- Opowiadanie: Marcin.Kasica - Buźka. Początek

Buźka. Początek

Witam. Przedstawiam początek historyjki nad którą obecnie pracuję. Proszę o komentarze, krytyki opinie. Zarówno konstruktywne jak i wredne i zgryźliwe. Pozdrawiam

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

ryszard

Oceny

Buźka. Początek

Historia, którą chciałbym wam opowiedzieć zaczyna się od pośladków baronowej Branieckiej. Ich widok tak zawładnął przestrzenią salonu, że naoczni świadkowie nie pamiętali później nic, oprócz wypiętych, nagich półdupków falujących w powietrzu. Nikt nie zauważył, że czarny kocur baronowej cichaczem czmycha przez kuchenny lufcik. Nikt nie zwrócił uwagi na zegar w korytarzu, który wybijał godzinę siódmą. Uwagę wszystkich skupiły dwie mlecznobiałe kule, każda wielkości dorodnej dyni. Ogromne, bliźniacze księżyce w pełni. A na obu niebieska linia tatuażu układająca się we wzory odwróconych pentagramów. Dwa pięcioramienne, gwiaździste kozły na mlecznym tle pośladków baronowej.

Książę Ponikwodzki, Wielki Podczaszy Loży Ósmego Dnia Tygodnia, aż cmoknął z wrażenia. Hrabia von Hildebrandt, skarbnik tejże loży poprawił binokle, które spadły mu z nosa w momencie, gdy baronowa Braniecka zadzierała do góry swoją krynolinę. Nawet profesorowi Grot-Roweckiemu, wiekowemu staruszkowi stanęły na głowie rzadkie, siwe włosy.

Całe przedstawienie trwało kilkanaście sekund. Krócej, niż czas przelotu muchy z kibla prosto do zupy. Tak, w prostych słowach oszacował to biskup Jagodziński godzinę później gdy emocje już opadły. Fakt, że na widok wdzięków pani Branieckiej prawie połknął własny język, ten wysoko postawiony hierarcha kościelny zachował wyłącznie dla siebie.

Stary lokaj baronowej, chudziutki i poczciwy Prościenko, cały wieczór trzymał się na uboczu. Członkowie Loży Ósmego Dnia Tygodnia traktowali go, jakby nosił czapkę niewidkę. Pojawiał się tylko wtedy, gdy któryś z gości zorientował się, że ma pusty kieliszek. Wyłaniał się z ciemności, wystudiowanym gestem napełniał naczynie, kłaniał się i momentalnie znikał rozpływając się w chmurze dymu sączącego się z cygar. Lecz i on dał się ponieść emocjom zobaczywszy dwa szatańskie znamiona na pośladkach hrabiny. Zaskoczony niecodziennym widowiskiem upuścił na ziemię tacę z butelką koniaku. Szkło rozprysło się na podłodze.

Pani Braniecka opuściła suknie i diabelskie ornamenty zniknęły w fałdach krynoliny. W salonie zapadła cisza. Nawet Prościeńko nie odważył się zrobić choćby kroku w kierunku rozbitej butelki.

Baronowa odwróciła się w stronę gości. Twarz miała równie bladą jak pośladki.

– Jestem gotowa– powiedziała trzęsącym się głosem. – Czekałam na ten moment trzynaście lat.

Mówiąc to, skrzyżowała ręce na piersiach, wzięła głęboki wdech i… zniknęła. Rozpłynęła się, jak kamfora pozostawiając w powietrzu nieprzyjemny zapach siarkowodoru. Biskup Jagodziński po raz drugi tej nocy prawie zadławił się własnym językiem. Prościeńko wbił paznokcie w swoje chude przedramię, jakby próbując sprawdzić, czy ta sytuacja nie jest snem. Szukał w myślach początku modlitwy do anioła stróża. Nie zdążył. Poczuł że podłoga w salonie rozstępuje się pod jego stopami i jakaś bliżej nieokreślona siła ciągnie go w dół. Próbował krzyknąć ale głos zamarł mu w gardle.

Stary poczciwy lokaj spadał w przepaść.

***

Buźka wpatrywał się w pluskwę, która wdrapywała się na brzeg garnka. Gdy była już na samym szczycie i z gracją linoskoczka próbowała iść dalej po wąskiej krawędzi wypełnionego wodą naczynia pchnął ją palcem, by wpadła z pluskiem do środka. Przez chwilę patrzył, jak owad próbuje utrzymać się na powierzchni zabawnie ruszając nóżkami. Pluskwy są słabymi pływakami. Ta utonęła równie szybko jak jej poprzedniczki. Jeszcze miesiąc temu wszystkie zapewne rozpanoszyłyby się w pościeli i gryzły chłopaka w czasie snu. Sposób z garnkami okazał się jednak skuteczny. To pani Michalikowa, gospodyni kamienicy w której wynajmował ten nędzny pokoik doradziła mu, by każdą nogę łóżka włożyć do naczynia z wodą. Dzięki temu plugastwo nie włazi pod kołdrę. Ona to stosuje od lat. To najlepsza metoda na robactwo. Michalikowa przychodziła raz w tygodniu, by posprzątać ubogą izbę. I za każdym razem dawała Buźce do zrozumienia, że zna tajemniczy sposób na obniżenie czynszu. Musiałby tylko wykazać trochę dobrej woli. I dostrzec w niej choćby cień kobiecości. Chłopak starał się unikać jej wzroku. Ta rumiana, niedomyta gosposia potrzebowała ciepła. Buźka mógł jej dać tylko współczucie. Wolał uniknąć konfliktów. Konsekwentnie udawał więc głupka. Umizgi Michalikowej puszczał mimo uszu, co kobieta kwitowała kwaśna miną i cichym mruknięciem dezaprobaty. Po jej wizycie długo unosiła się w powietrzu woń wilgotnej suteryny. Perfumy biedy. Tak kiedyś pomyślał, gdy nachyliła się nad nim pod byle pretekstem. Znał ten zapach dobrze. Przypominał mu o siostrze Klarysie z sierocińca na Białym Kamieniu. Tak cuchnęły bramy i podwórka w każdym mieście do którego zawitał. Taki aromat zostawiała na ustach skóra dziewczyn z tanich domów uciech. Ciekawe, czy podobnie pachniała jego matka? Ale tego Buźka nie mógł wiedzieć. Był sierotą. Jedni mówili, że dziad go podrzucił, albo Cyganie porwali i nie doczekawszy się okupu zostawili na progu kościoła. Inni, że matce wypadł spod spódnicy w środku lasu. Najbardziej złośliwi twierdzili, że pies go wygrzebał na śmietniku pod burdelem.

Buźka wolał wierzyć w swoją własną legendę. Gdy był jeszcze małym chłopcem wyobrażał sobie, że jest dzieckiem wyjątkowym. Królewiątkiem porzuconym przez złą macochę, albo ziemskim bękartem, któregoś z niebiańskich bóstw. Teraz, w wieku dwudziestu lat był pewien, że jest owocem piętnastominutowej wymiany ciepła między pijanym marynarzem i portową dziwką w jakiejś cuchnącej bramie. I nic sobie z tego nie robił. Buźka mocno wierzył, że skoro udało mu się przetrwać dzieciństwo, gdy jak porzucone szczenię błąkał się od bramy do bramy, to jego przyjście na świat musiało mieć jakiś sens.

Podszedł do lustra wiszącego na ścianie. Chwilę wpatrywał się w swoją twarz. Pogładził dłonią podbródek pokryty kilkudniowym zarostem. Przechylił głowę i obserwował swój prawy półprofil. Podniósł do góry brew i lekko zmrużył oczy. Nie znał kobiety, która oparłaby się magnetyzmowi tego spojrzenia. Buźka wiedział, że to jego największa broń. I nader często z niej korzystał. Włosy miał jasne, ale oprawę oczu ciemną, zdradzającą domieszkę południowej krwi. Nos duży, męski korespondujący z silnym podbródkiem. Usta wydatne i zdaniem wielu kobiet zachęcająco namiętne. Gdy tak stał zwrócony prawym półprofilem do lustra był najpiękniejszym mężczyzną jakiego znała natura. Prawdziwym majstersztykiem estetyki. Wystarczyło jednak, że odwrócił głowę ukazując lewą stronę twarzy i cały czar pryskał. Drugi policzek Buźki szpeciła ogromna blizna ciągnąca się od skroni aż po podbródek. Pamiątka po czymś czego chłopak nie mógł pamiętać. Miał ją od zawsze. Znamię deformowało twarz do tego stopnia, że gdyby ktoś znał Buźkę tylko z lewego profilu, zapamiętałby go jako człowieka szpetnego z parszywym spojrzeniem rzezimieszka. Z wiadomych powodów nasz bohater robił wszystko, by świat znał go tylko od prawej strony. Lewą ukrywał. Chował ją pod włosami, zakrywał kapturem. Często wykorzystywał grę świateł i cienia. Przez dwadzieścia lat swojego życia doszedł niemal do perfekcji. Paskudnego Buźkę znali tylko nieliczni. Ale zapamiętali to na zawsze. Dysonans między pięknem awersu a złowrogim paskudztwem rewersu był tak wyraźny, że w odpowiednich okolicznościach mógł przerazić nawet kogoś o silnych nerwach. Świat znał więc takich, którzy budzili się w środku nocy z koszmarnego snu i trzęśli się jak w febrze na samo wspomnienie drugiego oblicza Buźki. Ale znał też takich, którzy uwielbiali lewy profil chłopaka. Nie trzeba daleko szukać. Siostra Klarysa z sierocińca na Białym Kamieniu, nawet jako staruszka będzie wspominać ten moment gdy wbijała swoje paznokcie w tors młodziutkiego Buźki błagając by odwrócił się do niej policzkiem z blizną. Chłopak robił to z premedytacją. Młodą, ognistą siostrzyczkę przechodził wtedy dreszcz rozkoszy. Wyginała swoje ciało do tyłu wypinając do przodu twarde dziewczęce piersi. Dualizm Buźki gwarantował orgazm najwyższych lotów. A siostra Klarysa była temperamentną dziewczyną. Dzięki Buźce szybciej trafiała do nieba, niż podczas żmudnej, klasztornej służby.

Chłopak patrzył w lustro. Profil prawy, profil lewy. Piękny i bestia. Sacrum i profanum. Przeszły go ciarki po plecach. Zegar na ścianie wskazywał siódmą . O tej porze roku za oknem panował już jesienny mrok. Wiatr wył złowrogo przez szpary w dachu. Buźka wyjął z szuflady wieczne pióro i kałamarz. Nabrał inkaustu i napisał kilka słów na małym kawałku papieru. Posypał kartkę talkiem, by osuszyć atrament i zwinął ją w rulonik. Zwitek papieru umieścił w małej, srebrnej tulejce. Otworzył okno. Podmuch wiatru wdarł się do pokoju i zgasił płomień naftowej lampy. Młodzieniec zagwizdał. Po kilku sekundach na parapecie wylądował gołąb. Nakrapiany pocztowiec z seledynową obwódką wokół szyi. Buźka przymocował list do jego prawej nóżki i podrapał go po dzielnie wypiętej piersi. Ptak zagruchał i wzbił się do lotu. Chłopak obserwował przez chwilę jak szybuje nad dachami kamienic, na tle jasnej tarczy księżyca. Była pełnia.

 

***

 

Gołąb zbliżał się do mostu Schissenbauma. Obniżył lot i z gracją przeleciał pod kolejowym wiaduktem. Dużym łukiem ominął komin fabryki Rittena i frunął nad dzielnicą nazywaną przez mieszkańców Zaułkiem Nędzy. Jeszcze kilka kwadratów kamienic i uda mu się dotrzeć do celu.

 

Z wysokości kilkuset metrów biedna część miasta wyglądała zupełnie inaczej, niż z perspektywy bruku. Dachy domów mieniły się w księżycowym blasku i nie było czuć smrodu bram i zatęchłych kamienic. Gołąb pocztowy nie lubił wykonywać misji w tym rejonie. Kiedyś pracował przecież dla pewnego barona, miłośnika życia i znanego kobieciarza. Dostarczając miłosne liściki, fruwając między bogatymi kamienicami i ekskluzywnymi restauracjami, ptak czuł się pełnoprawnym członkiem wyższych sfer. Przywykł wtedy do zapachów wytwornych perfum, pomad i dobrych cygar. Wzdrygał się więc na samą myśl, że mógłby kiedyś skusić się na okruch chleba z cuchnącego trotuaru Zaułka Nędzy. Służbę u Buźki traktował jako zawodową degradację.

Wzbił się jeszcze wyżej i złapawszy w skrzydła mocny podmuch wiatru, szybował nad miastem w stronę dzielnicy Hopffengrad.

I wtedy padł strzał.

Jak błyskawica przeszył przestrzeń nocnego nieba i zanim do gołębia dotarł jego dźwięk, ptak pikował już bezwładnie, jak pozbawiony sterów aeroplan.

 

***

Gustaw Michalski schował za pazuchę wytartej i brudnej marynarki swój samopał, zrobiony z mosiężnej rurki. Oko znowu go nie zawiodło. Przez chwilę wyobraził sobie szczęśliwe mordki dziewięciorga dzieci czekających w suterenie kamienicy przy Placu Bacha na jakąś ciepłą strawę. Dziś piątek, dzień bez mięsa. Pieprzyć to. Miał gdzieś post. Nie jadł mięsa od tygodnia.

Kopniakiem potraktował małego bezpańskiego psa, który zdążył się już zainteresować leżącym na bruku, martwym gołębiem. Michalski pomyślał o żonie. O tym, że będzie wielce zadowolona, mogąc ugotować dziś na kolację rosół. Może wpuści go potem pod pierzynę. Od żarcia samej brukwi spadło jej libido. Michalski nie czytał Freuda, więc nie potrafił tego nazwać i zrozumieć. Wiedział tylko, że jeśli w ciągu najbliższych godzin nie złapie wielkiego, miękkiego cycka, nie klepnie mlecznobiałego pośladka i nie zrzuci z siebie portek, to szlag go trafi na miejscu.

Podniósł gołębia z ziemi i schował zdobycz do płóciennego worka przerzuconego przez ramię.

 

***

Gdy opadły już pierwsze emocje związane ze zniknięciem baronowej Branieckiej i jej lokaja członkowie Loży Ósmego Dnia Tygodnia rozsiedli się w salonie i sącząc koniak raczyli się aromatem cygar. Prawie nie rozmawiali. Nie co dzień jest się świadkiem rozpłynięcia człowieka w powietrzu. Zegar w korytarzu wybił dziewiątą. Mało kto zwrócił na to uwagę. Biskup Jagodziński zapadł się w skórzany fotel i myślami był daleko. W ciepłej alkowie, wśród atłasów, przytulony do twardej piersi młodej kochanki. Tak planował spędzić ten, jakże pięknie zaczęty wieczór. Widok pośladków baronowej wyostrzył mu apetyt. Ale był tylko przystawką do dania głównego. 

Biskup Jagodziński był jurnym mężczyzną i miał swoje potrzeby. Posiadał kilka bardziej lub mniej oficjalnych kochanek, ale jego temperament sięgał dalej. Biskup szukał wrażeń. Był eksperymentatorem. Prawdziwym koneserem. Uwielbiał na przykład niedomyte dziewki z burdeli Zaułka Nędzy. Szczególnie te młode, dopiero zaczynające swoją karierę. W niektórych przybytkach miał nawet cichy układ z burdelmamami. Dość pokaźna sumka gwarantowała mu coś w rodzaju prawa pierwszej nocy. Biskup Jagodziński korzystał z tego przywileju nader często.

 Lubował się też w czymś, co nazywał polowaniem na Calineczkę. Raz na miesiąc, kazał wieźć się zaufanemu stangretowi dorożką w okolice Placu Bacha i tam, pod osłoną nocy wciągał do środka powozu młode, kilkunastoletnie dziewczyny błąkające się po mieście. Ot, takie lubieżne hobby znudzonego, kościelnego hierarchy.

A może by tak dziś w nocy wybrać się na przejażdżkę? Na samą myśl o tym biskup oblizał się lubieżnie i podrapał dyskretnie po przyrodzeniu. Od razu nerwowo rozejrzał się po salonie, czy któryś z członków loży nie zauważył tego gestu. Mógł być spokojny. Wszyscy żyli jeszcze sprawą baronowej. Biskup podniósł się z fotela.

– Szanowni panowie wybaczą – zwrócił się z dystynkcją do zebranych –ale na mnie już czas. Obowiązki wzywają nieubłaganie. Job ad Deum. Bądźcie zdrowi przyjaciele.

Z każdym członkiem loży pożegnał się serdecznym, braterskim uściskiem dłoni. Lubili go. Biskup miał poczucie humoru i niekonwencjonalne poglądy. O jego lubieżnym hobby nikt tu nie miał pojęcia. Ot, krępy, sympatyczny księżulo przypominający braciszka Taga z historii o Robin Hoodzie. Jowialny i ciepły. Można by rzec: swój chłop.

W korytarzu, w chwili gdy hierarcha kościelny zakładał płaszcz i gotował się do wyjścia dogonił go jeszcze hrabia von Hildebrandt. Skarbnik loży trzymał w ręku średnich rozmiarów paczkę obwiązaną sznurkiem.

– Proszę to zabrać Wasza Eminencjo i strzec jak oka w głowie – powiedział wręczając biskupowi pakunek. – Baronowa Braniecka prosiła, by trafiło to do pańskich rąk. Stwierdziliśmy zgodnie, że pańska osoba daje największą gwarancję bezpieczeństwa.

Biskup uśmiechnął się, połechtany tym wyróżnieniem. Po chwili zaśmiał się po raz drugi. Tym razem w duchu. Dotarła do niego przewrotność pomysłu loży. Bezczelność, prostota i geniusz jej członków. Na samą myśl, że otworzy paczkę na głównym ołtarzu w katedrze i schowa jej zawartość do tabernakulum obok hostii przeszywał go rozkoszny dreszcz. I uśmiał się prawie do rozpuku, gdy gwiżdżąc na dorożkarza przypomniał sobie stare powiedzonko, że pod latarnią najciemniej.

Wsiadając do powozu, położył paczkę na siedzeniu obok siebie i przykrył ją kocem. Tu będzie na pewno bezpieczna. Uchylił okno karety i wciągnął w nozdrza zapach wilgotnego jesiennego miasta. Jagodziński potrzebował teraz wrażeń. Jakiegoś mocnego akcentu, silniejszego od widoku pośladków baronowej. Chciał już o tym zapomnieć. Rozsiadł się wygodnie w karecie. Otworzył barek i nalał sobie szklankę whisky. Wypił solidny łyk i machnął na dorożkarza by ruszał.

 

***

Pamiętacie kota baronowej Branieckiej? Tego, który czmychnął przez lufcik, gdy jego pani znikała w tajemniczych okolicznościach? Ten sympatyczny sierściuch prawie stracił życie pakując się pod koła pędzącej przez miasto karety.

Dorożkarz ciął batem zad karego konia. Koła powozu stukały o bruk i podskakiwały na wystających kamieniach. Woźnica pociągnął mocno za lejce i krzycząc „hetta” skręcił w prawo pozostawiając na poboczu lekko zdezorientowanego kota. Od końskich kopyt i niechybnej śmierci dzieliła go przed chwilą długość wąsa. Miał dużo szczęścia, że nie stracił właśnie któregoś z siedmiu kocich żyć. Z głębi dorożki słychać było głośne dziewczęce jęki i sapanie mężczyzny. Kot zjeżył sierść. Gdyby mógł, splunąłby ze złością. W tej sytuacji mógł tylko nastroszyć ogon.

Po chwili jęki w powozie ucichły. Słychać było tylko stłumiony płacz dziewczyny. Mocne stukanie w kozioł dało furmanowi znak, żeby się zatrzymał. Fiakier spiął mocno konia i po chwili dorożka stanęła w jednym z ciemnych zaułków dzielnicy nędzy. Drzwi powozu otworzyły się i z jego wnętrza czyjeś ręce wypchnęły na bruk młodą dziewczynę. Miała rozdartą na piersi koszulę. Była naga od pasa w dół. Na jej udach można było zauważyć ślady krwi.

 

Głos z głębi powozu wydał rozkaz:

 

– A teraz na Plac Bacha! Tam wypatruj kolejnej dziewki.

 

Woźnica zamachnął się batem. Dorożka ruszyła gwałtownie, znikając za zakrętem.

 

 

 

***

 

Lulu Michalska pogłaskała się po brzuchu. Rosół był bardzo smaczny. Dawno nie jadła równie smacznej kolacji. Mieszkali w małej, ciasnej izbie. Ojciec, matka, Lulu i jej ośmioro rodzeństwa. Dziewczynka była najstarsza. Miała szesnaście lat. Była już jednak na tyle dojrzała, że gdy zauważyła jak ojciec wkłada pod stołem ręce pod matczyną spódnicę wzięła resztę dzieciaków i kazała im iść spać. Sama postanowiła jeszcze wyjść na krótki spacer. Była pełnia. Lulu wiedziała, że w ciasnej suterenie, przy akompaniamencie jęków matki i tak nie zaśnie.

Założyła swój połatany płaszcz i podkradając ojcu z kieszeni garść machorki wyszła na dziedziniec kamienicy. Noc przywitała ją chłodem. Dziewczyna stanęła u wylotu bramy i nabiła tytoniem małą drewnianą fajeczkę. Dym uspokajał ją. Sprawiał, że na całym ciele czuła delikatne mrowienie.

Spojrzała na oświetlony księżycem Plac Bacha. Zegar na wieży wskazywał północ. W oddali zamajaczyła dorożka. Nie zdziwiło to dziewczynki. Co raz, jakiś powóz przejeżdżał nocą obok kamienicy. Czasami bywało, że trafił się woźnica, który pytał o drogę i można było zarobić szylinga.

Pojazd zbliżał się wolno. Po chwili zatrzymał się kilkanaście metrów od bramy, w której stała dziewczynka. Mężczyzna na koźle machnął ręką. Lulu już wiedziała, co kupi jutro za zdobytą za chwilę monetę. Pudełko galaretek obtoczonych w cukrze. I zje wszystkie w tajemnicy przed rodzeństwem.

Zbliżyła się pewnym krokiem zastanawiając się, o co zapyta fiakier. O drogę do centrum? A może o trakt wylotowy z miasta? Nie! Zapyta na pewno o jakiś burdel albo karczmę.

I wtedy drzwi dorożki otworzyły się gwałtownie. Wyskoczył z nich mały, krępy mężczyzna z czerwoną z podniecenia twarzą. Chwycił dziewczynę gwałtownie za ramiona i zaczął ciągnąć w stronę powozu. Lulu poczuła odpychającą woń alkoholu. Zdążyła jeszcze krzyknąć, ile tylko miała sił w płucach:

– Na pomoc!

Po chwili mężczyzna zatkał jej usta spoconą dłonią, a kolano wepchnął jej między nogi, by dziewczyna stawiała mniejszy opór. Pchnął jej bezwładne ciało w głąb powozu i stawiając stopę na specjalnym podeście kosza pojazdu, sam zaczął gramolić się do środka.

I wtedy padł strzał. Jak błyskawica przeszył przestrzeń placu.

Krępy mężczyzna upadł na wznak.

Leżał na bruku a strużka krwi spływała w szparach między kamieniami, mieszając się z brunatną mazią rynsztoka.

Kilkanaście metrów dalej, w okienku sutereny, w kłębach dymu z wystrzału, majaczyła twarz ojca dziewczynki. Jedno oko miał przymrużone. W dłoniach trzymał swój samopał, zrobiony z mosiężnej rurki.

 

 

Koniec

Komentarze

Czy słusznie podejrzewam, że Marcin.Kasica i MarcinKasica, to ten sam Marcin? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Yhmy… Wróciłem. Ten portal uzależnia na całe życie

Mnie to mówisz! ;-)

Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że wróciłeś na zawsze. Opowiadanie przeczytam jutro, to znaczy dzisiaj, ale trochę później. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zapowiada się ciekawie, zaczynasz kilka wątków, ale to tylko fragment.

Nad interpunkcją jeszcze powinieneś popracować.

linia tatuażu układająca się we wzory odwróconych pentagramów. Dwa siedmioramienne, gwiaździste kozły

Pentagramy, jak sama nazwa wskazuje, mają po pięć ramion.

Dzięki temu plugastwo włazi pod kołdrę.

Naprawdę o to chodzi? ;-)

Gołębie pocztowe. Nie znam się na tym, ale sądziłam, że trzyma się je w klatkach, a one po wypuszczeniu wracają do domu. Z listem lub bez.

Babska logika rządzi!

Witaj Marcinie, stęskniłem się za Tobą. To opowiadanie jest mi znane, ale chętnie jeszcze raz go przeczytałem. Trochę mi przeszkadzało nazywanie dorożki karetą, a karety dorożką. Nie wiem również, dlaczego w obiegu były szylingi. Niemniej styl autora bardzo mi się podoba, jest lekki, dowcipnie ironiczny, czasem sarkastyczny i świadczący o poczuciu humoru. Jestem ciekawy dalszego ciągu. Pozdrowienia dla Twojej wiolonczelistki. Jeszcze raz witam po przerwie na portalu w towarzystwie wspaniałych pośladków baronowej.

Ach, witaj nam drogi Marcinie

na stałe żeś tu bywać powinien.

Niech powita Cię też moja fraszka:

– Czy jeszcze pokazujesz… ptaszka?

E, tam, już raz pisałeś, że wracasz. I co? :)

Również mam wrażenie, że ta historia jakby znajoma. Też nie zrozumiałam zdań z pentagramem i pluskwami, które wypisała Finkla.

Ogólnie – wciągające, chciałabym się dowiedzieć, co dalej. Wątki ładnie się zazębiają.

 

Z technicznego punktu widzenia kwestia do przemyślenia: naładowałeś ten tekst krótkimi zdaniami, które sprawiają, że – przynajmniej mnie – nie czytało się płynnie. Tekst się rwał, zacinał. Tam, gdzie zdania były dłuższe, od razu wszystko było, przynajmniej dla mnie, tak jak powinno. Nie chodzi mi tu o fragmenty takie jak np. ten: Biskup szukał wrażeń. Był eksperymentatorem. Prawdziwym koneserem. – gdzie krótkie zdania mają uzasadnienie, ale o znakomitą większość tekstu.

I kim był Buźka, jeśli udawało mu się tak skutecznie ukrywać lewy profil? Ale to zapewne okaże się w dalszej części.

 

Pozdrawiam.

Szkolne błędy poprawiłem. 

Co dy stylu, właśnie nad tym pracuję, żeby upraszczać zdania, nie tworzyć obładowanych choinek. Ale muszę jeszcze nad tym popracować i znaleźć złoty środek.

Jest mi niezmiernie miło, że mnie pamiętacie.

Cieszę się jak dziecko, że znowu tu jestem.

Jesień sprzyja pisaniu.

Nie wiem, co to za konwencja z tymi krótkimi zdaniami. Próbowałam ostatnio przeczytać jakąś książkę, nie pamiętam, co to było, i nie przebrnęłam, bo potykałam się o te nawtykane gdzie się da kropki. To jest fajna rada dla zupełnych nowicjuszy, ale jak ktoś już pisać potrafi… Jasne, nadmiernie skomplikowane, nieczytelne zdania są jeszcze gorsze. Ale, no właśnie, złoty środek.

Pan Bóg nierychliwy, ale…

Mam nadzieję, że tym razem będzie mi dane doczytać opowieść do satysfakcjonującego końca.  

 

…ba­ro­no­wa Bra­niec­ka za­dzie­ra­ła do góry swoją kry­no­li­no­wa suk­nię. – …ba­ro­no­wa Bra­niec­ka za­dzie­ra­ła do góry swoją kry­no­li­nę.

Suknia nie była z krynoliny. Suknia była krynoliną.

 

Pani Bra­niec­ka opu­ści­ła suk­nie i dia­bel­skie or­na­men­ty znik­nę­ły w fał­dach kry­no­li­no­wej sukni. Pani Bra­niec­ka opu­ści­ła suk­nię i dia­bel­skie or­na­men­ty znik­nę­ły w fał­dach kry­no­li­ny.

 

…wzię­ła głę­bo­ki od­dech i… znik­nę­ła. – Oddech, to wdech i wydech. Można wziąć głęboki wdech, można głęboko odetchnąć, można głęboko oddychać, ale nie można wziąć głębokiego oddechu.

 

Pro­ścień­ko wbił pa­znok­cie do krwi w swoje chude przed­ra­mię… – Czy Prościenko miał specjalne paznokcie do krwi, a na inne okazje, np. żeby się podrapać, używał innych szponów? ;-)

 

Buźka wpa­try­wał się w plu­skwę, która wdra­py­wa­ła się po brze­gu garn­ka. – Brzeg garnka jest najwyższą krawędzią naczynia. Pluskwa nie może się po niej wdrapywać, jest bowiem na samej górze. ;-)

A może pluskwa wdrapywała się na brzeg garnka?

 

Przez chwi­le wy­obra­ził sobie szczę­śli­we mord­ki… – Literówka.

 

…jeśli w ciągu naj­bliż­szych go­dzin nie zła­pie za wiel­kie­go mięk­kie­go cycka… – …jeśli w ciągu naj­bliż­szych go­dzin nie zła­pie wiel­kie­go mięk­kie­go cycka

 

…zwró­cił się dys­tynk­cją do ze­bra­nych ale na mnie już czas. – …zwró­cił się z dys­tynk­cją do ze­bra­nych – ale na mnie już czas.

 

Można by rzec : swój chłop. – Zbędna spacja przed dwukropkiem.

 

Na samą myśl ,że roz­pa­ku­je pacz­kę… – Powtórzenie. Zbędna spacja przed przecinkiem. Brak spacji po przecinku.

Może: Na samą myśl, że roz­winie/ odwinie pacz­kę

 

Wypił so­lid­ne­go łyka i mach­nął…Wypił so­lid­ny łyk i mach­nął

 

Lulu Mi­chal­ska po­gła­ska­ła się po brzu­chu. Rosół był bar­dzo smacz­ny. Dawno nie jadła rów­nie po­żyw­nej ko­la­cji. – Domyślam się, że pożywny rosół z jednego gołębia, którym nakarmiło się jedenaście osób, jest elementem fantastycznym. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wskazówki. Po poprawkach tekst wygląda zdecydowanie lepiej. Wątek Lulu jest rzeczywiście zaczerpnięty z opowieści, która już kiedyś ukazała się na łamach portalu. Ale czasami takie patchworkowe kompozycje są koniecznie. Ten wątek idealnie mi pasował do historii Buźki. Podwójnie mi miło, że pamiętaliście.

 

Cieszę się, że mogłam pomóc i czekam na ciąg dalszy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgrzytnął mi ‘kibel’ – zbyt kolokwialny i współczesny jak na resztę tekstu. Zaciekawiłeś mnie, Autorze, i urwałeś znienacka :( nieładnie :P

Również mi ten kibel zgrzytnął, ale potem doczytałam, że to cytat. Więc, moim zdaniem, ok.

Twoje opowiadanie ma klimat. Ciężki, zatęchły i mroczny, przez co mnie przedzieranie się przychodzi z trudem, ale to inna kwestia. Chodzi mi o to, że łatwo wyobrazić sobie scenerię, w której to wszystko się dzieje. Brr.

 

Przyznam, że nie bardzo rozumiem, czemu hrabina musiała najpierw pokazać wytatuowany tyłek, by zniknąć, ale zapewne znajduje to wyjaśnienie w dalszej części tekstu.

 

I ogólnie rzecz biorąc cieszę się, że dziewczyna jednak nie padła ofiarą zboczeńca…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przemyśl konstrukcję samopału i jego celność. Mosiężna rurka miałaby, sądzę, za niską wytrzymałość, a broń gładkolufowa ani donośnością, ani celnością nie grzeszy. Biskupa trafić mógł, ale czy gołębia też, śmiem powątpiewać.

Jego Eminencja jeździł karetą, czy dorożką? Różnica spora…

Opowiadanie jako początek większej całości zachęcające, już mamy na scenie galerię postaci, już coś się dzieje, i to niejednego… Co i kiedy dalej?

Nowa Fantastyka