- Opowiadanie: lisette1 - Spiskiem i lewarkiem

Spiskiem i lewarkiem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

beryl

Oceny

Spiskiem i lewarkiem

 

– Gotowy, towarzyszu? Sprawdziłeś sprzęt? Obiekt jest na miejscu.

– Potwierdzam, wszystko gotowe. Zobaczmy, z kim mamy do czynienia.

 

Na pociągniętych czarną, łuszczącą się farbą drzwiach widniała tabliczka, a na niej napis ”Roman Kwiatkowski”. Były to obskurne drzwi, na końcu umiarkowanie czystego korytarza, w budynku, w którym połowa kibli znajdowała się na półpiętrze. Od pięciu minut waliłem w te drzwi z uporem maniaka – dwa razy szybko, raz wolno, zgodnie z instrukcjami – chociaż od dobrych trzech wiedziałem, że nie ma to najmniejszego sensu. Brak jakiejkolwiek reakcji utwierdził mnie w przeświadczeniu, że list spoczywający w kieszeni mojego prochowca nie jest kiepskim żartem. Roman zniknął jak kamfora, wsiąknął niczym woda w gąbkę.

Jego komórka milczała od trzech dni, nie zjawił się też na cotygodniowym mitingu AA. Nie, mój przyjaciel nie był anonimowym alkoholikiem, pomagał innym zwalczać nałóg.

Sięgnąłem do kieszeni prochowca po list, który dzisiaj został mi dostarczony na mój prywatny adres. Stempel pocztowy wskazywał, iż został nadany trzy dni temu, czyli plus minus w momencie zaginięcia Romana. Otworzyłem pospiesznie spisany ręcznym pismem świstek papieru:

„Najdroższy przyjacielu, jeśli kiedykolwiek z jakichkolwiek powodów uznasz, iż mogło mnie spotkać coś złego, zaniechaj błędnych wniosków. Wybacz nie mogę nic więcej powiedzieć.”

 

– Myślisz, że w to uwierzył?

– Gdyby tak było, nie sterczałby teraz pod drzwiami mieszkania.

– Istnieje zatem cień nadziei, że będziemy musieli się nim zająć, kolego. Czy Agentka X jest gotowa?

– Gotowa.

 

Miałem zatem trudny orzech do zgryzienia, gdyż Roman, co tu ukrywać, był postacią dość specyficzną, świrował na punkcie szpiegów, zdrajców i zimnej wojny. Ubzdurał sobie, że sam prezydent Rosji się na niego uwziął, a jego szpiedzy chcą go zwerbować. Kiedyś nawet wspomniał, że pochował wszystkie lustra w domu, gdyż twarz Putina prześladuje go, gdy tylko w nie zajrzy. Właśnie te absurdalne hipotezy sprawiły, że nie miał przyjaciół. No dobrze, zostałem mu tylko ja. Już od dłuższego czasu podejrzewałem, że dzieje się u niego coś złego. Zamykał się w sobie, nie odpowiadał na telefony, nie pojawiał się na umówionych spotkaniach, jednak góra po kilku godzinach oddzwaniał i informował, że wszystko jest okej. Tym razem sprawa trwała zbyt długo. I jeszcze ten list…

Schyliłem się, by spod wycieraczki wydostać klucz. Swoją drogą, trochę banalna skrytka jak na kogoś owładniętego teorią spisku. Gdy się podnosiłem, usłyszałem skrzypnięcie sąsiednich drzwi. Na klatkę schodową wyłoniła się najpierw głowa, później cała sylwetka. Musiała być to niejaka Lady Makbet, jak zwykł mawiać Roman.

Przylizane, siwe włosy, pociągła twarz i granatowa sukienka, niczym u siostry miłosierdzia.

– Romka nie ma – oznajmiła. – Ten krętacz, pan sobie wyobrazi, pożyczył ode mnie pumeks i cham jeden oddać nie raczył aż do dziś. Pukam i pukam i nic. – Przyjrzała mi się badawczo, być może w poszukiwaniu upragnionego pumeksu. – Pan chyba się nie włamuje?

– Nie, klucz posiadam, szanowna pani – odparłem.

Roman i pumeks? Dziwne, żeby nie powiedzieć dziwaczne. Paznokcie obcinał dopiero, gdy buty robiły się za ciasne i nagle o stopy zaczął dbać? Pożyczonym od Lady Makbet pumeksem?

– To nawet lepiej, wejdę z panem i odbiorę, co moje. Niech chamidło nie myśli, że mu to płazem puszczę. Pięty przecież mam jak Hobbit.

Wnioskując po ksywce, nie miałem najmniejszych szans, aby się pozbyć Lady Makbet, gdyż jak wiadomo, ta po trupach do celu dąży. A propos trupów, uprzedzać nie zamierzałem, iż wchodzi na własną odpowiedzialność, ponieważ wielce prawdopodobne, że w tym właśnie mieszkaniu znaleźć się mogą zwłoki chamidła.

– Panie przodem – powiedziałem, gdyż tego wymagało dobre wychowanie, nie zaś kurtuazja podszyta strachem.

Mieszkanie Romana, choć duże, bo liczące sobie sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych, było przykładem osobliwej graciarni. Zbieractwo rozpoczęła już świętej pamięci mamusia Romana – Lidia Kwiatkowska – jakieś sto lat temu. Przez cały wiek trochę się tego nazbierało.

– Święty Boże – zawyła Lady Makbet – toć tu żyć się nie da. Co to za niechluj jeden, cham i łgarz z tego Romka.

Faktycznie, mieszkanie prezentowało się tragicznie, nie dlatego, że Roman nie sprzątał lub gromadził zbyt wiele przedmiotów, ale dlatego, że ktoś tu się perfidnie włamał. Co prawda śladów włamania na drzwiach nie zauważyłem, ale bałagan jaki panował w przedpokoju, a także w salonie i, jak się poniewczasie okazało, w kolejnych pomieszczeniach, jednoznacznie wskazywał na popełnienie przestępstwo. Nie zamierzałem wyprowadzać Lady Makbet z błędu. Niech sobie myśli o Romanie co chce, zabiera pumeks i znika. Niestety stara ani myślała wracać do siebie. Zamiast udać się do łazienki, usiadła nad piramidą książek, podpierającą jedną ze ścian i zaczęła je przeglądać.

 

– Rozgląda się po mieszkaniu, myślisz kolego, że coś znajdzie? Sprawia wrażenie bystrego faceta.

– I jest bystry. Z takimi jak on nigdy nic nie wiadomo.

– Zatarliśmy tyle śladów, ile się dało. Agentka Q gotowa do wejścia.

– Niech czeka na mój znak.

 

Wykorzystałem chwilę swobody i zlustrowałem mieszkanie. Rzeczy Romana nie były, co prawda na swoim miejscu, ale z mieszkania nie zniknęły. Żadnych śladów krwi, walizki w pawlaczu. Nawet portfel wraz z dokumentami, tkwił wśród ogólnego rozgardiaszu; powyciąganych szuflad, rozrzuconych ubrań i potłuczonych wazonów, nietknięty na stoliku nocnym w sypialni Romana. Ale gdzie był Roman? I czego chciał, u licha, włamywacz? Romana? Chyba musiałem walnąć sobie jednego old forestera, żeby wytrzymać to nerwowo.

Wróciłem do salonu i dopadłem barku przyjaciela. Jak na terapeutę AA miał niezłą kolekcję alkoholi. Napełniłem szklaneczkę Burbonem i chlusnąłem na raz. No, teraz mogłem myśleć. I zrobiłbym to, gdyby nie głośne, natarczywe pukanie. Wyszedłem na korytarz, żeby upewnić się czy słuch mnie nie myli. Nie mylił. Lady Makbet zdawała się być zbyt pochłonięta lekturą, ja natomiast postanowiłem zignorować delikwenta, zapewne kolejnego, od którego Roman coś pożyczył i nie oddał. To był krok we właściwym kierunku, niestety nie uczyniłem nic więcej. Trzeba było zaryglować drzwi i siedzieć cicho. Minutę później do mieszkania weszła Patafianowa spod trójki, z lewarkiem w jednej ręce i ścierą do mycia naczyń w drugiej. Wdowa po Patafianie wyglądała dzisiaj mizernie. Od kiedy Patafian ulotnił się z jej forsą, moją forsą i forsą Romana, wszyscy przędliśmy cienko. Dlatego właśnie przylgnęła do niej ksywka Patafianowa. Nie jej wina, że mąż okazał się szubrawcem, ale obrączka do czegoś zobowiązuje.

– Dobry, dobry, czego szukają? – zapytała.

– Romana – odparłem zgodnie z prawdą, podejrzliwie przyglądając się trzymanym przez nią narzędziom.

– A, to go nie ma. Jak chcą posłuchać, to powiem, co wiem – rzekła, wpraszając się do środka.

Spojrzeliśmy po sobie z Lady Makbet, skinąłem głową. Patafianowa wpakowała się do salonu. Jednym ruchem ręki zrzuciła z fotela szpargały i rozsiadła się wygodnie. Makbetowa nie chcąc być gorsza, przytaszczyła z kąta bujany fotel, ja zająłem swoje wcześniejsze miejsce, na podniszczonym krześle.

– Niech napełnią. – Machnęła ręką Patafianowa.

Nachyliłem się do barku i sięgnąłem po dwie szklanki oraz butelczynę old forestera. Polałem wszystkim.

– Proszę mówić – poleciłem.

Patafianowa, szczupła kobieta koło czterdziestki, o dość przyjemnej dla oka powierzchowności (gdyby tylko zechciała częściej myć blond włosy), wlała w gardło Burbon, sapnęła i zapytała:

– A wy to właściwie kto?

– Biedny – przedstawiłem się, bo chyba zapomniała.

– A, to tak, jak ja. Dobrze pan do Romcia trafił.

– Nie, nie, ja Kazimierz Biedny, po ojcu.

– A męski to pan po mamusi. Kapcie pan masz, bo zimno w stopy?

– Niestety, ale może jeszcze szklaneczkę Burbona na rozgrzewkę? – zaproponowałem, przelotnie zerkając na dziurawe skarpety.

– A chętnie. – Bez oporów podsunęła naczynie. – Mieszkam nad Romciem, to słyszę, co robi. Chciałam pieniądz pożyczyć, bo mnie do ostatniego zabrakło, to wlazłam na górę. On zawsze szczodry taki, groszem poratował. Trzy dni temu to było. Do jasnej Anielki w decybele kopanej, pukam, pukam, ale nie otwiera, a słyszę przecie, że w domu jest. Coś jakby gadał, tylko do siebie. Nie wychodził nigdzie, bo polowałam na niego. A Romcia nie ma. Zagadka, aż się dupa marszczy.

Roman szczodry? Cóż to za niewłaściwy przydomek. Czy myśmy mówili o tej samej osobie? Coś mi tu śmierdziało.

– Wszedł, ale z mieszkania nie wyszedł – potwierdziła Lady Makbet.

– Cuda na kiju – przytaknęła Patafianowa.

– Także, wiecie państwo – kontynuowała Lady M. – na Romka czekałam, ale się nie doczekałam. Pan szanowny, rozumiem, też nie zorientowany, gdzie to chamidło się podziewa? Ani nie domyśla się pan, co się mogło stać?

– W tym sęk, że nie. Ale mówi pani – zwróciłem się do Patafianowej – że jak wszedł tu trzy dni temu, to nie wyszedł?

– Na dwieście procent. Jednej nocy to sobie nawet pod drzwiami rozwinęłam. – Patafianowa podsunęła mi pod nos pustą szklankę.

Wypełniłem obowiązek pana domu, równocześnie zastanawiając się o czym ona do mnie mówi. Patafian zawsze powtarzał, że żonę sobie wziął inteligentną, dopiero później jej przeszło.

– Co pani rozwinęła? – Po prostu musiałem zapytać.

– A śpiwora i czekałam.

Jakaś szurnięta, wywnioskowałem, w dodatku chyba już wiedziałem, dlaczego Roman bał się opuścić mieszkanie.

– Dobry był z niego sąsiad – mówiła z rozrzewnieniem Lady M. – Lubił dzieci, nawet bardziej niż koty i kanarki.

Dlaczego użyła czasu przeszłego?

– Czy ktoś tu może w ciągu ostatnich dni zaglądał ? – zapytałem, czując, iż puls gwałtownie mi przyspiesza. Obie te kobiety wydały mi się nad wyraz podejrzane.

– Tylko Wpadł.

– Kto wpadł i kiedy? – zainteresowałem się żywo.

– On się tak nazywa, Wpadł. Hieronim Wpadł, z parteru. O mało mnie przepukliny nie przyprawił, Decybel jego w ciemię kopany patałach. Jak żem leżała, pod drzwiami, to uwierzą, że wpakował mi się buciorami na brzuch.

– Straszne – stwierdziłem. – Szczęście dla niego, że nie w życie.

Chryste Panie, może Roman się zwyczajnie powiesił, mając takich sąsiadów.

 

W tym mieszkaniu pełnym szaf, komód, komódek, stołów z pchlego targu i regałów uginających się pod ciężarem książek, nie trudno byłoby przegapić słonia. Jeśli więc Roman faktycznie tutaj był, nasuwała się jedna konkluzja, a mianowicie: mój przyjaciel już jest zimnym trupem. Tylko czy wtedy w mieszkaniu nie unosiłby się odór rozkładającego się ciała? Może więc obie jego sąsiadki coś uknuły, trupa wyniosły w dywanie, a tych ci tu pod dostatkiem, i teraz chcą pozbyć się mnie? Lewarkiem?

 

– Agentka X i Agentka Q przeszły dopiero wstępne szkolenie. To nasze nowe nabytki. Co sądzisz?

– Mają predyspozycje.

– Ich zadaniem jest zdezorientować obiekt. Uważasz, że on coś podejrzewa?

– Jak do tej pory nie dał nic po sobie poznać. Zaczynam się obawiać, czy misja się powiedzie.

– Poczekamy, zobaczymy, nie ma, co biadolić.

 

Odchrząknąłem nieco nerwowo, przeprosiłem panie i udałem się do klopa. Roman miał to szczęście, że zaliczał się do grona szczęśliwców, którzy posiadali kibel w mieszkaniu, nie na półpiętrze. Zaryglowałem drzwi i usiadłem smętnie na zamkniętym klozecie, otoczony błękitem peerelowskich kafelków. Zamyśliłem się. Jeszcze raz sięgnąłem do prochowca po list od przyjaciela. Co mogły oznaczać słowa: „Nie mogę nic więcej powiedzieć”? Czy Roman mógł przypuszczać, że Patafianowa i Lady Makbet będą chciały się go pozbyć? Byłem coraz bardziej nerwowy, coraz bardziej skołowany tą sprawą.

Wyciągnąłem paczkę papierosów i pudełko zapałek. Wyłuskałem szluga i zapaliłem. Dusząca woń tytoniu przynajmniej stłumiła zapach uryny. Przed sobą miałem stojak na gazety. Pod nosem leżał akurat „Fakt”. Sięgnąłem po niego bez większego przekonania, przewertowałem, zawieszając wzrok na otoczonym czerwoną pętlą artykule „Szpieg Putina w Polskim rządzie”. Czyżby jednak Roman wmieszał się w jakąś większą aferę? Może ta Patafianowa to jakaś ruska jest?

Odłożyłem gazetę na kupkę jej podobnych i wtedy rzucił mi się w oczy periodyk dotąd niespotykany w domu Romana. Złapałem za egzemplarz „Nowej Fantastyki”. Roman i fantastyka, to nawet dobrze nie brzmiało w jednym zdaniu i musiało coś oznaczać. Przyjaciel obejrzał co prawda, raz czy dwa, „Władcę Pierścieni” i „Harry’ego Pottera”, ale nie pasjonował się fantastyką, nie wierzył w takie rzeczy. Może w wiedźmy, bo kiedyś tak nazwał Patafianową lub w duchy, gdyż często wspominał mamusię, ale nie do tego stopnia, żeby kupować „Nową Fantastykę”. Słyszałem co nieco o tym magazynie, ale jakoś nigdy nie miałem sposobności, by zajrzeć do środka. I właśnie się nadarzyła.

Otworzyłem pismo i nic, tylko te bzdurne, wyssane z palca historie o dziwadłach. Jednak w domu mego przyjaciela stanowiło osobliwość nie z tej planety. Musiała tu być jakaś podpowiedź. Pomyślałem, że jeśli będę się wystarczająco długo w nie wpatrywał, być może czegoś się dopatrzę.

 

– Miejmy nadzieję, że nie spali naszej akcji.

– Zaczynam prawdziwie wątpić w jej powodzenie, kolego.

– Co on robi?

– Chyba czyta.

– Możesz zrobić zbliżenie, chcę zerknąć, co czyta.

– Proszę bardzo, kolego. „Cała prawda o Angletterre”.

– Skontaktuj się z agentką X, niech go sprawdzi.

 

Wpatrywałem się z niepokojem w wytłuszczony druk zaciągając się papierosem. „Cała prawda o Angletterre”. Byłem pewien, że coś mi umyka. Roman nie zostawiłby tego pisma bez powodu. Zamknąłem oczy i potarłem czoło. Dlaczego „Nowa Fantastyka”? Może powinienem myśleć niesztampowo? Zamiast zimnej kalkulacji czysty irracjonalizm? Należało pozwolić dojść do głosu teoriom nieprawdopodobnym?

Otworzyłem oczy i ponownie spojrzałem w tekst. Tym razem wydarzyło się coś niezwykłego. Ujrzałem litery zakreślone w kółka, czego mogę przysiąc, nie było tam wcześniej. Znikający atrament? Cały Roman! W ten właśnie genialny sposób zostawił mi wskazówki. Wyciągnąłem komórkę i zacząłem zapisywać pojedyncze litery. Znaki ułożyły się w następujące wyrazy: Narnia, lustro. To mogło oznaczać dosłownie wszystko.

Usłyszałem kroki na korytarzu.

– Panie kochany, wszystko dobrze? – To była Lady Makbet.

W przypływie paniki złapałem za szczotkę do klozetu i tak uzbrojony odpowiedziałem.

– Dobrze, dobrze. Niepotrzebnie ogórki jogurtem zapijałem. Zaraz wyjdę.

– Pan ma bardzo ładne perfumy, szkoda byłoby efekt zepsuć – stwierdziła, następnie odezwała się już ledwie słyszalnym zza drzwi szeptem. – Myśli pan, że ona tam myśli, że Romuś tu jest?

– Nic nie myślę, a tym bardziej wątpię, że ona w ogóle myśli, szanowna pani. Zaraz wyjdę – rzuciłem dosadnie.

Odgłos oddalających się kroków ucichł. Postanowiłem opuścić cichaczem klop i poszukać tego lustra. Zgasiłem peta w muszli, spłukałem i dla bezpieczeństwa klozet – szczotkę zabrałem ze sobą. Przeczuwałem, że nie mogę ufać Patafianowej i Lady Makbet, a innej broni na podorędziu nie miałem.

W ciemnym korytarzu rozmyślałem nad zagadką pozostawioną przez przyjaciela. Narnia kojarzyła mi się z szafą. Co do luster, to Roman wyzbył się wszystkich. Ale, ale… Coś mi zaświtało. Był jeszcze pokój świętej pamięci mamusi, Lidii Kwiatkowskiej. W pomieszczeniu tym stała stara, zasłużona szafa, a w niej po wewnętrznej stronie drzwi, lustro. Pamiętałem, gdyż sam tę szafę z Romanem dla szanownej mamusi w pokoju ustawiałem. Obrałem kierunek na prawo, uważając, aby przypadkiem nie wpaść na walające się po korytarzu klamoty przyjaciela.

 

– A niech mnie! Domyślił się, jest u celu.

– Musimy się przygotować.

 

Z należytą ostrożnością otworzyłem drzwi, uważając, by nie wydały niepożądanych dźwięków. W pomieszczeniu unosił się dławiący, mdły zapach kulek na mole. Szafę zobaczyłem od razu. Przycupnęła w rogu pokoju, z każdej strony zastawiona pudłami. Zapaliłem światło, dopchałem się jakoś do celu, porozsuwałem kartony i chwyciłem za wyszczerbione gałki, mając dziwne przeświadczenie, że gdy tylko ją otworzę, z czeluści dębowej garderoby wyskoczy Roman. Przeczucie mnie jednak zawiodło. Wnętrze było dziwnie puste, zupełnie nie korelowało z resztą zagraconego mieszkania. Otworzyłem szerzej skrzydło szafy, to z lustrem. I nic. Spoglądała na mnie znajoma twarz, moja twarz, uściślając piegowata, z zarostem, którego nie chciało mi się dzisiaj zgolić. Już, już myślałem, iż trafiłem pod niewłaściwy adres, gdy powierzchnia zwierciadła zafalowała i pojawiła się surowa, wąsata facjata.

– Gratuluję panu – powiedział mężczyzna. – Udało się.

W pierwszej chwili odebrało mi mowę, zaraz później zmitygowałem się i zapytałem, wymachując dla efektu klozet – szczotką:

– Gdzie jest Roman?

Pożałowałem, że częściej nie czytałem tych fantastycznych pierdoł, być może wówczas wiedziałbym z jaką to nową technologią mam do czynienia. Gadające lustro? Ekran LC– coś tam? Smartmirror? Czegóż te Ruskie nie wymyślą?

– Pański przyjaciel jest tutaj ze mną.

– Gdzie dokładnie?

– W ZSRR – odpowiedział mężczyzna, uśmiechając się przyjaźnie.

– Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich?

Krew się we mnie zagotowała. Dorwali Romana! Pewnie już zsyłają go na Sybir.

– Ależ skąd szanowny panie, w Zalustrzanej Samodzielnej Republice Romantyków, w skrócie ZSRR. Towarzysz Bonifacy Biernacki, jestem bezpośrednim przełożonym pańskiego przyjaciela, a pan zdał właśnie test.

– Test? – warknąłem.

– W rzeczy samej. Odszukał pan „Nową Fantastykę”, dojrzał rzeczy niewidoczne dla człowieka pozbawionego pewnych nadnaturalnych zdolności i dotarł tutaj. Lustro jest portalem do innego wymiaru. Roman dla nas pracuje. Za pośrednictwem „Nowej Fantastyki”, podobnie jak reszta agentów, składa nam zaszyfrowane raporty. Poznał pan już nasze Agentki X i Y.

Patafianowa i Lady Makbet? Wiedziałem, że są podejrzane.

– Uznaliśmy, w zasadzie to towarzysz Roman uznał, iż nadaje się pan na Agenta. Witamy w szeregach.

Czułem, że lada moment stracę nad sobą panowanie. Wciskać mi takie dyrdymały! Roman w innym wymiarze? Ja szpiegiem rosyjskich romantyków? A mój pseudonim to może Puszkin? Takiego wała!

Wziąłem zamach i jak nie walnąłem w lustro. Rozpadło się na tysiąc kawałków.

 

– Do diabła. Nie udało się, nie uwierzył!

– Przecież dostrzegł litery ukryte przez magię, dotarł do portalu. Sam list ode mnie był magiczny. Gdyby nie miał predyspozycji, w ogóle by go nie odczytał.

– Towarzyszu Romanie, czasami umysł ludzki jest zbyt zamknięty, zbyt pragmatyczny, by pojąć i zaakceptować niewytłumaczalne. Szkoda, wielka szkoda. Wiesz, że ZSRR ma wielu wrogów, przydałby się nam taki wybitny adept, tutaj, po drugiej stronie, aby chronić naszych tajemnic.

– Właśnie dlatego, pomyślałem o Kazimierzu, gdy okazało się, że chcą zakazać uprawiania fantastyki. Musimy z tym walczyć.

– Bez dwóch zdań. Na wszystkich Romantyków, spójrz! Ogłaszam alarm trzeciego stopnia!

-Matko jedyna, co on robi?! Agentko X! Kazimierzu, opamiętaj się, przyjacielu.

– Nie słyszą nas! Mój Boże, odebrał Agentce Y lewarek. Co za rzeź! Towarzyszu Romanie, ratuj Agentkę Y!

– A Kazik?

– Nie jest jednym z nas! Pospiesz się, ściąga poroże ze ściany.

 

Siedziałem na rozklekotanym krześle w salonie. Dyszałem ciężko, dłonie ociekały mi krwią. Lady Makbet i Patafianowa były martwe. Ich ciała spoczywały na dywanie wśród wielu innych przedmiotów. Patafianową zatłukłem lewarkiem. Z oczodołu Lady Makbet wstawał kawał poroża jelenia. Zamierzałem obie upchnąć do szafy. Może i dopadli Romana, ale mnie nie dopadną! Nigdy!

– To za ciebie Roman! – powiedziałem, wlewając w gardziel old forestera.

Nagle coś huknęło w korytarzu, usłyszałem donośne kroki i w drzwiach pojawił się Roman, żyw i zdrów. Szklanka wypadła mi z rąk. Kawałki szkła rozsypały się po podłodze. Z przerażeniem spojrzałem na ciała zabitych kobiet i znów na Romana. Czy był prawdziwy?

– Przyjacielu, czy to ty?

Musiałem mieć jakieś omamy.

– Kazimierzu, coś ty narobił najlepszego? – odezwał się. – Mogłeś uwierzyć. Mogłeś być jednym z nas. Poznać nowy, fantastyczny świat. Dlaczego? – Popatrzył na mnie smutno.

– Ja… ja…

– Nie tak miało być, przyjacielu. Gdybym choć w najmniejszym stopniu w ciebie wątpił, nigdy nie poddałbym cię próbie. Wyraźnie wyczułem u ciebie nadnaturalne geny. Były uśpione. Tyle wspólnych lat… Kazik, mój druhu muszę to zrobić. Zabiłeś naszych. Rozumiesz?

– Tak, zabiłem – przyznałem, a głos mi drżał.

– Nie mam innego wyjścia. Wybaczy mi.

Wymierzył we mnie broń i strzelił…

 

– Przykro mi, towarzyszu. Czekam na raport. NF jak zawsze.

– Jutro, jutro, kolego.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł, podobało mi się przeplatanie dialogów narnijskich i właściwej narracji.

Mieszkam nad Romciem, to słyszę, co robi. Chciałam pieniądz pożyczyć, bo mnie do ostatniego zabrakło, to wlazłam na górę.

To kto w końcu mieszka wyżej?

– Agenta X i Agentka Q

Literówka.

Odkładając artykuł na kupkę jemu podobnych, rzucił mi się w oczy periodyk dotąd niespotykany w domu Romana.

W zdaniach tego typu nie wolno zmieniać podmiotu, bo wychodzi, że to periodyk odłożył artykuł.

Babska logika rządzi!

Dziękuję, błędy poprawiłam. Co do wypowiedzi Patafianowej, to już usunęłam nieścisłość :)

Otworzyłam przypadkiem, gdyż celowałam w to wyżej o piratach. Uśmiałam się.  Podobał mi się klimat opowiadania. Lekkie i przyjemne w odbiorze z zaskakującą końcówką. Spodziewałam się, że Roman po prostu siedzi gdzieś zaczytany w gazetę, a tu takie bum. 

Zbyt mało wiem, by być niekompetentnym.

Bardzo dobre opowiadanie! Podobało mi się. Niektóre kwestie w dialogach trochę przerysowane, ciężko się czytało chwilami,  ale poza tym bardzo dobrze. Szkoda, że tak bez echa jakoś przeszło. 

Dzięki wielkie S. Leiss. Cieszę się, że doceniłaś moje opowiadanie.

Przeczytane. Komentarz po ogłoszeniu wyników :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka