- Opowiadanie: Kuzuri - Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy

Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy

To moje pierw­sze opo­wia­da­nie. Pro­szę Was o kon­struk­tyw­ną kry­ty­kę ;)

Życzę miłej lek­tu­ry :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy

 

 

W tamtą noc lało jak z cebra i ulice Roig, Mia­sta Rze­mieśl­ni­ków były opu­sto­sza­łe. Do­cho­dzi­ła pół­noc, gdy ulewa prze­ro­dzi­ła się w burzę. W świe­tle bły­ska­wic i lamp dało się zo­ba­czyć drob­ną po­stać, która bie­gła po­mię­dzy sza­ry­mi blo­ka­mi, nie­wiel­ki­mi do­ma­mi i szkla­ny­mi wie­żow­ca­mi. Po­stać ta miała na sobie pry­mi­tyw­ną, czar­ną pe­le­ry­nę prze­ciw­desz­czo­wą z or­ta­lio­nu. Bie­gnąc tak w tą burzę po opu­sto­sza­łych ulicz­kach przy­po­mi­na­ła duszę, która nie mogąc za­znać spo­ko­ju w za­świa­tach, po­wró­ci­ła do mia­sta. Nasza du­szycz­ka nie była sama. W dło­niach trzy­ma­ła no­si­deł­ka z dwój­ką dzie­ci, które rów­nież były prze­sło­nię­te pro­wi­zo­rycz­ną or­ta­lio­no­wą ochro­nę.

Nagle czar­na po­stać przy­sta­nę­ła, spoj­rza­ła w górę i po­zwo­li­ła by kap­tur swo­bod­nie opadł na jej ra­mio­na. Była to ko­bie­ta o ciem­nych wło­sach i brą­zo­wych oczach. Stała przed bu­dyn­kiem, który swoim wy­glą­dem od­wo­ły­wał się mocno do stylu ar­chi­tek­tu­ry epoki Od­zy­sku. Po kilku chwi­lach po­trzą­snę­ła głową, jakby pró­bu­jąc od­pę­dzić jakąś na­chal­ną myśl i po­ło­ży­ła no­si­deł­ka przed, uda­ją­cym stary, bu­dyn­kiem. Na­ci­snę­ła przy­cisk do­mo­fo­nu trzy razy i po­bie­gła dalej. Zo­sta­wia­jąc za sobą no­si­deł­ka, bu­dy­nek i do­tych­cza­so­we życie.

 

* * *

Piotr obu­dził się na pod­ło­dze za­wi­nię­ty w koł­drę, nie po raz pierw­szy pod­ło­ga za­stę­po­wa­ła mu łóżko. Leżał tak jesz­cze chwi­lę mię­dzy łóż­kiem, a szafą, po czym z nie­ma­łym smut­kiem stwier­dził, że musi wstać.

Susan, gdy tylko skoń­czy­ła sma­żyć ja­jecz­ni­cę, spoj­rza­ła na ze­ga­rek. “Już szó­sta trzy­dzie­ści ?! Gdzie on jest?!“ po­my­śla­ła. Na­ło­ży­ła ja­jecz­ni­cę na ta­le­rze i po scho­dach we­szła na pię­tro swo­je­go, jed­no­ro­dzin­ne­go domu. Za­pu­ka­ła cicho w he­ba­no­we drzwi. Nie do­cze­ku­jąc się od­po­wie­dzi we­szła do środ­ka.

-Mamo!- krzyk­nął ubra­ny tylko spodnie młody, chudy chło­pak z kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi.

-Spo­koj­nie, prze­cież pu­ka­łam! Po pro­stu jest już późno i bałam się, że…– nie do­koń­czy­ła stwier­dza­jąc, że nie ma sensu tłu­ma­czyć się sy­no­wi, który już nie zwra­cał na nią uwagi.

Piotr zi­gno­ro­wał gło­śne trza­śnię­cie drzwi jakim go po­czę­sto­wa­ła mama. Był bar­dziej za­ję­ty za­pi­na­niem tej de­ner­wu­ją­cej i zu­peł­nie nie­po­trzeb­nej ko­szu­li z her­bem szko­ły. Udało się, teraz jesz­cze ten prze­klę­ty kra­wat i bę­dzie mógł wyjść z po­ko­ju.

Kiedy już był ubra­ny i spa­ko­wa­ny prze­lot­nie spoj­rzał w lu­stro. Wszyst­ko było na swoim miej­scu: ko­szu­la w spodniach, kra­wat czy­sty, krót­kie brą­zo­we włosy lekko roz­czo­chra­ne, a oczy… No wła­śnie oczy. Prawe oko miał piwne i wszyt­ko było by było po­ukła­da­ne, gdyby nie fakt, że lewe było szare. Pod­szedł do biur­ka i pod­niósł z niego małe, okrą­głe etui. Wró­cił do lu­stra, wyjął z etui so­czew­kę i za­ło­żył. Spoj­rzał po raz ko­lej­ny na swoje lu­strza­ne od­bi­cie. Teraz jego oczy były jed­no­li­te – piwne.

Piotr w oczach na­uczy­cie­li był ide­al­ny. Jak na szes­na­sto­lat­ka wy­jąt­ko­wo zdy­scy­pli­no­wa­ny, uwa­ża­ją­cy na lek­cjach, miły, cichy i można by tak długo wy­mie­niać. Wśród ró­wie­śni­ków też cie­szył się sza­cun­kiem, ze wzglę­du na pomoc w nauce jaką innym ofe­ro­wał. W skró­cie: był świet­ny pod każ­dym wzglę­dem. No pra­wie każ­dym, przez swoją ek­to­mor­ficz­ną bu­do­wę ciała słabo sobie ra­dził na wy­cho­wa­niu fi­zycz­nym, jed­nak jego na­uczy­ciel był wy­ro­zu­mia­łym czło­wie­kiem i oce­niał go tylko za fre­kwen­cję na za­ję­ciach.

W po­ło­wie lek­cji ję­zy­ka unij­ne­go na­uczy­ciel, pan Wat­son podał szcze­gó­ły wy­mia­ny uczniów z Vett, sto­li­cą Unii Po­ko­ju. Pię­ciu naj­lep­szych uczniów miało szan­sę wy­jaz­du do Sto­li­cy na mie­siąc i po­zna­nia ję­zy­ka w jego na­tu­ral­nej, po­tocz­nej for­mie. Poza do­dat­ko­wą oceną z przed­mio­tu uczeń miał za­pew­nio­ny wpis do akt, który był wy­jąt­ko­wo po­moc­ny w po­szu­ki­wa­niu dal­szych szkół. Pan Wat­son naj­pierw prze­czy­tał dzie­sięć na­zwisk, aby do­wie­dzieć się ile osób ma czas i moż­li­wo­ści wy­jaz­du. Z pla­no­wa­nych pię­ciu osób, tylko trzy mogły. Jedna z pod­nie­sio­nych rąk na­le­ża­ła do Pio­tra, na co bel­fer za­re­ago­wał po­błaż­li­wym uśmie­chem. “Że też taki cichy chło­piec po­ry­wa się na taką mie­sięcz­ną wy­pra­wę do ob­cych ludzi… To ci cie­ka­wost­ka!” po­my­ślał pa­trząc na swo­je­go drob­ne­go ucznia.

* * *

Mocny wiatr tar­gał jej ciem­ne włosy, kiedy spo­glą­da­ła w dół. Widać było tylko jej plecy. Stała na  brze­gu dachu z głową zwie­szo­ną w dół. Po co tam stała? Do czego po­trzeb­ny był jej wiel­ki nóż, który był wiel­ko­ści po­ło­wy jej drob­ne­go ciała? Ma­cha­ła nim jakby nic nie ważył, jakby był jakąś za­baw­ką, która do niej na­le­ży do niej. Nagle pod­rzu­ci­ła swoją za­baw­kę i zła­pa­ła ją oboma dłoń­mi za uchwyt. Za­czę­ła po­wo­li się ob­ra­cać. Kiedy już dało się zo­ba­czyć ją, a nie tylko jej plecy i ra­mio­na, rzu­ci­ła się z bro­nią unie­sio­ną w górze w stro­nę, z któ­rej oglą­da­ło się całą scenę.

Piotr obu­dził się z zim­nym potem na ple­cach. Ten kosz­mar był tak re­al­ny… Ko­bie­ta, a ra­czej dziew­czy­na, którą wi­dział, przy­po­mi­na­ła mu kogoś, nie umiał jed­nak okre­ślić kogo. To było tak prze­ra­ża­ją­co praw­dzi­we. Nie mógł jed­nak przy­po­mnieć sobie twa­rzy dziew­czy­ny. Bar­dzo do­brze za­pa­mię­tał jej ciem­ne włosy i drob­ną po­stu­rę ciała, ale nic ponad to.

Po­trzą­snął głową, aby od­pę­dzić nie­po­trzeb­ne myśli. Usiadł w łóżku i spoj­rzał przez okno. Było jesz­cze ciem­no. Się­gnął po swój ze­ga­rek który leżał pod po­dusz­ką i po­pa­trzył na in­for­ma­cje jakie wy­świe­tla­ły się na ekra­nie, czyli 21 li­sto­pa­da, go­dzi­na 6:01

Dwu­dzie­sty pierw­szy li­sto­pa­da! Dzień jego wy­jaz­du ze Stel, jego ro­dzin­ne­go pań­stwa-mia­sta do Vett wła­śnie nad­szedł. Wstał i za­czął ubie­rać spodnie roz­my­śla­jąc o tym jak bę­dzie w Sto­li­cy. Był pod­eks­cy­to­wa­ny i lekko prze­stra­szo­ny, po­nie­waż miał miesz­kać u nie­zna­jo­mych ludzi, cho­dzić do nie­zna­nej mu klasy i od­po­wia­dać przed nie­zna­ny­mi na­uczy­cie­la­mi.

Kiedy już się ubrał i umył do­cho­dzi­ła siód­ma, co ozna­cza­ło, że nie bę­dzie miał przy­wi­le­ju zje­dze­nia śnia­da­nia. Spraw­dził jesz­cze tylko czy wziął płyn do so­cze­wek i wziął wa­liz­kę, która jakże długo cze­ka­ła na to, aby jej w końcu użył. Dziw­nie się po­czuł wy­cho­dząc z domu ze świa­do­mo­ścią, że wróci do niego za mie­siąc. Nawet nie mógł od­po­wied­nio po­że­gnać się z mamą, bo wy­je­cha­ła na jakąś de­le­ga­cję z pracy. Za­mknął drzwi na zamek i po­wie­dział “że­gnaj” tak jakby za­po­mniał o tym, że jego mama wy­je­cha­ła i gada do drzwi.

Je­cha­li po­cią­giem. Piotr i dwoje in­nych uczniów, Ar­le­ta (blon­dyn­ka o dłu­gich wło­sach i nie­bie­skich oczach) i Walt (wy­so­ki bru­net z sza­ry­mi ocza­mi), po­dró­żo­wa­li razem z panem Wat­so­nem, który tłu­ma­czył im, że nie będą wszy­scy u jed­nej ro­dzi­ny tylko każda osoba przy­pad­nie na inną ro­dzi­nę. Poza tą in­for­ma­cją nie mówił już nic o spra­wach zwią­za­nych z or­ga­ni­za­cją wy­jaz­du. Roz­ma­wia­li o wszyst­kim i ni­czym, jak to zwy­kle w trak­cie kil­ku­go­dzin­nej po­dró­ży bywa. Po­praw­ka. Piotr nie roz­ma­wiał tylko od czasu do czasu za­śmiał się z ja­kie­goś żartu wy­po­wie­dzia­ne­go przez któ­re­goś z roz­mów­ców, lub od­po­wia­dał na za­da­wa­ne bez­po­śred­nio do niego py­ta­nia. Ale ma­ło­mów­ność Piotr­ka nie wy­ni­ka­ła z jego woli. Po pro­stu wię­cej my­ślał niż mówił, nie umiał być tak otwar­ty jak inni. Mó­wie­nie to wy­po­wia­da­nie swo­ich myśli, a ten chło­pak mu­siał na­praw­dę komuś ufać, aby dać mu po­znać swoje myśli. Poza tym to­wa­rzy­stwo wię­cej niż jed­nej osoby go, naj­zwy­czaj­niej przy­tła­cza­ło. Tak więc Piotr ra­czej mil­czał w trak­cie tej po­dró­ży.

Kiedy do­je­cha­li na ostat­nią sta­cję, na miej­scu było już ciem­no. Ucznio­wie wzię­li swoje ba­ga­że a na­uczy­ciel cier­pli­wie na nich cze­kał, sie­dząc na naj­bli­żej bę­dą­cej od pe­ro­nu ła­wecz­ce. Z resz­tą nie cze­kał długo, bo kilku chwi­lach cała trój­ka wraz z ba­ga­ża­mi sta­nę­ła przed nim.

-No cóż tu się moja po­dróż koń­czy, a wasza przy­go­da za­czy­na. Przy­go­to­wa­li­ście się do tego wy­jaz­du, więc teraz już po­win­no być z górki. Kiedy opu­ści­cie peron windą, znaj­dzie­cie się na Dwor­cu Wol­no­ści. Bę­dzie tam mnó­stwo ludzi, ale nie przej­muj­cie się tym idź­cie do wiel­kiej bramy nad którą jest napis “WYJ­ŚCIE”. Wtedy znaj­dzie­cie się na par­kin­gu i już bę­dzie­cie wie­dzieć co robić.– mó­wiąc to mru­gnął do nich po­ro­zu­mie­waw­czo.– Na mnie już czas. Do zo­ba­cze­nia za mie­siąc!

Ucznio­wie stali onie­mia­li, kiedy ich, jakże bez­tro­ski, na­uczy­ciel od­da­la się w kie­run­ku po­cią­gu, ma­cha­jąc do nich ręką. Wal­ter jako pierw­szy otrzą­snął się z szoku i od­na­lazł się w nowej sy­tu­acji.

-Sko­ro i tak nie mamy jak wró­cić to może pój­dzie­my za wska­zów­ka­mi sta­rusz­ka?– po­wie­dział pa­trząc na zna­jo­mych z klasy.

-Chy­ba po­win­ni­śmy. Tak mi się wy­da­ję…– po­wie­dział cicho Piotr.

-Nie chyba, tylko na pewno!- po­wie­dzia­ła buń­czucz­nie Ar­le­ta, po­wra­ca­jąc do rze­czy­wi­sto­ści.

-Cze­kaj­cie.– po­pro­sił Walt.– Mam kart­kę i dłu­go­pis, spisz­my in­struk­cje, które nam Wat­son podał. Po­wo­li… Naj­pierw mówił coś o win­dzie… Dobra, za­pi­sa­ne. Co było dalej?

-Par­king!- krzyk­nę­ła bez na­my­słu Ar­le­ta.

-Do­bra. Par…– chło­pak nie zdo­łał do­koń­czyć, po­nie­waż jego niż­szy ko­le­ga mu prze­rwał.

-Nie.– Pio­trek wy­po­wie­dział te słowa bar­dzo gło­śno, jak na kogoś tak ci­che­go jak on.– Par­king był na końcu. Kiedy wyj­dzie­my z windy, znaj­dzie­my się po­śród tłumu ludzi. Mamy się nim nie przej­mo­wać i iść w stro­nę dużej bramy z na­pi­sem “WYJ­ŚCIE”, i do­pie­ro wtedy bę­dzie­my na par­kin­gu.

Ko­le­ga i ko­le­żan­ka spoj­rze­li na drob­ne­go chło­pa­ka z za­sko­cze­niem wy­pi­sa­nym na twa­rzy. Ale kto by się im dzi­wił? Chło­pak, który mówi mało i ra­czej stara się uni­kać wy­po­wie­dzi, prze­ry­wa komuś i wy­po­wia­da kilka gło­śnych zdań z nie­po­dob­ną do niego pew­no­ścią sie­bie.

-Je­steś pewny?– za­py­tał wciąż za­sko­czo­ny Walt.

-Tak. W stu pro­cen­tach.– pod­kre­ślił chło­pak.  

-No dobra. Chwi­lo­wo ty tu do­wo­dzisz, stary– mru­gnął do niego ze szcze­rym uśmie­chem na ustach.

-A moje zda­nie?!- krzyk­nę­ła obu­rzo­na dziew­czy­na.

-Jest błęd­ne– stwier­dził Wal­ter i za­czął się z nią, po ko­le­żeń­sku dro­czyć.– No to pro­wadź wodzu!- po­wie­dział uśmie­cha­jąc się do Piotr­ka.

Sam “wódz” dziw­nie czuł się w swo­jej roli, ale nie chciał, żeby resz­ta się zgu­bi­ła, więc nic nie mó­wiąc po­pro­wa­dził ich w stro­nę windy. Jego to­wa­rzy­szom nie prze­szka­dza­ło jego mil­cze­nie, od­bie­ra­li je jako wyraz jego pew­no­ści sie­bie i po pro­stu je za­ak­cep­to­wa­li.

Kiedy wy­sie­dli z windy zro­zu­mie­li czemu Dwo­rzec miał miano Dwor­ca Wol­no­ści. Był gi­gan­tycz­ny. Sufit, ze szkła, był za­wie­szo­ny wy­so­ko ponad pod­ło­gą. Pan Wat­son mówił praw­dę ostrze­ga­jąc ich przed tłu­ma­mi ludzi. Były ich tam setki, a może nawet ty­sią­ce. Przy­naj­mniej tak się wy­da­wa­ło Pio­tro­wi, który po raz pierw­szy wi­dział taką zbie­ra­ni­nę ludzi w jed­nym miej­scu.

Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­żył wiel­ki napis i bramę, o któ­rej na­uczy­ciel wspo­mi­nał. Skie­ro­wał się w stro­nę bramy, rów­no­cze­śnie po­cią­ga­jąc za sobą zna­jo­mych jak jakiś ma­gnez, mimo że nic nie po­wie­dział. Sama droga przez tłum nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych, ale dla kogoś ta­kie­go jak drob­ny chło­pak, który kon­tem­plo­wał wy­gląd i ubiór każ­dej mi­nię­tej osoby to była za­le­d­wie drob­na nie­do­god­ność. Nie­ste­ty tylko on, z tego trzy­oso­bo­we­go grona, tak do tego pod­cho­dził. Wal­te­ro­wi zrze­dła mina, stra­cił swoją pew­ność sie­bie. Taka ilość ludzi w jed­nym miej­scu go nie tyle roz­pra­sza­ła, co przy­tła­cza­ła. Przy­wykł do bycia jed­nym z naj­wyż­szych w swoim oto­cze­niu, więc gdy nagle po­ja­wił się w miej­scu gdzie na­le­żał do grupy z śred­nim wzro­stem po­czuł się zde­gra­do­wa­ny. Ar­le­ta z kolei czuła się roz­ko­ja­rzo­na, prze­cież tam było tyle róż­no­rod­nych ko­lo­rów! Wszyst­ko po­ru­sza­ło się tak szyb­ko, wręcz cha­otycz­nie. I mimo swego uwiel­bie­nia do róż­no­rod­no­ści, to było dla niej za dużo. Zde­cy­do­wa­nie za dużo.

Po wyj­ściu z dwor­ca zo­ba­czy­li jesz­cze więk­szy niż dwo­rzec par­king. Par­ko­wa­ły na nim sa­mo­cho­dy oso­bo­we, cię­ża­rów­ki i au­to­bu­sy. Każde miej­sce było od­dzie­lo­ne od na­stęp­ne­go cien­ką, szkla­ną szybą, która łą­czy­ła as­falt ze sta­lo­wym da­chem, uno­szą­cym się wy­so­ko nad pod­ło­żem. Nie umie­li ukryć swo­je­go zdu­mie­nia na widok ol­brzy­mie­go par­kin­gu.

Prze­szli kilka kro­ków chod­ni­kiem i sta­nę­li obok par­kin­gu w mil­cze­niu, kiedy Piotr po raz pierw­szy za­czął roz­mo­wę.

-Po­dob­no mie­li­śmy wie­dzieć co robić, ale ja jakoś nie mam żad­ne­go po­my­słu, a wy?– mówił cicho, ale wy­raź­nie.

-Nie…– rów­no­cze­śnie stwier­dzi­li Ar­le­ta i Walt.

-Hmmm… O co mu mogło cho­dzić?– po­wie­dział Pio­trek, bar­dziej do sie­bie niż do nich.

-Hej! Pa­trz­cie!- krzyk­nę­ła pod­eks­cy­to­wa­na Ar­le­ta, wska­zu­jąc jakiś punkt znaj­du­ją­cy się kil­ka­na­ście kro­ków przed nimi.

Po­ka­zy­wa­ła im trzy osoby ,w ich wieku, trzy­ma­ją­ce kart­ki z ich imio­na­mi. Ko­lej­no: “Ar­le­ta”, “Wal­ter” i “Piotr”. Pio­trek ode­tchnął z ulgą i przy­spie­szył kroku, kie­ru­jąc się w stro­nę nie­zna­jo­mych ró­wie­śni­ków.

-Chodź­my.– chło­pak nie mu­siał tego mówić. Ar­le­ta i Walt po­spiesz­nie drep­ta­li tuż za nim z na­dzie­ją pa­trząc na kart­ki z ich imio­na­mi.

Po­de­szli do nich i kul­tu­ral­nie przy­wi­ta­li, tro­chę zbyt ofi­cjal­nie, po­nie­waż wszy­scy byli w jed­nym wieku, ale to tylko lekko roz­ba­wi­ło go­spo­da­rzy. Po Ar­le­tę przy­był do­brze zbu­do­wa­ny, wyż­szy od Wal­te­ra bru­net o olśnie­wa­ją­cym, w oczach dziew­czy­ny, uśmie­chu. Walta od­bie­rał chudy chło­pak śred­nie­go wzro­stu z dłu­gi­mi blond wło­sa­mi. Na­to­miast kart­kę z imie­niem Piotr­ka trzy­ma­ła trosz­kę niż­sza od niego dziew­czy­na, która zda­niem chło­pa­ka była wy­jąt­ko­wo ładna. Kiedy się ro­ze­śmia­ła po jego zbyt ofi­cjal­nym po­wi­ta­niu, jej piwne oczy ślicz­nie błysz­cza­ły.

Po po­że­gna­niu się ze zna­jo­my­mi Piotr po­dą­żył za, chwi­lę wcze­śniej po­zna­ną Kate do du­że­go czar­ne­go auta. Po przy­wi­ta­niu się, szo­fer spa­ko­wał jego bagaż. Chło­pak usiadł na sie­dze­niu dla pa­sa­że­ra za kie­row­cą, a obok niego nowo po­zna­na dziew­czy­na.

-Skąd ty, wła­ści­wie je­steś?– za­py­ta­ła ob­ra­ca­jąc się do niego z pro­mien­nym uśmie­chem.

 -Ze Stel, na za­chód od Vett.-od­parł cicho chło­pak, ru­mie­niąc się.

-Ro­zu­miem. A jakie wra­że­nie wy­warł na tobie Dwo­rzec?

-Gdy na niego wsze­dłem po­czu­łem się lekko przy­tło­czo­ny jego mo­nu­men­tal­no­ścią, ale po chwi­li się opa­no­wa­łem i zo­ba­czy­łem jego pięk­no…-urwał. Czemu on się tak roz­ga­dał? Prze­cież ledwo ją zna.

Dziew­czy­na chyba wy­czu­ła, że jej gość ra­czej nie jest skory do roz­mo­wy, po­nie­waż już nie sta­ra­ła się roz­po­cząć roz­mo­wy i resz­tę drogi spę­dzi­li w mil­cze­niu.

* * *

Opa­tu­lo­na w czar­ny płaszcz syl­wet­ka po­de­szła do sza­rej syl­wet­ki. Ma­cha­ła dłoń­mi jakby była czymś obu­rzo­na. Po chwi­li prze­sta­ła. Ude­rzy­ła szarą w oko­li­cę twa­rzy, z tego punk­tu wi­dze­nia cięż­ko było okre­ślić czy cios tra­fił w twarz, czy w głowę. Jed­nak szara postać nie prze­ję­ła się tym ude­rze­niem ani tro­chę. Dalej stała zwró­co­na ple­ca­mi do czar­nej. Kuc­nę­ła przy czymś i za­czę­ła za­ma­szy­ście wy­pro­wa­dzać ciosy w coś nad czym ku­ca­ła. Czar­na rzu­ci­ła się na nią prze­ta­cza­jąc ją w inną stro­nę. Wtedy dało się zo­ba­czyć nad czym wcze­śniej szara syl­wet­ka ku­ca­ła, była to czer­wo­na syl­wet­ka, która płyt­ko od­dy­cha­ła. Chwi­lę po tym jak szara zo­sta­ła prze­wró­co­na, zrzu­ci­ła z sie­bie drugą postać i pod­bie­gła do czer­wo­nej. Wy­cią­gnę­ła jakiś przed­miot zza pa­zu­chy i ude­rzy­ła nim w oko­li­ce gar­dła le­żą­cej pod nią syl­wet­ki. W tym mo­men­cie czer­wo­na syl­wet­ka prze­sta­ła od­dy­chać.

Pio­trek prze­bu­dził się z za­ci­śnię­ty­mi pię­ścia­mi. Leżał w po­ko­ju, który zo­stał mu uży­czo­ny ty­dzień temu. Sie­dem dni i sie­dem nocy. Do­kład­nie tyle chło­pak znaj­do­wał się w domu pań­stwa Mon­kit. I w każdą z tych sied­miu nocy śniło mu się to samo. Śmierć ja­kiejś czer­wo­nej syl­wet­ki. Nie ro­zu­miał tego czemu mu się to śniło.

Nie pod­no­sząc się z łóżka pod­niósł ze­ga­rek i spoj­rzał na niego. Dwudziesty ósmy li­sto­pa­da, go­dzi­na siódma pięć. Zaraz bę­dzie mu­siał wstać, był week­end, ale jego go­spo­da­rze za­wsze jedli wspól­nie śnia­da­nie o jed­nej porze– siódmej dwadzieścia pięć.

W domu miesz­ka­ło sześć osób, ale Piotr znał tylko czte­ry. Pan Ryan Mon­kit, był wy­so­kim, szczu­płym sza­ty­nem,o przy­ja­znej twa­rzy i miał za sobą czter­dzie­ści sześć lat życia. Jego żona, Eliza, była od niego kilka lat młod­szą blon­dyn­ką o nie­bie­skich oczach. Kate była ich bio­lo­gicz­ną córką, na­to­miast Ann była ich ad­op­to­wa­nym dziec­kiem i była w wieku Kate i Piotr­ka. Miała się­ga­ją­ce do ra­mion brą­zo­we włosy, piwne oczy, była wzro­stu Pio­tra i to z nią chło­pak naj­le­piej się do­ga­dy­wał. Nie wia­do­mo czy to przez dużą nie­śmia­łość ich oboj­ga, czy przez to, że cho­dzi­li do jed­nej klasy i to Ann spę­dza­ła z nim naj­wię­cej czasu ze wszyst­kich do­mow­ni­ków. Piotr nie znał Adama i Lo­ga­na. Pierw­szy z dwóch nie­zna­jo­mych, był tym, z któ­rym Piotr się wy­mie­nił miej­sca­mi. O dru­gim z ja­kichś nie­zna­nych mu po­wo­dów nie wie­dział nic, a jak o niego pytał, za­wsze osoba, któ­rej zadał py­ta­nie zmie­nia­ła temat. 

Miej­sce, w któ­rym miesz­ka­li go­spo­da­rze Piotr­ka, było dużym dwu­po­zio­mo­wym domem jed­no­ro­dzin­nym. Na pierw­szym pię­trze była kuch­nia, ja­dal­nia, salon, ła­zien­ka z to­a­le­tą i dwa po­ko­je, w jed­nym miesz­ka­ła Ann, a w dru­gim Piotr. Na­to­miast na dru­gim po­zio­mie znaj­do­wa­ła się druga ła­zien­ka, czte­ry po­ko­je, bal­kon, scho­wek i Pokój Ni­co­ści(puste po­miesz­cze­nie, w któ­rym można było od­po­czy­wać od wszyst­kie­go. Wli­cza­jąc do­mow­ni­ków).

Chło­pak pa­trzył chwi­lę w biały sufit, który był przy­ozdo­bio­ny pla­ka­ta­mi o te­ma­ty­ce ana­to­micz­nej. Po­dob­no wła­ści­ciel po­ko­ju pra­gnął zo­stać w przy­szło­ści me­dy­kiem. Po krót­kiej lek­tu­rze pla­ka­tu o mię­śniu sko­śnym brzu­cha chło­pak wstał. Prze­cią­gnął się i za­czął ubie­rać.

Punk­tu­al­nie o 7:25 śnia­da­nie się roz­po­czę­ło. Na stole le­ża­ło to co zwy­kle: chleb, masło, ryba, szyn­ka, ser i po­mi­do­ry. Pio­trek pró­bo­wał już wszyst­kie­go w chyba każ­dej moż­li­wej kom­bi­na­cji, więc wziął to co lubił naj­bar­dziej, czyli chleb z ma­słem i szyn­ką.

Nagle drzwi fron­to­we trza­snę­ły i wszy­scy je­dzą­cy wzdry­gnę­li się.

-Wró­ci­łem!- krzyk­nął ktoś z przedpo­ko­ju, mę­skim gło­sem, który był zimny i nie zdra­dzał żad­nych emo­cji.  

Piotr mu­siał się ob­ró­cić o sto osiem­dzie­siąt stop­ni, po­nie­waż jego miej­sce przy stole było tyłem do ko­ry­ta­rza. Po zmia­nie po­zy­cji zo­ba­czył, może rok od niego star­sze­go, chło­pa­ka, o czar­nych wło­sach i szarych, zim­nych jak jego głos oczach. Nowo przy­by­ły nie zwró­cił na po­cząt­ku uwagi na Piotr­ka, po­nie­waż był zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny ścią­ga­niem czar­ne­go płasz­cza i czar­nych, skó­rza­nych butów. Ale gdy tylko przy­bysz go za­uwa­żył jego zimne oczy zlo­do­wa­cia­ły jesz­cze bar­dziej.

-Co on tu robi?– za­py­tał czar­no­wło­sy chło­pak do­mow­ni­ków, tonem mó­wią­cym, że sama osoba, o którą pyta nie jest warta jego roz­mo­wy.

Nikt mu nie od­po­wie­dział. Wszy­scy przy­bra­li nie­zdra­dza­ją­cy żad­nych uczuć wyraz twa­rzy. Ryan wstał od stołu i ze swoją bez­wy­ra­zo­wą twa­rzą pod­szedł do “in­tru­za”.

-Idzie­my na górę.– wy­po­wie­dział te słowa gło­sem, który nie zna sprze­ci­wu.

Pod­czas gdy pan domu wy­cho­dził na pię­tro z nie­zna­jo­mym Pio­tro­wi chło­pa­kiem, sam Piotr za­czął się wy­py­ty­wać o nie­zna­ne­go czło­wie­ka.

-Kto to jest?

-Nasz Logan…-po­wie­dzia­ła cicho Eliza.

-Za­cho­wa­łem się nie­tak­tow­nie?– za­py­tał zmie­sza­ny Piotr­ko­wi.

-Nie. Ten typ tak ma. Nie ob­cho­dzą go za­sa­dy, czy ma­nie­ry.– od­po­wie­dzia­ła Ann, nie ukry­wa­jąc swo­jej zło­ści.– Liczy się dla niego tylko cel i póź­niej­sza droga po tru­pach do niego.

-Ann! Jak mó­wisz o swoim bra­cie?!- Eliza pod­nio­sła głos– Wiesz prze­cież, że wiele prze­szedł!

-Tak mamo, masz racje.– mimo, że dziew­czy­na mó­wi­ła spo­koj­nym gło­sem, dało się wy­czuć w nim ukry­te po­iry­to­wa­nie– Jed­nak uwa­żam, że nie uspra­wie­dli­wia to jego aro­ganc­kie­go, wręcz cham­skie­go, za­cho­wa­nia. On się za­cho­wu­je jak jakiś pseu­do-he­ros z ja­kiejś tra­ge­dii! Wy­da­je mu się, że przez to jak wiel­ce był po­krzyw­dzo­ny jest teraz bez­kar­ny!

Pio­tro­wi cięż­ko było od­na­leźć się w za­ist­nia­łej sy­tu­acji. Jesz­cze nigdy nie wi­dział czy­jejś kłót­ni ro­dzin­nej, któ­rej punk­tem za­pal­nym, jakby by nie było, on też w jakiś spo­sób był. Czuł, że nie po­win­no go tam być, ale nie wie­dział jak mógł­by uciec z ja­dal­ni. Na szczę­ście Kate, która mil­cza­ła do tej pory, za­uwa­ży­ła zmie­sza­nie chło­pa­ka i po­sta­no­wi­ła za­re­ago­wać.

-Nie uwa­ża­cie, że po­win­ny­ście to roz­wią­zać mię­dzy sobą, a nie mie­szać do tego na­sze­go go­ścia?

Mo­men­tal­nie Eliza i Ann uci­chły. Kate uśmiech­nę­ła się do sie­bie w duchu. W końcu opa­no­wa­ła umie­jęt­ność wpły­wa­nia na in­nych w małym, ale za­wsze ja­kimś, stop­niu. Dawno nie pró­bo­wa­ła tego na, ta­kich jak teraz, kró­li­kach do­świad­czal­nych w ich na­tu­ral­nym oto­cze­niu. Skar­ci­ła się w my­ślach. Tak, tym razem zwy­cię­ży­ła z in­ny­mi umy­sła­mi, ale nie za­wsze tak musi być. Nie po­win­na my­śleć o sobie jak o kimś lep­szym. Bę­dzie mu­sia­ła nad tym po­pra­co­wać. Droga do tego co pra­gnę­ła osią­gnąć, była tym dal­sza im bar­dziej się do swego celu zbli­ża­ła.

-No do­brze…-od­po­wie­dzia­ła po­wo­li matka dziew­czyn.– Ann po­roz­ma­wia­my o tym wie­czo­rem, a teraz idź do swo­je­go po­ko­ju i ochłoń. Ja z resz­tą zro­bię to samo…

-No dobra…– od­par­ła bez prze­ko­na­nia dziew­czy­na.

-Pio­trze masz czas wolny, tylko pro­szę wróć do domu na trzy­na­stą trzy­dzie­ści, na obiad.– Eliza wy­mó­wi­ła te słowa z de­li­kat­nym uśmie­chem, pa­trząc na chłop­ca.

-Do­brze, pro­szę pani.

Pio­trek już miał w gło­wie do­kład­ny plan co zrobi. Po­dzię­ko­wał za po­si­łek, odło­żył na­czy­nia do zlewu i jak tylko szyb­ko mógł po­szedł do przed­po­ko­ju. Wsu­nął swoje wy­god­ne, spor­to­we, szare buty, ubrał gra­na­to­wą bluzę i już miał ubrać kurt­kę, kiedy Ann po­de­szła do niego od tyłu i po­pchnę­ła go lekko. Chło­pak pod­sko­czył ze stra­chu. Co jak co, ale dziew­czy­na, która przy nim stała po­tra­fi­ła się bez­sze­lest­nie skra­dać. Cie­ka­we gdzie się tego na­uczy­ła?

-Chcesz, żebym zszedł na zawał?!

-Spo­koj­nie!- uśmiech­nię­ta Ann, ani my­śla­ła po­zwo­lić wy­pro­wa­dzić się z do­bre­go na­stro­ju.– Tylko cię lekko pchnę­łam! Nie bądź taki spię­ty!

-No dobra, dobra, ale czy ty przy­pad­kiem nie mia­łaś sie­dzieć w swoim po­ko­ju?

-No dobra, dobra, ale czy ty przy­pad­kiem nie mógł­byś mnie prze­my­cić i wziąć ze sobą?– od­par­ła dziew­czy­na, prze­drzeź­nia­jąc chło­pa­ka z pro­mien­nym uśmie­chem.

Piotr prze­wró­cił ocza­mi. Dla­cze­go ona sta­wia­ła go w ta­kiej nie­zręcz­nej sy­tu­acji? Wie­dzia­ła, że chło­pak ją lubi i za­wsze bę­dzie po jej stro­nie. Wie­dzia­ła też, że sza­nu­je jej mamę i nie chce sprze­ci­wiać się jej de­cy­zjom. Cóż za per­fid­ne wy­ra­cho­wa­nie! Nie­ste­ty nie umiał mieć jej tego za złe.

-Niech będzie…– po­wie­dział zre­zy­gno­wa­ny.

-No! Od razu le­piej!

Ubra­li się i wy­szli przed dom. Mi­nę­ła dobra chwi­la nim spod drzwi zna­leź­li się przy brami pod­jaz­du. Za każ­dym razem, gdy Piotr prze­cho­dził przez tą, wy­so­ką na dobre dwa i pół metra, bramę ze stali, czuł się jak ptak wy­la­tu­ją­cy z klat­ki. W domu jego go­spo­da­rzy nie było mu źle, ale znaj­do­wa­ło się tam coś co spra­wia­ło, że chło­pak czuł się w pe­wien spo­sób przy­gwoż­dżo­ny do pod­ło­gi. Jakby po­wie­trze na po­se­sji pań­stwa Mon­ki­tów było gęst­sze niż poza nią.

Ann ob­ró­ci­ła się dys­kret­nie, spraw­dza­jąc czy ten nie­obli­czal­ny Logan ich nie śle­dzi. Nie trak­to­wa­ła go jak brata. Teo­re­tycz­nie po­win­na go nawet lubić, oboje byli ad­op­to­wa­ni przez Ryana i Elizę no i oboje stra­ci­li ro­dzi­ców razem z ro­dzi­ną w po­dob­nych oko­licz­no­ściach. Jed­nak dziew­czy­na nawet przez chwi­le nie lu­bi­ła swo­je­go przy­rod­nie­go brata. Na szczę­ście nikt za nimi nie szedł, więc mogła się roz­luź­nić.

Spacerowali zarówno po szerokich, głównych ulicach, jak i węższych, za to dużo bardziej urokliwych, uliczkach rynku Vett. Rozmawiali na początku o szkole i klasie, następnie o różnicach ich językami, żartowali sobie z reklam na bilbordach i zgadywali jak minął ostatni tydzień przypadkowego przychodnia. To ostatnie w ich opinii było najzabawniejsze. 

Kiedy wrócili i już zjedli obiad, bez Logana, który w niewyjaśnionych okolicznościach gdzieś zniknął, Eliza zabrała głos ma forum domu.

-Razem z Ryanem zdecydowaliśmy, że pojedziemy na zakupy. Kto chce z nami jechać niech podniesie rękę, a kto nie to jest wolny do dwudziestej. Wrócimy koło dziewiętnastej, więc radzę się dobrze zastanowić, czy na pewno chcecie z nami jechać.

Po tej, jakże zachęcającej do wyjazdu, wypowiedzi dłoń podniosła tylko Kate. O czternastej wyszli z domu.

Piotr miał zamiar odrobić stos pracy domowej, ale Ann nie pozwoliłaby aby wolny czas marnować w tak nudny sposób. Przyszła do pokoju chłopaka, cichaczem wzięła drugie krzesło i niepostrzeżenia usiadła obok niego, przy biurku. Przez kilka pierwszych chwil Piotrek był tak zaangażowany w swoje zajęcie, że nawet jej nie zauważył. Dopiero, gdy dziewczyna głośno odchrząknęła, odnotował jej obecność w pomieszczeniu. 

-Co chcesz?– zapytał, obracając się w jej stronę.

-Ja? Niewiele… – uśmiechnęła się zawadiacko.-Za to wiele rzeczy nie chcę, na przykład nudzić się. Z kolei ty robisz wszystko, żebym była znudzona.

-Poważnie?– jęknął.-Nawet lekcji nie mogę odrobić, bo masz jakieś zachcianki?

-Nie mam zachcianek!- podniosła głos, oburzona.

-Wcale…– przewrócił oczami.

-Ale z ciebie nudziarz!- krzyknęła i trzasnęła drzwiami wychodząc.

 Po dwóch zadaniach z algebry chłopak stwierdził, że nie może tego tak zostawić. Kłócić się o zadanie domowe? Ile on ma lat? Dziewczyna chciała spędzić z nim wolny czas, a on odprawił ją z kwitkiem. Kiepsko. Doszedł do wniosku, że musi ją przeprosić i zapytać czy może to jakoś zrekompensować.

Bardzo cicho, przynajmniej zdaniem Piotrka, wszedł do pokoju rówieśnicy.

-Czego ode mnie chcesz?– zapytała go, siedząc tyłem do drzwi, przy biurku, nim przekroczył próg pokoju.– Nie udawaj, że nie stoisz w przejściu do mojego pokoju. Słyszę cię wyraźnie.

-Jak? Przecież byłem cicho… Nie wydałem prawie żadnego dźwięku…

-Mówił ci kiedyś ktoś, że strasznie tupiesz?– Ann wciąż była odwrócona plecami do Piotra. Zamknęła jedną z szafek w biurku i położyła się na biurku ziewając.

-Nie… Dobra, nieważne. Nie po to tu przyszedłem. Chciałem cię przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie. Mogę ci jakoś to wynagrodzić?

-Nie. Nie masz za co przepraszać, ani nie masz niczego do wynagrodzenia.– dziewczyna mówiła takim głosem, że Piotrek nie potrafił rozczytać jej emocji.– Też teraz odrabiam lekcje, więc proszę wyjdź i mi nie przeszkadzaj.

Chłopak zamknął za sobą drzwi i przeszedł do swojego pokoju. Ann jeszcze nigdy nie była dla niego taka… Oziębła? Aż tak ją zdenerwował, że nie chciała z nim rozmawiać. Trudno. Może jej przejdzie? 

Usiadł przy biurku i zaczął dokańczać matematykę.

* * * 

Było już ciemno, więc Piotr zapalił sobie lampkę na biurku. Historia była jego piętą achillesową i nie był zbyt szczęśliwy, gdy ją odrabiał.

Światło zgasło. Chłopak schylił się aby sięgnąć do przełącznika od lampki. Nie udało mu się to. Przerwał mu to cios, który trafił go w potylicę. Potem stracił przytomność.

* * *

Wielki fotel, majestatycznie wznosił się ponad podłoże. Na fotelu ktoś siedział. Właściwie to leżał. Poskręcany. Ręce były powyginane w niemożliwe dla ścięgien pozy. Nogi nie wyglądały lepiej. Powoli postać wstała z fotela, schyliła się i podniosła z podłogi wielki miecz. Nagle kilka kroków od tego monstra posadzka obsunęła się w dół ukazując schodki. Pod schodkami leżał czerwony wór, w którym cały czas się, chyba coś ruszało, ponieważ powierzchnia materiału falowała. Skręcony podszedł do schodków taszcząc za sobą broń. Chciał zejść po nich, ale przez swoje zdeformowane dolne kończyny spadł z mieczem w dłoni. Podpierając się o ostrze wstał i podszedł do wora. Uniósł broń ponad swą głowę i wbił ją w sam środek materiału. Czerwona powierzchnia przestała falować.

Piekący policzek obudził Piotrka w jakimiś ciemnym pomieszczeniu. Wiedział tylko, że siedzi na krześle z oparciem i nie czuje nóg i dłoni. Spróbował ruszyć ramieniem, ale nie udało mu to się, ponieważ jego nadgarstki były przymocowane do poręczy krzesła.

Nagle chłopak już zupełnie oślepnął, przez snop światła nakierowany prosto na niego. Dopiero po chwili przyzwyczaił się do takiej ilości światła. Kiedy to się stało zobaczył przed sobą kogoś znajomego w szarym płaszczu. Na początku go nie poznał, ale biło od tego kogoś czymś znajomym. Po chwili zauważył, że to Logan przed nim stoi z posępną miną i tym swoim lodowatym wzrokiem.

-Widzę, że nasz książę raczył się obudzić.– od każdego ze słów biła nienawiść.– Jak długo jesteś Nadziejobójcą, co? Bije od ciebie dziwnym zdrowiem jak od każdego z was, więc pewnie jakieś dziesięć lat…

Piotr tylko patrzył z niezrozumieniem i strachem w oczach na niego.

-Powiedz kim była twoja pierwsza ofiara? Desperatem, który był na skraju załamania psychicznego? Czy dziecko z biednej rodziny, któremu obiecałeś dostatnie życie?– przerwał i wciągnął głośno powietrze nosem.– Czekaj, czekaj… Ty nie jesteś tylko Nadziejobójcą, ale też Katem?! Czym ty właściwie jesteś?!

Wreszcie coś, co trzymało struny głosowe więźnia odeszło i Piotr mógł mówić.

-O czym ty, do jasnej ciasnej, gadasz?! Jaki Kat?! Jaki Nadziejobójca?! Czemu ja tu w ogóle jestem?! Co ci takiego zrobiłem?!- chłopak rzucał się w krześle.

-No dobra… Skoro tak stawiasz sprawę…– wyciągnął czarne, skórzane rękawiczki i założył je.– Pozwól, że opowiem ci pewną nudną historię, pewnego nudnego dziecka. 

Piotrek przeraził się jeszcze bardziej. Twarz Logana była zimna i jakby nieobecna. Podszedł do siedzącego chłopaka i odwiązał go od krzesła.

-Teraz będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć ci wszystko. Mamy teraz takie same szanse.

Po wypowiedzeniu ostatniego słowa chłopak rzucił się na Piotra. Cios trafił go prosto w podbrzusze, siła ciosu sprawiła, że atakowany uniósł się trochę nad ziemię tracąc dech w piersiach. Logan zaczął opowiadać

-Wszystko zaczęło się tutaj w Vett, gdzie mieszkało szczęśliwe małżeństwo razem z ich kilkuletnim synem. Wszystko było świetne. Ojciec chłopca pracował i zarabiał na rodzinę, a matka opiekowała się dzieckiem. Aż pewnego dnia ojciec stracił pracę i popadł w depresję. Matka źle to wszystko znosiła i cały czas chorowała. Ale po kilku miesiącach ojciec wyszedł z domu i wrócił promieniując radością. Mówił, że znalazł kogoś kto mu załatwił pracę, i że przez to będzie go dużo mniej w domu. Minęło kilka tygodni pracy ojca i matka wyzdrowiała, znowu zaczęła zajmować się dzieckiem. Ojciec wychodził z domu zanim jeszcze słońce wstąpiło na niebo, a wracał gdy już dawno na tym samym niebie wisiał księżyc. Starał się z całych sił, ale zachorował na jakąś nieznaną chorobę.– nie przerywając opowieści Logan wyprowadzał kolejne ciosy. Niedoświadczony w walce Piotr nie umiał nawet ich uniknąć i z każdą minutą był coraz słabszy.– Leżał w szpitalu, gdzie odwiedzała go żona z synem. Jednak nie trwało to długo. Kilkanaście dnie od trafienia do szpitala ojciec i jego rodzina wysłuchali diagnozy dziwnego doktora. Dziwnego, ponieważ biło od niego ciepłem, mimo że był dość oschły. Biła od niego nadzieja, a jego wypowiedzi były cyniczne, rozumiesz? Milczenie uznam za potwierdzenie. Diagnoza dziwaka mówiła, że ojciec może przeżyć jeśli matka odda mu kilka narządów, ale bez tych narządów umrze w ciągu trzech dni. Operacja matki niosła ze sobą duże ryzyko jej śmierci. Ojciec nie chciał się na to zgodzić, jednak matka go ostatecznie przekonała. Umarła na stole operacyjnym. Dziecko trzymało się już tylko nadziei na to, że przynajmniej jego ojciec przeżyje. Ale on też umarł. I kiedy mały chłopczyk rozpaczał w kącie szpitalnego korytarza, przyszedł do niego tamten lekarz. Powiedział, że może pomóc chłopcu odnaleźć się w tym niesprawiedliwym, jak to ujął, świecie. Zaprowadził chłopca, niesionego nową, irracjonalną nadzieją w tego dziwnego lekarza, na podziemny parking. I tam, ten szczur, pokazał swoją prawdziwą twarz. Jego, dotychczas, tylko lekko zaczerwieniona twardówka zmieniła się w całkowicie bordową. Tęczówka, która była szara, miała już kolor niebieski wchodzący w biały. Źrenica przybrała kolor krwistoczerwony. Powiedział chłopcu, że właśnie ma odpowiedni czas na ostatnią prośbę, taką samą jaką złożyli jego rodzice. Przerażony chłopiec zapytał czy to medyk zabił mu rodziców. Tamten mu odpowiedział, że on tylko im w tym pomógł. Chłopiec tylko poczuł jakby coś się w nim złamało i strach zupełnie go opuścił. Wypełniała go wściekłość, chęć zemsty. Kątem oka zauważył metalową skrzynkę ze sprzętem przeciwpożarowym i pobiegł do niej. Lekarz lekkim, wolnym krokiem podążył za nim. Kiedy lekarz ponownie zapytał malca o jego ostatnią prośbę, chłopiec obrócił się do niego trzymając w swoich, małych rączkach toporek służący do niszczenia drzwi w trakcie pożaru. Lekarzowi zrzedła mina, gdy chłopak się na niego rzucił z bronią uniesioną w geście ataku. Umarł szybko. Pierwszy cios go powalił, a drugi rozłupał czaszkę. Mimo, że demon nie oddychał i nie dawał żadnych znaków życia, chłopiec uparcie w szale raz po raz uderzał w truchło. Dopiero gdy usłyszał dźwięk jadącej windy uciekł. Żył potem jak zwierzę, z dnia na dzień. W najgorszej dzielnicy, południowo-wschodniej na ulicy. Często chodził głodny, pobity i obdarty z jakiejkolwiek dumy. Aż pojawił się pewien młody mężczyzna, który przechodząc nocą przez tamtą, przeklętą dzielnice, go zauważył. Przygarnął go, ponieważ rozpoznał w nim Skręconego, czyli osobę, której duch, dusza jakkolwiek to nazywasz, była poskręcana z bólu. Zaczął go szkolić i wychowywać. Chłopak dowiedział się, że lekarz, którego zabił, był demonem należącym do klanu Nadziejobójców, czyli jednego z piętnastu największych demonicznych klanów. Mimo szkolenia z niewyjaśnionych przyczyn dusza dziecka pozostała Skręcona. Jedyny moment w jakim się na chwilę prostowała to był moment zabicia demona.

Przerwał i ściął Piotra z nóg. 

-Zabijanie nie sprawia mnie przyjemności, dlatego tak bardzo się wami brzydzę. Żywicie się czyimś życiem, negatywnymi emocjami, a gdy nie są one powszechnie dostępne sprawiacie, że jest ich w nadmiarze. Pasożyty.– wypluł to słowo patrząc jak Piotrek zwija się na ziemi z bólu. Zabijanie mu nie sprawiało przyjemności. Prawda. Jednak znęcanie się nad jakimś żałosnym demonem nie jest zabijaniem. Z drugiej strony jeśli będzie to przeciągał ktoś może ich znaleźć. Trzeba to kończyć. Nie za szybko. Ale mimo wszystko kończyć. – Usłyszałeś całą historię. Jej koniec już nastąpił, teraz pora na twój.

Kucnął nad swoją ofiarą i zaczął ją okładać pięściami. Tak się zatracił w tym zajęciu, że nawet nie usłyszał jak wielkie metalowe drzwi otwarły się kilka kroków za jego plecami. Nie usłyszał wściekłych wrzasków i nie spodziewał się nagłego uderzenia w bok. Wywrócił się, przetoczył na plecy i zobaczył. Nad Piotrem stała wyraźnie zła i zaniepokojona Kate ze zmarszczonym, w grymasie zmartwienia, czołem.

-Co ty wyprawiasz Logan?! Prawie go zabiłeś!- zaczęła krzyczeć na leżącego kilka metrów dalej chłopaka.

-I co z tego? To tylko demon. Co wy wyprawialiście, że go nie zabiliście? Banda głupców. Takim jak on nie można ufać.

Chłopak wstał i podszedł do przyszywanej siostry, zanim mu odpowiedziała. Nie chciało mu się słuchać wywodów na temat etyki i tego co może, a czego nie, więc szybkim, w miarę możliwości bezbolesnym, ciosem ogłuszył ją. Przeprosi ją jak już będzie po wszystkim. Chociaż czemu miałby przepraszać? Bo wykonuje to co do niego należy? Nie będzie się bawił w takie coś. Przepraszanie i tak nie ma sensu. Nic nie zmienia.

– To…– ledwo przytomna dziewczyna zaczęła cicho mówić– Jest…

Logan zignorował ją. Wyciągnął duży, wojskowy nóż i spojrzał na Piotrka. Nieprzytomny płytko oddychał.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Wydech.

Następny wydech nie nadszedł.

-Twój…– ostatkiem pozostałych jej sił dokończyła zdanie.– Brat.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Oryginalny pomysł, ale nad warsztatem musisz jeszcze długo pracować. Masz czas. :-) Nie nazywałabym tego fantasy – za mało magii.

Chętnie przeczytałabym więcej wyjaśnień – na przykład, kim byli kaci, czy Piotr faktycznie zabierał nadzieję itd. Na przykład kosztem opisów codziennych czynności (co jedli na śniadanie, o której był obiad), bo te nie wnoszą wiele ciekawych rzeczy do opowieści.

Zwróć uwagę na interpunkcję. W tekście pełno słów była był – spróbuj zmniejszyć ich ilość. W ogóle często trafiają Ci się powtórzenia (w jednym fragmencie aż roiło się od sylwetek). Źle zapisujesz dialogi, zajrzyj tutaj. Spacje przy myślnikach stawia się po obydwu stronach. Liczby zwykle zapisujemy słownie.

Przykłady błędów (wszystkich nie wypisywałam):

były przesłonięte prowizoryczną ortalionową ochronę.

Literówka. W ogóle sporo ich w tekście.

która do niej należy do niej. Nagle podrzuciła swoją zabawkę i złapała ją oboma dłońmi za uchwyt.

Zdublowało Ci się. Obiema.

zaczął ubierać spodnie

Ubrań się nie ubiera, tylko zakłada itp.

z resztą => zresztą

Uczniowie stali oniemiali, kiedy ich, jakże beztroski, nauczyciel oddala się w kierunku pociągu

Czas się zmienił.

Jest różnica między magnezem i magnesem.

przechodził przez tą, wysoką na dobre dwa i pół metra, bramę

Tę bramę.

Przyrodnie rodzeństwo to ktoś, z kim mamy wspólnego tylko jednego rodzica. Tutaj nie pasuje.

Babska logika rządzi!

Masz 14 lat, to oznacza, że mnóstwo czasu na naukę przed Tobą. 

Przeczytałam ten tekst, początkowo z całkiem dużym zainteresowaniem, które jednak stopniowo malało. Masz spore problemy z interpunkcją, zdarzają Ci się dość często powtórzenia. Popatrz, jak konstruujesz opisy osób. O głównym bohaterze co chwilę piszesz, że jest drobny. Jeżeli jest to jego istotna cecha – to czytelnik zapamięta. Jeśli nie – tym bardziej nie ma potrzeby powtarzać. O Loganie dwa razy w jednym akapicie napisałeś, że ma czarne włosy. W ogóle masz dość typową dla początkujących tendencję do opisywania wyglądu wprowadzanych osób. Nie trzeba tego robić od razu, wprost. Można później, mimochodem.

Kolejne sceny Twojego opowiadania nie wynikają z siebie nawzajem. Nie przygotowujesz gruntu pod to, co staje się momentem krytycznym, to znaczy pod dość jednostronną konfrontację między Piotrem a Loganem. Dlatego też mnie nie zaciekawiło, czy Piotr rzeczywiście jest Nadziejobójcą, czy może Logan wariatem. Generalnie takie niedopowiedzenie by mi nie przeszkadzało, pewnie uznałabym je wręcz za zaletę, ale tylko wówczas, gdybym była trzymana w napięciu przez cały czas, gdybym miała wrażenie, że coś tajemniczego się tu dzieje. A tak – no, jakaś scenka przemocy na koniec, doklejona ni z gruchy ni z pietruchy. Nie tędy droga.

Ale czytaj, ćwicz i będzie lepiej.

Podpisuję się pod tym, co napisały Finkla i Ocha.

Jednocześnie proszę, byś większą uwagę zwracał na sposób konstruowania zdań, albowiem często miałam problemy, by zorientować się, co tak naprawdę chciałeś powiedzieć. Twoje zdania nie zawsze są czytelne. Wiele z nich wypisałam poniżej, ale niemożliwe jest wskazanie wszystkich.

Ponadto w lekturze bardzo przeszkadza wielka ilość powtórzeń i nadmiar przeważnie zupełnie zbędnych zaimków.

Przed Tobą mnóstwo pracy, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej. ;-)

 

Po­stać ta miała na sobie pry­mi­tyw­ną, czar­ną pe­le­ry­nę prze­ciw­desz­czo­wą z or­ta­lio­nu. – Co to znaczy, że peleryna była prymitywna, skoro z dalszego opisu dowiaduję się, że miała nawet kaptur? Gdyby postać była nakryta ortalionową płachtą, byłaby to prymitywna peleryna.

 

Bie­gnąc tak w  burzę po opu­sto­sza­łych ulicz­kach… – Wolałabym: Bie­gnąc tak w  burzę opu­sto­sza­łymi ulicz­kami

 

…spoj­rza­ła w górę i po­zwo­li­ła by kap­tur swo­bod­nie opadł na jej ra­mio­na. – Czy kaptur mógł opaść na cudze ramiona?

 

Stała przed bu­dyn­kiem, który swoim wy­glą­dem od­wo­ły­wał się mocno do stylu ar­chi­tek­tu­ry epoki Od­zy­sku.Stała przed bu­dyn­kiem, który wy­glą­dem mocno nawiązywał do stylu ar­chi­tek­tu­ry epoki Od­zy­sku.

Budynek nie może odwoływać się.

 

“Już szó­sta trzy­dzie­ści ?! Gdzie on jest?!“ po­my­śla­ła.“Już szó­sta trzy­dzie­ści ? Gdzie on jest?“ po­my­śla­ła.

Zbędna spacja przed pierwszym pytajnikiem. Wykrzykniki zbędne; myśląc, nie krzyczymy.

 

Na­ło­ży­ła ja­jecz­ni­cę na ta­le­rze i po scho­dach we­szła na pię­tro swo­je­go, jed­no­ro­dzin­ne­go domu. – Na piętro zazwyczaj wchodzi się po schodach.

 

-Mamo!- krzyk­nął ubra­ny tylko spodnie młody… – – Mamo! – krzyk­nął ubra­ny tylko w spodnie młody…

Powinny być myślniki lub półpauzy zamiast dywizów. Brak spacji.

Ten błąd powtarza się w całym opowiadaniu. :-(

 

Po pro­stu jest już późno i bałam się, że…– – Brak spacji po wielokropku.

 

Piotr zi­gno­ro­wał gło­śne trza­śnię­cie drzwi jakim go po­czę­sto­wa­ła mama. – Nie wydaje mi się, żeby o trzaskaniu drzwiami, można było mówić w jako o poczęstunku.

Proponuję: Piotr zi­gno­ro­wał gło­śne trza­śnię­cie, z którym mama zamknęła drzwi.

 

Prawe oko miał piwne i wszyt­ko było by było po­ukła­da­ne, gdyby nie fakt, że lewe było szare. – Kto układał oczy Piotra? ;-)

Może: Prawe oko miał piwne i wszyst­ko zdawało się w porządku, gdyby nie fakt, że lewe było szare.

 

Pod­szedł do biur­ka i pod­niósł z niego małe, okrą­głe etui. Wró­cił do lu­stra, wyjął z etui so­czew­kę i za­ło­żył. – Powtórzenie.

Proponuję: Pod­szedł do biur­ka i z małego, okrą­głe etui wyjął soczewkę. Wró­cił do lu­stra i za­ło­żył ją.

 

Teraz jego oczy były jed­no­li­te – piwne. Piotr w oczach na­uczy­cie­li był ide­al­ny. – Powtórzenie.

Proponuję: Teraz jego tęczówki były jed­no­li­te – piwne. Piotr w oczach na­uczy­cie­li był ide­al­ny.

 

…ze wzglę­du na pomoc w nauce jaką innym ofe­ro­wał. – …ze wzglę­du na pomoc w nauce, którą ofe­ro­wał innym. Lub: …ze wzglę­du na pomoc w nauce, ofe­ro­waną innym.

 

…słabo sobie ra­dził na wy­cho­wa­niu fi­zycz­nym, jed­nak jego na­uczy­ciel był wy­ro­zu­mia­łym czło­wie­kiem i oce­niał go tylko za fre­kwen­cję na za­ję­ciach. W po­ło­wie lek­cji ję­zy­ka unij­ne­go na­uczy­ciel, pan Wat­son… – Powtórzenie.

Może w pierwszym zdaniu: …jed­nak jego instruktor/ trener był wy­ro­zu­mia­łym czło­wie­kiem

 

…pan Wat­son podał szcze­gó­ły wy­mia­ny uczniów z Vett, sto­li­cą Unii Po­ko­ju. Pię­ciu naj­lep­szych uczniów miało szan­sę… – Powtórzenie.

Proponuję w pierwszym zdaniu: …pan Wat­son podał szcze­gó­ły wy­mia­ny z Vett, sto­li­cą Unii Po­ko­ju.

 

…aby do­wie­dzieć się ile osób ma czas i moż­li­wo­ści wy­jaz­du. Z pla­no­wa­nych pię­ciu osób, tylko trzy mogły. – Powtórzenie.

Proponuję: …aby do­wie­dzieć się ile osób ma czas i moż­li­wo­ści wy­jaz­du. Z przewidzianych pię­ciu, tylko trzy mogły.

 

Że też taki cichy chło­piec po­ry­wa się na taką mie­sięcz­ną wy­pra­wę do ob­cych ludzi… – Wolałabym: Że też ten cichy chło­piec po­ry­wa się na mie­sięcz­ną wy­pra­wę do ob­cych ludzi

 

Mocny wiatr tar­gał jej ciem­ne włosy, kiedy spo­glą­da­ła w dół. Widać było tylko jej plecy. Stała na  brze­gu dachu z głową zwie­szo­ną w dół. Po co tam stała? Do czego po­trzeb­ny był jej wiel­ki nóż, który był wiel­ko­ści po­ło­wy jej drob­ne­go ciała? Ma­cha­ła nim jakby nic nie ważył, jakby był jakąś za­baw­ką, która do niej na­le­ży do niej. Nagle pod­rzu­ci­ła swoją za­baw­kę i zła­pa­ła oboma dłoń­mi za uchwyt. Za­czę­ła po­wo­li się ob­ra­cać. Kiedy już dało się zo­ba­czyć , a nie tylko jej plecy i ra­mio­na… – Nadmiar zaimków.

 

…rzu­ci­ła się z bro­nią unie­sio­ną w górze w stro­nę, z któ­rej oglą­da­ło się całą scenę. – Czy można unosić coś w dole?

 

Piotr obu­dził się z zim­nym potem na ple­cach. – Czy zimny pot obudził się razem z Piotrem? ;-)

Może: Piotr, kiedy się obudził, czuł na plecach zimny pot.

 

Bar­dzo do­brze za­pa­mię­tał jej ciem­ne włosy i drob­ną po­stu­rę ciała, ale nic ponad to. – Bar­dzo do­brze za­pa­mię­tał jej ciem­ne włosy i drob­ną po­stu­rę, ale nic ponadto.

 

Się­gnął po swój ze­ga­rek który leżał pod po­dusz­ką…Się­gnął po ze­ga­rek, który leżał pod po­dusz­ką

Czy sięgałby po cudzy zegarek? ;-)

 

Dzień jego wy­jaz­du ze Stel, jego ro­dzin­ne­go pań­stwa-mia­sta do Vett wła­śnie nad­szedł.Dzień wy­jaz­du ze Stel, ro­dzin­ne­go pań­stwa-mia­sta, do Vett, wła­śnie nad­szedł.

 

Wstał i za­czął ubie­rać spodnie roz­my­śla­jąc o tym jak bę­dzie w Sto­li­cy. – W co ubierał spodnie? ;-)

Spodnie, można na siebie włożyć, założyć, przywdziać, ubrać się w nie, wystroić się, odziać się w nie, ale nigdy, przenigdy, nie można ubrać spodni, tak jak nie można ubrać żadnej części garderoby; butów też nie ubieramy!!!

 

…do­cho­dzi­ła siód­ma, co ozna­cza­ło, że nie bę­dzie miał przy­wi­le­ju zje­dze­nia śnia­da­nia. – Wolałabym: …do­cho­dzi­ła siód­ma, co ozna­cza­ło, że nie zdąży zjeść śnia­da­nia.

 

Spraw­dził jesz­cze tylko czy wziął płyn do so­cze­wek i wziął wa­liz­kę… – Powtórzenie.

Proponuję: Spraw­dził jesz­cze tylko czy zapakował płyn do so­cze­wek i wziął/ chwycił wa­liz­kę

 

…że nie będą wszy­scy u jed­nej ro­dzi­ny tylko każda osoba przy­pad­nie na inną ro­dzi­nę. – Może: …że nie wszy­scy zamieszkają u jed­nej ro­dzi­ny i każde z nich będzie mieć innych opiekunów.

 

…od­po­wia­dał na za­da­wa­ne bez­po­śred­nio do niego py­ta­nia. – …od­po­wia­dał na za­da­wa­ne mu py­ta­nia.

Pytania zadaje się nie do kogoś, ale komuś.

 

Po pro­stu wię­cej my­ślał niż mówił, nie umiał być tak otwar­ty jak inni. Mó­wie­nie to wy­po­wia­da­nie swo­ich myśli, a ten chło­pak mu­siał na­praw­dę komuś ufać, aby dać mu po­znać swoje myśli. – Powtórzenia.

 

Z resz­tą nie cze­kał długo, bo kilku chwi­lach cała trój­ka wraz z ba­ga­ża­mi sta­nę­ła przed nim. – Czy nauczyciel za coś płacił i czekał na resztę? ;-)

Zresz­tą nie cze­kał długo, bo po kilku chwi­lach cała trój­ka, wraz z ba­ga­ża­mi, sta­nę­ła przed nim.

 

…po­wie­dział pa­trząc na zna­jo­mych z klasy. – O chodzących ze mną do jednej klasy, powiedziałbym koledzy, nie znajomi.

 

Chło­pak, który mówi mało i ra­czej stara się uni­kać wy­po­wie­dzi, prze­ry­wa komuś i wy­po­wia­da kilka gło­śnych zdań… – Powtórzenia.

 

Jego to­wa­rzy­szom nie prze­szka­dza­ło jego mil­cze­nie, od­bie­ra­li je jako wyraz jego pew­no­ści sie­bie i po pro­stu je za­ak­cep­to­wa­li. – Zbędne zaimki.

 

Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­żył wiel­ki napis i bramę, o któ­rej na­uczy­ciel wspo­mi­nał. Skie­ro­wał się w stro­nę bramy – Powtórzenie.

Może: Do­pie­ro po chwi­li za­uwa­żył wiel­ki napis i bramę, o któ­rej na­uczy­ciel wspo­mi­nał. Skie­ro­wał się w jej stronę

 

Po wyj­ściu z dwor­ca zo­ba­czy­li jesz­cze więk­szy niż dwo­rzec par­king. Par­ko­wa­ły na nim sa­mo­cho­dy… – Powtórzenia.

Może: Po wyj­ściu z dwor­ca, zo­ba­czy­li jesz­cze więk­szy od niego par­king. Stały na nim sa­mo­cho­dy

 

Ar­le­ta i Walt po­spiesz­nie drep­ta­li tuż za nim z na­dzie­ją pa­trząc na kart­ki z ich imio­na­mi.

Ar­le­ta i Walt po­spiesz­nie drep­ta­li tuż za nim, z na­dzie­ją pa­trząc na kart­ki ze swoimi imio­na­mi.

 

Po przy­wi­ta­niu się, szo­fer spa­ko­wał jego bagaż. – Wydaje mi się, że Piotr spakował się w domu. ;-)

Proponuję: Po przy­wi­ta­niu się, szo­fer ułożył jego rzeczy bagażniku.

 

Chło­pak usiadł na sie­dze­niu dla pa­sa­że­ra za kie­row­cą… – Powtórzenie.

Może: Chło­pak zajął miejsce za kie­row­cą

 

Gdy na niego wsze­dłem po­czu­łem się lekko przy­tło­czo­ny jego mo­nu­men­tal­no­ścią, ale po chwi­li się opa­no­wa­łem i zo­ba­czy­łem jego pięk­no… – Przykład zbędnych zaimków.

Proponuję: Gdy tam wsze­dłem po­czu­łem, że lekko przy­tłacza mnie mo­nu­men­tal­no­ścią/ ogromem, ale po chwi­li się opa­no­wa­łem i zo­ba­czy­łem, że jest piękny

 

Dziew­czy­na chyba wy­czu­ła, że jej gość ra­czej nie jest skory do roz­mo­wy, po­nie­waż już nie sta­ra­ła się roz­po­cząć roz­mo­wy i resz­tę drogi spę­dzi­li w mil­cze­niu. – Może wystarczy: Dziew­czy­na chyba wy­czu­ła, że jej gość ra­czej nie jest skory do roz­mo­wy i resz­tę drogi spę­dzi­li w mil­cze­niu.

 

Nie ro­zu­miał tego czemu mu się to śniło. – Wolałabym: Nie rozumiał, dlaczego miał takie sny.

 

Nie pod­no­sząc się z łóżka pod­niósł ze­ga­rek i spoj­rzał na niego. – Powtórzenie.

 

Pan Ryan Mon­kit, był wy­so­kim, szczu­płym sza­ty­nem,o przy­ja­znej twa­rzy i miał za sobą czter­dzie­ści sześć lat życia. Jego żona, Eliza, była od niego kilka lat młod­szą blon­dyn­ką o nie­bie­skich oczach. Kate była ich bio­lo­gicz­ną córką, na­to­miast Ann była ich ad­op­to­wa­nym dziec­kiem i była w wieku Kate i Piotr­ka. Miała się­ga­ją­ce do ra­mion brą­zo­we włosy, piwne oczy, była wzro­stu Pio­tra… – Zbyt wiele był/ była.

 

–Za­cho­wa­łem się nie­tak­tow­nie?– za­py­tał zmie­sza­ny Piotr­ko­wi. – Za­cho­wa­łem się nie­tak­tow­nie? – za­py­tał zmie­sza­ny Piotr­ek.

 

Pio­tro­wi cięż­ko było od­na­leźć się w za­ist­nia­łej sy­tu­acji.Pio­tro­wi trudno było od­na­leźć się w za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

Ciężkie jest coś, co dużo waży.

 

…któ­rej punk­tem za­pal­nym, jakby by nie było… – …któ­rej punk­tem za­pal­nym, jakby nie było

 

…idź do swo­je­go po­ko­ju i ochłoń. Ja z resz­tą zro­bię to samo… – Kim/ czym jest reszta, z która matka chce ochłonąć? ;-)

Pewnie miało być: …idź do swo­je­go po­ko­ju i ochłoń. Ja zresz­tą zro­bię to samo

 

Wsu­nął swoje wy­god­ne, spor­to­we, szare buty, ubrał gra­na­to­wą bluzę i już miał ubrać kurt­kę… – W co ubrał bluzę i w co chciał ubrać kurtkę???

Buty się wkłada/ zakłada, nie wsuwa. Czy wkładałby cudze buty? ;-)

 

Mi­nę­ła dobra chwi­la nim spod drzwi zna­leź­li się przy brami pod­jaz­du. – Wolałabym: Mi­nę­ła dobra chwi­la, nim, idąc od drzwi, zna­leź­li się przy bramie pod­jaz­du.

 

…no i oboje stra­ci­li ro­dzi­ców razem z ro­dzi­ną w po­dob­nych oko­licz­no­ściach. – Wolałabym: …no i oboje stra­ci­li ro­dzi­ców, i bliskich, w po­dob­nych oko­licz­no­ściach.

 

Jed­nak dziew­czy­na nawet przez chwi­le nie lu­bi­ła swo­je­go przy­rod­nie­go brata. – Literówka.

Dwoje dzieci, adoptowanych przez jedną parę małżonków, nie jest przyrodnim rodzeństwem.

 

Spa­ce­ro­wa­li za­rów­no po sze­ro­kich, głów­nych uli­cach, jak i węż­szych, za to dużo bar­dziej uro­kli­wych, ulicz­kach rynku Vett. – Rynek, to plac. Na placu nie ma ulic ani uliczek.

 

Roz­ma­wia­li na po­cząt­ku o szko­le i kla­sie, na­stęp­nie o róż­ni­cach ich ję­zy­ka­mi – Nie rozumiem. Czy mówili o różnicach różnymi językami?

 

…zga­dy­wa­li jak minął ostat­ni ty­dzień przy­pad­ko­we­go przy­chod­nia. – Pewnie miało być: …zga­dy­wa­li, jak minął ostat­ni ty­dzień przy­pad­ko­we­go prze­chod­nia.

 

Kiedy wró­ci­li i już zje­dli obiad, bez Lo­ga­na, który w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach gdzieś znik­nął, Eliza za­bra­ła głos ma forum domu. – Forum jest miejscem publicznych wystąpień. W domu, w gronie rodziny, nie wypowiadamy się publicznie. Będąc w domu, nie mówimy na forum.

 

…wzię­ła dru­gie krze­sło i nie­po­strze­że­nia usia­dła obok niego… – Literówka.

 

Za­mknę­ła jedną z sza­fek w biur­ku i po­ło­ży­ła się na biur­ku zie­wa­jąc. – Powtórzenie.

Wolałabym: Za­mknę­ła jedną z sza­fek w biur­ku i zie­wa­jąc, położyła głowę na blacie

 

Chło­pak schy­lił się aby się­gnąć do prze­łącz­ni­ka od lamp­ki. Nie udało mu się to. Prze­rwał mu to cios, który tra­fił go w po­ty­li­cę. Potem stra­cił przy­tom­ność. – Czy cios, trafiwszy Piotra w potylicę, stracił przytomność? ;-)

Proponuję połączyć dwa ostatnie zdania: Poczuł cios w po­ty­li­cę, potem stra­cił przy­tom­ność.

 

Wiel­ki fotel, ma­je­sta­tycz­nie wzno­sił się ponad pod­ło­że. Na fo­te­lu ktoś sie­dział. (…) Po­wo­li po­stać wsta­ła z fo­te­la, schy­li­ła się i pod­nio­sła z pod­ło­gi wiel­ki miecz.– W jaki sposób postać, znajdując się w fotelu ponad podłogą, wstała, a potem podniosła z podłogi miecz, skoro fotel wznosił się, czyli był chyba coraz wyżej? ;-)

 

…po­sadz­ka ob­su­nę­ła się w dół uka­zu­jąc schod­ki. – …po­sadz­ka ob­su­nę­ła się, uka­zu­jąc schod­ki.

Czy coś może obsunąć się w górę? ;-)

 

Pod­pie­ra­jąc się o ostrze wstał i pod­szedł do wora.Pod­pie­ra­jąc się ostrzem wstał i pod­szedł do wora.

Podpieramy się czymś, nie o coś.

 

Uniósł broń ponad swą głowę i wbił ją w sam śro­dek ma­te­ria­łu. – Zbędny zaimek.

 

Nagle chło­pak już zu­peł­nie oślepnął, przez snop świa­tła na­kie­ro­wa­ny pro­sto na niego. – Wolałabym: Nagle skierowany prosto na chłopaka snop światła, oślepił go.

 

Na po­cząt­ku go nie po­znał, ale biło od tego kogoś nączymś zna­jo­mym. – Co to jest nączymś?

 

Le­ka­rzo­wi zrze­dła mina, gdy chło­pak się na niego rzu­cił z bro­nią unie­sio­ną w ge­ście ataku. Umarł szyb­ko. – Wynika z tego, że chłopak umarł szybko.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuje za wszystkie komentarze i obiecuję jak najszybciej się poprawić. Przepraszam, że tekst jest… Bez gruntu. Po przejrzeniu komentarzy widzę dużo wyraźniej jak bardzo to zagmatwałem. Z interpunkcją, następnym razem umówię się na dłuższe spotkanie, do którego zapewne dołączy rownież  słownik wyrazów bliskoznacznych i zwykły ;) Mam nadzieję, że (tym “opowiadaniem”) nie zraziłem Was do siebie, i że (zapewne ze zgrzytaniem zębów z powodu błędów, których postaram sie wstrzegać ;)) przeczytacie moją następną pracę :).

 

Nie, Kuzuri, nie zraziłeś mnie i chętnie przeczytam Twoje kolejne opowiadanie. Zgrzytać zębami nie będę, przyrzekam. ;-)

Bardzo się cieszę, że uwagi zmotywowały Cię do dalszej pracy. Słowniki, oczywiście, jak najbardziej wskazane. Szlifuj umiejętności, nie zaniedbując nauki, rzecz jasna. Dużo czytaj, no i pisz. Na początek może krótsze, niezbyt skomplikowane teksty.

A kiedy już uznasz, że to co napisałeś jest skończone, odłóż tekst na dwa albo i trzy tygodnie. Potem przeczytaj, popraw wszystko co uznasz, że poprawić należy i znowu odłóż tekst, a po pewnym czasie znów przeczytaj. Zdziwisz się, jak wiele rzeczy będziesz mógł sam poprawić. Byłoby wskazane, abyś poprosił kogoś – mamę, tatę, kogoś bliskiego, może nauczycielkę polskiego, aby przeczytali opowiadanie i powiedzieli co o nim myślą. Im więcej opinii zbierzesz, tym lepiej. Dopiero po tych zabiegach, jeśli uznasz, że opowiadanie jest gotowe do publikacji, zamieść je na stronie.

Powodzenia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie panikuj. Jakoś cholernie rzadko się zdarza, że ktoś zaczyna z poziomu mistrza. To, że dostrzegasz błędy wymienione w komentarzach i chcesz się ich pozbyć, dobrze rokuje.

Babska logika rządzi!

Jeszcze raz Wam dziękuje :)

Mam pytanie na czym polega “betowanie” i w jaki sposób mogę z tego korzystać? ;)

 

Betowanie to proces sprawdzania tekstu przez kogoś innego niż autor tak, żeby ogół nie znał wymienianych uwag.

Kiedy wrzucasz na stronę nowy tekst, masz w opcjach między innymi “betalistę”. Zaznaczasz to, zapisujesz tekst jako kopię roboczą, ewentualnie w odpowiednim okienku dodajesz dodatkowe informacje – na przykład, o czym piszesz, czy zależy Ci na czasie itp.

Wtedy wstawione opowiadanie pojawia się nie w Poczekalni, tylko na Betaliście (możesz tam zajrzeć, jest w menu “opowiadania”) i czeka, aż ktoś zgodzi się nim zająć. Chętni klikają. Ty, jako autor, musisz zaakceptować ofertę, zanim betaczytacz uzyska dostęp do tekstu. A potem wymieniacie się komentarzami tak, jak tutaj, tylko reszta portalu nie może ich przeczytać.

Babska logika rządzi!

Rozumiem, dziękuje ;) 

Nowa Fantastyka