- Opowiadanie: Lycoris.Caldwelli - V

V

Witam wszystkich, którzy postanowili tu zajrzeć! Jest to pierwsze opowiadanie, które zamieszczam na tej stronie, dlatego wiem, że nie powinnam się po nim zbyt wiele spodziewać, a jednocześnie jestem tym faktem strasznie podniecona. Przyczynia się do tego zapewne również fakt, że nigdy wcześniej nie pisałam nic z gatunku science-fiction (co zapewne łatwo będzie wyczuć) i znacznie lepiej czuję się w szeroko rozumianej fantastyce. Mimo to mam nadzieję, że czas, który poświęcicie na przeczytanie mojego opowiadania, nie będzie czasem straconym, a nawet więcej – że będziecie go miło wspominać.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

dj Jajko, Cień Burzy

Oceny

V

– „Łamacz Brzasku” wyszedł ze strefy turbulencji. Po zakończeniu procedur kontrolnych i zatwierdzeniu przez kapitana, aktywowany zostanie autopilot oraz selektywny wzmacniacz pędu. Temperatura silników w normie, panele fotonowe aktywne, wydajność 67%, ładowanie akumulatorów w toku, generator sztucznej grawitacji w pełni sprawny, skład powietrza prawidłowy. Czy kapitan Demir N. Teigan zezwala na aktywację autopilota?

– Zezwalam.

– Identyfikacja głosu zakończona pomyślnie. Autopilot aktywny. Lądowanie na planecie RG-108 układu Encyo odbędzie się za 6 godzin i 48 minut. Komputer pokładowy N-Joy życzy załodze udanego lotu.

Demir odetchnął głęboko gdy tylko irytująco bezbarwny głos sztucznej inteligencji przestał rozbrzmiewać mu w uszach. Jego pilot, Kent Uter, obejrzał się na niego przez ramię i wymownie zmarszczył brwi. Nienawidził, gdy ktokolwiek wisiał nad nim, bez względu na okoliczności, i jedynie respekt wobec kapitana pomagał mu do tej pory gryźć się w język. Teigan bąknął coś pod nosem w ramach przeprosin i udał się w stronę wyjścia. Znał się z Kentem od ponad dwudziestu lat i obaj doskonale wiedzieli, kiedy drobne nieporozumienia i niedogodności należało zbyć milczeniem. Dlatego właśnie Demir nie zdziwił się, gdy przyjaciel nie zaproponował mu pomocy.

Kapitan „Łamacza Brzasku” wyznawał zasadę, że są takie problemy, które należy rozwiązać samemu i jego problem do takich właśnie należał. Chociaż… Czy to właściwie był problem? A może raczej rozwiązanie jego problemów? Przecież od lat powtarzał, że przez swoją pracę nie ma żadnych szans na utworzenie prawdziwego związku, więc teoretycznie powinien być szczęśliwy z prezentu, jaki sprawiła mu rodzina. W końcu trudno wyobrazić sobie dla niego lepszego partnera niż uczłowieczonego do granic przyzwoitości androida…

Szedł powoli skąpo oświetlonym korytarzem z bioalu szarpiąc nerwowo swoje kasztanowe włosy. Wiedział, że są już za długie, ale na samą myśl o tej „zabawce” pomagającej mu je przyciąć, najzwyczajniej w świecie przechodziły go dreszcze. Nie ma mowy. Żaden android nie będzie latał z nożyczkami przy jego głowie. Od dzisiaj zapuszcza włosy.

Cholera! Dlaczego w ogóle się tym przejmował?

Automatyczne drzwi kajuty rozsunęły się bezgłośnie, gdy tylko się do nich zbliżył. Blade światło podświetlanej podłogi korytarza zostało zastąpione przez niemal jaskrawy blask lamp w jego pokoju. Tam też czekał na niego wspomniany „problem”.

Niemal zrobiło mu się przykro. Był naprawdę śliczny, dokładnie taki jakiego kiedyś szukał. Może trochę zbyt niski, ale sięgające ramion płowe włosy i niebieskie oczy rekompensowały wszystko. Aż boleśnie doskonały. I siedział sobie grzecznie na jego pryczy, wpatrzony bezmyślnie w ścianę, z miską pełną wody na kolanach, nożyczkami w jednej ręce i grzebieniem w drugiej. Dlaczego ten cholerny robot musiał być tak uroczy? Dlaczego musiał być tak bardzo nieludzki i jednocześnie tak desperacko próbował przypominać człowieka?

Kapitanie – powitał go tym swoim sztywnym głosem. – Czy pozwolisz mi skrócić twoje włosy?

– Nie – odmówił mu pospiesznie, a widząc jego wyczekujące spojrzenie, dodał: – Chciałbym żeby były trochę dłuższe.

Doskonała decyzja, kapitanie – pochwalił go android, podniósł się z pryczy, i wyszedł do łazienki, aby wylać wodę.

Idiotyzm. Czy pochwaliłby każdą jego decyzję? Czy byłby w stanie choć przez chwilę pomyśleć samodzielnie zamiast posiłkować się na wgranej w jego sztuczny umysł bazie danych? Demir nie rozumiał dlaczego ludzie tak uparcie starali się upodobnić roboty do siebie samych; patrząc na tego chłopca widział, jak bardzo jest to bezcelowe. Chociaż jego skóra była miękka i przyjemna w dotyku, a włosy cudownie jedwabiste, to za zasłoną gęstych białych rzęs kryło się jedynie przerażająco puste spojrzenie sztucznej inteligencji. Nie był w stanie wyrażać radości, smutku, ekscytacji, troski a tym bardziej miłości… Ciekawe, czy był chociaż świadomy jak bardzo jest niedoskonały przy tym całym swoim technologicznym zaawansowaniu.

Teigan najpierw przysiadł na pryczy, a potem położył się na niej i zamknął oczy. Nienawidził misji takich jak ta. Wolał gdy cały czas coś się działo, gdy jego obecność była niezbędna przy podejmowaniu każdej decyzji i gdy każdy jego błąd mógł kosztować ludzkie życie. Wtedy dopiero czuł, że żyje. Wtedy czuł się ważny i potrzebny. To go motywowało, wzbudzało jego poczucie obowiązku i przypominało, dlaczego to właśnie on jest kapitanem „Łamacza Brzasku”. Teraz, gdy leżał samotny w swojej niemal pustej kajucie najdotkliwiej odczuwał, jak niewiele w rzeczywistości znaczył. Był zbędny. Statek doskonale radził sobie bez niego. Wprawdzie mógł nie przyjąć tego zlecenia i poczekać na coś lepszego, ale wtedy musiałby zostać w domu i pokazywać wszystkim, jak bardzo cieszy się z „prezentu”… Przy swojej załodze nie musiał. Dlatego właśnie zgodził się na dostarczenie grupy naukowców na RG-108.

Kapitanie, proszę o zezwolenie na zgranie danych dotyczących lotu – rozległo się gdzieś niedaleko jego ucha.

Cholera.

– Zezwalam.

Coś ciężkiego przygniotło mu biodra, a potem para nieludzko zimnych dłoni zaczęła majstrować przy jego obroży komputerycznej. Otworzył oczy i wbił w androida pełne irytacji spojrzenie zielonych oczu. Czy siedzenie na nim okrakiem naprawdę było niezbędne przy zgrywaniu danych? I dlaczego obmacywał całą jego twarz i szyję skoro doskonale powinien wiedzieć, jak uzyskać zezwolenie na połączenie? Cóż… W jego zachowaniu było coś doprawdy uroczego, a Demir nie potrafił odmówić mu siedzenia w tej pozycji, ale nie upadł jeszcze tak nisko, żeby podniecić się androidem.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś problemem? – zapytał w przypływie nagłej irytacji.

Czy życzy pan sobie, by obecne imię zostało zastąpione imieniem „Problem”?

Tego już nie wytrzymał i parsknął śmiechem, błagając w duchu o cierpliwość.

– Nie, nie, nic nie zmieniaj. Chociaż może… – zastanowił się chwilę. – Jakie jest to „obecne imię”?

Model V54C6S814-t450.

– Hmm… Może niech zostanie samo V. Co ty na to?

Doskonała decyzja, kapitanie –  pogratulował mu android, a po jego tęczówkach przebiegły błękitne impulsy elektryczne, gdy nowa informacja została zakodowana w jego bazie danych.

– A nie dałoby się czegoś zrobić z tym twoim głosem? Sam głos nie jest zły, ale ta intonacja jest co najmniej irytująca – westchnął Demir nim zdążył ugryźć się w język. No ładnie, teraz to dopiero się wkopał…

Personalizacja systemu lingwistycznego w toku. W celu prawidłowego przebiegu procesu proszę mówić głośno i wyraźnie. Nagranie kontrolne: proszę powtórzyć „stół z powyłamywanymi nogami”.

*

– Proszę na to spojrzeć, kapitanie – poprosił go Uter, postukując nagląco palcem w wyświetlacz sonaru elektronowego, który alarmująco rozbłyskiwał czerwienią. – To wygląda na całą flotę.

Demir zaklął pod nosem. No i pięknie. Chciał być potrzebny to i ma za swoje. Doskonale wiedział, że nie licząc Centrum Badawczego RG-108 jest niezamieszkana przez inteligentne formy życia. Nie dostał również żadnych informacji o jakichkolwiek ekspedycjach naukowych czy działaniach militarnych obejmujących ten sektor. Jakby na to nie spojrzeć nie było dobrze. Mogło na przykład dojść do epidemii na terenie Centrum lub też uwolnienia szkodliwych próbek i właśnie rozpoczynano kwarantannę. Mogła to również być zwykła katastrofa naturalna, ot takie sobie trzęsienie ziemi, które doszczętnie zniszczyło Centrum i właśnie teraz ekipa ratunkowa szukała ocalałych. Biorąc jednak pod uwagę, iż do lądowiska było jeszcze daleko, pozostawała jeszcze trzecia opcja.

– To piraci, kapitanie. Z Ziemi – oświadczył pilot grobowym tonem, potwierdzając tym samym obawy Demira. – Co teraz?

Teigan westchnął. Skoro Kent twierdził, że to piraci, to musiał mieć rację. W takich kwestiach był ostatnią osobą, która wyciągnęłaby jakiekolwiek pochopne lub, co gorsza, błędne wnioski. A zatem miał problem, i to dużo poważniejszy niż V. Obraz z sonaru mówił jasno, że aby dotrzeć do Centrum musieliby przebić się przez flotę. Na odwrót było już zbyt późno; nim Uter zdołałby zmienić kurs statku, znaleźliby się w zasięgu korsarzy, którzy może i nie posiadali statków lepszych niż „Łamacz Brzasku”, ale sama liczebność dawała im znaczącą przewagę. Była jednak jedna rzecz, którą mogli zrobić i której z pewnością nie spodziewałby się żaden pirat. Demir uśmiechnął się pod nosem i właśnie miał podzielić się z Uterem swoim genialnym planem, gdy drzwi na mostek rozsunęły się z cichym świstem.

Kapitanie – pozdrowił go android po czym wpuścił do środka jednego z naukowców.

– Co to ma znaczyć, kapitanie Teigan? – wyrzucił z siebie mężczyzna głosem pełnym oburzenia i pretensji. – Dlaczego statek zwalnia?

Demir zmrużył gniewnie oczy i przyjrzał mu się uważnie. Tak, nie miał wątpliwości. To przy jego nazwisku widniał dopisek „UWAGA! TEN CZŁOWIEK MA MOCNE PLECY!”. Za młody na poważnego naukowca, za stary na obiecującego asystenta, Elm-Sho, syn jednego z członków Rady Światów. Teigan wolał nie zastanawiać się, co skłoniło go do zgłoszenia się na tę wyprawę, ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z badaniem lokalnej flory i fauny, bo gdy tylko Elm zrozumiał, że myśli kapitana otarły się o ten temat, łuski na jego twarzy zamgliły się od wymownych rumieńców.

– Mam dla pana propozycję nie do odrzucenia, panie Sho – odezwał się w końcu Demir z obłudnie słodkim uśmiechem na twarzy. – I byłbym bardzo wdzięczny gdyby kipiąc entuzjazmem przekazał ją pan pozostałym naukowcom.

*

Instalacja sonaru elektronowego zakończona pomyślnie. Czy chce pan podłączyć również monitor, kapitanie? – zapytał V odłączając się od panelu sterowniczego mostku.

Pół godziny wcześniej Uter wylądował awaryjnie na otwartym terenie będącym poza zasięgiem radarów Ziemian. Jego załoga pomagała właśnie naukowcom wypakować niezbędny sprzęt a on sam, Kent i V próbowali wybrać najlepszą drogę do Centrum Badawczego.

– To nie będzie konieczne. Wystarczy, że zajmiesz się nawigacją – odparł Teigan i bezwiednie pogłaskał androida po jasnych włosach. Jego wzrok krążył po holograficznej mapie a myśli rewidowały uzbrojenie. – Jesteśmy w czarnej dupie – stwierdził w końcu.

Niestety, było to stwierdzenie boleśnie trafne. Z jakiegoś powodu korsarze krążyli wokół Centrum i jedynym sposobem na ich ominięcie było zrobienie tego na piechotę. Ich cel powinien być dobrze chroniony, tak przynajmniej sugerował raport, jaki Demir otrzymał przed wylotem. A jednak mimo iż w Centrum stacjonował oddział Armii Światów, nie był on na tyle liczny, by stawić czoło najeźdźcom. Należało wezwać posiłki. Mogli to zrobić z „Łamacza Brzasku”, lecz zaryzykowaliby wtedy przechwycenie sygnału przez wroga i odkrycie ich lokalizacji. Mogli też poczekać aż zrobi to Centrum, ale ta opcja zakładała bierność, której Teigan nie chciał i nie mógł zaakceptować.

Zatem pozostawała wędrówka.

Gdy tylko Uter wybrał dla nich trasę i załadował ją androidowi, we trójkę opuścili statek, by stawić czoła podenerwowanym naukowcom z Elm-Sho na czele. Sytuacja nie prezentowała się zbyt dobrze nawet jeśli chodziło o zwykłe przygotowania. Swojej załodze nie miał nic do zarzucenia, w końcu nie po raz pierwszy coś poszło nie tak. Za to naukowcy musieli właśnie przejść brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo nawet włożenie uniwersalnych płaszczy ochronnych stanowiło dla nich problem. Gdyby nie jego prawa ręka, Sa’hin, pewnie w ogóle nie daliby sobie z nimi rady. Usprawiedliwiało ich jedynie to, że Sa’hin, dzięki zaawansowanej paranoi, swoich pięciu prawie nigdy nie zdejmował. Kapitan obiecał sobie w duchu, że nigdy więcej nie będzie naśmiewał się z jego obsesji na punkcie bezpieczeństwa i „bycia gotowym na wszystko”. Sa’hin zbliżał się właśnie do Demira szczelnie zawinięty w materiał, który miał chronić przed temperaturą, wszelkim promieniowaniem, toksynami, drobnoustrojami i grom go wie czym jeszcze. Tylko dzięki żółtym fosforyzującym oczom z wąskimi pionowymi źrenicami oraz rozwidlonemu językowi, który co chwilę wysuwał się spod obszernego kaptura, Teigan miał pewność, że to jego człowiek.

– Kapitanie – szepnął sykliwie i skinął głową najpierw Demirowi a potem również Kentowi. – Mam rozpocząć zwiad?

– Tylko wróć nie później niż za godzinę – zgodził się Teigan. – Weź ze sobą androida, wgrałem mu mapy i sonar elektronowy. Ja w tym czasie postaram się zapanować nad naukowcami.

Sa’hin mrugnął powiekami na znak, że zrozumiał po czym skinął dłonią na V i oddalił się nieco chwiejnym krokiem. Jasnowłosy android rzucił ostatnie spojrzenie swojemu właścicielowi, po czym poszedł za mężczyzną. Z jakiegoś powodu Demir poczuł się zaniepokojony, że pozwala tej „zabawce” odejść dalej niż na kilka kroków, jednak bieg jego myśli bardzo szybko wrócił na właściwy tor.

Naukowców było w sumie ośmiu, ale panika i oburzenie pozwoliły im zrobić wokół siebie tyle zamieszania, iż Teigan zaczął się obawiać, że piraci wykryją ich i bez pomocy nowoczesnych sonarów (których według Utera na szczęście nie mieli).

– Kapitanie Teigan! – krzyknął Elm-Sho, uciszając tym samym swoich kolegów. – Co pan sobie w ogóle wyobraża?

„Ratuję najmniej dostojną część tych twoich zasranych DOBRYCH PLECÓW” zamierzał mu odwarknąć, zanim jednak ta myśl dotarła do jego ust, zdążył ugryźć się w język.

– Z tego, co mi wiadomo, zostaliście już poinformowani o naszej sytuacji oraz o tym, jak zamierzam nas z niej wydostać. Nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. Macie się trzymać moich ludzi i siedzieć cicho. Szczerze mówiąc, moje zlecenie nie obejmowało takich komplikacji, mógłbym więc równie dobrze zerwać umowę i zostawić was samych sobie. W końcu znacie tę cholerną planetę dużo lepiej ode mnie.

– Psst! Teigan… – szepnął mu na ucho Kent. Demir dopiero teraz zorientował się jak bardzo przeraził naukowców perspektywą pozostawienia ich na pastwę losu. – Nie dadzą sobie sami rady nawet przez jeden dzień. To tylko geolodzy…

*

Teigan nie zamierzał aż tak nastraszyć naukowców, a już tym bardziej nie zamierzał ich naprawdę zostawiać. A jednak jego przemowa przyniosła pewien pozytywny skutek – Elm-Sho przestał podburzać swoich kolegów. Po co w ogóle ktoś taki jak on wybrał się na maleńką RG-108? Czy szukał tu właśnie tego, po co przybyli piraci? Czy tylko po to zdobył tytuł oficjalnego geologa Rady Światów?

– Przestań – syknął w jego stronę Uter. – Patrzysz się tak, jakbyś chciał go zabić. To przecież nie jego wina, że jest ofiarą nepotyzmu.

– Jak na ofiarę to jest trochę zbyt szczęśliwy – odburknął mu kapitan po czym zarechotał niezbyt przyjemnie. – Ale coś mi mówi, że jest tu gdzieś niedaleko kilkuset takich, którzy chętnie by go „uwolnili” od jego problemu.

– Skoro już raczyłeś wspomnieć o problemach, to z tego co zauważyłem jakoś udało ci się pogodzić ze swoim własnym – odparł Kent ironicznie pogodnym tonem.

Nie odpowiedział mu. Zamiast tego zaczął szukać wzrokiem drobnej sylwetki androida, który razem z Sa’hinem badał drogę przed nimi. Skurczybyk był cholernie przydatny i chyba coś zatrybiło w tych jego obwodach, że jego przyszłość u boku nowego właściciela może brutalnie dobiec końca, bo co chwilę sprawdzał, czy Teigan na niego patrzy. Gdyby nie on już dawno wpadliby w ręce przelatującego tuż nad puszczą wrogiego patrolu, może więc nie był aż tak złym prezentem…

Swoją drogą wcale się nie dziwił, że Rada wysłała swoich geologów właśnie tutaj. Chociaż bogactwo ekosystemu rzucało na kolana nawet takiego ignoranta jakim był Demir, to nie ta pierwotna, nieskażona jeszcze nawet ludzką myślą, puszcza najbardziej przykuwała jego uwagę. Co kilkadziesiąt metrów z ziemi wystrzeliwały ku niebu niebotycznych rozmiarów skalne słupy, niczym rytualne totemy jakichś pierwotnych plemion. Ta opcja nie wchodziła jednak w grę, bo Rasa Twórców stwierdziła kategorycznie, że na RG-108 nigdy nie przybyli. Z chęcią dowiedziałby się czym naprawdę są i skąd się wzięły, tym bardziej, że zauważył jak Elm-Sho wodzi za nimi tęsknym wzrokiem.

– Jak myślisz… – zaczął uchylając się przed bladą gałęzią upstrzoną błękitnymi listkami. – Czy te androidy to nie jest jakiś galaktycznych rozmiarów spisek pedofilów sadystów?

Kent zasłonił usta dłonią aby nie ryknąć śmiechem.

– To po prostu produkt Astarian. Oni tak właśnie wyglądają. Wszyscy są tacy androgeniczni, ale za to łby mają nie od parady… Tylko do tego jeszcze mają ogony. No i nie mają płci.

– Teraz to sobie ze mnie żartujesz, prawda? Powiedz, że żartujesz? Przecież muszą się jakoś rozmnażać!

– Och, nie martw się, jak tylko jednego z nich spotkam, to na pewno będzie to pierwsza rzecz, o którą go zapytam.

*

Centrum było już niemal na wyciągnięcie ręki. Niestety, nie tylko ich ręki – tuż nad nim krążył jeden ze statków piratów a w zasięgu wzroku pozostawały trzy kolejne.

Wielki kompleks naukowy otoczony był szerokim pasem nagiej ziemi, nie było więc mowy o tym, by dobiegli do niego niezauważeni. Zresztą, nie w tym tkwił problem. Do Demira właśnie dotarło, że piratom zależy właśnie na tym, aby dostali się do Centrum, bo tylko w ten sposób oni sami mogli tam wkroczyć. Było to dość oczywiste, jako że ze swoją technologią nie mieli szans na sforsowanie bariery G9000, która rozpościerała się ponad kompleksem. Z daleka mogła wyglądać na zwykłą szklaną kopułę, ale jeśli przyjrzeć się jej dokładniej można było zauważyć potężne choć trudno dostrzegalne wyładowania elektryczne. Piraci nie mieli absolutnie żadnych szans na jej sforsowanie. Nawet zaawansowany „Łamacz Brzasku” miałby z tym nie lada kłopot. Jedynym sposobem na dostanie się do środka było przejście przez jedną z ośmiu bram, które mógł otworzyć jedynie specjalny klucz dostępu. Klucz, który posiadał tylko Demir i naukowcy.

– Beznadziejna sytuacja, kapitanie – westchnął Uter stając tuż przy nim. – Może powinniśmy jednak zaczekać na jakieś wsparcie?

– Nic z tego – odparł Teigan grobowym tonem. – Właśnie dostałem sygnał, że ktoś złamał zabezpieczenia „Łamacza Brzasku”, a skoro znaleźli nasz statek to zaraz zaczną szukać również nas.

– O ile mają radary biometryczne.

– Mogą je mieć?

– Chce pan tu poczekać i osobiście ich o to zapytać?

Teigan już miał mu odpyskować, ale przerwało mu przybycie V. Biedny android nie był dostosowany do takich warunków. Ba! Możliwe nawet, że w ogóle nie brano pod uwagę iż będzie zmuszany do opuszczenia swojego domu czy nawet sypialni właściciela. A jednak udało mu się znaleźć dla siebie zastosowanie w tej misji i Demir musiał przyznać, że jest pod wrażeniem.

Kapitanie, proszę o zezwolenie na odbycie misji samobójczej – powiedział przerażająco spokojnym tonem. Chociaż coś takiego jak niespokojny android zapewne w ogóle nie istniało. Z drugiej jednak strony Teigan nie widział wcześniej aby impulsy przeskakiwały po jego tęczówkach w tak rozpaczliwym tempie.

Jakimś cudem jego ciche słowa dotarły do każdego i teraz wszystkie oczy były utkwione w jego drobnej sylwetce.

– Co masz przez to na myśli? – zapytał Demir kompletnie zbity z tropu.

Przeanalizowałem naszą sytuację, kapitanie. Aby dostać się do Centrum potrzebna jest szybka dywersja. I tylko ja mogę to zrobić. Oczywiście za twoim pozwoleniem, kapitanie.

– W takim razie, co proponujesz?

Zainstalowałem właśnie program do generacji hologramów. Jeśli wyślę je w stronę jednej z bram, ściągnę na siebie uwagę statku. Wy w tym czasie będziecie mogli przejść przez inną. Niestety, zasięg hologramów wynosi pięć metrów, zatem będę musiał wykonać to zadanie osobiście.

Teigan nie musiał konsultować się z Uterem ani Sa’hinem aby wiedzieć, że to najlepszy plan jaki mają. Nie był jednak w stanie stłumić narastającego w nim protestu. Nie podobało mu się to. Ani trochę. Nie dlatego, że miał właśnie poświęcić prezent od rodziny, ale dlatego, że było coś niezwykle i rozpaczliwie ludzkiego w zachowaniu androida. Albo raczej nie-ludzkiego… Zupełnie jakby mówił: „Spójrz na mnie, mój panie – zostałem stworzony, by zaspokajać twoje potrzeby, ale nikt nie podejrzewał, że wykorzystasz mnie do czegoś takiego. A mimo to jestem tu i będę Ci służył, bo to jedyny cel mojego istnienia. Więc nie patrz na mnie takim wzrokiem, bo wiesz przecież bardzo dobrze, że jedyne czego pragnę to twoje szczęście. Właśnie tak zostałem zaprogramowany”.

Demir odetchnął głęboko, po czym bardzo powoli, tak aby zrozumieli go wszyscy, zaczął mówić:

– Doskonale, V. Tak właśnie zrobimy. Udasz się w stronę zachodniej bramy i spróbujesz przez nią przejść z tymi hologramami. Czy uda ci się oszukać ich radar biometryczny?

Mogę wysłać wirusa do ich systemu. To na jakiś czas ich zdezorientuje i moje działania będą wyglądały bardziej autentycznie.

– W takim razie weź proszę przepustkę Elm-Sho na wypadek gdyby jednak udało ci się dotrzeć do bramy. Ujmę to inaczej: masz zrobić wszystko co w twojej mocy żeby nie dać się zestrzelić, rozumiesz?

– Tak, kapitanie.

– Więc ruszaj.

*

Teigan westchnął głęboko, przetarł oczy i wyjrzał przez okno. Widok tętniącej życiem puszczy pełnej drzew o bladej korze i ametystowo-błękitnych listkach powinien go uspokoić, ale nie tym razem. Nie chodziło o to, że po raz pierwszy musiał poświęcić kogoś ze swojej załogi. Dowodził  misjami dużo trudniejszymi od tej i wielu z jego ludzi straciło w nich życie. A jednak tym razem było inaczej… Może dlatego, że pierwszy raz ktoś postanowił poświęcić się dla niego a nie dla powodzenia misji.

Udało im się. Wszystko poszło dokładnie tak, jak to zaplanowali. Gdy tylko statek krążący nad Centrum ruszył w stronę V, cała jego grupa rzuciła się do bramy i przekroczyła ją zanim piraci zorientowali się, że coś jest nie tak.

Potem padły strzały.

Nie miało już dla nich znaczenia, czy to przynęta czy też nie. Musieli jakoś sobie ulżyć i zrobili to – wyżywając się na bezbronnym androidzie.

Demir nie pamiętał tego, ale Uter twierdził, że gdy tylko ucichł odgłos wystrzałów, polecił obsłudze Centrum dezaktywować klucz wstępu Elm-Sho i przydzielić mu nowy. Logiczne. Nie było szans na to, żeby V udało się przetrwać musiał więc wziąć pod uwagę, że piraci będą chcieli przeszukać resztki androida.

A potem próbowali uciec z RG-108 i wpakowali się prosto na oddział Armii Światów, który został wysłany do Encyo właśnie po to, żeby ich schwytać. Nie trudno się domyślić, jaki był wynik tego starcia.

To, co zostało z V, Sa’hin dostarczył do jego pokoju w drewnianej skrzyneczce rozmiarów pudełka na buty. Jak malutka trumna… Nie zajrzał do środka. Starczyła mu informacja, że szczątki nie wystarczą, aby go odbudować. Szkoda. W sumie okazał się jedynie problematycznie uroczym i zaskakująco przydatnym androidem.

Rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi.

– Proszę – rzucił odruchowo, wiedząc doskonale, że jest tylko jedna osoba, która miałaby czelność odwiedzać go gdy był w tym stanie. – Jeśli chcesz mi powiedzieć, że wystarczająco długo się nad sobą użalam i powinienem w końcu wyjść z tej klatki, to…

– Demir, musisz to koniecznie zobaczyć! – krzyknął podekscytowany Kent. – Pospiesz się. Są w sali konferencyjnej. No, ruszże się wreszcie!

Wzdychając teatralnie wyszedł ze swojego pokoju i ruszył we wskazanym kierunku z Uterem tuż za swoimi plecami. Co mogło być aż tak ważnego?

Odpowiedź na swoje pytanie uzyskał dość szybko – pełen jadu i wściekłości głos Elm-Sho wstrząsnął nie tylko Teiganem, ale i pewnie znaczną częścią Centrum.

– CO TO DO JASNEJ CHOLERY MA ZNACZYĆ?! TRZYDZIESTOLETNI KONTRAKT?! NA NIC TAKIEGO SIĘ NIE ZGADZAŁEM!

Kapitan zatrzymał się przed drzwiami do sali konferencyjnej i spojrzał pytająco na swojego pilota.

– Generał floty, którą wysłali po tych ziemskich piratów, Cynth II Morgan. Wpadł z rozkazami z centrali – wyjaśnił szeptem, po czym otworzył drzwi i niemal kurtuazyjnie wpuścił do środka swego dowódcę.

Wykonane ze śnieżnobiałego bioalu pomieszczenie pełne było naukowców w różnych stadiach załamania nerwowego. Niektórzy z nich próbowali ukryć się w kątach i zataić przed światem fakt swojego istnienia, inni łkali niczym dzieci wytrącone ze słodkiego snu przez koszmarne wizje, inni z kolei, jak chociażby szanowny Elm-Sho rzucali wyzwanie drobnej postaci, która stała u szczytu stołu.

V!

Teigan już miał rzucić się w jego stronę, gdy dotarło do niego, że ma przed sobą nie androida, ale żywą istotę. Chociaż trzeba przyznać, że podobieństwo było uderzające; te same równo przycięte, sięgające ramion płowe włosy, te same wielkie błękitne oczy… Nie. Oczy były inne. Te zdecydowanie należały do człowieka, i to cholernie inteligentnego, takiego, który właśnie napawał się swoim zwycięstwem. Był też wyższy i szerszy w ramionach. Dumnie wypinając pierś dawał wszystkim do zrozumienia, że mimo swej niepozornej sylwetki, dysponuje znaczną siłą fizyczną. Jednak ani jego postawa, ani rysy twarzy, ani nawet kształty jego ciała nie pozwalały na określenie jego płci. No i miał ogon.

– Wydawało mi się, że wyraziłem się jasno, panie Sho – powiedział powoli, przeciągając mrucząco słowa, tak jak kot przeciągający się na słońcu. – Dzięki łaskawości Rady Światów wasze kontrakty zostały przedłużone i najbliższe trzydzieści lat spędzicie na RG-108. Nikt z was nie posiada żon, mężów ani dzieci, więc wasza rozpacz jest nieuzasadniona. Więcej nawet! Powinna was radować możliwość poznania tajników tej planety. Chyba, że… – tu generał zawiesił na chwilę głos i zmierzył wzrokiem zrozpaczonych naukowców. – Chyba, że zgodziliście się na ten kontrakt z nadzieją iż uda się wam ogołocić RG-108 z diamentów… Mam nadzieję, że nie, bo wtedy musiałbym was wszystkich aresztować i postawić przed sądem razem z tamtymi korsarzami. Ale nie podejrzewam was o to. W końcu jesteście śmietanką towarzyską grona naukowego! Tak więc mam nadzieję, że gdy tylko dotrze do was, jakiego zaszczytu dostąpiliście, docenicie fakt, że ta piękna planeta dostała rangę rezerwatu przyrody i dzięki temu winna pozostać po wszechczasy w stanie nienaruszonym. A teraz wybaczcie mi na chwilę, chciałbym zamienić kilka słów z kapitanem Teiganem.

Drobny człowieczek ruszył żwawym krokiem do wyjścia i Demir mógłby się założyć, że gdyby tylko mógł, pogwizdywałby z zadowolenia. Skinieniem dłoni odesłał Utera i ruszył za generałem, aż w końcu, gdy znaleźli się daleko od sali konferencyjnej, obaj parsknęli niepochamowanym śmiechem.

– Diamenty? – wykrztusił Teigan. Nagle wszystko stało się jasne.

– Tak – odparł Astarianin, poskramiając w końcu swoje rozbawienie. – Te wszystkie skały są zrobione z diamentów. Ach, biedna banda łapówkarzy i karierowiczów… Chyba właśnie zniszczyłem im życie, nie sądzi pan, kapitanie?

– Cóż, właśnie zamierzałem pogratulować generałowi tak zgrabnej przemowy – wyznał z udawaną grzecznością Demir. – Wszyscy byli doprawdy porażeni.

Jasnowłosy obdarzył go kolejnym przychylnym spojrzeniem po czym raptownie spoważniał. Widać było po nim wyraźnie, że chce jeszcze coś powiedzieć, ale najpierw musi zebrać myśli. Kapitan nie poganiał go i szedł z nim ramię w ramię przez cały czas się zastanawiając, jak to możliwe, że ktoś, kto sięga mu ledwie ponad ramię, może roztaczać wokół siebie tak przytłaczającą aurę władzy.

– Całkiem sprawnie rozegrana akcja, kapitanie Teigan – powiedział w końcu. –Przykro mi jednak z powodu pańskiego statku i androida.

A więc „Łamacza Brzasku” również nie oszczędzili? Cholerne sukinsyny…

– Armia Światów potrzebuje ludzi takich jak pan– ciągnął Morgan, chociaż jego głos zaczął tracić na mocy, zupełnie jakby był skrępowany. Jego złożone za plecami dłonie zadrżały lekko. – Nie. To nie o to chodzi. To ja potrzebuję pana, kapitanie – wyrzucił z siebie w końcu, zatrzymując się raptownie. – Nie wiem, czy to będzie dla pana wystarczającą rekompensatą, ale chciałbym mianować pana kapitanem mojego własnego statku. Obecnemu już od kilku lat należy się emerytura. Co pan na to?

Demir zmierzył go wzrokiem. Co miał o tym myśleć? Oficjalnie należeć do Armii? W sumie nie brzmiało to aż tak źle. Nie miał już statku. Prawdopodobieństwo, że w najbliższym czasie zdobędzie nowy, było znikome. Delikatnie mówiąc, ta oferta ratowała tyłek nie tylko jemu, ale i całej jego załodze, bo bez nich nie zamierzał się nigdzie ruszać. Wprawdzie musiałby przejść przez te wszystkie koszmarne testy, których do tej pory unikał, ale chyba tylko dzięki nim mógłby zrobić jakiś postęp w swojej karierze. Tylko dlaczego miał wrażenie, że ta oferta ma charakter bardziej osobisty niż zawodowy? Nie, żeby miał coś przeciwko temu, wręcz przeciwnie. Już dawno przestał zwracać uwagę na płeć (co zrobiła też ewolucja Astarian), a generał miał w sobie zdecydowanie to coś, ale…

– Proszę o wybaczenie, generale, ale na podjęcie tak zobowiązującej decyzji potrzebuję czasu – spróbował się wyłgać. Widząc rozczarowanie Morgana, zasalutował mu przepraszająco i zaczął powoli odchodzić.

– Zbudowanie modelu V54C6S814-t450 zajęło mi wiele miesięcy – zawołał za nim dowódca. Teigana przeszły dreszcze. Odwrócił się błyskawicznie i wpatrywał się w generała z szeroko otwartymi oczami. – Między jedną misją a drugą dobrze jest czasem zrobić coś innego i zanim dostałem to zamówienie wydawało mi się, że budowanie takich androidów może być zajęciem w sam raz dla mnie. A potem poznałem pańską rodzinę. Proszę się nie obrazić, ale są strasznie upierdliwi. Chociaż… mogę się mylić. Wtedy wydawało mi się, że nie może istnieć ktoś, o takich wymaganiach. Ale istnieje pan, a ja najwidoczniej nie jestem w stanie tym wymaganiom sprostać.

Na koniec westchnął tak żałośnie, że Teigan miał ochotę podejść do niego i zmiażdżyć go w uścisku. Jednak tego nie zrobił; mała, błyszcząca czerwienią lampeczka dawała mu jasno do zrozumienia, że powinien uciekać. Niestety, tego również nie zrobił.

– Bardzo nalegali żeby był do pana podobny, generale? – zapytał, zbliżając się do niego ostrożnie. Widząc pełen rozbawienia błysk w oczach rozmówcy zrobił jeszcze kilka kroków po czym zatrzymał się. – Czy nie prościej byłoby się ze mną po prostu skontaktować?

Stół z powyłamywanymi nogami – odparł przekornie Morgan i uśmiechnął się do niego szeroko. Czy to możliwe, że kontrolował zachowania androida przez cały ten czas? W sumie to czemu nie… Przecież jeszcze przed chwilą napawał się rozpaczą „ofiar nepotyzmu”… A teraz wypatrzył sobie nową ofiarę. Cholera, ten mężczyzna (kobieta?) był śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. Ale jako sojusznik mógł być źródłem wszystkich tych wyzwań, których Teigan potrzebował, aby żyć. – Proszę nie robić takiej posępnej miny, kapitanie. Zamiast tego niech pan lepiej spróbuje zgadnąć, jakie było pierwsze pytanie, które zadał mi pański pilot.

Koniec

Komentarze

Przeczytałem z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem. Jakoś fabuła nie wywołała u mnie specjalnych wzruszeń. Zabrakło prawdziwego dramatyzmu, a opisywane emocje wydawały się mało przekonujące. W sumie tekst letni, pomimo niby fantastycznej intrygi. Pozdrawiam.

Przeczytałem.

Na początku żywiłem nadzieję, że tekst skupi się na trudnym temacie androidów i ich “ludzkiej strony”. Niestety tak się nie stało:(

Rozrywkowa literatura. Czytadło, bez przebłysków, ale i bez wielkich upadków.

Choć błędy są. Zły zapis dialogów, powtórzenia, a nawet jakieś brakujące przecinki mi rzuciły się w oczy (a to już ewenement;)).

 

Sama fabuła jakoś mnie nie wciągnęła. Szczerze powiedziawszy, to mało brakowało, a tekstu bym nie doczytał. Nawet finał mnie nie zaskoczył. Nie spodziewałem się go, ale i tak przyjąłem go z pozbawionym emocji wzruszeniem ramion.

Ale nie piszesz wcale źle. 

Tli się w tym tekście iskierka talentu, ale jeszcze daleko, by wznieciła ogień.

Ale dbaj o nią, by całkiem nie zgasła;)

 

Wspomniałaś, że lepiej czujesz się w fantastyce. Chętnie przeczytałbym coś Twojego, w tych bliższych i mnie, klimatach.

 

Pozdrawiam!

 

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Bardzo dziękuję za komentarze! Naprawdę wiele dla mnie znaczą :)

Drogi Nazgulu! Opowiadanie o “ludzkiej stronie” androidów mam w zanadrzu, muszę je tylko skończyć, choć nie obiecuję, że będzie dużo lepsze. Niestety, krótkie formy wypowiedzi mają dla mnie tę trudność, że muszę je szybko skończyć, przez co nie jestem w stanie się w nie dobrze wczuć :(.

Tak czy siak, jestem wdzięczna za krytykę.

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Zgodzę się z przedpiścami, że tekst jest “letni”. Niby ciekawe pomysły, nieoczekiwane zwroty akcji, ale jakoś nie porywa.

Jeśli chodzi o wykonanie, to warsztat musisz jeszcze doszlifować. Myślniki od literek oddzielamy spacją. Obustronnie.

z resztą => zresztą; w prawdzie => wprawdzie. Przynajmniej przeważnie.

Jakim prawem pasażer ładuje się na mostek i zawraca kapitanowi gitarę w delikatnym momencie?

Na portalu trwa konkurs o piratach. Myślę, że Twoje opowiadanie spełnia warunki. Myślałaś o zgłoszeniu?

Babska logika rządzi!

Bardzo dziękuję za komentarz! Z tymi myślnikami wiąże się bardzo głupia historia, ale efekt rzeczywiście jest taki, że są wstawione nieprawidłowo, a ja zapomniałam ich poprawić.

Jak tylko poprawię wyżej wspomniane błędy to poczytam o tym konkursie. Dziękuję za zwrócenie uwagi, sama pewnie bym na to nie wpadła :)

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Hmm. Tekst do przeczytania bez bólu. Napisany lepiej niż pierwotnie przypuszczałem (nie bierz tego do siebie, po prostu życie oduczyło mnie dawania kredytu zaufania początkującym literatom na tym portalu).

Widać, że wcześniej nie miałaś zbyt dużego kontaktu z sf – nie mówię tu w kontekście jakichś błędów czy nielogiczności, bo tych nie ma znowu tak dużo, ale po prostu czuć, że twoje chęci trochę przewyższyły wiedzę.

Tekst ogólnie ma potencjał. Porusza kilka zagadnień, które można by rozwinąć w przyszłości, zawiera zalążki ciekawych refleksji. To wszystko wymaga jeszcze dopracowania i doszlifowania, ale przecież nikt nie rodzi się geniuszem. 

Czytało się przyjemnie, jak na debiut całkiem nieźle. Myślę, że najważniejszą rzeczą, na której powinnaś się skupić w kolejnym tekście, to mocniejsze zarysowanie bohaterów. W sumie najciekawiej wyszedł Ci android, był bardziej żywy niż ci naprawdę żywi :)

Brakowało też przecinków, np:

Mogli też poczekać, aż zrobi to Centrum

zorientował się, jak bardzo przeraził naukowców perspektywą pozostawienia

Kent zasłonił usta dłonią, aby nie ryknąć śmiechem.

nie widział wcześniej, aby impulsy przeskakiwały

 Pozdrawiam.

Za to naukowcy musieli właśnie przejść brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo nawet włożenie uniwersalnych płaszczy ochronnych stanowiło dla nich problem. Gdyby nie jego prawa ręka, Sa’hin, pewnie w ogóle nie daliby sobie z nimi rady. Usprawiedliwiało ich jedynie to, że Sa’hin, dzięki zaawansowanej paranoi, swoich pięciu prawie nigdy nie zdejmował.

Tu się zamotałem. Bardzo niejasny opis. Kogo, z czego i – co najważniejsze: w jaki sposób – usprawiedliwiało “swoich pięciu” Sa’hina?

 

(których(,) według Utera(,) na szczęście nie mieli).

 

Skoro już raczyłeś wspomnieć o problemach, to(,) z tego co zauważyłem(,) jakoś udało

Wtrącenia oddzielaj przecinkami.

 

Możliwe, że było tego więcej, ale jakoś nie wyłapałem. Nie jestem Regulatorzy. Ani nawet Androidem.

 

Przeczytałem z prawdziwą przyjemnością. Błędy błędami (względnie: usterki usterkami), ale, generalnie, masz bardzo przyjemny w odbiorze język i widać, że umiesz z niego korzystać (bez skojarzeń proszę). Pomysł też bardzo fajny. Wiadomo, nowej planety nie odkryłaś, niemniej – fajny. A postaci, zwłaszcza kapitan i jego rozterki względem androida, wydają mi się realistyczne. W każdym razie nie wyczułem tu sztuczności.

 

Ogólnie, jest to jedno z tych opowiadań (a mnogość ich), które, swoją nieobecnością w Bibliotece, w moich oczach, w ogóle podważają sens jej istnienia.

Świata nie zmienię, ale postaram się go choć trochę naprostować.

 

Peace!

 

P.S.

Zerknę w najbliższym czasie na Twoje drugie opowiadanie i zobaczymy, czy mam nosa do talentów, czy jedynie… przewidzenia.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze! Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo się z nich cieszę. To dla mnie ogromna motywacja do jeszcze cięższej pracy. Mam też nadzieję, że uda mi się nie zawieść Waszych oczekiwań :)

She would always like to say: "Why change the past, when you can own this day?"

Nowa Fantastyka