodości jawił się w jego umyśle niczym tęcza odmalowana nagłym rozbłyskiem słońca na deszczowym niebie. Falę emocji i doznań, jakich doświadczał, przebywając w tym domu, intensyfikowały jeszcze bardziej zapachy, których woń był w stanie wydobyć z głębi podświadomości, z przywołanych odczuć pamięci. Chłonął energię tego miejsca wszystkimi dostępnymi zmysłami, jego dusza splatała się z nią w mocnym namiętnym, niekończącym się pocałunku.

 

***

 

– Czy ta posiadłość od dawna jest wystawiona na sprzedaż? – Ivett uważnie obserwowała pogodną twarz pośrednika nieruchomości. Szpakowaty mężczyzna w błękitnej koszuli uśmiechnął się wylewnie i jeszcze raz, patrząc zza mocnych szkieł okularów, przejrzał dokumenty.

– Z tego, co widzę… od pięciu miesięcy. Tak mi się wydaje. – Zawiesił na chwilę głos, przeglądając uważnie papiery. – Było kilku zainteresowanych, ale dość szybko rezygnowali. Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, jak trudno dziś sprzedać tak duży i stary dom. Rynek nieruchomości pęka w szwach, wciąż jest mało stabilny, a to nie jest parcela, na której można szybko i dużo zarobić. Nie każdy jest w stanie docenić uroki wynikające z mieszkania w naprawdę wiekowej, wiktoriańskiej willi wymagającej gruntownego remontu.

– Niewątpliwie, umie pan przekonywać klientów do ryzykownych transakcji – Ivett nie zdołała ukryć sarkazmu.

– Gdybym miał do czynienia z typowym spekulantem, rozmawiałbym inaczej. Ale pani – zawahał się na moment, patrząc w oczy Ivett – wydaje się inna: nie szuka łatwego zarobku na świeżo odmalowanym domku posadzonym na widowiskowym klifie. Pani po prostu chciałaby tu zamieszkać. Providence to magiczne miasto, a ten klif istotnie robi wrażenie. Niektórzy mówią, że była tu kiedyś farma czy stadnina.

– Stadnina na klifie? Kuriozalne przedsięwzięcie. – Ivett przyjrzała się jeszcze uważniej facetowi w błękitnej koszuli. Zastanawiała się, na ile ten człowiek jest zafiksowany na szybkie ubicie z nią interesu i czy chociaż stara się zachować jakiekolwiek pozory prawdomówności. Uznała, że ma do czynienia z zawodowym łgarzem, któremu nieobce są techniki manipulacji. Być może jakimś cudem dowiedział się kim jest i czym się zajmuje a teraz próbował ją zaintrygować nieistniejącymi artefaktami przeszłości. Historia Providence świetnie się do tego nadawała. Sam dom też miał z pewnością duży potencjał.

– Myśli pan, że chcę tu zamieszkać? Skąd ten pomysł? To przecież istne odludzie. Do miasta jest stąd około trzech mil, a dom ledwo nadaje się do zamieszkania. Zdaje pan sobie sprawę, że…

– Jest coś, o czym powinna pani wiedzieć. – Pośrednik uniósł brew i spojrzał na nią z wyraźnym zainteresowaniem.

Ivett znieruchomiała, teraz zaciekawienie powoli przeradzało się w zdumienie zmieszane ze wściekłością. Nie znosiła, gdy ktoś jej przerywał. Nie lubiła, gdy ktoś patrzył na nią w taki sposób. Pośrednik wyraźnie przegrywał decydujące starcie.

– W tym domu mieszkał H. P. Lovecraft. Tuż przed swoją śmiercią przeniósł się tu na kilka tygodni. Niektórzy badacze twierdzą, że było to jego ostatnie miejsce zamieszkania.

Zapadła głęboka cisza. Ivett poczuła delikatne, nieustępliwe brzęczenie w uszach. Głos uwiązł jej w krtani. Znała dobrze biografię Lovecrafta – w żadnej z nich nie znalazłaby nawet śladu bytności pisarza w tym miejscu. Zastanawiała się, czy facet blefuje. A może zwyczajnie chciał przyciągnąć jej uwagę?

– Oczywiście, mam niezbity dowód. – Pośrednik uśmiechnął się chytrze, uprzedzając pytania Ivett. – W głównym archiwum Providence odnajdzie pani niejakiego Toma Hendersona, który zajmuje się działem starych rejestrów medycznych. Staruszek nie pozwala się oderwać od biurka, chociaż już dawno powinien przejść na zasłużoną emeryturę. Coraz bardziej niedomaga na zdrowiu, ale jeśli chodzi o sprawy związane z pisarzem, kojarzy fakty sprawniej niż niejeden dwudziestolatek. Lovecraft wylądował w miejskim szpitalu na trzy tygodnie przed śmiercią. Niech pani zgadnie, jaki adres został wpisany do szpitalnych akt?

Ivett przełknęła nerwowo ślinę, odgarnęła z czoła kosmyk czarnych włosów, przygryzła wargę. Oczywiście, musiała to sprawdzić. Jako zawodowa pisarka i historyczka literatury z wykształcenia nie mogła poddać się bez walki.

Po trzech dniach Ivett Daniells stała się dumną właścicielką zapomnianej posesji na klifie. Najwidoczniej Lovecraft czuwał nad przebiegiem całej transakcji.

 

***

 

Kilka dni później, korzystając z pomocy firmy przeprowadzkowej, pojawiła się w świeżo nabytym domu. Szybko załatwiła formalności związane z poprzednim mieszkaniem w Nowym Jorku. Nie chciała wracać do starych spraw, zamknęła je raz na zawsze. Nie pozostawiała sobie możliwości odwrotu. Spaliła wszystkie mosty, chcąc odciąć się od dawnego stylu życia.

Gdy stanęła na progu willi, trzymając w dłoniach starodawny klucz, czuła się jak tolkienowska wróżka, stojąca u wrót wyśnionego królestwa. Odczuwała niezwykłą ekscytację i poruszenie. Wiązała ogromne nadzieje z tym miejscem. Miała to być bezpieczna przystań, z dala od zgiełku metropolii, gdzie nie dosięgną jej echa przeszłości i wspomnienia przedłużającej się sprawy rozwodowej. Właśnie teraz, jak nigdy dotąd, potrzebowała ciszy i spokoju, by na nowo poskładać swój świat. Dla kobiety, żyjącej w ciągłym stresie i pośpiechu, monotonia i rutyna tego odludzia przybierały kształt błogostanu. Męczyło ją szybkie tempo życia w zatłoczonym mieście, ta nieustanna gonitwa za pieniądzem i popularnością. Teraz wszystko miało się zmienić. Tu życie płynęło wolniej i spokojniej. Tego potrzebowała. Za tym tęskniła.

Wchodząc do wnętrza domu, zamknęła oczy i nabrała głęboko powietrza. Jej nozdrza wypełnił niezwykły aromat. Poczuła zapach drewna pomieszany ze stęchlizną, lekko przełamany gorzką pomarańczą i przydymioną wiśnią. Wiekowe domy mają to do siebie, że nasiąkają specyficzną wonią. Tę polubiła od razu. Przywodziła na myśl stare, dobre czasy. W jej mniemaniu zapachy stanowiły klucz do przeszłości. Każdy połączony był z jakimś wydarzeniem lub wspomnieniem. Często wyobrażała sobie życie ludzi z dawnych epok. Na podstawie tego, co po nich zostało, potrafiła wydedukować inny, odległy świat. Ze strzępów historii, z przedmiotów i starych fotografii snuła domysły o tym, jak żyli, kochali, jakie mieli troski i radości. Ivett z racji wykształcenia i zamiłowania interesowała się biografami ludzi z minionych epok. Lubiła zaczytywać się starymi kronikami i pamiętnikami. To stanowiło nierozdzielną część jej życia.

Dom był w lepszym stanie niż się tego spodziewała. Zresztą nie chciała w nim robić wielkich rewolucji. To pozbawiłoby go duszy. Remont miał objąć jedynie niezbędne naprawy. Chciała zachować jego niepowtarzalny charakter i klimat. Budynek sam w sobie był piękny, a wszelkie niepotrzebne przeróbki mogły mu jedynie zaszkodzić. Jego ogrom wzbudzał zachwyt, ale i dziwny niepokój. Pełen był tajemniczych zakamarków, a całość wieńczył ogromny strych.

Firma od przeprowadzek spisała się lepiej niż można było oczekiwać. Ludzie w zielonych uniformach przewieźli wszystkie graty w nienaruszonym stanie, zgodnie ze szczegółowymi wskazówkami właścicielki. Całe słynne archiwum Ivett: siedem regałów książek, wysoką na siedemdziesiąt cali stertę luźnych teczek z wycinkami gazet i kserokopiami dokumentów, biurko, komputer, skaner, gramofon i trochę płyt. Większa część to winyle z lat osiemdziesiątych – gratka dla koneserów, bezsens dla wszelkiej maści noobów CD. Faceci w zielonych mundurkach pomachali na pożegnanie i odjechali równie zieloną jak ich służbowe kombinezony ciężarówką. Pokaźna sterta winyli zakołysała się ryzykownie i trzepnęła z rozmachem o zakurzoną podłogę.

Kobieta westchnęła. Czekało ją mnóstwo pracy przy porządkowaniu tej rupieciarni, ale jeszcze przez chwilę chciała nacieszyć się pierwszym wrażeniem przebywania w starym domu. Spojrzała na ocean, który falował w łagodnym przypływie, łącząc puls stalowej szarości z błękitnym oddechem bezchmurnego nieba. Willa przypominała teraz starodawną, naprędce skleconą latarnię morską wielorybników, którzy wypływali z tej zatoki blisko sto lat temu, aby zarobić na utrzymanie swoich wielodzietnych rodzin.

– Ten ocean pochłonął wiele istnień – głos starca całkowicie zaskoczył i obezwładnił Ivett. Przerażona obejrzała się i ujrzała stojącego na środku salonu obdartego domokrążcę w wielkim, poplamionym kowbojskim kapeluszu i przetartych łachmanach. W lewej dłoni trzymał plastikowy worek wypełniony puszkami po piwie, w prawej – długi, drewniany kostur z nabitym na sztorc szpikulcem niewiadomego pochodzenia. Narzędzie pewnie przydawało się do wyciągania puszek z kontenerów. Ale czy tylko do tego?

– Co pan tu robi? – zapytała, mrużąc oczy i odsuwając się podświadomie kilka kroków do tyłu. Starzec wyglądał na przynajmniej dziewięćdziesiąt lat. Skórę na twarzy miał tak bardzo pomarszczoną i spaloną słońcem, że Ivett niemal nie potrafiła rozpoznać jej rysów. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Rzadko bywała zdruzgotana czyimś wyglądem. Tym razem musiała przyznać, że jest i to bardzo. Było w tej twarzy, w całym wyglądzie tego człowieka coś niepokojącego.

– Jeszcze przed chwilą nikogo tu nie było. Mieszka pan gdzieś niedaleko? – dopytała drżącym głosem. Czuła jak lodowata fala strachu wlewa się w jej kruche poczucie pewności siebie. Kątem oka dostrzegła uchylone drzwi frontowe. No tak, zapomniała je zamknąć po tym jak pożegnała zielone ludziki. Nie przypuszczała, że okolica jest niebezpieczna. Ale teraz było już za późno. Telefon komórkowy zostawiła na piętrze…

– Niech pani nie wierzy w to, co on pani powie. – Starzec wpatrywał się w jej twarz z ogromną intensywnością. W jego czarnych, nad wyraz przytomnych źrenicach zatańczyły tajemnicze iskierki, pomimo że w domu było dość ciemno.

Ivett poczuła ciarki na plecach. Choć dochodziła trzecia po południu a dzień był raczej pogodny, poczuła się jak na jakimś B-klasowym filmie grozy. Instynkt pisarza mówił jej, że w słowach starca zawarta jest jakaś istotna informacja.

– O czym pan mówi?

– Ten dom, ten klif, ocean… I oni… Oni wszyscy razem. Stanowią całość… Idealnie do siebie pasują. Tworzą jedność… Niech pani mu nie wierzy.

– O czym mówisz, człowieku? Potrzebujesz pomocy? Zabłądziłeś?! Chcesz pieniędzy?! – Ivett krzyknęła. Strach musiał znaleźć ujście.

– Ocean pochłonął wiele istnień, ale jeszcze więcej ten dom! A on… On nie mógł nic na to poradzić… On jedyny sprawiedliwy… A teraz pani. I on… Wszystko pasuje… Wszystko pasuje… – stary gadał jak w transie.

Ivett zamarła. Czuła jak cienka struna przerażenia owija się wokół jej gardła. Chciała chwycić kloszarda za dziurawe łachmany i wyrzucić go natychmiast za próg, ale odraza połączona ze zgrozą skutecznie krępowały działanie. No i jeszcze ten szpikulec na końcu drzewca. Nie chciała ryzykować, zresztą – po co? To tylko urojenia jakiegoś bezdomnego, obłąkanego, nieszczęśliwego człowieka.

– Dam panu pięćdziesiąt dolarów? Dobrze? Pięćdziesiąt dolarów to dużo pieniędzy… Wystarczy panu na…

Starzec zmrużył oczy, przechylił głowę jak ptak. Teraz wyglądał jak kruk, który patrzy na świeże zwłoki w otwartej trumnie. Nagle roześmiał się głośno – zdawało się, że ten śmiech rozsadzi ściany domu i przeciągnie się grzmiącą falą ponad całym Providence i oceanem. Włóczęga odwrócił się i wyszedł z domu. Zaczął iść w kierunku miasta, ciągnąc za sobą aluminiowy majdan.

Ivett nie próbowała go nawet zatrzymać. Drżała na całym ciele. Wybiegła na ganek i przez dłuższą chwilę odprowadzała wzrokiem zataczającego się na boki nieszczęśnika. Jakimś cudem przypomniała sobie właśnie teraz postać odchodzącego ojca, gdy powiedziała mu, że się zaręczyła, że nie chce zostać prawnikiem, tylko pisać książki i wyjechać z rodzinnej teksańskiej farmy do dalekiego Nowego Jorku. Wspomnienia zawsze przychodzą w najmniej odpowiednim momencie.

Nurtowało ją jedno pytanie: jakim cudem ten dziwny człowiek tak niepostrzeżenie zakradł się do jej domu w środku dnia? Wokół było cicho i pusto. Ocean wydawał się być uosobieniem wytwornego spokoju. Worek z puszkami brzęczał jak rój wściekłych szerszeni. Starzec zniknął za zakrętem. Weszła do środka, zamykając starannie drzwi.

 

***

 

Zapach willi był niezwykły i coraz bardziej przyciągał uwagę Ivett. Na początku nie zwracała na niego uwagi, uznała go za naturalny, pochodny efekt dwustuletnich zmagań budowli z przeciwnościami losu i następującymi po sobie właścicielami. Stare domy zawsze nasiąkają zapachami – nie ma w tym nic niezwykłego. Kobieta starała się przejść nad tym faktem do porządku dziennego. Choć nigdy nie lubiła tego robić, zajęła się porządkowaniem i sprzątaniem.

Regały z książkami powędrowały do salonu, sekretarzyk, komputer, mała lampka biurowa, zbiór płyt i gramofon do pokoju z widokiem na zatokę. Ubrania trafiły do garderoby. Sypialnia pozostała niezagospodarowana, podobnie jak pięć pozostałych pomieszczeń. Najgorzej wyglądała kuchnia i łazienka; praktycznie cała elektryczna infrastruktura lokalu nadawała się na złom. Postanowiła nie zaprzątać sobie jednak tym głowy w najbliższym czasie. Dostała zlecenie na napisanie dwóch artykułów, kończyła korektę książki – nie chciała marnować czasu. Jeść można przecież na mieście. Z głodu raczej nie umrze – miała przynajmniej taką nadzieję. Zawsze można dojechać do jakiejś restauracyjki. Dobrze, że chociaż kanalizacja działała w miarę sprawnie, choć skrzypiące i cieknące krany zwiastowały rychłą katastrofę.

Kontakt ze światem zewnętrznym zapewniała komórka i bezprzewodowy Internet. Telewizora nie posiadała nawet w swoim nowojorskiej mieszkaniu, z radia korzystała tylko w samochodzie. To, co było dla niej najcenniejsze, zawsze kryło się w zatęchłych archiwach, magazynach bibliotek. Tam spędzała najwięcej czasu. Uzbrojona w białe, jedwabne rękawiczki i maseczkę aseptyczną, niczym profesjonalny chirurg z niesłychaną delikatnością i precyzją przewracała łamliwe karty starych ksiąg, zagłębiała się w obumarłe historie ludzi, których dawno pochłonął czas i zapomnienie. Nie miała zbyt wielu złudzeń co do swej profesji – wiedziała, że dla większości ludzi robota, którą wykonuje musi być najnudniejsza pod słońcem. Jednak dla niej, nieodmiennie, było to coś wspaniałego. A teraz, gdy zamieszkała w domu, w którym prawdopodobnie przebywał przez kilka ostatnich tygodni swojego życia H. P. Lovecraft, czuła się tak, jakby znalazła się niebie, w którym boscy, dobrze zbudowani niewolnicy spełniają jej najbardziej wyrafinowane życzenia.

Zapowiadał się pochmurny i deszczowy dzień. Ocean zmarszczył szaro-stalową brew, odsłonił białe kły bałwanów. Ivett usiadła na rozłożystym, wiktoriańskim fotelu i odetchnęła z ulgą. Odkurzanie i zmywanie starych, dębowym podłóg było wreszcie zakończone. Teraz mogła odpocząć, delektować się wyglądem i zapachem domu. Nieustępliwe odczucie niezwykłości tej woni nie pozwoliło jej zbyt długo wysiedzieć na jednym miejscu. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że ten charakterystyczny aromat dobiega jakby z jednego, konkretnego miejsca. Podniosła się i wiedziona „zapachową intuicją” przebiegła niemal wszystkie korytarze, by już po chwili znaleźć się na strychu.

 

***

 

„Nigdy nie byłem bardziej świadom tego, co dzieje się w mojej wyobraźni, nigdy nie posiadłem większej zdolności doświadczania zmysłami otaczającej mnie rzeczywistości. Chłonność pamięci mnie samego zdumiewa na tyle, że postanowiłem zapisać na tych kilku kartach wrażenia i przeczucia, które w ostatnim czasie zawładnęły moim umysłem. Podobnie jak w moich opowieściach (uznanych przez wielu szaleńców za nieprawdziwe), w których zawsze prawda w równej mierze mieszała się z przeczuciami snów i wypartych wspomnień, tak i teraz doświadczam niezwykłej siły – ona to nakłania mnie do spisania drżącą ręką tych kilku ostatnich strof mojego życia. Życia umęczonego nieuleczalną chorobą człowieka.

Gdybym jeszcze parę miesięcy temu mógł przewidzieć z jak wielką łatwością odkryję ten zdumiewający zbieg okoliczności, który przywiedzie mnie do tego przeklętego miejsca – z całą pewnością zrobiłbym wszystko, aby tego uniknąć. Teraz jednak nie mam już wyjścia i muszę pozostać w tym położeniu tak długo jak On mi na to pozwoli. Jakże ciężko w racjonalnych kolejach własnego losu odnaleźć misterne nitki fatum, które, poruszając naszymi duszami na wzór marionetkowych kukiełek, prowadzą nas ku Nieuchronnemu”.

 

Nie, to nie może być prawda. Przejrzała jeszcze raz zakurzone kartki papieru. Była historykiem literatury, dobrze znała ten charakter pisma – tyle razy przeglądała mikrofilmy z tak rozpoznawalnymi, nerwowymi, ale i nad wyraz konkretnymi pociągnięciami pióra. Falsyfikat? Najprawdopodobniej… Ale po co podrabiać rękopis tylko po to, aby ukryć go potem na strychu opuszczonego domostwa wystawionego na sprzedaż? Wreszcie – kto mógł wiedzieć, że dobrze zapowiadająca się pisarka zechce posiąść tę właśnie nieruchomość i raczy odnaleźć na strychu niepozorny, wiklinowy kosz z zapomnianymi zapiskami mistrza grozy?

 

„Ocean nocami przyzywa mnie do siebie długimi, tęsknymi westchnieniami, w których wyczuwam echa dawno minionych koszmarów. O, gdybyś widziała prawieczne moce błąkające się na mrocznej scenie mojej schorzałej wyobraźni, zrozumiałabyś jak bardzo obawiam się tych westchnień, które więcej mają w sobie życia niż niejedno ludzkie westchnienie. Okrutny czas przybliża mnie do Nieuchronnego. Śmierć będzie wybawieniem, tak jak była wybawieniem dla mojego nieszczęsnego ojca i dziadka. Wszyscy idziemy tą samą drogą prowadzącą do Nicości. Po drugiej stronie – Przedwieczny splata się z nami w radosnym uścisku powitania. Syn marnotrawny powróci, zagra muzyka tysiąca trąb – i nastanie Sąd. Prawi zostaną oddzieleni od występnych – a środkiem przejdzie ogień Przedwiecznego. Jedynie Minotaur nie będzie podlegał sądowi. Uniknie go rozciągając czas swego istnienia po wieczność…”.

 

„Nie jestem pewny, dlaczego tu trafiłem, ani po co mam tu przebywać – w ponurej i milczącej niepewności własnego opętanego bólem istnienia wciąż zdaje się być sam dla siebie nierozwiązaną zagadką. Wiem tylko, że ważny jest dla mnie nie tyle sam dom, ile widok za oknem, szum wiatru w załomach okiennic i portret na ścianie bawialni. Ach, ten portret młodej kobiety w powłóczystej, koronkowej sukni ecru, z zalotnym spojrzeniem, siedzącej jak amazonka na czarnym wierzchowcu w galopie. Zdawało mi się od samego początku, że obraz ten nie może przedstawiać żadnej artystycznej wartości – jakiż bowiem szalony umysł zdołałby umieścić kobietę na galopującym gniadoszu, odzianą w tak niestosowny, zgoła niepraktyczny ubiór. A jednak postać ta, niczym mityczna Ariadna, doprowadzić mnie miała do leża budzącego przedwieczną grozę Minotaura”.

 

Odłożyła spłowiałe kartki na podłogę i zaczęła nerwowo grzebać w koszu. Miała wrażenie, że jest blisko rozwiązania jakiejś niezwykłej zagadki. Odkrycie niepublikowanych zapisków Lovecrafta już byłoby dla niej przepustką do nowego, lepszego życia, ale targał nią dziwny niedosyt – jakby to, co przed chwilą odkryła wcale jej nie zadowalało. Nagle pojemnik przechylił się i wypadły z niego stare, pożółkłe fotografie. Znieruchomiała.

Patrzyli na nią uważnie, tym charakterystycznym wzrokiem ludzi ze starych, dziewiętnastowiecznych fotografii. Ludzie z innego czasu. Jakaś rodzina rybaków z wybrzeża: matka, ojciec i ósemka dzieci. Wszyscy w stosownych strojach, ustawieni przed obiektywem aparatu równo, jak do egzekucji. Jakiś cyklista w śmiesznym, pasiastym stroju na tle swojego widowiskowego jednośladu. I kolejna dziewiętnastowieczna rodzina: tym razem trójka dzieci; wielki, smutny dog – ojciec w kuriozalnym, spiczastym kapeluszu, matka z kłębkiem wełny i drutami w dłoni. Nic ciekawego – same rodzajowe scenki jakich wiele w każdym antykwariacie na Wellington Street.

Pod plikiem zdjęć – ryciny. Właściwie – szkice. I tu zaskoczenie: obrazy koni: końskie głowy, konie w galopie, stada przemierzające dzikie amerykańskie równiny, ale też wprawki anatomiczne rodem z encyklopedii i atlasów: pęciny, mięśnie, kopyta, stawy… Ostatni rysunek. Ivett wydała z siebie ciche westchnienie, skóra na rękach i nogach ścierpła w ułamku sekundy, włosy stanęły dęba…

– Boże jedyny – wyszeptała, otwierając szeroko oczy. Zdumienie mieszało się z przerażeniem.

Na rycinie widać było konie w galopie: bez skóry, bez grzyw, płowych ogonów. Bezwstydnie odkryte końskie mięso galopowało w szaleńczym transie. Włókna mięśni napinały się w plastycznie ujętej chwili szaleńczego pędu. Odarte ze skóry zwierzęta biegły wprost do oceanu. Widać było, że to jest ich jedyny cel, jedyne przeznaczenie. Z lewej strony, słabo widoczne kształty obserwowały całą scenę. Kształty – ledwie cienie, smukłe, rozmyte, niedookreślone… Kobieta i mężczyzna? A może dwóch mężczyzn? Może dwie kobiety? Jeszcze dalej – niewyraźny zarys domu na klifie. Ivett drżącymi rękoma trzymała niezwykły rysunek. Starym, antykwariackim zwyczajem przesunęła delikatnie dłonią po sztywnej karcie czerpanego papieru. Na opuszkach palców pozostał czarny, węglowy pył…

Nagle ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Dźwięk starodawnej kołatki wyrwał Ivett z zamyślenia i wystraszył równie mocno jak demoniczna impresja uwieczniona na węglowym szkicu. Kto mógł się do niej dobijać? Nie zapraszała nikogo na popołudniową herbatę. Złe przeczucia, towarzyszące jej od momentu spotkania obłąkanego domokrążcy, wzmogły podejrzenia. Nie chciała jednak zignorować pukania, choć sama z niejakim zdziwieniem zauważyła, że odczuwa irracjonalny lęk przed zejściem na dół. „Co się z tobą dzieje? Weź się w garść dziewczyno. Myśl racjonalnie”. – Ivett skarciła siebie w duchu i z ociąganiem zeszła na dół.

Postanowiła jak najszybciej mieć to za sobą. Kołatka stukała miarowo. Ivett spojrzała przez wizjer i dostrzegła mężczyznę po trzydziestce w dżinsowych spodniach i kraciastej koszuli. Chwyciła gałkę klamki i zdecydowanym, nawet nieco zbyt gwałtownym ruchem otworzyła.

– Dzień dobry. – Facet uśmiechnął się nieśmiało i kiwnął głową w staroświeckim geście powitania. – Jestem. Zgodnie z planem. – Widząc zmieszanie kobiety, zastygł w progu z niewyraźną miną.

– Kim pan jest? Co pan tu robi? – Ivett złapała się na tym, że zaczęła rozmowę z nieznajomym dokładnie tak samo jak z poprzednim, nieproszonym gościem.

– Eeee… – Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego. – Przecież prosiła mnie pani, żebym w wolnej chwili przejrzał instalację elektryczną, wodociągową. Nie kojarzy mnie pani? – Zaskoczenie przeradzało się w urokliwe zakłopotanie.

Ivett zamrugała oczami jak dziecko, które za wszelką cenę próbuje przypomnieć sobie coś ważnego. Oczywiście, im bardziej chciała – tym gorzej jej wychodziło. Ostatnie doświadczenia skutecznie rozproszyły jej myśli. Potrząsnęła głową jakby nagle wynurzyła się spod zimnego wodospadu natrętnych myśli.

– Ja? – dopytała tonem zdezorientowanej szesnastolatki. – Prosiłam pana o coś? A niby o co?

– Była pani wczoraj w naszym sklepie przy Angell Street. Przeglądaliśmy katalogi z armaturą. Wspomniała pani o konieczności przeglądu instalacji, poprosiła o wizytówkę.

– Wspomniałam, być może. Ale, czy rozmawialiśmy o… spotkaniu? – zapytała z naciskiem.

– Nieee… – Mężczyzna przyjaźnie rozłożył ręce jak cyrkowy mim, który przeprasza za kiepski dowcip. – Ale skoro przejeżdżam tędy codziennie, jadąc do pracy, mogłem zahaczyć… o pani armaturę. – Uśmiechnął się od ucha do ucha, prezentując nienaganny zgryz  – Jeśli przeszkadzam, to przepraszam. Nie chciałem niepokoić… Wie pani, jak to jest. Czasami człowiek chce pomóc przybyszowi z dalekiego świata, ale skoro sobie pani tego nie życzy… Miłego popołudnia. – Mężczyzna odwrócił się i zaczął schodzić do auta zaparkowanego na podjeździe.

Ivett uspokoiła oddech. Spojrzała jeszcze raz przelotnie na nieznajomego. Istotnie, teraz go sobie przypomniała. Podsunął jej pod nos kilka całkiem nowoczesnych rozwiązań, kartkując wraz z nią firmowe katalogi. W pewnym sensie nawet chciała, żeby wszedł na chwilę i wypełnił swoją obecnością ten pusty, chłodny dom. Szczególnie teraz, po tym co odkryła na strychu.

– Niech pan zaczeka! – Ivett niemal krzyknęła. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku. – Już kojarzę! Instalacja istotnie wymaga wymiany. Bez fachowca sobie nie poradzę.

Weszli do wnętrza domu. Ive zaprowadziła gościa do salonu. Postanowiła zaryzykować i włączyć piękną, stylową lampę z miodowym abażurem. Nastawiła płytę z piosenkami Beatlesów.

– Mam nadzieję, że bezpieczniki nie wylecą w powietrze od tego przepychu. – Kobieta wysiliła się na lekko naciągany żart. – Napije się pan herbaty? Niestety, póki co, nie mogę zaproponować niczego mocniejszego. Sam pan rozumie: przybysz z dalekiego świata musi się zadomowić i ustatkować.

– Wszystko przed panią. Oczywiście, herbata jak najbardziej wchodzi w zakres moich zainteresowań. Piękny dom! – mężczyzna rozejrzał się po salonie i poszedł za Ivett do kuchni.

– Dziękuję. Jak pan widzi, wymaga męskiej ręki. Nie mam teraz czasu na zabawianie się w majster klepkę – odparła kobieta, krzątając się w kuchni.

– Praca? Rodzina? Pies?

– Powiedzmy, że bardziej banalna przyczyna. Po prostu nie jestem zbyt uzdolniona manualnie. Wszelkie remonty zawsze załatwiała administracja budynku albo… – ugryzła się w język. Postanowiła szybko zmienić temat. – Skąd pan wie, że przybywam z daleka? Aż tak szybko rozchodzą się plotki w Providence?

– Bynajmniej. Spojrzałem na rejestrację pani samochodu. Dumna rejestracja Nowego Jorku niejednego samca rzuci na kolana.

Niespodziewanie dla samej siebie Ivett uśmiechnęła się. Odgarnęła włosy z czoła i zaskoczona uniosła brew. Spojrzała uważniej na wciąż anonimowego faceta w dżinsach. Miała słuch wyczulony na literacką frazę. Mężczyzna sprawiał wrażenie inteligentnego i oczytanego. Postanowiła to jak najszybciej sprawdzić.

– Niezły z pana Sherlock. Gdzie pana nieodłączny pomagier?

– W terenie zawsze pracuję w pojedynkę. Watson zajmuje się fakturami. Zyskami dzielimy się po połowie. Sir John Moor, armatura łazienkowa, instalacje elektryczne, zawsze do usług. – Mężczyzna wyciągnął przyjaźnie dłoń.

Teraz Ivett nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem. W parę chwil ten facet pozwolił jej zapomnieć o dziwnych wydarzeniach ostatnich godzin. Test wypadł pomyślnie, choć iskierka nieufności wciąż tliła się w sercu kobiety.

– Ivett Daniells, znana i ceniona pisarka. Zapraszam do salonu. Herbata gotowa.

Przez dłuższą chwilę rozmawiali, co wypadałoby odremontować, wymienić w pierwszej kolejności. Okazało się, że John jest miejscowym specem od generalnych remontów, złotą rączką na godziny. Od lat dorabiał sobie przywracaniem do życia starych, zapuszczonych wiktoriańskich willi, których pełne było Providence. Ivett wsłuchiwała się w ciepły, cichy, spokojny głos. Bezwiednie śledziła ruchy jego ust… Po chwili uświadomiła sobie, że obserwuje go znacznie uważniej niż czyniła to zwykle w podobnych okolicznościach. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zarumieniła się na policzkach. Miała nadzieję, że tego nie widać.

– Od dawna mieszka pan w Providence?

– Urodziłem się tutaj. To moje miasto. Mógłbym powiedzieć: Providence – to ja.

– Zna pan tę okolicę? Przedwczoraj spotkałam tu dziwnego człowieka. Starego, obłąkanego włóczęgę z dziwacznym szpikulcem na aluminiowe puszki. Bardzo mnie wystraszył. Wszedł niepostrzeżenie do domu i zaczął mówić dziwne rzeczy bez ładu i składu.

– Kloszard ze szpikulcem? Nie, nie kojarzę – John uśmiechnął się lekko i potarł czoło, myśląc intensywnie przez chwilę. Ivett zauważyła, że wygląda przy tym bardzo komicznie, ale i pociągająco. John kontynuował: – Nie przypominam sobie nikogo takiego. Ta okolica to istne odludzie. Mało kto tu mieszka. Być może za sprawą raportu geologów, którzy jednoznacznie stwierdzili, że teren nie nadaje się pod zwartą zabudowę. Klif nie jest stabilny. Prawdopodobnie nie utrzymałby większej ilości budynków, choć przyznaję – widok z pani domu zapiera dech w piersiach.

– Zna pan tę willę? – Ivett wciąż była czujna.

– Muszę powiedzieć, że chyba znam ją lepiej od pani. Rok temu poprzedni właściciele poprosili mnie o zrobienie wyceny kapitalnego remontu. Chcieli gruntownie przebudować dom, przystosować do hotelowych standardów. Zamierzali wyremontować drogę dojazdową, zrobić parking, taras widokowy na klifie. Mieli epickie plany. Niestety, a może na szczęście, nigdy nie wprowadzili ich w życie.

– Czemu? – Kobieta nie mogła już ukryć swojego zainteresowania. Mężczyzna wiedział więcej niż mogłaby się spodziewać. Należało to wykorzystać.

John przez chwilę milczał, wpatrując się coraz bardziej poważnym wzrokiem w Ivett. Wyglądał teraz tak jakby przez chwilę zastanawiał się, co jej odpowiedzieć.

– Po prostu wyjechali. Zostawili dom na łasce pośrednika nieruchomości i pojechali szukać szczęścia w Nowym Jorku. Ironia losu: jedni uciekają stąd do wielkiego miasta, a zaraz pojawia się tu piękny zamiennik, szukający szczęścia na prowincji. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Ivette znów poczuła, że się rumieni. Dla niepoznaki usiadła w taki sposób, aby ukryć twarz w cieniu tuż poza miodowym woalem abażura.

– Powiedział pan: Providence – to ja. Zna pan twórczość Lovecrafta?

– Jak własną kieszeń! – Mężczyzna klepnął się z całej siły w udo, wprawiając Ivett w stan młodzieńczego niemal zakłopotania. – W dzieciństwie zaczytywałem się jego opowieściami. Zresztą, uwielbiam czytać mądre książki. Przyznam się pani do czegoś: w wolnych chwilach, zajmuje się pisaniem opowiadań. Słabe są te historie, niestety, ale radość z pisania jest ogromna.

– Pan? Elektryk i hydraulik w jednej osobie – piszący opowiadania? Nie wierzę.

– Czemu nie? Gdy pracuje się w sklepie przy Angell Street, trzeba mieć związki z literaturą. Mój ojciec zawsze mi powtarzał: „Nie interesuje mnie to, co będziesz robił w wolnym czasie. Zależy mi tylko na tym, żebyś miał konkretny fach w ręku i był w stanie zarobić na swoje utrzymanie”. Wtedy nie rozumiałem do końca tych słów. Teraz doceniam jego mądrość. Niestety, za późno, żeby mu o tym powiedzieć.

Ivett pokiwała głową na znak zrozumienia. Przypomniała sobie swojego ojca i zrobiło się jej ciężko na sercu. Postanowiła szybko zmienić temat.

– Skoro jest pan takim znawcą Lovecrafta i Providence, to może zna pan historię tego domu? – wiedziała, że ryzykuje ujawnienie swojej tajemnicy, ale przecież wcześniej czy później i tak musiałaby ją ujawnić. Cena nieruchomości z pewnością wzrośnie kilkukrotnie, jeśli udowodni się jej związek z życiem Lovecrafta. W sumie im większy rozgłos zyska ta historia, tym lepiej dla niej.

– Wiem niewiele. Raczej mało. – John zdawał się nie być zaskoczonym pytaniem kobiety. Kontynuował jak gdyby nigdy nic. – Wiem tylko, że na wiele lat przed Lovecraftem żyła tu dostatnio pewna dziwna, mormońska rodzina, która przeprowadziła się na wybrzeże z głębi stanu. Miejscowe kroniki głoszą, że była to, oględnie mówiąc, bardzo osobliwa familia.

– Osobliwa?

– Sędziwy Bill, głowa klanu, miał trzy żony i podobno trzynaście córek. Ludzie mówili o tej rodzinie straszne rzeczy. Część z nich wyczytałem w miejscowym archiwum, inną część pamiętam z opowieści mojego dziadka Ezry.

– Bywasz w archiwum? Pamiętasz gawędy poprzednich pokoleń? Po co?

– Lubię zagłębiać się w historie domów, które zamierzam remontować – John puścił do Ivett oko, zdając się nie zauważać, że zwróciła się do niego per ty. – A już tak zupełnie serio: pasjonuję się historią, uwielbiam odkrywać tajemnice tego miasta. Sama pani musi przyznać, że Providence nadaje się do takich poszukiwań lepiej niż inne miasta.

– Mów mi, Ive – kobieta wysunęła swą wypielęgnowaną dłoń w kierunku Johna. Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że ten człowiek ma z nią więcej wspólnego niż myślała. Tym razem dotknięcie jego ręki odebrała inaczej niż za pierwszym razem. Mocna, ciepła aura męskiego uścisku rozbudziła jej wyobraźnię i zmysły. John zdawał się tego nie zauważać. Pochłonęło go opowiadanie. Wyglądał teraz jak chłopiec mówiący z ekscytacją o najnowszej kolekcji znaczków pocztowych.

– Ten dom, a właściwie nie tyle sam dom, co jego mieszkańcy, od dawna mnie intrygowali. Dlatego byłem ciekaw, kto zdecyduje się kupić tę… ruinę.

– O, więc twoje odwiedziny nie były aż tak bardzo bezinteresowne? – Tym razem Ive puściła oko do Johna. – Chcesz ją odkupić ode mnie, przerażając mnie najpierw niesamowitą opowieścią o demonicznych właścicielach tego zacnego lokalu a następnie drastycznie obniżając kwotę?

– Ta mormońska rodzina przykuła uwagę całej społeczności. – John nie zareagował na żartobliwą zaczepkę. Mówił jak w transie. – W tamtych czasach plotki były cenniejsze od najnowszych wydań codziennych gazet. Przypuszczano, że Billa wyrzucono z mormońskiej społeczności nie bez powodu. Domyślano się, że musiał na własną rękę szukać nowego domu z okazji jakichś swoich wybryków. Osiadł w Providence i już od samego początku wzbudził zainteresowanie gawiedzi.

– Co tak elektryzowało społeczność miasta?

– Bill był bardzo specyficznym człowiekiem. Unikał ludzi. Oskarżano go o czary i odprawianie dziwnych rytuałów. Twierdzono, że jest sodomitą i dopuszcza się kazirodztwa ze swoimi córkami. Ale były jeszcze inne, gorsze rzeczy.

– To może być jeszcze coś gorszego? – Ive ze zdumieniem spostrzegła, że historia pochłonęła ją do reszty.

– Miał tu podobno stajnię pełną koni. Zabrał je ze sobą, razem z drabiniastym wozem zawierającym cały doczesny dobytek. Zapiski w kronikach miejscowych stróżów prawa są jednoznaczne: Bill okrutnie znęcał się nad biednymi zwierzętami. Był z tego znany w całej okolicy. Podobno, widziano jak wychudzone konie gryzły siebie nawzajem, próbując w ten sposób zaspokoić głód. Jeszcze inni rzekomo widzieli jak oszalałe zwierzęta spadały z klifu wprost do oceanu… Niektórzy twierdzili, że Bill ukrywa w swoim domu niepełnosprawnego syna, którego wstydził się pokazać światu, pomimo że był jego pierworodnym. Inni uważali, że trzyma u siebie dzikiego Indianina, który zna sztukę voodoo i pomaga Billowi w celebracji budzących grozę obrzędów czarnej magii. Zresztą, cała rodzina cieszyła się złą sławą, aż do czasu kiedy purytańska społeczność Providence podjęła decyzję o ich wypędzeniu.

– Wypędzeniu? Nigdy nie słyszałam o czymś takim.

– A jednak kroniki wyraźnie odnotowują ten fakt. Sto czterdzieści lat temu takie rzeczy działy się częściej niż myślimy. Purytanie nie lubili obcych, a plotki o trzymaniu Indianina w gospodarstwie Billa szybko ściągnęły na niego nienawiść tłumu. Nie mówiąc już o tym, że i sami mormoni nie wszędzie byli wtedy mile widziani.

– No dobrze, a co z Lovecraftem? Jak on tutaj się znalazł?

– Blisko pięćdziesiąt lat po tamtych wydarzeniach Lovecraft, buszując swoim zwyczajem w miejskim archiwum, przypadkiem odkrył upiorną tajemnicę domu i postanowił się do niego przenieść. Nikt nie był w stanie zrozumieć dlaczego. Zachował się tylko jeden krótki fragment listu dotyczący tej sprawy. Pisarz stwierdził, że przeprowadzka może mu pomóc w twórczej niemocy, której nabawił się pod koniec swojego życia. Urywek kończy się tajemniczym zwrotem „Idźmy, spójrzmy w twarz Minotaura”. Nikt szczególnie nie przejął się tym listem. Zresztą, wówczas Lovecraft był nikomu nieznanym, raczej dość przeciętnym obywatelem miasta. Nieliczne środowisko domorosłych literatów i fantastów postrzegało go jako ekscentrycznego introwertyka o charakterystycznej, pociągłej twarzy i jeszcze bardziej charakterystycznych konserwatywnych poglądach. Sławę wielkiego pisarza zyskał Lovecraft dopiero po śmierci. Nikt nigdy nie pofatygował się na klif, aby przybić tu okolicznościową tabliczkę: „Tu spędził ostatnie chwile życia twórca Zgrozy w Dunwich”. Nawet Providence nie stać na takie ekstrawagancje.

Rozmawiali jeszcze długo. Dzień zamienił się w pochmurny i mglisty wieczór. John wciąż wyglądał jak rozentuzjazmowany chłopiec, który opowiada o swoich nowo zdobytych kolekcjach. Ivett wprawił w zdumienie fakt, że facet zajmujący się dorywczymi remontami może mieć czas na studiowanie książek i wiedzę równą, a czasami nawet przewyższającą, jej naukowe kompetencje. Ze zdumieniem obserwowała jak John snuje gawędziarskie opowieści o swoim mieście i dawnych czasach jego kolonialnej świetności. Pożegnali się ze sztuczną powściągliwością, chociaż kobieta miała wielką ochotę ucałować Johna chociażby w policzek. Wyszła na ganek i pomachała mu na pożegnanie. Dałaby dużo, żeby nie nocować w tym domu samotnie, zdana na pastwę niedawno opowiedzianych historii. Była jednak typem naukowca – nie mogła tak łatwo poddać się omamom rozbuchanej wyobraźni. Wróciła do domu i zaczęła przygotowywać spóźnioną kolację.

 

***

 

Ivett zawsze marzyła o dużym domu, ale teraz, gdy już go miała, ten wiktoriański, labiryntowy przepych zaczynał jej doskwierać. Może nie tyle przestrzeń, ile fakt, że była w nim sama, na całkowitym odludziu, sprawiał, że jej wyobraźnia pracowała intensywniej niż zwykle. Choć nie należała do osób szczególnie strachliwych, czasami zdarzało się jej odczuwać dziwny niepokój związany z konkretnymi miejscami. Pamiętała, jak dopadło ją kiedyś coś takiego w domu rodzinnym, na parę dni przed niespodziewaną śmiercią ojca. Szybko jednak zracjonalizowała tamten lęk i to osobliwe uczucie już nie powróciło. Zawsze twardo stąpała po ziemi, nie wierzyła w przesądy, zabobony i podobne historie.

Ivett pofatygowała się jeszcze raz na strych, wyciągnęła z wiklinowego kosza całą cenną zawartość i zeszła na dół, aby dokładniej przyjrzeć się znalezisku. Ku swojemu zasmuceniu szybko zrozumiała, że wśród zakurzonych papierzysk nie ma już więcej zapisków przypominających notatki Lovecrafta. Dysponowała tylko trzema luźnymi kartkami, które przeczytała na samym początku. Za to rycin i zdjęć było najwięcej. Powtórnie zaczęła przyglądać się twarzom z fotografii, ale nie odnalazła w nich żadnej znajomej. Ze zdjęć patrzyły na nią anonimowe twarze kobiet, mężczyzn i dzieci w różnym wieku, w sztucznych dziewiętnastowiecznych pozach, z niezwykle poważnymi minami. Próbowała przeszukać Internet w poszukiwaniu podobnych fotografii – za wszelką cenę chciała się dowiedzieć, kto może być ich autorem. Być może w ten sposób mogłaby dotrzeć do reszty nieznanych zapisków Lovecrafta, ale te poszukiwania nie przyniosły żadnych sensownych rezultatów.

Czas mijał szybko – jak zwykle za szybko, gdy Ivett otwierała swoje prywatne śledztwa. Tego wieczora, zmęczona porządkowaniem domu, swoimi niezwykłymi odkryciami, i długą rozmową z sympatycznym Johnem Jakimś Tam, postanowiła położyć się wcześniej. Przed zaśnięciem, dla odprężenia, wypiła dwie lampki swojego ulubionego czerwonego wina i ukołysana odgłosami natury dobiegającymi zza okna spoczęła w wielkim, wiktoriańskim łożu – w ogromnej i ciemnej sypialni. Jej oczy, zmęczone kilkugodzinnym ślęczeniem przed monitorem laptopa, doświadczały teraz prawdziwej ulgi. Myśli, które jeszcze kilka minut temu kłębiły się w głowie, bezpowrotnie rozpłynęły się w mroku.

W pewnej chwili odniosła dziwne wrażenie, że nie jest w pokoju sama. Z mocnym podmuchem wiatru, który gwałtownie poruszył zasłonami, pomieszczenie wypełnił nieznany dotąd zapach przypominający zgniłe kwiaty i błoto. Powietrze stało się jakby cięższe. Wyraźnie wyczuwała czyjąś obecność. Targnęło nią przemożne uczucie, którego nie potrafiła nazwać ani opisać, ale które całkowicie ją sparaliżowało. Nie otwierając oczu – nasłuchiwała. Starała się nie zdradzać swojej obecności głośnym oddechem. Wydawało się jej jakby ktoś stał obok i przyglądał się jej w tajemniczym skupieniu. Powieki miała zaciśnięte i choć chciała je otworzyć, lęk był zbyt silny. Leżała tak minutę, może dwie, nie wykonując żadnego ruchu, nie przesuwając się nawet o cal. Nagle poczuła strumień ciepłego powietrza, który musnął delikatnie jej szyję. Była pewna, że to nie wiatr! Jej ciało było jak kłoda, której w żaden sposób nie można poruszyć. Miała wrażenie jakby kończyny odmówiły posłuszeństwa, jakby nie docierały do nich impulsy z mózgu. Mimo, że wszystko czuła, nie była w stanie nic zrobić. Niewidzialna ręka zaczęła gładzić jej włosy… Zamarła.

Gwałtowny grzmot uderzył z potężną siłą, a niebo przeszyła jaskrawa błyskawica, której światło rozjaśniło mrok sypialni. W jednej chwili niewidzialne więzy, które oplatały Ivett zostały zerwane i kobieta odzyskała władzę nad swym ciałem. Szeroko otworzyła oczy, zsunęła się z łóżka na podłogę, zaczęła nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu. W sypialni nie było nikogo oprócz niej. Była tego pewna, tak samo, jak pewna była, że to, czego przed chwilą doświadczyła nie było snem, lecz jawą. Jak na sen, było to zbyt realne. Choć zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że to nie mogła być prawda, serce waliło jak młot, zagłuszając racjonalne argumenty.

Ivett wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz rozszalała się burza, cała okolica tonęła w strugach deszczu, ocean był wzburzony jak nigdy. Pomimo panujących wokół ciemności był doskonale widoczny – widziała jak kostropate grzebienie fal płyną nieregularnymi szeregami w stronę klifu. Zdawało się, że jedynym ich zadaniem jest wyrwać ten kawałek ziemi i pogrążyć go w odmętach kipieli.

Chwilę trwało zanim opanowała emocje, przymknęła okno, po czym zapaliła światło i zeszła na dół. W powietrzu czuć było wilgoć. Ivett ze zdumieniem spostrzegła, że drzwi wejściowe są otwarte! Zaklęła w duchu, karcąc siebie za to niedopatrzenie. Podekscytowana wizytą Johna zapomniała zamknąć je na klucz. Podeszła, by to uczynić. I wtedy kątem oka dostrzegła w jasnobłękitnym świetle błyskawicy jakiś kształt majaczący na schodach. Niski, najwyżej czterdziestocalowy kadłub człowieka w spiczastym kapeluszu spoglądał na nią nienaturalnie przekrwionymi oczyma. Nie była nawet w stanie krzyknąć – jedyne, o czym pomyślała, to ucieczka. Na powrót otworzyła drzwi. Już chciała zbiec do samochodu, gdy uświadomiła sobie, że nie ma kluczyków. Żeby je zdobyć,  trzeba było wrócić do domu i zgarnąć je z małego stolika stojącego tuż przy schodach prowadzących na górę. Ivett zawahała się przez chwilę – perspektywa wejścia do domu, w którym widziała tego dziwacznego kapelusznika nie napawała optymizmem. Z drugiej strony posiadanie kluczyków było dla niej priorytetem – inaczej nie zdoła opuścić tego miejsca, a piesza wędrówka w taką pogodę mogła okazać się nie najlepszym pomysłem. Zacisnęła zęby i z powrotem weszła do nieoświetlonego hallu domu.

Spojrzała w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą widziała dziwną postać, ale nie zobaczyła tam nikogo. Szybko podbiegła do stolika, chwyciła klucze do samochodu i pobiegła z powrotem do wyjścia. Otworzyła auto, zaczęła uruchamiać silnik. W błysku kolejnej błyskawicy znów dostrzegła znajomą postać – oddaloną od niej o jakieś dziesięć cali. Dziwnie zniekształcona, toporna twarz z przekrwionymi białkami pozbawionymi źrenic wpatrywała się w nią uważnie, wyciągając nadpsuty kikut dłoni w kierunku klamki. Ivett krzyknęła. Samochód wciąż nie chciał odpalić…

Kobieta obudziła się zlana zimnym potem. Elektroniczny budzik wskazywał 6:29. Słońce zaglądało do wnętrza sypialni.

 

***

 

John nie krył swego zaskoczenia, gdy zobaczył Ivett machającą do niego energicznie zza witryny jeszcze nieotwartego sklepu usługowego „Armatura. Instalacje wodne, elektryczne, gazowe”. Jeszcze bardziej był zaskoczony, gdy kobieta, pomimo usilnych nalegań, nie chciała wejść do środka.

– Nie zamierzam o tym rozmawiać przy kimś obcym. Nie chcę też ciebie stawiać w trudnej sytuacji… Wiem jak łatwo dziś stracić pracę z błahego powodu.

Mężczyzna był zdumiony, gdy Ivett opowiedziała mu o tym, czego doświadczyła w swoim śnie na jawie.

– Pewnie myślisz sobie, że to jakiś mój sposób na szybki podryw. Ale ja po prostu nie zamierzam być dziś sama w tym domu! Nie mam tu nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc.

John pokiwał ze zrozumieniem głową. Obiecał, że pojawi się wieczorem, gdzieś w granicach dwudziestej pierwszej.

Ivette podziękowała mu i – nie wiedzieć czemu – pocałowała w policzek.

 

***

 

Gdy nadszedł wieczór, poczuła dziwny rodzaj podniecenia i ekscytacji. Tłumaczyła to sobie bliskością spotkania z niezwykle interesującym mężczyzną. Jej życie osobiste w przeciągu ostatnich dwóch lat wyglądało jak wielkie pasmo spektakularnych porażek. Przeciągający się rozwód, niekończące się przepychanki z byłym mężem, nieoczekiwana śmierć ojca, wyprowadzka z Nowego Jorku, zakup domu i ostatnie niezwykłe wydarzenia. Czegóż chcieć więcej? W skali stresu zaliczyła pewnie ponad trzysta punktów – a to już nie przelewki, szczególnie gdy jest się samotną, atrakcyjną kobietą przed trzydziestką. Tak naprawdę zastąpiła życie prywatne działalnością na polu zawodowym. Specyfika jej pracy pozwalała na pewną dozę niezależności, ale powoli docierało do niej, że wcześniej czy później będzie musiała zacząć prowadzić bardziej ustabilizowana egzystencję. Trudno jest się utrzymać z drukowania recenzji w literackich pismach branżowych i korekty czyichś publikacji – nawet w Stanach. Być może, sytuację zmieniłoby wydanie nowej książki, ale wobec natłoku spraw, nie mogła się skupić nad korektą własnego tekstu. Obiecywała sobie, że zabierze się do tego po urządzeniu domu i uregulowaniu kwestii związanych z finalizacją rozwodu, ale – tygodnie mijały, a praca nad powieścią przeciągała się w nieskończoność. Za to pisanie krótkich artykułów – owszem, szło dobrze. Pocieszała się, że jeszcze nie wszystko stracone i za jakiś czas wróci do tego, co najważniejsze.

Teraz chciała po prostu uspokoić skołatane ostatnimi wydarzeniami nerwy. Miała tylko jedno, podstawowe pragnienie: zapomnieć o Lovecrafcie, o szalonych wyczynach tajemniczego Billa-mormona i jego osobliwej społeczności.

Zapaliła nastrojowe światło, wyjęła kilka ulubionych winyli, zaparzyła dobrą mieszankę aromatycznej herbaty i postanowiła zaczekać na Johna, wpatrując się z okna salonu we wzburzony ocean. Zanosiło się na porządny sztorm. Wiatr zaczął gwizdać w okiennych wykuszach i delikatnie potrząsać metalowymi okuciami drewnianych okiennic. Wróciła do biurka i jeszcze raz wzięła do ręki domniemane zapiski Lovecrafta, rysunki i zdjęcia. Wczoraj nie chciała opowiadać o nich Johnowi, ale dzisiaj była całkowicie przekonana o tym, że powinna mu je pokazać. Możliwe, że dzięki jego pomocy rozszyfruje autora upiornych szkiców i zidentyfikuje chociaż część osób występujących na fotografiach. Podświadomie wiedziała, że zbiór tych na pozór chaotycznie zebranych dokumentów stanowi pewien zamknięty system znaczeń, coś w rodzaju tajemniczego szyfru, który doprowadzi ich do rozwiązania zagadki.

„No tak, miałam dziś wieczór nie myśleć o Lovecrafcie. Nieosiągalne” – westchnęła głęboko w myślach. Przetasowywała zdjęcia jak talię zgranych kart. Twarze migały jak w zepsutym fotoplastykonie. Światło miodowej lampy pełgało po zżółkłej sepii fotografii. Znieruchomiała.

– To niemożliwe – wyszeptała. – To nie może być prawda.

Zatrzymała dłoń w połowie drogi między jednym a drugim zdjęciem. Z fotografii spoglądał na nią na oko czterdziestoletni karzeł w śmiesznym, spiczastym kapeluszu i skórzanym kaftanie, ze zdeformowanymi lub amputowanymi dolnymi kończynami. Nogi tego nieszczęśnika kończyły się na poziomie kolan – sprytnie usadowione w zrobionych na miarę butach stanowiły coś w rodzaju namiastki prawidłowo rozwiniętej kończyny. Być może liliput nie wzbudziłby takich emocji w wyobraźni kobiety, gdyby nie ten charakterystyczny wyraz twarzy, który zapamiętała ze snu: zły zawistny, wwiercający się w świadomość Ivett. Zacięta mina, mocno zaciśnięta szrama wykrzywionych w szyderczym niby uśmiechu ust, dopełniały budzącego niepokój widoku. Patrzyła na zdjęcie jak zahipnotyzowana… I jeszcze te oczy – dziwne, jakby nabiegłe krwią.

Usłyszała charakterystyczny odgłos parkującego przed domem dżipa Johna. Podbiegła szybko do drzwi i otwarła je z wielkim impetem, jakby tym irracjonalnym gestem chciała odpędzić od siebie złe przeczucia.

Zanim zdążyła przywitać się z nim i zapytać jak minął mu dzień, stała już oparta o ścianę z uniesionymi rękami oplecionymi wokół jego szyi. Wzdychała, wyrzucając z siebie w zdumieniu i zatraceniu strumienie gorących oddechów. On – jedną dłonią ujął jej włosy, odchylił głowę do tyłu, namiętnie całując dekolt, a drugą przesuwał po sukience, ramionach, biodrach…

Próbowała podnieść ręce, ale nie w geście poddania, lecz protestu, aby powiedzieć: „Poczekaj, za szybko, dość, przestań…”. Jednak nie mogła się oprzeć uczuciu, które przeszywało każdy centymetr jej ciała. Nie potrafiła go odepchnąć. Nie mogła oderwać się od jego ust, którymi tak czule ją pieścił.

Johnny – szepnęła bezgłośnie z oczami zamkniętymi ze wstydu i pożądania. Coraz bardziej rozedrgana przestawała rozumieć, co się z nią dzieje. Dobrze zdawała sobie z sprawę z tego, co się za chwilę wydarzy. Z zaskoczeniem dostrzegła w sobie inną Ivett, o której istnieniu zdawała się nie mieć pojęcia. Z trudem utrzymując się na nogach tylko cicho jęknęła, ściskając tors mężczyzny bardziej, gdy dyszał równie mocno jak ona. Czuła jak jej ciało płonie. Jakby jej wnętrze pełne było ognia. Stała na miękkich nogach, z roztopionymi od nieokiełznanego pożądania wdziękami.

Przytrzymywała się jego silnego ramienia, którym w niezgłębiony sposób ją obejmował.

– Och, Ivette – szepnął jej do ucha, przygryzając je delikatnie; podpierał ją swoimi biodrami, by nie osunęła się na podłogę, przyciskał jej twarz do ściany, wsuwając język w jej rozedrgane usta.

– Ivett… – wypowiedział znów jej imię. Powiedział je tak, że zabrzmiało jak świergot ptaków, jakby coś nieziemskiego wydobyło się z jego ust. Imię było pieszczotą. – Ivett, Ive – pieścił ją jej imieniem.

To, co mówił potem, było bez znaczenia. Przynajmniej takie miała wrażenie. W jednej chwili pod wpływem impulsu skoczyła na niego okrakiem, a on uniósł ją i nie przestając całować zaniósł w kierunku sypialni…

 

***

 

Nie lubił światła – nie lubił też mroku. Jednak najbardziej nie znosił hałasu. Rozgwar zawsze kojarzył się z zagrożeniem. Przez te wszystkie lata nauczył się odczytywać subtelne znaki, które podawała mu usłużna rzeczywistość. Skrzypnięcia desek, ciężkie kroki, podniesione głosy, krzyki, wrzaski, jęki, wszelkiego rodzaju skamłania, piski, tumult, harmider, rżenia, kwiki, nawet zwykłe westchnienia… Tak, był specjalistą od nadawania dźwiękom imion, rozpoznawał z daleka, kogo lub co oznacza dany odgłos… Wiedział też, co należy robić, aby uniknąć ryzyka niesprawiedliwego karcenia lub budzącego grozę pouczania.

Westchnienia i pojękiwania dwojga kochanków wzbudziły w nim stare wspomnienia. Ile razy w swoim życiu je słyszał, ile razy był świadkiem tych dziwacznych obrzędów, które zawsze ściągały na dom moce złych duchów? A teraz znów układ dusz sprzyjał ożywianiu wspomnień, które wbiły się w jego pamięć jak opiłki szkła w oko. Wyszedł z kąta i poczłapał do schodów.

– Słyszycie, kochane moje… Słyszycie?

Z labiryntów pokojów, piwnic i strychu dobiegły go stłamszone, zaspane szepty. Szept tu – szept tam. Słodkie zapachy kobiecych perfum zmieszane z wonią drewna, dymu i ludzkiej skóry. Delikatna mgła uniosła się wokół kochanków.

– Ivette… Ive…

– Słyszymy… Słyszymy… – szepty krążyły wokół jak liście na wietrze.

 

Jedno z okien przy łóżku było uchylone. Wiatr rytmicznie kołysał firankami jakby w takt tylko sobie znanej muzyki. Na nocnej szafce paliła się lampka z witrażowym kloszem, który nakładał na ściany sypialni kolorowe, impresyjne plamy.

John delikatnie postawił Ivett na ziemi. Stali tak przez chwilę w półmroku, milcząc, ze splecionymi dłońmi, wpatrując się w siebie. W błękicie jego oczu, Ive dostrzegała niesamowitą głębię, w której chciała się zatopić. Nie unikała już jego spojrzeń, nie kryła pożądania, które zawładnęło nią zupełnie.

– Wiesz czego pragnę – powiedziała cicho, przyciągając go mocniej do siebie. Kolejny raz nogi ugięły się pod nią, gdy namiętnie ją pocałował.

– Pięknie pachniesz – odpowiedział, wtulając się w nią. – Niesamowity zapach…

John energicznym ruchem pchnął ją na łóżko i zaczął mocować się z suwakiem sukienki. Chciała mu powiedzieć, żeby się nie trudził, lecz po prostu podniósł sukienkę do góry. Zrzuciła buty i oplotła go nogami, próbując wyczuć przez ubranie jego rozpalone ciało. Johnny ciężko dyszał, całując czule jej szyję i ramiona. W końcu zerwał z niej sukienkę i pozostawił na moment w samej bieliźnie, ściągając z siebie ubranie. Ivett, jęknęła patrząc jak rozpina spodnie. W zachwycie przysiadła na łóżku i po chwili ujrzała jak John stoi przed nią w całej okazałości.

 

Dziewczęta zbiegły zdyszane do sypialni tak szybko, że nawet nie zdążył ich zauważyć. Ich przyspieszone oddechy i westchnienia były dla niego najpiękniejszą muzyką. Lubił na nie patrzeć – ich niewinna młodość i witalność były dla niego najlepszym antidotum na ból i smutek samotnego życia. Właściwie, to nie tyle je lubił, co – kochał. Żałował, że nie może im powiedzieć tego wprost – Ojciec zabronił rozmawiać z nimi. Mógł tylko na nie patrzeć, ocierać się o ich słodkie, lepkie zapachy, kiedy truchcikiem wbiegały do salonu albo wychodziły na krótki spacer po klifie. Patrzył jak czarne, koronkowe sukienki wzbudzają tumany złotego kurzu, gdy promyki światła przebijające się przez grube kotary zasłon muskają pocałunkami dostojne podłogi. Biedne, kochane siostry. Tak mało wiedziały o świecie za ogrodzeniem posesji, tak dużo wiedziały o sobie – o tym, czym jest ciemne, straszne, nieokiełznane pożądanie.

 

Od momentu, kiedy ujrzała go po raz pierwszy wydał się jej przystojny, lecz teraz – nagi – zapierał dech w piersiach. Był smukły i muskularny, lecz nie jak osiłek z siłowni, ale mężczyzna, który w pocie czoła zarabia na swoje utrzymanie. Jego lekko opalone ciało było po prostu piękne.

John położył Ivett na łóżku na wznak i patrzył na nią w milczeniu. Ive podniosła się i objęła ramiona jego nagie, silnie plecy. Ocierał się o nią w pożądaniu i bezwstydzie, zdejmując z niej jedwabną bieliznę, a ona bezwładnie tkwiła pod jego ciężarem, mocno wzdychając. Dotykał jej rozpalonego ciała, wędrując dłońmi od ud aż po piersi.

– Zaczekaj, zaczekaj… – powtarzała, próbując opanować emocje.

– Na co? – zapytał, gwałtownym ruchem rozchylając jej uda i wsuwając się w nią coraz głębiej i głębiej.

 

Nie musiał długo na Niego czekać. On zawsze wyczuwał moment, w którym należy się pojawić. Wytresował ich jak zwierzątka w cyrku, uzależnił od swojej siły, od drobiazgowo skonstruowanego systemu kar i nagród.

Drżał na całym ciele. Bał się Ojca a jednocześnie szanował i na swój sposób kochał. Wiedział, że nie wolno mu teraz uciec – to był najważniejszy element całej zabawy: miał tu być i p a t r z e ć. Początek zawsze był najważniejszy – potem Ojciec zapamiętany w doznaniach pozwalał mu skryć się w zakamarkach domu. Ale początek był obowiązkowy.

Wiedział, że On go potrzebuje, że jest tu akceptowany i oczekiwany bardziej niż ktokolwiek inny. Zdawał sobie sprawę ze swojej niepowtarzalnej, tajemniczej roli – czasami napawało go to nawet dumą. Jednak uczucie to szybko rozpływało się w osadzie goryczy i smutku, gdy Ojciec podchodził do cichych i coraz bardziej rozmodlonych sióstr, gładząc je po rozpalonych policzkach. Jego oddech zaczął przyspieszać a one, nauczone doświadczeniem, wiedziały co to oznacza i posłusznie podchodziły do niego, pochylając pokornie kształtne, dziewczęce głowy…

 

Krew zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach. Nie była przygotowana na tak szybki rozwój sytuacji, na jego wszędobylskie dłonie, na jego wargi i język stale penetrujący jej rozgorączkowane usta, ale to połączenie brutalności z czułością sprawiło, że dalsze czekanie stało się niemożliwe. Była rozpalona do granic przyzwoitości.

Chwycił ją w talii i lekko uniósł pozwalając, by długie włosy zafalowały w rytmie rześkiego i wilgotnego powietrza, wpadającego do pomieszczenia. Widział, że sprawia jej to przyjemność.

Rytmicznie poruszała biodrami, zatapiając się w bezwstydnych pieszczotach, krzycząc i prężąc się nieprzyzwoicie, a on łapczywie dotykał każdego zakątka jej ciała. Miała wrażenie jakby całym sobą był w niej, przenikał ją na wskroś, kochał każdym fragmentem swojego jestestwa.

 

On nigdy nie mógł sobie na to pozwolić. Podczas gdy Ojciec pieprzył się na jego oczach ze swoimi żonami i córkami, on mógł tylko patrzeć – ale zbyt wiele sprawiało mu to bólu i nieposkromionej zazdrości, aby mógł to wszystko spokojnie znosić. Tak, zazdrościł – wszak cały czas marzył tylko o jednym: aby znaleźć się na Jego miejscu, a przynajmniej tuż obok Niego. Tak bardzo chciał poczuć to co On – i być blisko.

Uciekał, a jakże uciekał – do najdalszych, najciemniejszych zakamarków domu i łkał w atłasowe poduszki! Ale nawet tam słyszał jęki wydobywające się z trzewi domu. Nasiąkał tymi dźwiękami przez lata, a kiedy napełnił się nimi po same brzegi, nastąpiło to, czego nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł się spodziewać.

 

Ivett dawno się tak nie czuła. W jednej chwili zniknęły wszystkie wspomnienia, nieszczęścia, porażki. Strata ojca, nieudane małżeństwo – wszystko to przestało mieć znaczenie. Zupełnie straciła głowę, pijana rozpasaną miłością, której nagły przypływ zalał ją zupełnie i nieodwołalnie. Czuła się tak jakby dryfowała ze swym kochankiem po wielkim oceanie nienasycenia. Nie tonęła, lecz znikała pod wodą, chwytając co jakiś czas hausty powietrza. I było jej nieskończenie dobrze… Konała w jego ramionach, by po chwili na nowo się narodzić – po to, aby mógł ponownie ją posiąść. W ślepym miłosnym amoku, wśród krzyków i szeptów, poniewierając swoje ciała w otchłani rozkoszy, jednoczyli się.

Jak w narkotycznym transie, Ive na przemian śmiała się i płakała. Ogarnął ją jakiś niewytłumaczalny dziki szał. Choć już nie mogła, oddawała mu się raz po raz, choć była wycieńczona, nie potrafiła przestać.

– Dość! – coś chwilami wrzeszczało w jej głowie. Namiętność jednak była silniejsza.

Nie potrafiła uzmysłowić sobie, co się dzieje. Chwytała się desperacko zagłówka łóżka, szukając podparcia dla wycieńczonego ciała.

– Już dość, przestań – błagała cicho.

– Nie chcę, nie mogę, Ive, jeszcze nie… – odpowiadał łamiącym głosem John, posuwając ją coraz mocniej i napastliwej w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości, jakby brał udział w jakimś diabelskiej orgii.

– Proszę, kończ już… – nie ustępowała Ivett, choć sama też nie mogła zatrzymać machiny, wprawiającej w ruch jej rozpalone ciało.

– Ive, doprowadzasz mnie do szaleństwa – szeptał jej do ucha, dotykając nabrzmiałych, sterczących piersi.

– John przestań… Nie przestawaj… – ledwo łapiąc oddech wyrzucała z siebie słowa, zmieniając zdanie co chwila.

Rozkosz mieszała się z bólem. Skrajne uczucia zalewały ją falami. Na całym ciele czuła naprzemienne uderzenia gorąca i zimna.

 

– Zostaw je – zdecydowany głos dziewczyny rozciął orgiastyczną falę szlochów i jęków niczym skalpel rozcinający podbrzusze człowieka poddanego nieoczekiwanej wiwisekcji.

Minotaur odwrócił pysk w kierunku osiemnastoletniej dziewczyny ubranej w powłóczystą, koronkową suknię ecru. Złość zmieszana z gwałtowną wściekłością wpełzła na wykrzywioną w orgazmie paszczę. Półczłowiek, półbyk – z diabolicznym pyskiem, wzrokiem owładniętym sennym obłędem i rządzą krwi…

Zostaw je! – krzyknęła tym samym, nieustępliwym tonem, dziewczyna w sukni ecru, trzymająca w wyciągniętej dłoni srebrny krzyżyk. – Dość już twoich rządów w tym domu! Dość już znęcania się nad nami i nad tymi biednymi zwierzętami! W imieniu Boga Najwyższego, ukorz się, demonie! Ukorz się! Ukorz!

Minotaur zastygł w bezruchu i milczeniu, jakby zaskoczony widokiem i słowami, które usłyszał. Jego oczy uważnie, metodycznie obserwowały wątłą postać dziewczyny, a napięte i spocone ciało zastygło na chwilę w kropli czasu – jak odwłok archaicznego owada w bursztynie… Potem – nieludzki ryk wypełnił przestrzeń domu.

 

Patrzyli sobie w oczy, w odrętwieniu i zatraceniu. Kochali się długo i intensywnie, a wielkie łóżko stało się ich polem bitwy.

W pewnej chwili pod powiekami Ivett zaczął malować się zupełnie inny obraz. Poczuła się tak jakby czas i przestrzeń przestały istnieć. Na domiar złego poczuła jak obejmuje ją jakiś dziwny, nienazwany chłód. Nie rozumiała co się dzieje, nie miała nad tym kontroli. Było to poza nią. Czuła jakby ktoś umysłem pętał ich ciała. Spojrzała w nieobecne oczy Johna. To co w nich teraz ujrzała, wzbudziło w niej zgrozę: dostrzegła błysk, którego źródła nie mogła odgadnąć. Ku swojemu największemu przerażeniu dostrzegła w tym błysku kształt, odległy, zamazany – jak cień na ścianie jaskini. Dziwna, diaboliczna miniaturowa sylwetka pół człowieka, pół byka – błysnęła w oczach Johna. Krwawe, złowieszcze spojrzenie, w którym lubieżne zło mieszało się z genialną przenikliwością skorego do manipulacji ducha wdarło się do umysłu Ivett.

– Nie, nie zostawię was. Jesteście moi! Moi! Dzięki wam odzyskam moc. Dzięki waszej żądzy odnowię własną żądzę i sprawię, że powrócę do mojego domu, do moich ukochanych! Tak, oto moje ziemskie królestwo, a wy staniecie się moimi poddanymi. Nauczę was kochać się naprawdę. Nauczę was kochać się w nieskończoność! Czy może być coś piękniejszego niż miłość bez końca?

 

Dziewczyna w sukni ecru podchodziła coraz bliżej do bestii szamocącej się na środku salonu. Wyprostowana, z krzyżem w dłoni. Wokół nóg, torsu i łap Minotaura owinęły się jego żony i córki. Widok ten przywodził na myśl jakąś demoniczną wariację słynnej greckiej rzeźby – Grupy Laokoona. Potworne i demoniczne kłębowisko ciał i głów, sycząc i wyjąc, wyciągało dłonie w kierunku srebrnego krucyfiksu. Wokół czuć było zapach dymu, siarki i spalonego mięsa. Żyrandol w sypialni zaczął się kołysać a lustra pękać z cichym trzaskiem. Czuć było, że to nie koniec – raczej  początek śmiertelnej walki…

– John, co się dzieje?! – Ivett ostatkiem woli krzyknęła w mrok.

Kochanek nie odpowiedział. Był już po drugiej stronie, powoli pociągając ze sobą Ivett. Miała wrażenie, że do sypialni zaglądała purpurowa łuna ognia, a rozedrgane płomienie sprawiały, że na ścianach i wysokim suficie tańczyły cienie. Cieni było coraz więcej a jej było coraz… chłodniej. John w strasznym zapamiętaniu penetrował jej wnętrze niczym drylownica wiśnię. Próbowała wyszarpnąć się z jego uścisku. Nadaremnie. Nagle dostrzegła bestię i dziewczynę w jasnej sukni.

– Nie podchodź do mnie! – Minotaur wrzasnął tak głośno, że zatrzęsły się ściany budynku i wyciągnął dłoń w kierunku dziewczyny z krzyżem. – Nie podchodź!

– W imię Boga Najwyższego, ukorz się! Ukorz się, demonie i wyznaj swoje imię!

Minotaur skulił się, jakby przez chwilę zbierał siły do decydującego ataku. Nabrał głęboko powietrza, jakby chciał samym tylko krzykiem zabić dzielną dziewczynę. Po chwili podniósł głowę i wyszeptał:

– Błagam cię, kochana moja. Na wszystko, co nas łączy i dzieli, na głębokości mórz i wysokości nieb. Błagam cię, odejdź. A ja obiecuję ci, że noga moja więcej tu nie postanie. Proszę cię… Nie męcz mnie. Miej litość dla steranego życiem Ojca – głos był jeszcze bardziej przenikliwy, świszczący, wdzierający się do uszu jak powietrze wtłaczane pod zbyt dużym ciśnieniem. Zdawać się mogło, że kto usłyszy ten szept niechybnie ogłuchnie.

– Ukorz się, demonie i wyznaj swoje imię! – Dziewczyna była nieustępliwa jak cień wisielca w piękny, słoneczny dzień.

Minotaur wyciągnął nadspodziewanie długą szyję i… stało się coś dziwnego i przerażającego jeszcze bardziej: głowa potwora zachrzęściła mięśniami i skórą. Nagle jego paszcza stała się wielka, ogromna. Potwór otworzył ją i zachrzęścił białymi, ostrymi zębami. Nagle okazało się, że splecione z nim w dziwacznym uścisku nałożnice również zazgrzytały zębami, ukazując swe prawdziwe oblicza.

Dziewczyna w jasnej sukni odsunęła się w ostatnim momencie, ale impet potwora był tak ogromny, że upadła na podłogę – krzyż wypadł z jej ręki.

Minotaur roześmiał się złowieszczo i – obciążony swoimi diabolicznymi przyjaciółkami – zaczął niezdarnie człapać w kierunku leżącej na ziemi kobiety. Każdy krok potwora wzbijał kurz z wibrującej w posadach podłogi; tynk obficie sypał się ze ścian.

– Mam nad tobą władzę! Teraz ty się ukorz, słodka ladacznico!

Potwór jeszcze raz kłapnął zębami… Już wyciągał swą wielką, włochatą łapę w kierunku dziewczyny, gdy… długi, drewniany kostur z obsadzonym na sztorc szpikulcem przebił najpierw kark, potem gardło. Minotaur zachwiał się, wybałuszył okropne oczy. Chciał zaczerpnąć powietrza, lecz nie mógł. Złapał się za gardziel i stał – zaskoczony i niepewny swego losu – usiłując za wszelką cenę zaczerpnąć powietrza. Tymczasem szpikulec szybko i sprawnie wbijał się w gardła zaskoczonych towarzyszek Minotaura. Sprawność i gracja z jaką zadawano te kolejne pchnięcia była niezwykła i zasługiwała na najwyższy podziw.

Za plecami potwora stał barczysty Indianin w starym, podniszczonym ubraniu i poplamionym kowbojskim kapeluszu. Pewnie nikt nie spostrzegłby, że to czerwonoskóry, gdyby nie pomalowana w barwy wojenne twarz i indiański amulet zawieszony na szyi: garstka końskich włosów przewiązana szkarłatną wstążeczką i koralikami.

Indianin nie wydał żadnego dźwięku, nie wypowiedział ani słowa. Milczący i szybki – wykonywał swą robotę w tajemniczym zapamiętaniu.

Nagle monstra zbiły się w jedno, przerażające zwaliste ciało. Oczy, głowy, szyje i ręce nieszczęsnych zaczęły zlewać się w całość, by już po chwili zapaść się w sobie i z cichym sykiem rozpłynąć w gęstej mgle.

W kącie sypialni, w najgłębszym i najbardziej zapadłym cieniu pomieszczenia stał wysoki, chudy mężczyzna w okularach, z charakterystyczną pociągłą twarzą. Teraz podbiegł do leżącej na podłodze dziewczyny i zaczął ją cucić. Widać było, że wydarzenia, które rozegrały się przed chwilą przyprawiły ją o chwilową utratę świadomości.

Wyszli na zewnątrz domu – Lovecraft, Indianin i dziewczyna w sukni ecru.

Przez chwilę patrzyli na wiktoriańską willę, tonącą w mroku nocy rozświetlonej nikłymi poblaskami przedzierającego się przez chmury światła księżyca.

– To już wszystko, co mogłam dla ciebie zrobić. Doprowadziłam cię do Minotaura, tak jak marzyłeś – rzekła cicho dziewczyna ujmując mężczyznę za rękę.

– Tak – potwierdził Lovecraft w dziwnym, somnambulicznym otępieniu.

– Tu nasze drogi się rozchodzą. Nie możesz pójść tam, dokąd my idziemy.

– Ale… dlaczego? Ja chcę iść z tobą. Jesteś… jesteś taka piękna i młoda…

Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie, odgarniając z czoła kosmyk zaplątanych wiatrem jasnych włosów.

– Nie – powiedziała krótko, odwróciła się w kierunku klifu i gwizdnęła w mrok.

– Tak – skwapliwie odrzekł mężczyzna. – Tak. Chcę, żebyś została…

Z mroku przygalopowały dwa konie. Ciemne, z rozognionymi oczami, z tętniącymi sercami, z parującymi brzuchami, z pęcinami gotowymi do skoku. Dziewczyna z pomocą Indianina sprytnie dosiadła wierzchowca. Czerwonoskóry uczynił to samo ze zwinnością, której nie powstydziłby się dwudziestolatek.

Lovecrfat patrzył przerażony na ten widok, jednak zgroza nie zatrzymała go przed podejściem do końskiego widma.

– Zostań! – krzyknął jeszcze raz, łapiąc za brzeg koronkowej sukienki.

Zwierzęcy duch zrobił krok i kopnął mężczyznę. Ten, trafiony kopytem w brzuch, skulił się i upadł na ziemię jak rażony gromem. Indianin cmoknął i konie ruszyły cwałem, ominęły dom i przeskoczyły przez brzeg klifu. Szum oceanu wypełnił ciszę.

 

Tej nocy kochali się jeszcze długo. Ivett ze zdumieniem spostrzegła, że po chwilowym zniechęceniu nieustającym zbliżeniem, teraz jakby odżyła i nabrała ochoty na dalsze pieszczoty. Miała przeświadczenie, że nie musi się już nigdzie spieszyć, że pośpiech w erotycznym splocie jest niewskazany i niepotrzebny. Teraz mogła cieszyć się doznaniami płynącymi z kochania się z Johnem bez napięcia i przekonania, że robią to za długo, że przyzwoitość i zmęczenie nakazuje im kończyć.

Odnajdywała błogą przyjemność w gładzeniu opuszkami palców jego ciała. Uda, brzuch, tors, szyja, twarz … – każdy dotyk przynosił nowe, nieznane dotąd skojarzenia. Czuła jak zapada się w inny, niezwykły świat. Wachlarz wrażeń był szerszy i bogatszy niż w najpiękniejszym śnie. Nawet w marzeniach nie było jej tak dobrze jak teraz!

Nigdy nie przypuszczała, że seks może dostarczać nie tylko przyjemności cielesnej ale i duchowej. Oczyma duszy widziała jak atomy, z których zbudowane są ich ciała, pulsują żywym lśnieniem wielobarwnych fal. Energia ich dusz splątała się ze sobą, z dwóch osobnych nurtów życia niespodziewanie powstał jeden rwący potok.

Nie spodziewała się, że można to robić w taki sposób, nie przeczuwała nawet, na ile sposobów mózg jest w stanie rozpoznawać rozkosz w zakamarkach ciała i duszy kochanka. Zapamiętale, wolno, bez zbędnego pośpiechu kołysali się w rytm fal namiętności, które otulały ich skóry gorącym woalem niezaspokojonych tęsknot. Ich ciała tarły o siebie, odczuwając coraz intensywniej temperaturę, fakturę i smak skóry, tkanek, mięśni, chrząstek.

– Kochaj mnie… mocniej… – szepnęła Ivett, wbijając paznokcie w plecy Johna.

John pochylił się nad nią, objął za szyję i zanurzył się w niej przeciągle, odważnie, z niezwykłą energią. Ivette nie rozumiała tego, co się z nią dzieje – zresztą nie chciała tego rozumieć. Miała tylko nadzieję, że to się nigdy nie skończy, że będą mogli trwać w tym stanie w nieskończoność. Jakaś potężna siła wiodła ich w stronę, w której słowa traciły wszelką moc i znaczenie. Biegli ku słońcu, zatapiając się – jak dzieci taplające się w kałużach – w rozognionych, purpurowych jeziorach orgazmów i ekstazy. Konsekwentnie i prosto, jak naprężony postronek, unoszący bezwładne ciało wisielca, zmierzali w kierunku lśniącego wszystkimi barwami ognistego lustra, zza którego wołały do nich dziwacznie zniekształcone twarze duchów rozpusty i pożądania. Nie byli w stanie nic zrobić, by się temu oprzeć – zresztą zwyczajnie nie chcieli. Uwierzyli w to, że są wieczni, że są nieśmiertelni.

 

***

 

Policyjne wozy obstawiły dom na klifie. Kilkunastu policjantów otoczyło jaskrawymi taśmami podjazd, dwa zaparkowane na nim auta, wiktoriański ganek, wszystkie wejścia do willi. Kilku miejscowych dziennikarzy jakimś cudem dowiedziało się już o wydarzeniach minionej nocy i okupowało fronton domu, czekając na pojawienie się szeryfa, który przedstawi oficjalny komunikat.

Gapie byli podekscytowani. Kilku miejscowych kloszardów cierpliwie wyglądało zza szeregu policyjnych radiowozów, wietrząc sensację nie tylko na lokalną skalę. Starszy, szpakowaty mężczyzna w szarym, jesiennym płaszczu wysiadł z nieoznakowanego auta, okazując służbową legitymację przeszedł między funkcjonariuszami obstawiającymi dom, wszedł po drewnianych schodach na ganek i dotarł do wysokiego, barczystego mężczyzny w charakterystycznym mundurze i kapeluszu.

– Inspektor Jack Ryan, FBI. – Wyciągnął dłoń w kierunku szeryfa.

– O, jest pan wreszcie! Zapowiadali pana już trzy godziny temu.

– Przetrzymali mnie trochę na lotnisku. Korki przy odprawie. Pomylono bagaże. Normalka. Co tu macie?

– Interesująca historia – rzekł szeryf z kamienną miną, podając Ryanowi plik zdjęć wykonanych przez policyjnego technika. Inspektor przejrzał je szybko, mrużąc oczy jakby w obawie, że to, co widzi może go oślepić.

– Niezły bajzel. Morderstwo? Samobójstwo? Samozapłon? Porachunki przestępcze?

– Gdybyśmy wiedzieli, z pewnością byśmy pana tu nie ściągali.

Inspektor kiwnął głową i oddał zdjęcia szeryfowi.

– Macie tu coraz ciekawsze przypadki – mruknął. – Możemy wejść do środka? Nie ma to jak obserwacje z pierwszej ręki.

Szeryf skinął przyzwalająco i zaprosił gestem dłoni do środka. Grupka dziennikarzy poruszyła się niespokojnie, w oczekiwaniu na sensacyjny zwrot sytuacji.

Zza kolumny zaparkowanych radiowozów, karetek i karawanów wychynął przygarbiony starzec. Obserwował dom od dłuższego czasu – włóczęga w wielkim, poplamionym kowbojskim kapeluszu i obdartych łachmanach. W dłoni dzierżył długi kostur z nabitym na sztorc szpikulcem, na piersi powiewał na wietrze dziwaczny wisior: kitka końskich włosów przewiązanych szkarłatną wstążką i koralikami.

– Jednak mu uwierzyła. – Zniechęcony pokręcił głową i skierował się w stronę otulonego jesienną mgłą miasta. – A prosiłem, ostrzegałem… – wymruczał, oddalając się od domu.

 

październik / listopad 2014

 

Koniec

Komentarze

Trochę inaczej prowadziłbym początek, więcej swingu, by nie usypiać czytelnika, czyli opis, odczucia i przełączenie perspektywy na otoczenie, np. ruch wokół budynku…dobrym rozwiązaniem mogłaby być obserwacja sprzedawcy nieruchomości i klientki, jakby z ukrycia, co mogłoby podnieść napięcie, od razu na wstępie. Taki przekładaniec jest intrygujący i przykuwa uwagę. 

 

Geometryczny genotyp przestrzeni rozkład [lepiej jest naturalnie bez kombinowania, inaczej zgrzyt przy czytaniu] pokoi, korytarzy, strychu i piwnic dopasował swój mroczny charakter do jego upodobań, sympatii i antypatii.

 

– Jest coś, o czym powinna pani wiedzieć – pośrednik uniósł brew i spojrzał na nią z wyraźną wyższością.wyraźnym zainteresowaniem [ tak jest wiarygodniej, bo postać drugoplanowa ma prawo być zaciekawiona reakcją potencjalnej klientki]

 

Pośrednik wyraźnie przegrywał decydujące rozdanie starcie.

 

Ivett poczuła delikatne, nieustępliwe brzęczenie w uszach

 

Głos uwiązł jej w krtani, a złość przekształcała się na powrót w zdumienie. To zdanie jest do poprawy, nie ma uzasadnienia w dalszej części dlaczego tak się przeraziła oraz sama konstrukcja zdania jest karkołomna, ze względu na przekształcenie się emocji jedno w drugie – raczej niemożliwe w tym samym czasie. 

 

Facet blefuje i już nawet się z tym nie kryje. Żenujące widowisko. [stop! tutaj idziesz na skróty, a z dialogu nic nie wynika o podejrzeniach, zaś narracja jest bezosobowa, więc nie jest przypisana do bohaterki., do poprawy – np. wcześniej informujesz czytelnika o mimice twarzy bohaterki – z niedowierzaniem uniosła brew? Może inaczej, ale warto zachowywać ciągłość przyczynowo-skutkową.]

– Oczywiście, mam niezbity dowód – pośrednik uśmiechnął się lisio [osobiście rażą tak przypisane przysłówki, znacznie lepiej jest podkreślić “lisiość” w wypowiedziach postaci, lub korzystajac z porównań] , uprzedzając pytania Ivett.

 

Po trzech dniach od tej rozmowy, zbędne, bo zachowałeś ciągłość z akapitu wyżej. 

 

I tak można do samego końca sprawdzać i sugerować inne rozwiązania, ale nie o tym chciałem.

 

Ogólnie, całkiem nieźle. Czyta się płynnie, panujesz na d językiem pisanym. Idziesz w bardzo dobrym kierunku, opisy są ciekawe, nie nużą, wręcz przeciwnie. Cieszę się, że w końcu trafiłem dzisiaj na coś wartego uwagi. 

Dobra robota, iHomer. Cenne uwagi. Spróbuję jeszcze pokombinować ze wskazanymi przez Ciebie fragmentami. Miło, że tekst odnajdujesz jako wartościowy. Dzięki za uważne przeczytanie.

...always look on the bright side of life ; )

Fajnie jest pomagać świadomym twórcom. Także z chęcią pomogę, na ile potrafię i znajdę czas. 

Jacku! Odpłynąłem! Malujesz słowem, jak zwykle. Miałem pewność, że warsztatowo tekst stał będzie na wysokim poziomie i w tej kwestii oczywiście nie zawiodłeś. Obawiałem się za to, czy odnajdziesz się w nietypowej dla Ciebie konwencji. Jakże niepotrzebnie! Dobry horror to nie tylko flaki i krew, lecz przede wszystkim klimat i napięcie, które w trakcie lektury coraz bardzie załażą czytelnikowi za skórę. Czytając Zew Minotaura w ciemnym pokoju, gdzie jedyne źródło światła stanowił ekran monitora, musiałem kilka razy przerwać lekturę i upewnić się, że drzwi są nadal zamknięte a liczba znajdujących się w pokoju osób przypadkiem nie wzrosła. Nie przesadzam, używając słowa “musiałem”, a warto zaznaczyć, że jestem sam w domu. Brawo :)

To jeszcze jednak nie koniec pochwał :P Notatki Lovecrafta – co tu dużo pisać, no, szczęka mi opadła! Gdyby nie znajdująca się w nich wzmianka o Minotaurze, w pierwszej chwili oskarżyłbym Cię o plagiat! Genialna stylizacja.

Na koniec dodam, że przeczytałem Twoją ostatnią pw dopiero po lekturze, więc nie będę tu wklejał wyłapanych potknięć, bo nie wiem, które z nich zdążyłeś poprawić. Miast tego za moment podeślę Ci listę w pw.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

OK. Dawaj :)

edit: Tak, Bogusławie! Stylizacja przyniosła mi mnóstwo przyjemności! Czułem się jak medium posługujące się pismem automatycznym.

Był jeszcze jeden ciekawy moment: sklep przy Angell Street. Nazwę ulicy wybrałem na chybi utrafił. Potem ze zdumieniem odkryłem, że na Angell Street znajdował się dom, w którym urodził się Lovecraft. Ciarrrry… : o )

...always look on the bright side of life ; )

Byłbym zapomniał! Dzięki Wiwi :)

EDIT: Creepy coincidence? Or not ;)

EDIT 2: Przeczytałem raz jeszcze stylizowane fragmenty i nie mogę wyjść z podziwu. A że zakupiłem ostatnio zbiór Zgroza w Dunwich i od kilku dni obcuję z prozą Lovecrafta, wiem co piszę :)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Nie ma za co, Boguslawieeryku, cała przyjemność po mojej stronie;)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

 A teraz, gdy za­miesz­ka­ła w domu, w któ­rym praw­do­po­dob­nie prze­by­wał przez kilka ostat­nich ty­go­dni swo­je­go życia H. P. Lo­ve­craft, czuła się tak, jakby zna­la­zła się nie­bie, w któ­rym boscy, do­brze zbu­do­wa­ni nie­wol­ni­cy speł­nia­ją jej naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne ży­cze­nia.

znalazła się niebie.

 

– Wszyst­ko przed panią. Oczy­wi­ście, her­ba­ta jak naj­bar­dziej wcho­dzi w za­kres moich za­in­te­re­so­wań. Pięk­ny dom! – męż­czy­zna ro­zej­rzał się po sa­lo­nie i po­szedł za Ivett do kuch­ni.

- Mężczyzna

 

– O, więc twoje od­wie­dzi­ny nie były aż tak bar­dzo bez­in­te­re­sow­ne? – tym razem Ive pu­ści­ła oko do Johna.

Znów, chyba, nie odgębowo.

 

 

Nie chcę, nie mogę, Ive, jesz­cze nie… – od­po­wia­dał ła­mią­cym gło­sem John, po­su­wa­jąc ją coraz moc­niej i na­pa­stli­wej w cał­ko­wi­tym ode­rwa­niu od rze­czy­wi­sto­ści, jakby brał udział w ja­kimś dia­bel­skiej orgii.

Jakiejś.

 

 

Jego oczy uważ­nie, me­to­dycz­nie ob­ser­wo­wa­ły wątłą po­stać dziew­czy­ny, a na­pię­te i spo­co­ne ciało za­sty­gło na chwi­lę w kro­pli czasu – jak od­włok ar­cha­icz­ne­go owada w bursz­ty­nie… 

A to bardzo ładne zdanie :-)

 

No to teraz Jacku znajdz te 3 zdania w tekście z 70k znakami!

Horror ;)

Muahahahahaha!

 

 

A, więc jednak napisałeś ten horroro romans. Myślałem, że tylko żartujesz. Nie ma co, słowny z Ciebie facet;)

A teraz pora na moje subiektywne wrażenia.

 

Przyznam, że miałem pewne obawy, gdy przeczytałem w przedmowie, że ma tu być i romans. Na szczęście uniknąłeś ckliwej maniery, a skupiłeś się… na konkretach;)

Miałem sobie tekst rozłożyć na dziś i jutro. Ale jak doczytałem do rękopisów Lovecrafta to już nie odpuściłem do końca. 

Finał znakomity.

To przeplatanie się scen, łączonych przez niepohamowaną, wiecznie głodną żądze – genialne. I ten minotaur, będący alegorią ludzi ogarniętych nieposkromioną hucią, stających się na wpół zwierzętami.

Tekst bardzo udany.

 

Pozdrawiam!

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Tak, podziękujmy wiwi! :) (O wilku mowa…)

Specjalne Podziękowania dla: BogusławaEryka, rooms, bemik, wiwi, Adama KB, thargone, S. Leiss – bez Was i bez Waszego szalonego głosowania pod szukanie/wołanie – nie byłoby tego tekstu.

...always look on the bright side of life ; )

Jacku…

Zdajesz sobie sprawę, że teraz będę CI truł i nalegał na kolejne opowiadanie w tym klimacie? ;) Ba! Pewnie nie ja jeden.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

NIEEEEEEEEEE!!!!! :)

edit: No dobra, ile płacisz/płacicie? :)

...always look on the bright side of life ; )

@Nazgul: Dzięki. Jak zwykle odkrywasz interpretacje, których sami Autorzy prawdopodobnie nie dostrzegli. Niech żyje podświadomość!

...always look on the bright side of life ; )

Długo i nudno

Dobra, dobra, choćbyśmy krzyczeli: “Nie, Jacku, nigdy więcej horrorów!”, to i tak jestem pewien, że Twoja przelotna przygoda z tym gatunkiem rozwinie się w dłuższy romans. Skąd ta pewność? Czytając Zew…, nie sposób przeoczyć, że praca nad tekstem sprawiła Autorowi ogrom przyjemności. Czuć że nie pisałeś byle tylko napisać, lecz zaangażowałeś się, a śmiem wątpić byś to uczynił, gdyby procesowi twórczemu nie towarzyszyła frajda ;)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Frajda – tak, była ; )

Z pisania powinna być frajda. Tyle mamy w życiu dziwnych i nudnych dociążeń. Pisanie to miejsce, gdzie jesteś wolny.

...always look on the bright side of life ; )

Racja, chociaż, spojrzawszy na proces pisania od strony czysto technicznej, formułowanie niektórych zdań niekiedy przypomina niemożliwą do rozwikłanie łamigłówkę i potrafi potwornie zmęczyć. Z drugiej strony jednak nic nie zastąpi ekstatycznej chwili, gdy wszystkie puzzle wskakują na odpowiednie miejsca :) No, może przesadzam z tym “nic nie zastapi”, acz jest to zdecydowanie wspaniałe uczucie.

A wracając do tekstu w kontekście komentarza Gwidona, wydaje mi się, że Zew Minotaura nie jest lekturą, która spodoba się wszystkim, ponieważ wpływ prozy lovecraftowskiej jest tu wręcz namacalny, a i ona nie każdemu przypada do gustu. Ja, dla przykładu, lubię bardzo, i to, co w Zewie… jednym może wydać się “długie i nudne”, dla mnie stanowi wzorowy przykład budowania klimatu poprzez szczegółowe ukazanie scenerii, gdzie została osadzona fabuła, i emocji towarzyszących protagonistce, która znalazła się w niezwykłej, bądź co bądź, sytuacji.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

To prawda, Lovecraft jest trudny i nawet trochę “nudny” dla współczesnego odbiorcy. Zdaję sobie sprawę, że nie ma idealnych opowiadań. Są pewnie tacy, którzy polubią ten tekst – i tacy, którzy go niemiłosiernie zjadą. To normalne. Nie ma obiektywnych recenzji. Są tylko subiektywne opinie ; )

...always look on the bright side of life ; )

Hmmmm. Miałam dużo skojarzeń. Dom i ocean z "Ręką mistrza", Indianin z "Poltergaistem" podobnie jak zwyrodniały ojciec rodziny. W stosunku do Indianina użyłeś określenia domokrążca, co trochę wprowadza w błąd, bo potem określasz go jako kloszarda, bezdomnego. 

Ogólnie fabuła oparta na standardzie:  nawiedzona osoba lub miejsce, strach społeczny przed wszelkiego rodzaju zwyrodnieniem (karzeł, kazirodztwo), ukryty, zakamuflowany oprawca, tudzież wybawca, pieprzysz się= giniesz. We wszystkich horrach występują takie schematy. Pijani i rozwiąźli, przesadnie weseli umierają pierwsi, jeśli chcesz przeżyć musisz być przeciętną dziewicą i wchodzić zawsze z prawej strony kadru :-P A jak dałeś dupy bez jąknięcia marny Twój koniec :-D

Odnośnie seksu, to mi się w Twoim tekście nie spodoboło Jacku :-( używając określeń : bezswstydny itp powieliłeś schemat i ukarałeś bohaterów za"rozwiązłość". A cóż w tyM takiego złego, że para młodych ludzi rżnie się bez pamięci? :-P (Celowo używam w komentarzu lekko wulgarnych zwrotów :-)),

Jeśli chodzi o język to nadmiar przymiotników przytłacza, szczególnie w pierwszych akapitach, wywaliłabym połowę, zwłaszcza te oczywiste , np : W ponure, [pochmurne] dni dom tonął w [całkowitym– jeśli przedostawały się snopy światła to nie całkowity] mroku, który zdawał się mieć własną wagę, temperaturę, zapach. Gdy przechodził długimi korytarzami z jednego skrzydła posiadłości do drugiego, wydawało się, że [ciemna], duszna atmosfera wnętrz wiąże niewidzialne pęta wokół nóg, kładzie na karku okrutny i [bolesny] ciężar, przyginając kręgosłup do podłogi. Drewniane klepki skrzypiały pod naciskiem [ciężkiego– jeśli skrzypiały to z pewnością ciężkiego], apatycznego ciała,[suchy– kurz zawsze jest suchy] kurz unosił się w snopach przyczajonego światła przemykając pomiędzy na wpół przymkniętymi powiekami okiennic.

NadużYwasz również imienia głównej bohaterki, zaczynając w ten sposób akapity, a przecież gdybyś zastosował czasownik lp rodzaju żeńskiego, os 3, to I tak byłby jasne że chodzi o bohaterkę. 

To co mi się spodobało to motyw koni, pamiętam tylko jedną książkę z takim elementem, nazywały się w niej Thestralami :-) mimo to, Twoja wersja upiornych chabet podobała mi się bardziej :-)

Jacku, pomimo ogromnej sympatii i szacunku do Ciebie ten tekst mnie nie powalił. Znając Twoje inne utwory z pewnkością stawiam Ci wysoką poprzeczkę (o ile nie najwyższą). Przesłanie również mi się nie podobało… Dlatego utknęłam ze swoją historią. Horror uważam za najtrudniejszy z gatunków i ciężko jest napisać coś, nie opierając się na istniejących schematach:  nawiedzonych domach, wampirach, zombie, świteziankach, rusałkach i całej reszcie stukostrachów. Za to właśnie cenię Twoje pozostałe teksty: za nowatorskie, genialne spojrzenie na obce cywilizacje. W tym opowiadaniu, pomimo, że dialogi były pierwszorzędne a akcja budowała się poprawnie, to niestety schemat gonił schemat. 

Pozdrawiam serdecznie i niezmiennie pozostaję fanką Twojego niewątpliwego i nieprzeciętnego talentu.

 

To praw­da, Lo­ve­craft jest trud­ny i nawet tro­chę “nudny” dla współ­cze­sne­go od­bior­cy.

 

Nie wiedziałem, że to tekst Lovecrafta.

Co nie zmienia mojej oceny.

@S. Leiss: “Odnośnie seksu, to mi się w Twoim tekście nie spodobało Jacku :-( używając określeń : bezswstydny itp powieliłeś schemat i ukarałeś bohaterów za"rozwiązłość".

 

Saro, ani razu nie użyłem w tekście słowa “bezwstydny“. Nie wydaje mi się również, żebym chciał kogokolwiek karać za skłonność do miłości fizycznej ; ) Zwróć uwagę na to, co się dzieje z bohaterami: przechodzą z jednoczasu do wieczności. Kochają się non stop. I jednocześnie, wybierając ten sposób bytowania, godzą się na odejście z naszego czasu i przestrzeni. Płonąc z miłości niekoniecznie platonicznej… ; )

Pozdro.

 

...always look on the bright side of life ; )

Ocierał się o nią w pożądaniu i bezwstydzie :-)

Jacku, rozmawiamy nie o prawdach objawionych tylko o subiektywnych odczuciach czytelnika :-) Twój tekst zinterpretowałam w ten a nie inny sposób: pomimo lojalnych ostrzeżeń prawego indianina rozwiązła lafirynda puściła się na pierwszej randce, za co została srącona do piekła, ku uciesze demonów żądzy i pożądania. Jej doczesna powłoka, czytaj nierządne ciało, zostało za karę zmasakrowane w intresujący dla koronera sposób. Morał :  trzymaj nogi w kupie, niecna rozpustnico, szczególnie w nawiedzonym domu, bo się z tym twoim hydraulikiem w smole po wieczność będziesz piekła :-D

Ps. nie gniewaj się, Jacku :-)

 

@S. Leiss

Ja trochę inaczej interpretuję ten utwór (czy to kogoś dziwi;))

 

Według mnie Jacek nie tyle potępia sam sex, co obłęd pożądania, chorą huć, która w swym nieopamiętaniu bliższa jest zwierzętą niż ludzią. Bo tak płytko, cieleśnie potraktowana… “miłość” dla mnie jest mało ludzka. Z takiej praktyki i mentalności mogą rodzić się: gwałt, kazirodztwo, czy pedofilia (o czym Autor w tekście wspomina). Kierowanie się taką, nazwijmy to bezwstydną (to dobre słowo:P) ideologią zmienia nas w tytuowego minotaura, obdartego po części ze swej ludzkiej powłoki. Na wpół potwora chędożącego bez opamiętania żone jak i (kilkanaścioro bodajże) córek.

 

W takim spojrzeniu tekst nie krytykuje sexu, jest tylko “przestrogą” przed nim. Jest jak znak ostrzegawczy o niebezpiecznym zakręcie w prawo. Nie oznacza on, że mamy się zatrzymać i zawrócić. Możemy jechać, ale ostrożnie, bo wypadniemy z drogi.

 

To moja interpretacja. Miło mi było przeczytać Twoją. Przyznam, że trudno byłoby mi wskazać tą, jedną właściwą. Zaczynam przypuszczać, że… oboje mamy rację!

Może to i lepiej. Również dla samego tekstu, który okazał się mniej jednoznaczny niż przypuszczałem.

 

Pozdrawiam ciepło!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Każdy krok potwora wzbijał kurz z wibrującej w posadach solidnej, dębowej podłogi; […]. ---> o jeden rzeczownik z przyimkiem za daleko, zdaje mi się bardzo silnie… :-)

<><>

Nie pamiętam, już nie kojarzę, jaki i jakim cudem wniosłem – wyłącznie Twoim zdaniem, uważam – wkład w powstanie powyższego opowiadania, ale to nieistotne.

Liczy się, że przeczytałem i, jak niemal nigdy, nie mam do powiedzenia na temat tekstu z klasy horroru niczego, co by ów tekst wykpiwało, kazało zbyć wzruszeniem ramion. O tyle dziwne, że po systematycznych “odpadkach” od opowiadań pana L. taką reakcję na historię za fundamenty mającą Jego i Jego pisanie możnaby traktować jako normalną… No, gwoli szczerości: w momencie pojawienia się Indianina lekko, przelotnie zwątpiłem, czy utrzyma się zapowiadany klimat, pozostanie dotychczasowe tempo, niespieszne, ale nie ślimacze…

Piać z zachwytu, jak się, jacku, domyślasz, nie będę, ale kłaniam się z uznaniem i podziękowaniem za zajmująco spędzony czas.

 

@Nazgul: Lepiej bym tego nie ujął.

@Adam KB: Nie odpadłeś od tekstu – to najważniejsze. Dla mnie to duży komplement. Ja w pisanie horrorów i romansów nie jestem wprawiony i zdaję sobie z tego sprawę. Uczę się wciąż i wciąż. To był dla mnie taki test, czy w ogóle jestem w stanie coś takiego pisać. Dobrze chociaż, że frajda z pisania była. I kibice zacni ; )Pozdrawiam.

PS. A co do wkładu: “Popieram wiwi – prosimy o romans. W pięknej, ma się rozumieć, scenerii, z podłym rywalem, który oczywiście przegrywa, gdy wydają się jego matactwa i kłamstwa…“ Twój cytat, Adamie, z dyskusji pod szukanie/wołanie.

A wyszło – to, co wyszło… ; )

 

...always look on the bright side of life ; )

Nazgulu– no właśnie ten przekaz mnie tak nastroszył, bo nie uważasz, że pomiędzy wykorzystywaniem córek, a seksem dwojga, dorosłych, samotnych ludzi jest kolosalna różnica? 

Po tym, przecież ten romans mógł być początkiem pięknej miłości.

Z pewnością mogłabym się przychilić do Twojej interpretacji, gdyby powyższy tekst tak mocno nie bazował na horrorowych schematach. Niezmiennie utrzymuję, że napisać horror, który nie opiera się na istniejących wzorcach czy potworach jest niesamowicie trudną sztuką, jeśli potrafisz to zrobić, będziesz umiał napisać wszystko.

Ech, Saro. Przypuszczam, że ilu Czytelników, tyle interpretacji. I bardzo dobrze. Tak właśnie powinno być – bo to świadczy o tym, że tekst wibruje w naszych wrażliwościach na różnych częstotliwościach skojarzeń. Im więcej skojarzeń – tym lepiej, bo rozszerza się zakres znaczeniowy i symboliczny tekstu.

A tak, nawiasem pisząc, zaskoczyłaś mnie niezwykle emocjonalnym podejściem do tego opowiadanie… Saro Droga, przecież to tylko fikcja literacka, eksperyment językowy… A Ty się dałaś tak łatwo nastroszyć? ; )

...always look on the bright side of life ; )

Oczywiście, że emocjonalnym Jacku! Po pierwsze jestem kobietą a po drugie, w tym celu piszemy, że by grać na emocjach czytelnika, prowokować min takie dyskusje właśnie, jeśli wszyscy byliby zgodni: Tak, bardzo ładne, podobało mi się, to mielibyśmy Twilight nie literaturę :-P

No a tak na marginesie to … jestem przeciwna paleniu czarownic :-) Pewnie kiedyś, w poprzednim życiu  rzucono mnie na stos za zwykłe ludzkie przyjemności i dlatego teraz tak się bulwersuję gdy ktoś robi to innym :-D

Hm. Kilka słów i już impuls twórczy? Ale to dobrze, że tak jest, a przynajmniej bywa. :-)

Pozwolę sobie poprzeć zdanie Sary, iż “[…] napisać horror, który nie opiera się na istniejących wzorcach czy potworach jest niesamowicie trudną sztuką […]”. Pozwolę sobie nawet na pójście o krok dalej i sztukę niesamowicie trudną nazwę sztuką niewykonalną po wyjściu poza granice lęków i fobii, typowo wbudowanych w nas przez ewolucję i wielowiekową tradycję kulturową społeczeństw, do których adresujemy tekst.

Oczywiście, że wykonalną Adamie!!! Spójrz na Seabrooka, albo Romera! Twórców zombie! Oczywiście, strach przed umarłymi stary, ale potwór, historia nawiązująca do konsumpcyjnego stylu życia jak najbardziej nowa w tym wydaniu i oryginalna. Podobnie Godzilla, albo King Kong! Więc nikt mi nie powie, że się nie da, bo się da! Tyle, że "potwory"– demony, duchy, wampiry są zakorzenione w podświadomości tak mocno, że trudno jest wyskoczyć poza schemat i wymyślić coś nowego. Ot co! Ale od czego mamy wyobraźnię? :-)

Wyobraźnia nic, albo w znikomym stopniu, pomaga w dziele wykroczenia poza schematy. Zresztą – jakie to wyrwanie się z obszaru kalk? Przerośnięty małpiszon, napompowana jaszczurka… Kosmici może, bo to na razie faktycznie czyste wymysły? No to proszę, robale, ośmiornicopodobne, meduzopodobne, karaczany razy pięćset pięć… Wszystko bazuje na archetypowych lękach i wstrętach, wspomagając się skalą.

A kto się boi tego, co doprowadzi do największej katastrofy dla gatunku? Praktycznie nikt. Ach, będzie raj na Ziemi po przejściu w infosferę całkowitą! Tja, już to widzę, ten raj…

Jak dla mnie sprawna językowo realizacja oklepanego schematu. Nie wiem, czy takie miało być zamierzenie, ale główna bohaterka wydała mi się płaska i raczej antypatyczna (serio, przedstawia się nieznajomemu per ‘jestem znaną i cenioną pisarką’? Twierdzi, że ma w domu tylko herbatę, ale po wyjściu gościa delektuje się winem? Co za skąpstwo :>). Romansu jak dla mnie brak – nie zauważyłam, żeby między bohaterami zaiskrzyło, a to jak niby taka światowa kobieta poleciała na – nawet i oczytanego – faceta ze sklepu z armaturą, bo takie ciacho i od progu zaczęła się z nim seksić, chociaż przed chwilą odkryła, że ma poważny problem, niespecjalnie mnie przekonało. Seks ciągnący się przez pół opowiadania mnie znużył. Sama historia poprzednich właścicieli, tajemnicze szkice, pojawiające się postacie wyglądały bardziej interesująco, ale te wątki nie zostały niestety rozwinięte. Za to podobało mi się pod względem stylizacji i warsztatu – zwłaszcza te zapiski ze strychu.

Spłycasz, Adamie. King Kong– zoofilia. Godzilla – społeczny strach przed próbami jądrowymi ( nie zapominaj gdzie powstała)

Każde pokolenie ma swoje fobie i na tym należy bazować pisząc horror, bo kto się dzisiaj boi wampirów!? Widziałeś jak wygląda Robert Pattison? Boisz się go? :-P

Ps. No widzisz? Sam podałeś oryginalny pomysł na ciekawy horror :-D

@Bellatrix: “Sama historia poprzednich właścicieli, tajemnicze szkice, pojawiające się postacie wyglądały bardziej interesująco, ale te wątki nie zostały niestety rozwinięte”.

Coś w tym jest. Możliwe, że można było bardziej rozwinąć te wątki. No cóż, uczymy się pisać przez całe życie ; )

@S.Leiss: Dobry strach to najczęściej taki, który jest mocno zakorzeniony w naszej podświadomości. A podświadomość, wbrew pozorom, nie jest “górnolotna” – pracuje na archetypach i schematach: wypartych wspomnieniach, lękach, nieprzyjemnych doznaniach z dzieciństwa… Wymyślanie “nowych strachów“ nie jest aż tak bardzo konieczne w czasach, gdy najbardziej boimy się… samych siebie.

...always look on the bright side of life ; )

Archetyp ( z gr. arche – "początek", typos – "typ" ) – pierwotny wzorzec (pierwowzór) postaci, zdarzenia, motywu lub schematu. Najbardziej znany w definicji psychoanalitycznej, gdzie archetypy oznaczają elementy strukturalnenieświadomości wspólne wszystkim ludziom na świecie[1]. Archetypy występują w nieświadomości zbiorowej inieświadomości indywidualnej[2]. Są wielkościami dynamicznymi: zdolne są do przemian i rozwoju[3].

To cały czas staram się powiedzieć Jacku. Zmienia się rzeczywistość, będą się zmieniać archetypy. Coś co było straszne 40lat temu dziś wywoła uśmiech a nawet sympatię. Dlatego opierając się na wyeksplatowanych i przestarzałych schematach nie przestraszysz czytelnika. Sto lat temu kobiety drżały przed wampirami, dziś zabiłyby żeby pójść z takim na randkę :-)

I oczywiście możesz napisać kolejną historię o zombie, nawet dobrze, tylko… po co? :-) kiedy aktualnie nikt się już ich nie boi. 

Saro, podajesz to, co jest wtórne. Co jest już konkretem, do którego odsyłają twórcy. Jeśli w ogóle taki zamysł mieli – bo ja przypuszczam, że do przebudzenia Godzilli wykorzystali to, co było najsilniejszym i samym w sobie budzącym przestrach impulsem, a potem to już tylko dreszcz u widzów, następni widzowie, czyli kasa, kasa…

Zoofilia czy zoofobia?

Kto się boi wampirów? A kto w nie wierzy?

Może i podałem pomysł, ale hermetyczny. No i dla jednego mikropromila…

Ech, Saro. OK. A gdzie w tym wszystkim miałby być Lovecraft? Między King Kongiem a dajmy na to zmutowaną komórką, która dzwoni – chociaż ma wyczerpaną baterię? Konwencja lovecraftowska narzuciła wizję archetypów…

...always look on the bright side of life ; )

Panicznie boję się ufoludów oraz pająków i nie ważne, ile oklepanych fabularnie książek czy filmów z nimi w rolach głównych straszydeł zaliczę. strach towarzyszy mi zawsze. Opieranie się na schematach, jeśli odbiorca jest niezbyt wymagający lub na danym schemat podatny, niekoniecznie jest skazane na porażkę. Nowe pomysły są jak najbardziej pożądane, ale, imo, i na bazie starych, gdy się przyłożyć, da się coś ciekawego upichcić. Historii o nawiedzonych domach powstało wiele i jeszcze więcej powstanie, bo zawsze znajdzie się ich amator. Jeśli więc już ktoś podejmie się jednej z nich napisania, przede wszystkim winien skupić się na tym, by zrobić to dobrze :)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Zoofilia i zoofobia (nie zapominajmy o blondynce) :-)

Lovecraft to dzisiaj styl, nie strach czy groza.

Eryku masz rację, to również kwestia wrażliwości. Jeśli na codzień nie oglądasz horrorów, to duch w szafie Cię wystraszy. Jeśli się tym gatunkiem interesujesz, to ani szafa, ani duch już tego nie zrobi. 

Nie chcę ciągnąć już tej dyskusji. Pozostaję jednak zwolennikiem poszukiwania nowych nurtów, śledzenia aktualnych zjawisk społecznych i bazowania na tym w tworzeniu horrorów, aniżeli powielaniu przestarzałych wzorców. 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie :-D

Ja boję się S. Leiss ; )

...always look on the bright side of life ; )

:-D ja również się jej boję, Jacku …

Jakkolwiek przeczytałam bez przykrości, to o przyjemności też nie mogę powiedzieć. Wydaje mi się, że opowiadanie jest nieco przydługie i chwilami nieco nudnawe. To co zaczęło się dość interesująco – kupienie domu, wprowadzenie się, znalezienie rękopisów, rycin i fotografii oraz plany Ivett z tym związane sugerowały, że bohaterka, odkrywając przeszłość i zagłębiając się w klimacie dawnych czasów, przeżyje coś, co okaże się horrorem z zapowiadanym romansem. To co przeczytałam, owszem, horrorem nazwać można, nawet pewnego klimatu nie mogę mu odmówić, ale romansu nie zauważyłam. Pójście do łóżka z kimś poznanym przed chwilą, jest pójściem do łóżka z poznanym przed chwilą partnerem, nie romansem.

 

Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna w błę­kit­nej ko­szu­li uśmiech­nął się wy­lew­nie i przej­rzał jesz­cze raz do­ku­men­ty zza szkieł moc­nych oku­la­rów. – Dlaczego dokumenty były zza szkieł krzepkich okularów? ;-)

Może: Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna w błę­kit­nej ko­szu­li uśmiech­nął się wy­lew­nie i jesz­cze raz, zza mocnych szkieł oku­la­rów, przyjrzał się do­ku­men­tom. Lub: Szpa­ko­wa­ty męż­czy­zna w błę­kit­nej ko­szu­li uśmiech­nął się wy­lew­nie i jesz­cze raz, patrząc zza mocnych szkieł oku­la­rów, przejrzał do­ku­men­ty.

 

Wcho­dząc do wnę­trza domu, za­mknę­ła oczy i wzię­ła głę­bo­ki od­dech.Oddech, to wdech i wydech. Można głęboko oddychać, ale raczej nie można wziąć oddechu.

Może: Wcho­dząc do wnę­trza domu, za­mknę­ła oczy i zrobiła głę­bo­ki wdech/ nabrała głęboko powietrza/ głęboko odetchnęła.

 

Jej noz­drza wy­peł­nij nie­zwy­kły aro­mat. – Literówka.

 

Skóra na jego twa­rzy była spa­lo­na słoń­cem i po­marsz­czo­na – tak bar­dzo, że Ivett nie­mal nie po­tra­fi­ła roz­po­znać rysów twa­rzy. – Powtórzenie. Zbędny zaimek.

Proponuję: Skórę na twa­rzy miał tak bardzo pomarszczoną i spa­lo­ną słoń­cem, że Ivett nie­mal nie po­tra­fi­ła roz­po­znać jej rysów.

 

Czuła jak lo­do­wa­ta fala stra­chu wlewa się w jej kru­chy kubik pew­no­ści sie­bie. – Gdzie Ivett miała ów kruchy metr sześcienny? ;-)

A może to literówka, bo chodziło o kubek?

 

Była hi­sto­ry­kiem li­te­ra­tu­ry, do­brze znała ten cha­rak­ter pisma – tyle razy prze­glą­da­ła mi­kro­fil­my z tymi cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi, ner­wo­wy­mi, ale i nad wyraz kon­kret­ny­mi po­cią­gnię­cia­mi pióra. – Może: Była hi­sto­ry­kiem li­te­ra­tu­ry, do­brze znała ten cha­rak­ter pisma – tyle razy prze­glą­da­ła mi­kro­fil­my z tak typowymi/ specyficznymi/ rozpoznawalnymi, ner­wo­wy­mi, ale i nad wyraz kon­kret­ny­mi po­cią­gnię­cia­mi pióra.

 

Po dru­giej stro­nie – Przed­wiecz­ny splą­ta się z nami w ra­do­snym uści­sku po­wi­ta­nia. – Czy Przedwieczny plącze się w uścisku, czy może raczej splata? ;-)

 

Jakiś cy­kli­sta w śmiesz­nym, pa­sia­stym stro­ju na tle swo­je­go wi­do­wi­sko­we­go jed­no­ko­łow­ca. – Nawet jeśli to był bicykl, nie był jednokołowcem. Mógł być jednośladem.

 

Chwy­ci­ła za gałkę klam­ki i zde­cy­do­wa­nym, nawet nieco zbyt gwał­tow­nym ru­chem otwo­rzy­ła. – Chwy­ci­ła gałkę klam­ki…

 

Na­sta­wi­ła płytę z Be­atle­sa­mi. – Chyba nie było płyt z chłopcami z Liverpoolu. ;-)

Wolałabym: Na­sta­wi­ła płytę Be­atle­sów. Lub: Nastawiła płytę z piosenkami Beatlesów.

 

Nie mam teraz czasu na za­ba­wia­nie w maj­ster klep­kę – od­par­ła ko­bie­ta, krzą­ta­jąc się w kuch­ni.Nie mam teraz czasu na za­ba­wia­nie w maj­ster-klep­kę

 

Wstyd się przy­znać, ale znam ją le­piej od pani. – Nie rozumiem, dlaczego to powód do wstydu.

Może: Muszę powiedzieć, że chyba znam ją le­piej od pani.  

 

Wy­glą­dał teraz jak chło­piec mó­wią­cy z eksy­cy­ta­cją o naj­now­szej ko­lek­cji znacz­ków pocz­to­wych. – Literówka.

 

Pi­sarz stwier­dził, że prze­pro­wadz­ka może mu pomóc w twór­czej nie­mo­cy, ja­kiej na­ba­wił się pod ko­niec swo­je­go życia. – …której na­ba­wił się pod ko­niec swo­je­go życia.

 

Zda­wa­ło się, że je­dy­nym ich za­da­niem jest wy­rwać ten ka­wa­łek ziemi i po­chło­nąć go w od­mę­tach ki­pie­li.Zda­wa­ło się, że je­dy­nym ich za­da­niem jest wy­rwać ten ka­wa­łek ziemi i po­grążyć go w od­mę­tach ki­pie­li.

 

Cięż­ko jest się utrzy­mać z dru­ko­wa­nia re­cen­zji w li­te­rac­kich pi­smach bran­żo­wych i ko­rek­ty czy­ichś pu­bli­ka­cji – nawet w Sta­nach. – Wolałabym: Trudno jest się utrzy­mać…

 

Wiatr za­czął gwiz­dać w okien­nych wy­ku­szach i de­li­kat­nie po­trzą­sać me­ta­lo­wy­mi ob­sta­lun­ka­mi drew­nia­nych okien­nic. – Czy wiatr istotnie potrząsał zamówieniami, złożonymi przez drewniane okiennice i czy te zamówienia naprawdę były metalowe? ;-)

Czy przypadkiem nie miałeś na myśli metalowych okuć drewnianych okiennic?

 

Świa­tło mio­do­wej lampy peł­ga­ło po zżół­kłej sepii fo­to­sów. – Jestem przekonana, że to nie były fotosy.

Za SJP: fotos  «zdjęcie przedstawiające aktora albo scenę z filmu lub sztuki, wykonane dla celów reklamowych»

 

Na fo­to­gra­fii spo­glą­dał na nią… na oko czter­dzie­sto­let­ni ka­rzeł…Z fo­to­gra­fii spo­glą­dał na nią… na oko czter­dzie­sto­let­ni ka­rzeł… Lub: Na fo­to­gra­fii widniał… na oko czter­dzie­sto­let­ni ka­rzeł

 

Za­cię­ta mina, mocno za­ci­śnię­ta szra­ma wy­krzy­wio­nych w szy­der­czym niby uśmie­chu ust do­peł­nia­ły bu­dzą­cy nie­po­kój widok.Za­cię­ta mina, mocno za­ci­śnię­ta szra­ma wy­krzy­wio­nych w szy­der­czym niby uśmie­chu ust, do­peł­nia­ły bu­dzą­cego nie­po­kój widoku.

 

Czuła jak jej ciało pło­nie. Jakby jej wnę­trze pełne było ognia. Stała na mięk­kich no­gach, z roz­to­pio­ny­mi od nie­okieł­zna­ne­go po­żą­da­nia wdzię­ka­mi.

Przy­trzy­my­wa­ła się jego sil­ne­go ra­mie­nia, któ­rym w nie­zgłę­bio­ny spo­sób obej­mo­wał.

– Och, Ivet­te – szep­nął jej do ucha, przy­gry­za­jąc je de­li­kat­nie; pod­pie­rał swo­imi bio­dra­mi, by nie osu­nę­ła się na pod­ło­gę, przy­ci­skał jej twarz do ścia­ny, wsu­wa­jąc język w jej ro­ze­dr­ga­ne usta.

– Ivett… – wy­po­wie­dział znów jej imię. Po­wie­dział je tak, że za­brzmia­ło jak świer­got pta­ków, jakby coś nie­ziem­skie­go wy­do­by­ło się z jego ust. Imię było piesz­czo­tą. – Ivett, Ive – pie­ścił jej imie­niem. – Czy to celowa wielka zaimkoza?

Ciekawi mnie też:

Jak wyglądają roztopione wdzięki?

Na czym polega niezgłębiony sposób obejmowania?

Jak w usta twarzy przyciśniętej do ściany można wsuwać język?

 

…miał tu być i p a t r z e ć. – Przydałaby się dodatkowe spacje: …miał tu być i p a t r z e ć.

 

Pro­szę, kończ już… – nie­ustę­po­wa­na Ivett… – Literówka.

 

Złość zmie­sza­na z gwał­tow­ną wście­kło­ścią wpeł­zła na wy­krzy­wio­ną w or­ga­zmie pasz­czą. – Literówka.

 

Zo­staw je! – krzyk­nę­ła tym samym nie­ustę­pli­wym tonem dziew­czy­na w ja­snej sukni ecru, wy­cią­ga­jąc w dłoni srebr­ny krzy­żyk. – Wolałabym: Zo­staw je! – krzyk­nę­ła tym samym, nie­ustę­pli­wym tonem, dziew­czy­na w sukni ecru, trzymająca w wyciągniętej dłoni srebr­ny krzy­żyk.

Kolor ecru, jest jasny z definicji.

 

Dzię­ki wa­szej rzą­dzy od­no­wię wła­sną rzą­dzę i spra­wię, że po­wró­cę do mo­je­go domu, do moich uko­cha­nych! – Nie ma to jak niepohamowana żądza władzy! ;-)

Dzię­ki wa­szej żą­dzy od­no­wię wła­sną żą­dzę i spra­wię, że po­wró­cę do mo­je­go domu, do moich uko­cha­nych!

 

Nie męcz mnie. Miej li­tość dla zmę­czo­ne­go ży­ciem Ojca… – Może: Nie męcz mnie. Miej li­tość dla steranego ży­ciem Ojca

 

…głowa po­two­ra za­chrzę­ści­ła mię­śnia­mi i skórą. Nagle jego pasz­cza stała się wiel­ka, ogrom­na. Po­twór otwo­rzył ją i za­chrzę­ścił bia­ły­mi, ostry­mi zę­ba­mi. – Powtórzenie. W dodatku nie podoba mi się pierwsze zdanie, bo skoro mięśnie i skóra są miękkie, to chyba nie mogą chrzęścić.

 

…na­łoż­ni­ce rów­nież za­zgrzy­ta­ły zę­ba­mi, uka­zu­jąc swe praw­dzi­we ob­li­cze. – Wiele nałożnic miało jedno oblicze? ;-)

 …na­łoż­ni­ce rów­nież za­zgrzy­ta­ły zę­ba­mi, uka­zu­jąc swe praw­dzi­we ob­li­cza.

 

…długi, drew­nia­ny ko­stur z ob­sa­dzo­nym na sztorc szpi­kul­cem prze­bił jego gar­dło od tyłu. – Może: …prze­bił najpierw kark, potem gar­dło.

Nie umiem zobaczyć gardła przebijanego od tyłu.

 

Nie mo­żesz pójść tam, gdzie my idzie­my.Nie mo­żesz pójść tam, dokąd my idzie­my.

 

Zwie­rzę­cy duch zro­bił krok i kop­nął męż­czy­znę tyl­nym ko­py­tem w brzuch. Ten sku­lił się i upadł na zie­mię jak ra­żo­ny gro­mem. – Brzuch skulił się i upadł? ;-)

Może: Zwie­rzę­cy duch zro­bił krok i kop­nął męż­czy­znę. Ten, trafiony kopytem w brzuch, sku­lił się i upadł na zie­mię jak ra­żo­ny gro­mem.

 

Bie­gli ku słoń­cu, ta­pla­jąc się jak dzie­ci w roz­ognio­nych, pur­pu­ro­wych ka­łu­żach or­ga­zmów i eks­taz. – Ze zdania zrozumiałam, że dzieci taplają się w kałużach orgazmów i ekstazy. ;-)

Proponuję: Bie­gli ku słoń­cu, zatapiając się – jak dzieci taplające się w kałużach – w roz­ognio­nych, pur­pu­ro­wych jeziorach or­ga­zmów i eks­tazy.

Ekstaza nie występuje w liczbie mnogiej.

 

Kilku miej­sco­wych klo­szar­dów cier­pli­wie wy­glą­da­ło zza ka­wal­ka­dy po­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów… – Wolałabym: Kilku miej­sco­wych klo­szar­dów cier­pli­wie wy­glą­da­ło zza szeregu po­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów

Kawalkada, to kolumna/ grupa pojazdów/ jeźdźców, będących w ruchu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Racja, regulatorzy. Święta racja. Jutro pochylę się nad poprawkami. Dzięki za feedback.

edit: poprawki naniesione.

...always look on the bright side of life ; )

Z posłowia Macieja Płazy do: „Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści”, Poznań 2012, s. 786-787.

 

„Minotaur u Lovecrafta jest potężniejszy od Tezeusza. Nawet jeśli ktoś zdoła wydostać się na powierzchnię, bezpowrotnie utraci rozum, spokój ducha, radość życia. Mroczny, dwuznaczny, lecz w gruncie rzeczy budujący mit Lovecraft przekształcił w fatalistyczną przypowieść o nieuchronności klęski. Gatunek powieści oparty na motywie inicjacji zwykło się określać niemieckim terminem Bildungsroman, czyli powieści rozwojowej; Lovecraftowska fabuła inicjacyjna jest jej przeciwieństwem: zdobywana przez bohaterów wiedza nie rozwija ich, nie kształci, tylko niszczy – jest to raczej jakaś Vernichtungsroman, powieść o zagładzie. Dlaczego ze spotkania z potworem człowiek u Lovecrafta nigdy nie wychodzi zwycięsko? Ponieważ odkrywa, że potworność jest bliższa, niż mu się zdawało; że cywilizacja jest kruchą fasadą zbudowaną na okrucieństwie i że tętni pod nią bestialska dzikość; że nikczemność jest bardziej pociągająca od dobra; że człowiek nie odróżnia się ani fizycznie, ani moralnie od reszty wszechświata, czyli to, co ludzkie, nie jest lepsze od tego, co nieludzkie; że sam, najdosłowniej w świecie, jest potworem. Lovecraft sprowadza w otchłań labiryntu całą ludzkość, z jej historią, nauką, kulturą, literaturą, filozofią, moralnością – i pokazuje, że może w nim odkryć jedynie kosmiczną samotność, bezsens swojego istnienia i przede wszystkim własne bestialstwo. Lovecraft przemyślał, zrozumiał i uwewnętrznił w sobie mit o Minotaurze tak głęboko i twórczo, że przeszedł nawet na drugą stronę labiryntu i spojrzał na człowieka oczyma bestii (…)”.

...always look on the bright side of life ; )

Mocne!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Do tekstu podchodziłam trzy razy, szatkując go sobie po kawałku – obszerne formy są dla mnie jako czytelniczki z doskoku czasochłonne;) Za to uwielbiam horrory, zwłaszcza te o nawiedzonych domach.

Opowiadanie samo w sobie ciekawe i trzymające w napięciu, choć przyznam, że klimaty lovecraftowskie średnio mi podchodzą i raczej się do tej twórczości nie przekonam. Minotaury itp. to nie dla mnie. Ja bym skupiła się może bardziej na wątkach, o których wspomniała np. Bellatrix.

Za to erotyka w pięknym wydaniu. Nie jest wulgarna, ale pikanterii też nie brakuje. I nie zgodzę się z opiniami, że między bohaterami nie zaiskrzyło. Moim zdaniem flirtują od samego początku, a romans choć krótki to jakże płomienny :)

Warsztatowo realizacja bardzo dobra. Stylizacji jestem pod wrażeniem. Te zapiski naprawdę sensownie opracowane.

Gratuluję udanego opowiadania i pozdrawiam autora.

 

Nigdy nie mów nigdy!

Dzięki, Katko. Czasami mam wrażenie, że nadajemy na podobnych częstotliwościach ; ) Ja osobiście z tego tekstu nie jestem aż tak bardzo zadowolony jak z poprzednich – może dlatego, że tak naprawdę obce mi są klimaty horrorystyczno-romansowe. Najlepiej czuję się w socjo SF, realizmie magicznym, prozie poetyckiej z pogranicza snu, iluzji i fantastyki. Tutaj niby trochę tego jest, ale nie w takim zagęszczeniu i konsystencji, żebym mógł napisać – „tak, to jest mój nowy styl; od teraz piszę tylko tak”.

Ciągle szukam właściwej formy przekazu  – moje następne opowiadanie (już niedługo na portalu) będzie być może dla Ciebie zaskoczeniem, ale jest mi w nim bliżej do tego, co nazwałbym “starym-nowym stylem”. Cały czas to się we mnie niezwykle szybko zmienia, ewoluuje, przekształca – i to jest piękne. Pozdrawiam Cię serdecznie. Jacek.

...always look on the bright side of life ; )

ale odraza połączona ze zgrozą skutecznie krępowały działanie

wolałbym: krępowały ruchy.

 

Jacku, dla mnie:

 – zawiązanie akcji – interesujące, otwiera kilka możliwości rozwoju sytuacji

 – przesadziłeś z rozwinięciem – w którymś momencie lecę przez tekst wzrokiem, zamiast go czytać

 – zakończenie miłe, domyka konwencję horroru

 – podajesz tropy/otwierasz wątki, których nie kończysz, lub których zamknięcia nie potrafię znaleźć: ocean, konie, indianin, zapiski Lovecrafta… Jasne, nie wszystko trzeba wyjaśniać, ale odniosłem wrażenie, że za dużo tego na fałszywe tropy podrzucane dla czytelnika zmylenia, a z kolei za mało rozwiązań w kulminacji. Uciąć albo powiązać – chyba, że jest powiązane, a ja jestem na tyle głupi, by powiązania nie wyjąć z tekstu.

 

Lubię Lovecrafta, jakkolwiek nigdy nie zażywałem naraz więcej niż kilkadziesiąt stron – bo męczył mnie jego styl. I tenże skopiowałeś, w wersji bardziej aktualnej, niemalże idealnie.  Jednakże… Może przytoczę taką anegdotę. Dawno temu, będąc młodym graczem gier fabularnych, wziąłem sobie do serca radę, że odpowiednio wytworzony klimat powoduje, że gracze przełykają bez mrugnięcia okiem konie rzygające mózgami. Potem poznałem znaczenie słowa “przesada”, kiedy zepsół ziewał przy – w moim zamierzeniu – mającym budzić grozę opisie. 

Ty budujesz ten klimat, a potem – jak na mój gust – zanadto tę budowlę rozciągasz, przez co nużysz odbiorcę. No i przez to własnie rzeczony koń, rzygający mózgiem, nie robi już wrażenia.

Tak, regulatorzy, zielony, niebzykany ;-)

 

Tym niemniej jestem pod wrażeniem pomysłu, warsztatu i udanej stylizacji. DJ Jajko niedługo chciał odpalić STYLIZACJĘ 2014 – trzymaj, trzymaj ten tekst na tę okazję… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Co do stylizacji – tak, lubię sobie poeksperymentować. Teraz będę szedł w tę stronę. Będę wydziwiał, pisał prozą poetycką, strumieniem świadomości, bawił się Słowami ; ) Lubię to!

Co do reszty – racja.

Ukłon.

...always look on the bright side of life ; )

Właściwie powinnam skopiować komentarz PsychoFisha, bo wypunktował wszystko, co chciałam napisać. Przeczytałam bez przykrości, lubię Twój kwiecisty styl, chociaż odchudziłabym ten tekst w paru miejscach (szczególnie wstęp). Opowiadanie jest dla mnie dwuczęściowe (1. część: rzucasz różne tropy; 2. część: Ive w ramionach Johna) i ta dychotomia mi przeszkadzała. Nie nazwałabym też seksu z dopiero co poznanym facetem – romansem, w moim odczuciu bohaterowie rzucili się na siebie bardziej na zasadzie przymusu (aura domu) niż woli i jeszcze za to zostali ukarani (biedne ofiary). Podsumowując, dobre opowiadanie, ale trochę się rozczarowałam.

Moim ulubionym opowiadaniem Lovecrafta jest “Widmo nad Innsmouth”, dla mnie kwintesencja jego stylu – za każdym razem czuję ten zimny dreszcz na placach, gdy je czytam. W Twoim opowiadaniu tego czegoś mi zabrakło, doceniam próbę, ale efekt jeszcze nie ten.

 

No dobra, moja opinia też nie będzie wiele odstawać. Początek jest udany, tj. wziąłeś na stół dość wyświechtany motyw mrocznego wiktoriańskiego domu, ale udało Ci się go odświeżyć, by wciągnąć czytelnika w opowieść. Potem niestety już dla mnie nie jest tak fajnie, ponieważ pojawiają się równie wyświechtane, ale już nieobrobione dekoracje w rodzaju tego indiańskiego lumpa czy chałabały w czapie. Fabuła natomiast w pewnym momencie – i to dość wcześnie, mając na uwadze ilość znaków – rozpada się na ten przeplataniec scenek mrocznych i scenek seksu. Brakuje bardziej konkretnego rozwinięcia opowieści. To znaczy: ja rozumiem, że być może struktura nawiązuje do tekstów Lovecrafta, ale ja przyznam, że nigdy za nim nie przepadałem. Być może tak się złożyło, że nie jestem targetem tego typu opowiedań ; )

I po co to było?

Spoko. Opowiadanie zaiste JEST przekładańcem różnych stylów myślenia o pisaniu i literaturze “horrorystyczno-erotycznej” w ogóle . Od początku było wiadomo, że tekst pisany jest niejako na zamówienie publiczne i stanowi swoisty eksperyment logistyczno-literacki. Myślę, że – biorąc wszytskie za i przeciw – i tak nie wyszło najgorzej : ) Pozdrawiam wszystkich czytających.

...always look on the bright side of life ; )

Przyznam bez bicia, że gdyby to nie był twój tekst to bym nie doczytała. Mnie Lovecraft nie kręci. Ani ziębi ani grzeje, więc tekst dopiero gdzieś w połowie wciągnął. Warsztat jest na wysokim, wręcz profesjonalnym poziomie, za co punkt. Fabułę jednak wydaje mi się, że można by poprowadzić lepiej. Bo przy tak długim tekście nudny początek to mocny hazard.

Tekst bym zdecydowanie skróciła, ale to tam wiesz. Raczej rada na przyszłość, że czasami lepiej zwięźlej niż kwieciście :P

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Magdo za punkcik. Pozdrawiam smiley.

...always look on the bright side of life ; )

Utknąć z czterema punktami w poczekalni podczas gdy tyle chłamu trafia do biblioteki. Jak to możliwe? Powinieneś złożyć zażalenie ;-)

Nigdy nie mów nigdy!

Ha, ha, ha. Dzięki za pamięć i wsparcie zacnej inicjatywy ; ) Weekend z biblioteką w tle – i banan na twarzy murowany, od ucha do ucha ^^ . Pozdrawiam ciepło. Poprawiliście mi humorek na dłuższy czas ; )

...always look on the bright side of life ; )

Zasadniczo mi się podobało, ale początek można spokojnie skrócić.

Wkurzająca postać kloszarda – pobełkocze taki bez sensu, pobełkocze, a potem przekonany, że ostrzegł… Czyli chyba fajna postać.

dom tonął w całkowitym mroku, który zdawał się mieć własną wagę, temperaturę, zapach. Gdy przechodził długimi korytarzami z jednego skrzydła posiadłości do drugiego, wydawało się, że ciemna, duszna atmosfera wnętrz wiąże niewidzialne pęta wokół nóg,

Wygląda na to, że mrok się przechadza, do tego nieco skrępowany.

Babska logika rządzi!

Dzięki za poczytanie. Pozdro :)

PS. Coś widzę, że na portalu nudy, skoro wracasz do moich starych tekstów.

...always look on the bright side of life ; )

A, czyli jednak dobrze zapamiętałam.

Tak, bywa mało tekstów, a ja po “Mackach” odrobinę przekonałam się do horrorów i nadrabiam zaległości.

Babska logika rządzi!

Ciekawe :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka