- Opowiadanie: Lorentius - Woda

Woda

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Woda

1.

 

Sygnał budzika przeszył mózg i zgrał się z ciężkim kacem.

Filip Lorentz poczuł ból i nieznośną suchość w ustach. Uchylił powieki. W sypialni

panował mrok, tylko jasny promień okrutnego słońca wpadał przez szczelinę między

zasłonami. Podniósł głowę i jęknął. Sztywny kark zabolał, impuls – jak prąd –

poleciał wzdłuż kręgosłupa i skończył bieg w okolicy pięt.

Opadł z powrotem na łóżko i ziewnął.

Skronie pulsowały, a cała czaszka zdawała się pękać w szwach. Otworzył szerzej

oczy, ale zobaczył tylko mgłę. Przetarł oczy nadgarstkami – obraz się poprawił, ale

był jeszcze daleki od doskonałości. Walka z organizmem dopiero się zaczęła.

Skupił się na mięśniach brzucha i w gwałtownym ich wysiłku usiadł.

Powoli postawił stopy na chłodnej podłodze chwiejnie stawiając ciało w pionie.

Poczuł chłodny powiew klimatyzacji. Chuchnął w garść, powąchał.

– Gin&tonic, tequilla, browar… – chrząknął kierując kroki do łazienki.

Szedł długim korytarzem, obraz chwiał się jeszcze. Kilka razy zawadził łokciem o

ścianę zataczając się bardziej w prawo.

– Siła Coriolisa… ble! – odbiło mu się przetrawionym alkoholem i plastikiem.

Stanął, by poprawić ramkę na ścianie, którą prawie zrzucił podczas „ataku“

Coriolisa. Zrobił krok w tył, oparł się o przeciwległą ścianę korytarza i spojrzał.

Na ścianach wisiały rodzinne zdjęcia.

Dom dostał w spadku po ojcu, który zaginął na morzu kilka lat wcześniej.

Wypłynął rano w morze swoim jachtem, a potem ślad po nim zaginął.

Ryszard Lorentz piastował stanowisko profesora na Uniwersytecie Warszawskim,

na wydziale fizyki.

Matka odeszła, gdy przyszedł na świat. Z ojcem łączyły go raczej chłodne relacje.

Całe życie miał wrażenie, że „stary“ ma do niego żal z powodu śmierci matki

i tak naprawdę rzeczywiście był bezpośrednią przyczyną jej zejścia.

Okrutne, ale prawdziwe.

Filip przeprowadził się z Warszawy do Sopotu na stałe. Tu życie toczy się spokojniej

niż w stolicy, a towarzystwo i tak przyjeżdża do trójmasta na imprezy co weekend.

Pęcherz dał o sobie znać, co wyrwało Filipa z zamyślenia, więc powoli ruszył dalej w

stronę łazienki. Mijał powoli galerię zdjęć. Ryszard senior patrzył na niego jakby z 

wyrzutem.

– Nikt nie jest idealny tato… Oczywiście oprócz ciebie – zachrypiał.

Dalej wisiały prace Filipa – plakaty filmowe. Zdolności artystyczne podobno

odziedziczył po matce. Ojciec nigdy nie traktował tego poważnie, zawsze pytał:

„To kiedy ta impreza się skończy“? Generalnie dużo było w tym racji.

Środowisko artystyczne, a zwłaszcza filmowe imprezowało non-stop.

Dotarł do łazienki, wyjrzał przez małe okienko nad sedesem.

Błękit nieba był oślepiający. Pogoda jak to na wybrzeżu w lipcu – bezchmurna i

nudna, zawsze taka sama. Raj dla topless i balsamów do ciała.

Na zewnątrz słychać było szum miasta i szczekanie psa sąsiadów. Poczuł ulgę

i uśmiechnął się. Przetarł oczy jedną ręką, drugą zamknął klapę i nacisnął spłuczkę.

Nic się nie stało.

– Co do diabła? – Nacisnął jeszcze kilka razy i nic. – Znowu hydraulik…szkur… –

zaklął cicho pod nosem i sięgnął po szczoteczkę do zębów.

Odkręcił kurek i… znowu nic.

– Nie no, proszę tylko nie dzisiaj! Ogród… – pospiesznie ruszył przez kuchnię, by

tylnymi drzwiami wyjść do ogrodu na tyły domu. Na trawniku, gdzie zwykle urządzał

grille dla znajomych, stał zraszacz ogrodowy podłączony gumowym wężem do

kranu obok garażu. Filip skoczył do niego, wyciągnął gumową rurkę i odkręcił wodę.

Nic.

– Nie, nie, nie! Dlaczego takie rzeczy zawsze zdarzają się mnie! Nie można

nawet spokojnie się umyć w tym cholernym domu!

– Filip?

Odwrócił głowę. To był jego sąsiad. Zaglądał przez płot i nie wyglądał na

zadowolonego.

– Piotrek? Co jest?

– Masz wodę?

– No, właśnie… chyba jakaś awaria u ciebie też?

– Taa, u Wiśniewskich i dalej też nie ma wody.

– Trochę wczoraj zabalowałem i muszę się czegoś napić. Wracam do środka,

mam w lodówce, chyba, jeszcze jakiś browarek. Narazik.

– Prześpij się…

Nagle w oddali rozległ się dźwięk syren i klaksonów aut. Filip podeszedł do furtki i

wyjrzał na ulicę. Radiowozy policyjne i wozy pożarnicze skręciły z piskiem opon z 

głównej drogi w aleję prowadzącą na sopockie molo. Nad domami przeleciała

eskadra wojskowych helikopterów.

– To chyba więcej niż awaria! Piter, bierz samochód – jedziemy nad morze. Wezmę

aparat!

– Ok, lepiej żebyś nie prowadził. Przed domem za minutę!

Po dwóch minutach pędzili ulicą w stronę molo.

Im bliżej byli, tym większy otaczał ich chaos. Cywile, policja, wojsko. Wszyscy coś

krzyczeli. Filip był w szoku, nic nie rozumiał. Piotr zatrzymał samochód z piskiem

opon.

– Leć, zobacz co się dzieje, a ja gdzieś zaparkuję.

– Ok, tylko szybko.

Filip wyskoczył na ulicę i dał nura w tłum ludzi. Przeciskał się w stronę mola.

Ostatnie kilkanaście metrów przeszedł prawie na kolanach, między zaklinowanym

autobusem a ciężarówką z piachem. Piotr został gdzieś z tyłu, był po drugiej stronie

ulicy.

Filip stanął i spojrzał przed siebie. Ludzie stali na molo, krzyczeli i pokazywali coś

rękami. Jego mózg nie mógł od razu zrozumieć obrazu, który zobaczył.

– Boże…

Jego oczom ukazał się obraz jak z księżyca – przepastny, nieskończenie szeroki,

głęboki kanion, szaro-zielony koszmar.

Woda z Bałtyku zniknęła.

 

 

 

2.

 

Dramatyczne i zarazem niesamowite informacje spływały z całego świata.

Na wszystkich kanałach media podawały wiadomość o jednej treści: “woda

zniknęła!” Morza, oceany, rzeki, wszelkie źródła płynnej wody, przestały istnieć.

Wszystkich na Ziemi czekała zagłada!

Filip w szlafroku i już mniej spragniony, bo wychylił „browar“, który znalazł w

lodówce, siedział w klimatyzowanym salonie i patrzył tępo w ekran telewizora.  

– Nie no, nie możliwe to jest… Jak cała woda..

– „Browar“ został, ktoś nas robi w konia – stwierdził Piotrek wchodząc do pokoju  z 

kuchni z zimnym piwem w ręku.

– Może woda jako woda się ulotniła a mieszanki i produkty destylacji się uchowały? -

tu cmoknął głośno flaszkę centralnie w etykietkę.

– Fil, kurwa, sam widziałeś, to masakra faktycznie… Co będzie jak wszystko

wypijemy, to znaczy w sensie, że ludzkość wypije soki, napoje i alkohole?

– Trzy dni i kaplica.

– Jak trzy?

– Byłem harcerzem – trzy dni bez wody i teoretycznie kaplica.

Piotr zassał z szyjki sowicie i starannie wytarł kroplę piwa z brody.

– Ale parowanie jakieś na planecie musi przecież zachodzić nie? Wiesz, rośliny

zwierzęta i co tam jeszcze paruje pod wpływem ciepła. Słońce grzeje i tak dalej…

– No… Powstanie trochę chmurek, ale żeby nawodnić cały układ potrzeba z milion

lat.

– Skąd wiesz?

– Mój stary był fizykiem. Co nieco liznąłem…

– Cholera, spadam do chaty, muszę to wszystko przemyśleć…

– Pit, tam już nie takie głowy myślą.

– Bardzo kurna śmieszne, mądralo.

Piotr wyszedł przez taras i głośno zatrzasnął szklane drzwi. Filip został sam z 

telewizorem, kacem i newsami, które nie napawały optymizmem.

 

Na kanale informacyjnym, na który Filip przełączył telewizor, pojawił się żółty

pasek z napisem „wstrząsające zdjęcia z Pacyfiku“. Przejęty speaker podwyższonym

głosem wyrecytował – …proszę państwa właśnie dostaliśmy drogą satelitarną

wstrząsające zdjęcia z okolic pacyficznych Wysp Salomona…– tu na ekranie

pojawiła się mapa Oceanu Spokojnego i rzeczonych wysp. Czerwony punkt mrugał w 

miejscu miasta Honiara. Chwilę później otworzył się ekranik, na którym pojawił się

obraz.

Filip pochylił się do przodu i usiadł na krawędzi fotela.

– Co to jest? – jęknął – i pociągnął łyk.

Zapis video, który otworzył się już na cały ekran przedstawiał kurtynę wody, czy

może chmurę, ogromną gigantyczną białą ścianę, która podnosiła się do nieba i

znikała w przestworzach. W tle nagrania słychać było krzyki przerażonych ludzi,

rozmowy, ale brakowało tam podstawowego elementu, huku podnoszącej się wody!

W każdej sekundzie ubywały miliony ton wody. Widać było gołym okiem, że oceanu

jest coraz mniej. Wszystko działo się prawie bezgłośnie, słyszalny był jedynie

delikatny szum…

Stąd to zaskoczenie! Świadkami zjawiska byli ludzie mieszkający na Pacyfiku, gdy

reszta świata jeszcze spała i nikt nic nie słyszał. Mniej więcej.

Filip szybko skoczył do biurka i odpalił laptopa. Youtube… I wszystko okazało się

jasne. W sieci było mnóstwo nagrań z telefonów komórkowych, na których znikała

woda. Filmów takich było coraz więcej.

W tym momencie speaker na kanale informacyjnym ogłosił, że łączymy się z 

ośrodkiem NASA. Zaczynała się konferencja prasowa.

Na mównicę wszedł człowiek, drżącą ręką poprawił okulary, odchrząknął i zaczął

mówić. Stał na tle pięknej, niebieskiej planety, która obfitowała w rzeki i oceany.

 

– Witam państwa. Nazywam się Steve Armstrong. – oczy miał rozbiegane i widać

było, że nie przywykł do publicznych wystąpień, a sytuacja była wyjątkowa.

– Jestem naukowcem, pracuję dla NASA i jestem fizykiem. Sytuacja jest kryzysowa,

więc może będę się streszczał. Oto oświadczenie.

 

W 1935 r. Albert Einstein i Nathan Rosen, w ramach badań teorii względności odkryli

teoretycznie tunel czasoprzestrzenny nazwany potem tunelem Einsteina-Rosena lub

też tunelem Schwartzshilda. Teoria względności opisuje czas i przestrzeń jako

elastyczne i połączone w jedność.

Most Einsteina-Rosena mógłby powstać przy połączeniu modelu czarnej dziury z

modelem jej czasoprzestrzennego przeciwieństwa – białej dziury.

Przez połączenie modeli powstaje rodzaj skrótu w czasoprzestrzeni – tunelu

mogącego łączyć odległe regiony kosmosu. Hipoteza zakładała, iż czarne dziury

“wsysają” do siebie wszystko ze swojego otoczenia, a białe dziury wyrzucają całą tę

materię w odległym miejscu w kosmosie. Jednak w 1962 roku fizycy udowodnili, iż

mosty są bardzo niestabilne i nic, nawet światło, nie mogłoby się przez nie

przedostać, gdyż zamknęłyby się one, zanim by do tego doszło.

Jednak w świetle ostatnich wydarzeń okazuje się, że chyba się pomylili, a Einstein

znowu miał rację.

Wszyscy współpracujący z nami naukowcy i specjaliści z NASA, są przekonani, że

zniknięcie wody było działaniem celowym. Jednak kto za tym stoi, gdzie

przetransportował naszą wodę i gdzie się teraz znajduje – nie wiemy. To wszystko,

dziękuję.

 

Zanim zdążył zejść z mównicy, zerwała się burza pytań, dziennikarze wystrzelili w

górę podnosząc swoje identyfikatory, jednak Steve Armstrong w asyście marines

zniknął w drzwiach obok sceny.

Filip siedział oniemiały. Powoli zaczynał kojarzyć fakty. Kiedy był dzieckiem, jego

ojciec prowadził badania nad tunelami czasoprzestrzennymi.

Wszystkie notatki pozostawione przez ojca ocalały chyba na poddaszu.

Filip odstawił piwo i ruszył pędem do schodów prowadzących na strych.

Otworzył drzwi. Ze strychu buchnęło powietrze rozgrzane przez dachówki

wystawione na słońce. Przez okienka pod dachem wpadały smugi światła, w których

tańczyły drobiny kurzu. Filip dawno nie był na poddaszu, ale pamiętał, że skrzynia

z pracami ojca jest pod północną ścianą willi. Skrzynia rzeczywiście tam była.

Schylony zastygł nad nią i powoli zaczął podnosić wieko. W środku było mnóstwo

papierowych teczek. Filip wyciągnął skrzynię na środek strychu i ustawił ją

w strumieniu światła. Teczki były, oczywiście, poukładane według alfabetu.

– Był z ciebie porządniś tatku – mruknął do siebie i zaczął szukać.

– “T” jak tunele czy “E” jak Einstein-Rosen? Może jeszcze być “C” jak

czasoprzestrzeń… hmm.

Wszystkie były identyczne. Białe grzbiety z naklejkami, na których widniały litery

alfabetu. Wyjmował je po kolei i zaglądał do środka. Po godzinie wertowania i

warczenia pod nosem, poddał się spocony. W żadnej teczce nie znalazł dokumentów

o badaniach nad tunelem Einsteina-Rosena. Wyrzucił całą zawartość skrzyni

i sprawdził jej dno, opukał ściany. Nic. Wiedział, że ojciec na pewno badał ten temat,

widział te papiery w jego pracowni. Ojciec prosił go, żeby ich nie ruszał, że to bardzo

ważna praca dla wszystkich. Tak, zaczął wszystko sobie przypominać. Ojciec często

dzwonił wtedy do Warszawy do Centrum Badań Kosmicznych, bo z kimś konsultował

swoje wyniki badań.

– Zaraz, przecież… Zdjęcie w korytarzu… – Filip zobaczył oczyma pamięci korytarz

piętro niżej i zdjęcia na ścianie.

Wybiegł ze strychu i co drugi schodek zbiegł na dół do korytarza. Zapalił światło i

stanął przed ścianą ze zdjęciami rodzinnymi. Jeszcze dwie godziny temu patrzył na

tę ścianę bez zainteresowania, na mocnym kacu, ale teraz wbił w nią wzok szukając

jakichś wskazówek. Jest! Wśród rodzinnych zdjęć z wakacji i różnych ważnych

uroczystości oraz chwil wartych zapamiętania wisiała mała ramka, w której tkwiło

małe czarno-białe zdjęcie. Filip ostrożnie wyciągnął rękę i zdjął ramkę z gwoździka.

Szybko wszedł do kuchni i usiadł przy stole. Przez duże, panoramiczne okno słońce

oświetlało kuchnię, odbiło się od szyby ramki. Filip zamrugał i przetarł oczy.

 

Na zdjęciu stało dwóch mężczyzn: Ryszard Lorentz i facet w białym kitlu – na

pierwszy rzut oka naukowiec. Ojciec Filipa wyglądał jak zwykle: wysoki, szczupły,

szpakowaty z miną zadowolonego z siebie człowieka. Przystojny, uśmiechnięty

półgębkiem. Jego towarzysz był niższy, na oko jakieś 168 cm wzrostu, tęgi i też

uśmiechnięty od ucha do ucha. Typ jowialnego grubaska.

Obaj mieli jednak w oczach to samo. Błysk triumfu. W tle widać było gmach Centrum

Badań Kosmicznych. Filip wytężał wzok i szukał jakiegoś znaczącego szczegółu. Na

białym fartuchu naukowca zauważył przypinkę.

Filip otworzył szufladę, w której miał szkło powiększające. Gdy był dzieckiem używał

go do wypalania dziurek w gazetach skupiając słoneczne światło.

Tej zabawy nauczył go właśnie ojciec, a właściwie była to część wykładu z optyki,

czyli ogniskowanie światła przy pomocy soczewki.

Filip powiększył przypinkę szkłem powiększającym i przeczytał powoli:

– E równa się… em, ce, kwadrat? E=mc2! Kurde…

Skierował teraz szkło na ojca. W klapie jego marynarki też tkwił jakiś znaczek,

ale coś zasłaniało go od spodu. Filip odwrócił ramkę, odgiął blaszki trzymające

zdjęcie na miejscu i odbitka pofrunęła na blat stołu. Razem z nią wyleciała jakaś

kartka, która zanurkowała pod stół. Filip schylił się i powoli podniósł ją z podłogi.

Patrzył na jakiś schemat i drobnym maczkiem wydrukowane wzory. Dla niego to

była “czarna magia”, ale wiedział, że trafił w dziesiątkę.

– Bingo! Tato co to jest? – wyszeptał – Jaką to tajemnicę ukryłeś…?

Teraz podniósł zdjęcie i jeszcze raz skierował szkło powiększające na klapę garnituru

ojca.

– E=mc2! Ha! – zaśmiał się głośno i opadł na krzesło trzymając w ręce zdjęcie.

Patrzył się na nie i myślał, myślał…

– Muszę znaleźć kontakt do tego faceta. Może coś wie, może jest jakaś szansa…

Ktoś musi przetłumaczyć tę notatkę na “ludzki” język.

Filip pobiegł znowu do komputera i w przeglądarce wpisał “Centrum Badań

Kosmicznych Warszawa”. Wszedł na stronę centrum i zaczął szukać w zakładce

“kadra”. Znalazł imiona i nazwiska, ale żadnych zdjęć.

– Tak go nie znajdę! Kurwa! Spokojnie… E=mc2, znaczek, napis na znaczku może

jest nazwą projektu? Skrzynia.

Filip pognał z powrotem na strych i otworzył skrzynię. Przewertował całą jej

zawartość lecz nie znalazł żadnego śladu sympatycznego naukowca.

– Gdzie on jest? E=Einstein… Pod “E” nic nie było… “mc” nic mi nie mówi.

“E” to też “east”, czyli wschód. Niemożliwe! To za proste.

Po wschodniej stronie domu była oszklona weranda, ze stolikiem karcianym i

czterema krzesłami, gdzie ojciec ze znajomymi grywali w brydża popijając whisky

i paląc cygara. Filip ponownie zbiegł na parter.

Weranda wyglądała jak szklana gablota. Została dobudowana do wschodniej

ściany domu. Lekko spadzisty dach i boczne ściany były szklane. Szerokie drzwi

otwierały się na ogród, do którego można było zejść po metalowych, nowoczesnych

schodkach. Na drewnianej podłodze werandy leżał turecki dywan a na nim

centralnie  stał stolik brydżowy i cztery krzesła. Stolik był przykryty zielonym

suknem, na którym stała kryształowa popielnica, nie używana już od dawna.

Filip usiadł przy stole twarzą na wschód, bo z tej strony znajdowała się jedyna

szuflada. Weranda była już w cieniu. Niskie słońce oświetlało ciepło sąsiednie domy.

Część ogrodu była już w cieniu. Teraz dopiero zdał sobie sprawę z tego ile czasu

spędził na domowych poszukiwaniach.

– Okaże się czy było warto…szepnął do siebie.

Chwycił za stylizowaną gałkę i powoli otworzył szufladę. Była tam skrzyneczka.

 

Filip otworzył pudełko i zobaczył brydżowy notatnik.

No tak czego innego można było się spodziewać jak nie karcianych zapisków.

Wyjął notatnik i zaczął go wertować. Nic, nic, nic.

Chyba jestem idiotą – pomyślał i opadł na brydżowy fotel. Wymyśliłem sobie kolejną

teorię spiskową. Za dużo filmów i literatury s-f.

Kurwa, to takie prozaiczne. Za dwa, trzy może pięć dni będzie po wszystkim.

Otworzy się nowy rozdział dla Ziemi już bez człowieka. Może i dobrze. Chyba

zasłużyliśmy na reset…

 

Za panoramicznymi oknami w ogrodzie na tyłach domu zrobiło się już ciemno.

Cały dzień minął na poszukiwaniach czegoś, czego nie można było znaleźć.

Filip siedział w mroku bez ruchu i czekał na nie wiadomo co.

Jego wzrok błądził po karcianej skrzynce.

 

– Chwileczkę… Zauważył coś dziwnego. Pudełko w środku było płytsze niż

wskazywały na to jego ścianki. Wstał powoli. Zapalił światło, wziął do ręki pudełko

i wysypał zawartość.

– Rzeczywiście… – Uderzył dłonią w spód skrztynki. Dno odskoczyło i pojawiła się

skrytka. Na dnie skrytki tkwiła komórka. Filip ostrożnie ją wyjął. To była stara

Motorola Razr V9.

– Nie no, chyba żart. – Powiedział do siebie. Otworzył klapkę, nacisnął czerwony

przycisk i przytrzymał.

Wyświetlacz ożył i wyświetlił: "Halo Moto".

Filip zaśmiał się na cały głos.

– A jednak miałem rację! – Zaczął przeszukiwać menu i trafił na listę numerów.

Otworzył. Był tam tylko jeden numer. Składał się z dwudziestu jeden cyfr.

– Co to za numer?… Ok…

Podświetlił ciąg liczb i nacisnął – ok.

Cisza… Cisza… Coś “bipnęło”, zaszumiało i nagle Filip usłyszał daleki głos.

– Filip?! Ha! Wiedziałem, że rozwiążesz zagadkę synu!

Filip zatoczył się do tyłu i mało nie upadł na plecy.

Oparł się o ścianę i osunął na podłogę.

– Tata? Jak to? To niemożliwe…

– Możliwe, możliwe. Słuchaj! Biegnij do piwnicy. Tam na wschodniej ścianie

znajdziesz lekko wystającą cegłę. Wyjmij ją i przekręć dźwignię, którą tam znajdziesz.

Szybko! Portal jest jeszcze otwarty, ale zaczyna tracić stabilność.

Po tych słowach połączenie zerwało się.

Filip siedział na podłodze oniemiały. Trzymał jeszcze przez chwilę telefon przy uchu.

– Jezu…

Spojrzał na wyświetlacz. Baterii wystarczyło tylko na jedno, krótkie połączenie.

Zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę drzwi do piwnicy.

Zbiegł po schodkach i zapalił światło. Na wschodniej piwnicznej ścianie była szafka z

półkami, na których stały stare książki. Stare wydanie 12 tomów encyklopedii PWN z

1966 r. i równie stara sterta czasopism “Ameryka”.

Filip chwycił boczną cześć szafki i przewrócił ją na środek piwnicy odsłaniając

ścianę. Przytulił policzek do ściany i popatrzył wzdłuż. Rzeczywiście jedna z cegieł

ledwo wystawała, tylko jedna. Rozejrzał się po piwnicy i chwycił stojącą po drugiej

stronie łopatę do prac ogrodowych. Z impetem natarł na cegłę. Uderzył kilka razy,

podważył ją aż wreszcie drgnęła. Oczyścił krawędzie i mocno chwycił ją z obu stron.

Powoli, ostrożnie wyciągnął cegłę ze ściany. Za nią w mroku zobaczył czeroną

dźwignię. Oddychał cieżko a pot zalewał mu oczy. Poranny kac skutecznie

odpuszczał.

– I co, mam to przekręcić?

Jęknął. Dźwignia miała wygrawerowaną strzałkę wskazującą w dół.

– Ok, raz kozie…

 

 

 

3.

 

Filip otworzył oczy. Głowę miał jak z ołowiu. Podniósł się i zobaczył,

że leży we własnym łóżku. Promień słońca wpadał przez szparę między zasłonami.

Na stoliku obok stała szklanka pełna wody.

– Boże co to był za sen? – Zamruczał i wstał. Podszedł do okna i odsłonił zasłonę.

Serce prawie stanęło.

Za oknem rozpościerała się szeroka dolina porośnięta czerwonym zielskiem.

Ponad nią otwierały się zielone przestworza, po których leniwie dryfowały złociste

obłoki. Nad obłokami daleko poza atmosferą, perspektywę obrazu, diagonalnie

przecinały gęste pierścienie.

Filip zdał sobie sprawę z tego, że od dobrej minuty nie oddycha. Wypuścił głośno

powietrze i zrobił krok do tyłu. Nie ogarniał tego co widział. Przerażenie mieszało się

z fascynacją zjawiskiem. To tak jakby był na filmie SF w 3D, ale to nie było kino tylko

rzeczywistość. Podszedł do okna i dotknął szyby. Była przyjemnie ciepła.

Źródło światła znajdowało się po drugiej stronie domu. Z tamtej strony świeciło

jakieś słońce. Nie nasze.

Ostatnie wydarzenia przeleciały Filipowi przed oczami.

– Ojciec… – powiedział cicho.

– Trafiłeś do domu – usłyszał za plecami. Odwrócił się i w drzwiach zobaczył ojca.

Ruszyli jednocześnie i stanęli twarzą w twarz na środku sypialni.

– Co się stało na morzu? Co się dzieje?! O co chodzi?!!! – Filip wycharczał, skoczył na

bok i zwymiotował w kącie obok łóżka.

Ojciec cierpliwie stał i obserwował syna. Filip wyprostował się i powoli podszedł do

Ryszarda. Wytarł usta mankietem koszuli, która wyglądała jak wyciągnięta krowie

z gardła.

– Dobra, tato mów co jest grane. – Podszedł bliżej i objął ojca ramieniem.

Ryszard odwzajemnił ten gest i przytulił syna do siebie.

– Filip. Na pewno domyślasz się co się stało. Skoro tu dotarłeś, musiałeś choć w

małym stopniu zrozumieć ten mechanizm.

– Tak, przecież przez tyle lat widziałem czym się zajmujesz. Dla mnie to była czarna

magia, ale zawsze robiła ogromne wrażenie. Wiesz, że to mój “konik”. Moje prace

i plakaty to głównie science fiction.

– No właśnie, właśnie… – Ojciec spuscił głowę i popatrzył na Filipa spod brwi.

– Nie wiesz jak ciężko mi było zostawiać cię samego i jeszcze z tą świadomością, że

zaginąłem na morzu. – Zrobił pauzę i podszedł do okna. To co widzisz, to nasz nowy

dom. To planeta, która nadaje się do życia. Krąży dookoła słońca podobnego do

naszego. Znajdujemy się w tej strefie, gdzie temperatura jest idealna i woda znajduje

się oczywiście w stanie ciekłym. Hmm… co do wody to musieliśmy zrobić

dodatkowy transfer.

– Uśmiechnął się lekko i spojrzał na syna.

– Dodatkowy transfer? Wiesz co się dzieje na Ziemi?! Totalna panika! – Filip chwycił

się za głowę jakby kac wrócił ze zdwojoną siłą.

– Masakra! Coś zamierzasz z tym zrobić?

– Niczego nie cofniemy, niestety…– Ryszard rozłożył ręce w geście niemocy.

– Jakąś dekadę temu dostaliśmy informację z zewnątrz, mam na myśli wiadomość

spoza Ziemi, że od strony środka naszej galaktyki leci w naszą stronę gwiazda

neutronowa o tak wielkiej masie, że zgarnia wszystko co stanie na jej drodze.

Nie wiemy, kto dokładnie przysłał tę wiadomość, ale przedstawili się jako “starsi”.

Byliśmy oszołomieni, wiesz wiadomość od ET…

– Super… Szkoda, że o tym nie wiedziałem…

– I nikt nie mógł się dowiedzieć. W każdym razie nie na tym etapie. Zaczęliśmy

wszystko sprawdzać. Zostały ze sobą połączone wszystkie naukowe, tajne ośrodki

badawcze. I okazało się, że to prawda. Ziemi zostało siedem lat do kontaktu.

– To w tym roku kiedy zaginałeś.

– Tak. “Starsi” otworzyli tunel zwany “mostem Einsteina – Rozena” i zaczęliśmy

“przeprowadzkę”.

– Jaki mamy teraz status “przeprowadzki”?

– Sto trzydzieci siedem milionów, osiemset sześćdziesiąt sześć osób. I rośnie, bo

tydzień temu urodziło się tu pierwsze dziecko.

– Dziecko, które nie jest Ziemianinem. Właśnie, jak nazywa się nasz nowy dom?

– Nibiru.

– Pierwszy Nibirjańczyk?

– Tak.

– Czad… Ewakuacja trwa nadal?

– Niestety nie. Most został zamknięty. Według naszej obserwacji i rachunków

gwiazda neutronowa właśnie pustoszy nasz układ słoneczny i prawdopodobnie

Ziemia już nie istnieje.

– Boże… – Filip usiadł na łóżku i popatrzył z przerażniem na ojca.

– Moi znajomi, wszyscy ci ludzie, którzy tam zostali… Ponad sześć miliadrów ludzi.

– Niestety, selekcja była surowa. Na transfer mogli liczyć tylko ci najbardziej

wartościowi i zdolni.

– A ja też taki zdolny jestem?

– Nie, ale ty jesteś moim synem. – Ojciec uśmiechnął się do Filipa dobrodusznie.

– Najbliżsi tych zdolnych też dostali drugą szansę.

– Dobrze, ale jak duża jest planeta? Nie można było przenieść wszystkich?

– Nibiru jest półtora raza większa od Ziemi, ale tu chodziło o transfer.

Otwarty most nie jest stabilny i nie może być otwarty cały czas. Po prostu zabrakło

czasu. Wiedzieliśmy, że nie zdążymy ze wszystkimi i dlatego musieliśmy wybierać.

– Ok. O co jeszcze spytać? Właśnie. W jakiej części Drogi Mlecznej jesteśmy?

– Filip, to Messier 31, to znaczy galaktyka Andromedy. Jesteśmy ponad dwa i pół

miliona lat świetlnych od starego domu.

Filip wstał i podszedł do okna, przekręcił klamkę i otworzył. Wiatr wiejący od

czerwonych pól rozwiał mu grzywkę. Niósł ze sobą nieznaną woń ziół i zapach

obcych kwiatów.

Ryszard podszedł do syna i położył mu rekę na ramieniu. Filip spojrzał na ojca.

Miał łzy w oczach.

– Niech będzie. – Kiwnął głową jakby na potwierdzenie znaczenia słów.

– Chodź synu. Są tu ludzie, których musisz wreszcie poznać.

 

 

 

4.

 

Zapach odświeżacza do powietrza przypominał górską łąkę.

Sprytnie kamuflował nieprzyjemny odór lekarstw i środków czystości używanych

zwykle w szpitalach.

Ryszard Lorentz stał pochylony nad szpitalnym łóżkiem i płakał.

Pielęgniarka krzątała się po małej prywatnej salce, a obok stał lekarz z kartą

pacjenta w ręku.

– Filip Lorentz… – Czytał – Trzydzieści trzy lata, grafik… Panie Ryszardzie, nie

wiemy, dlaczego pański syn się nie budzi. Zażegnaliśmy bezpośrednie

niebezpieczeństwo zagrażające jego życiu, ale ta śpiączka bardzo nas niepokoi.

I tak uważam, że pański syn miał mnóstwo szczęścia – biorąc pod uwagę skalę

sztormu. Jego przyjaciół przecież nie znaleziono. To była taka mała żaglówka…

W kieszeni lekarza zadzwoniła komórka.

– Przepraszam… – Powiedział lekarz, położył kartę na stoliku i wyszedł z salki.

Za nim po cichu wymknęła się pielęgniarka.

Ryszard stał pochylony nad łóżkiem, w którym leżał podpięty do tuzina kabli i rurek

Filip Lorentz. Stał tam tak i nie mógł uwierzyć w to co się stało. Co powie żonie, która

jutro wróci ze służbowego wyjazdu? Może dziś jeszcze zadzwoni. Co wtedy?

– Filip, słyszysz mnie?

Cisza…

– Lekarz powiedział, że możesz mnie słyszeć…

Brak reakcji.

Ryszard sięgnął po krzesło, postawił je obok łóżka i usiadł na wysokości twarzy syna.

Wyłączył iPhona i zamknął oczy.

 

 

Twarz Filipa była nieruchoma jak pośmiertna maska.

Tylko oczy, które błądziły pod powiekami badały już inny, bardzo oddalony świat.

 

 

 

 

 

Łódź, grudzień AD 2013

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Tylko zerknęłam (za czytanie zabiorę się później, bo szef mi się dziwnie przygląda :) ) i od razu pierwsza uwaga – JUSTOWANIE! Tekst w tej postaci, to horror czytelnika. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Makabra, nie formatowanie kolumny. Enter służy do zamykania akapitu, a nie wyznaczania długości wiersza.

Chciałam przeczytać, ale dopóki tekst będzie tak wrogo do mnie nastawiony, nie przeczytam. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałem, choć w takiej postaci tekst nie zachęca do lektury. Temat dośc interesujący, natomiast wykonanie nie najlepsze: brakujące przecinki, powtórzenia i od czasu do czasu nieporadnie zbudowane zdania. Nie będę przytaczał przykładów, ale jest tego sporo.

Scena z dźwignią w piwnicy wydaje mi się mocno naciągana.

Pozdrawiam

Mastiff

Formatowanie koszmarne. Dlaczego tak?

Pomysł ciekawy, ale skrzywdzony wykonaniem.

Skąd wiedzieli, że trzeba jechać w stronę Bałtyku?

Reszta świata przespała odsysanie wody na Pacyfiku? To duży ocean, ale chyba nie zajmuje dwóch trzecich świata. Zresztą, ciągle ktoś czuwa.

Metoda dojścia do rozwiązania zagadki wydaje mi się zbyt naciągana.

Dźwignia w piwnicy takoż – kto zbudował ten mechanizm, kiedy i po co?

W gwiazdę neutronową zaiwaniającą tak szybko, że zostało jej siedem latek do zaszkodzenia Ziemi, zanim ktokolwiek ją zauważył też nie uwierzyłam.

Ale w obliczu zakończenia to pewnie nie ma znaczenia.

Babska logika rządzi!

Próbowałam przeczytać, ale ponieważ jestem przeziębiona i ogólnie nie w formie, to formatowanie tekstu skutecznie mi uniemożliwiło dotarcie do końca. Wrócę, gdy Autor to poprawi.

Nowa Fantastyka