- Opowiadanie: syf. - Kocia mama

Kocia mama

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

ryszard

Oceny

Kocia mama

 

I

– Józuś, Maciuś, Halinka, Szymuś! – zaterkotała kobieta. – Chodźcie na obiadek.

Z krzaków, miaucząc, wypadły trzy dachowce i jeden po drugim wskoczyły na parterowy balkonik starej poniemieckiej kamienicy.

– Józuś, Maciuś… – kontynuowała.

Piętro wyżej siedziało dwóch lujów, którzy popijali tanie piwo z supermarketu.

– Pierdolnięta kurwa sprasza te koty do domu, a potem jebie szczynami na całej klatce. Jeszcze z nimi gada.

– Nie powiem, Zdzisiek. Capi u was, jak, nie przymierzając, w kiblu na dworcu.

– Bogdan, słuchaj. – Zaśmiał się. – Wcześniej miała cztery, ale jednego zmieliło w śmieciarce. A jak mnie kiedy nerw weźmie, to wytruję resztę tych skurwysynów.

Nagle z okna wychyliła się kociara i, patrząc w górę, powiedziała:

– Spróbujesz się odezwać do moich dzieciątek, to ci wypruję bebechy. One już dostatecznie dużo wycierpiały.

– Dzieciątek? – zarechotał Bogdan.

– Przygarnij se jakiegoś gacha, bo ci się pizdokurwica na mózg rzuciła – krzyknął Zdzichu, upiwszy piwa. – A jak jeszcze raz zobaczę wsiarza na schodach, to jak Boga kocham, upierdolę mu łeb!

– Spróbuj – wysyczała i zatrzasnęła okno.

 

*

Kilka dni późnej Bogdan przyszedł odwiedzić Zdzicha. Wtoczył się na wyłożoną mozaikami posadzkę korytarza, zastanawiając się, po jaki chuj komuś chciało się układać tyle kamyczków, skoro można było zalać betonem. Znał się na tym, bo kiedyś pracował na budowie, ale po tym, jak spadł z rusztowania, została mu jedynie renta inwalidzka. Pieniądze jednak zdążył już w tym miesiącu przeświętować – w końcu imieniny same się nie opiją.

Wszedł na piętro i zaczął dobijać się do drzwi.

– Zdzichu! Zdzichu, otwieraj, bo mnie suszy jak sam skurwysyn.

Zaskrzypiało uchylone na półpiętrze okno.

– Zdzichu, jesteś?

Miał już pójść sobie na ogródki działkowe, ale pomyślał, że może Zdzisiek gdzieś wyszedł i jednak nie zamknął mieszkania na klucz. Naparł więc na klamkę z przesadną siłą.

Drzwi nie były zamknięte, on nie był trzeźwy – więc wleciał do środka jak Messerschmitt i rozbił się na podłodze.

– O kurwa mać – sapnął.

Przed sobą zobaczył leżącego w wejściu do kuchni Zdzicha. Z jego pleców sterczała drewniana rękojeść noża. Podłogę pokrywała kałuża krwi.

– Ratunku! – zawył Bogdan. – Policja!

– Józuś, Maciuś… – zaczęła litanię baba z parteru.

 

*

– Dzień dobry – powiedział policjant. – Chcieliśmy zadać pani kilka pytań.

– Dzień dobry – odparła kobieta.

Wyglądała na niecałe czterdzieści lat, ale postarzały ją zniszczone włosy i zmęczone spojrzenie. Ubrana była jednak w starannie wyprasowaną garsonkę. W mieszkaniu czuć było kotami.

– Słyszała pani w ciągu ostatnich pięciu dni jakieś odgłosy z góry, to znaczy z mieszkania pana Gawrona?

Dalej stali w drzwiach.

– Panowie policjanci może nie wiedzą, ale ten pan spod czwórki pił piwo i prowadził w swoim mieszkaniu melinę i dom publiczny. Zapraszał tam takie panie spod latarni i przychodzili jego koledzy. Takie same, proszę panów za przeproszeniem, nieroby.

– Rozumiemy. Chodzi nam o hałasy, kłótnię, może bójkę.

– Nie, na szczęście ostatnio zrobiło się cicho. Ten pan straszył moje maluszki. Maciuś nie chciał spać. Mówił, że się boi pana spod czwórki. A Halinka płakała, bo przestraszyła ją jedna z tych pań lafirynd.

Policjanci popatrzyli na siebie, a potem na liżącego łapkę kota, który siedział na podłodze. Zwierzak rzucił na nich niedbałe spojrzenie, a potem wstał i leniwie poczłapał w stronę balkonu.

– Maciuś chyba ma się dobrze – mruknął policjant.

– Od kiedy ucichły te ekscesy na górze, to tak. Na szczęście…

– Proszę pani, nie na szczęście, bo pan Gawron nie żyje.

– O. – Kobieta pokiwała głową. – Przyszła kryska na matyska.

– No dobrze. Tu, proszę – wypisał formularz – jest wezwanie na komisariat celem przesłuchania w charakterze świadka.

– Dobrze, przyjdę – powiedziała, odwracając się. – Panowie, zostawcie otwarte drzwi, przeciąg przewietrzy mieszkanie.

Odwróciła się, a policjanci dostrzegli na tyle jej spódnicy sporą zeskorupiałą plamę kału.

 

*

– Niech będzie pochwalony – zaczęła, klęknąwszy przy konfesjonale.

– Niech będzie – odparł ksiądz, ziewając.

– Ja chciałam księdzu powiedzieć, że zrobiłam bardzo złą rzecz.

– Tak, córko?

– Skrzywdziłam kiedyś moje maluszki. Bardzo je skrzywdziłam.

– To znaczy?

– To nieważne – szepnęła konspiracyjnie. – Bo teraz pozbyłam się szatana, który chciał je skrzywdzić.

– Jakiego znowu szatana?

– Takiego czarnego, a jakiego. I śmierdzącego. Powiedział, że im główki pourywa…

– Siostro, to jest dom boży.

– …no to ja mu łeb urwałam.

– I z tego siostra chce się wyspowiadać? – mruknął zrezygnowany, zrozumiawszy, z kim ma do czynienia.

– Nie. Bo teraz moje dzieciaczki już z powrotem mnie kochają. – Szeroko się uśmiechnęła. – Wybaczyły mi.

– A co z grzechem?

– Nie ma już żadnego grzechu. Muszę już iść, bo Józuś, Maciuś, Halinka i Szymuś na pewno już zrobiły się głodne. Pochwalony!

– Pochwalony… – stęknął kapłan, pukając w deskę konfesjonału.

 

II

– Józuś, Maciuś, Halinka, Szymuś! – wczesnym świtem wołała kobieta z wnętrza mieszkania, gdy policjanci wchodzili do kamienicy.

Słychać ją było w wejściu, ozdobionym misterną wielobarwną mozaiką z kwiatowym motywem. Zadudniły buciory. Trzej policjanci stanęli przed drzwiami.

– Siadajcie do śniadanka, mamusia zaraz wam da jeść.

– Wcześnie wstała – powiedział pierwszy funkcjonariusz.

– Jak jutrzenka – rzucił drugi. – Pierdolone koty mają lepiej jak niektórzy ludzie.

– Zabezpieczacie balkon? – oficer zapytał przez radio.

– Tak jest.

– No to pukamy.

– Policja! Otwierać!

Walnął trzy razy w drzwi.

– Szymuś, mamy gości. Może otworzysz, Halinko? Nie? To mamusia zobaczy, kto to przyszedł.

– Policja!

Kobieta otworzyła jeden zamek, potem drugi, następnie zdjęła łańcuch.

Policjanci stali w gotowości do akcji.

Otwarły się drzwi.

– Jemy teraz śniadanie, a panowie przeszkadzają.

– Pani pójdzie z nami.

– Za chwilkę – spokojnie odpowiedziała. – Muszę nakarmić dzieci i poprosić sąsiadkę, żeby się nimi zajęła.

Popatrzyli na dwa koty, z podniesionymi ogonami kręcące się woków stołu. Na obrusie leżały cztery talerze, na każdym była kromka chleba i plaster szynki, obok po szklance parującego kakao.

– Kotom się nic nie stanie – powiedział policjant. – Wezwiemy kogoś ze schroniska.

– Jakim kotom? To moje dzieci. – Cofnęła się w głąb pokoju.

– Tu nie ma żadnych dzieci. Idziemy.

– Nie! – zaczęła wyć, gdy do niej podeszli. – Nie zabierzecie mnie od dzieci! Bydlęta!

 

*

Z drugiego pokoju wyszło niepewnie czworo malców. Trzej chłopcy i dziewczynka, od najstarszego do najmłodszego. Każde odziane w białe ubranko i brązowe buciki.

– Co pan robi mojej mamusi?

– Kurwa mać, to ona ma dzieci? – rzucił oficer, założywszy kobiecie chwyt defensywny. Drugi policjant szykował kajdanki.

– Dlaczego ten pan bije mamę?

Dziewczynka rozpłakała się.

– Sprawdzałeś w MOPSie?

– Sprawdzałem – powiedział policjant.

– Taa, chuja sprawdzałeś.

Chlipanie zamieniło się w głośny płacz, a potem w ryk. Dziecko stało na środku pokoju i wyło.

– Co się gapisz? – krzyknął oficer. – Powiedz chłopakom, żeby wezwali pogotowie opiekuńcze.

– Proszę zostawić moją mamę. Proszę!

– Dlaczego pan krzywdzi mamusię?

– Józuś, Maciuś! – wołała kobieta. – Ratujcie mamusię! Mamusia wam pokazała, że was kocha. Pokażcie mamusi, że też ją kochacie!

Funkcjonariusze założyli kobiecie kajdanki.

– Proszę, proszę… – jęczeli chłopcy. – Proszę zostawić mamę..

Malcy podeszli i zaczęli obłapiać policjantów. Kobieta się szarpała i zaczęła wierzgać nogami. Jej kapcie poleciały w kierunku sufitu, jeden zawisł na żyrandolu. Policjanci zaczęli ją ciągnąć w stronę wyjścia. Zrolował się dywan, przewrócił stolik ze śniadaniem. Dzieci wiły się, łapały za nogawki, drapały po dłoniach, wspinały się wyżej, chwytały się pasów…

Nagle padł strzał…

– Co jest? – ryknął funkcjonariusz, padając na ziemię.

…a potem kolejne.

 

*

– Ja cię pierdolę – mruknął komendant. – Ale bajzel.

Popatrzył na paru prokuratorów, którzy dyskutowali na korytarzu. Technicy uwijali się przy zwłokach. Za taśmą tłoczyła się grupa gapiów.

– I to wszystko zrobiła jedna wariatka? – powiedział do stojących na zewnątrz policjantów. – W dodatku w kajdankach?

Obok przewróconego stołu leżały ciała dwóch policjantów. Krew, która z nich wypłynęła, zmieszała się z rozlanym kakao. Wsiąkła w kromki chleba. Napuchłe pieczywo zmieniło się w ohydną breję.

– Rutynowe, kurwa, zatrzymanie miało być.

– Młodszy posterunkowy Majewski, ten w szpitalu, mówił o dzieciach. Czworo bachorów, trzech chłopców i wyjąca dziewczynka.

– Przecież wariatka nie ma dzieci. Sprawdziliśmy dodatkowo w urzędzie miejskim.

– Może coś mu się przywidziało…

– Dobra, na razie siedźcie cicho w sprawie tych dzieci.

Po chwili z wnętrza mieszkania popłynęły okrzyki i przekleństwa.

Potem przylazł technik z aparatem.

– Ale mamy, kurwa, znalezisko. Będzie sprawa jak w Łodzi.

– Co znowu?

Pokazał zdjęcia: cztery owinięte folią, ciasno upakowane w zamrażalniku pomarszczone noworodki.

– No – mruknął komendant. – Te dzieciaczki raczej nie napadły naszych chłopców.

– Za sztywne na takie numery – rzucił technik i zarechotał.

Komendant za oknem dostrzegł machającego mu malca w zaplamionym krwią ubranku. Chłopczyk odwrócił się i pobiegł do trójki swojego rodzeństwa; każde z nich również zapaskudzone było czerwonymi plamami.

Zamrugał ze dwa razy. W ogrodzie nikogo nie było. Komendant pomyślał, że również jemu się udziela paranoja, więc postarał się szybko zapomnieć o sprawie.

 

Koniec

Komentarze

Ech, nie lubię horrorów. Ani to śmieszne, ani straszne, ani pouczające… I jeszcze nie wiem, o co tak w zasadzie chodzi.

– Józuś, Maciuś, Halinka, Szymuś! – zaterkotała kobieta. – Chodźcie na obiadek.

Z krzaków, miaucząc, wypadły trzy dachowce

To który nie był głodny? Ale może to po prostu wszechwyjaśniająca magia…

Chłopczyk odwrócił się i pobiegł do trójki swojego rodzeństwa, równie zapaskudzonych czerwonymi plamami.

Coś mi tu nie gra gramatycznie. Może zapaskudzonej trójki? Albo kombinuj z jakąś inną konstrukcją.

Babska logika rządzi!

Też w końcu nie wiem, ile jest tych kotów… woła cztery, przychodzą trzy, Zdzisiek mówi, że jeden trafił w śmieciarkę, ale w końcu znowu jest ich cztery…

 

“mamusia podejdzie do drzwi.

– Policja!

Kobieta podeszła do drzwi

A potem przy “otwarły się dzwi” po raz trzeci powtarzasz “drzwi”…

 

“Popatrzyli na dwa koty, z podniesionymi ogonami kręcące się woków stołu.“ – Woków?

 

“– Co się gapisz? – Krzyknął oficer.“ – krzyknął małą literą

 

“Popatrzył na paru prokuratorów“ – prokuratorów? To ilu tych prokuratorów przy jednej sprawie…?

 

Rozumiem, że to tekst ze specjalną dedykacją dla mnie – w mój dyżur, koty, wzmianka o Łodzi… ; p

 

Generalnie, Syf.ie, jest to szort w Twoim stylu, ale jakoś bez siły przebicia. Nie zdołałeś mnie nastraszyć ani dreszczu wzbudzić.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Lubię horrory i uważam, że wcale nie muszą straszyć, żeby się je dobrze czytało. A Kocią mamę przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Messerschmitt. Pojechałeś. Ale podobało się, mimo że z kotami. ;)

Klimat bardzo mi odpowiada, lubię horrory. Nieścisłości wspomniane wyżej nie zepsuły mi zabawy. Dodam tylko, że skoro Zdzichu dostał nożem w plecy, to jak niby sąsiadka urwała mu głowę? Chyba że to nie jemu tę głowę urwała. :) Ciekawa jestem co zatem zrobiła z kierowcą śmieciarki?

– Sprawdzałeś w MOPSie?

MOPS-ie (vide http://sjp.pwn.pl/zasady/Jesli-skrotowiec-sie-odmienia;629584.html )

Nie jestem przekonana, czy to nieścisłości. Jakoś potrafię sobie wytłumaczyć, dlaczego woła cztery koty, a pojawiają się trzy.

Ale może to znowu moja nadinterpretacja.

No – liczba kotów nie jest przypadkowa ; )

Dzięki za zwrócenie uwagi na błędy. 

I po co to było?

Tak, to że nie wszystkie przyszły na wezwanie jest zrozumiałe, ale – jak dla mnie – tych nieścisłości liczbowych jest więcej ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Że jakieś w ogóle przyszły na wezwanie jest szokiem:) Moje przychodziły tylko na dźwięk otwieranych drzwi lodówki, wołać to sobie mogłam ile dusza zapragnie, bez efektu :)

tych nieścisłości liczbowych jest więcej ; )

Te nieścisłości są jak najbardziej zamierzone celem zaznaczenia relacji między imionami, kotami i bohaterami II części tekstu – może ewentualnie wyszło za mało klarownie ; )

I po co to było?

Nie no, nie chodziło mi o to, że jeden po prostu nie przylazł. Ale widzę, że moja skromna interpretacja jednak nie dorasta do zamysłu. :)

Mój tata nauczył koty reagować na gwizdanie – naprawdę działa ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Czy reszta domowników też reaguje na gwizdanie taty? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, nie, nie przychodzimy na jedzenie, jak gwiżdże ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Każdy domownik ma swoja miskę, czy jecie ze wspólnej? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mimo, że koty, to brutalnie gore’owo. Dzięki za miłe rozerwanie w deszczowe popołudnie ;-) Policjanci, powiem ci, jak z życia wzięci, a i prokurator niczego sobie… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Lubię Twoje teksty, Syfie. Z tym większą przykrością muszę przyznać, że ten nie przypadł mi do gustu. Napisany po prostu sprawnie, ale to za mało. Żadnego godnego zapamiętania bohatera, żadnego dowcipu, polotu, brak emocji, brak grozy, brak zapadających w pamięć znań, brak plastycznych opisów. Nic w tym tekście nie ma. Taka papka do zapomnienia zaraz po przeczytaniu.

Sorry, taki mamy klimat.

Bywa ; )

Ja tam jestem zadowolony o tyle, że udało mi się zmobilizować i coś napisać, bo od czerwca była susza. Zobaczymy, może z rozpędu coś jeszcze niedługo ulepię  ; )

I po co to było?

Jeśli rozpęd nadaje się do lepienia tak jak modelina, to z pewnością ulepisz coś fajnego. Lep z rozpędu! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dokładnie tak!

I po co to było?

Po pierwszym przeczytaniu wydało mi się, że trochę przedobrzone, niemniej skłoniło mnie do wrócenia i przeczytania jeszcze raz – czyli coś w sobie ma.

Fajne, lekkie i przyjemne.

,,Odwróciła się, a policjanci dostrzegli na tyle jej spódnicy sporą zeskorupiałą plamę kału.“ – aż parsknąłem śmiechem :) Bardzo pobudziłeś tym zdaniem moją chorą wyobraźnię ;)

Pozdrawiam.

Miło mi ; )

I po co to było?

Ach, Syfie, jesteś mistrzem aluzji i niedopowiedzeń. Nie nazwałbym tego tekstu “lekkim”. Pozdrawiam.

Niby nie takie straszne, ale przez pewien czas będę się nieco podejrzliwie i z lękiem przyglądał kotom… Jak dla mnie, pomysł dobry, nietuzinkowy również z racji wykonania.

Dzięki za komentarze.

I po co to było?

Tekst ciekawy, ale ja tu wyczuwam lekką “podpuchę” (albo to tylko moje paranoje :)).

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Co to za podpucha? ; )

I po co to było?

A nic. Tak tylko sobie pomyślałem, że wszystkie ostatnio zamieszczone na portalu teksty o kotach spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem. Pojawiły się nawet opinie, że może tu się panoszyć jakaś kociarska klika (do której pewnie bym się zaliczał, bo jestem szczęśliwym posiadaczem dwóch sierściuchów). I idąc dalej tym tropem, a mając w pamięci twoje “Zarżnął i zeżarł” (z resztą mistrzowskie w odpowiedzi na pewien trend :)), można pomyśleć że może Syf.ie napisałeś coś przewrotnego o kotach tylko po to, żeby sprawdzić jak szybko wyląduje to w bibliotece. Ale jak pisałem, to tylko takie moje paranoje. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

A, to nie; aż tak przenikliwy nie jestem – ostatnio za mało siedzę na portalu, by orientować się w bieżących trendach i – nomen omen – koteriach ; )

I po co to było?

Syf.ie, Zalthcie. Zauważcie, że kotteria, jako twór spontaniczny, nie jest niczym nagannym. :-)

Poczekajcie chwilę, spuszczę psy… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka