- Opowiadanie: Hanzo - Za progiem

Za progiem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Za progiem

Codziennie przechodzimy ponad różnymi progami. Robimy to dzień w dzień i to niejednokrotnie. Progi towarzyszą nam od urodzenia, lecz nie zwracamy na nie prawie w ogóle uwagi.

A powinniśmy i o tym, w głównej mierze, jest ta opowieść.

Można powiedzieć, że każdego razu, pokonując kolejny próg, wchodzimy do nowego wszechświata. Coś zmienia się w strukturze rzeczywistości; nigdy nie możemy być pewni w czyim uniwersum postawiliśmy właśnie stopę. Czeka tu na nas miłość lub bogactwo, czy weszliśmy właśnie nieświadomie na teren seryjnego mordercy? Przenosimy cielesną powłokę oraz duszę do świata należącego do drugiej osoby i nawet się nad tym nie zastanawiamy. Oczywiście nie wszystkie progi są tak niebezpieczne, jakimi maluje je przed nami ta historia, ale zdarzają się i takie.

Wierząc starym podaniom, wampiry musiały dostać pozwolenie na przejście przez próg potencjalnej ofiary. One respektowały pradawne granice między istnieniami, jednak nie ma się czym martwić. Każdy człowiek o zdrowych zmysłach wie, że wampiry są jedynie wymysłem.

One nie istnieją.

W przeciwieństwie do innych istot, stworzeń (o ile nie lepszym określeniem byłoby po prostu – kształtów), jakie istniały na długo przedtem nim zrodził się pierwszy człowiek, ba!, wcześniej jeszcze nim zrodziła się ziemia! Podobno pochodzą z pierwszej rzeczywistości, którą ludzie różnie nazywają (jedni Primeo, drudzy Chaosem, a inni Pustką) i żyją w niej po dziś dzień, starsze od najpierwszej kropli płynnego światła na słońcu.

Czasami je czujemy. Wyciągają ku nam z wiecznego mroku setki zimnych dłoni, którymi chcą obłapiać całe nasze ciało. Pragną opleść nasze dusze swymi oślizgłymi mackami.

Pachną siarką i obłędem…

 

*

 

– …obłędem – mruknął pod nosem Adrian, na co Wiśnia posłał mu podejrzliwe spojrzenie.

Szepczący wzruszył ramionami i machnął dłonią, by kumpel nie przeszkadzał sobie i dalej próbował dodzwonić się do Mrówiego. Tak naprawdę dokończył na głos ponurą myśl, która praktycznie cały wieczór obijała mu się po umyśle („ta wycieczka jest obłędem”), ale nie chciał się nią podzielić.

Nie chciał wyjść na cykora.

– Lipa – stwierdził Wiśnia, chowając komórkę do kieszeni. – Nie odbiera.

– Co za cwel – skwitował Adrian i zaciągnął się głęboko dymem. – Gruby przynajmniej otwarcie stchórzył, a ten będzie pewnie jutro pierdolił, że zaspał.

– No… Daj pojarać.

Papieros przeszedł z dłoni do dłoni.

– Obczaj, że to Mrówi wymyślił całą tą hecę, a teraz leci w kulki! – Adrian aż wstał z kamienia, na którym do tej pory siedział. Czekali już dobre pół godziny, tymczasem brakujący element ich nocnej eskapady nie raczył nawet odebrać telefonu. Nie podobało mu się to, i to bardzo.

– Mhm… – przytaknął kumpel, jego twarz rozjaśnił na chwilę żar z czubka papierosa.

O ile wiadomo było skąd pochodzą ksywki Grubego i Wiśni, o tyle żaden z czwórki przyjaciół nie pamiętał, czemu zawdzięcza swój pseudonim Mrówi. Przezwisko musiało pochodzić z czasów, kiedy chłopcy wznosili razem budowle z piasku albo jeszcze wcześniej.

Znali się od kołyski, tej wiosennej nocy wszyscy byli w wieku, w którym powinni chodzić do ostatniej klasy gimnazjum. Wiśni i Grubemu nie udało się wspiąć po szczeblach edukacji aż tak wysoko – ten pierwszy za dużo wagarował i palił najwięcej zioła z nich wszystkich, a drugi był po prostu głupi, genetycznie, jak to mówią. Człowiek miał czasami wrażenie, że życiowa misja Grubego to wyciągnięcie z plecaka piątego pączka i wgryzienie się w nadzienie.

Mrówi przewodził ich paczce, żaden z pozostałej trójki nie przyznałby tego na głos, ale był to fakt niezaprzeczalny. Mrówi był gościem z jajami, to on o wszystkim decydował i miał zawsze najlepsze pomysły. Dzisiejsza wyprawa również wyszła z jego inicjatywy, może dlatego Adriana oburzyło tak mocno, że frajer scykorzył (bo wszystko na to wskazywało). Gruby przynajmniej zagrał z nimi czysto, jeszcze w południe dał im jasno do zrozumienia, że ma pietra jak jasna cholera i rezygnuje z całej akcji. Mrówi oczywiście go wyśmiał, co tu gadać – zmieszał z błotem!

A sam okazał się wcale nie lepszy…

– Co robimy? – spytał Wiśnia. Ciągle siedział na swoim kamieniu, niemal identycznym jak ten, z którego chwilę wcześniej zeskoczył jego przepełniony gniewem kompan.

– Chyba nie ma sensu katować mu bani po raz pięćdziesiąty – bąknął Adrian. Przestępował z nogi na nogę i spoglądał niespokojnie na ciemny sześcian domu po drugiej stronie ulicy. – Powiedzmy sobie jasno, Wiśnia…

– Co?

– Mrówi to ciota. Ciota, cykor i pedał! – W głosie nastolatka mieszało się oburzenie z nutką tryumfu. A więc ich prowodyr nie jest tak mocny, za jakiego chciałby się uważać… – Czujesz jutrzejszą bajkę o tym, że usnął albo ojciec nie chciał go wypuścić z chaty? Czujesz to, stary?

– Taa… – Słowo zamieniło się w szybki i urywany rechot, a potem w nagły napad kaszlu. Wiśnia palił naprawdę dużo, ale nikt przecież nie jest idealny, prawda? Adrian na przykład przeklinał jak szewc.

Rozległo się ciche pstryknięcie. Niedopałek zrobił kilka salt, lecąc łagodnym łukiem przez nocne powietrze, które swą rześkością i ciepłem zdradzało bliską obecność lata, po czym rozprysnął się na asfalcie w miniaturowym rozbłysku iskier.

– Mam trochę trawki – mruknął Wiśnia.

Adrian spojrzał zdegustowany na twarz kumpla. W półmroku rozświetlanym nikłym, księżycowym światłem widział same oczy. Ich wyraz mówił mu to samo, co usłyszał sekundę wcześniej w tonie głosu przyjaciela.

Daj spokój, nic tu po nas, ten pomysł był porąbany od początku, rozejrzyj się zresztą, miała być nas czwórka, a jest dwoje, zwijajmy na chaty, najarajmy się i idźmy spać – błagały zawieszone w ciemności białka. A może dopowiedział to sobie sam zlękniony umysł Adriana?

– Nie – odrzekł, był uparty. – Mrówi to pedalska ciota, ale gadał całkiem sensownie o tym domu. Stary, tam powinna być kupa fantów: telewizor, komputer, biżuteria – kurwa, wszystko nienaruszone!

– Mhm… – Zdawało się, że tym pomrukiem Wiśnia mógł odpowiedzieć właściwie na wszystko. Adrian zauważył, że odkąd kumpel zwiększył palenie zioła do codzienności, stał się zadziwiająco spokojny i bardziej podatny na sugestie, czasami można było nim sterować jak marionetką. Chłopiec wróżył mu przyszłość ćpuna, lecz jedno musiał przyznać: często zdarzało się, by zabrakło Grubego lub Mrówiego, ale Wiśnia był z nim zawsze, na dobre i na złe.

– Wiśnia, chyba nie wierzysz w duchy albo jakieś inne zacwelone gówno? Pomyśl o tym, co tam znajdziemy! Rozkmiń, ile kupisz sobie za to fajek i jarania, stary! No i jakie miny zrobią jutro te dwie scykorzone cioty, kiedy opowiemy im wszystko? A obczaj, że wcale nie będziemy się musieli z nimi dzielić tym hajsem – dodał na koniec tonem spiskowca.

Wiśnia nie odpowiedział od razu, wpatrzył się w bryłę czerni naprzeciwko. Sierp księżyca wisiał dokładnie za rezydencją, a po ciemnoszarym niebie sunęły powoli widmowe chmury.

– No nie wiem, koleś – rzekł w końcu, drapiąc się w policzek. – Pamiętaj, że miesiąc temu Lipski urządził tam strzelnicę, a na koniec odstrzelił sobie baniak! Nie, nie wierzę w duchy, ale gościu, to miejsce, ten dom… On jest po prostu zły, obczajasz! Matka mówiła mi o tym: kiedy odkryjesz, że w studni jest zatruta woda, to już nigdy się z niej nie napijesz, nawet gdy ją odkażą, i tak samo jest z tą chatą! Może i zmyli ze ścian cały syf, ale to nie zmienia faktu zła, jakie się tam wydarzyło…

Uderzył otwartymi dłońmi w kolana na znak, że skończył przemówienie. Takie tyrady nie były w jego stylu, nic a nic.

– Wiśnia…

– No?

– Po pierwsze to chyba już ci się pieprzy pod kopułą od tego jarania. – Adrian ledwie powstrzymywał śmiech, krztusił się.

– A po drugie?

– Po drugie, morał twojej matki jest tak chujowy, że nie wiem, co jest w nim do czego. Jak piernik do wiatraka albo coś, kurwa… Co ma zatruta studnia do tej chaty?!

Wiśnia zmarszczył brwi. On sam widział sporo sensu w tej pogadance. Szykował się do odpowiedzi, ale kumpel uprzedził jego ripostę:

– Chodź i nie pierdol. Za parę godzin będzie świtało, a chuj wie, ile nam się tam zejdzie! – A na koniec dodał, jakby stwierdził, że ta wypowiedź miała niepokojąco mało bluzgów: – Kurwa mać.

I w taki sposób ruszyli, by przekroczyć próg, następny z setek progów, jakie pokonywali dotychczas w życiu.

Próg domu, w którym niecały miesiąc wcześniej Edward Lipski, znany na całą miejscowość pijaczyna i jak się okazało – czubek, najpierw zastrzelił żonę, teściową i dwoje dzieci, a potem wpakował sobie w łeb kulę z dubeltówki.

Mieli żywą nadzieję znaleźć cenne rzeczy, ale gnało ich tam również coś innego – zwykła ludzka ciekawość i młodzieńcza chęć przygody, lecz chyba przede wszystkim duma, nastoletnia buta, która nie pozwoli ci wyjść przed kolegami na bojucha i poprowadzi cię, byś udowodnił wszystkim, jaki z ciebie chojrak.

 

*

 

Dom wznosił się przed nimi czarną ścianą, przypominając tanią atrapę rodem z westernu. Jako że światło księżyca padało na niego z tyłu, widzieli tylko ciemny, a przez to tym bardziej złowieszczy kontur. Jakby budynek był po prostu plamą nicości, wyciętą ogromnymi nożycami w trójwymiarowej rzeczywistości.

Adrianowi przypomniała się okładka horroru, który czytała kilka dni wcześniej jego siostra. Ilustracja była tandetna, ale w pewien sposób przerażająca w swojej prostocie – zwykły, czarny budynek w kształcie kwadratu o trapezoidalnym dachu z wysokim i podziurawionym kominem. Chłopiec nie potrafił sobie przypomnieć tytułu książki. Świtało mu tylko, że opowiadała o szpitalu dla psychicznie chorych.

Zbliżający się ku nim w absolutnej ciszy dom wyglądał identycznie jak tamten z okładki. I tutaj znalazł się jeden wariat – przemknęło Adrianowi przez umysł – tyle, że to nie fikcja. Nikt nie wpieprzy się wprost w łapy potwora, pomimo że dawno temu mógł wziąć nogi za pas, a z szafy nie wyskoczy wypiękniony damskimi kosmetykami wampir. To jebane życie, pijak wymordował w biały dzień całą rodzinę, ale nie zjawił się żaden superglina – dokończył ideę.

Jego matka również poczęstowała go morałem, tak jak stara Wiśni – a jakże, żyli w małym miasteczku, więc tragedia Lipskich dostarczyła tematu do plotek (i weny do umoralniania zepsutego pokolenia) na dobre kilka miesięcy. Z tym, że w pogadance własnej rodzicielki dostrzegł więcej sensu, niż u starej kumpla, która albo gadała totalnie od rzeczy, albo to przejarany synuś poprzestawiał fakty.

Może zamieszkali w złym miejscu – mówiła matka. – Wiesz Adrian, ludzie wierzą w żyły wodne i miejsca pozytywnej energii, a ja wierzę w skupiska zła. Może tragedii nie spowodowała wóda ani choroba psychiczna, ale po prostu z ich domem było coś nie tak! Któregoś dnia stary stanął, jakaś zła siła podszepnęła mu coś do ucha i fajrant, co ty na to?

Nie odpowiedział wtedy, nie chciał się spierać – szczególnie z kimś, kto przewertował chyba wszystkie dostępne poradniki o feng-szui. Słowa te powróciły do niego, kiedy szli po miękkim trawniku w kierunku posępnej posesji.

Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Na szczęście z ponurych myśli wyrwał go, będący jak zawsze na miejscu, Wiśnia:

– Może najpierw zajaramy, co?

Propozycja była kusząca, ale Adrian okazał się uparty, jak to szesnastolatek.

– Nie! Ogarnij się – warknął, dziękując w duchu kumplowi, że przerwał przytłaczającą ciszę, od której nachodziły go złe przeczucia i jeszcze gorsze myśli. – Na trzeźwo damy radę, ale po ziole dopadnie nas paranoja, szczególnie tam, stary! – Wskazał podbródkiem na dom.

– Mhm.

Prawie doszli na miejsce, obaj byli w duchu zawstydzeni, że drżą im nogi, a każdy kolejny krok wymaga niezłego samozaparcia.

Adrian postanowił zająć umysł czymś przyjemniejszym. Próbował przypomnieć sobie słowa Mrówiego, który rankiem kreślił przed nimi wspaniałe plany na wzbogacenie się.

Mówię wam, człenie, ta chata to żyła złota – zapewniał. Cała rodzina nie żyje, więc kto miał się zająć rzeczami? Jak nic tkwią tam nadal, nie ruszane od ich śmierci! Znając sądy, minie z rok zanim postanowią coś z tym zrobić, a do tego czasu można się nieźle obłowić! Kto obczai, że brakuje biżuterii Lipskiej albo zaskórniaków jej starej? Ha ha, kurwa, same zyski, człenie!

Ha ha, kurwa spękałeś, człeniu! – sparodiował go złośliwie w myślach Adrian.

Weszli po trzech niskich schodkach i stanęli przed drzwiami, które były oczywiście zamknięte. Na szczęście nie zabito ich dechami na głucho ani nie oklejono policyjną taśmą. Chłopców otoczyły gęste jak smoła ciemności. Nikt nie zdołałby wypatrzeć dwóch niskich sylwetek, chociaż i tak wątpliwe było, by ktokolwiek spacerował po ulicy o drugiej w nocy. Świat pogrążył się w absolutnej ciszy, jakby na coś oczekiwał.

– Poświecić ci? – szepnął Wiśnia. On również odczuwał atmosferę tego miejsca (ha, a nie dostali się jeszcze do środka!), głos wyraźnie drżał mu z podekscytowania.

– Nie, szukam w kieszeni scyzoryka – odszepnął nieco pewniejszym głosem Adrian. – Dobra, mam.

Wsunął ostrze w dziurkę od klucza i rozpoczął mozolne mocowanie się z mechanizmem. Wiedział, że może zaskoczyć niemal od razu, ale wiedział też, że operacja może potrwać nawet godzinę – wiele zależało od szczęścia.

Ludzie uważają na ogół, że gdy w filmie bohater otwiera drzwi scyzorykiem lub spinką do włosów, jest to przejaw wybitnej fantazji reżysera i absurd. Adrian też tak myślał, ale jego światopogląd odmienił Gad – starszy chłopak, który kupował dla nich czasami piwa. Pokazał im kilka wprawnych sztuczek (które sam znał z kolei od starszego brata, regularnego bywalca więzień), kiedy spędzali nudne popołudnie nad sześciopakiem. Scyzoryk nie miał szans z nowoczesnymi zamkami, lecz skutecznie radził sobie z mechanizmami starszej produkcji – takimi jak ten w drzwiach domu Lipskich.

– Poświecić ci? – ponowił pytanie Wiśnia. Bezczynność musiała pogłębiać w nim niepokój.

Adrian pokręcił głową, ale uświadomił sobie, że jego kumpel nie ma szans dostrzec tego w mroku, więc odparł:

– Nie, to się i tak robi głównie na czuja.

– Mhm.

Przez kolejne kilka minut dało się słyszeć jedynie ciche chrobotanie metalu o metal. Gimnazjalny włamywacz pracował ochoczo z językiem wysuniętym na brodę – a co tam, i tak nic nie widać!

– Ta-dam! – rzucił wesoło, kiedy usłyszał wreszcie charakterystyczne kliknięcie.

Dom stanął przed nimi otworem.

– Może jednak zajaramy, co? – stęknął w ostatniej, błagalnej prośbie Wiśnia, chociaż wiedział, że posunęli się już za daleko, by zawrócić.

Były to ostatnie słowa w jego krótkim, szesnastoletnim życiu.

– Nie, wbijamy do środka! – odparł stanowczo Adrian…

…i przeszedł przez próg, za którym nie mogło na nich czekać nic dobrego.

Podświadomie wiedzieli o tym obaj.

 

*

 

Dom powitał chłopców nieprzeniknioną ciemnością. Mrok wydawał się wręcz lepić do oczu, jakby chciał włożyć swe wszechobecne, bezkształtne paluchy wewnątrz ich oczodołów.

Adrian poczuł się jak ślepiec, nie dojrzałby własnej dłoni, nawet gdyby przyłożył ją do twarzy. Dostał gęsiej skórki i zjeżyły mu się wszystkie włoski na karku. Wyobraźnia podsuwała mu makabryczne wizje skąpanych we krwi duchów z postrzępionymi ranami po kulach.

Ten pomysł nie był dobry – pomyślał i wtedy wydarzyło się kilka rzeczy naraz…

Rozległ się łomot, jakby ktoś rozsypał worek ziemniaków na podłogę. Pęd zimnego powietrza omiótł jego kark, a potem coś uderzyło go mocno w okolicę nerek. Stracił równowagę i runął na ziemię, w ostatniej chwili amortyzując upadek przedramionami. Być może uchronił w ten sposób swój nos od bolesnego złamania.

Zajście trwało ledwie sekundę.

Dotykał dłoniami śliskich desek. W głowie huczało mu rytmicznie (bach, bach), to serce pompowało z szaleńczą wręcz prędkością krew. Poczuł ukłucie w piersiach. Coś poruszało się w pobliżu jego kostek…

…widmo – podpowiadał przerażony umysł.

– Wiśnia – szepnął, na pół stwierdzając, a na pół pytając. W sumie to w tym stanie, będąc o krok od zawału, nie mógłby świadomie zapanować nad intonacją.

Tak, to Wiśnia, wywrócił się i popchnął mnie jak kostkę domina – uspokajał się w duchu.

Przeturlał się na plecy. Drżącymi palcami sięgnął do kieszeni spodni i wygrzebał zapalniczkę. Kilka pierwszych prób zaowocowało jedynie skrzesaniem iskier, które powodowały, że w czerni przed jego oczami zatańczyły oślepiająco białe plamki.

Udało mu się utrzymać płomień za którymś z kolei razem. Kciuk bolał od energicznego kręcenia kółkiem zapalniczki.

W nikłym świetle dojrzał zbierającego się z podłogi Wiśnię. Jego twarz była blada jak wapno, pewnie też przeraził się nie na żarty.

– Żyjesz? – spytał cicho Adrian, pragnąc, by w jego głosie nie dało się odczuć traumy, jaką przeżył sekundy temu.

Wiśnia nie odpowiedział, powstał tylko z klęczek i spojrzał na trzymaną przez siebie latarkę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

– Pokaż to. – Adrian odebrał mu przedmiot i przesunął włącznik. Mrok przecięła smuga jasnego światła. – Zamknij drzwi – syknął.

I tym razem nie doczekał się odpowiedzi. Kompan stał bez ruchu z grobowym obliczem. Pustka, która malowała się na jego twarzy mówiła jasno i wyraźnie: nie wierzę, że tu jesteśmy, nie powinno nas tu być, boję się stary, wracajmy.

Też nie krzyczałem – pomyślał Adrian. – Nie pisnąłem nawet, kiedy we mnie znienacka jebnął.

Powód był prosty – przeraził się tak bardzo, że w tamtej chwili nie zdołałby wykrztusić przez gardło niczego. Jego krtań ścisnęła stalowa obręcz strachu.

Wyminął Wiśnię i przymknął drzwi wejściowe, a potem rzekł, marząc, by jego głos zabrzmiał dziarsko i stanowczo:

– Chodź, im szybciej to ogarniemy, tym szybciej zajaramy.

Nie są przecież dzieciakami, które może przestraszyć ciemność albo byle szmer, prawda?

 

*

 

W przedpokoju nie znaleźli niczego interesującego. Dalej znajdował się korytarz, który wydawał się biegnąć przez całą długość parteru.

Podłogę przykrywał włochaty dywanik w cudacznym, pseudoarabskim wzorze, a ściany były obite boazerią. Przy żeliwnym grzejniku stało rzędem kilka par butów. Z wieszaków zwisały stare kurtki. Adrian ocenił, że raczej nikt nie chciałby ich kupić, wyglądały na naprawdę wysłużone. W rodzinie alkoholika odzież prawdopodobnie nie była priorytetowym zakupem.

Pachniało tu drewnem i gumą, a najmniejszy nawet przedmiot rzucał w promieniu latarki długi cień. Chłopcy czuli, że dom był dawno nie wietrzony (bo i kogo to teraz obchodziło), powietrze zdawało się niemal namacalnie gęste, ciężkie i ciepłe.

Z korytarza rozchodziło się czworo drzwi, dwoje po prawej i tyle samo po lewej stronie.

– Gdzie teraz, stary? – spytał Adrian. Był nieco spokojniejszy, wyrównał oddech, a serce nie waliło mu już tak mocno. Starał się odrzucić w niepamięć panikę, jaka ogarnęła go, gdy Wiśnia wywinął orła.

Odczuwał jednak pewien niepokój. Jakby dom wysyłał mu złe fluidy. A może ostrzegał go przed czymś?

Wiśnia poczłapał do pierwszych, lepszych drzwi, które były otwarte na oścież. Niech będzie i tak, po kolei – pomyślał Adrian i wszedł jako pierwszy.

Patrzyli na duszną i cuchnącą zgniłym jedzeniem kuchnię. Jedno z krzeseł leżało wywrócone, a na stole ciągle stał talerz i popielniczka. Wszystko przykrywała cieniutka warstwa kurzu. Na blacie widniały odbite ślady małych łapek, najpewniej mysich, biegnących wprost ku półotwartemu chlebakowi. Leżał w nim poczerniały, i zapewne twardy jak kamień, chleb.

Rodzina miała go zjeść na śniadanie, ale nie zdążyła – Adrian otworzył szerzej powieki. Tragedia, która odegrała się w tym budynku, a może i w tej kuchni, dopiero teraz do niego docierała.

Dopiero, gdy ujrzał na własne oczy to, co trudno objąć abstrakcyjnym myśleniem; szczególnie szesnastoletniemu dzieciakowi, nastolatkowi, który nie powinien myśleć o umieraniu. Wszyscy jego najbliżsi żyli, nie miał powodów, by zastanawiać się nad końcem życia.

Tymczasem ten dom był uosobieniem śmierci, namacalnym obrazkiem, któremu artysta mógłby nadać tytuł w stylu: „Zastrzeliłem całą rodzinę, a potem przerobiłem swój czerep na mielone, pozdrawiam Edward”.

Czy dzieciaki miały zrobić sobie z tego bochenka kanapki do szkoły? A to coś w talerzu, ciemnobrązowe i mętne – czy to ostatnia zupa żony Lipskiego? Łyżeczka tkwiła nadal wewnątrz, była nawet do połowy ubabrana w brei.

Wszystko wyglądało jak porzucone, bo tatuś wygrał na loterii: trzeba się szybko pakować i jechać w pośpiechu na lotnisko, bo samolot na Bahamy odlatuje za dwie godziny. Te przedmioty czekały na powrót rodziny! Feler w tym, że on nigdy nie nastąpi.

Adrianowi zakręciło się w głowie, a w ustach zaschło z wrażenia. W policzki i twarz uderzały go naprzemiennie fale gorąca i lodowatego zimna. Sapnął ciężko i podtrzymał się framugi, by nie upaść.

– Uspokój się, stary – szepnął prawie bezgłośnie.

Jego wyobraźnia jednak nie chciała się uspokoić. Przeciwnie, ukazywała mu nadzwyczaj realistyczne obrazy. Niemal widział szczupłe ciało trzydziestokilkuletniej blondynki (nie takiej znowu brzydkiej) spadające z krzesła. Nad jej piersią ziała szeroka, poszarpana i nadal dymiąca rana. Kiedy dyszała w agonii, z przebitego płuca wydostawało się z obrzydliwym świstem powietrze. Z ust wypadł ostatni klusek, którego nie zdążyła już zjeść na tym świecie, a oczy pytały: dlaczego mi to zrobiłeś, bydlaku?

Trzasnął się z placka w policzek. Dość tego!

Spojrzał w bok, miał nadzieję, że kumpel nie widział tej chwili słabości. Uznał, że nie – Wiśnia wyglądał, jakby przeżywał to o stokroć gorzej niż on. Przypominał człowieka pogrążonego w głębokiej katatonii, nie odzywał się i stał nieruchomo jak posąg. Jego oczy były puste niczym szklane kulki. Nie drżał mu nawet najmniejszy mięsień twarzy.

Jest w szoku albo łapią go jakieś paranoje – ocenił Adrian, a na głos powiedział:

– Dobra, dawajmy dalej, Wiśnia. Jeżeli jest tu coś cennego to pewnie w sypialni.

Ruszyli, nie będąc już tak pewnymi siebie jak na początku wyprawy, chociaż, o ile pamiętał Adrian – nigdy nie byli pewni jej sensu.

Chwile sprzed wejścia do środka wydawały się być odległe o wieki. W tym miejscu pustki i rozpaczy, domu naznaczonym piętnem śmierci, czas biegł inaczej.

 

*

 

– O, kurwa.

Był to jedyny komentarz, na jaki było stać Adriana po wejściu do sypialni Lipskich. Przez chwilę pomyślał, że oszaleje, zawyje wniebogłosy, rzuci latarkę i ucieknie bez celu, byle dalej stąd. Wiedział, że powinien tak się zachować, wypadałoby tak postąpić, jednak stało się inaczej.

W obliczu najobrzydliwszego widoku, jaki jego młode oczy kiedykolwiek widziały, zachował zimny spokój. Poczuł się jak koneser oglądający niebywale ciekawą rzeźbę. Ludzki umysł bywa dziwny.

– Kurwa, Wiśnia, to tutaj – szepnął. Jakiekolwiek próby panowania nad głosem byłyby w tym momencie po prostu śmieszne. – Tutaj odstrzelił sobie głowę, stary.

Stali jakieś trzy, cztery kroki od łóżka. Pościel była skotłowana, jakby ktoś przeżywał naprawdę ciężką, pełną koszmarów noc, a dokładnie naprzeciw nich, na ścianie, znajdowała się plama.

Pokaźny, rozbryzgany kleks zaschniętej, ciemnobrązowej cieczy tak ciemnej, że prawie czarnej. Łaziły po niej niezmordowanie całe rzesze much.

Brzegi są rozmazane, pewnie porządkowi starli kawałki mózgu z tapety, ale krew zdążyła wsiąknąć już na dobre…

Wyobraźnia podpowiedziała Adrianowi za wiele, obrócił się i obficie zwymiotował. Do jego nozdrzy doszedł paskudny odór pleśni, starości i czegoś nieznanego: kwaśnego i ostrego zarazem.

Otarł usta drżącą dłonią, cały spokój znikł. Być może był tylko zaskakującym efektem szoku.

– Chodźmy stąd – jęknął.

Wiśnia nigdy nie należał do rozgadanych, a ostatnimi czasy jego małomówność osiągała szczyty (nie licząc desperackiej tyrady, którą chciał przeciwstawić się wycieczce), ale teraz milczenie zaczynało już działać Adrianowi na nerwy.

– Chodź, jebany cykorze! – wrzasnął, a ostatnie sylaby przeszły w pisk. Zaświecił w oczy kumpla, lecz nie dostrzegł w nich nic prócz katatonicznej pustki. – Cykor… – szepnął i wyszedł na korytarz. Ku swojej uldze usłyszał za sobą kroki kolegi. Zaczynał się martwić, że Wiśnia przeraził się tak bardzo, iż naprawdę coś mu się stało z głową.

Pozostało im do sprawdzenia dwoje drzwi, pierwsze prowadziły na schody. Adrian postanowił zostawić pierwsze piętro na koniec, a na razie przebadać dokładnie parter.

Ostatni z pokoi był kolejną sypialnią. Miał zamurowane okna, wydawałoby się niedawno, bo nagie pustaki nie zostały niczym pokryte, przez co panował tu jeszcze większy mrok (co zdawało się być niemal niemożliwe, kiedy Adrian sięgał pamięcią kilka chwil wstecz). W kącie stał niski barek. Wyglądał na taki, w którym skrywa się kosztowności i pieniądze.

Adrian ruszył w jego kierunku.

Wtedy usłyszał za plecami szczęk zamykającego się zamka.

Obrócił się jak rażony prądem i poświecił latarką wprost na Wiśnię. Ten chował właśnie do kieszeni spodni klucz od pokoju…

…pokoju, w którym zostali właśnie przez niego zamknięci.

– Co jest? – bąknął Adrian. Był zupełnie zbity z tropu, gdzieś z tyłu głowy zabrzęczał mu dzwonek ostrzegawczy. Zmysły i świadomość chłopca wznosiły się na szczyty swoich możliwości.

Wiśnia nie odpowiedział, zaczął iść ku niemu powolnym, ale stanowczym krokiem. Adrian cofał się na oślep, nie mogąc oderwać wzroku od swojego kompana, który wydawał się rosnąć w oczach. Biła od niego niewypowiedziana wręcz siła, a ciągnący się za nim cień zamienił się w teatrzyk setek szponów, macek i kłów.

A jego oczy… te oczy nie były puste – mylił się! To, co uznał za pustkę, było przerażającą głębią, otchłanią wydającą się sięgać samego centrum wszechświata! Czuł się, jakby patrzył przez dziurkę od klucza o długości kilkuset kilometrów na czarny punkt, usytuowany w samym środku ziemi.

– Wiśnia… – szepnął, zderzając się plecami ze ścianą. – Bez jaj, Wiśnia… – zachlipał błagalnie.

– Nie ma Wiśni – odpowiedziała istota zbliżająca się ku niemu nieuchronnie. – Zginął tuż za progiem – wyjaśniła.

Adrian poczuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi. Wiśnia, to coś, mówiło w tak dziwny sposób…

– Nazywamy się Legion. – Z ust istoty rozlegało się naraz tysiące różnorakich głosów. – Nazywamy się tak, bo jest nas wielu…

Koniec

Komentarze

Hmm. Jak na horror, to chyba nawet nieźle napisane. Nie znam się na tym, ale chyba dobrze zbudowałeś nastrój. No i językowo też porządnie. Tylko ten podwójny tytuł niepotrzebny.

Babska logika rządzi!

Zgrabnie napisane, czytało się przyjemnie. Końcówka też przyjemnie zaskakująca i przemyślana. Jedyne co mi się nie podobało to troszkę za dużo ,,ustraszniasz” dom z Twojego opowiadania. Zdaje sobie że chciałeś w ten sposób zbudować nastrój, ale jak dla mnie za dużo tych wszystkich ciemnych pomieszczeń, a jedno ciemniejsze od drugiego:)

Takie moje skromne zdanie. Ogólnie jednak opowiadanko na plus.

Pozdrawiam.

Finkla, feron – dzięki serdeczne za lekturę i komentarze! Idea całego opka wykwitła w mojej głowie właśnie od końcowej sceny, to wokół niej obudowałem resztę historii. Chciałem, żeby tekst był mroczny od A do Z i zdaję sobie sprawę, że nie każdemu musi to odpowiadać, rozumiem takie stanowisko. Podwójny tytuł już poprawiam. ;)

 

Pozdrawiam!

Wszyscy wiemy, czym kończą się wyprawy do opuszczonych domów, a zwłaszcza tych, w których rozegrała się tragedia. I to opowiadanie nie zawodzi, mimo że Ameryki też nie odkrywa. Atmosfera panuje tu gęsta, wręcz zawiesista, a horroru w horrorze jest w sam raz, ot, żeby przestraszyć, ale nie przeholować.

Dobrze się czytało, bo i opowiadanie porządnie napisane. ;-)

 

Dzi­siej­sza wy­pra­wa rów­nież wy­szła z jego ini­cja­ty­wy… – Dzi­siej­sza wy­pra­wa rów­nież była jego ini­cja­ty­wą… Lub: To on wyszedł z inicjatywą dzisiejszej wyprawy…

 

…miała być nas czwór­ka, a jest dwoje – …miała być nas czwór­ka, a jest dwóch

Dwoje, to dziewczyna i chłopak. Biorę jednak pod uwagę, że bohaterowie nie mówią zbyt poprawnie.

 

Ad­rian za­uwa­żył, że odkąd kum­pel zwięk­szył pa­le­nie zioła do co­dzien­no­ści, stał się za­dzi­wia­ją­co spo­koj­ny… – Wolałabym: Ad­rian za­uwa­żył, że odkąd pa­le­nie zioła stało się dla kumpla co­dzien­no­ścią, zrobił się za­dzi­wia­ją­co spo­koj­ny

 

…na­stęp­ny z setek pro­gów, jakie po­ko­ny­wa­li do­tych­czas w życiu. – …na­stęp­ny z setek pro­gów, które po­ko­ny­wa­li do­tych­czas w życiu.

 

…star­szy chło­pak, który ku­po­wał dla nich cza­sa­mi piwa. – Wolałabym: …star­szy chło­pak, który czasem ku­po­wał dla nich piwo.

 

Mrok wy­da­wał się wręcz lepić do oczu, jakby chciał wło­żyć swe wszech­obec­ne, bez­kształt­ne pa­lu­chy we­wnątrz ich oczo­do­łów.…bez­kształt­ne pa­lu­chy do wnętrza ich oczo­do­łów.

 

Z ko­ry­ta­rza roz­cho­dzi­ło się czwo­ro drzwi, dwoje po pra­wej i tyle samo po lewej stro­nie. W ko­ry­ta­rzu było czwo­ro drzwi…

 

Sta­rał się od­rzu­cić w nie­pa­mięć pa­ni­kę, jaka ogar­nę­ła go, gdy Wi­śnia wy­wi­nął orła. – …która ogar­nę­ła go, gdy Wi­śnia wy­wi­nął orła.

 

Na bla­cie wid­nia­ły od­bi­te ślady ma­łych łapek, naj­pew­niej my­sich, bie­gną­cych wprost ku pół­otwar­te­mu chle­ba­ko­wi.bie­gną­ce wprost ku pół­otwar­te­mu chle­ba­ko­wi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie także się podobało. Lubię horrory. Opuszczone domy mają coś w sobie.

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

regulatorzy, Morgiana89 – dzięki serdeczne za lekturę i komentarze! :)

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sam się zdziwiłem na widok słowa “koniec” – przeczytałem jednym ciągiem i bez grymasów. No, sam początek, ten “wykład z progoznawstwa”, lekko mnie przynudził, bo to samo można było zawrzeć w połowie objętości…

Płynnie prowadzisz od prawie niczego nie zapowiadającej sceny czekania na Mrówiego do finału, a ostatnia scena do tego stopnia wolna jest od “wodotrysków grozy i szaleństwa” i zarazem sugestywna, że naprawdę można poczuć dreszczyk.

<>

Bliżej początku mignęło mi dość zabawnie brzmiące zdanie, coś w stylu, że właśnie dzisiaj i tylko dzisiaj chłopcy są równolatkami. Nie było by źle, gdybyś poprawił tę niezręczność.

Adamie – dzięki serdeczne za poświęcony czas i komentarz :) Pozdrawiam!

Nowa Fantastyka