- Opowiadanie: Dzikowy - Dziady

Dziady

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dziady

W końcu trafiłem w otwór, przekręciłem klucz jeden raz i pociągnąłem za klamkę, upewniając się, że drzwi są zamknięte. Podniosłem psa, czekającego przy schodach. Sunia była stara i miała typowe dla starych psów przypadłości: ból kręgosłupa uniemożliwiał jej zbieganie po schodach, a głuchota powodowała, że słyszała tylko to, co chciała, czyli zawsze reagowała na słowo "spacer", a ignorowała "obroża". Po chwili zgasło światło. Podszedłem do podświetlonego czerwoną diodą włącznika i prawie krzyknąłem, gdy w rozbłysku diodowej żarówki dostrzegłem kobietę stojącą niecały metr ode mnie. Upięte w kok siwe włosy, czarny toczek z przysłaniającą twarz woalką oraz bogato haftowana suknia z dziesiątkami guzików i koronkami sprawiały, że wyglądała, jakby wyszła prosto z teatru czy planu jakiegoś filmu, może Lalki? Była nie tyle szczupła, co chuda. Zbyt duże rękawiczki marszczyły się na kościstych palcach, wytrzeszczone, podkrążone oczy były smutne, usta miała zaciśnięte w wąską poziomą kreskę.

Zrobiłem krok w prawo, starając się ją wyminąć.

– Przepraszam, muszę wyjść z psem.

Kobieta chwyciła mnie za ramię. Chłód przeniknął mięśnie.

– Umarł twój sąsiad. Ten z dołu, ten młody. Marek. Przyjmiesz zaproszenie? Nie pożegnałeś go. – Jej głos był melodyjny, przyjemny i dziwnie ciepły.

– Marek? Przecież on zginął cztery miesiące temu – odpowiedziałem, nie rozumiejąc, czego ode mnie chce. Chłopak rozwalił się na drzewie. Nie znałem go zbyt dobrze, za to jego rodzinę aż nadto. Przed pogrzebem zebrało się u nich mnóstwo ludzi w czarnych strojach. Kobiety dzień i noc wyły "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie", a dźwięk niósł się rurami, kaloryferami, przeciskał przez kanały wentylacyjne, odbijał od drzwi mieszkania. Krewni zmarłego zbierali się na klatce, niektórzy palili mimo upomnień. Woń palonego tytoniu i topionej stearyny snuła się po budynku. – On już jest przecież pochowany. Wczoraj mu nawet świeczkę zapaliłem. Naprawdę muszę iść. Sunia jest stara, nie utrzyma za długo – usprawiedliwiłem się.

Kobieta obeszła mnie, zastępując drogę. Spojrzała na psa.

– Biedna stara psinka. Ma raka. Za miesiąc umrze. Będzie ją bolało. – Dotknęła zwierzę, a ono spojrzało na mnie, zamknęło oczy i zwiotczało. – Tak jest lepiej. Czasami robię lepiej. Chodź, odniesiemy ją do domu, przygotujesz się na odwiedziny u Marka.

Wstrząśnięty tylko kiwnąłem głową i dałem się poprowadzić z powrotem do mieszkania. Weszliśmy bez otwierania drzwi, nawet nie zarejestrowałem jak i kiedy. Ciało psa położyłem na fotelu, tam gdzie się wylegiwała, gdy nie było mnie w domu. Stanąłem krok dalej i patrzyłem. Czternaście lat, a ja nawet nie byłem jakoś szczególnie smutny.

– Chodź. – Kobieta wyrwała mnie z zadumy. – Musimy przygotować poczęstunek.

Skinąłem i poszedłem za nią do kuchni.

Gotowałem w milczeniu. Kobieta stawiała przede mną składniki, naczynia, przyprawy, a ja zajmowałem się resztą. Szło mi sprawnie, mimo że raczej marny ze mnie kucharz. Nie wiedziałem nawet, że mam w domu jajka, a z pewnością nie miałem kaszy.

– Dobrze. – Oceniła zawartość naczyń ustawionych na tacy. – A teraz idziemy.

Potrawy pachniały. Poczułem ślinę gromadzącą się w ustach. Na klatce schodowej było jasno, ale światło było inne, cieplejsze niż diodowe, prawie żółte, słoneczne. Z każdym kolejnym stopniem powietrze gęstniało, wzmagała się woń palonych ziół, gotowanych grzybów. Na półpiętrze zauważyłem, że przestrzeń przed mieszkaniem zajmują jacyś ludzie, jak wtedy, przed pogrzebem Marka. Też byli ubrani w czarne marynarki, suknie, płaszcze i garsonki. W butonierki mieli wpięte maki. Twarze wszystkich bez wyjątki zasłaniały maski o wydłużonym kształcie, sięgające mostka. Otwory oczu, nosa i ust były nierówne, postrzępione. Ale nie! Maski były ich twarzami! Nie mieli głów. Po chwili dostrzegłem, że nie mieli też dłoni.

– To nie są ludzie – zwróciłem się do towarzyszącej mi kobiety. Spojrzała na tłum.

– O, nie. To są ludzie – zaprzeczyła czemuś rozbawionym głosem. – Chodźmy się przywitać. Tutaj masz małpkę. Na prezent. – Włożyła mi do kieszeni spodni małą butelkę wódki.

Zanim zeszliśmy, wszystkie widma zdążyły dostrzec naszą obecność. Odwracały się w naszą stronę, wymieniały uwagi, śmiały się, machały na powitanie pustymi rękawami. Mijałem ten hałaśliwy tłum, przepraszając, prosząc o zrobienie miejsca lub przejścia. Na łydkach czułem ocierającą się sztywną tkaninę sukni idącej za mną kobiety.

– Hej, szefie – zaczepił mnie znienacka brodaty mężczyzna w brudnej skórzanej kurtce, workowatych spodniach, z poszarpanym plecakiem w dłoni. Dziwne, że dopiero teraz nosem poczułem jego obecność. – Nie będę ci, szefie, kłamał. Nie jestem chory, nie mam umierającej matki, nie brakuje mi do biletu. Zbieram na piwko. Jak masz jakieś drobne…

– Masz tu flaszkę – przerwałem monolog i wystawiłem biodro z kieszenią, w której ciążyła mi małpa. Wyciągnął butelkę zdziwiony hojnością.

– O, szefie. Stokrotne dzięki. Bozia ci w dzieciach nie wynagrodzi, bo Bozi nie ma. Niech ci może zatem rachunek prawdopodobieństwa sprzyja.

– Matematyk? – spytałem.

– Nie, filozof. Doktor. Ale w życiu mi się nie udało – wytłumaczył. – Pocieszam się tylko, że przynajmniej zachowałem więcej optymizmu niż Sartre i Camus, za to mniej wiary niż Kierkegaard.

– Ale wesprzesz modlitwą zmarłego? – spytała kobieta w czerni.

– Szanowna pani, za lubelską cytrynową to nawet dwóch. Kim byłby Abraham, gdyby nie wszedł na górę? – odpowiedział bezdomny i zaczął klepać coś pod nosem, co bynajmniej nie brzmiało jak modlitwa. Z drugiej strony nie przypominało bluzgów.

Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież. Podłogę wąskiego i krótkiego korytarza wyłożono deskami. Również ściany obudowane były belkami pokrytymi śladami ociosywania. Szczeliny między nimi wypełniono  mchem i wełną. Przeszedłem pod niską powałą, uważając, żeby nie uderzyć głową, i znalazłem się w dużym pomieszczeniu obwieszonym ikonami i starymi fotografiami w kolorze sepii. Tutaj również ściany były drewniane, tak samo jak ramy okna. W szybach nie było widać nic, tylko smolistą, matową czerń.

Pośrodku pokoju stał stół, a po obu jego stronach ustawione były drewniane ławy zapełnione przez widma, które przepijały do siebie i wznosiły toasty pucharkami trzymanymi w niewidzialnych dłoniach. Pośrodku stołu zastawionego naczyniami pełnymi gotowanej kaszy przyozdobionej liśćmi pietruszki, kutii, gotowanych jaj, duszonych grzybów i smażonej ryby leżało ciało człowieka. Trup ubrany był podobnie jak widma – w elegancki czarny garnitur. Pomarszczone, wyschnięte dłonie miał złożone na brzuchu. Jego twarz zniekształcały rany, które miały się nigdy nie zagoić.

– Postaw poczęstunek – poleciła kobieta.

Niepewnym krokiem podszedłem do stołu i odłożyłem na blat plastikową tacę. W tym momencie trup odetchnął, wyrzucił z siebie powietrze, wzbudzając chmurę kurzu cuchnącego ziemią i stęchlizną. Podparł się dłońmi i usiadł, strącając kolanami sznur suszonych prawdziwków i półmisek z duszonym karpiem pokrojonym w dzwonka.

– O, jesteś. Bardzo mi miło, że jesteś. – Wyszczerzył brunatne zęby w uśmiechu. Skóra przy skroni napięła się i pękła, odsłaniając kość. Nie miał oczu, a mimo to patrzył na mnie i gotów byłem przysiąc, że życzliwie.

– Nie, no. Daleko nie miałem – usprawiedliwiłem się. – Tutaj jest coś dla ciebie. Taka trochę spóźniona parapetówa – zmieniłem temat. Odchylił głowę, aż trzasnęły kręgi i zaśmiał się, szeroko otwierając usta.

– Tak myślałem, że z ciebie jajcarz. Ale spoko. Tak w ogóle to jesteś tu, żebym mógł cię przeprosić.

– Ale o czym tym mówisz? – spytałem trochę zbyt opryskliwie. – Dobry był z ciebie sąsiad. Cichy, spokojny. Koło pomogłeś mi zmienić w opelku. Do rany przyłóż człowiek.

– Nigdy nie przyszedłem się przedstawić, nie przyniosłem żadnego podarku, no wiesz, kiedy się wprowadziłeś. Tak nie wolno. Tak ludzie nie mogą żyć obok siebie i udawać, że facet, który mi zalał łazienkę, jest kimś obcym. Byłeś moim sąsiadem, do kurwy, a ja się nawet nie przyszedłem przywitać.

– Nie ma sprawy – odpowiedziałem uspokajająco. – Jak dla mnie bomba, że nikt nikomu do wyra nie zagląda. A tamta powódź to nie ode mnie, bo to na trzecim sąsiadowi rura od pralki pękła. U mnie było jeszcze gorzej – zapewniłem, zresztą zgodnie z prawdą. – Niech każdy ma swoje życie, co nie?

– Kto ma, ten ma – Marek odpowiedział ze smutkiem w głosie. – Tak czy inaczej fajnie, że wpadłeś.

– Super impreza – pochwaliłem. – Jak będziesz robił poprawiny, to też się wpraszam.

– Się rozumie – odpowiedział i wyciągnął zaciśniętą w pięść dłoń. Przybiłem żółwika…

… i stałem przed schodami na swoim piętrze. Na rękach trzymałem stygnące ciało mojego psa.

Warszawa, listopad 2014 r.

Koniec

Komentarze

Oprócz końcówki, to mi się podobało. Ale niech się jurorzy martwią.

Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież. Wąski i krótki korytarz wyłożony był deskami. Również ściany obudowane były belkami pokrytymi śladami ociosywania. Szczeliny między nimi wypełnione były mchem i wełną.

Koło pomogłeś mi zmienić w opeklu.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Dzięki. Ten akapit skrzywił mi pysio tuż po wklejeniu. Opelek ma być. Nie będę pisał o Saabince, bo się jeszcze sąsiad domyśli, że go uśmierciłem. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Opelka bym się nie czepiała. Ty masz coś innego. Nie potrafię wykombinować mianownika. ;-)

Babska logika rządzi!

Opel i Saab.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Masz literówkę oEKlu. O to chodzi :)

 

Dzięki za pierwszy dziadowy tekst. Muszę przemysleć pewne aspekty. Są karaboszki, jest dziad poproszony o modlitwę, jest uczta.

A kim jest kobieta?

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Klimat jest, ale to zakończenie… gwałtowne. Niemiłe, ale najwyraźniej taki był Twój zamysł.

Parę drobiazgów:

Sunia była stara i miała typowe dla starych psów przypadłości: ból kręgosłupa uniemożliwiał jest zbieganie po schodach

jej

jakby wyszła prosto z teatru czy planu jakiegoś filmu, może Lalki?

dałabym “” lub kursywę, bo to tytuł bądź co bądź

"Dobry Jezu[+,] a nasz Panie[+,] daj mu wieczne spoczywanie"

EDIT: kobieta wygląda mi na Guślarza :)

W tym opowiadaniu najbardziej spodobał mi się klimat i epizod z filozofem, a najmniej zakończenie, którego chyba nie załapałem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wsio popr. Dzięki.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Lubię twoje teksty, dzikowy. Ten również mi się podoba, chociaż może nie do końca. Ale piszesz ciekawie i umiesz budować nastrój:)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

ból kręgosłupa uniemożliwiał jest zbieganie po schodach,

jej?

Na klatce schodowej było jasno, ale światło było inne, cieplejsze niż diodowe, prawie żółte, słoneczne

było było

W butonierki mieli wpięte maki. Wszyscy bez wyjątku twarze zasłonięte mieli drewnianymi maskami

mieli mieli

mi zmienić w opeklu

opelku?;)

 

Hm, jakoś mnie tekst nie poruszył. To złożenie klimatu śmierci z tak potocznym językiem i żarcikami jakoś mi nie pasowało. Śmierć psa zasmuciła mnie, ale poza tym trwałam w stanie nijakości względem tekstu. Do zakończenia. Zakończenie było wręcz absurdalne.

Całość napisana dobrze, ale pozostawiła mnie z niesmakiem ;]

Tylko nie "Tęcza"!

Dla mnie lekkim absurdem trąci rozmowa z Markiem i wpraszanie się na poprawiny (?).

Jednak w opozycji do większości głosów dotyczących zakończenia, mnie akurat ono pasuje i się podoba. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ja się na razie nie wypowiem na temat tekstu, ale melduję, że przeczytałam. Komentarz, jeśli czas pozwoli, skrobnę po rozwiązaniu konkursu… Chyba że wygrasz przez brak konkurencji, bo na razie posucha straszna ; ) Ale wtedy też postaram się oczywiście komentarz napisać ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Klimat zbudowałeś, to prawda. ;)

Sorry, taki mamy klimat.

Przykro mi, ale nie znalazłam tu spodziewanego klimatu, raczej atmosferę sąsiedzkiej zabawy i tylko grilla mi brakło. Pewnie nie zrozumiałam i bardzo nad tym boleję.

 

Twa­rze wszyst­kich bez wy­jąt­ki za­sła­nia­ły maski o wy­dłu­żo­nym kształ­cie… – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, zapomniałem o grillu! Rybka powinna być grillowana. :)

Uznałem, że dziady były pierwotnie świętem wesołym. Nie te mickiewiczowskie, już mocno skażone tradycją chrześcijańską. Po pierwsze, przez analogię z podobnymi tego rodzaju świętami w innych obszarach kulturowych (państwa anglosaskie, Meksyk). Po drugie, wynika to z prostej przyczyny: w trakcie uczty zmarli byli obecni prawie że fizycznie. To było święto jedności ze zmarłymi – uczta, zabawa. Potwierdzeniem takiego podejścia może być nastawienie do duchów opiekuńczych i demonów opisane m.in. u Kolberga i Pałki. Dlatego, gdy ci zmarli do nas przychodzą, to chcemy spędzić wspólnie ten czas raczej przyjemnie i bez szczególnego żalu, skoro to są święta cykliczne (stąd poprawiny).

Pierwotnie zamierzałem brnąć w klimat Opowieści Wigilijnej, ale uznałem, że to byłoby opowiadanie o Zaduszkach, nie Dziadach. Dlatego właśnie tytuł nieszczególnie wyszukany. To miało być opowiadanie o Dziadach. Kulturoznawca i religioznawca zatwierdzili. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Pierwszy z brzegu przykład niepoprawnego prowadzenia narracji:

W końcu trafiłem w otwór, przekręciłem klucz jeden raz i pociągnąłem za klamkę, upewniając się, że drzwi są zamknięte – opisujesz oczywiste czynności, w dodatku nic nie wnoszą do fabuły. A, tak wstęp kojarzy się z molestowaniem drzwi wejściowych.

 

Czynności tak oczywiste, omijamy szerokim łukiem, bo każdy wie, o co chodzi. 

 

Znowu, Podszedłem do podświetlonego czerwoną diodą włącznika i prawie krzyknąłem, gdy w rozbłysku diodowej żarówki dostrzegłem kobietę stojącą niecały metr ode mnie.

Abstrahując powtórzenia opisujesz: Podszedłem do podświetlonego czerwoną diodą włącznika (…)gdy w rozbłysku diodowej żarówki – mamy oczywisty proces fizyczny, widziany codziennie przez każdego , może w wyjątkiem diod LED, ale w dalszej części opowiadania nie wpływają na losy bohaterów, choćby przez dopasowaną temperaturę barwową? I tak w kółko. 

 

Maniera, której należy się wystrzegać, inaczej czytelnik czuje się sponiewierany, mając nieodparte wrażenie o unikaniu powszechnej edukacji, czyli że jest niedokształcony. 

 

 

 

Hej,

bohater wyszedł, zobaczył kobitę, które uśmierciła mu psa, po czym wrócił z nią do mieszkania i przygotował papu dla sąsiada, który nie żyje, a potem z nim konwersował. Wszystko odbywało się klasycznym otoczeniu kilkupiętrowego budynku mieszkalnego.

Reszta to źle prowadzona narracja.

 

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Dzikowy – yes

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Przeczytane.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Przeczytałem, dziwna sprawa, z przyjemnością. Wstęp jak wstęp, ale od momentu pojawienia się Pani w Czerni, jej rozmowy z bohaterem, zaczęło mi się to kojarzyć z oglądanymi dawniej na cmentarzu scenami wizyt Romów na grobach bliskich – i, cholera, zgadłem…

Świetna scena z doktorem filozofii.

Hej, dr filozofii wchodzi w cykl przygotowywany przez GOREktyw. Będzie robił za postać drugoplanową, ale istotną. Ba, zasadniczą. Ba, ba, kluczową.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Podoba mi się.

Generalnie cenię klimaty grobowe, widmowe, ulotnego rozpadu, gotyku. Nie będę nadmiernie pieścił, ale jest dobrze. Nie będę też kiwał siwym łbem, ale podobne rzeczy się pisało i miło je, po latach, odnaleźć.

W sumie to moja pierwsza opinia tutaj, ale będę zaglądał. Ja jestem człowiek prosty – albo mi się podoba, albo mi się nie podoba. To mi przypasowało.

Jedyne do czego bym się przyczepił, że chciałbym więcej grozy. Ale to tak nie działa. Od samego początku było wiadomo, że otrze się o upiorną groteskę. Bardziej lubię, kiedy groteska przeradza się w duszący horror. Coś jak z wyśnioną zmorą na szyi – uśmiecha się szczerbatymi zębami, przymila, chichocze – ale potem naprawdę dusi i z przerażenia jądra wsuwają się jak koła do Boeninga. Dobrze, że pies odszedł w każdym razie. To świetny kontrapunkt.

Proszę dalej pisać. 

Nowa Fantastyka